ROZDZIAŁ II
"Pokonaj cellulit w trzy tygodnie!". Olka po raz tysięczny przebiega wzrokiem po jarzącej się na monitorze komputera zajawce artykułu. Przyszła dzisiaj do redakcji specjalnie wcześniej, żeby dokończyć wreszcie projekt tej przeklętej okładki na początek marca. Potrzebuje ośmiu haseł. Ośmiu cholernych zdań, które sprawią, że redaktor naczelna nie będzie jej co godzinę pytać z nutą wyrzutu w głosie: "I jak tam okładka? Dostanę ją wreszcie do akceptacji?", a czytelniczki tygodnika "Angela" wykupią cały nakład pisma.
- Pokonaj cellulit w trzy tygodnie - oznajmia na głos pustej sali, w której mieści się redakcja. Zewsząd osaczają ją ciasno ustawione, rozdzielone niskimi przepierzeniami biureczka. O tej porze nie ma tu jeszcze nikogo. - Rany, co za bzdury - szepcze do siebie, mimo woli kierując myśli na własną pupę - już nie tak gładką i jędrną jak pięć lat temu, kiedy jako początkująca redaktorka trafiła prosto po studiach do tej sali i rozbawiła wszystkich pytaniem: "Cellulit? A co to takiego?".
Czując narastającą panikę, bo od godziny guzdrze się ciągle z tym jednym zdaniem, rozgląda się wokół. Na końcu sali, w przeszklonym boksie przypominającym akwarium, rolety są wciąż jeszcze opuszczone - oczywisty znak, że redaktor naczelna Krystyna Czesiak nie przyszła na razie do pracy. Ta sielanka za chwilę się skończy i wtedy Ola już nic nie napisze. Zaraz zaczną schodzić się dziewczyny, zrobi się gwarno, Patrycja znowu będzie trajlować o tym swoim nowym chłopaku, a Kryśka spyta obrażonym głosem...
- No i jak tam okładka? - Na dźwięk tych słów za plecami Ola aż podskakuje. Słowo stało się ciałem. To Kryśka!
- Cześć, szefowo - jęczy Olka, próbując siedzieć tak, żeby zasłonić sobą monitor i tę idiotyczną zajawkę.
Naczelna wyciąga jednak szyję... Przeczytała.
- Hmm - mówi, a Ola sroży się w oczekiwaniu reprymendy. - Jest pozytywny komunikat, obietnica sukcesu, konkretnie określony termin. Jasne i przejrzyste. Tylko jakieś takie... za suche.
- No, a do tego kompletnie nieprawdziwe - odpowiada Olka z przekąsem i zanim jeszcze zdążą przebrzmieć jej własne słowa, już wie, że popełniła błąd. Cholera, tyle lat tu pracuje, a wciąż nie nauczyła się trzymać gęby na kłódkę.
Brwi Kryśki unoszą się wysoko, dając tym samym światu wyraźny komunikat: jest zdziwiona i poirytowana, za chwilę może wybuchnąć.
- Ja wiem, że musimy pisać takie rzeczy pod reklamodawców - tłumaczy pojednawczo Ola. - Ale chociaż raz fajnie byłoby nie wciskać ludziom kitu i napisać, jak jest naprawdę.
- Tak? A jak jest naprawdę? - Uśmiech naczelnej jest tak wymuszony, że na jej policzkach zaraz popęka skóra.
Ola zdaje sobie sprawę, że zabrnęła w ślepą uliczkę. Awantura już wisi w powietrzu. Po co w ogóle się odzywała? Bo jest wściekła, że znowu wypadł jej dyżur redakcyjny? Że w związku z tym musi wymyślać te naiwne komunały nazywane zajawkami okładkowymi, czego - tak na marginesie - robić nienawidzi? To wszystko nie jest warte kolejnego konfliktu z naczelną. Burzy, po której następują ciche dni, dąsy, obrażone miny i cały ten cyrk odstawiany przez przełożonych wobec pracowników, którzy im podpadli. Ale teraz Ola już nie może - no dobra, nie umie - tak po prostu spuścić wzroku i skapitulować.
