Miłość, seks i serce - Alexander Lowen

Reflow text when sidebars are open.
BIOENERGETYKA to współczesna metoda psychoterapii, wywodząca się z prac Wilhelma Reicha, który wzbogacił psychoanalizę o wątek tak zwanej pracy z ciałem (body work). Twórca bioenergetyki, amerykański psychiatra Alexander Lowen (ur. 1910), był jego pacjentem, potem studentem i współpracownikiem. Przejmując od Reicha podstawowe założenia o energetycznym podłożu procesów psychofizycznych, wyodrębnił on swoją koncepcję psychoterapii i założył w latach pięćdziesiątych Instytut Analizy Bioenergetycznej w Nowym Jorku. W ciągu następnych trzydziestu lat powstało kilkadziesiąt podobnych ośrodków w wielu krajach.
Bioenergetyka ujmuje funkcjonowanie psychiczne człowieka w kategoriach ciała i energii. Zakłada, że źródłem nerwic, depresji i utraty tożsamości jest tłumienie uczuć, które przejawia się w postaci chronicznych napięć mięśniowych, blokujących swobodny przepływ energii przez organizm. W trakcie rozwoju jednostki, począwszy od wczesnego dzieciństwa, ustalają się specyficzne nawyki odcinania bólu, rozpaczy i lęku oraz sposoby pozyskiwania bezpieczeństwa i miłości otoczenia. Doprowadzają one do powstania struktury charakteru człowieka, na którą składają się: zniekształcony często obraz świata i własnej osoby, schematy zachowań i odczuwania, a także ograniczające żywotność organizmu wzorce trzymania się i poruszania, zwane zbroją charakteru.
Tak więc sylwetka fizyczna człowieka wyraża symbolicznie jego psychikę. Terapia polega na poznawaniu struktury charakteru i uruchamianiu zalegających w ciele emocji. Przynosi to uwolnienie wielkich zasobów energii, wydatkowanej dotąd na powstrzymanie impulsów ciała, która może być wykorzystana do wprowadzenia mniej stereotypowych, bardziej twórczych form przystosowania i rozwoju zakorzenionej w organizmie indywidualności. Szczególne znaczenie ma przywrócenie swobodnego oddychania, którego zaburzenia ściśle związane są z lękiem. Celem terapii jest odblokowanie ograniczeń rozwoju osoby. W centrum zainteresowania jest rozwój ego tak zintegrowanego z organizmem, aby w sposób energetycznie ekonomiczny łączyć zaspokajanie podstawowych potrzeb emocjonalnych i aspiracji osobistych z realistyczną orientacją w otoczeniu. Osoba dojrzała i w pełni funkcjonująca ma kontakt z wewnętrzną pulsacją organizmu, z przepływającymi uczuciami, jest w stanie zarówno sterować ich ekspresją, jak i wyłączyć samokontrolę (w orgazmie, twórczości, zabawie). Ma dostęp zarówno do lęku, bólu, złości czy rozpaczy, jak i pragnień seksualnych, radości, miłości i współczucia. Akceptuje swoje ciało, znając i przyjmując jego aktualne ograniczenia. Cielesnym wyrazem zdrowia emocjonalnego jest gracja, dobry tonus mięśniowy, kontakt z otoczeniem i podłożem ("ugruntowanie"), jasność spojrzenia i miękkość głosu.
Przy zachowaniu zbliżonej do nowoczesnej psychoanalizy metodyki pracy psychologicznej, w bioenergetyce stosuje się dotyk i nacisk na napięte mięśnie podczas głębokiego oddychania w specjalnych pozycjach. Pacjent wykonuje ćwiczenia zwiększające świadomość ciała, rozwijające ekspresję i psychofizyczną integrację. Pełny indywidualny program terapii bioenergetycznej trwa około trzech lat. Jego przejście jest - obok wszechstronnego szkolenia - warunkiem uzyskania uprawnień do praktykowania bioenergetyki.
Od końca lat sześćdziesiątych intensywnie rozwijają się nowe kierunki terapii i treningu, oparte również na koncepcji Reicha: biosynteza, biodynamika, Hakomi, Radix i wiele innych. Są one także zainspirowane bioenergetyką, ale rozwijają idee Reicha w pewnej opozycji do metodyki Lowena, której zarzuca się czasem zbytnią dyrektywność w relacji z pacjentem i inwazyjność niektórych procedur. Mimo to wszyscy odwołują się do książek i artykułów Lowena jako głównego źródła systematycznej wiedzy o pracy z ciałem. W Polsce pierwsze inspiracje koncepcją Lowena pojawiły się w końcu lat siedemdziesiątych. Ośrodkiem wiodącym w stosowaniu różnych form psychoterapeutycznej pracy z ciałem jest Laboratorium Psychoedukacji.
