1
AVA
ISTNIAŁY GORSZE RZECZY niż utknięcie na pustkowiu podczas ulewy.
Mogłabym na przykład uciekać przed wściekłym niedźwiedziem, zamierzającym poturbować mnie tak, że ocknęłabym się dopiero w kolejnym stuleciu. Albo mogłabym zostać przywiązana do krzesła w ciemnej piwnicy i zmuszona do słuchania w kółko "Barbie Girl" zespołu Aqua, aż wreszcie wolałabym odgryźć sobie rękę, niż jeszcze raz usłyszeć tytułowy wers.
Ale fakt, że mogło być gorzej, nie oznaczał jeszcze, że nie było do bani.
Przestań. Myśl pozytywnie.
- Samochód przyjedzie... teraz. - Wpatrywałam się w telefon, tłumiąc frustrację, gdy aplikacja zapewniła mnie, że "znalazła dla mnie przejazd". To samo od pół godziny.
Normalnie byłabym mniej zestresowana całą tą sytuacją, no bo hej, przynajmniej miałam działający telefon i wiatę autobusową, która jako tako chroniła mnie przed ulewą. Ale impreza pożegnalna Josha zaczynała się za godzinę, ja musiałam jeszcze odebrać z cukierni tort niespodziankę, a za chwilę miało zacząć zmierzchać. Może i byłam optymistką wychodzącą z założenia, że szklanka zawsze jest do połowy pełna, ale nie byłam idiotką. Nikt - a już z pewnością nie studentka z zerowym pojęciem o sztukach walki - nie chciałby się znaleźć po zmroku sam pośrodku niczego.
Powinnam była pójść na lekcje samoobrony razem z Jules, tak jak mi radziła.
Zaczęłam analizować ograniczone możliwości. Autobus, który zatrzymywał się w tym miejscu, nie kursował w weekendy, a większość moich znajomych nie miała samochodu. Jedynie Bridget, ale do siódmej była na przyjęciu w ambasadzie. Moja aplikacja ridesharingowa nie działała, a odkąd zaczęło lać, nie przejechał tędy ani jeden pojazd. Nie żebym myślała o łapaniu stopa - oglądałam różne horrory i nie, dziękuję.
Pozostała mi tylko jedna opcja - taka, której naprawdę nie chciałam brać pod uwagę, ale jak się nie ma, co się lubi...
Wyświetliłam odpowiedni kontakt na telefonie, odmówiłam w duchu modlitwę i wcisnęłam "Połącz".
Jeden sygnał. Drugi. Trzeci.
No dalej, odbierz. Albo nie. Nie wiedziałam, co gorsze - zostać zamordowaną czy mieć do czynienia z moim bratem. Oczywiście zawsze istniała szansa, że wspomniany brat sam mnie zamorduje za doprowadzenie do takiej sytuacji, ale tym będę się martwić później.
- Co się stało?
Skrzywiłam się pod wpływem tego przyjaznego powitania.
- Też się cieszę, że cię słyszę, bracie mój najdroższy. Dlaczego uważasz, że "coś się stało"?
Prychnął.
- No... bo do mnie zadzwoniłaś. A robisz to tylko, gdy masz kłopoty.
To prawda. Woleliśmy wysyłać sobie SMS-y, no i mieszkaliśmy obok siebie - nawiasem mówiąc, nie był to mój pomysł - więc ogólnie rzadko musieliśmy się ze sobą komunikować.
- Nie powiedziałabym, że mam kłopoty - zaczęłam się wykręcać. - Raczej... znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Tu, gdzie jestem, nie ma publicznego transportu, a aplikacja do szukania przejazdów nie może nic znaleźć.
- Chryste, Avo. Gdzie jesteś?
Powiedziałam mu.
- Co ty tam robisz, do jasnej cholery? Przecież to godzina drogi z kampusu!
- Nie dramatyzuj. Miałam sesję zaręczynową i to tylko trzydzieści minut jazdy. Przy dużym ruchu czterdzieści pięć. - Gdzieś nieopodal rozległ się grzmot, gałęzie pobliskich drzew zadrżały. Wzdrygnęłam się i jeszcze bardziej się skuliłam, choć niewiele to pomogło. Deszcz lał po ukosie, obryzgując mnie kroplami wody tak ciężkimi i twardymi, że szczypały, gdy uderzały w moją skórę.
Z telefonu dobiegł jakiś szelest, a potem cichy jęk.
