Miłość. Ścieżki do wolności - Agnieszka Maciąg

-
Proszę czekać

Po wieczornej medytacji siedziałyśmy w ciszy. Półmrok rozjaśniały delikatnie tańczące płomienie świec. W powietrzu unosił się zapach kadzidła i olibanum. Ten dzień moich warsztatów zakończyłyśmy wspólną mantrą. Kiedy śpiewałyśmy, energia kręgu naszych kobiecych serc wibrowała w całym pomieszczeniu, rosła, wypełniając każdą z nas. I teraz ta cisza. Nasze losy, historie, doświadczenia, nasze marzenia... Patrzyłyśmy na nie z oddalenia, z perspektywy spokoju duszy. Swoje skrzydła rozpościerała w nas prawda. Słodycz i błogość tej chwili rozpływała się we mnie.

Wzięłam ostatni, głęboki wdech i poruszyłam się lekko. Wtedy do mnie podeszła.

- Czy mogę cię o coś zapytać? - zagadnęła, ocierając łzę.

- Usiądź, kochana, obok mnie, na macie. Co się stało? Jak mogę ci pomóc? - zapytałam, spoglądając jej w oczy, i delikatnie dotknęłam jej dłoni.

Kobiety powoli opuszczały salę.

- Płaczę, bo wychodzi ze mnie smutek. Jest mi ciężko, nie potrafię sama sobie z tym poradzić. Moje życie się rozsypało - wyszeptała. - Mój mąż wyjechał służbowo za granicę z koleżanką z pracy. Przyszedł do niej wieczorem do pokoju i długo rozmawiali, śmiali się. Leżeli obok siebie na łóżku i w pewnym momencie on ją pocałował i przytulił. Dwa tygodnie po powrocie powiedział mi o tym, ponieważ, jak twierdził, nie chciał żyć w kłamstwie. Mówił, że bardzo żałuje tego, co się stało. Nasze małżeństwo było udane. Wszyscy znajomi twierdzili, że na każdym kroku widać między nami miłość. Oczywiście, zdarzały się nam nieporozumienia, czasem się kłóciliśmy, jak każde małżeństwo. Miałam jednak całkowite zaufanie do męża. Kocham go. Ale serce mi pękło, gdy dowiedziałam się, że całował inną kobietę. Wiem, że jest mnóstwo kobiet, które są zdradzane i się z tego podnoszą. Mąż mi tłumaczy, żebym nie dorabiała ideologii do tej historii, to był dla niego nic nieznaczący pocałunek. Do niczego nie doszło. Przysięga na życie syna. A ja straciłam grunt pod nogami. Nie umiem sobie tego wszystkiego poukładać. Wybaczyć, zapomnieć, na nowo zaufać. Mąż prosi, abym już tego nie rozdrapywała. On chce zacząć spokojnie żyć. Tylko pytanie, jak ja mam to zrobić? Czuję się gorsza, brzydsza, mniej wartościowa. Proszę mi pomóc.

Przytuliłam ją do siebie. Zapytałam:

- A czy ty kochasz siebie? Czy jesteś sobie wierna? Kiedy ty siebie zdradziłaś, zawiodłaś, rozczarowałaś?

Milczała.

- Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem naszego wewnętrznego świata - powiedziałam po chwili. - Co pragnie ci teraz pokazać? To jest historia o tobie. Wszystko, co cię spotyka, jest wiadomością dla ciebie o tobie samej. Czy ty jesteś dla siebie dobra? Czy doceniasz siebie i kochasz?

Patrzyła na mnie w skupieniu.

- Ja sama szukałam miłości w wielu miejscach. Byłam w tym bardzo wytrwała i uparta. Niedawno otrzymałam duchowe imię, niczym ukoronowanie mojej niezwykłej podróży, która trwa już dwanaście lat - mówiłam dalej. - To imię zostało wyliczone z mojej daty urodzin. Określiły je osoby związane z jogą kundalini, które mnie nie znają, mieszkają w Stanach Zjednoczonych i nic o mnie nie wiedzą. Moje duchowe imię brzmi Bhakti Arvind Kaur. Liczyłam na coś bardziej wyrafinowanego, ale jest właśnie takie - zaśmiałam się. - Bahkti oznacza głębokie emocjonalne i intelektualne oddanie boskości, arvind to kwiat lotosu, a kaur oznacza księżniczkę. Ty również jesteś księżniczką, ponieważ jest nią każda kobieta, każda z nas. Wszystkie jesteśmy księżniczkami, córkami boskiego króla, Stwórcy wszechświata. Jesteś potężna i wielka, ale o tym zapomniałaś. Nie może cię zniszczyć jeden pocałunek. Teraz powoli będziesz przypominała sobie o tym, kim jesteś. Arvind, kwiat lotosu, jest piękny, biały, ma delikatne płatki. Symbolizuje czystość i doskonałość. Zamyka się w nocy i rozwija ponownie za dnia, dlatego stał się też symbolem odrodzenia i wiecznego życia.

