Rozdział 1
Najlepsza definicja człowieka: istota, która do wszystkiego się przyzwyczaja.
Fiodor Dostojewski
Ale czy przyzwyczajenie jest dobre?
Czy to możliwe, żeby tak pamiętać, choć widziało się kogoś tylko przez chwilę?
Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Na wiele innych, dużo bardziej skomplikowanych - tak, a na takie, które dotyczyły prostych spraw - nie.
Skończył studia, doktoryzował się - z sukcesem. Był naprawdę dobrze wykształcony, tyle że - tak go czasem nachodziło - ta wiedza nie zawsze przekładała się na codzienność. Właściwie to rzadko się przekładała. Niektórzy wybierali zawody mocno związane z życiem, innymi ludźmi, wymagające śledzenia współczesności. Jego praca była inna.
Dziś czuł się zagubiony. Zestresowany. Niepewny. Chciałby i się bał. Ależ to było kobiece! Nie, nie było, to nieprawda, że niepewność jest domeną kobiet, a mężczyźni muszą być twardzi i zdecydowani. Te zmiany w stereotypowym postrzeganiu obu płci wyłapał, choć w teorii. Dużo czytał, był na bieżąco z przemianami społecznymi. Też teoretycznie. Praktykę miał niezbyt bogatą, bo najpierw studia, potem także studia, tyle że oczko wyżej, a później...
Później kobieta. Ta jedna, bardzo ważna. Zachorowała. Diagnoza jak wyrok. Stwardnienie zanikowe boczne. Czy się zastanawiał, co dalej? Nie, to był odruch. I bardzo dobrze, że go miał, bo gdyby wiedział to wszystko, czego potem doświadczył...
Miłość czasem wyprzedza myślenie, często wyprzedza kalkulowanie. Można powiedzieć, że to ryzykowne. On myślał, że to cud. Człowiek, istota myśląca, a on był bardzo myślący, robi coś bardzo emocjonalnego. Taka jest siła uczucia.
Trudno byłoby im mieszkać u niego, bo miał dwupokojowe mieszkanie. Ona - też. Postanowił poszukać czegoś pod Warszawą. Kiedy zobaczył ten dom, od razu wiedział - to jest to. Ona również tak czuła. Spieniężyli oba mieszkania, przeprowadzili się do miejsca jak z bajki.
Bajka trwała cztery lata i siedem miesięcy. Nie, nikt postronny tak by nie nazwał ich życia - coraz trudniejszego, wymagającego od pewnego momentu stałej obecności opiekunki. Ale wciąż były poranki w ogrodzie, wieczory przy kominku, rozmowy, trzymanie za rękę i nadzieja.
I nawet to spotkanie tego nie zmieniło. Choć...
Myślał o tej drugiej kobiecie. Z przelotnego spotkania, a nawet nie spotkania, tylko zauważenia, zrobiło się coś...
Nie umiał tego nazwać. Nie był w tym dobry. Z czasem, gdy w domu, z nią, tą obok, było gorzej i gorzej, obraz tamtej dodawał mu otuchy. Coraz więcej do niego dokładał, dobudowywał historię.
Nonsens, tak sobie mówił. A właściwie dlaczego nie?, kontrował od razu. Przecież to wszystko tylko myśli, nikogo nie ranią. Później zaś...
To było już po jej śmierci. Porządkował gazety. Kupował ich dużo, żeby mogła czytać, kiedy jeszcze dłonie potrafiły utrzymać papier. Potem opiekunka kartkowała dla niej kolorowe czasopisma.
Długo nie potrafił ich wyrzucić. Dopiero niedawno się do tego zabrał. Niektóre przeglądał. Na przykład to, w którym był artykuł ze zdaniem, że "magia jest w zasięgu ręki". Uśmiechnął się pod nosem - wyrozumiale i z czułością. Ze smutkiem też - choroby nic nie mogło powstrzymać. Ona przegrała, oboje przegrali. Skoro medycyna ustąpiła chorobie, magia również nic by tu nie zdziałała.
To zdanie jednak z nim zostało.
I, choć nigdy by się o to nie posądził, zrobił to, co zrobił.
