Miłość ponad czasem - Audrey Niffenegger

-
Proszę czekać

LEK­CJE PRZE­TRWA­NIA

Czwar­tek, 7 czerwca 1973 roku (Henry ma 27 i 9 lat)

HENRY: Stoję naprze­ciwko insty­tutu sztuki w Chi­cago w sło­neczny dzień 1973 roku koło mojej dzie­wię­cio­let­niej wer­sji. On przy­był tu z przy­szłej środy, ja z 1990. Mamy przed sobą całe popo­łu­dnie i wie­czór, wybra­li­śmy się więc do jed­nego z naj­więk­szych muzeów sztuki na świe­cie na małą lek­cję okra­da­nia kie­szeni.

- Nie możemy po pro­stu pooglą­dać eks­po­na­tów? - pyta bła­gal­nym gło­sem Henry. Jest wyraź­nie zde­ner­wo­wany. Ni­gdy wcze­śniej tego nie robił.

- Nie. Musisz się tego nauczyć. Jak uda ci się prze­trwać, jeśli nie będziesz umiał niczego ukraść?

- Będę żebrał.

- To nie­wiele warte, a poza tym stale zwija cię poli­cja. Teraz posłu­chaj: kiedy wej­dziemy do środka, chcę, żebyś trzy­mał się ode mnie z daleka i uda­wał, że się nie znamy. Ale nie odchodź za bar­dzo, bo musisz widzieć, co robię. Jeśli coś ci podam, nie upuść, tylko wsuń jak naj­szyb­ciej do kie­szeni. Rozu­miesz?

- Chyba tak. Możemy zoba­czyć Świę­tego Jerzego?

- Jasne.

Prze­cho­dzimy przez Michi­gan Ave­nue i mijamy stu­den­tów i gospo­dy­nie domowe opa­la­jące się na scho­dach muzeum. Po dro­dze Henry pokle­puje lwa z brązu.

Muszę przy­znać, że na myśl o tym, co zamie­rzam zro­bić, odczu­wam wyrzuty sumie­nia. Z jed­nej strony uczę sie­bie samego, jak prze­trwać, co jest nie­zwy­kle ważne. W pro­gra­mie zajęć mamy jesz­cze kra­dzieże w skle­pach, bicie ludzi, otwie­ra­nie zam­ków, wspi­na­nie się na drzewa, pro­wa­dze­nie samo­chodu, wła­my­wa­nie się do domów, wska­ki­wa­nie do kon­te­ne­rów na śmieci i wyko­rzy­sty­wa­nie dziw­nych rze­czy, na przy­kład żalu­zji i pokryw pojem­ni­ków na śmieci, jako broni. Z dru­giej strony spro­wa­dzam moją biedną nie­winną wer­sję na złą drogę. Wzdy­cham ciężko. Ktoś musi to zro­bić.

Dziś dar­mowy dzień, więc w muzeum kłębi się tłum. Sta­jemy w kolejce, prze­cho­dzimy przez bramki i powoli wspi­namy się na oka­załe schody. Wcho­dzimy do gale­rii malar­stwa euro­pej­skiego i cofamy się z sie­dem­na­sto­wiecz­nej Anglii do pięt­na­sto­wiecz­nej Hisz­pa­nii. Święty Jerzy stoi jak zawsze gotowy, by prze­szyć cienką włócz­nią smoka, pod­czas gdy deli­katna, różowo-zie­lona księż­niczka czeka skrom­nie w tle. Razem z moją małą wer­sją uwiel­biamy całym ser­cem smoka o żół­tym brzu­chu i zawsze z ulgą odkry­wamy, że chwila jego zagłady jesz­cze nie nade­szła.

Sto­imy przed obra­zem Ber­nardo Mar­to­rella przez pięć minut, po czym Henry odwraca się w moją stronę. Przez chwilę mamy salę tylko dla sie­bie.

- To wcale nie jest takie trudne - mówię. - Musisz się tylko uważ­nie roz­glą­dać. Znajdź kogoś, kto jest roz­ko­ja­rzony. Zorien­tuj się, gdzie ma port­fel. Więk­szość męż­czyzn trzyma go w tyl­nej kie­szeni spodni albo w wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki. W przy­padku kobiet szu­kaj takiej, która prze­rzu­ciła torbę przez ramię. Jeśli jesteś na ulicy, możesz spo­koj­nie chwy­cić całą torbę. Ale tylko wtedy, jeśli masz pew­ność, że oka­żesz się szyb­szy od wszyst­kich, któ­rzy zechcą cię gonić. Jed­nak o wiele lepiej jest zabrać port­fel tak, by nikt tego nie zauwa­żył.

- Oglą­da­łem kie­dyś taki film, w któ­rym zło­dzieje ćwi­czyli na gar­ni­tu­rze z przy­wią­za­nymi dzwo­necz­kami. Jeśli ktoś poru­szył gar­ni­tur, wyj­mu­jąc port­fel, dzwo­neczki dzwo­niły...

- Tak, pamię­tam ten film. Możesz tego spró­bo­wać w domu. A teraz chodź ze mną.

Pro­wa­dzę Henry'ego z sali z pięt­na­sto­wiecz­nym malar­stwem do dzie­więt­na­sto­wiecz­nego i nagle znaj­du­jemy się w samym środku fran­cu­skiego impre­sjo­ni­zmu. Insty­tut sztuki sły­nie ze swo­jej kolek­cji impre­sjo­ni­stów. Mnie jest w zasa­dzie obo­jętna, ale jak zwy­kle pełno tu zwie­dza­ją­cych, któ­rzy wycią­gają szyje, by zoba­czyć choć frag­ment Popo­łu­dnia na wyspie Grande Jatte lub Stogu siana. Henry nie widzi nic nad gło­wami doro­słych, ale i tak jest zbyt zde­ner­wo­wany, by oglą­dać obrazy. Roz­glą­dam się po sali. Jakaś kobieta pochyla się nad roz­wrzesz­cza­nym malu­chem. Chyba nade­szła pora drzemki. Kiwam na Henry'ego i ruszam w jej stronę. Torebka kobiety ma bar­dzo pro­ste zapię­cie, prze­rzu­cona przez plecy wisi na dłu­gim pasku. Ona sama pochło­nięta jest cał­ko­wi­cie uspo­ka­ja­niem dziecka. Stoi przed W Moulin Rouge Toulo­use-Lau­treca. Prze­cho­dząc obok, udaję, że oglą­dam obraz, wpa­dam na kobietę, popy­cham ją i łapię za ramię.

- Prze­pra­szam, tak mi przy­kro, nie patrzy­łem, nic pani nie jest? Taki tu tłok...

Już trzy­mam rękę w jej torebce, kobieta rumieni się, ma ciemne oczy i dłu­gie włosy, duże piersi, na­dal pró­buje stra­cić kilo­gramy, któ­rych nabrała w ciąży. Patrzę jej w oczy i znaj­duję port­fel, wciąż prze­pra­sza­jąc, wsu­wam go do rękawa, obrzu­cam ją spoj­rze­niem od stóp do głów i uśmie­cham się, odwra­cam, odcho­dzę, jesz­cze oglą­dam się przez ramię. Kobieta bie­rze malca na ręce i patrzy za mną smut­nym wzro­kiem. Uśmie­cham się i odcho­dzę, odcho­dzę. Henry scho­dzi za mną scho­dami pro­wa­dzą­cymi do Junior Museum. Spo­ty­kamy się przy męskiej toa­le­cie.

- To było dziwne - mówi Henry. - Dla­czego ona tak na cie­bie patrzyła?

- Jest samotna - pró­buję nie­ja­sno tłu­ma­czyć. - Może jej mąż rzadko bywa w domu.

Wcho­dzimy do kabiny i otwie­ramy port­fel. Kobieta nazywa się Denise Radke. Mieszka w Villa Park w sta­nie Illi­nois. Jest człon­kiem Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Muzeum i absol­wentką Roose­velt Uni­ver­sity. W port­felu ma dwa­dzie­ścia dwa dolary w bank­no­tach i tro­chę drob­nych. Poka­zuję to wszystko w mil­cze­niu Henry'emu, zamy­kam port­fel i podaję mu. Wycho­dzimy z toa­lety i ruszamy w stronę wej­ścia do muzeum.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRO­LOG

CLARE: Trudno jest zostać samej. Cze­kam na Henry'ego, nie wie­dząc, gdzie jest; mar­twię się, czy nic mu się nie stało. Trudno jest być osobą, która zostaje.

Pró­buję się czymś zająć. Dzięki temu czas pły­nie szyb­ciej.

Cho­dzę spać sama i sama się budzę. Dużo spa­ce­ruję. Pra­cuję, dopóki nie zacznę padać ze zmę­cze­nia. Obser­wuję, jak wiatr bawi się śmie­ciami, które przez całą zimę leżały ukryte pod śnie­giem. Wszystko wydaje się bar­dzo pro­ste, dopóki nie zaczy­nasz się nad tym zasta­na­wiać. Dla­czego nie­obec­ność tak bar­dzo potę­guje miłość?

Dawno temu męż­czyźni wypły­wali na morze, a kobiety cze­kały na nich i sto­jąc na brzegu, wypa­try­wały na hory­zon­cie malut­kiego statku. Teraz ja cze­kam na Henry'ego. Znika nagle, bez ostrze­że­nia. Cze­kam na niego. Każda chwila tego ocze­ki­wa­nia wydaje się rokiem, wiecz­no­ścią. Każda chwila bie­gnie wol­niutko i jest przej­rzy­sta jak szkło. Przez każdą z nich widzę nie­skoń­czo­ność takich chwil, które są cze­ka­niem. Dla­czego odszedł tam, gdzie nie mogę za nim podą­żyć?

HENRY: Jak to jest? Co czu­jesz?

Cza­sami jest tak, jakby twoja uwaga roz­pro­szyła się na uła­mek sekundy. Potem uświa­da­miasz sobie prze­ra­żony, że książka, którą trzy­ma­łeś w ręce, czer­wona baweł­niana koszula z bia­łymi guzi­kami, ulu­bione czarne dżinsy i brą­zowe skar­petki prze­tarte na jed­nej pię­cie, salo­nik, czaj­nik, który już miał zagwiz­dać w kuchni: wszystko znik­nęło.

Jak to jest?

Dokład­nie tak, jak w jed­nym z tych snów, kiedy nagle uświa­da­miasz sobie, że musisz napi­sać test, do któ­rego się w ogóle nie uczy­łeś, na doda­tek nie masz nic na sobie, a port­fel zosta­wi­łeś w domu.

Kiedy prze­miesz­czam się w cza­sie, zamie­niam się w roz­pacz­liwą wer­sję sie­bie samego. Staję się zło­dzie­jem, włó­częgą, zwie­rzę­ciem, które ucieka i szuka kry­jówki. Budzę prze­ra­że­nie na twa­rzach star­szych kobiet i wpra­wiam w osłu­pie­nie dzieci. Jestem magiczną sztuczką, ilu­zją naj­wyż­szego rzędu, tak nie­wia­ry­godną, że aż praw­dziwą.