- Uwielbiam kwiat lotosu, nawet chciałam sobie zrobić taki tatuaż - powiedziała cicho.

- Korzenie kwiatu lotosu sięgają mulistego, ciemnego dna, a jednak ma on w sobie siłę, aby wyrosnąć ponad powierzchnię mętnej wody i stać się czystym pięknem - mówiłam. - Jestem tu po to, aby przypomnieć ci o tym, kim jesteś. Wiem, że już znasz moją historię, ale opowiem ją raz jeszcze, teraz zupełnie inaczej. Każdego dnia się uczę, widzę szerzej, a moje korzenie sięgają głębiej. Aby cieszyć się pięknem kwiatu lotosu, musimy najpierw zajrzeć pod powierzchnię wody, by poznać, z czego wyrósł. Piękno lotosu nie może istnieć bez mulistego dna, tak jak gwiazdy nie mogą lśnić jasno bez przejmującej ciemności nieboskłonu. Kiedy wrócę z warsztatów, zacznę pisać nową książkę. Opowieść o dziewczynie, która szukała miłości. To dziewczyna taka jak ty. Każda z nas nosi w sercu te same marzenia, nadzieje, tęsknoty. Są jak trzepot skrzydeł anioła. Za czym wszystkie tak bardzo tęsknimy? Ta dziewczyna ma teraz... pięćdziesiąt lat i jest ogromnie szczęśliwa: odkryła tajemnicę, odnalazła swój skarb. Kiedy opowiem ci moją historię na nowo, łatwiej ci będzie zrozumieć swoją własną. Jesteśmy niczym odległe gwiazdy, które przesyłają sobie światło. Odległe, ale przecież takie same.

Poranek

Przytuliła policzek do szyby.

Przez okno swojej duszy

oglądała świt.

Otwierał się łagodnie

na niebie

jak nadzieja.

Dotknęła swojego serca

i uśmiechnęła się do siebie.

Nosiła w sobie

odkrytą tajemnicę...

Tego dnia, gdy zaczęłam spisywać swoją opowieść tak, jak ją widzę teraz, był spokojny świt, tuż po letnim zaćmieniu księżyca. Zaćmienie odbywa się zawsze podczas pełni, kiedy księżyc świeci najjaśniej. To zwróciło moją uwagę.

Odkąd pamiętam, księżyc miał na mnie ogromy wpływ, chociaż przez większość swojego życia nie byłam tego świadoma. Przyszłam na świat w roku, w którym po raz pierwszy ludzka stopa dotknęła jego powierzchni. Gdy byłam małą dziewczynką, wpatrywałam się w jego tajemniczą twarz, starając się wyczytać, w jakim jest nastroju.

Centrum mojego wszechświata stanowił wtedy Białystok, bo tam, na wschodzie Polski, rozpoczęłam swoją ziemską wędrówkę. Czas płynął, ja się zmieniałam, a księżyc pozostawał taki sam. Po latach oglądałam jego znajome oblicze, stojąc na ulicach Nowego Jorku, Paryża, na plaży na Bali czy na wzgórzach Irlandii. Wszędzie, gdzie jechałam, on był niezmiennym, dobrze znanym punktem mojego odniesienia.

Kiedy byłam dojrzałą kobietą, noce pełni księżyca stały się dla mnie niespokojne. Wyrywały z mojego serca niewypowiedzianą tęsknotę. Miotałam się w emocjach, czasem piłam wino, pisałam wiersze, tańczyłam, płakałam. Czułam się zagubiona, miałam męczące, intensywne sny. To się zmieniło - od dwunastu lat przyjaźnimy się jak bliskie sobie istoty. Współpracujemy tak harmonijnie, jak współpracują ze sobą wszystkie aspekty natury. Fale mórz i oceanów unoszą się w księżycowym blasku, a ja sypiam spokojnie, zatapiając się coraz głębiej w swojej podświadomości, niczym zaciekawiony podróżnik poszukujący skarbów. Kiedy weszłam na drogę mojego serca, księżyc pokazał mi swoje ukryte piękno. Wcześniej mnie wołał, nie dawał mi spokoju. Wzywał mnie, lecz ja nie rozumiałam jego języka. Teraz wiem, że był posłańcem, tak jak jest posłańcem każdej kobiety.

