1
Z rozczuleniem patrzyłam na swój pokój w domu rodzinnym - nic się nie zmieniło, jedynie szafy opustoszały, a wyciągnięte z nich rzeczy stały na dole w kartonach. Zdjęcia, obrazy, plakaty nadal wisiały na swoim miejscu, bo przecież zamierzałam tutaj wrócić. Do torebki spakowałam jedynie fotografie przedstawiające dziadków, rodziców oraz Leę i Jasmine - moje kuzynki, które kochałam niezwykle mocno. A, no i jeszcze w ostatniej chwili spakowałam zdjęcie mojego psa. Uśmiechnęłam się delikatnie i zamknęłam powoli drzwi. Zostawiłam w tym pokoju najlepsze wspomnienia, które tworzyłam przez dwadzieścia jeden lat swojego życia.
- Jesteś gotowa? - zapytała mama, kiedy zdjęłam rękę z klamki.
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. Mama patrzyła na mnie z lekko załzawionymi oczami. W końcu jej jedyne dziecko wyprowadzało się z domu, a to na pewno nie było dla niej łatwe. Cóż, dla mnie też nie. - Niby to tylko rok, a tak naprawdę aż rok.
- Dostałaś ogromną szansę, Charlie - przypomniała mi mama. - Będziemy cię odwiedzać, a ty będziesz odwiedzać nas. Damy radę. - Następnie rozkleiła się już na dobre. Mocno mnie przytulała, a i ja zaczęłam płakać. Tak bardzo ją kochałam.
- Naprawdę nie mogę zabrać Teddy'ego? - zapytałam, kiedy poczułam, jak czworonożny członek naszej rodziny siada na moich stopach. Razem z mamą spojrzałyśmy na niego i obie uśmiechnęłyśmy się przez łzy. On czuł, że wyjeżdżam.
- Kochanie, a co my tutaj będziemy robić, jak ciebie nie będzie? Poza tym z nami ma towarzystwo cały czas, a gdyby wyjechał z tobą, większość czasu spędzałby sam - powiedziała mama. Słyszałam to już dwieście razy, ale wiem, że miała rację.
- Wiem, wiem - jęknęłam i mocno przytuliłam psa. Będę za nim tęsknić. - Kocham cię, możesz spać w moim łóżku, możesz nawet sikać na mój dywan i obgryźć buty, które zostawiłam. Pozwalam ci na wszystko - powiedziałam i znów go wyściskałam. - Jestem gotowa. Muszę już jechać, żeby wszystko załatwić. Na czternastą jestem umówiona z właścicielem mieszkania, który ma mi przekazać klucze.
Razem z mamą i Teddym zeszliśmy na dół. Tato wkładał moje rzeczy do auta, przed domem zastałam również moje kuzynki. Zbiegłam ze schodów i od razu pobiegłam w ich stronę.
- Tak się cieszę, że was widzę przed wyjazdem. - Przytuliłam je mocno. Będzie mi ich brakować. Nie było dnia, kiedy bym się z nimi nie widziała. A teraz? Będę sama w obcym miejscu.
- Pamiętaj, że masz nas jak najszybciej zaprosić. W dodatku często wracaj, bo jak nie, to wiesz... - powiedziała Lea.
- Wysyłaj nam zdjęcia i pamiętaj, że dasz sobie radę. Zanim się obejrzysz, znów tutaj wrócisz i będziesz z nami - dodała Jasmine. Szczerze mówiąc, z każdym ich słowem miałam policzki coraz bardziej mokre od łez.
- Oby tak było, Jasmine - szepnęłam. - Kocham was bardzo - dodałam, a później podeszłam do mojego taty.
- No i co? Już jesteś aż tak dorosła? - zapytał z lekko uniesionym kącikiem ust. - Uważaj na siebie, w różowej torbie masz gaz pieprzowy. I nie oglądaj się za chłopakami, bo chłopcy z tamtych stron są dziwni. - Nie było na świecie drugiej takiej osoby jak mój tata. Jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny Brad Moore.
- Dziękuję, tato. Nawet za ten gaz.
- Bardzo cię kochamy. - Mama objęła nas rękami, a ja znów zaczęłam mocno płakać. Boże, jak ja będę za nimi tęsknić.
- Ja was też.
Kiedy już pożegnałam się ze wszystkimi po sto razy, wsiadłam do auta i odjechałam. Opuszczałam moją bezpieczną przystań, która przez wiele raz chroniła mnie przed złem i dawała mi ukojenie.