Zamarłam, pewna, że się przesłyszałam, ale nie, ten dźwięk się powtórzył. Kolejny jęk.
Z przerażenia zrobiłam wielkie oczy.
- Czy ty właśnie uprawiasz seks? - szepnęłam, mimo że nikogo innego nie było w pobliżu.
Kanapka, którą zjadłam wcześniej, zagroziła wydostaniem się z mojego żołądka. Nie ma nic - powtarzam: nic - bardziej obrzydliwego niż słuchanie odgłosów wydawanych przez kogoś z twojej rodziny w trakcie stosunku. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.
- Nie pod względem technicznym. - W głosie Josha nie słychać było ani grama skruchy.
"Pod względem technicznym".
Nie trzeba było geniusza, żeby rozszyfrować tę niejasną odpowiedź mojego brata. Może i nie odbywał właśnie stosunku, ale z pewnością coś się działo, a ja kompletnie nie miałam ochoty dowiadywać się, co takiego.
- Joshu Chenie.
- Ej, to ty do mnie zadzwoniłaś. - Musiał zasłonić telefon dłonią, bo jego kolejne słowa były stłumione. Usłyszałam cichy kobiecy śmiech, po którym nastąpił pisk i nagle zapragnęłam odkazić sobie uszy, oczy, umysł... - Jeden z chłopaków zabrał mój samochód, żeby kupić więcej lodu - powiedział Josh znowu wyraźnym głosem. - Ale nie musisz się martwić, zajmę się tym. Przypnij pinezkę w swojej dokładnej lokalizacji i trzymaj telefon przy sobie. Masz jeszcze gaz pieprzowy, który kupiłem ci na ostatnie urodziny?
- Tak. A tak przy okazji, dzięki za niego. - Chciałam nową torbę na aparat, ale Josh kupił mi ośmiopak gazu pieprzowego. Nigdy go nie użyłam, co oznaczało, że wszystkie osiem puszek - nie licząc tej schowanej w torebce - znajdowało się na dnie mojej szafy.
Mój sarkazm przeszedł niezauważony. Jak na jednego z najlepszych uczniów szkoły medycznej potrafił być dość tępy.
- Bardzo proszę. Nie ruszaj się z miejsca, on niedługo przyjdzie. A o twoim kompletnym braku instynktu samozachowawczego pogadamy później.
- Mam instynkt samozachowawczy - zaprotestowałam. Jakiego słowa powinnam użyć? - To nie moja wina, że nie ma... zaraz, jaki "on"? Josh!?
Za późno. Już się rozłączył.
Akurat teraz, gdy chciałam, żeby rozwinął temat, on porzucił mnie dla którejś ze swoich panienek. Byłam zaskoczona, że nie zaczął wariować, bo zawsze był wobec mnie nadopiekuńczy. Od czasu "Incydentu" wziął na siebie obowiązek opiekowania się mną, jakby był moim bratem i ochroniarzem w jednym. Nie winiłam go - nasze dzieciństwo było popaprane pod każdym względem, a przynajmniej tak mi mówiono. Kochałam go jak głupia, ale jego ciągłe zamartwianie się o mnie trochę jednak mi przeszkadzało.
Usiadłam bokiem na ławce i przycisnęłam do siebie torbę, pozwalając, by jej popękana skóra ogrzewała moją skórę, i czekałam na pojawienie się tajemniczego "jego". To mógł być każdy. Joshowi nie brakowało przyjaciół. Zawsze był Panem Popularnym - koszykarzem, przewodniczącym samorządu uczniowskiego i królem balu maturalnego w szkole średniej; należał do bractwa Sigma i był szalenie sławny w college'u.
Ja natomiast stanowiłam jego przeciwieństwo. Nie byłam niepopularna, ale unikałam blasku fleszy i wolałam mieć małą grupkę bliskich przyjaciółek niż dużą grupę znajomych. Podczas gdy Josh był duszą towarzystwa i rozkręcał każdą imprezę, ja siedziałam w kącie i marzyłam o tych wszystkich miejscach, które chciałabym odwiedzić, a których prawdopodobnie nigdy nie zobaczę. Z pewnością nie, bo w grę wchodzi jeszcze moja fobia.
Cholerna fobia. Wiedziałam, że to wszystko to kwestia psychiki, ja jednak odczuwałam dolegliwości fizyczne. Mdłości, walące serce, paraliżujący strach, który zamieniał moje kończyny w bezużyteczne, zamrożone patyki...