*
- Plany? No klasyczne. To znaczy tradycyjne. - Hanna nie potrafiła się skupić. Wciąż myślała o tej pomarańczy na wycieraczce. Gdyby to był sam owoc, to mogłaby pomyśleć, że ktoś go zgubił. Wypadł z siatki, potoczył się pod jej drzwi, i już. Ale ze wstążką? Do tego czerwoną? A może ten wariant wciąż był możliwy - to miał być prezent, ale dla kogoś innego, nie dla niej. Owszem, osobliwy, choć może wcale nie? Może to któreś z jej sąsiadów zgubiło? Musiało tak być, bo jak inaczej? Pewnie ci z naprzeciwka. Takie miłe małżeństwo. On miał ze sto lat, to znaczy na pewno ponad dziewięćdziesiąt. Wyglądał jak uroczy krecik - był drobny, twarz też miał niedużą, do tego małe oczy schowane za bardzo grubym, szkłami. I prawie zawsze się uśmiechał. Ona była zdecydowanie młodsza - góra siedemdziesiątka. Zawsze, ale to zawsze w butach na koturnach i wąskiej spódnicy idealnie do kolana. Wyglądali razem tak miło. O nim sąsiedzi mówili "Kapitan", ponieważ służył w wojsku. O niej - pani Krysia, po prostu. Mimo takiej przeszłości zawodowej - jego, i upodobaniom modowym - jej, to ona nosiła w tym małżeństwie spodnie. Może to z racji wieku? Przy mężu wręcz tryskała młodością. Choć on był bardzo bystry i wciąż miał jasny umysł. Hanna rozmawiała z nim kilka razy i mimo że były to kurtuazyjne pogawędki, wyraźnie czuła, że pod tą naznaczoną upływem czasu powłoką kryje się całkiem niestary duch.
Może więc to on kupił dla niej? Na przykład na imieniny? Zerknęła w kalendarz - piąty grudnia, wtedy Krystyny świętują. Pasowałoby. Może ciut za wcześnie, ale starsi ludzie lubią wszystko planować z wyprzedzeniem. Wczoraj wychodził, widziała go przez okno. Ona, znaczy jego żona, też wychodziła, więc również pasuje. No ale jak ich o to zapytać? Jeśli to naprawdę któregoś z nich, to zepsuje niespodziankę temu drugiemu.
- ...może jednak tak? Jak myślisz?
- Słucham? - Nie wyłapała sensu wypowiedzi mamy. Właściwie to nie wyłapała nawet pojedynczych słów. Może powinna wypijać kawę już w domu, a nie dopiero w pracy? Albo chodzić wcześniej spać? A może iść do lekarza, bo to jakieś zaburzenia? Na przykład skradająca się menopauza? Albo, co gorsze, jakieś problemy z głową? Przecież tata zmarł na udar.
- Pytam, kiedy do mnie przyjedziesz. Czy w Wigilię, czy dzień wcześniej?
- Właściwie to myślałam, że ty przyjedziesz do mnie. Nowe mieszkanie, nowa praca. I wiesz, ludzie do końca kupują ozdoby, prezenty, kwiaty. - Taką Hanna przynajmniej miała nadzieję. - Więc dwudziestego czwartego będę pracowała.
- Ale jak to: ja? Przecież zawsze ty przyjeżdżałaś do mnie. - W głosie mamy brzmiało zdumienie.
No tak. Siła tradycji.
- Mamo, ale ten rok jest inny. Zauważyłaś? - Hanna zapytała miękko, choć trochę się zdenerwowała.
- Inny. No każdy jest inny. "Nic dwa razy się nie zdarza". Znasz to, prawda?
- Znam. Ale to chyba o czym innym.
- O życiu, córeńko, o życiu. To jak będzie?
- Noo... Będzie trudno, mamo. Przecież wiesz, jak działa handel. Nie mogę tak po prostu zamknąć Dziewanny. Klienci poczuliby się urażeni, a urażony klient nie wróci.
- Niby tak. - Mama zgodziła się dość pogodnie, co Hannę zdumiało. - Ale jakby to miało wyglądać? Że przyjadę, no nie wiem, dwudziestego trzeciego na przykład?
- Na przykład. - Hanna wciąż nie mogła przyswoić tego sukcesu negocjacyjnego. Zastanawiała się nad tegorocznymi świętami i odkładała rozmowę o nich, przeczuwając, że będzie trudna, a tu się okazywało, że wcale nie tak bardzo.
- Ale wiesz, te ostatnie dni są napięte. Trzeba zrobić zakupy, ugotować...
- Mamo, ile my we dwie zjemy?
- No...
- A do tego ja nie jem mięsa, więc na przykład ryba odpada. I pasztet. I pieczeń. Zresztą mamy to już przecież przerobione.
- Jesteś moim dzieckiem, przecież wiem, co lubisz, a czego nie - obruszyła się mama. - Mimo wszystko pewne przygotowania trzeba poczynić. Barszcz nastawiać, ciasto na pierniki, kapustę...
Mama swoje, więc Hanna też postanowiła wejść w ten tryb - słabego uwzględniania rozmówcy.
- To zróbmy zamianę - weszła jej w słowo. - Ja po ciebie przyjadę, dzień przed Wigilią. Po pracy, wieczorem, żebyś miała czas na przygotowania w kuchni. Obrócimy przed północą.
- Eeee... Ja to już jestem za stara na takie roszady. Chodzę do łóżka wcześniej.