Czas zacząć nowy rozdział, który miał mi pokazać, czego tak naprawdę pragnę.
***
Po blisko trzech godzinach jazdy z mojej małej wioski do nieco większego miasta w końcu dotarłam pod nowe mieszkanie. Lawendowe Wzgórze, w którym się wychowałam, miało zdecydowanie więcej zieleni. Będę musiała się przyzwyczaić do wszechobecnej betonozy wokół. Prywatne osiedle prezentowało się jednak dobrze - całkiem nowe budownictwo, ogrodzone ze wszystkich stron. Wiedziałam, że jest tutaj bezpiecznie. Kilka miesięcy temu oglądałam kilka mieszkań z rodzicami i tata zgodził się tylko na to, bo dwadzieścia cztery godziny na dobę była tutaj ochrona. Wjechałam do środka przez otwartą bramę. Jak tylko przez nią przejechałam, natychmiast się zamknęła. Dziwne. Zaparkowałam auto na pierwszym lepszym miejscu. Kilka metrów dalej stała kobieta, od której miałam wynajmować mieszkanie. Wiedziałam, jak wygląda, bo byliśmy w jej agencji nieruchomości. Mój tato musiał się upewnić, że kobieta nie jest oszustką.
- Dzień dobry, Charlie. Jak minęła ci droga? - zapytała, kiedy do niej podeszłam. Była bardzo miła i spokojna, choć myślałam, że po wywiadzie, który przeprowadził z nią mój tata, nie wynajmie mi tego mieszkania.
- Dziękuję, bardzo dobrze. - Uśmiechnęłam się.
- A więc chodź. Witam w Sky City - powiedziała, a ja szłam za nią jak zaczarowana. Nawet nie pamiętałam numeru mojego mieszkania. Boże, byłam tutaj trzy miesiące temu na dziesięć minut, więc miałam prawo zapomnieć. Weszłyśmy do środka, a ja rozglądałam się dookoła, nie czułam się tutaj jak w domu. Wszystko wydawało się inne, nowe, ale przecież to była moja decyzja. Kobieta udała się w stronę windy. Kiedy już się przed nią zatrzymała, spojrzała na mnie pytająco, bo wciąż stałam w tym samym miejscu. Kiedy byłam mała, utknęłam razem z Jasmine w windzie i od tego czasu bardzo niechętnie z niej korzystam.
- Pójdę schodami - powiedziałam nieśmiało.
- Dobrze, będę czekać na górze. Twój numer mieszkania to sześćset dziewięćdziesiąt sześć! - krzyknęła agentka, po czym drzwi windy się zamknęły.
- Sześćset dziewięćdziesiąt sześć? Które to piętro? - szepnęłam pod nosem.
- Szóste. Masz dużo schodów przed sobą - powiedział miły starszy pan, który schodził na dół z psem.
- Dziękuję - powiedziałam z uśmiechem i powoli zaczęłam wdrapywać się na górę. Nie wiem, ile mi to zajęło, ale byłam przekonana, że dostanę zawału, nieźle się zmęczyłam. Stanęłam pod drzwiami swojego mieszkania i zapukałam, bo spodziewałam się, że pani Caroline jest w środku, a nie chciałam jej wystraszyć.
Czekałam dość długo, bo prawie dwie minuty, aż kobieta otworzy drzwi. Pomyślałam, że może coś jeszcze robi w środku. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w progu stanął młody, wysoki blondyn z ręcznikiem przewieszonym na biodrach.
- Co pan robi w moim mieszkaniu? - zapytałam zdezorientowana, a mężczyzna się zaśmiał.
- Co ty robisz pod moimi drzwiami? - odpowiedział pytaniem, a ja kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje.
- "Twoimi"? To znaczy pana? Przecież ja się dziś tutaj wprowadzam - stwierdziłam, lekko już zdenerwowana. Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem. Biła od niego radość i pozytywna energia.
- Pod jaki numer się wprowadzasz? - zapytał, podpierając się dłonią o futrynę.
- Sześćset dziewięćdziesiąt sześć.
Chłopak parsknął pod nosem. Później wskazał palcem na numer swojego mieszkania.
- A to jest sześćset dziewięćdziesiąt dziewięć - powiedział pewnie, a ja wytrzeszczyłam oczy. Zrobiło mi się niesamowicie wstyd.