Jacek Santorski
Wszyscy uznajemy serce za symbol miłości. Ale czy związek między sercem a miłością jest jedynie symboliczny? Czy też istnieje rzeczywiste powiązanie?
Większość ludzi doświadczyła przyspieszonego bicia serca w obecności ukochanej osoby, jak również uczucia ciężaru w sercu w następstwie sprzeczki z bliskim człowiekiem. Co więcej, powszechną praktyką we wszystkich kulturach jest kładzenie dłoni na sercu, kiedy mówimy o miłości, jak gdybyśmy tam chcieli umiejscowić towarzyszące uczuciu fizyczne doznania. Jeżeli istotnie serce wydaje się zaangażowane we wszelkiego rodzaju doświadczanie miłości, musimy przyjąć, że takie wyrażenie jak "serce przepełnione miłością" opisuje również zjawiska fizyczne.
Jakie znaczenie możemy w takim razie przypisać określeniu "złamane serce"? Chociaż po odrzuceniu uczuciowym czy utracie ukochanej osoby serce nie rozpada się na kawałki, z pewnością w takiej sytuacji coś się łamie. Czy istnieją takie zjawiska, jak serce otwarte i zamknięte? Takie pytania ważne są nie tylko w rozważaniach nad naszym życiem uczuciowym, ale także w kontekście chorób serca. Zakładając, że związek między sercem i miłością jest rzeczywisty, co czynię w całej tej książce, można postawić hipotezę, iż serce pozbawione miłości musi niechybnie zmarnieć i umrzeć. Moja wiara w ten pogląd wywodzi się z doświadczenia lekarza pomagającego pacjentom w ich walce o otwarcie własnych serc na miłość i znalezienie radości w życiu. W niniejszej pracy przedstawię wybrane przypadki kliniczne takich pacjentów.
A co z seksem? Jeśli utrzymywalibyśmy, jak czynią to niektórzy, że miłość i seks to dwie różne funkcje, musielibyśmy przyjąć, że serce nie angażuje się bardziej w akt seksualny niż w jakąkolwiek inną aktywność fizyczną. Z tego punktu widzenia funkcja serca polegająca na przepompowywaniu krwi przez ciało w celu zapewnienia tkankom tlenu i składników odżywczych oraz usunięcia zbytecznych produktów przemiany materii byłaby czysto mechaniczna. Ponownie jednak wchodzimy tu w kolizję z językiem potocznym, który ujmuje seks jako kochanie się, sugerując bezpośredni związek między miłością i seksem, a więc konsekwentnie, między sercem i narządami płciowymi.
Celem niniejszej książki jest naświetlenie związku między życiem emocjonalnym człowieka i jego zdrowiem. Mam nadzieję, że zrozumienie przyczyn lęku przed miłością pomoże Czytelnikowi stać się osobą bardziej kochającą, gwarantując mu w rezultacie zdrowe serce. Bez takiej wiedzy wszelkie wysiłki zapewnienia sobie zdrowia nie trafiają w sedno problemu.
Zaczniemy więc od zbadania związku między sercem i miłością, relacji, którą od wieków wyrażali i potwierdzali poeci, filozofowie i nauczyciele duchowi.
Od najdawniejszych czasów serce było znaczącym symbolem w myśli ludzkiej. Łacińskie słowo na oznaczenie serca, cor, stanowi rdzeń angielskiego słowa core, które definiuje się jako centralną część obiektu. Wymienność słów "serce" i "centrum" jest oczywista w takich potocznych wyrażeniach jak "w samym sercu wydarzeń". Większość ludzi uważa serce za rdzeń swojego istnienia. Tak więc, kiedy mówimy o kimś, że "zwrócił swoje serce w innym kierunku", mamy na myśli, że uległa zmianie cała jego postawa.
Serce symbolizuje nie tylko emocjonalne centrum człowieka, lecz również jego centrum duchowe. Wielu ludzi wierzy, że jest ono źródłem życia. Żydowski mistyk powiedział: "Wiedz, że serce jest źródłem życia i spoczywa w centrum ciała jako Święte Świętych"1. Wielu z nas wierzy, że Bóg jest źródłem życia i że Bóg mieszka w sercu. Tak więc w swoich naukach Upaniszady doradzają: "Wejdź w lotos serca i medytuj tam o obecności Brahmana"2. Według George'a S. Maloneya, teologa chrześcijańskiego, "serce w języku biblijnym jest siedzibą ludzkiego życia, wszystkiego, co poucza nas z głębi naszej osobowości... To w naszym sercu spotykamy Boga w relacji Ja-Ty"3. Brat David Steindl-Rast przychyla się do tego: "Kiedy naprawdę odkrywamy własne serce, odkrywamy dziedzinę, w której łączy nas intymna jedność z jaźnią, z innymi, jak również z Bogiem"4. Także Upaniszady umiejscawiają jaźń w sercu, w samym centrum duchowości: "Zaprawdę, Jaźń jest sercem... Kto o tym wie, unosi się każdego dnia w niebiańskiej sferze"5. Chociaż te nauki mają charakter metaforyczny, duchowy i filozoficzny, musi istnieć jakaś rzeczywista i fizyczna podstawa nadawania ludzkiemu sercu roli źródła życia. Tą podstawą wydaje się być praca serca, rytmiczne pulsowanie, które rozprowadza po całym ciele życiodajną krew. Jest to najwyraźniejszy przejaw siły witalnej w ludzkim organizmie. Rytmiczne pulsowanie cechuje wszystkie istoty żywe, cały świat materialny i - w końcu - cały wszechświat.