- Odeśpisz. Będziesz spać do woli, w końcu świętuje się podczas kolacji, nie podczas śniadania.
- Wiesz, że budzę się jak ranny ptaszek.
Hanna wiedziała. Ona też tak kiedyś miała, a teraz jej zegar coś się rozregulował. Może naprawdę powinna iść do lekarza?
- Trudna sprawa, córeczko, naprawdę. I to twoje mieszkanie nie za duże. - Mama była uprzejma, ale nadal nieprzekonana.
- Pięćdziesiąt metrów. Wcześniej mieszkała tu rodzina z dwójką dzieci.
Hanna zastanawiała się, jak wyglądała ich codzienność, ale przecież ludzie mieli jeszcze mniejsze mieszkania. Zresztą całkiem zgrabnie powydzielali kąty, tak, żeby każdy mógł mieć coś swojego. Zrobił się z tego kolorowy patchwork, ale udany. Ona postawiła na białe ściany i otwartą przestrzeń, choć pozastawiała ją kwiatami. Po dłuższych rozważaniach zostawiła jednak trzeci, dorobiony pokój. Pokoik właściwie. Sypialenkę, w której mieściły się łóżko i szafka nocna. "To dla skrzata?", zaśmiała się mama, kiedy zobaczyła tę klitkę. Hanna odparła, że dla gościa, bo przecież ma różne koleżanki, ale szczerze mówiąc, kiedy zostawiała taki układ, to jej główną motywacją była mama. Teraz sześćdziesięciosiedmioletnia, no ale czas biegnie tylko do przodu. I chociaż mama wciąż była na chodzie, to na pewno niebawem coś się w jej organizmie popsuje. Wtedy ten pokój będzie potrzebny, zwłaszcza gdyby Hanna jednak się z kimś związała i nie mogła często jeździć do Łomży. Poza tym teraz na miejscu trzymała ją jeszcze Dziewanna. W takim układzie metraż byłby za mały, żeby znalazło się tu miejsce dla tego jedynego, zresztą w sumie choć raz to ona mogłaby pomieszkiwać u faceta.
- Czasy trudne, co się dziwić. Przyznasz jednak, że nasze, to znaczy moje mieszkanie, duże, ma przewagę.
Prawda. Łomżyńskie lokum miało prawie osiemdziesiąt metrów kwadratowych. Jak na czas młodości Hanny - luksus, a i teraz naprawdę niezły wynik, to znaczy metraż.
- Miałoby, gdybyśmy zamierzały kogoś zapraszać. A nie zamierzamy, prawda?
- A nakrycie dla niespodziewanego gościa?
Może mama też miała jakieś problemy z głową? Żeby przeliczać metry na osobę, która jest symboliczna?
- Mamo, ja się zaczynam o ciebie martwić.
- Zupełnie niepotrzebnie.
Drugi wariant był taki, że mama nie lubiła się ruszać ani z domu, ani z Łomży. Jeszcze z tatą jeździła na różne wycieczki, bliższe, dalsze, bo jego ciągnęło w świat, ale od jego śmierci, czyli od pięciu lat, osiadła. Najpierw to było naturalne - smutek, w końcu tyle lat razem, ale przecież życie się nadal toczyło, a mama jakby się poddała. Ostatnie miesiące były dla Hanny trudne, bo ciągle coś - notariusze, remonty, przeprowadzka. Nie miała czasu, by się interesować, tak czynnie, mamą. Wstyd, ale ostatni raz była u niej w wakacje. Dzwoniła, owszem, przez telefon jednak wiele umyka - człowieka się słyszy, ale nie widzi. Zaniedbała mamę, zajmując się sobą, i przeoczyła sygnały matczynego osuwania się w starcze otępienie. W apatię. W zasiedziałość. Aż ją coś teraz zakłuło koło serca.
- Mamo... Słuchaj, to naprawdę dobry pomysł. Przyjadę, spakujemy wszystko, czego potrzebujesz. Możesz przygotować swoje ulubione potrawy wcześniej, zabierzemy je ze sobą. Może mam nieduże mieszkanie, ale czeka tu na ciebie oddzielny pokój. A dokoła las i inne fajne miejsca na spacery. Porobimy sobie wycieczki, możemy się też wybrać kawałek dalej, na przykład nad Świder. Zostaniesz dłużej, aż do Nowego Roku.
Hanna zdumiała samą siebie. Nie zamierzała spędzić z mamą aż tylu dni. Święta - jasne, w końcu obie były samotne, ale sylwester?... Kilka miesięcy temu wyobrażała sobie, że...
- Głupia.
- Słucham?
Hanna coraz częściej mówiła do siebie. Przyzwyczajenie samotnych ludzi. Teraz też się jej wyrwało. Dobrze, że mama nie dosłyszy. Tak, te wspólne dni są im potrzebne. Namówi mamę na wizytę u lekarza, z tym słuchem także trzeba coś zrobić.