Jeśli spojrzeć na to z jasnej strony, to... przynajmniej nie bałam się deszczu. Może i unikałam oceanów, jezior i basenów, ale deszczu... tak, to nie było wcale takie złe.
Nie miałam pojęcia, jak długo kuliłam się na malutkim przystanku autobusowym, przeklinając swój brak ostrożności, kiedy odrzucałam ofertę Graysonów, którzy po naszej sesji chcieli odwieźć mnie do miasta. Nie chciałam być dla nich ciężarem i myślałam, że uda mi się wezwać taksówkę i w pół godziny będę z powrotem na kampusie Thayer's, ale zaraz po ich odjeździe rozpoczęła się ulewa i cóż... wylądowałam tutaj.
Robiło się ciemno. Stonowane szarości mieszały się z chłodnymi błękitami zmierzchu, a jakaś część mnie zaczęła się martwić, że tajemniczy "on" wcale się nie zjawi. Ale przecież Josh jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Gdyby któryś z jego przyjaciół nie odebrał mnie, tak jak się wcześniej umówili, jutro zostałby podkulawiony. Josh był studentem medycyny, ale w razie konieczności bez najmniejszego oporu stosował przemoc - zwłaszcza gdy chodziło o mnie.
Jasny snop reflektorów przeciął strugi deszczu. Zmrużyłam oczy, moje serce waliło mocno zarówno z oczekiwania, jak i ze strachu, bo nie wiedziałam, czy w tym samochodzie siedzi kolega Josha, czy jakiś psychol. Ta część Marylandu była całkiem bezpieczna, ale nigdy nic nie wiadomo.
Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do światła, rozluźniłam się z ulgą tylko po to, by dwie sekundy później znów zesztywnieć.
Dobre wieści? Rozpoznałam jadącego w moją stronę eleganckiego, czarnego astona martina. Należał do jednego z przyjaciół Josha, co oznaczało, że dziś wieczorem nie skończę w lokalnych wiadomościach.
A złe wieści? Kierowca astona martina był ostatnią osobą, którą pragnęłam zobaczyć. I zupełnie się go nie spodziewałam. Nie był kumplem, który zrobi przysługę swojemu kumplowi i uratuje jego siostrę. Był facetem, którego spojrzenie mówiło: "jeśli krzywo na mnie spojrzysz, zniszczę ciebie i wszystkich, na których ci zależy". I zrobiłby to z takim spokojem i nieskazitelnym wyglądem, że nie zauważyłabyś, że świat wokół ciebie płonie, dopóki nie zamieniłabyś się w kupkę popiołu u jego stóp w butach marki Tom Ford.
Gdy samochód się przede mną zatrzymał i otworzyło się okno od strony pasażera, przeciągnęłam czubkiem języka po suchych wargach.
- Wskakuj.
Nie podniósł głosu - nigdy nie podnosił głosu - ale i tak słyszałam go głośno i wyraźnie, choć lało jak z cebra.
Alex Volkov był sam w sobie siłą natury i wyobrażałam sobie, że nawet pogoda mu się kłania.
- Mam nadzieję, że nie czekasz, aż otworzę ci drzwi - powiedział, bo nie ruszyłam się z miejsca. Wyglądał na równie zadowolonego z zaistniałej sytuacji jak ja.
Co za dżentelmen.
Zacisnęłam usta, by stłumić sarkastyczną odpowiedź, wstałam z ławki i wsiadłam do samochodu. Pachniał chłodno i drogo, ostrą wodą kolońską i świetnej jakości włoską skórą. Nie miałam ręcznika ani niczego, co mogłabym położyć na siedzeniu pod sobą, więc pozostało jedynie się modlić, żebym nie zniszczyła tego drogiego wnętrza.
- Dzięki, że po mnie przyjechałeś. Doceniam to - powiedziałam, próbując przerwać lodowatą ciszę.
Poniosłam jednak klęskę. Sromotną.
Alex nie odpowiedział ani nawet na mnie nie spojrzał, gdy skręcał w kolejne śliskie drogi prowadzące z powrotem do kampusu. Jeździł tak samo, jak chodził, mówił i oddychał - z pewnością siebie i ogromnym opanowaniem, a także z nutką ostrzeżenia dla tych, którzy byli na tyle głupi, by rozważać popsucie mu szyków. Powinni wiedzieć, że takie zachowanie będzie oznaczać wyrok śmierci.