Chociaż w naszej kulturze związek serca z miłością jest powszechnie znany, kardiolodzy i większość laików traktuje go jako wyłącznie symboliczny. Co prawda w piosenkach słyszymy: "ukradłaś mi serce" czy "oddałem ci serce", ale kto tak naprawdę wierzy, że można oddać komuś serce lub obudzić się i stwierdzić, że je ukradziono? Jeśli jednak o takich wyrażeniach myślimy w terminach funkcjonalnych, nabierają one sensu. Ktoś "oddaje" swoje serce, kiedy angażuje się tak bardzo w związek z drugą osobą, że wydaje się, iż przestaje ono do niego należeć. Za każdym razem, kiedy myśli o ukochanej osobie, doznaje uczucia radości lub smutku tak intymnie łączącego się z tą osobą, że mamy wrażenie, iż całkowicie opanowała ona jego serce.
Uczucia, bez względu na to, jak je opisujemy, nie są porywami wyobraźni. Odnoszą się do rzeczywistych procesów w ciele. Kiedy czujemy ciężar na sercu lub jego lekkość, kiedy mamy serce jak z lodu lub rozpłomienione miłością, na poziomie fizycznym zachodzą reakcje, które powodują takie doznania. Najlepiej opisać to jako spadek lub wzrost pobudzenia ciała. Pobudzenie sprawia, iż odczuwamy lekkość; bez niego jesteśmy ociężali i smutni. Kiedy pobudzenie spowodowane jest przez miłość, odczuwamy je najbardziej bezpośrednio w sercu. Widok ukochanej osoby, a nawet myślenie o niej, czyni serce lekkim i sprawia, iż bije ono szybciej. Dopóki istnieje życie, każda komórka - czy to organizmu jednokomórkowego, czy tak złożonego jak człowiek - jest w stanie pobudzenia. Może ono rosnąć lub opadać, ale zawsze jest. Najbardziej intensywne jest u osób młodych, najmniej - u starych. Kiedy się starzejemy, ogień życia powoli wygasa. Dziecko może osiągnąć tak wielkie pobudzenie, że dosłownie skacze z radości. Z podobną reakcją rzadko spotykamy się u osoby starszej, której ciało jest już mniej elastyczne. Z chwilą śmierci potencjał pobudzenia ciała ulega wyczerpaniu.
Stan pobudzenia danej osoby jest zawsze zauważalny w ciele. Przy wysokim stopniu pobudzenia więcej krwi dopływa do powierzchni ciała, oczy błyszczą, poprawia się elastyczność skóry, ruchy są bardziej spontaniczne, dłonie cieplejsze, mózg ulega aktywizacji, a serce bije szybciej. Z chwilą śmierci oczy stają się matowe i szkliste, ciało przestaje się poruszać, skóra staje się biała i zimna.
Stany negatywnego pobudzenia wywołują odmienne efekty. Kiedy ciało wykazuje zwiększoną aktywność z powodu paniki, ruchy są chaotyczne i nieskoordynowane, a pobudzenie koncentruje się głównie w mięśniach i w sercu, które może bić jak szalone. Jeśli strach jest wyjątkowo silny, człowiek może umrzeć z powodu sparaliżowania układu mięśniowego i zatrzymania pracy serca. Innym stanem negatywnego pobudzenia jest intensywny ból, który sprawia, że ciało kurczy się i skręca. Jeszcze innym - wściekłość, która w przeciwieństwie do gniewu, wywiera na ciało negatywny wpływ. W gniewie ciało jest ciepłe, a oczy mogą rzucać ognie; we wściekłości czy szale ciało jest zimne, a oczy są matowe.