- To co, jesteśmy umówione?
- Zasadniczo... tak. To znaczy w ogólnym zarysie. Z tym że nie wiem, jak to będzie z tym czasem poświątecznym, to znaczy po Bożym Narodzeniu. Nie chcę ci przeszkadzać, bo pewnie masz jakieś plany. Wy, młodzi, to żyjecie inaczej. Jakieś wyjścia, imprezy, zabawy.
Hanna nie miała planów. Jej trzy przyjaciółki, z którymi spotykała się przede wszystkim na wspólnych spacerach, były zamężne. Poznały się jeszcze w liceum. To znaczy wtedy, kiedy Hanna uczyła w liceum. W szkole odbywała się aukcja charytatywna na rzecz jednego z uczniów, który zachorował na białaczkę. Hanna się dołączyła, oczywiście, ale, nie ma co tego ukrywać, ciągnęło ją tam także dlatego, że konferansjerkę tej imprezy prowadził znany aktor, prywatnie ojciec jednego z uczniów. Bardzo dobrze mu szło, sprzedawał wszystko z dużym przebiciem. O obraz, akwarelę przedstawiającą górski pejzaż, licytowała się z trzema mamami. Ostatecznie to ona wygrała i bardzo się ucieszyła. Akwarelka była piękna, uścisk dłoni aktora elektryzujący, a w sercu radość, że pomogła. Potem zaczęła rozmawiać z tymi mamami i jakoś tak od słowa do słowa - zbliżyły się do siebie. Nie uczyła ich dzieci, mogły się zakumplować. Jedna z nich, Aśka, rzuciła hasło do wspólnych spacerów. "Spacery po okolicy", tak nazwały swoją grupę na Messengerze. Zaczęły się umawiać. Najpierw rzeczywiście rekreacyjnie - do Lasu Kabackiego, Powsina, potem też do kina czy teatru. Były razem na kilku wyjazdach. Bardzo je polubiła, cieszyła się, że ma w Asi, Oli i Iwonie wsparcie, choć jednocześnie czuła lekkie wyobcowanie. Jako jedyna z nich nie miała rodziny. Rytm życia jej przyjaciółek wyznaczały szkolny harmonogram, potrzeby dzieci i mężów. Zanim się umówiły, zawsze musiały pozaglądać w kalendarze i sprawdzić, czy ustalony termin nie koliduje z ortodontą, rehabilitacją, wizytą u babci, zawiezieniem na urodziny do kolegi lub koleżanki i tak dalej. Hanna była wolna. Wolność była dla niej ważna, od dziecka miała taką potrzebę. "Wolny jak ptak" - jakie to ładne powiedzenie, myślała, patrząc przez okno swojego pokoju w łomżyńskim mieszkaniu. Bywało jednak, że czuła się jak w klatce. To różnica pokoleniowa w wychowaniu - kiedy ona była mała, dorośli mieli swoje światy i swoje sprawy. Dzieci stanowiły świat odrębny. Opiekowano się nimi, oczywiście, ale na przykład kiedy do rodziców przychodzili goście, to Hania zostawała w swoim pokoju - po tym, jak już ładnie się przywitała. Zdarzało się, że rodzice jeździli na urlop we dwoje, a ona, w tym samym czasie - na kolonie. Wtedy jej to nie dziwiło, bo tak było, i już. Zdziwienie przeżywała teraz, słuchając opowieści przyjaciółek. "Rodzicielstwo bliskości" - blisko było pod każdym względem. W takich chwilach Hanna utwierdzała się w przekonaniu, że macierzyństwo nie jest dla niej. Nie poradziłaby sobie z tym ciągłym balansowaniem między potrzebami dziecka a swoimi. A pewnie jeszcze zostałaby samotną matką, w końcu wszystkie jej związki się pokończyły. Tak, wolność była dla niej ważna. Być jak ptak - swobodny, lekki.
To dlaczego czasem czuła, jakby nosiła w klatce piersiowej jakiś ciężar? Teraz też ją przygniótł.
- Nie mam planów. To czas dla nas. Dla mnie i dla ciebie.
Ciężar jakby trochę zelżał.
- Och, córeńko...
Tak, zrobiło się jej lżej. Empatia uskrzydla.
- To bardzo miłe, ale jeszcze o tym porozmawiamy. To znaczy o szczegółach, bo oczywiście jesteśmy umówione.
- No to bardzo się cieszę, naprawdę.
Sprawa przyklepana, choć niepokój o mamę się nie rozmył. Hanna czuła, że coś się psuło, i martwił ją ten stan.
- Słuchaj, tak na koniec, delikatnie, bo ja wiem, że ty, że tobie... Nie ma przypadkiem jakiegoś pana obok? Albo na horyzoncie?