- O Boże! - krzyknęłam zestresowana i zażenowana. - Przepraszam.
- Panno Charlie, widzę, że już poznaje pani sąsiadów. - Z mieszkania tuż obok nagle wyłoniła się pani Caroline. Zguba się znalazła. Kobieto, nie mogłaś wcześniej wystawić tej blond głowy? Chociaż w sumie ona blondynka, on blondyn, pewnie ktoś też by się pomylił. Dziwnie, że mieszkanie sześćset dziewięćdziesiąt sześć było tuż obok sześćset dziewięćdziesiąt dziewięć...
- Jeszcze raz pana przepraszam - powiedziałam do uśmiechniętego blondyna i poszłam do siebie.
- Liczę na przeprosinową kawę w nowym mieszkaniu! - Usłyszałam za sobą rozbawiony głos.
Myślałam, że spalę się ze wstydu. Nie dość, że pomyliłam mieszkania, to jeszcze w progu zastałam półnagiego przystojnego mężczyznę. W sumie zaczęło mi się tutaj podobać...
***
Minęło dobre pół godziny, a ja wciąż wnosiłam swoje graty do mieszkania. Na dół schodziłam schodami, jednak na górę, obładowana rzeczami, musiałam wjeżdżać windą. Nie do końca mi się to podobało, ale szczerze mówiąc, nie miałam siły na wspinaczkę po schodach. Porozmawiałam już na kamerce z rodzicami, powiedziałam, że wszystko dobrze i takie tam. Miałam się odezwać rano.
- Pomóc ci? - Kiedy zamykałam bagażnik, na parking podjechał biały samochód. Jego kierowcą był ten sam mężczyzna, którego widziałam dziś półnagiego. Zaparkował tuż obok mnie.
- Nie, dzięki - odpowiedziałam grzecznie. - Niech pan sobie głowy nie zawraca.
- A możesz nie mówić mi na "pan"? - zapytał z uśmiechem. Czy jego to bawiło? Chciałam być kulturalna. Mężczyzna wysiadł z auta, zamknął je, a następnie stanął obok mnie i wyciągnął dłoń. - Jestem Ethan.
- Charlotte, choć wolę Charlie. - Musiałam przyznać, że chłopak był naprawdę niesamowicie przystojny. Blond włosy, niebieskie oczy, piękny uśmiech. Boże, jak dobrze, że tu trafiłam.
- To co? Teraz, kiedy wiesz, jak mam na imię, dasz sobie pomóc?
Poza atutami wizualnymi mój nowy sąsiad wydawał się miły. Zgodziłam się, bo chyba byłabym głupia, gdybym nie pozwoliła sobie pomóc, w dodatku takiemu nadzwyczajnemu okazowi.
Oboje wzięliśmy po kartonie, a Ethan oprócz tego zabrał również moją ostatnią walizkę. Co prawda to były już ostatnie graty, ale cieszyłam się, że mi pomaga, bo sama musiałabym biegać jeszcze kilka razy.
- Zamknij auto - upomniał mnie blondyn. Byłam w niego tak zapatrzona, że całkiem o tym zapomniałam.
- Dzięki, bym zapomniała.
Razem z Ethanem udaliśmy się do środka. Niepewnie weszłam do windy zaraz za chłopakiem. Kiedy nacisnął guzik, a widna ruszyła, zamknęłam oczy.
- Boisz się wind? - zapytał.
- Po prostu ich nie lubię - odparłam.
- Możesz otworzyć oczy. Nic ci się nie stanie - powiedział spokojnie. Otworzyłam najpierw jedno, a później drugie oko. Chłopak intensywnie mi się przyglądał, a ja byłam nieco zestresowana jego wzrokiem. Uśmiechnęłam się delikatnie, na moje szczęście winda się zatrzymała i otworzyła. Udaliśmy się w stronę mojego mieszkania.
- Wejdź na kawę. - Otworzyłam szeroko drzwi i wniosłam swoje rzeczy do środka. - Przeprosinową - dodałam i chyba go tym przekonałam.
- Gdzie położyć te rzeczy? - zapytał.
- Obojętnie, i tak jest jeszcze syf, ale kawę odnalazłam, bo była w pierwszym pudełku, które rozpakowałam. - Ethan położył wszystko w przedpokoju i poszedł za mną do kuchni. Mieszkanie nie było duże, miało salon połączony z kuchnią, łazienkę i sypialnię oraz balkon ciągnący się od sypialni do salonu. Nie chciałam niczego dużego, bo i tak zamierzałam mieszkać tutaj sama.