Pozytywne pobudzenie występuje w sytuacjach przyjemnych. Ciało jest wówczas w stanie ekspansji, a na jego powierzchni występuje silne ładowanie i pobudzenie. W pobudzeniu negatywnym - w wyniku strachu i zagrożenia - ciało jest w stanie skurczu, zaś energia odpływa z peryferii. Także oddychanie w tych dwóch stanach jest bardzo różne. Przyjemność sprawia, że człowiek oddycha głęboko, płynnie, dość wolno i bez wysiłku. Natomiast uczuciu strachu czy bólu towarzyszy oddech płytki, lecz pełen wysiłku i przyspieszony.
Uczucie miłości wywiera na ciało zbawienny wpływ. Zakochana osoba promienieje radością. Blask w jej oczach i lśnienie skóry są związane nie tylko z silnym dopływem krwi do powierzchni ciała, lecz również z falą pobudzenia energetyzującą tkanki.
Promienność i blask zakochanej osoby nie są pojęciami metaforycznymi, można je bowiem zaobserwować. Ich przyczyną jest pobudzenie i zwiększone pulsowanie każdej komórki ciała. Chociaż każda komórka i każdy układ organów mają swój własny rytm, jest on skoordynowany i uzależniony od pulsowania serca. Kiedy jest nam lekko na sercu, wszystkie organy funkcjonują lepiej; kiedy czujemy na nim ciężar, wszystkie organy przeżywają stagnację. W stanie przyjemności, jak wspomniałem, krew dopływa do powierzchni ciała, podczas gdy przy odczuwaniu bólu płynie do środka. Pod wpływem paniki lub strachu człowiek może reagować działaniem, które ma usunąć zagrożenie lub niebezpieczeństwo poprzez zmobilizowanie do walki bądź ucieczki układu mięśni podległych woli. Te mięśnie wypełniają się krwią, przygotowując do działania. To, czy człowiek przeżywa tę reakcję jako gniew, czy jako strach zależy od tego, czy reakcja jest ruchem ku światu w celu przywrócenia harmonii i przyjemności, czy też ucieczką przed niebezpieczeństwem.
Rysunek 1. Reakcja organizmu na środowisko: zbliżanie się towarzyszące przyjemności lub wycofywanie się w wyniku bólu. Ból lub strach wywołuje skurcz, którego konsekwencją jest zmniejszone ładowanie na powierzchni. Przyjemność wywołuje ekspansję, energetyzującą powierzchnie skóry, oczu, sfer erogennych.
Ruch krwi i płynów ustrojowych do lub od powierzchni ciała (rys.1) jest reakcją człowieka na środowisko. Jeśli środowisko jest akceptujące, pozytywne i przychylne dla życia, krew płynie ku powierzchni, a człowiek czyni krok w celu nawiązania kontaktu. Powstaje uczucie serdeczności i przyjemności lub - jeśli pobudzenie jest bardziej intensywne - miłości i radości. Kochamy to, co jest przyjemne. Miłość jednak nie zawsze prowadzi do przyjemności; aż nazbyt często sprawia ból. Miłość skłania do zbliżenia się do osoby kochanej, ale jeśli ona nas odrzuci lub porzuci, przyjemność szybko zmienia się w ból. Intensywność bólu jest wprost proporcjonalna do intensywności miłości. Kiedy miłość dziecka do rodzica spotka się z odrzuceniem, spowodowany tym ból da się opisać jako uczucie złamanego serca. Jak każdy ból, prowadzi do odpłynięcia krwi z powierzchni ciała do centrum i wywołuje uczucie ciężkości i beznadziejności. Przeżyte w dzieciństwie doświadczenie złamanego serca może sprawić, iż dorosły człowiek będzie obawiał się kochać. Nie oznacza to, że nie będzie pragnął miłości, ale jego impuls do wyjścia na zewnątrz będzie pełen wahania i jakby próbny, niepłynący z całego serca. Jeśli wspomnienie bólu jest żywe w nieświadomości człowieka, strach powstrzymuje go przed wyjściem poza siebie. Organizm pozostaje pod kontrolą współczulnego układu nerwowego, hamującego dopływ krwi do powierzchni ciała. Pobudzenie w miłości zależy od bliskości kochanków. Im bliżej nas jest ukochana osoba, tym bardziej rośnie nasze pobudzenie, osiągając kulminacyjny punkt w pełnym miłości kontakcie.
Każdy miły kontakt dwóch ciał wywołuje pozytywne uczucie. Objęcie się dwojga przyjaciół podczas powitania jest wyrazem serdeczności, która ma scementować ich związek. Nawet przez uścisk dłoni, jeśli nie jest on czysto formalny, można wyrazić wiele ciepła. Z kolei cofnięcie ręki przy powitaniu czy pożegnaniu jest odczuwane jako wyraz chłodu i wrogości. Jeśli rodzice pozbawiają dzieci przejawów fizycznej serdeczności, dotyka je to do żywego. Wielu moich pacjentów skarżyło się, że byli rzadko przytulani i całowani przez swoich rodziców, chociaż twierdzili oni, że ich kochają. Mogli ich naprawdę kochać, ale nie wyrażali miłości w sposób, który pozwoliłby ją odczuć.