Hanna stężała. Wciąż nie lubiła tego tematu. Kiedyś bardziej, ale kiedyś mama pytała o to częściej. Gdy Hanna była sama, zainteresowanie dotyczyło tego, kiedy mogłoby się pojawić męskie towarzystwo obok niej. Gdy takie już zaistniało, pytania dotyczyły fazy związku, czyli: "kiedy ślub". No i zdenerwowanie obustronne, bo ślub był daleko lub jeszcze dalej. Czasem Hannie na nim nie zależało, ale czasem... Mama zaś denerwowała się jej nerwami. Oraz chyba tym, że Hannie życie się "nie układa". "Układa, tylko inaczej niż tobie", odpowiadała. I znów - czasem była w tym tylko szczera konstatacja, a czasem... Tak, pierwszy grudnia.
- Mamo, myślałam, że mamy to już za sobą. - Westchnęła.
- Ale co mamy za sobą?
Ponieważ głos mamy brzmiał szczerze i zupełnie niezaczepnie, Hannie znowu zrobiło się nieswojo. Może to starcze zaniki pamięci? Mama zawsze lubiła słodycze i tłuste potrawy. Jej kotlety pławiły się w tłuszczu, piure było obficie okraszone skwarkami, zupy doprawione śmietaną, ciasta upstrzone cukrowymi ozdobami. Taki sposób żywienia musiał mieć swoje konsekwencje.
- No te wszystkie pytania o przyszłość i o facetów, i...
- A, to! No tak, oczywiście. Wiem, że bywałam... zbyt dociekliwa. Może nawet wścibska albo nietaktowna. Oczywiście zawsze z troski, ale... W każdym razie było, minęło. Zapytałam tak, jakby to ująć... kurtuazyjnie. Nie, to złe słowo, przecież jesteś moją córką, a nie kimś obcym. Zapytałam z życzliwą ciekawością. Tak, właśnie tak.
- Z życzliwą ciekawością - powtórzyła Hanna. Nie to, żeby wykluczała taką postawę u mamy, przecież wiedziała, że w gruncie rzeczy jej rodzicielka ma wspaniałe serce, tylko czasem zbyt stereotypowe poglądy na życie.
- Absolutnie! Wiesz, to tak samo, jakbyś ty mnie zapytała o to, jak mi się życie układa. Prywatne.
Hanna czasem pytała. O najbliższą przyjaciółkę mamy, Lonię. Zawsze wtedy słyszała: "Po staremu. Co tam u nas może być nowego?". Fakt. Dwie wdowy z jednej klatki.
- No tak. To co tam u Loni?
- U Loni? Dobrze, całkiem dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ostatnio spore zmiany, bo...
Dzwoneczek zawieszony u drzwi zachybotał się i wydał z siebie miły dźwięk. Ten drobiazg Hanna też przywiozła z wyprawy do Łomży. Odczyściła go i naprawiła bijak. Tak się fachowo nazywa, choć ona wolała inne określenie - serce. Zatem - serce tego dzwonka było pęknięte. Bez serca - wiadomo - dzwon zostanie głuchy. Namęczyła się; klejenie nic nie dało, dopiero lutowanie pomogło. Potem trzeba było jeszcze wyszlifować nierówności i odpowiednio zawiesić bijak, żeby dobrze uderzał o wieniec płaszcza. Dokształciła się wtedy z ludwisarstwa.
W progu stanęła dziewczynka. Hanna ją znała. To była Malwina z jej klatki. Widywała ją, gdy wcześnie rano całą trójką, z mamą i tatą, wychodzili z bloku. Rodzice chyba pracowali w Warszawie, bo oboje późno wracali do domu. Hanna zastanawiała się, z kim wtedy dziewczynka spędza czas. Doszła do wniosku, że z opiekunką, bo gdzieś z góry, chyba właśnie z drugiego piętra, więc być może od Zyskowskich, bo raczej nie od Kolorowej Łucji, schodziła mniej więcej pięćdziesięciolatka, która wyglądała jak niania. Hanna, mimo że nie miała przecież własnych dzieci, więc wiedzy praktycznej co do opiekunek jej brakowało, to jednak oglądała kiedyś film o niani. Uwielbiała Emmę Thompson i nie przegapiła żadnej produkcji z jej udziałem, tej również, choć było to kino familijne, które jej nie pociągało, podobnie jak filmy o singlach raczej nie przyciągały dzieciatych. Choć kto wie. W każdym razie Thomson była tu Nianią McPhee. Nianią rejonową, brawurową i... osobliwą. Podobnie jak ta, która doglądała małej Zyskowskiej. Tyle że wygląd Niani McPhee się zmieniał, odpowiednio do zachowania dzieci, a niania sulejówecka pozostawała niezmienna - gdyby miało być tak jak w filmie, toby znaczyło, że Malwina musi być bardzo psotna i krnąbrna - a nic na to nie wskazywało.