Mówi się, że energia księżyca jest energią żeńską. Na początku stawiałam temu opór - zastanawiałam się, dlaczego energia żeńska nie jest energią słońca, które przecież daje życie. Po latach zrozumiałam, że to księżyc oświetla najciemniejszą noc. To za jego sprawą zagubieni żeglarze i wędrowcy mogą bezpiecznie powrócić do domów. Wszyscy jesteśmy zagubionymi wędrowcami. Światło kobiecych serc może oświetlić drogę w mrokach tego świata. Światło kobiety może oświetlić drogę mężczyzny, aby nie zagubił się w ciemności swojej podróży. Ale najpierw kobieta musi odnaleźć siebie.

Taka zwyczajna

Z biegiem czasu okazało się, że w porównaniu z moimi starszymi braćmi, hojnie obdarowanymi talentami, ja mam ich znacznie mniej. W dzieciństwie imponowali mi zwłaszcza swoimi zdolnościami plastycznymi. Rysowanie koni, twarzy czy postaci ludzkich przychodziło im z taką łatwością, jakby to były najprostsze sprawy na świecie. Dla mnie niestety nie były. Podczas gdy ja męczyłam się, aby narysować cokolwiek, na ich szkicach konie galopowały, twarze ludzi pełne były emocji, a Kaczor Donald czy Myszka Miki śmieszyły do łez.

Moi starsi bracia uzyskiwali najlepsze oceny na świadectwach, byli oczytani, wykazywali się dużą wiedzą z różnych dziedzin. A przy tym nie mieli w sobie nic z nudnych kujonów, przeciwnie - byli pełni energii, dowcipni, urodziwi i bardzo lubiani przez rówieśników. Dziś myślę, że czułam się wtedy przy nich bardzo zwyczajną i bardzo przeciętną dziewczynką.

To, że nie otrzymałam w darze aż tylu znaczących talentów, nie oznaczało, że jestem pozbawiona zalet. Od najmłodszych lat lubiłam pomagać rodzicom w kuchni, w domu i w ogródku. Siekałam marchewkę i zioła, umiałam obrać całe jabłko ze skórki za jednym razem, bez odrywania ręki. Byłam mistrzynią w ubijaniu ręczną trzepaczką piany z białek, a w makutrze drewnianym wałkiem z wielką wprawą ucierałam ciasta. Zręcznie obierałam ziemniaki, biłam mięso na kotlety schabowe, układałam czosnek w słoikach do kiszenia ogórków. Świetnie pełłam grządki, odważnie zrywałam dojrzały agrest z kolczastych krzewów i cierpliwie drylowałam wiśnie na powidła.

Księżniczka jak z bajki

Ale za to głowę miałam pełną marzeń, a serce gorące. Po raz pierwszy "zakochałam się" w podstawówce, w chłopcu z mojej klasy, słodkim blond urwisie z niebieskimi oczami i rozbrajającym uśmiechem. Byłam jednak zbyt nieśmiała, żeby chociaż z nim porozmawiać. Przyglądałam mu się ukradkiem, z bezpiecznej odległości, aby ani on, ani nikt inny nie domyślił się, co czuję. A czułam coś, co teraz określa się jako "motyle w brzuchu". Lekkie, miłe łaskotanie połączone z niepokojem, ekscytacją i przyśpieszonym biciem serca.

Nie pamiętam nawet, czy ten chłopak naprawdę mi się podobał czy był jedynie obiektem moich marzeń. Jak każda dziewczynka tego pokolenia wychowałam się na bajkach o księżniczkach czekających na księcia. Gdy się zjawiał, budził je ze snu, odczarowywał zaklęcie lub zły urok i sprawiał, że nareszcie stawały się szczęśliwe. Gorąco pragnęłam, żeby i mnie spotkał taki wspaniały los, kiedy już odnajdzie mnie miłość.

Ewa

Co niedziela, w odświętnych strojach, całą rodziną chodziliśmy do kościoła. Już jako mała dziewczynka poznałam historię o Adamie i Ewie, kobiecie, która uległa pokusie. Zjadła zakazany owoc, a następnie nakłoniła do grzechu niewinnego Adama. Ewa sprawiła, że od tamtej pory ludzie skazani są na życie w bólu i cierpieniu i na ciężką pracę. Zgodnie z tą opowieścią każda kobieta, włącznie ze mną, jest potomkinią Ewy, która nas wszystkich zgubiła. Za jej słabość płacimy po dziś dzień naszym trudnym życiem.