Co prawda istnieje wiele sposobów pełnego miłości kontaktu bez dotykania ciała. Taką siłę ma głos. Dziecko uspokaja się i raduje pod wpływem matczynej kołysanki. Wypowiadane słowa mogą wywierać taki sam wpływ, nie tyle z powodu ich treści, co dzięki tonowi głosu. Ciepły głos wyraża miłość, zimny, surowy - wrogość. Uczucie można też wyrazić spojrzeniem. Patrzymy na kogoś ciepło i serdecznie lub zimno i wrogo. O mocy oczu świadczy powiedzenie, iż można zabić wzrokiem. Na tej samej zasadzie czułe spojrzenie sprawia, że robi się nam ciepło na sercu.
Po to, by dźwięk był emocjonalnie skuteczny, musi być usłyszany; spojrzenie - zauważone. Kontakt wzrokowy nie jest mechanicznym zjawiskiem o przewidywalnych rezultatach. Dwoje ludzi może spoglądać na siebie i nie nawiązać kontaktu, ponieważ nic między nimi nie zachodzi. Kiedy jednak ich oczy rozświetlają się, wysyłają sygnał, który przenika przestrzeń i dociera do oczu i serca drugiej osoby, owocując autentycznym kontaktem. Wielu z nas doświadczyło takiego kontaktu wzrokowego i wie, jak jest fascynujący. Czasem daje początek miłości od pierwszego wejrzenia. Pamiętam dokładnie, że zakochałem się w swojej przyszłej żonie, kiedy ujrzałem w jej oczach błyszczące gwiazdy. Jej spojrzenie poruszyło moje serce i zniewoliło mnie. Miłość skłania do bliskości. Kontakt może rozpocząć się od spojrzenia i - jeśli wszystko przebiega normalnie - zakończyć objęciem czy bardziej intymnym zbliżeniem dwojga ludzi.
W normalnej sytuacji intymny kontakt dotyczy obszarów ciała, w których krew zbliża się najbardziej do powierzchni skóry. Obszary te - nazywane sferami erogennymi - to: usta, sutki i organy płciowe. Czerwona barwa ust jest przejawem bogactwa krwi skrytej pod cienką warstewką skóry. Kiedy dwoje ust spotyka się w pocałunku, krew każdej z osób jest oddzielona tylko cienką błoną, co powoduje duże pobudzenie. W gruncie rzeczy, całe usta, wraz z językiem, można traktować jako sferę erogenną, ponieważ obszar ten jest bogato unaczyniony. Kiedy człowiek jest w odpowiednim nastroju, jakikolwiek kontakt czy stymulacja sfery erogennej działają podniecająco. Gdy sfery erogenne stykają się, jak to ma miejsce podczas stosunku płciowego, podniecenie może osiągnąć bardzo wysoki poziom.
Rysunek 2 ilustruje przepływ krwi w górę (poprzez aortę wstępującą) i w dół (poprzez aortę zstępującą). Każda przyjemność powoduje, że krew silnie nasyca powierzchnię ciała, a w trakcie przyjemności erotycznej silnie pobudza sfery erogenne6. Z tego powodu krew uważa się za nośnik Erosa. (Szersze omówienie funkcji krwi jako nośnika Erosa można znaleźć w mojej książce The Language of the Body [Język ciała]. Macmillan, Nowy Jork 1971).
Rysunek 2. Przepływ krwi (eros) z serca (miłość) do sfer erogennych (przyjemność).
Jako kardiolog klinicysta miałem szansę zetknąć się i pracować z wieloma przypadkami choroby serca. Z upływem lat stało się dla mnie jasne, że choroba wieńcowa, choć na ogół nie rzuca się w oczy, jest wszechobecna. Objawy niewydolności naczyń wieńcowych stają się widoczne dopiero przy jej znacznym zaawansowaniu, a zdarza się, że pierwszym widocznym objawem jest nagła śmierć. Stanowi to oczywiste wyzwanie dla praktykującego kardiologa. Prewencyjne aspekty opanowania tak zabójczej choroby stały się punktem węzłowym współczesnej kardiologii. Dla każdego pacjenta można określić w przybliżeniu stopień zagrożenia zawałem. Służy temu profil czynników ryzyka, które są zjawiskami związanymi przede wszystkim ze sposobem życia człowieka. Ale pomimo rozlicznych badań wiążących niewłaściwą dietę, palenie, małą ruchliwość, wysoki poziom cholesterolu we krwi czy nadciśnienie i cukrzycę ze stwardnieniem tętnic wieńcowych, wciąż podejrzewałem, że te czynniki ryzyka, aczkolwiek bardzo istotne, nie wyjaśniają w rzeczywistości do końca natury choroby.