Stanowił dokładne przeciwieństwo Josha, a ja wciąż nie mogłam się nadziwić, że byli najlepszymi przyjaciółmi. Osobiście uważałam, że Alex jest dupkiem. Z pewnością miał jakiś uraz psychiczny, który zamienił go w nieczułego robota, jakim był dzisiaj. Na podstawie zdobytych od Josha strzępków informacji udało mi się ustalić, że Alex miał jeszcze gorsze dzieciństwo niż my, choć nie poznałam żadnych szczegółów. Wiedziałam tylko, że rodzice Alexa zmarli, gdy był młody, i zostawili mu kupę pieniędzy. Kiedy w wieku osiemnastu lat przejął spadek, udało mu się czterokrotnie zwiększyć jego wartość. Nie żeby tego potrzebował, bo w szkole średniej wynalazł nowy program do tworzenia modeli finansowych, który uczynił go multimilionerem, jeszcze zanim zdążył po raz pierwszy w życiu wziąć udział w wyborach.
Z IQ równym sto sześćdziesiąt Alex Volkov był geniuszem lub prawie geniuszem. Jako jedyna osoba w historii Thayer's ukończył pięcioletni program studiów licencjackich i MBA w trzy lata, a w wieku dwudziestu sześciu lat był dyrektorem operacyjnym jednej z odnoszącej największe sukcesy firm deweloperskich w kraju. Był legendą i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Ja natomiast cieszyłam się, gdy udało mi się nie zapomnieć o jedzeniu podczas żonglowania zajęciami, kursami dodatkowymi i dwoma pracami: recepcjonistki w Galerii McCann i fotografki dla każdego, kto zechce mnie zatrudnić. Ukończenie studiów, zaręczyny, urodziny psów - robiłam zdjęcia z każdej możliwej okazji.
- Idziesz na imprezę Josha? - ponownie spróbowałam zagadać. Ta cisza mnie dobijała.
Alex i Josh byli najlepszymi przyjaciółmi od czasu, gdy osiem lat temu zamieszkali razem w Thayer's. Każdego roku Alex przyjeżdżał do nas do domu na Święto Dziękczynienia i różne inne święta, ale nadal go nie znałam. Praktycznie ze sobą nie rozmawialiśmy, chyba że miało to związek z Joshem lub podawaniem ziemniaków przy obiedzie czy czymś w tym stylu.
- Tak.
No dobrze. Czyli pogawędka raczej nie wchodziła w grę.
Zaczęłam więc rozmyślać o milionie rzeczy, które musiałam zrobić w ten weekend. Obrobić zdjęcia z sesji Graysonów i popracować nad moim wnioskiem o stypendium World Youth Photography, pomóc Joshowi skończyć pakowanie po...
Cholera! Zapomniałam o torcie Josha.
Zamówiłam go dwa tygodnie temu, bo taki był maksymalny czas realizacji zamówienia na ciasto z Crumble & Bake. Był to ulubiony deser Josha, trójwarstwowy, z ciemną czekoladą, masą krówkową i wypełniony budyniem czekoladowym. Pobłażał sobie tylko w swoje urodziny, ale ponieważ wyjeżdżał z kraju na rok, uznałam, że może złamać tę zasadę.
- No więc... - Zmusiłam się do najszerszego i najbardziej promiennego uśmiechu. - Pewnie mnie zabijesz, ale musimy podjechać do Crumble & Bake.
- Nie. Jesteśmy już spóźnieni. - Alex zatrzymał się na czerwonym świetle. Dotarliśmy z powrotem do cywilizacji, przez zalaną deszczem szybę dostrzegłam niewyraźne kontury Starbucksa i Panery.
Cały czas się uśmiechałam.
- To mały objazd. Zajmie maksymalnie piętnaście minut. Muszę tylko odebrać ciasto dla Josha. No wiesz, tę Czekoladową Śmierć, którą tak bardzo lubi. Będzie w Ameryce Środkowej przez rok, nie mają tam Crumble & Bake, a wyjeżdża za dwa dni, więc...
- Przestań. - Palce Alexa zacisnęły się na kierownicy, a mój szurnięty, wiedziony hormonami umysł skupił się na tym, jakie były piękne. Może to dziwnie brzmi, no bo kto ma piękne palce? Ale on miał. Pod względem fizycznym wszystko w nim było piękne. Jadeitowozielone oczy, które lśniły pod ciemnymi brwiami niczym wydłubane z lodowca odłamki; ostra linia szczęki i eleganckie, pięknie wyrzeźbione kości policzkowe; szczupłe ciało i gęste, jasnobrązowe włosy, jakimś cudem wyglądające zarówno na zmierzwione, jak i idealnie ułożone. Przypominał ożywioną rzeźbę z włoskiego muzeum.