Czy w całym tym prze­miesz­cza­niu się zawarta jest jakaś logika? Czy ist­nieje spo­sób na to, by pozo­stać w jed­nym miej­scu i trzy­mać się teraź­niej­szo­ści każdą komórką ciała? Nie wiem. Poja­wiają się pewne symp­tomy; jak w przy­padku każ­dej cho­roby ist­nieją powta­rza­jące się objawy: wyczer­pa­nie, hałas, stres, gwał­towne wsta­nie z miej­sca, miga­jące świa­tło - każda z tych rze­czy może stać się powo­dem nagłego znik­nię­cia. Ale dzieje się także i tak: czy­tam nie­dzielne wyda­nie "Timesa", trzy­mam w ręce kubek z kawą, Clare drze­mie obok mnie na łóżku i nagle znaj­duję się w roku 1976, i oglą­dam sie­bie w wieku trzy­na­stu lat, jak koszę traw­nik dziadka. Cza­sami epi­zody te trwają tylko parę chwil; jest tak, jakby ktoś słu­chał radia, ale miał kło­pot z odna­le­zie­niem wła­ści­wej sta­cji. Wpa­dam w tłum, publicz­ność na jakiejś impre­zie, zamęt. Rów­nie czę­sto jestem sam: na polu, w domu, w samo­cho­dzie, na plaży, w szkole pod­sta­wo­wej w środku nocy. Zawsze bar­dzo się boję, że tra­fię do wię­zien­nej celi, windy peł­nej ludzi, na śro­dek auto­strady. Poja­wiam się zni­kąd, nagi. Jak można to wytłu­ma­czyć? Ni­gdy niczego ze sobą nie zabra­łem. Ubra­nia, pie­nię­dzy, doku­men­tów. Pod­czas tych epi­zo­dów więk­szość czasu poświę­cam na zna­le­zie­nie ubra­nia i kry­jówki. Na szczę­ście nie noszę oku­la­rów.

To wielka iro­nia losu, naprawdę. Uwiel­biam drobne przy­jem­no­ści: wygodny fotel, spo­kojne wie­czory w domu. I nie pra­gnę wiele. Kry­mi­nał do poduszki, zapach wil­got­nych, rudych wło­sów Clare, pocz­tówka od przy­ja­ciół z waka­cji, śmie­tanka do kawy, miękka skóra pod pier­siami Clare, syme­tria toreb z zaku­pami cze­ka­ją­cych na kuchen­nym bla­cie, by ktoś je roz­pa­ko­wał. Uwiel­biam snuć się mię­dzy rega­łami w biblio­tece, gdy wszy­scy już poszli do domu, i doty­kać lekko grzbie­tów ksią­żek. Tęsk­nota za tymi wła­śnie rze­czami prze­szywa mnie szcze­gól­nie bole­śnie, gdy kaprys Czasu posta­na­wia mnie od nich oddzie­lić.

I Clare, zawsze Clare. Clare ran­kiem, zaspana, z odci­skiem poduszki na policzku. Clare z rękami zanu­rzo­nymi w kadź do robie­nia papieru, wyj­mu­jąca z niej formę i potrzą­sa­jąca nią gwał­tow­nie, by połą­czyły się włókna. Clare z książką w ręce, z wło­sami prze­rzu­co­nymi przez opar­cie fotela, wcie­ra­jąca przed snem bal­sam w spierzch­nięte, zaczer­wie­nione dło­nie. I jej niski głos.

Nie­na­wi­dzę być tam, gdzie jej nie ma; kiedy jej nie ma. A jed­nak zawsze odcho­dzę tam, gdzie ona nie może za mną podą­żyć.

PIERW­SZA RANDKA, JEDEN

Sobota, 26 paź­dzier­nika 1991 (Henry ma 28, Clare 20 lat)

CLARE: W biblio­tece panuje chłód i czuć zapach środka do czysz­cze­nia dywa­nów, choć wszę­dzie dookoła widzę tylko mar­mur. Wpi­suję się do książki: Clare Abshire, 11.15, 10 26-91, Zbiory Spe­cjalne. Ni­gdy wcze­śniej nie byłam w Biblio­tece New­berry i teraz, kiedy prze­szłam już przez ciemny, zło­wrogi hol, czuję dziwne pod­nie­ce­nie. Biblio­teka jest dla mnie niczym ogromne pudło pełne cudow­nych ksią­żek leżące w Boże Naro­dze­nie pod cho­inką. W win­dzie panuje pół­mrok, a ona unosi się w górę nie­mal bez­sze­lest­nie. Wysia­dam na trze­cim pię­trze i wypeł­niam for­mu­larz nie­zbędny do otrzy­ma­nia karty czy­tel­nika, po czym udaję się na górę do działu Zbio­rów Spe­cjal­nych. Obcasy moich butów stu­kają na drew­nia­nej pod­ło­dze. W zatło­czo­nej sali panuje cisza, pełno tu cięż­kich, zarzu­co­nych sto­sami ksią­żek sto­łów, przy któ­rych sie­dzą czy­tel­nicy. Przez wyso­kie okna wpada blask jesien­nego poranka w Chi­cago. Pod­cho­dzę do biurka dyżur­nej biblio­te­karki i odbie­ram rewersy. Zamie­rzam napi­sać pracę na zaję­cia z histo­rii sztuki. Jej tema­tem jest Chau­cer wydany przez Kelm­scott Press. Spraw­dzam numer książki w kata­logu i wypeł­niam rewers. Chcę poczy­tać wię­cej o wytwa­rza­niu papieru w Kelm­scott, ale nie mogę sobie pora­dzić z kata­lo­giem. Wra­cam do biurka, by popro­sić o pomoc. Kiedy wyja­śniam sie­dzą­cej tam kobie­cie, czego szu­kam, spo­gląda przez moje ramię na prze­cho­dzącą wła­śnie osobę. "Może pan DeTam­ble będzie mógł pani pomóc", mówi. Odwra­cam się, by zacząć wszystko wyja­śniać od początku, i staję twa­rzą w twarz z Hen­rym.

Odbiera mi mowę. Stoi przede mną Henry, spo­kojny, ubrany, młod­szy niż kie­dy­kol­wiek mia­łam go oka­zję oglą­dać. Pra­cuje w Biblio­tece New­berry i stoi przede mną teraz, w teraź­niej­szo­ści. Tutaj i teraz.

Nie posia­dam się z rado­ści. Henry patrzy na mnie cier­pli­wie, nie­pew­nie, ale bar­dzo uprzej­mie.

- W czym mogę pani pomóc? - pyta.

- Henry! - Z tru­dem powstrzy­muję się, by nie paść mu w ramiona.

Widać jed­nak po nim wyraź­nie, że w swoim obec­nym życiu ni­gdy mnie nie spo­tkał.

- Czy my się znamy? Prze­pra­szam, ale...

Roz­gląda się nie­spo­koj­nie w oba­wie, że całe to zamie­sza­nie nie umknie uwagi czy­tel­ni­ków i jego kole­gów z pracy. Jed­no­cze­śnie szybko prze­szu­kuje pamięć i docho­dzi do wnio­sku, że któ­reś z jego przy­szłych wcie­leń poznało już kie­dyś tę cudowną dziew­czynę sto­jącą teraz przed nim.

Gdy ja widzia­łam go po raz ostatni, ssał palce moich stóp na Łące.

Pró­buję mu wszystko wyja­śnić.

- Nazy­wam się Clare Abshire. Pozna­łam cię, kiedy byłam małą dziew­czynką...

Bra­kuje mi słów, bo jestem po uszy zako­chana w tym męż­czyź­nie, który w ogóle mnie nie pamięta. Dla niego wszystko jest jesz­cze przy­szło­ścią. Cała sytu­acja jest tak absur­dalna, że mam ochotę wybuch­nąć śmie­chem. Ja znam Henry'ego od lat, pod­czas gdy on patrzy na mnie z obawą i nie­po­ko­jem. Henry w sta­rych rybac­kich spodniach ojca cier­pli­wie prze­py­tu­jący mnie z tabliczki mno­że­nia, fran­cu­skich słó­wek, sto­lic; Henry śmie­jący się z lun­chu o dziw­nym smaku, który jako sied­mio­latka przy­nio­słam mu na Łąkę; Henry w smo­kingu, roz­pi­na­jący guziki koszuli w moje osiem­na­ste uro­dziny. Tutaj! Teraz!

"Chodź ze mną na kawę, na kola­cję, na cokol­wiek...". Jasne, że musi się zgo­dzić. Henry, który kocha mnie w prze­szło­ści i przy­szło­ści, musi kochać mnie także i teraz. To uczu­cie powraca niczym echo z innego czasu. Poczu­łam wielką ulgę, gdy zgo­dził się ze mną umó­wić. Mamy się spo­tkać dziś wie­czo­rem w pobli­skiej taj­skiej restau­ra­cji. Wszystko to odbywa się w obec­no­ści zdu­mio­nej kobiety za biur­kiem. Wycho­dzę z biblio­teki, zapo­mi­na­jąc o Chau­ce­rze i Kelm­scott, zbie­gam po mar­mu­ro­wych scho­dach pro­sto na zalaną paź­dzier­ni­ko­wym słoń­cem ulicę. Potem, krzy­cząc z rado­ści, bie­gnę przez park, wśród barasz­ku­ją­cych psów i wie­wió­rek.

HENRY: Zwy­kły, ruty­nowy dzień w paź­dzier­niku, sło­neczny i cie­pły. Sie­dzę w pracy w małym, pozba­wio­nym okien pokoju, o wyraź­nie okre­ślo­nej wil­got­no­ści, na czwar­tym pię­trze Biblio­teki New­berry i kata­lo­guję kolek­cję mar­mur­ko­wych papie­rów, którą nie­dawno prze­ka­zano nam w darze. Papiery są piękne, lecz praca nudna i powoli zaczy­nam uża­lać się nad sobą. Czuję się staro, tak staro, jak może się czuć dwu­dzie­sto­ośmio­la­tek po nocy spę­dzo­nej na piciu dro­giej wódki i bez­sku­tecz­nych pró­bach odzy­ska­nia wzglę­dów Ingrid Car­mi­chel. Kłó­ci­li­śmy się przez cały wie­czór, a teraz nawet nie pamię­tam o co. Czuję, że zaraz pęk­nie mi głowa. Muszę napić się kawy. Pozo­sta­wia­jąc mar­mur­kowe papiery w sta­nie kon­tro­lo­wa­nego cha­osu, prze­cho­dzę przez biuro i mijam biurko w czy­telni. Nagle zatrzy­muje mnie głos Isa­belle: "Może pan DeTam­ble będzie mógł pani pomóc", co zna­czy: "Henry, ty dra­niu, dokąd się wybie­rasz?". Nie­sa­mo­wi­cie piękna, wysoka, rudo­włosa dziew­czyna odwraca się i patrzy na mnie, jak­bym był jej oso­bi­stym zba­wi­cie­lem. Czuję nagły skurcz w żołądku. Ona najwyraź­niej mnie zna, ja za to nie mam poję­cia, kim jest. Bóg jeden wie, co powie­dzia­łem, zro­bi­łem lub obie­ca­łem temu uro­czemu stwo­rze­niu, jestem więc zmu­szony zwró­cić się do niej naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nym tonem, na jaki potra­fię się zdo­być: "W czym mogę pani pomóc?". Dziew­czyna szep­cze nagle: "Henry!", gło­sem, który prze­ko­nuje mnie, że kie­dyś musiało nas łączyć coś naprawdę nie­sa­mo­wi­tego. To jesz­cze pogar­sza sprawę, bo ja prze­cież nic o niej nie wiem, nie znam nawet jej imie­nia. Mówię: "Czy my się znamy?", a Isa­belle rzuca mi spoj­rze­nie, które zna­czy tylko jedno: "Ty dupku". Dziew­czyna odpo­wiada jed­nak spo­koj­nie: "Nazy­wam się Clare Abshire. Pozna­łam cię, gdy byłam małą dziew­czynką", zapra­sza mnie na kola­cję. Zdu­miony przy­staję na jej pro­po­zy­cję. Patrzy na mnie czule, choć jestem nie­ogo­lony, ska­co­wany i ogól­nie rzecz bio­rąc, w nie naj­lep­szej for­mie. Uma­wiamy się na wie­czór w restau­ra­cji Beau Thai i Clare wypada z czy­telni.