Na przestrzeni lat, a zwłaszcza w ostatnim dziesięcioleciu, podejmowano rozległe badania mające na celu wykrycie przyczyn choroby sercowo-naczyniowej - tej powszechnej przypadłości populacji dwudziestego wieku. Badania te miały głównie charakter statystyczny i demonstrowały związek między profilami czynników ryzyka a późniejszą chorobą serca. Dodatkowe badania ujawniły jednak, że pewne jednostki są bardziej niż inne podatne na chorobę wieńcową. Cechuje je specyficzny wzorzec zachowania i szczególna wrażliwość na stres emocjonalny. Kiedy Friedman i Rosenman opublikowali swoje odkrycia dotyczące ludzi z wzorem zachowania typu A i ich predyspozycji do zawału, potwierdziły się moje przekonania o dominującej roli stresu i typu zachowania jako przyczyn chorób serca.
Serca kardiologów są szczególnie zagrożone z powodu stresującego charakteru ich pracy. Jako klinicysta od dawna dostrzegałem u swoich pacjentów destrukcyjne wzorce zachowania, które "identyfikowały" jednostki podatne na rozwój choroby wieńcowej. Nie spodziewałem się jednak odkryć, że ja sam do nich należę. Ta świadomość była przerażająca. Mam tendencję do rywalizacji, jestem nastawiony na dążenie do sukcesu i ciężko pracuję. Musiałem więc w końcu określić siebie jako jednostkę o zachowaniu typu A. Będąc mężczyzną zbliżającym się do czterdziestki, ekspansywnym i odnoszącym sukcesy, dzięki swoim pacjentom nagle uświadomiłem sobie własne śmiertelne zagrożenie.
U ofiar zawału serca często nie wykrywano tradycyjnych czynników zagrożenia chorobą sercowo-naczyniową. W wielu takich przypadkach katalizatorem procesu chorobowego było przede wszystkim zachowanie. Działające na poziomie fizjologicznym czynniki emocjonalne wywierały decydujący wpływ na rozwój miażdżycy. Powszechnie wiadomo, że umysł i ciało wzajemnie na siebue wpływają. Myśli wywołują reakcje emocjonalne, na które z kolei reaguje ciało. Zatem czynniki osobowościowe są kluczowymi elementami w każdej niemal chorobie. Nierozładowana czy zalegająca emocja stopniowo niszczy ciało. Pacjenci z wysokim ciśnieniem krwi tłumią głównie takie emocje, jak gniew, wrogość i wściekłość. Kliniczne obserwacje wykazały, że niektóre osoby, podatne na chorobę wieńcową, nie tylko tłumiły gniew i wrogość, ale walczyły również z rozdzierającym serce przeżyciem utraty miłości i powstałą w jego wyniku utratą radości istnienia. Wiążące się ze złamaniem serca smutek, żal i ból znajdują wyraz w zachowaniu i ciele człowieka. Choroba serca nie przydarza się ot tak, po prostu. Często powstaje pod wpływem problemów emocjonalnych, świadomych i nieświadomych konfliktów. Analiza życia emocjonalnego i zachowania pacjentów znalazła się więc w centrum moich zainteresowań. Traktowałem ją jako wyzwanie mogące doprowadzić do odkrycia czynnika przyczynowego, który można by zidentyfikować i modyfikować w celu poprawienia jakości oraz przedłużenia życia zarówno moich pacjentów, jak i mego własnego. Fakt, iż uświadomiłem sobie, że mnie także czeka choroba wieńcowa, skłonił mnie do podjęcia psychoterapii, w trakcie której zamierzałem odkryć i zmienić niebezpieczne dla zdrowia aspekty swego zachowania.
Te poszukiwania odesłały mnie do okresu dzieciństwa. Byłem trzecim z czworga rodzeństwa. Kiedy miałem cztery lata, urodziła się moja siostra. W tym okresie rozpoczął się u mnie ciąg różnorakich chorób dziecięcych i wypadków. Czy te incydenty były próbą zapewnienia sobie obecności i miłości matki, która miała pełne ręce roboty przy niemowlęciu i powiększonej rodzinie? Jeszcze teraz, po upływie wielu lat, odczuwam tęsknotę za uwagą i pociechą matki. Jej "niedostępność" dla mnie doprowadziła do pierwszego w moim życiu przeżycia złamania serca. Powstały w następstwie tego urazu smutek został stłumiony, ale moje ciało poniekąd zapamiętało tę prawdę. Dziecięca delikatność i podatność na zranienie przerodziły się w sztywność mocno opancerzonej klatki piersiowej, która miała chronić moje serce. Wiem, że matka bardzo mnie kochała, ale w tak młodym wieku nie potrafiłem zrozumieć jej potrzeb, myślałem tylko o własnych. Szukałem jej aprobaty oraz miłości i żywiłem nadzieję, że je uzyskam, będąc "grzecznym chłopcem", dobrym uczniem, sportsmenem odnoszącym sukcesy. Sukces zapewni mi miłość. Wyrobiłem sobie fałszywe wyobrażenie o związku między sukcesem a miłością, które przetrwało we mnie aż do wieku dorosłego. Ten związek dał początek zachowaniu typu A, które w ostatecznym rezultacie mogło doprowadzić do mojego zgonu.