Było mi wstyd za Ewę, za siebie, za ludzką naturę, a jednocześnie miałam żal do Boga, który ukarał nas tak srodze i bezwzględnie za jeden kęs jabłka. Zrozumiałam, że Bóg jest wszechpotężny, wszechmocny i bardzo groźny.

Ale w kościele słyszałam również, że Bóg jest miłością, że jest miłosierny i jeśli będziemy dobrzy i grzeczni, odpuści nam grzechy, z którymi przyszliśmy na świat. Bardzo tego pragnęłam dla siebie i dla wszystkich ludzi. Uznałam, że jeśli będę dobra, uda mi się wyprosić u Stwórcy łaski dla całej ludzkości. Tak bardzo tego pragnęłam, że postanowiłam zostać księdzem. Pamiętam dzień, w którym zamknięta w pokoju odprawiałam mszę dla swoich lalek i pluszowych miśków. Na szyi miałam szalik, który w tamtej chwili był stułą, a w ręku, jako opłatek, okrągłe ciastko. Właśnie miało miejsce podniesienie, gdy do pokoju niespodziewanie weszła moja mama. Po chwili na jej twarzy pojawiło się bezgraniczne zdumienie. Na pytanie, co robię, z dumą i spokojem odpowiedziałam, że trwa msza i ja ją prowadzę. Z pełnym przekonaniem oświadczyłam też, że jak dorosnę, zostanę księdzem. Na co usłyszałam, że to niemożliwe, ponieważ księdzem może być tylko mężczyzna.

Przypominam sobie, że byłam tym bardzo zdziwiona. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego tylko mężczyzna może być tak blisko Boga. Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że ma to związek z Ewą i zakazanym owocem.

Mimo wszystko coś mi tu nie pasowało. Nie było we mnie zgody na to, że mężczyźni mają większe przywileje niż kobiety. Gdy próbowałam o tym rozmawiać z mamą, pytając, jak to jest możliwe, ona odpowiadała krótko: "Bo tak już jest".

Od najmłodszych lat czułam w sobie sprzeciw wobec tego, że "tak już jest" - że nic nie można na to poradzić i trzeba to zaakceptować. Ja nie chciałam tego akceptować.

Kusicielki

Z czasem świat wokół zaczęłam odbierać jako coraz bardziej niespójny. Kościół głosił swoje surowe zasady, a tymczasem już od dobrych paru lat rozprzestrzeniała się rewolucja seksualna. Z hukiem rozsypywały się dotychczasowe doktryny, tematy tabu ujrzały światło dzienne. Kobieca nagość przestała być jakąkolwiek tajemnicą. Amerykańskie i francuskie kino pełne było piękności o ponętnych kształtach, kusicielek wodzących na pokuszenie. Czarno-białe filmy z Marilyn Monroe, Brigitte Bardot czy Elizabeth Taylor kipiały zmysłowością. Coraz lepiej rozumiałam, że kobieca uroda jest ważna i ma moc.

Nowoczesne polskie kino czasów PRL-u także nie stroniło od bezpruderyjnej nagości. Silnym nurtem stały się również wystawy fotograficzne aktu i portretu kobiecego zatytułowane Venus. Odbywały się od 1970 roku przez dwadzieścia lat i były tłumnie odwiedzane. Wydarzenie, szeroko komentowane w mediach, miało ogromny wpływ na kulturę masową. To liberalne podejście do kobiecego ciała zyskało ogromną rzeszę zwolenników. Każdy właściciel większego lub mniejszego zakładu naprawy aut pragnął posiadać plakat lub kalendarz z nagimi pięknościami. Takie zdjęcia publikowano również w popularnej prasie, magazynach, a nawet w dziennikach. Seksualność stawała się towarem, stopniowo odzierano ją z tabu.

Masowość tego zjawiska krok po kroku dokonywała zmian w mentalności. Mężczyźni zaczęli patrzeć na kobiety bardziej przedmiotowo. Kobietom, mimo że coraz odważniej traktowały swoje ciała, towarzyszył niepokój o to, czy podołają nowemu wizerunkowi zmysłowej piękności.

Nowoczesne wyzwolenie kobiet było nieuniknione, choć w naszym kraju emancypacja kojarzyła się bardziej z nagością lub kobietami na traktorach niż z faktyczną wolnością i prawdziwym równouprawnieniem. Zarówno w Kościele, jak i w polityce istnieli wyłącznie mężczyźni. To oni rządzili i kierowali światem - pełnym niesprawiedliwości, bólu, sprzeczności i pruderii.