Kiedy stoję oszo­ło­miony w win­dzie, uświa­da­miam sobie, że oto wspa­niała część mojej przy­szło­ści odna­la­zła mnie wła­śnie w teraź­niej­szo­ści, i wybu­cham śmie­chem. Prze­cho­dzę przez hol i gdy zaczy­nam scho­dzić na dół, widzę Clare bie­gnącą rado­śnie przez plac Waszyng­tona. Czuję, że jestem bli­ski łez, choć zupeł­nie tego nie rozu­miem.

Póź­niej tego samego wie­czoru:

HENRY: O szó­stej wie­czo­rem pędzę z pracy do domu i pró­buję coś ze sobą zro­bić. Domem w tych dniach jest nie­wiel­kie, lecz sza­leń­czo dro­gie stu­dio przy North Dear­born; stale obi­jam się o ściany, blaty i meble. Krok Pierw­szy: otwo­rzyć sie­dem­na­ście zam­ków w drzwiach, wpaść do salo­niku, który jest jed­no­cze­śnie sypial­nią, i zrzu­cić ubra­nie. Krok Drugi: prysz­nic i gole­nie. Krok Trzeci: pozba­wione choć cie­nia nadziei spoj­rze­nie do wnę­trza szafy; mia­łem rację, żadne ubra­nie nie jest cał­kiem czy­ste. Na szczę­ście udaje mi się zna­leźć jedną białą koszulę, któ­rej nie wyją­łem jesz­cze z worka po ode­bra­niu z pralni. Decy­duję się na ciemny gar­ni­tur i jasno­nie­bie­ski kra­wat. Krok Czwarty: wkła­dam to wszystko i docho­dzę do wnio­sku, że wyglą­dam jak agent FBI. Krok Piąty: roz­glą­dam się po miesz­ka­niu, bała­gan jest rze­czy­wi­ście kosz­marny. Posta­na­wiam unik­nąć zapra­sza­nia Clare do sie­bie dziś wie­czo­rem, nawet jeśli miał­bym taką spo­sob­ność. Krok Szó­sty: oglą­dam się w dużym lustrze w łazience i widzę szczu­płego, wyso­kiego faceta niczym z rysunku Egona Schiele, w czy­stej koszuli i gar­ni­turze przed­się­biorcy pogrze­bo­wego. Zasta­na­wiam się, w jakim ubra­niu oglą­dała mnie ta dziew­czyna, bo z pew­no­ścią nie we wła­snym przy­by­wa­łem z mojej przy­szło­ści do jej prze­szło­ści. Powie­działa, że była małą dziew­czynką? Przez głowę prze­biega mi cała masa pytań, na które nie potra­fię udzie­lić odpo­wie­dzi. Chwilę oddy­cham głę­boko. Dobra. Chwy­tam port­fel, klu­cze i wycho­dzę. Zamy­kam trzy­dzie­ści sie­dem zam­ków, wcho­dzę do trzesz­czą­cej windy, kupuję dla Clare róże w kwia­ciarni w holu i pędzę do odda­lo­nej o dwie prze­cznice restau­ra­cji. I tak jestem pięć minut spóź­niony. Clare sie­dzi już w bok­sie i kiedy mnie dostrzega, na jej twa­rzy poja­wia się wyraz wiel­kiej ulgi. Macha do mnie, jakby uczest­ni­czyła w para­dzie.

- Cześć - mówię.

Ma na sobie aksa­mitną sukienkę w kolo­rze czer­wo­nego wina i perły. Wygląda jak dziew­czyna z obra­zów Bot­ti­cel­lego: duże szare oczy, długi nos, usta deli­katne jak u gej­szy. Ma dłu­gie rude włosy, które opa­dają miękką falą do połowy ple­ców. Jest tak blada, że w świe­tle świec wygląda jak figura z wosku. Podaję jej róże.

- To dla cie­bie.

- Dzię­kuję - mówi dziw­nie zachwy­cona. Patrzy na mnie i uświa­da­mia sobie, że jestem zdzi­wiony jej reak­cją. - Ni­gdy wcze­śniej nie dawa­łeś mi kwia­tów.

Sia­dam obok niej. Jestem zafa­scy­no­wany. Ta kobieta naprawdę mnie zna; to nie jest tylko prze­lotna zna­jo­mość z któ­re­goś z moich przy­szłych wysko­ków. Pod­cho­dzi kel­nerka i podaje nam karty.

- Powiedz mi - rzu­cam.

- Co?

- Wszystko. Czy rozu­miesz, dla­czego ja cię nie znam? Jest mi bar­dzo przy­kro z tego powodu...

- Och, nie­po­trzeb­nie. Cho­dzi mi o to, że ja wiem... wiem, dla­czego tak się dzieje. - Clare zniża głos. - Wszystko przez to, że dla cie­bie nic się jesz­cze nie wyda­rzyło, a ja znam cię od bar­dzo dawna.

- Jak długo?

- Czter­na­ście lat. Zoba­czy­łam cię po raz pierw­szy, gdy mia­łam sześć lat.

- Jezu. Czę­sto mnie widy­wa­łaś? Czy tylko kilka razy?

- Kiedy spo­tka­li­śmy się po raz ostatni, kaza­łeś mi to przy­nieść na nasze następne spo­tka­nie. - Poka­zuje jasno­nie­bie­ski dzie­cinny pamięt­nik. - Pro­szę, to dla cie­bie.

Otwie­ram go w miej­scu zazna­czo­nym kawał­kiem gazety. Strona z dwoma małymi spa­nie­lami w pra­wym gór­nym rogu zawiera wykaz dat. Pierw­sza z nich to 23 wrze­śnia 1977 roku, a ostat­nia, szes­na­ście ozdo­bio­nych śmiesz­nymi psia­kami stron dalej, to 24 maja 1989 roku. Liczę powoli. Sto pięć­dzie­siąt dwie daty zapi­sane nie­bie­skim dłu­go­pi­sem sze­ro­kim pismem sze­ścio­latki.

- To ty spi­sa­łaś te daty? Są dokładne?

- Ty mi je podyk­to­wa­łeś. Kilka lat temu powie­dzia­łeś mi, że nauczy­łeś się ich na pamięć z tej wła­śnie listy. Nie wiem, skąd ona się wzięła... przy­po­mina tro­chę wstęgę Möbiusa. Ale daty są dokładne. Wie­dzia­łam, kiedy mam wyjść na Łąkę, żeby się z tobą spo­tkać.

Przy sto­liku znów staje kel­nerka i skła­damy zamó­wie­nie: tom kha kai dla mnie i gang mus­sa­man dla Clare. Kel­nerka przy­nosi her­batę, którą nale­wam do fili­ża­nek.

- Co to takiego ta Łąka? - Jestem tak pod­nie­cony, że z tru­dem udaje mi się usie­dzieć na krze­śle. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem nikogo z mojej przy­szło­ści, a już na pewno nie dziew­czynę Bot­ti­cel­lego, która widziała mnie sto pięć­dzie­siąt dwa razy.

- To część posia­dło­ści moich rodzi­ców w Michi­gan. Po jed­nej stro­nie rośnie las, a po dru­giej stoi dom. Mniej wię­cej w środku znaj­duje się polana o śred­nicy trzech metrów, z wiel­kim kamie­niem. Jeśli znaj­dujesz się na tej pola­nie, to nikt z domu nie może cię zauwa­żyć, bo teren naj­pierw się wznosi, a na pola­nie gwał­tow­nie opada. Czę­sto się tam bawi­łam, bo lubi­łam być sama i myśla­łam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Pew­nego dnia, kiedy byłam w pierw­szej kla­sie, wró­ci­łam do domu ze szkoły, wyszłam na polanę i zoba­czy­łam tam cie­bie.

- Byłem nagi i pewno wymio­to­wa­łem.

- Szcze­rze mówiąc, spra­wia­łeś wra­że­nie bar­dzo opa­no­wa­nego. Pamię­tam, że wie­dzia­łeś, jak mam na imię, i że znik­ną­łeś w bar­dzo spek­ta­ku­larny spo­sób. Teraz, kiedy patrzę na to z per­spek­tywy, wiem, że musia­łeś być tam już wcze­śniej. To było chyba w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pierw­szym roku, mia­łam dzie­sięć lat. Powta­rza­łeś raz po raz "O mój Boże" i nie spusz­cza­łeś ze mnie wzroku. Byłeś też bar­dzo skrę­po­wany swoją nago­ścią. Po tym spo­tka­niu przy­wy­kłam już, że ten stary, nagi facet w magiczny spo­sób zjawi się z przy­szło­ści i będzie chciał dostać ubra­nie. - Clare się uśmie­cha. - I coś do jedze­nia.

- Co w tym śmiesz­nego?

- Przez te wszyst­kie lata przy­rzą­dza­łam ci bar­dzo dziwne rze­czy. Kanapki z masłem orze­cho­wym i pastą z file­tów anchois. Pasz­tet i kawałki bura­ków na kra­ker­sach "Ritz". Chcia­łam spraw­dzić, czy jest coś takiego, czego nie zjesz, a po czę­ści pró­bo­wa­łam ci zaim­po­no­wać umie­jęt­no­ściami kuli­nar­nymi.

- Ile mia­łem lat?

- W wer­sji naj­star­szej jakieś czter­dzie­ści parę. Nie jestem pewna, ile naj­mniej, może koło trzy­dzie­stu? A ile masz teraz?

- Dwa­dzie­ścia osiem.

- Teraz wyglą­dasz w moich oczach bar­dzo młodo. Przez kilka lat poja­wia­łeś się głów­nie w wer­sji czter­dzie­sto­pa­ro­let­niej i wyglą­dało na to, że nie jest ci lekko w życiu... Ale kiedy jest się dziec­kiem, wszy­scy doro­śli wyglą­dają na dużych i sta­rych.