- Przecież wiesz tak samo jak ja - pakuje się w kłopoty dalej - że aby pozbyć się cellulitu, trzeba wstać zza biurka i zacząć się ruszać.
- Co ty powiesz? Skończyłaś kurs fizykoterapeutyczny, że tak się wymądrzasz? - Głos redaktorki naczelnej ocieka zimnym jak przestrzenie międzygwiezdne sarkazmem.
- Nie muszę mieć dyplomu, żeby wiedzieć, że zamiast wcierać w obwisły tyłek krem, wystarczy przestać się obżerać.
- Ach tak...
- I zamiast codziennie wysiadywać do wieczora w pracy, po prostu, no, nie wiem, cieszyć się seksem - kończąc zdanie, Olka uświadamia sobie, że mówi o własnym, beznadziejnie nudnym i pozbawionym szans na jakąkolwiek odmianę życiu.
- Kochanie - głos Kryśki, choć ściszony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło - zapomniałaś o jednym. Gazeta musi na siebie zarobić. Od tego zależą nasze etaty i comiesięczne przelewy na konto. Nadążasz? A przy tekście o domowej kuracji antycellulitowej jest wykupiona reklama nowego kremu, za którą wydawnictwo zgarnie trzydzieści pięć tysięcy. Pod warunkiem jednak, że artykuł obok będzie miał odpowiednio korzystny kontekst. Rozumiesz, skarbie? Trzydzieści pięć tysięcy złotych w zamian za kilka zdań o zaletach wklepywania sobie w dupsko jakiegoś mazidła.
- Super. - Olka przewraca oczami. - Po co my w ogóle planujemy tematy do gazety? Może niech od razu zrobią to za nas reklamodawcy?
- Planowanie, skarbie, to ty już lepiej zostaw mnie... - Słowo "skarbie" brzmi w ustach szefowej jak strzał z bicza służącego do poganiania wołów roboczych. - Myślisz, że komuś w ogóle chciałoby się czytać te twoje porady o zdrowym stylu życia i, z przeproszeniem, seksie? Nie! Bo czytelniczki nie chcą wcale wiedzieć, że rozwiązanie ich problemu wymaga zmiany stylu życia, wielu miesięcy głodzenia się i jeszcze jakichś tam cholernych ćwiczeń. Albo pieprzenia się z beznadziejnie nudnym i nieatrakcyjnym mężem. Chcą wierzyć, że istnieje cudowna maść, która szybko i bez wysiłku przywróci im urodę. Przestań więc zanudzać mnie swoimi etycznymi rozterkami, tylko kończ redagować okładkę. Za godzinę chcę mieć u siebie kolorowy wydruk ze wszystkimi zajawkami. Mają być krótkie, pozytywne i zachęcające do kupienia pisma. Masz na to sześćdziesiąt minut. Czas start. I lepiej się postaraj, bo jednym podpisem mogę ci zapewnić natychmiastowe uwolnienie zarówno od tego biurka, jak i od nadgodzin. Będziesz wtedy miała mnóstwo wolnego czasu na radosny seks i mało kasy na obżarstwo. Chcesz tego?
Olka nie odpowiada. Raz - zaschło jej w gardle. Dwa - naczelnej już przy niej nie ma. W powietrzu jeszcze wibruje ostatnie zadane przez nią retoryczne pytanie, kiedy trzask podnoszonych żaluzji w jej "akwarium" obwieszcza światu rozpoczęcie nowego dnia.
- No i znowu mała Ola pyskowała mamusi i dostała po łapkach - słyszy obok siebie głos Patrycji, redaktorki działu Uroda, uświadamiając sobie, że akurat kiedy dostawała od Kryśki burę, w redakcji zaroiło się od ludzi. - Naucz się wreszcie nie dyskutować z tą idiotką - tłumaczy dalej Pati. - Bo, cholera, komu będę opowiadała o swoich miłosnych podbojach, jak ta wściekła baba cię stąd wyrzuci?