W tej niespójności świata, którą bardziej wyczuwałam, niż rozumiałam, znalazłam dla siebie na wiele lat przestrzeń dającą mi mnóstwo radości - muzykę i śpiew. Już w przedszkolu okazało się, że mam talent (jak byłam wtedy przekonana, jeden z niewielu) - pięknie i czysto śpiewałam. Rodzice zaprowadzili mnie na przesłuchanie do szkoły muzycznej. Tak odkryto, że mam wyjątkowy słuch, i przyjęto mnie do klasy fortepianu. Ja jednak, zachwycona występami w Sopocie damy czeskiej piosenki Heleny Vondráčkowej, zaczęłam marzyć o karierze piosenkarki - w tej branży panowało pełne równouprawnienie. Oczywiście dziś wspominam to z rozbawieniem, choć wiem, jak taki własny świat - rzeczywistych zdolności i podszeptów serca - potrafi wzmacniać. Szkoda, że jako dorosłe kobiety często zapominamy, co dodawało nam pewności siebie jako dziewczynkom. Jakie byłyśmy wyjątkowe.

Dziewczyna z blizną

Gdy miałam dwanaście lat, uległam poważnemu wypadkowi samochodowemu. Auto, które prowadził mój tato, wpadło w poślizg i koziołkując, stoczyło się do rowu. Wybiłam przednią szybę własną głową. Cudem przeżyłam, miałam "tylko" porozcinaną szkłem powiekę.

"Taka ładna dziewczynka, jaka szkoda...", usłyszałam słowa lekarza, gdy już w szpitalu zapadałam w narkozę. Założono mi kilka szwów wokół oka. Pozostała blizna.

A tak bardzo chciałam być, jak już dorosnę, jak te piękne kobiety z plakatów i okładek magazynów. Kto mnie teraz taką pokocha? Poczułam się gorsza.

Tymczasem weszłam w typowy dla nastolatków okres rozbicia emocjonalnego i wewnętrznego zagubienia. Po wypadku spędziłam długi czas w szpitalu. Pojawiły się trudności z nadrobieniem zaległości w nauce i zwłaszcza matematykę, coraz bardziej dla mnie niezrozumiałą, zaczęłam postrzegać jako przekleństwo. Ukrywałam ten problem przed rodzicami. Coraz częściej też nie chciałam robić tego, o co mnie prosili. Buntowałam się przeciwko ich oczekiwaniom. W takich momentach mama mówiła: "Kto by chciał mieć taką żonę", "Nikt ciebie nie zechce, jeśli będziesz się tak zachowywała" lub "Zobaczysz, zostaniesz sama jak palec". To jeszcze bardziej spychało mnie w rozpacz, w której czułam się bardzo samotna.

Podprogowe komunikaty, które otrzymywałam, były jednoznaczne: jesteś nic niewarta; jeśli nie spełnisz pewnych warunków, nie będziesz warta miłości; musisz być inna, niż jesteś, aby zasłużyć na miłość; miłość jest nagrodą.

Oczywiście z dzisiejszej perspektywy wiem, że mama nie miała złych intencji - wręcz przeciwnie. Chciała zmobilizować mnie do działania i stosowała metody, które znała. Prawdopodobnie w taki sam sposób postępowała jej mama, a moja babcia, a także poprzednie pokolenia kobiet, dla których wyjście za mąż było istotnym warunkiem przetrwania. Niemniej komunikaty zostały "wdrukowane".

Ten bunt wczesnej nastolatki objął też bajki o wiecznej, szczęśliwej miłości. Były dla grzecznych dziewczynek, a życie pokazywało coś zupełnie innego. Moi rodzice czasem się sprzeczali, w innych domach bywało znacznie gorzej. Widziałam bezradność i cierpienie mam, babć, sióstr, często spowodowane przez mężczyzn. Żyjąc w kraju, w którym piło się tak dużo alkoholu, nie sposób było uniknąć widoku bitych czy poniżanych kobiet. Dosyć szybko postanowiłam, że nie chcę brać udziału w tej okrutnej zabawie. Zapragnęłam zostać zakonnicą (skoro nie mogłam być księdzem), a jeśli to się nie uda, żyć jako kobieta samotna. Bez męża, bez dzieci, wolna od obciążeń, niezależna.

Kochankowie z tragedii

Jednak moje gorące serce dość szybko upomniało się o swoje. W pewnym momencie poczułam w sobie silne pragnie miłości. Chciałam kochać, tyle że nie miałam kogo. Zaczytywałam się więc - a trwało to kilka lat - w romantycznych opowieściach o wielkim uczuciu, które pokonuje wszelkie przeciwności. To jednak nie historie, w których miłość zwycięża, zapadały we mnie najgłębiej, lecz ta o tragicznych losach pokonanych przez miłość Romea i Julii. Stała się dla mnie tak samo silnym wzorcem jak opowieść o Adamie i Ewie.