Naszła mnie ochota, żeby potargać go jak dzieciaka, by przestał wyglądać tak idealnie - bo dla nas, zwykłych śmiertelników, było to dość irytujące - ale nie chciałam jeszcze umierać, więc cały czas trzymałam ręce na kolanach.
- Jeśli zawiozę cię do Crumble & Bake, przestaniesz gadać?
Bez wątpienia żałował, że mnie odebrał.
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
- Jeśli tego chcesz.
Zacisnął wargi.
- No dobrze.
Tak!
Ava Chen: Jeden.
Alex Volkov: Zero.
Kiedy dojechaliśmy do piekarni, odpięłam pasy i już byłam prawie na zewnątrz, gdy Alex złapał mnie za ramię i posadził z powrotem na fotelu. Wbrew temu, czego się spodziewałam, jego palce nie były zimne, tylko gorące, paliły moją skórę i mięśnie, a wreszcie poczułam ich ciepło w dole brzucha.
Z trudem przełknęłam ślinę. Głupie hormony.
- Co? Jesteśmy już spóźnieni, a oni zaraz zamykają.
- Nie możesz wyjść tak na zewnątrz. - W kącikach jego ust kryła się nutka nieznacznej dezaprobaty.
- Że co? - spytałam zdziwiona. Miałam na sobie dżinsy i koszulkę, nic gorszącego.
Alex pochylił głowę w stronę mojej piersi. Zerknęłam w dół i krzyknęłam przerażona. Bo moja koszulka była... tak. Biała. I mokra. Teraz już przezroczysta. Nawet nie trochę przezroczysta, tak że jeśli ktoś się wpatrywał, mógł zobaczyć zarys mojego stanika. Było widać wszystko i na wylot. Czerwony koronkowy stanik, twarde sutki - dzięki ci, klimatyzacjo - pełen zakres.
Skrzyżowałam ręce na piersi, moja twarz przybrała ten sam kolor co stanik.
- Czy tak było przez cały czas?
- Tak.
- Mogłeś mi powiedzieć.
- Powiedziałem. Przed chwilą.
Czasami miałam ochotę go udusić. Naprawdę. A przecież nie byłam agresywna. Byłam tą samą dziewczyną, która przez wiele lat po obejrzeniu Shreka nie jadła piernikowych ludzików, bo miała wrażenie, że zjada członków rodziny Ciastka albo, co gorsza, Ciastka we własnej osobie, ale coś w Alexie prowokowało moją mroczną stronę.
Nabrałam ostro powietrza i instynktownie opuściłam ręce, zapominając o przezroczystej koszulce, dopóki on ponownie nie spojrzał na moją klatkę piersiową.
Znów oblałam się rumieńcem, ale miałam dość siedzenia tutaj i kłócenia się z nim. Crumble & Bake zamykano za dziesięć minut, a czas leciał.
Może to przez tego faceta, pogodę albo półtorej godziny spędzone na przystanku autobusowym - moja frustracja wylała się, zanim zdążyłam ją powstrzymać.
- Czy zamiast być dupkiem i gapić się na moje piersi, mógłbyś pożyczyć mi swoją kurtkę? Bo naprawdę chcę pójść po to ciasto i pożegnać mojego brata, a twojego najlepszego przyjaciela, w dobrym stylu.
Moje słowa unosiły się w powietrzu, podczas gdy ja z przerażeniem zasłoniłam dłonią usta. Czy właśnie wypowiedziałam słowo "piersi" w obecności Alexa Volkova i oskarżyłam go o gapienie się na mnie? I do tego nazwałam go dupkiem?
Dobry Boże, jeśli trafisz mnie teraz piorunem, nie będę się na ciebie wściekać. Obiecuję.
Oczy Alexa zwęziły się o kilka milimetrów. Znalazło się to w pierwszej piątce najbardziej emocjonalnych reakcji, jakie udało mi się u niego wywołać w ciągu ostatnich ośmiu lat, więc to było coś.
- Uwierz mi, nie gapiłem się na twoje piersi - powiedział tak lodowatym tonem, że resztki wilgoci na mojej skórze zamieniły się w sople. - Nie jesteś w moim typie, nawet gdybyś nie była siostrą Josha.