Ola przygląda się przyjaciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, zadarty nosek i bystre spojrzenie brązowych oczu. Ta filigranowa, podobna nieco do Paris Hilton kobietka, pożeracz męskich serc i weteran pracy w kobiecych tytułach poradnikowych, jest jej jedyną ostoją w szalonym świecie korporacji zrzeszającej kilkanaście pism, z których każde ma tylko jeden cel: utrzymać wysoką sprzedaż i zarobić dużo pieniędzy.
- Rany, Pati, ja już nie mogę - skarży się Olka. - Jak zaraz po studiach udało mi się tutaj zaczepić, myślałam, że o tych cellulitach, wydłużaniu rzęs czy modowych trendach dla gospodyń domowych popiszę najwyżej przez parę miesięcy, a potem pozwolą mi robić reportaże.
- Ach tak. Wielkie pisarstwo - teatralnie wzdycha Pati. - Nagroda Pulitzera, literacki Nobel... Rozumiem, moja ambitna przyjaciółko.
- Bez przesady. Wystarczy mi prawdziwe dziennikarstwo. A nie tylko wciskanie ludziom gówna, bo jakiś ważniak wykupił u nas półstronicową reklamę.
- Skarbie, wiesz, że cię uwielbiam? - Patrycja cmoka ją w policzek. - Naprawdę, szacunek.
- O czym ty, wariatko, mówisz? - nie rozumie Ola.
- Jesteś jedyną dziewczyną w tej redakcji, która ma odwagę otwarcie postawić się tej apodyktycznej babie.
- Bez przesady. Próbowałam tylko z nią dyskutować. Z opłakanym skutkiem.
- Za mniejsze pyskówki dziewczyny stąd wylatywały.
- Super. Bardzo mnie pocieszyłaś. Więc jakie jest twoje zdanie? Mam dalej myśleć nad tymi zajawkami czy raczej pomału zacząć wrzucać swoje rzeczy do kartonowego pudełka?
- Przestań, żartowałam. Kryśka cię nie wywali.
- Bo?
- Wie, że nigdy w życiu byś tak pokorniutko jak inne laski nie przyjęła wypowiedzenia.
- Tak? A co niby bym zrobiła? Przykuła się do kaloryfera?
- Gorzej. Wdeptałabyś ją przed całą redakcją w ziemię. I to tylko za pomocą paru słów.
- Paru słów? Podpowiedz, żebym miała coś w zanadrzu na czarną godzinę.
- Wystarczy, żebyś jej zasunęła to zdanie o... Jak to nazwałaś? - Patrycja zawiesza głos. - A tak! O "prawdziwym dziennikarstwie, zamiast wciskania ludziom gówna". Dobre! Już widzę, jak ta nasza wymuskana kretynka zapada się w sobie na dźwięk słowa gó...
- No już, już, przestań - przerywa jej ze śmiechem Ola. - Ja nikogo nie zamierzam wdeptywać w ziemię. Po prostu chciałabym lubić to, co robię.
- To znajdź sobie jakieś hobby. Hoduj rybki albo rwij facetów jak ja. A co do reportaży... Wiesz przecież dobrze, że jeśli chcesz je robić, to nie musisz wcale dobrze pisać ani się specjalnie starać. Wystarczy, jak zaczniesz, przepraszam za kolokwializm, włazić w dupę Kryśce.
- No tego to niestety...
- Wiem, wiem, kochanie. W życiu nie byłabyś do tego zdolna. I właśnie za to cię szanuję - dodaje Patrycja już całkiem serio.
- Daj spokój. Głupia jestem i tyle. Nie mogę się dostosować.
- To jest korporacja, skarbie. Inny świat niż na zewnątrz. Tu, nawet jeśli kogoś nienawidzisz, to musisz się do niego uśmiechać, a im bardziej się obijasz, tym lepiej, bo nikt nie uzna cię za zagrożenie dla własnego stołka. Dlatego... chodźmy na kawę - puentuje Patrycja, chwytając Olkę pod bok i ciągnąc w kierunku kuchenki na korytarzu, przy której koncentruje się życie towarzyskie "Angeli" i innych położonych na tym samym piętrze redakcji.