- Co robi­li­śmy? Na Łące? Zdaje się, że spę­dzi­li­śmy tam sporo czasu.

Clare się uśmie­cha.

- Mnó­stwo rze­czy. Zmie­niały się w zależ­no­ści od mojego wieku i pogody. Dużo poma­ga­łeś mi w lek­cjach. Gra­li­śmy w różne gry. Ale przede wszyst­kim roz­ma­wia­li­śmy. Kiedy byłam cał­kiem mała, myśla­łam, że jesteś anio­łem, więc wypy­ty­wa­łam cię o Pana Boga. Jako nasto­latka pró­bo­wa­łam cię nakło­nić, żebyś się ze mną kochał, ale ty ni­gdy nie chcia­łeś, co oczy­wi­ście spra­wiało, że sta­wa­łam się coraz bar­dziej natar­czywa. Bałeś się chyba, że naba­wię się przez to jakichś kom­plek­sów. Pod wie­loma wzglę­dami trak­to­wa­łeś mnie po ojcow­sku.

- Och. Miło to sły­szeć, ale teraz aku­rat jakoś nie mam ochoty, żebyś trak­to­wała mnie jak ojca. - Patrzymy sobie w oczy i uśmie­chamy jak sta­rzy spi­skowcy. - A w zimie? Zimy w Michi­gan są bar­dzo ostre.

- Prze­my­ca­łam cię do piw­nic. Są naprawdę ogromne. Jedna z nich pełni funk­cję maga­zynu, a po dru­giej stro­nie ściany znaj­duje się kotłow­nia. Nazy­wamy to pomiesz­cze­nie Czy­tel­nią, bo trzy­mamy tam stare książki i pisma. Pew­nego dnia sie­dzia­łeś tam zamknięty i roz­pę­tała się wielka śnie­życa. Nikt nie poszedł do szkoły ani do pracy, a ja myśla­łam, że osza­leję, bo nie mogłam zdo­być dla cie­bie jedze­nia. Kiedy roz­pę­tała się zamieć, Etta miała wła­śnie jechać na zakupy. Przez trzy dni sie­dzia­łeś więc w piw­nicy, czy­ta­jąc stare numery "Reader's Digest", żywiąc się sar­dyn­kami i maka­ro­nem instant.

- Brzmi słono. Już nie mogę się tego docze­kać.

Kel­nerka posta­wiła na stole nasze dania.

- Nauczy­łaś się goto­wać?

- Nie. Marna ze mnie kucharka. Nell i Etta zawsze wpa­dały w szał, kiedy pró­bo­wa­łam coś zro­bić w kuchni. Mogłam tam przyjść tylko po colę. Od czasu prze­pro­wadzki do Chi­cago nie mam dla kogo goto­wać i stra­ci­łam moty­wa­cję. Poza tym mam mnó­stwo zajęć w szkole, więc jadam głów­nie tutaj. - Clare wsuwa do ust wide­lec pełen curry. - To jest naprawdę pyszne.

- Nell i Etta?

- Nell jest naszą kucharką. - Clare się uśmie­cha. - Wygląda tak, jak wyglą­da­łaby Are­tha Fran­klin, gdyby była Julią Child1. Etta jest naszą gospo­dy­nią i zaj­muje się wszyst­kim. Jest dla nas pra­wie jak mama, bo moja matka jest... No cóż, Etta jest Niemką i jest przez to dość surowa, ale zawsze była przy nas, gdy tym­cza­sem mama... czę­sto buja w obło­kach. Rozu­miesz?

Kiwam głową, bo mam usta pełne zupy.

- No i jest jesz­cze Peter - dodaje Clare. - To nasz ogrod­nik.

- No pro­szę, twoja rodzina ma służbę. Tro­chę za wyso­kie progi jak dla mnie. Czy pozna­łem kie­dyś... kogoś z nich?

- Pozna­łeś bab­cię Meagram tuż przed jej śmier­cią. To jedyna osoba, któ­rej o tobie opo­wie­dzia­łam. Była już wtedy pra­wie nie­wi­doma. Wie­działa, że mamy się pobrać, i bar­dzo chciała cię poznać.

Prze­staję jeść i patrzę na Clare. Odpo­wiada mi poważ­nym spoj­rze­niem. Jest uro­cza i spo­kojna jak anioł.

- Mamy się pobrać?

- Tak sądzę - odpo­wiada. - Przez wszyst­kie te lata opo­wia­da­łeś mi, że w cza­sach, z któ­rych przy­by­wasz, jeste­śmy mał­żeń­stwem.

To za dużo. Sta­now­czo za dużo. Zamy­kam oczy i zmu­szam się, by o niczym nie myśleć; ostat­nią rze­czą, jakiej pra­gnę, jest utrata kon­taktu z tutaj i teraz.

- Henry? Henry, nic ci nie jest?

Czuję, jak Clare siada obok mnie. Otwie­ram oczy, a ona ujmuje moje dło­nie.

- Henry, prze­pra­szam, ale nie mogę się do tego przy­zwy­czaić. Wszystko się odwró­ciło. Przez całe moje życie to ty wszystko wie­dzia­łeś i zapo­mnia­łam, że dziś wie­czór nie powin­nam się tak śpie­szyć. - Uśmie­cha się. - Ostat­nie słowa, jakie do mnie powie­dzia­łeś pod­czas naszego ostat­niego spo­tka­nia, brzmiały: "Miej litość, Clare", i teraz już wiem, co mia­łeś na myśli.

Na­dal trzyma mocno moje dło­nie w swo­ich. Patrzy na mnie z miło­ścią. Jestem jej głę­boko wdzięczny.

- Clare?

- Tak?

- Czy możemy się cof­nąć? Możemy uda­wać, że to nor­malna pierw­sza randka, na którą umó­wiły się dwie nor­malne osoby?

- Jasne. - Clare wstaje i wraca na swoje miej­sce. Siada wypro­sto­wana i siłą powstrzy­muje uśmiech.

- No dobra, Clare. Opo­wiedz mi coś o sobie. Masz jakieś hobby? Zwie­rzaki? Nie­zwy­kłe upodo­ba­nia sek­su­alne?

- Sam się prze­ko­naj.

- Dobrze. Co dalej? Gdzie cho­dzisz do szkoły? Co stu­diu­jesz?

- Jestem w Insty­tu­cie Sztuk Pięk­nych. Zaczy­na­łam od rzeźby, ale nie­dawno zaczę­łam zgłę­biać taj­niki wytwa­rza­nia papieru.

- Świet­nie. Jak wyglą­dają twoje dzieła?

Po raz pierw­szy Clare spra­wia wra­że­nie zakło­po­ta­nej.

- Są... duże i przed­sta­wiają... ptaki. - Wbija wzrok w blat stołu, a po chwili wypija łyk her­baty.

- Ptaki?

- Tak naprawdę cho­dzi o... tęsk­notę. - Na­dal nie patrzy na mnie, więc zmie­niam temat.

- Opo­wiedz mi coś o swo­jej rodzi­nie.

- Dobrze. - Odpręża się i uśmie­cha. - Moja rodzina mieszka w sta­nie Michi­gan, nie­da­leko poło­żo­nego nad jezio­rem małego mia­steczka South Haven. Nasz dom tak naprawdę stoi na wydzie­lo­nym tere­nie i nale­żał do rodzi­ców mojej matki, dziadka i babci Meagram. Dzia­dek umarł przed moim uro­dze­niem, a bab­cia miesz­kała z nami aż do śmierci. Umarła, gdy mia­łam sie­dem­na­ście lat. Dzia­dek był praw­ni­kiem i mój tato też jest praw­ni­kiem. Poznał mamę, gdy zaczął pra­co­wać w kan­ce­la­rii dziadka.

- Oże­nił się więc z córką szefa.

- Tak. Cza­sami się zasta­na­wiam, czy przy­pad­kiem nie oże­nił się z domem szefa. Dom jest naprawdę nie­sa­mo­wity. Jego zdję­cia można zna­leźć w wielu książ­kach poświę­co­nych archi­tek­tu­rze.

- Ma jakąś nazwę? Kto go zbu­do­wał?

- Nazywa się Meadow­lark House, a zbu­do­wał go Peter Wyns w tysiąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym roku.

- Ach tak. Widzia­łem te zdję­cia. Zbu­do­wano go dla rodziny Hen­der­so­nów, prawda?

- Tak. W pre­zen­cie ślub­nym dla Mary Hen­der­son i Die­tera Bascombe. Po dwóch latach roz­wie­dli się i sprze­dali dom.

- To bar­dzo wytworna rezy­den­cja.

- Moja rodzina też jest wytworna. I ma bzika na jego punk­cie.

- A rodzeń­stwo?

- Mój brat Mark ma dwa­dzie­ścia dwa lata i stu­diuje prawo na Harvar­dzie. Ali­cia ma sie­dem­na­ście lat i koń­czy szkołę śred­nią. Gra na wio­lon­czeli.

Wyczu­łem dużo cie­pła dla sio­stry i pewną nie­chęć w sto­sunku do brata.

- Nie prze­pa­dasz za Mar­kiem?

- Jest podobny do ojca. Obaj lubią wygry­wać i potra­fią męczyć cię tak długo, aż w końcu przy­znasz im rację.

- Wiesz, zawsze zazdro­ści­łem innym rodzeń­stwa, nawet jeśli za nim nie prze­pa­dali.

- Jesteś jedy­na­kiem?

- Tak. Myśla­łem, że wiesz o mnie wszystko.

- Tak naprawdę wiem wszystko i nic. Wiem, jak wyglą­dasz bez ubra­nia, ale do dzi­siej­szego ranka nie zna­łam two­jego nazwi­ska. Wie­dzia­łam, że miesz­kasz w Chi­cago, ale nie wiem nic o two­jej rodzi­nie poza tym, że twoja mama zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym, kiedy mia­łeś sześć lat. Wiem, że dosko­nale znasz się na sztuce i mówisz płyn­nie po nie­miecku i fran­cu­sku, ale nie mia­łam poję­cia, że pra­cu­jesz w biblio­tece. Nie uła­twi­łeś mi wcale odna­le­zie­nia cię w teraź­niej­szo­ści; powie­dzia­łeś, że spo­tkamy się, kiedy nadej­dzie odpo­wied­nia chwila. No i jeste­śmy.

- Jeste­śmy - zga­dzam się z nią. - Moja rodzina nie jest wcale wytworna. Rodzice poświę­cili życie muzyce. Moim ojcem jest Richard DeTam­ble, a matką była Annette Lyn Robin­son.

- Ta śpie­waczka!

- Ow­szem. A ojciec jest skrzyp­kiem. Gra w Chi­ca­gow­skiej Orkie­strze Sym­fo­nicz­nej. Ale ni­gdy nie zro­bił takiej kariery jak mama. Wielka szkoda, bo jest genial­nym wir­tu­ozem. Po śmierci mamy nie potra­fił się odna­leźć.