Po ukończeniu akademii medycznej odbyłem staż z psychiatrii i medycyny, dwuletnią praktykę z zakresu medycyny i dwuletnią specjalizację kardiologiczną. Stałem się wysoce wykwalifikowanym człowiekiem, obdarzonym dużą pewnością siebie. Zostałem fanatykiem pracy, dzięki niej bowiem znalazłem swoje miejsce w świecie.
Po pewnym czasie, będąc u szczytu kariery, poczułem się wypalony. Toczyłem walkę wewnętrzną o to, by nadal działać i osiągać sukcesy kosztem własnych uczuć. Żyłem jak opętany. Nie dopuszczałem do siebie zmęczenia i bólu, podobnie jak w okresie dorastania, kiedy chciałem za wszelką cenę być dobrym uczniem i sportowcem. Czy rzeczywiście poszukiwałem tylko sukcesu, czy też istotną przyczyną moich zasadniczych zachowań była potrzeba uzyskania aprobaty i miłości? Towarzyszyła mi ona przez długie lata. Spotykałem ją też u swoich pacjentów. U wielu z nich tę pogoń przerywała choroba serca i śmierć.
Wyzwanie, jakie sobie postawiłem, polegało na zmianie wzorca autodestrukcyjnego zachowania "zawałowego" typu A. Świadomość, że ja też należę do tej grupy ludzi, dodała mi sił do szukania uzdrawiającej alternatywy.
W połowie lat siedemdziesiątych miałem szczęście wysłuchać wykładów i wziąć udział w seminariach moich kolegów na temat związku typu zachowania z chorobą sercowo-naczyniową. Wiedza jednego z wykładowców, Roberta Eliota, kardiologa i autora książki Is It Worth Dying For? (Czy warto za to umierać?), wywarła na mnie ogromny wpływ. Po tych spotkaniach wziąłem udział w wielu seminariach poświęconych samoświadomości. W 1978 roku w Londynie uczestniczyłem w międzynarodowym sympozjum na temat stresu i napięcia emocjonalnego. Otworzyło mi ono oczy na niektóre z nietradycyjnych metod terapeutycznych. Na przykład w Niemczech Zachodnich posługiwano się w leczeniu biofeedbackiem. Szwedzi stosowali masaż, Szwajcarzy wprowadzili metodę Lamaze, Azjaci koncentrowali się na medytacji, podczas gdy Amerykanie uczyli progresywnej relaksacji. W każdej z tych metod dostrzegałem pozytywny sposób neutralizowania emocji i uspokajania układu nerwowego.
Nieco później prowadziłem wraz z internistą, dr. Brendanem Montano, i z psychoterapeutką, Holly Hatch, warsztat poświęcony stresowi i chorobie. Te spotkania grupowe, w których posługiwano się metodą Gestalt, pomagały uczyć wrażliwe osoby radzenia sobie w życiu. Grupowy trening świadomości miał olbrzymi wpływ na leczenie. Po kilku warsztatach zacząłem publikować w czasopismach medycznych wyniki własnych badań. Pacjenci stali się moimi najlepszymi nauczycielami. W tym czasie zdałem sobie sprawę z potrzeby przejścia specjalistycznego treningu w dziedzinie psychoterapii. Im dokładniej badałem związek między umysłem, emocjami i sercem, tym większy odczuwałem niepokój i niepewność. Po prostu temat okazał się rozległy i niezbadany.