Ała. Ja też nie byłam zainteresowana Alexem, ale żadna dziewczyna nie lubi być odrzucana przez przedstawiciela płci przeciwnej.
- Nieważne. Nie ma się co spierać - mruknęłam. - Słuchaj, Crumble & Bake zamyka się za dwie minuty. Pożycz mi swoją kurtkę i za chwilę możemy się stąd zbierać.
Zapłaciłam z góry przez internet, więc wystarczyło tylko wziąć ciasto.
Mięsień w jego szczęce drgnął.
- Ja po nie pójdę. Nie wyjdziesz z samochodu tak ubrana, nawet w mojej kurtce.
Wyciągnął parasol spod swojego siedzenia i jednym płynnym ruchem wysiadł z samochodu. Poruszał się jak pantera, cechowała go gracja węża i intensywność lasera. Gdyby chciał, mógłby zarabiać jako model na wybiegu, choć wątpiłam, by kiedykolwiek zrobił coś tak niehonorowego.
Wrócił niecałe pięć minut później z niesionym pod pachą charakterystycznym dla Crumble & Bake różowo-miętowym pudełkiem na ciasto. Rzucił mi je na kolana, złożył parasol i bez mrugnięcia okiem wyjechał z miejsca parkingowego.
- Czy ty kiedykolwiek się uśmiechasz? - zapytałam, zaglądając do pudełka, by upewnić się, że nie spaprali mi zamówienia. Nie. W środku znajdowała się Czekoladowa Śmierć. - To mogłoby pomóc w twojej chorobie.
- Jakiej chorobie? - spytał znudzonym głosem.
- Kijuswdupieitus. - Nazwałam go już dupkiem, dlaczego więc miałabym odmówić sobie dodatkowej obelgi?
Może mi się to przywidziało, ale wydawało mi się, że widzę, jak drżą mu usta, zanim odpowiedział obojętnym tonem:
- Nie. To choroba przewlekła.
Moje dłonie zamarły, szczęka mi opadła.
- Czy ty właśnie zażartowałeś?
- Wyjaśnij, dlaczego w ogóle się tam znalazłaś. - Zmienił temat tak szybko, że aż pokręciłam głową.
On zażartował. Gdybym nie słyszała tego na własne uszy, z pewnością bym w to nie uwierzyła.
- Miałam sesję zdjęciową z klientami. Jest takie ładne jezioro w...
- Oszczędź mi szczegółów. Nie obchodzi mnie to.
Z moich ust wydobyło się ciche warknięcie.
- Dlaczego po mnie przyjechałeś? Nie wydaje mi się, żebyś lubił bawić się w szofera.
- Byłem w okolicy, a ty jesteś młodszą siostrą Josha. Gdybyś zginęła, przebywanie z nim byłoby prawdziwą udręką. - Podjechał pod mój dom. Obok, czyli w domu Josha, były włączone wszystkie światła, a przez okna widziałam tańczących i śmiejących się ludzi.
- Josh ma bardzo zły gust w kwestii doboru przyjaciół - odgryzłam się. - Nie wiem, co on w tobie widzi. Mam nadzieję, że ten kij w twojej dupie przebije jakiś ważny narząd. - A potem, ponieważ dobrze mnie wychowano, dodałam: - Dziękuję za podwiezienie.
I wysiadłam z samochodu. Deszcz zamienił się w mżawkę, a ja poczułam zapach wilgotnej ziemi i hortensji stojących w donicy przy drzwiach wejściowych. Wzięłam prysznic, przebrałam się i poszłam na ostatnią część imprezy u Josha. Miałam nadzieję, że nie będzie dokuczał mi dlatego, że utknęłam na przystanku albo się spóźniłam, bo byłam w kiepskim nastroju.
Nigdy nie złoszczę się przez długi czas, ale wtedy akurat się we mnie gotowało i miałam ochotę uderzyć Alexa Volkova w twarz.
Był taki zimny, arogancki i... i... był sobą. Wkurzało mnie to.
O tyle dobrze, że rzadko miałam z nim do czynienia. Josh zazwyczaj spotykał się z nim na mieście, a Alex nie odwiedzał Thayer's, mimo że był absolwentem tej uczelni.
Bogu dzięki. Gdybym musiała widywać go częściej niż kilka razy w roku, chybabym zwariowała.