- Opowiem ci o facecie, który uczy mnie kung-fu! - Oczy Patrycji błyszczą. - Wiesz, to ten, do którego zapisałyśmy się z dziewczynami z biura promocji, jak nam w ramach oszczędności zamknęli firmowy klub fitness. No więc, na początek trzy słowa na wu: wysoki, wysportowany, wolny.
- Pati, jedno słowo na pe. Przyhamuj. Mam już tylko pięćdziesiąt cztery minuty na napisanie tych zajawek...
- Ach tak, rzeczywiście. Pokaż, jak to wygląda. - Pati potulnie zawraca i siada do komputera Oli.
Na chwilę zamiera, wpatrując się w wyświetlony projekt okładki z miejscami na osiem zajawek, w których oprócz nieszczęsnego cellulitu wpisane jest na razie tylko "XXXXX" czy "YYYY". I nagle drobne, zakończone czerwonymi pazurkami paluszki Patrycji ożywają. Klik, klik, klik - pierwsze hasło. Stuk, stuk, stuk - drugie.
- Gotowe! - oznajmia pięć minut później. - Drukuj, zanoś Kryśce i chodź wreszcie ze mną na tę kawę.
Olka pochyla się nad monitorem. Zaczyna czytać:
Uroda: "Pokonać cellulit w trzy tygodnie? Tak! To możliwe!";
Odchudzanie: "Dieta białkowa - jesz i chudniesz 5 kilo w tydzień";
Styl: "10 fryzur, na widok których mężczyźni szaleją";
Makijaż: "Kuszące usta w trzy minuty";
Kuchnia: "Eskalopki cielęce - przepisy, których nie zna twoja teściowa";
Dziecko: "Jak wychować geniusza - 5 prostych sposobów";
Moda: "Ciuszki, które dodadzą ci kobiecości, a ujmą kilogramów";
Zdrowie: "Radzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczęśliwą w każdym wieku".
- Słuchaj, dziękuję, ale... - Zacina się.
- Ale co?
- Te zajawki są fajne, tyle że trochę za mocno, no, przegięte. Właściwie to kompletnie mijają się z prawdą. Nawet Kryśka tego nie kupi. Bo, na przykład, te fryzury to zwykłe przedruki sprzed kilku lat z jakiegoś francuskiego magazynu, nic specjalnego. Przecież sama wiesz, że wzięliśmy je, bo zdjęcia można dostać prawie za darmo. A na tej diecie w życiu nie da się zrzucić pięciu kilo w parę dni, chyba że odrąbiesz sobie rękę. To samo z geniuszem. Dajemy jakieś banalne rady w stylu: "dużo rozmawiaj z dzieckiem". To nie zrobi z nikogo wybitnej jednostki. No i te ciuszki, to w końcu mój artykuł. Nie ma tam nic o ujmowaniu kilogramów.
- Nie ma? To dopiszesz. - Patrycja wzrusza ramionami. - To samo z geniuszem. A stare fryzury wydadzą się ostatnim krzykiem mody, jeśli dam odpowiedni tytuł. Oj, Olu, taka doświadczona redaktorka, a zachowujesz się jak naiwna stażystka. Masz dzisiaj PMS czy co? No już, drukuj tę okładkę i nieś szefowej, a ja idę nastawić kawę.
* * *
- Okej, teraz to jakoś wygląda - oznajmia Kryśka, wpatrując się w kolorowy wydruk formatu A-3, który Ola położyła przed nią na biurku. - Do diety białkowej dopisz tylko: "7 kilo w tydzień", brzmi bardziej zachęcająco. A do cellulitu, że pokonasz go w dwa tygodnie. Jakoś lepiej się układa.
- Oczywiście, szefowo! - odpowiada z uśmiechem Ola. - Siedem kilo i dwa tygodnie. Zrozumiałam.
Odwraca się na pięcie i rusza w stronę kafejki, błogosławiąc w myślach Patrycję. No bo, kurczę, ma dziewczyna rację i już. O co tu kruszyć kopie? Świata nie da się zmienić. Można tylko samemu wpakować się w kłopoty. A wtedy nikt na całym tym zasranym świecie się o ciebie nie upomni.