- Siadaj, proszę. - Pokazałam na kanapę, a chłopak usiadł na wskazanym przeze mnie miejscu. - Ile słodzisz? Z mlekiem?
- Dwie. I tak, z mlekiem - odparł, posyłając mi ciepły uśmiech. - Więc? Co cię skłoniło do przeprowadzki? - zapytał. Wzięłam dwa kubki kawy i położyłam je na stoliku kawowym, po czym usiadłam obok Ethana.
- Praca. Dostałam na rok kontrakt w wydawnictwie jako asystentka redaktora. Swoją drogą, właśnie w wydawnictwie Sky wydałam swoją pierwszą książkę.
Ethan zmrużył oczy. Uważnie mi się przyglądał oraz słuchał mnie w skupieniu. Jego mina nieco się zmieniła, lecz nie wiedziałam, o co mu chodzi.
- Piszesz książki? - zapytał z zaciekawieniem.
- Tak, nadal piszę, ale będę musiała zrobić sobie małą przerwę ze względu na pracę. - Wzruszyłam ramionami. Kochałam pisać, tworzyć historie, tworzyć swoje wymarzone życie. Pisanie było moim azylem. Skinął głową w potwierdzeniu. - A ty? Czym się zajmujesz? - zapytałam, biorąc łyk kawy.
Chłopak spojrzał na mnie, a później na ścianę. Coś mi nie pasowało. Szukał odpowiedzi przez dobre kilkadziesiąt sekund.
- A wiesz, takie nudy. Pracuję w biurze. - Absolutnie mu nie uwierzyłam. Co, jeśli to był jakiś mafioso? A ja wpuściłam go do domu! Nie, nie, wcale tak nie wyglądał. Po prostu mam bujną wyobraźnię. Wyglądał, jakby sam Michał Anioł go wystrugał. - Muszę już iść. Gdybyś potrzebowała pomocy, to już wiesz, gdzie mieszkam.
Odprowadziłam go do drzwi i podziękowałam mu za pomoc. Kiedy już miałam zamykać, chłopak postanowił jeszcze coś dodać.
- Dzięki za kawę. - Uśmiechnął się, ukazując przy tym szereg białych zębów. - Tylko może na drugi raz nie wprowadzaj mnie w taki szok, kiedy przez pomyłkę pomylisz drzwi.
- Już się nie pomylę - powiedziałam, odwzajemniając uśmiech, a następnie zamknęłam drzwi. Oparłam się plecami o drewnianą płytę i głośno odetchnęłam. Miałam dziś wiele wrażeń. Cóż, chyba jednym z tych ważniejszych było poznanie przystojnego sąsiada.
***
O siódmej rano byłam gotowa, żeby wyjść do pracy. Miałam dziś na siódmą trzydzieści, żebym mogła wcześniej poznać nowe miejsce. Włożyłam szerokie beżowe spodnie i czarną obcisłą bluzkę. Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, ale na nogi włożyłam szpilki. Musiałam się jakoś prezentować, przynajmniej w ten pierwszy dzień. Troszkę się bałam, bo szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, kto jest redaktorem naczelnym. Czy to jakiś stary buc? A może ktoś, z kim się dogadam bez problemu?
Ostatni raz spojrzałam w lustro i wyszłam z domu. Wydawnictwo było oddalone o dziesięć minut pieszo, więc korzystając z dobrej pogody, ruszyłam przed siebie. Nie znałam jeszcze Sky City i, prawdę mówiąc, nie uśmiechało mi się zwiedzać samej, ale z drugiej strony musiałam poznać jakieś miejsca, żeby móc tam zabrać dziewczyny, kiedy mnie odwiedzą. Przeszłam przez piękny park, pełen kwiatów, drzew i urokliwych ławeczek, a tuż po wyjściu z niego przed oczami ukazało mi się wydawnictwo. Duży przeszklony budynek naprawdę robił wrażenie.
Z uśmiechem na twarzy weszłam do środka i udałam się do recepcji, gdzie siedziała sekretarka. Młoda blondynka spojrzała na mnie i delikatnie się uśmiechnęła.
- Dzień dobry, jestem Charlotte Moore, nowa asystentka redaktora - przedstawiłam się i wyjaśniłam, co tutaj robię.