Moją ukochaną książką były wówczas Wichrowe wzgórza Emily Brontë. Czytałam ją kilkanaście razy i z każdym kolejnym słowem utwierdzałam się w przekonaniu, że prawdziwa miłość musi być tragiczna, obarczona cierpieniem i dramatem, a marzenie o radości i spełnieniu jest naiwne i niemądre. Nie mogło być inaczej, skoro od najmłodszych lat spotykałam się z przekonaniem, że "miłość to ból", a "życie to cierpienie", od zawsze słyszałam też, że "trzeba nieść swój krzyż".

Skoro życie jest tak trudne, tym bardziej chciałam je zrozumieć i pojąć jego istotę, choć byłam tylko młodziutką dziewczyną. Czytałam coraz więcej i coraz bardziej zachłannie, sięgałam po pozycje z różnych dziedzin. Kochałam książki i zapach papieru, który był dla mnie zapachem tajemnicy do odkrycia.

Któregoś razu natrafiłam w miejskiej czytelni na pracę Zygmunta Freuda (pewnie zbyt wcześnie). Mówiła o tym, że człowiekiem kierują wyłącznie najniższe instynkty. I wtedy się załamałam. Zaczęłam bać się mężczyzn, przypuszczając, że w kontakcie z kobietą pragną jedynie dać upust tym instynktom. Jak to pogodzić z targaną namiętnościami, burzliwą, ale przecież wielką miłością z Wichrowych wzgórz?!

Uczynna

Czułam się boleśnie rozerwana pomiędzy wszystkimi światami, których doświadczałam. W towarzystwie rówieśników byłam wesoła i towarzyska, ale wewnętrznie zamykałam się w sobie coraz bardziej, starając się ochronić swoją wrażliwość,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Podczas przerwy byliśmy sami. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, a nasze oczy po raz pierwszy się spotkały. I nagle poczułam całą sobą, że chcę w te oczy patrzeć każdego dnia. Nie wiedziałam nawet, jaki mają kolor i kształt, czy są ładne czy nie. Pamiętam, że czułam się oszołomiona przepływającą między nami energią.

Zaczęliśmy rozmawiać. Ale właściwie rozumieliśmy się bez słów. Gdy ja zaczynałam zdanie - on je kończył. Zachwycały nas te same filmy, wzruszała ta sama muzyka, inspirowała ta sama sztuka i bardzo podobnie odbieraliśmy świat. Bliskość naszych dusz była niemal namacalna. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie doświadczyłam, nigdy tak się nie czułam. Wiedziałam, że jest to wyjątkowe!

Chociaż się nie znaliśmy, miałam poczucie, że do siebie należymy. Tak po prostu. Nie było między nami kokieterii czy udawania. Bliskość była wręcz niezwykła. Nie mogliśmy się nasycić rozmową. Jakbyśmy nie tyle poznawali siebie nawzajem, ile wrócili do siebie po latach rozłąki.

Tego dnia nasze rozstanie wyglądało niezręcznie. Byłam umówiona na kolację z osobami, z którymi współpracowałam, chciałam jednak jak najdłużej zatrzymać go przy sobie. Zaprosiłam go, lecz odmówił. Powiedział, że chętnie by zjadł kolację, ale tylko ze mną. Nie umówiliśmy się wcale. Oddalając się od siebie, idąc Nowym Światem w przeciwnych kierunkach, oglądaliśmy się za sobą jeszcze wiele razy.

Wtedy nie było telefonów komórkowych, mediów społecznościowych czy internetu, a kontakt między nami nie był łatwy. A jednak w jakiś niezwykły sposób nasze drogi nieustannie się przecinały, jakby anielska siła zadecydowała, że nie możemy siebie stracić.

Pamiętam nasz pierwszy pocałunek, wieczorem na ławce na ulicy Chmielnej.

Jesień, chłód, a my szaleńczo w sobie zakochani. Nie miałam pojęcia, co z nami będzie, ale czułam całą sobą, że każda nasza wspólna chwila jest bezcenna, nawet gdyby miało nie być jutra. Wyrosły mi skrzydła. Miałam wrażenie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Diagnoza

zawroty głowy

niby bez powodu

może z przemęczenia

a może z zakochania

nagłego

nieplanowanego

nieprzewidzianego

zawroty serca

niby z przemęczenia

a może z zakochania

które nagle

w pół słowa

w zdumieniu

zaskoczeniu

zdziwieniu

w zachwycie niespodziewanym

zaburzają rytm

uderzeń

życia

rąk drżenie

niby z przemęczenia

niedożywienia

przepracowania

zestresowania

a może z zakochania

i lęku

że znikniesz

i zostanie tylko

głowy i serca zawrót

i rąk drżenie

z tęsknoty

Gotowi na szczęście

W moim poprzednim, kameralnym programie miałam poczucie swobody i bliskości z widzem. Tu weszłam w rejony, których wcale nie pragnęłam. Nowy show szturmem zdobywał widzów. Ale duża publiczność oznaczała coraz większe wymagania, ogromne oczekiwania i kolosalną presję.