Poddałem się dwuletniemu programowi terapii Gestalt. Pozwoliło mi to zrozumieć tło i uwarunkowania moich postaw, a ponadto przekonało mnie, jak wielka jest rola emocji w zdrowiu i chorobie. W trakcie tej terapii odkryłem dzieło Alexandra Lowena. Stworzona przez niego analiza bioenergetyczna jest terapią zorientowaną na ciało, koncentrującą się na napięciach mięśniowych, będących fizycznymi odpowiednikami emocjonalnych konfliktów osobowości. Tak jak można określić wiek drzewa, licząc wewnętrzne słoje pnia, tak doświadczony terapeuta ze szkoły bioenergetycznej Lowena może odtworzyć historię człowieka, przyglądając się ciału. W trakcie analizy bioenergetycznej można określić, gdzie umiejscowione jest napięcie i zablokowana energia. Takie zablokowanie nie pozwala człowiekowi rozwijać w pełni swojego potencjału życiowego. Korzystając z różnych technik i ćwiczeń ładujących i rozładowywujących emocjonalnie, terapeuta szkoły bioenergetycznej może pomóc uwolnić zablokowaną energię, co pozwala na złagodzenie napięcia. Efekty zastosowania tej metody wobec osób podatnych na chorobę serca okazały się tak interesujące, że zdecydowałem się na odbycie terapii u dr. Lowena. Wkrótce przekonałem się, że moje ciało jest zbytnio napięte, że nie oddycham głęboko i nie przeżywam ani nie wyrażam w pełni swoich uczuć.
Dr Lowen skoncentrował się na sztywności mojego ciała. W ciągu pierwszych kilku miesięcy było ono oporne i pozostawało pod kontrolą głowy. Lowen pracował nad moim oddychaniem, co wyzwoliło zablokowane uczucia. Umieszczał mnie na stołku bioenergetycznym i nakłaniał do takiego posługiwania się głosem, które wydobyłoby energię z mojej piersi. Spowodowało to zredukowanie stresu i napięcia w klatce piersiowej. Następnie pracowaliśmy nad przeponą, szczęką i miednicą. Kilka miesięcy takiej pracy z ciałem odsłoniło stłumione uczucia i napięcie mięśniowe. Stopniowo moje ciało rozluźniło się. Płacz uwolnił napięcie, prowadząc do rozluźnienia klatki piersiowej. Podczas kolejnych lat byłem świadkiem otwierania się własnego serca. Chyba zaczęła się rozwijać kobieca strona mojej natury. Rozwój był wyjątkowo intensywny. Ból związany z terapią doprowadził mnie w końcu do odkrycia przyjemności. Zacząłem przeżywać więcej uczuć. Moje emocjonalne i fizyczne dobre samopoczucie uległo pogłębieniu, ciało zaś jakby ożyło. Zacząłem doświadczać swojej prawdziwej jaźni. Ta wędrówka w poszukiwaniu samego siebie dawała mi wielką radość.
Bogatszy o tę nową wiedzę zacząłem patrzeć na swych chorych na serce pacjentów z perspektywy tego, co się dzieje w ich klatce piersiowej, ile napięcia nagromadziło się w ich ciele, jak nieprawidłowo oddychają, jakie wczesnodziecięce doświadczenia były związane z utratą miłości i jakie są ich aktualne przeżycia miłosne. Zacząłem pracować z pacjentami na poziomie ciała, posługując się zdobytą u Lowena wiedzą. Analiza bioenergetyczna stała się bardzo ważnym narzędziem w całościowej ocenie każdej chorej osoby. Chociaż nadal przeprowadzałem z pacjentami wywiady, zacząłem się teraz koncentrować na obserwowaniu ich oddychania, kontakcie wzrokowym, jakości energii, ruchu przepony, odczuciu związanym z uściskiem dłoni, na tonie głosu i oznakach zatrzymywania emocji w ciele. Na przykład analiza struktury szczęki dawała mi wskazówki na temat poziomu nagromadzonej złości. Spojrzenie pacjentowi w oczy dostarczało informacji o jego smutku i strachu. Tak więc, obserwując strukturę ciała, stawałem się bardziej świadomy problemów i przyczyn choroby pacjenta. Wzbogacony o tę nową wiedzę, założyłem z dr. Lowenem Ośrodek Serca w Nowej Anglii, by uzyskać bioenergetyczne rozumienie chorób serca.
Współpraca z dr. Lowenem stała się fascynującym rozdziałem w moim życiu. Jego wiedza dała początek nowym metodom leczenia chorób serca. W wieku siedemdziesięciu sześciu lat był on żywym świadectwem swego dzieła. Latem 1987 roku zabrał mnie na żagle na Long Island Sound; w trakcie wyprawy omawialiśmy nasze badania. Kiedy podnosił żagle i sterował łodzią, miałem przed sobą tryskającego zdrowiem, energicznego mężczyznę, gibkiego, wyciszonego i delikatnego. Mówił o życiu i uczuciach. Łódź ślizgała się po falach, na twarzy czułem podmuchy wiatru. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że biorę udział w rejsie z mistrzem. Podobnie jak płynący po mistrzowsku żeglarz, psychoterapeuta taki jak Lowen żegluje często po oceanach dawno zapomnianych przeżyć pacjenta. Patrząc, jak prowadzi on łódź, doznałem wielkiego uspokojenia... Zawsze będę mu wdzięczny za ten dzień.
dr STEPHEN SINATRA Dyrektor The New England Heart Center