- Dzień dobry. - Dziewczynka zawsze się z nią ładnie witała. Dobrze wychowana, myślała Hanna. No właśnie. Nigdy co prawda nie porozmawiała z nią dłużej, bo nie było okazji, ale te powitania sporo mówiły. Rano Zyskowscy wsiadali do zaparkowanego na podwórku auta. Terenówka, nowa, błyszcząca. Droga na pewno. Dlatego Hanna się czasem zastanawiała, jaki jest powód tego, że oni wciąż mieszkają w bloku. Zresztą rodzice Malwiny wyglądali na majętnych, jeśliby oceniać po stroju. To może być zwodnicze, choć częściej chyba w drugą stronę, bo naprawdę bogaci potrafią nie przywiązywać uwagi do ciuchów. Lub inaczej - nie budować swojej pozycji wyglądem i ubraniem. Na przykład ci ludzie z Doliny Krzemowej. Japonki, luźne T-shirty i bermudy ze spranej bawełny. Zyskowscy zawsze w pośpiechu, nawet schodzili szybko, energicznie. I często pokrzykiwali ponaglająco na córkę, która chyba żyła w innym świecie niż oni. Zamyślona albo rozbawiona, nieulegająca presji otoczenia. Hanna pomyślała kiedyś, że ta mała kojarzy się jej z bohaterkami książek Astrid Lindgren.
Dziewczynka przechadzała się wzdłuż półek. Niczego nie wzięła do ręki, ale widać było, że z zainteresowaniem przygląda się przedmiotom.
Hanna nie chciała jej peszyć pytaniami. Ona sama, gdy sprzedający do niej podchodzili i mówili: "Czy mogę jakoś pomóc?", drętwiała. Przecież jest dorosła i gdyby uznała, że potrzebuje pomocy, toby o nią poprosiła. A skoro nie prosi, to znaczy, że albo nic się jej nie podoba, albo niczego jeszcze nie wybrała.
No ale to było dziecko. Ile ona mogła mieć? Z dziesięć lat? To właściwie dlaczego była teraz w sklepie, a nie w szkole? Dzień powszedni, lekcje przecież się chyba odbywają, żadnego święta nie ma.
- Mamo, mam klientkę, muszę kończyć. - Hanna wbiła się w środek opowieści, w której już dawno się pogubiła. - Zadzwonię potem, dobrze?
- No oczywiście. To dbaj tam o siebie, córeczko. Pa. - Mama się rozłączyła.
Hanna podeszła do małej.
- Cześć. Jak się masz?
- Dobrze, dziękuję.
Tak, Malwina była naprawdę dobrze wychowana.
- Rozglądasz się za czymś konkretnym czy tylko tak wpadłaś? To oczywiście okej, oglądanie jest przecież takie przyjemne, prawda?
- Prawda. Lubię oglądać. Ładne tu są rzeczy. Takie inne. Inne od innych. I od... - Zawahała się, ale dokończyła: - Tego, co lubią rodzice.
- A co lubią rodzice?
- No... Rzeczy nowe. Prestiżowe. - Zaśmiała się, trochę zawstydzona.
Hanna też się uśmiechnęła. Zastanawiała się, czy mała zna znaczenie wyrazu, którego użyła.
- Prestiżowe... Czyli właściwie jakie? - Patrzyła na dziewczynkę z serdecznością. Było w tej małej coś takiego, co...
- Pokazujące luksus. Pozycję. Żadne łachy jak u hipiski Łucji. Albo badziewie jak w lumpach.
Hannę jednak zatkało. Owszem, mogło być tak, że mała po prostu powtarzała to, co usłyszała w domu, ale w tych niebieskich oczach widać było inteligencję.
- Znaczy tata tak mówi. Ja lubię panią Łucję, ona jest taka wesoła i kolorowa.
Kolorowa Łucja, Hanna tak, na swoje potrzeby, nazwała sąsiadkę.
- A pani wie, kto to hipiska?
- Wiem. Człowiek, który lubi wolność. Naturę, innych ludzi i...
Na końcu języka miała, że seks, bo w takiej parze to szło - jak hipisi, to i wolna miłość, ale nie dokończyła, choć skoro mała zna takie wyrazy, jakie już padły, to na pewno wie i o seksie.
- O, to tak jak ja. Może ja też jestem hipiską? Tata mówi, że pani Łucja jest waria... - Teraz to Malwina urwała. Speszyła się. - Ja tak nie myślę, zupełnie nie.
- Ja też nie.