Zja­wia się kel­nerka z rachun­kiem. Nie­wiele zje­dli­śmy, ale przy­naj­mniej ja nie mam już na nic ochoty. Clare otwiera torebkę, ale potrzą­sam głową i płacę. Wycho­dzimy z restau­ra­cji i sta­jemy na Clark Street w przy­jemny jesienny wie­czór. Clare ma na sobie jakieś wymyślne nie­bie­skie okry­cie i futrzany sza­lik; ja zapo­mnia­łem wło­żyć płaszcz, więc trzęsę się z zimna.

- Gdzie miesz­kasz? - pyta Clare.

Och nie.

- Dwie prze­cznice stąd, ale mam bar­dzo małe miesz­ka­nie, w któ­rym teraz panuje kosmiczny bała­gan. A ty?

- W Roscoe Vil­lage nad Hoyne. Ale mam współ­lo­ka­torkę.

- Jeśli przyj­dziesz do mnie, to będziesz musiała zamknąć oczy i poli­czyć do tysiąca. Może twoja współ­lo­ka­torka jest bar­dzo dys­kretna i głu­cha?

- Masz pecha. Ni­gdy nikogo nie zapra­szam do sie­bie. Cha­risse natych­miast by na cie­bie nasko­czyła i wbiła ci drza­zgi pod paznok­cie, żeby tylko wszyst­kiego się dowie­dzieć.

- Marzę o tym, by tor­tu­ro­wała mnie osóbka o imie­niu Cha­risse, ale widzę, że ty się do tego nie palisz. Chodźmy więc do mojej jaskini.

Ruszamy Clark Street. Po dro­dze wstę­puję do sklepu po butelkę wina. Kiedy wycho­dzę, Clare patrzy na mnie zasko­czona.

- Myśla­łam, że nie wolno ci pić alko­holu.

- Nie?

- Dok­tor Ken­drick był wyraź­nie temu prze­ciwny.

- A kto to taki?

- To twój lekarz, eks­pert od zabu­rzeń cza­so­wych.

- Wyja­śnij mi, pro­szę.

- Nie­wiele wiem. Dok­tor Ken­drick jest gene­ty­kiem mole­ku­lar­nym, który odkrył... odkryje, dla­czego ludzie cier­pią na zabu­rze­nia cza­sowe. To pro­blem gene­tyczny; roz­wiąże go w dwa tysiące szó­stym roku. - Wzdy­cha ciężko. - Musi upły­nąć jesz­cze sporo czasu. Powie­dzia­łeś mi kie­dyś, że za dzie­sięć lat będzie znacz­nie wię­cej ludzi cier­piących na tę cho­robę.

- Ni­gdy nie sły­sza­łem o nikim, kto cier­piałby na tego typu... zabu­rze­nia.

- Podej­rze­wam, że nawet gdyby udało ci się teraz odna­leźć dok­tora Ken­dricka, nie potra­fiłby ci pomóc. A gdyby mógł, ni­gdy byśmy się nie spo­tkali.

- Prze­stańmy o tym myśleć.

Sta­jemy w holu. Clare wcho­dzi pierw­sza do malut­kiej windy. Zamy­kam drzwi i wci­skam guzik jede­na­stego pię­tra. Clare pach­nie sta­rym mate­ria­łem, mydłem, potem i futrem. Oddy­cham głę­boko. Winda zatrzy­muje się na moim pię­trze. Wycho­dzimy i ruszamy wąskim kory­ta­rzem. Męczę się ze wszyst­kimi stu sied­mioma zam­kami i lekko uchy­lam drzwi.

- Kiedy byli­śmy na kola­cji, bała­gan zro­bił się jesz­cze więk­szy. Będę musiał zawią­zać ci oczy.

Clare chi­cho­cze, gdy sta­wiam butelkę na pod­ło­dze i zdej­muję kra­wat. Zasła­niam jej oczy i mocno zawią­zuję kra­wat z tyłu głowy. Otwie­ram drzwi, wpro­wa­dzam ją do środka i sadzam na fotelu.

- Dobra, zacznij liczyć.

Liczy posłusz­nie. Mio­tam się po miesz­ka­niu, zbie­ra­jąc bie­li­znę i skar­petki z pod­łogi, łyżeczki i fili­żanki po kawie ze wszyst­kich moż­li­wych powierzchni i wrzu­cam wszystko do zlewu w kuchni. Kiedy Clare mówi: "Dzie­więć­set sześć­dzie­siąt sie­dem", zdej­muję jej kra­wat z oczu. Zdą­ży­łem nawet zło­żyć kanapę i teraz sia­dam na niej wygod­nie.

- Wino? Muzyka? Świece?

- Bar­dzo pro­szę.

Wstaję z kanapy i zapa­lam świece. Gdy koń­czę, gaszę górne świa­tło i cały pokój zalewa cie­pły, migo­czący blask. Wszystko od razu wygląda znacz­nie lepiej. Wkła­dam róże do wody, znaj­duję kor­ko­ciąg, otwie­ram wino i nale­wam do kie­lisz­ków. Po chwili zasta­no­wie­nia wsu­wam do odtwa­rza­cza nagraną przez matkę dla wytwórni EMI płytę z pie­śniami Schu­berta i pusz­czam ją bar­dzo cicho.

Moje miesz­ka­nie to w zasa­dzie tylko kanapa, fotel i około czte­rech tysięcy ksią­żek.

- Jak miło - mówi Clare.

Wstaje i prze­nosi się na kanapę. Sia­dam obok niej. To bar­dzo sym­pa­tyczna chwila, gdy sie­dzimy bez słowa, tylko patrząc na sie­bie. Blask świec odbija się od jej rudych wło­sów. Wyciąga dłoń i dotyka mojego policzka.

- Tak dobrze znów cię widzieć. Czu­łam się bar­dzo samotna.

Przy­cią­gam ją do sie­bie. Cału­jemy się. To bar­dzo... zna­jomy i czuły poca­łu­nek, zro­dzony z dłu­giej zaży­ło­ści i przez moment zasta­na­wiam się, co tak naprawdę robi­li­śmy na tej jej łące, ale szybko odrzu­cam tę myśl. Odsu­wamy się lekko od sie­bie. Zazwy­czaj w takiej chwili zaczy­nam się zasta­na­wiać, jak odna­leźć drogę przez labi­rynt ubra­nia, lecz teraz kładę się wygod­nie na kana­pie i pocią­gam za sobą Clare, chwy­ta­jąc ją pod pachy. W swo­jej aksa­mit­nej sukience jest bar­dzo śli­ska i wsuwa się mię­dzy mnie i opar­cie kanapy niczym węgorz. Przez cienki mate­riał czuję cie­pło jej ciała. Część mnie pra­gnie gorąco rzu­cić się na nią i pie­ścić aż do zapa­mię­ta­nia, ale jestem też wykoń­czony i mocno tym wszyst­kim przy­tło­czony.

- Biedny Henry.

- Dla­czego biedny? Nie posia­dam się ze szczę­ścia. - I to jest prawda.

- Zarzu­ci­łam cię tymi wszyst­kimi rewe­la­cjami niczym lawiną kamieni.

Clare prze­rzuca nogę przez moje bio­dro, tak że sie­dzi teraz na moim peni­sie.

To cudowne, bo mam się na czym skon­cen­tro­wać.

- Nie ruszaj się - mówię.

- Dobra. To naprawdę cudowny wie­czór. Cho­dzi mi o to, że wie­dza to potęga i tak dalej. Zawsze byłam bar­dzo cie­kawa, gdzie miesz­kasz, jak się ubie­rasz i czym się zaj­mu­jesz.

- Voila - wsu­wam dło­nie pod jej sukienkę i wędruję aż do ud. Ma na nogach poń­czo­chy i pod­wiązki. Moja dziew­czyna. - Clare?

- Oui.

- Szkoda byłoby pochło­nąć to wszystko od razu. Zostawmy sobie coś na potem.

Clare jest wyraź­nie zasko­czona moimi sło­wami.

- Prze­pra­szam! Ale wiesz, cze­ka­łam na to tyle lat. A to nie jest jak kawa­łek tortu, który znika, gdy go zjesz.

- No to jedz swój tort, który nie znika.

- Tak brzmi moje motto. - Uśmie­cha się prze­bie­gle i poru­sza kilka razy bio­drami.

Mam teraz erek­cję tak wielką, że mogłaby jeź­dzić kolejką gór­ską bez opieki rodzi­ców.

- Czę­sto sta­wiasz na swoim, prawda?

- Zawsze. Jestem okropna. Lecz ty opie­ra­łeś się moim naj­bar­dziej wymyśl­nym sztucz­kom. Strasz­li­wie cier­pia­łam z powodu two­jego reżimu fran­cu­skich słó­wek i gry w war­caby.

- Chyba powi­nien pocie­szyć mnie fakt, że moja wer­sja z przy­szło­ści będzie przy­naj­mniej wypo­sa­żona w jakieś środki przy­musu. Robisz to wszyst­kim chłop­com?

Clare jest ura­żona; nie wiem, do jakiego stop­nia szcze­rze.

- Do głowy by mi nawet nie przy­szło, żeby robić to z chłop­cami. Też masz pomy­sły! - Zaczyna roz­pi­nać mi koszulę. - Boże, jesteś taki... młody. - Szczy­pie mnie mocno w sutki.

Do dia­bła z cnotą. Udało mi się roz­wią­zać tajem­nicę jej sukni.

Następ­nego ranka:

CLARE: Budzę się i nie mam poję­cia, gdzie jestem. Obcy sufit. Odgłosy ruchu ulicz­nego w oddali. Półki na książki. Nie­bie­ski fotel z moją aksa­mitną sukienką prze­rzu­coną przez opar­cie i leżą­cym na niej kra­wa­tem. Potem wszystko sobie przy­po­mi­nam. Odwra­cam głowę. Obok mnie leży Henry. Wszystko wydaje się tak pro­ste, jak­bym robiła to przez całe życie. Henry śpi głę­boko, zwi­nięty w kłę­bek, jakby fale wyrzu­ciły go na brzeg morza. Jedną ręką zasła­nia oczy, dłu­gie czarne włosy roz­sy­pują się na poduszce. To takie pro­ste. Naresz­cie jeste­śmy razem. Tutaj i teraz. Naresz­cie teraz.

Wstaję ostroż­nie z łóżka. Henry śpi na roz­kła­da­nej kana­pie, któ­rej sprę­żyny trzesz­czą, gdy się pod­no­szę. Mię­dzy kanapą a pół­kami nie ma zbyt wiele miej­sca, więc sta­ram się prze­ci­snąć jak naj­ci­szej, by dotrzeć do kory­ta­rza. Łazienka jest nie­wielka. Czuję się jak Ali­cja w kra­inie cza­rów, która nagle uro­sła i musi wysu­nąć rękę przez okno, żeby się obró­cić. Ozdobny mały kalo­ry­fer jest bar­dzo cie­pły. Robię siku, myję ręce i twarz. A potem dostrze­gam dwie szczo­teczki do zębów w bia­łym por­ce­la­no­wym kubku.