Pokusy cieszyły się wciąż rosnącym powodzeniem, ale ja nie byłam z siebie zadowolona. Przeżywałam ogromną tremę. W każdym programie przeprowadzałam rozmowy z co najmniej pięciorgiem gości. Musiałam dobrze znać ich życiorysy, osiągnięcia. Do tego dostawałam szczegółowy scenariusz i teksty do wygłoszenia przed kamerą. Każdego dnia nagrywaliśmy kilka odcinków. Nagrania zaczynały się bardzo wcześnie rano, a kończyły późno w nocy. Po południu byłam już tak zmęczona i zdekoncentrowana, że przestawałam myśleć, a przede mną było wciąż wiele godzin pracy i cały tłum ludzi na planie. Pod wieczór nie wiedziałam już, co mówię, co robię, wszystko mi się myliło. Czułam się jak w fabryce na taśmie produkcyjnej.

Program miał rekordową publiczność, przed ekranem gromadził widownię tylko nieco mniejszą niż wieczorne wiadomości w telewizji publicznej. Szefowie stacji byli zachwyceni. Z jednej strony było to miłe, ale z drugiej - kompletnie odebrało mi wolność tworzenia czegoś swojego, możliwość bycia sobą. Wszystko dokładnie mierzono, oceniano, wyliczano i nieustannie zastanawiano się, co zrobić, aby przed ekrany przyciągnąć jeszcze więcej widzów.

Moja popularność była wtedy bardzo duża, a ja się przekonywałam, że sława ma dwa oblicza. Dostawałam kwiaty, setki listów z pochwałami, a nawet wyznania miłosne. Ale otrzymywałam również listy od psychopatów, którzy darzyli mnie obsesyjnym uczuciem, co było przerażające. Niektórzy ludzie kochali mnie, a inni nienawidzili. Zazdroszczono mi. Oceniano każde moje słowo. Kiedy popełniłam najmniejszy błąd, wyolbrzymiano go do granic.

Jednak najtrudniejsza dla mnie była utrata prywatności. Będąc osobą rozpoznawaną, stałam się własnością wszystkich. Pamiętam, jak któregoś dnia czułam się bardzo źle (wtedy często chorowałam), byłam zakatarzona, słaba i obolała, miałam wysoką gorączkę. Wracając do domu od lekarza, stanęłam w aptece w kolejce po leki. Dwie dziewczyny, tuż za mną, głośno, bez żadnych skrupułów mnie obgadywały, jakbym była rzeczą. Zrobiło mi się bardzo przykro.

Zwykle ludzie byli w stosunku do mnie bardzo mili, ale to również na dłużej jest męczące - ciężko jest żyć na pokaz. A rozpoznawano mnie wszędzie - na ulicy, w sklepie, w szkole syna, w poczekalni u dentysty. Przyglądano mi się, fotografowano. Każdy miał wrażenie, że może do mnie podejść i powiedzieć to, na co ma ochotę. Żeby mieć chwilę prywatności z moimi bliskimi, musieliśmy wyjeżdżać za granicę, i to w miejsca, gdzie nie docierają polscy turyści. Chciałam kiedyś kupić bieliznę w Londynie, z daleka od polskich paparazzi (wtedy nie istniały zakupy przez internet). Kiedy miałam w ręku kilka sztuk intymnej bielizny, nagle usłyszałam obok siebie głośny krzyk: "Agnieszka! To ty?! Jak się cieszę, że cię widzę!". Była to nieznana mi osoba, która cyklicznie oglądała mój program przez telewizję satelitarną.

Gazety podawały mnóstwo nieprawdziwych wiadomości na mój temat. W jednej z nich ze zdziwieniem przeczytałam, że potajemnie wzięliśmy z Robertem ślub w Tybecie. Nigdy tam nawet nie byliśmy. Tymczasem zaczęła do mnie wydzwaniać cała rodzina i znajomi z pretensjami, że ukryłam przed nimi coś tak ważnego i dowiadują się o tym dopiero z prasy.