Hanna znała swoich sąsiadów dość pobieżnie. Teraz czasy był takie, że ludzie już nie żyli z sąsiadami jak z rodziną. Zresztą z rodziną też już często nie byli tak związani, jak kiedyś. Więzy się rozluźniały, ludzie się przeprowadzali, zmieniali partnerów, dużo znajomości mieli wirtualnych, co dawało poczucie bycia w grupie, ale przecież takie tradycyjne znajomości i bliskości są nie do zastąpienia.
Mimowolnie spojrzała na kalendarz. Początek grudnia. Niby nic, a jednak ten grudniowy, przedświąteczny czas tak działał, że w człowieku uruchamiały się różne tęsknoty i niespełnienia.
- I panią też lubię. To znaczy chyba, bo ja pani prawie wcale nie znam, ale to się czuje, prawda?
Hanna kiwnęła głową.
- Czuje się. Ja też cię lubię. Chyba. - Zaśmiała się.
Za oknem było pusto. Niby główny ciąg handlowy w Sulejówku, niedaleko stacja, no i niebawem mikołajki i święta, ale ruchu nie było. Właściwie trudno się dziwić. Dorośli w pracy, często w Warszawie, dzieci w szkołach...
- A wy dzisiaj nie macie lekcji? - Jej pytanie ociekało słodyczą. Nie chciała być napastliwa ani wścibska, żeby nie przepłoszyć Malwiny.
- No... mamy. Ja już byłam w szkole. I zaraz znowu pójdę. Tylko teraz tutaj przyszłam, bo mam blisko.
Rzeczywiście, szkoła była niedaleko.
- Masz okienko?
Hanna próbowała sobie przypomnieć, czy jej się zdarzały takie przerwy w lekcjach. Chyba nie. A nawet jeśli, to przecież nie mogłaby wyjść ze szkoły. Teraz pilnowano uczniów zdecydowanie bardziej niż za czasów jej dzieciństwa, więc jak tej małej udało się wymknąć?
- Uhm. Tak jakby. Właściwie to nie.
Malwina miała niezwykle błękitne oczy. To był kolor fal przybijających o poranku do złotego piasku dzikiej plaży. Urok i niewinność. No, w każdym razie - uczciwość.
- Nie wyda mnie pani? Bo byłaby awantura. Tata by się zdenerwował, a już i tak ma nerwową pracę. A kiedy tata się denerwuje, to mama też.
- Nie wydam, ale jak to możliwe, że nikt tego nie zauważył? Może ja cię odprowadzę, co? I w razie czego... - Nic sensownego nie przyszło jej do głowy. Na dodatek przypomniała sobie, jak dziewczyny opowiadały, że teraz opiekunowie nie mogą wchodzić do szkoły, że wszystko wymaga tysięcy podpisów, a w ogóle to sprawy przeniosły się do sieci, do dziennika elektronicznego.
- Nie, nie. Ja sama wrócę. Przecież przyszłam w tę stronę, a drogę znam. Poza tym ja tu mieszkam od urodzenia, nigdy bym się nie zgubiła. No i ja jestem mała, łatwiej mi się... prześlizgnąć. Bo to było tak - nachyliła się ku Hannie - że pani Daria, nasza woźna, jest teraz babcią. Ona jest z Ukrainy i od kilku dni ma wnuczka. I jest taka zakręcona, że nie patrzy, kto wychodzi, to znaczy patrzy tak ogólnie, ale jak ktoś się schowa za szafką, a potem poczeka, kiedy ona ogląda zdjęcia w telefonie albo do kogoś dzwoni, to może wyjść.
Brzmiało to jak wyznania recydywistki. Ciekawe, jak często ta mała się urywała ze szkoły. W Hannie podziw mieszał się z niepokojem.
- Ja już tak raz zrobiłam, na próbę, ale szybko wróciłam, bo to było na dużej przerwie. A dzisiaj nie ma pani od angielskiego i przyszedł pan od wuefu, tyle że tak naprawdę to on uczy fizyki, a wuefu dlatego, że prawdziwy pan od wuefu odszedł. Ten nowy uczy starsze klasy i oni go lubią, bo on przychodzi, daje im piłkę i mówi: "No to grajcie, tylko się nie poobijajcie", albo "pozabijajcie", bo on ma brodę i cicho mówi, więc nie wiadomo. I oni robią, co chcą, a on czyta. Książki, nie coś w telefonie. I nie patrzy, nie sprawdza listy. Nawet go nie obchodzi, czy ktoś ma strój i buty. Bardzo fajny nauczyciel. - Malwina się rozpromieniła.
- A ty zwiałaś z jego lekcji. - Hanna nadał była pogodna, ale powinna przecież zaznaczyć swoją dezaprobatę dla takiego zachowania. Chyba. Bo gdzieś w głębi ducha zazdrościła tej małej odwagi i przenikliwego oglądu świata.
- Ojej... Nie pomyślałam o tym. Może głupio? - Dziewczynka zmarkotniała.