Otwie­ram wiszącą na ścia­nie szafkę. Żyletki, krem do gole­nia, tyle­nol, płyn po gole­niu, wyka­łaczka, dez­odo­rant na naj­wyż­szej półce. Krem do rąk, tam­pony, pude­łeczko na krą­żek dopo­chwowy, dez­odo­rant, szminka, bute­leczka z wita­mi­nami, tubka środka plem­ni­ko­bój­czego na naj­wyż­szej półce. Szminka jest ciem­no­czer­wona.

Stoję, trzy­ma­jąc ją w dłoni. Tro­chę mi nie­do­brze. Cie­kawe, jak ona wygląda, jak się nazywa. Jak długo są razem? Chyba wystar­cza­jąco długo. Odkła­dam szminkę, zamy­kam szafkę. W lustrze widzę odbi­cie swo­jej bla­dej twa­rzy, zmierz­wio­nych wło­sów ster­czą­cych we wszyst­kie strony. Kim­kol­wiek jesteś, teraz ja jestem tutaj. Może i jesteś prze­szło­ścią Henry'ego, ale ja jestem jego przy­szło­ścią. Uśmie­cham się do swego odbi­cia, a ono odpo­wiada mi uśmie­chem. Poży­czam sobie biały fro­towy szla­frok Henry'ego, który wisi na drzwiach. Pod nim wisi jasno­błę­kitny jedwabny. Zupeł­nie bez powodu czuję się znacz­nie lepiej, mając na sobie jego szla­frok.

Wra­cam do pokoju. Henry jesz­cze śpi. Zdej­muję zega­rek z para­petu. Jest dopiero wpół do siód­mej. Jestem jed­nak zbyt nie­spo­kojna, żeby wró­cić do łóżka. Idę do malut­kiej kuchni poszu­kać kawy. Wszyst­kie blaty i kuchenka zarzu­cone są naczy­niami, maga­zy­nami i papie­rami. W zle­wo­zmy­waku leży nawet skar­petka. Zeszłego wie­czoru Henry wrzu­cał wszystko do kuchni, jak leci. Od samego początku odno­si­łam wra­że­nie, że jest bar­dzo pedan­tyczny. Teraz stało się jasne, że należy do tych osób, które bar­dzo dbają o swój wygląd, a cała reszta nie­wiele ich obcho­dzi. Znaj­duję kawę w lodówce i włą­czam eks­pres. Cze­ka­jąc, aż kawa się zapa­rzy, oglą­dam książki.

Tutaj odnaj­duję Henry'ego, jakiego znam. Ele­gie, pie­śni i sonety Donne'a. Dok­tor Fau­stus Mar­lowe'a. Nagi lunch. Anne Brad­street, Imma­nuel Kant. Bar­thes, Foucault, Der­rida. Pie­śni nie­win­no­ści i doświad­cze­nia Blake'a. Kubuś Pucha­tek. Ali­cja w kra­inie cza­rów z komen­ta­rzami Mar­tina Gard­nera. Heideg­ger. Rilke. Tri­stram Shandy. Wiscon­sin Death Trip. Biskup Ber­ke­ley. Andrew Marvell. Hipo­ter­mia, odmro­że­nia i inne cho­roby wywo­ły­wane przez niskie tem­pe­ra­tury.

Trzesz­czy łóżko, pod­ska­kuję prze­stra­szona. Henry siada i patrzy na mnie, mru­żąc oczy w bla­sku poranka. Jest taki młody, tak bar­dzo przed... Jesz­cze mnie nie zna. Nagle ogar­nia mnie strach, że zapo­mniał, kim jestem.

- Wyglą­dasz na zmar­z­niętą - mówi. - Wra­caj do łóżka, Clare.

- Zapa­rzy­łam kawę - odpo­wia­dam.

- Mmmm, czuję jej zapach. Ale naj­pierw chodź się przy­wi­tać.

Wsu­wam się do łóżka, wciąż mając na sobie jego szla­frok. Wkłada rękę pod biały mate­riał i zatrzy­muje ją na chwilę. Widzę, że powią­zał fakty i pró­buje sobie przy­po­mnieć, co jesz­cze mogłam zoba­czyć w łazience.

- To cię nie­po­koi? - pyta.

Waham się przez chwilę.

- Jasne, że tak - odpo­wiada sam sobie. - I to bar­dzo. To oczy­wi­ste. - Siada, ja też się pod­no­szę. Patrzy na mnie z powagą. - To i tak było już pra­wie skoń­czone.

- Pra­wie?

- Mia­łem z nią zerwać. To tylko kwe­stia złego wyczu­cia czasu. A może dobrego, nie mam poję­cia. - Pró­buje wyczy­tać z mojej twa­rzy... Co? Prze­ba­cze­nie? To prze­cież nie jego wina. Skąd mógł wie­dzieć. - Drę­czy­li­śmy się nawza­jem od dłuż­szego czasu... - mówi coraz szyb­ciej, po czym urywa. - Chcesz się dowie­dzieć wszyst­kiego?

- Nie.

- Dzięki. - Prze­suwa dło­nią po twa­rzy. - Prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łem, że tu przyj­dziesz, bo posprzą­tał­bym tro­chę sta­ran­niej. W moim życiu, nie tylko w miesz­ka­niu. - Ma ślad szminki pod uchem. Pochy­lam się, by go zetrzeć. Ujmuje moją dłoń. - Czy jestem bar­dzo inny? Nie tego się spo­dzie­wa­łaś? - pyta z nie­po­ko­jem w gło­sie.

- Tak... jesteś bar­dziej... - Ego­istyczny, myślę, ale mówię: - Jesteś młod­szy.

Zasta­na­wia się przez chwilę.

- To dobrze czy źle?

- Ina­czej.

Prze­su­wam dłońmi po ramio­nach i ple­cach Henry'ego, masu­jąc mię­śnie, szu­ka­jąc blizn.

- Widzia­łeś sie­bie po czter­dzie­stce?

- Tak. Wyglą­dam, jakby ktoś kie­dyś nie­źle mnie pobił.

- Też. Ale jesteś mniej... cho­dzi mi o to, że jesteś bar­dziej... Znasz mnie, więc...

- Dajesz mi wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że teraz jestem bar­dziej nie­po­radny.

Kręcę głową, choć wła­śnie to mia­łam na myśli.

- Cho­dzi o to, że ja mam za sobą wszyst­kie te doświad­cze­nia, a ty... Po pro­stu nie przy­wy­kłam do tego, że ty jesz­cze nic nie wiesz, nic nie pamię­tasz.

Henry spo­waż­niał.

- Prze­pra­szam. Ale osoba, którą znasz, jesz­cze nie ist­nieje. Zostań ze mną, a prę­dzej czy póź­niej na pewno się pojawi. To naj­lep­sze, co mogę ci zaofe­ro­wać.

- Zgoda. Ale tym­cza­sem...

Patrzy mi pro­sto w oczy.

- Tym­cza­sem?

- Chcę...

- Czego chcesz?

Rumie­nię się. Henry uśmie­cha się i kła­dzie mnie deli­kat­nie na poduszce.

- No wiesz.

- Nie wiem, ale potra­fię się paru rze­czy domy­ślić.

Póź­niej drze­miemy, cie­pło okryci w bla­dym świe­tle paź­dzier­ni­ko­wego słońca. Henry mówi mi coś pro­sto w kark.

- Co takiego?

- Myśla­łem wła­śnie, że jest tu z tobą tak spo­koj­nie. Miło jest tak leżeć i wie­dzieć, że w pew­nym sen­sie zadbano już o naszą przy­szłość.

- Henry?

- Hmmm?

- Dla­czego ni­gdy nie opo­wie­dzia­łeś sobie o mnie?

- Nie robię tego.

- Czego?

- Nie opo­wia­dam sobie rze­czy, które się wyda­rzą, chyba że grozi mi jakieś wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. Pró­buję żyć jak nor­malny czło­wiek. Nie lubię nawet prze­by­wać w swoim wła­snym towa­rzy­stwie, więc sta­ram się nie wpa­dać na sie­bie, chyba że nie mam wyboru.

Zasta­na­wiam się przez chwilę nad jego sło­wami.

- Ja powie­dzia­ła­bym sobie o wszyst­kim.

- Nie powie­dzia­ła­byś. Wyni­kają z tego same kło­poty.

- Zawsze sta­ra­łam się wycią­gnąć z cie­bie wszystko.

Prze­wra­cam się na plecy, a Henry opiera się na łok­ciu i patrzy na mnie z góry. Nasze twa­rze znaj­dują się bli­sko sie­bie, o parę cen­ty­me­trów. Czuję się tro­chę dziw­nie, roz­ma­wia­jąc z nim w ten spo­sób. Niby jest jak daw­niej, ale przez tę fizyczną bli­skość trudno mi się skon­cen­tro­wać.

- Czy coś ci mówi­łem? - pyta.

- Cza­sami. Kiedy mia­łeś na to ochotę albo musia­łeś.

- Na przy­kład co?

- Widzisz? Chcesz się dowie­dzieć. Ale ja nic ci nie powiem.

Henry wybu­cha śmie­chem.

- Dobrze mi tak! Jestem głodny. Chodźmy na śnia­da­nie.

Dzień jest chłodny. Samo­chody i rowe­rzy­ści suną Dear­born, przy­tu­lone pary idą chod­ni­kiem. Idziemy wśród nich, trzy­ma­jąc się za ręce. Naresz­cie razem. Naresz­cie wszy­scy mogą nas zoba­czyć. Czuję lek­kie ukłu­cie żalu, jak­bym zdra­dziła długo skry­wany sekret, a potem falę wiel­kiej rado­ści: teraz wszystko zaczyna się naprawdę.

WSZYSTKO PO RAZ PIERW­SZY

Sobota, 16 czerwca 1968 roku

HENRY: Pierw­szy raz był magiczny. Skąd mogłem wie­dzieć, co to zna­czy? Był dzień moich pią­tych uro­dzin i poszli­śmy do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. Chyba ni­gdy wcze­śniej tam nie byłem. Rodzice przez cały tydzień opo­wia­dali mi o cudach, jakie można tam zoba­czyć, o wypcha­nych sło­niach w wiel­kiej sali, szkie­le­tach dino­zau­rów, dio­ra­mach z życia jaski­niow­ców. Mama wró­ciła wła­śnie z Syd­ney i przy­wio­zła mi ogrom­nego, cudow­nie nie­bie­skiego motyla, Papi­lio ulys­ses w ramce wypeł­nio­nej watą. Trzy­ma­łem go tuż przy twa­rzy, tak bli­sko, że widzia­łem tylko ten pora­ża­jący błę­kit. Prze­peł­niał mnie uczu­ciem, które póź­niej chcia­łem odtwo­rzyć za pomocą alko­holu, a odna­la­złem je dopiero u boku Clare: uczu­ciem jed­no­ści, zapo­mnie­nia, bez­myśl­no­ści w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu. Rodzice opo­wia­dali mi o masach gablot z moty­lami, koli­brami, żukami. Byłem tak pod­nie­cony, że obu­dzi­łem się przed świ­tem. Wło­ży­łem teni­sówki, zabra­łem mojego Papi­lio ulys­ses, w piża­mie prze­sze­dłem przez podwórko i zsze­dłem po schod­kach nad rzekę. Sie­dzia­łem na brzegu i patrzy­łem, jak wstaje dzień. Po chwili nad­pły­nęła rodzina kaczek, na dru­gim brzegu poja­wił się szop i spoj­rzał na mnie zacie­ka­wiony, po czym wyprał swoje śnia­da­nie i zjadł je ze sma­kiem. Chyba zasną­łem na chwilę. Usły­sza­łem jed­nak, jak woła mnie mama, i wbie­głem po śli­skich od rosy schod­kach, trzy­ma­jąc motyla. Mama była zła, że zsze­dłem sam nad rzekę, ale upie­kło mi się z powodu uro­dzin.