Granice

Nie miałam żadnego planu na siebie i na swoją przyszłość, ale poczułam w sobie jedną, wielką, przejmującą pewność i ufność - że wszystko jest idealnie. Pewność, że nigdy nie jestem sama. Pewność wielkiej obecności, która kocha mnie, troszczy się o mnie, prowadzi mnie, opiekuje się mną i że teraz i zawsze wszystko będzie dobrze.

Wtedy, gdy odpuściłam ziemskie atrybuty poczucia bezpieczeństwa, gdy stałam się gotowa, aby je odrzucić - dostałam prawdziwe, najgłębsze poczucie bezpieczeństwa, które wynikało z potężnej boskiej siły, która była ze mną i we mnie.

Miałam wtedy trzydzieści siedem lat. Do tego czasu spróbowałam już znaleźć szczęście w wielu miejscach, a szukałam intensywnie i z zaangażowaniem - w związkach, w świecie mody, w rodzinie, robiąc karierę, w nauce, w psychologii, w świecie filmu, muzyki, a nawet w religii. Pewien wybitny naukowiec, którego poznałam kilka lat później, pod koniec swojego życia powiedział: "W psychologii nie znalazłem miłości, w religii nie znalazłem Boga, w biologii nie znalazłem życia". Ja to wszystko odnalazłam w tej jednej chwili - w sobie. To było moje przebudzenie - moje narodzenie. Narodziłam się jako istota nie tylko materialna, fizyczna, ale jako istota wielowymiarowa. Poczułam, że to, co głosi religia o groźnym, gniewnym, surowym Bogu, który pragnie nas karać za grzechy, jest kłamstwem i wymysłem ludzkich umysłów, a te są mocno ograniczone. Umysł nie jest w stanie pojąć tej wielkiej, boskiej energii, która przenika cały wszechświat. Można jej doświadczyć, ale nie można jej ogarnąć umysłem - umysł to zbyt słabe narzędzie.

Poczułam, że wszystko przenikają niezmierzona miłość, akceptacja i współczucie. Czułam się ukojona w całym swoim bólu, przepełniona tą akceptacją i miłością. Bóg wcale nie chciał mnie karać za rozwód - wręcz przeciwnie, poczułam kochające współczucie dla całej mojej istoty i całego stworzenia. Nie ma winy i kary za grzechy - są tylko lekcje i doświadczanie życia. Nie ma śmierci - jest tylko życie, które płynie nieustannie, niezależnie od fizycznego ciała. Poczułam, że prawdziwa jest tylko miłość. Ta miłość mnie uwolniła.

Siedziałam jak zaczarowana, zahipnotyzowana, zauroczona. Nie chciałam, aby ten stan kiedykolwiek przeminął, pragnęłam go w sobie zatrzymać na zawsze. Straciłam poczucie czasu, nie wiedziałam, jak długo to trwało. Zaczęłam widzieć, słyszeć i odczuwać wszystko pełniej, wyraźniej. Zapachy, dźwięki, światło pomiędzy liśćmi - wszystko stało się olśniewające, zachwycające, piękne. Całą sobą doświadczałam cudu życia, to uczucie przeszywało mnie na wskroś.

Wtedy obiecałam sobie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby doświadczać tego piękna istnienia nie tylko podczas wakacji, medytując przez kilka dni na plaży, ale w każdym dniu mojej codzienności. Poprosiłam Stwórcę, aby wskazał mi drogę, pokazał i nauczył, jak mam tego dokonać, aby ten stan piękna i miłości w sobie zatrzymać. Wiedziałam, że wszystko już jest teraz, a moim jedynym zadaniem jest usunięcie zasłon, które oddzielają mnie od tego nieustannie płynącego w nas światła.

Anioł stróż

Zanurzyła twarz w dłoniach i zapłakała.

Czuję się taka bezradna i samotna.

Nigdy nie jesteś sama - wyszeptał anioł.

Idę razem z tobą

krok w krok.

Od chwili, gdy zostałaś poczęta.

Byłem obok ciebie w łonie matki

łagodnie kołysząc cię do snu.

Byłem z tobą w chwili, gdy się rodziłaś.

Czułaś lęk, a ja szeptałem ci do ucha,

że wszystko będzie dobrze

i że nigdy cię nie opuszczę.

Obiecuję.

Dotrzymuję słowa.

Jestem z tobą podczas każdego twojego ziemskiego kroku.

Pragnę przenosić cię na moich skrzydłach,

przez trudności i przeszkody,

Unosić ponad cierpieniem,

uwalniać od nieszczęść.

Pozwól mi na to.

Otwórz się na mnie.

Kocham cię bezgranicznie,

dokładnie taką, jaka jesteś.

Poczuj moją obecność.

Jestem.

W tobie.

Miłosny taniec