- Może trochę. To po prostu więcej tak nie rób. Jak będziesz chciała, przyjdź do sklepu po lekcjach.
- Pani Wanda mówi, że musimy iść prosto do domu, bo tak każą rodzice.
- Twoja opiekunka?
- Tak. Niestety.
- Nie lubisz jej?
- Ona jest taka... sztywna. Na szczęście w domu włącza sobie telewizor, a ja mogę robić, co chcę.
Hanna znowu się zawahała. Gdyby to była jej córka i ona by płaciła za opiekę nad nią, nie chciałaby, żeby niania spędzała czas na oglądaniu telewizji.
- To znaczy szykuje mi kanapkę albo coś, pyta, czy mam zrobione lekcje, to ja mówię, że mam, i wtedy ona włącza Policjantów i policjantki albo Lombard, a ja idę do swojego pokoju i tam sobie oglądam Łezkę, potem wyciągam mikroskop i szkiełka albo czytam, i jest super.
- A kto to jest Łezka?
- Mój patyczak. To znaczy patyczaczka. Mama mówi, że nie ma takiego słowa, ale to przecież dziewczyna, no to jak ma się nazywać?
Hanna poczuła się trochę przytłoczona tą ilością informacji. Ta mała była absolutnie urocza. I taka pełna życia. A jednocześnie - była wyzwaniem, nie tak jak dzieci, które zawsze są grzeczne i ciche, jak Hanna, gdy była Hanią.
- No tak... Słuchaj, bo jest wpół do jedenastej...
- Kurczę, ale późno! Za piętnaście minut kolejna lekcja! - Malwina się spięła. - To ja już pójdę. I w ogóle bardzo ładne tu ma pani rzeczy, naprawdę. Na przykład ten ptaszek. - Spojrzała na drewnianą figurkę. Hanna nie potrafiła zidentyfikować, jaki to ptaszek, więc pomalowała go fantazyjnie, na ludowo. To była jedna z tych rzeczy, które przywiozła z wypraw do Łomży i w okolice. - Jest nawet ładniejszy niż w Ikei. Ikei tata też nie lubi, ale czasem rodzice kupują mi tam jakieś rzeczy do pokoju, bo tata mówi, że i tak z nich wyrosnę, więc nie ma co przepłacać.
- Możesz go wziąć. - Hanna zdjęła ptaszka z półki i podała go Malwinie.
- Ale ja nie mam pieniędzy. To znaczy mam w domu, w skarbonce. Mogę pani przynieść do mieszkania.
- Nie, nie potrzeba. To prezent - niech będzie na mikołajki.
- Jest cudny!
Dzieci nie potrafią oszukiwać, to przychodzi z wiekiem. Malwina naprawdę była zachwycona drewnianą figurką.
- Ja go sobie schowam w szkole do szafki, a potem w ręku zaniosę do domu, żeby się nie porysował.
I, wpatrując się w figurkę, poszła do wyjścia.
- Aha - powiedziała, nie wiadomo, czy do Hanny, czy raczej do siebie, a potem zdjęła tornister, postawiła go na podłodze, otworzyła i czegoś w nim szukała. Nie była porządnicka, bo na terakocie wylądowały piórnik, zeszyty, książka, płócienny worek. - Mam! - Ucieszyła się, trzymając rękę wewnątrz tornistra. - To dla pani.
Mimo że starała się ukryć to, co ściskała w dłoniach, Hanna rozpoznała kolor i kształt.
Może to była jakaś lokalna tradycja?
- Ładna. Mieliśmy przynieść dziś na plastykę, ale mam jeszcze mandarynkę, a pani dała wybór. Więc ta pomarańcza jest dla pani. Pani chyba je lubi?
- Lubię. Chyba wszyscy lubią pomarańcze. Dziękuję.
To miała już dwie. Ta poranna nagle jakby straciła swój urok, prawo serii.
- Wiem, że nie jest taka śliczna jak ta, co była u pani na wycieraczce, ale tamta to w ogóle była!
- Widziałaś? - zdziwiła się Hanna.
- Pewnie. Mama powiedziała, że to jakiś romantyk zostawił, a tata, że chyba ubogi, ale ona była piękna. I ta wstążka! Jak w książce. O zakochanych. Do widzenia!
Hanna odprowadziła dziewczynkę wzrokiem, a potem podeszła do biurka. Podniosła telefon i kliknęła w galerię. Zrobiła tej wycieraczkowej pomarańczy zdjęcie, właściwie nie wiedziała dlaczego. Może żeby mieć dowód, że naprawdę się zdarzyła? I teraz, kiedy się wpatrywała w fotografię, zauważyła, że na pomarańczy jest jakiś znaczek. Powiększyła obraz. To była plamka. Czerwona. Nie, nie plamka. Serce.
Czerwone serce. Dla niej. No bo dla kogo innego?