Rodzice tego wie­czoru nie pra­co­wali, więc nie śpie­szyli się z ubie­ra­niem i wyj­ściem z domu. Ja byłem gotowy długo przed nimi. Usia­dłem na ich łóżku i uda­wa­łem, że czy­tam par­ty­turę. Wszystko to działo się w cza­sie, gdy moi rodzice muzycy odkryli, że ich jedyna lato­rośl nie ma w tym kie­runku żad­nych talen­tów. I nie cho­dziło wcale o to, że nie pró­bo­wa­łem, nie; nie potra­fi­łem tylko usły­szeć w utwo­rze tego, co oni. Bar­dzo lubi­łem muzykę, ale słu­chu nie mia­łem za grosz. I choć potra­fi­łem czy­tać gazetę już w wieku czte­rech lat, par­ty­tury były dla mnie tylko masą śmiesz­nych czar­nych znacz­ków. Rodzice nie porzu­cali jed­nak nadziei, że może obu­dzą się we mnie jakieś ukryte talenty, więc kiedy wzią­łem do ręki par­ty­turę, mama usia­dła obok mnie na łóżku i pró­bo­wała mi pomóc. Po chwili zaczęła śpie­wać, a ja wtó­ro­wa­łem jej, wyda­jąc z sie­bie jakieś okropne dźwięki. Pstry­ka­łem pal­cami, mama zaczęła mnie łasko­tać i oboje wybuch­nę­li­śmy śmie­chem. Z łazienki wyszedł tato owi­nięty w pasie ręcz­ni­kiem i przy­łą­czył się do nas. Przez kilka cudow­nych minut śpie­wali razem, potem tato wziął mnie na ręce i zaczęli tań­czyć w sypialni, trzy­ma­jąc mnie mię­dzy sobą. Nagle zadzwo­nił tele­fon, prze­ry­wa­jąc zabawę. Mama poszła ode­brać, a tato posa­dził mnie na łóżku i zaczął się ubie­rać.

Naresz­cie byli gotowi. Mama wło­żyła czer­woną sukienkę bez ręka­wów i san­dałki. Paznok­cie u rąk i nóg poma­lo­wała na pasu­jący do sukienki kolor. Tato pre­zen­to­wał się wspa­niale w gra­na­to­wych spodniach i bia­łej koszuli z krót­kimi ręka­wami, sta­no­wiąc ide­alne tło dla urody mamy. Wsie­dli­śmy do samo­chodu. Jak zawsze mia­łem całe tylne sie­dze­nie tylko dla sie­bie, więc wycią­gną­łem się wygod­nie, oglą­da­jąc przez okno wyso­kie budynki wzno­szące się wzdłuż Lake Shore Drive.

- Usiądź, Henry - powie­działa mama. - Jeste­śmy na miej­scu.

Usia­dłem i spoj­rza­łem na budy­nek muzeum. Do tej pory spę­dza­łem dzie­ciń­stwo, podró­żu­jąc od jed­nej euro­pej­skiej sto­licy do dru­giej, więc muzeum wpraw­dzie speł­niło moje ocze­ki­wa­nia jako "muzeum", lecz jego kamienna fasada nie zro­biła na mnie więk­szego wra­że­nia. Była nie­dziela, przez co mie­li­śmy tro­chę pro­ble­mów ze zna­le­zie­niem miej­sca na par­kingu. W końcu udało nam się zapar­ko­wać i ruszy­li­śmy wzdłuż jeziora, mija­jąc łódki, posągi, a także wiele bar­dzo pod­nie­co­nych dzieci. Weszli­śmy do budynku mię­dzy dwiema ogrom­nymi kolum­nami.

Od pierw­szej chwili byłem ocza­ro­wany.

Mia­łem przed sobą całą naturę ozna­czoną i uło­żoną zgod­nie z logiką tak wielką, że spra­wiała wra­że­nie, jakby zro­biono to na zamó­wie­nie samego Boga; być może zgu­bił gdzieś ory­gi­nalne plany stwo­rze­nia świata i popro­sił pra­cow­ni­ków muzeum, by pomo­gli Mu je odtwo­rzyć i wszystko raz jesz­cze ska­ta­lo­go­wać. Dla pię­cio­latka, któ­rego zachwy­cił jeden błę­kitny motyl, wizyta w muzeum przy­po­mi­nała spa­cer przez raj­ski ogród i oglą­da­nie wszyst­kiego, co się tam wyda­rzyło.

A zoba­czy­li­śmy tego dnia mnó­stwo: oczy­wi­ście motyle, całe setki gablot, z Bra­zy­lii, Mada­ga­skaru, nawet brata mojego błę­kit­nego motyla z anty­po­dów. Muzeum było mroczne, zimne i stare, a to jesz­cze pod­kre­ślało panu­jącą tam aurę nie­sa­mo­wi­to­ści, ocze­ki­wa­nia, poczu­cia, że w tych murach czas i życie sta­nęły w miej­scu. Widzie­li­śmy krysz­tały i pumy, szczury piż­mowe i mumie, tysiące ska­mie­lin. Zro­bi­li­śmy sobie pik­nik na traw­niku przed muzeum, a potem wró­ci­li­śmy do środka, żeby oglą­dać ptaki, ali­ga­tory i nean­der­tal­czy­ków. Pod koniec byłem już tak zmę­czony, że z tru­dem trzy­ma­łem się na nogach, ale za nic nie chcia­łem wyjść. Kiedy straż­nicy zaczęli nas kie­ro­wać w stronę wyj­ścia, naj­pierw siłą powstrzy­my­wa­łem łzy, ale w końcu i tak zaczą­łem pła­kać ze zmę­cze­nia i roz­cza­ro­wa­nia, że już musimy iść. Tato wziął mnie na ręce i ruszy­li­śmy w stronę samo­chodu. Natych­miast zasną­łem na tyl­nym sie­dze­niu, a kiedy się obu­dzi­łem, byli­śmy w domu. Wró­ci­li­śmy w samą porę na kola­cję.

Zje­dli­śmy ją na dole w miesz­ka­niu pań­stwa Kim. Wynaj­mo­wa­li­śmy apar­ta­ment w nale­żą­cym do nich domu. Pan Kim był nie­du­żym, szorst­kim męż­czy­zną, który chyba mnie lubił, ale nie­wiele się odzy­wał, a pani Kim (nazy­wa­łem ją Kimy) była moim kum­plem, moją sza­loną, uwiel­bia­jącą grać w karty kore­ań­ską nia­nią. Spę­dza­łem z nią zresztą więk­szość czasu. Mama ni­gdy nie radziła sobie zbyt dobrze w kuchni, nato­miast Kimy była w tej mate­rii praw­dziwą artystką i potra­fiła zro­bić wszystko: od sufletu po bi bim bop. Któ­re­goś wie­czoru, na moją uro­dzi­nową kola­cję, przy­go­to­wała pizzę i tort cze­ko­la­dowy.

Wszy­scy odśpie­wali mi Sto lat, ja zdmuch­ną­łem świeczki na tor­cie. Nie pamię­tam, jakie wypo­wie­dzia­łem życze­nie. Tego dnia wolno mi było poło­żyć się póź­niej niż zwy­kle. Byłem na­dal mocno pod­nie­cony wszyst­kim, co widzia­łem w muzeum, a poza tym drze­ma­łem w dro­dze powrot­nej do domu. Sie­dzia­łem w piża­mie na weran­dzie razem z rodzi­cami i pań­stwem Kim, popi­ja­jąc lemo­niadę. Spo­glą­da­łem w ciem­no­błę­kitne wie­czorne niebo, słu­cha­łem cykad i dźwię­ków tele­wi­zo­rów pły­ną­cych z innych miesz­kań. Wresz­cie tato powie­dział: "Czas spać, Henry". Umy­łem zęby, zmó­wi­łem pacierz i posze­dłem do łóżka. Byłem wykoń­czony, ale nie mogłem zmru­żyć oka. Tato czy­tał mi przez chwilę, a potem, widząc, że na­dal nie mogę zasnąć, razem z mamą zga­sił wszyst­kie świa­tła, uchy­lił drzwi do mojego pokoju i poszedł do salo­niku. Nasz rodzinny układ pole­gał na tym, że będą mi grali tak długo, jak zechcę, ale ja musia­łem zostać w łóżku. Mama usia­dła więc przy pia­ni­nie, tato wyjął skrzypce i razem grali i śpie­wali przez długi czas. Koły­sanki, pie­śni, nok­turny, nastro­jową muzykę, która miała uspo­koić chłopca leżą­cego w sypialni. Wresz­cie mama przy­szła spraw­dzić, czy już śpię. W moim nie­du­żym łóżeczku musia­łem wyglą­dać na bar­dzo zmę­czo­nego - jak małe, wycień­czone zwie­rzątko w piża­mie.

- Moje maleń­stwo, wciąż nie możesz zasnąć?

Ski­ną­łem głową.

- Idziemy już z tatą spać. Wszystko w porządku?

- Tak.

Mama przy­tu­liła mnie mocno.

- Dzień w muzeum był bar­dzo eks­cy­tu­jący, prawda?

- Możemy tam pójść jutro?

- Jutro nie, ale wró­cimy tam nie­ba­wem, dobrze?

- Dobrze.

- Dobra­noc. - Mama zosta­wiła uchy­lone drzwi i zga­siła świa­tło w holu. - Śpij słodko. Kara­lu­chy pod podu­chy, a szczy­pawki do zabawki.

Sły­sza­łem szum wody w łazience, wodę spusz­czaną w toa­le­cie. Potem zapa­dła cisza. Wsta­łem z łóżka i uklęk­ną­łem przy oknie. Widzia­łem świa­tła w oknach sąsied­nich domów, ulicą prze­je­chał samo­chód, w któ­rym radio grało na cały regu­la­tor. Sie­dzia­łem tak przez chwilę, a gdy wsta­łem, nic nie było już takie jak daw­niej.