- O Boże, dziewczyno, współczuję - powiedziała załamanym głosem, a ja zaczęłam się stresować coraz bardziej.
- Co?
- Jest wymagający, drze się na wszystkich i uważa się za pępek świata. Lubi, kiedy rano przynosi mu się kawę. Drugie piętro, pierwszy gabinet. Tylko zapukaj, bo nie lubi, kiedy się nie puka - powiedziała na jednym wdechu i wróciła do swoich zajęć przy komputerze. Zrobiło mi się duszno. Czyli miałam rację, to jakiś stary buc. Chyba wrócę do swojego domu szybciej, niż myślałam. Jeżeli jest taki okropny, to na pewno nie wytrzymam z nim aż roku. Jednak z drugiej strony ja nie dam sobie w kaszę dmuchać. Zobaczymy, kto będzie się na kogo darł.
Weszłam po marmurowych schodach i stanęłam przed odpowiednimi drzwiami, na których wisiała złota tabliczka z imieniem i nazwiskiem tego mężczyzny. Ethan Smith.
Mój Boże, oby był choć w jednym procencie tak miły jak jego imiennik, który jest moim nowym sąsiadem.
Bez dłuższego zastanowienia zapukałam do drzwi i weszłam do środka, nie czekając na głupie "proszę wejść". Zobaczyłam mężczyznę wpatrującego się w wielkie okno. Stał tyłem, więc nie widziałam jego twarzy. Gabinet był naprawdę przepiękny. Mnóstwo książek poukładanych kolorystycznie na regałach, duża kanapa w kremowym odcieniu wraz z małym stoliczkiem, dwa biurka, które aż się prosiły, żeby przy nich usiąść.
- Dzień dobry, jestem... - zaczęłam, lecz mężczyzna się odwrócił, a ja dobre kilka razy zamknęłam i otworzyłam oczy, bo nie mogłam w to uwierzyć.
- Charlotte, ale wolę Charlie - dokończył za mnie z szerokim uśmiechem na ustach.
- Nic z tego nie rozumiem. Co tutaj robisz? - zapytałam skołowana, a blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Jestem redaktorem naczelnym, a ty od dziś jesteś nie tylko moją sąsiadką, lecz także asystentką. - Ludzie, czy to żart? Mój przystojny sąsiad jest moim szefem?
- Czyli ty już wczoraj wiedziałeś, że ja to ja? - zapytałam, mrużąc powieki.
- Dopiero kiedy od ciebie wyszedłem i spojrzałem jeszcze raz na twoje zdjęcie w CV, które wysłałaś mi aż sześć razy z pytaniem, czy doszło. Kiedy powiedziałaś, że przyjechałaś do pracy jako asystentka redaktora, przeczuwałem, że ty to ty - wyjaśnił, a ja stałam jak słup, wpatrując się w niego. Boże! Przecież chciałam wyrzucić go z jego własnego mieszkania, bo myślałam, że jest moje, widziałam go półnagiego, później pomagał mi wnosić rzeczy, a na samym końcu okazało się, że jest moim szefem.
- Zrobiło mi się gorąco.
- Uspokój się, kobieto - powiedział i podszedł bliżej. W czarnym garniturze i białej koszuli wyglądał jeszcze lepiej niż we wczorajszym szarym dresie. - Niech zgadnę. - Włożył ręce do kieszeni i delikatnie przekręcił głowę na bok. - Dziewczyna na recepcji cię postraszyła. - Wyglądał, jakby właśnie odkrył Amerykę.
- No, tak jakby. Powiedziała, że się na wszystkich drzesz, że trzeba pukać, że mam ci przynosić kawę i takie tam - powiedziałam na jednym wdechu, a później zdałam sobie sprawę, że czasem warto nic nie mówić.
Ethan uśmiechnął się zaczepnie i pokręcił głową.
- Zwolnię ją - powiedział, w sekundę zmieniając minę na całkiem poważną.
- Niepotrzebnie się odzywałam - jęknęłam.
- Żartuję. Siadaj, wszystko ci wytłumaczę. - Wskazał na krzesło przy biurku, a mi spadł kamień z serca, bo nie chciałam, żeby ta biedna dziewczyna straciła pracę. Usiadłam na swoim miejscu i od razu poczułam głupią radość, że nasze biurka stoją obok siebie. W końcu będę siedzieć tak blisko tego przystojniaka.
Myśli w mojej głowie aż się kłębiły...