Sobota, 2 stycz­nia 1988, 4.03 nad ranem/nie­dziela 16 czerwca 1968, 22.46 (Henry ma 24 i 5 lat)

HENRY: Jest 4.03 w okrop­nie zimny stycz­niowy ranek. Wra­cam wła­śnie do domu. Posze­dłem potań­czyć, a teraz jestem wykoń­czony i tro­chę zalany. Kiedy wal­czę z klu­czami w jasno oświe­tlo­nym holu, nagle zaczyna mi się krę­cić w gło­wie. Padam na kolana i po chwili znaj­duję się już w ciem­no­ści, wymio­tu­jąc na wyło­żoną płyt­kami pod­łogę. Pod­no­szę głowę i widzę pod­świe­tlony na czer­wono napis WYJ­ŚCIE. Kiedy moje oczy przy­zwy­cza­jają się do ciem­no­ści, dostrze­gam tygrysy, jaski­niow­ców z włócz­niami, ich kobiety ubrane w skóry, podobne do wil­ków psy. Serce wali mi jak mło­tem i przez pijaną głowę prze­biega sza­lona myśl: "Cho­lera, cof­ną­łem się do ery kamie­nia łupa­nego". Dopiero po chwili uświa­da­miam sobie, że napis WYJ­ŚCIE jest raczej typowy dla wieku dwu­dzie­stego. Wstaję roz­trzę­siony i ruszam w stronę drzwi. Pod bosymi sto­pami czuję zimne płytki, na ciele mam gęsią skórkę. W całym budynku panuje abso­lutna cisza. Kli­ma­ty­zo­wane powie­trze jest duszne i trudno się w nim oddy­cha. Docie­ram do drzwi i zaglą­dam do następ­nego pomiesz­cze­nia. Pełno w nim szkla­nych gablot, w bla­dym świe­tle wpa­da­ją­cym z ulicy przez wyso­kie okna dostrze­gam tysiące żuków. Dzięki Bogu tra­fi­łem do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. Stoję nie­ru­chomo i biorę głę­boki wdech, pró­bu­jąc logicz­nie myśleć. Nagle w moim umę­czo­nym mózgu zapala się jakieś świa­tełko i pró­buję iść za jego bla­skiem. Mam coś zro­bić. Tak. Moje piąte uro­dziny... ktoś tutaj był i ja zaraz mam się tym kimś stać... Muszę zna­leźć jakieś ubra­nie. Tak, koniecz­nie.

Pędzę przez dział żuków do dłu­giego holu, który prze­cina dru­gie pię­tro, zbie­gam scho­dami na pierw­sze, wdzięczny, że tra­fi­łem do cza­sów, gdy nie znano jesz­cze czuj­ni­ków ruchu. Wiel­kie sło­nie wzno­szą się zło­wiesz­czo nade mną w bla­sku księ­życa, macham do nich po dro­dze do sklepu z pamiąt­kami, który znaj­duje się po pra­wej stro­nie wej­ścia. Prze­glą­dam szybko ofe­ro­wane tam przed­mioty. Kilka z nich na pewno mi się przyda: ozdobny nożyk do otwie­ra­nia listów, meta­lowa zakładka do książki z sym­bo­lem muzeum i dwie koszulki z dino­zau­rami. Zamki na gablo­tach są nie­po­ro­zu­mie­niem; otwie­ram je wsuwką, którą znaj­duję obok kasy, i wyj­muję, co trzeba. Świet­nie. Wra­cam po scho­dach na trze­cie pię­tro. To "strych" muzeum, gdzie znaj­dują się labo­ra­to­ria i biura pra­cow­ni­ków. Odczy­tuję nazwi­ska na wizy­tów­kach przy drzwiach, ale żadne z nich nic mi nie mówi. Wresz­cie wybie­ram jedno i prze­su­wam meta­lową zakładkę przez zamek, aż pusz­cza zapadka. Wcho­dzę do środka.

Biuro należy do nie­ja­kiego V.M. Wil­liam­sona, który jest strasz­li­wym bała­ga­nia­rzem. W pokoju walają się papiery i brudne kubki po kawie, z popiel­niczki wysy­pują się nie­do­pałki. Na biurku leży czę­ściowo zło­żony szkie­let żmii. Szu­kam jakichś ubrań, ale bez powo­dze­nia. Następne pomiesz­cze­nie zaj­muje kobieta, J.F. Ben­tley. Trze­cie podej­ście oka­zuje się udane. W pokoju D.W. Fit­cha wisi na wie­szaku gar­ni­tur, który mniej wię­cej na mnie pasuje. Ma tylko tro­chę za krót­kie rękawy i nogawki i jest za sze­roki w ramio­nach. Wkła­dam pod niego jedną koszulkę z dino­zau­rem. Nie mam co prawda butów, ale pre­zen­tuję się względ­nie przy­zwo­icie. D.W. scho­wał też w biurku nie­otwartą paczkę cia­ste­czek "Oreo", chwała mu za to. Wyj­muję ją z szu­flady i wycho­dzę, zamy­ka­jąc za sobą sta­ran­nie drzwi.

Gdzie byłem, kiedy zoba­czy­łem sie­bie? Zamy­kam oczy i czuję, jak ogar­nia mnie coraz więk­sze zmę­cze­nie. O mało co nie padam na pod­łogę, ale udaje mi się odzy­skać rów­no­wagę i nagle wszystko sobie przy­po­mi­nam: widzę idącą w moją stronę syl­wetkę oświe­tloną od tyłu świa­tłem wpa­da­ją­cym przez fron­towe wej­ście do muzeum. Muszę wró­cić do Wiel­kiego Holu.

Kiedy tam docie­ram, panuje cisza. Prze­cho­dzę przez śro­dek sali, pró­bu­jąc odtwo­rzyć widok wej­ścia, po czym sia­dam w pobliżu szatni, by móc poja­wić się z lewej strony. Sły­szę pul­so­wa­nie krwi w gło­wie, szum kli­ma­ty­za­cji, samo­chody jadące Lake Shore Drive. Powoli zja­dam dzie­sięć cia­ste­czek, roz­kła­da­jąc je na pół i wyskro­bu­jąc nadzie­nie przed­nimi zębami, by wystar­czyły na dłu­żej. Nie mam poję­cia, która to godzina ani jak długo przyj­dzie mi cze­kać. Jestem już pra­wie trzeźwy i w związku z tym czujny. Czas mija, ale nic się nie dzieje. Wresz­cie sły­szę głu­chy stuk i świst wcią­ga­nego powie­trza. Znów zapada cisza. Cze­kam. Wstaję cichutko i powoli wcho­dzę do holu. Staję przy drzwiach i wołam nie­zbyt gło­śno: "Henry".

Nic. Grzeczny chło­piec, zawsze ostrożny. Pró­buję jesz­cze raz.

- Wszystko w porządku, Henry. Jestem twoim prze­wod­ni­kiem, opro­wa­dzę cię. To wyjąt­kowe zwie­dza­nie, tylko dla cie­bie. Nie bój się.

Sły­szę sap­nię­cie.

- Przy­nio­słem ci pod­ko­szu­lek. Nie zmar­z­niesz, kiedy będziemy oglą­dać eks­po­naty. - Widzę go teraz, jak stoi na gra­nicy bla­dego świa­tła i ciem­no­ści. - Łap!

Rzu­cam mu pod­ko­szu­lek, który znika, po czym Henry wcho­dzi w krąg świa­tła.

Pod­ko­szu­lek opada mu aż do kolan. Widzę sie­bie w wieku pię­ciu lat: czarne ster­czące włosy, blada cera, brą­zowe oczy, szczu­pły, zwinny. Jako pię­cio­la­tek jestem szczę­śliwy, chro­niony przez nor­mal­ność i kocha­jące ramiona rodzi­ców. Teraz wszystko się zmieni i nic nie będzie już takie jak daw­niej.

Pod­cho­dzę do niego powoli i pochy­lam się.

- Cześć - mówię cicho. - Miło cię widzieć, Henry. Dzięki, że wpa­dłeś tutaj dziś wie­czór.

- Gdzie ja jestem? I kim ty jesteś? - pyta lekko piskli­wym gło­sem, który odbija się echem od zim­nych mar­mu­rów.

- Jesteś w Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. Przy­słano mnie tutaj, żebym poka­zał ci eks­po­naty, któ­rych nie można nor­mal­nie oglą­dać za dnia. Ja też mam na imię Henry. Czyż to nie zabawne?

Kiwa głową.

- Masz ochotę na cia­steczko? Ja bar­dzo lubię jeść cia­steczka, gdy zwie­dzam muzeum. To zwięk­sza ilość doznań. - Pod­su­wam mu paczkę "Oreo".

Jest na pewno głodny, ale waha się, nie wie­dząc, ile cia­ste­czek może wziąć, by nie oka­zać się nie­grzecz­nym.

- Weź, ile tylko chcesz. Ja zja­dłem już dzie­sięć, więc będziesz musiał mnie dogo­nić.

Bie­rze trzy.

- Czy chciał­byś zoba­czyć coś w pierw­szej kolej­no­ści?

Kręci głową.

- Wiesz co? Chodźmy na trze­cie pię­tro. Tam trzy­mają wszyst­kie te rze­czy, któ­rych nie poka­zują zwie­dza­ją­cym. Dobrze?

- Dobrze.

Wcho­dzimy w mroku po scho­dach. Henry idzie powoli, więc dopa­so­wuję swoje tempo do niego.

- Gdzie jest mama?

- W domu. Śpi. To spe­cjalne zwie­dza­nie, tylko dla cie­bie, bo masz uro­dziny. Poza tym doro­śli nie robią takich rze­czy.

- A ty nie jesteś doro­sły?

- Jestem bar­dzo nie­zwy­kłym doro­słym. Moja praca polega na prze­ży­wa­niu przy­gód. Kiedy więc się dowie­dzia­łem, że masz wielką ochotę wró­cić natych­miast do muzeum, sko­rzy­sta­łem z oka­zji, żeby cię opro­wa­dzić.

- Ale jak się tu dosta­łem? - Zatrzy­muje się na ostat­nim stop­niu i patrzy na mnie, nic nie rozu­mie­jąc.

- To sekret. Jeśli ci go zdra­dzę, będziesz musiał przy­siąc, że nikomu o tym nie powiesz.

- Dla­czego?

- Bo nikt ci nie uwie­rzy. Możesz powie­dzieć mamie albo Kimy, jeśli chcesz, ale nikomu wię­cej. Dobrze?

- Dobrze...

Klę­kam przed nim, przed moją tak jesz­cze nie­winną wer­sją, i patrzę mu pro­sto w oczy.

- Przy­się­gasz na wszystko?

- Aha...

- No to posłu­chaj. Podró­żo­wa­łeś w cza­sie. Byłeś w swo­jej sypialni, aż tu nagle bum! i jesteś tutaj. Nie jest jesz­cze tak późno, więc mamy mnó­stwo czasu, żeby obej­rzeć wszystko, zanim będziesz musiał wró­cić do domu.

Henry mil­czy i patrzy na mnie wyraź­nie zbity z tropu.

- Ale... dla­czego?

- Tego jesz­cze nie wiem. Ale na pewno ci powiem, gdy to odkryję. Na razie chodźmy dalej. Masz jesz­cze ochotę na cia­steczko?

Bie­rze jedno i ruszamy powoli kory­ta­rzem. Decy­duję się na mały eks­pe­ry­ment.

- Spró­bujmy tutaj.

Prze­su­wam zakładkę wzdłuż drzwi ozna­czo­nych nume­rem 306 i otwie­ram je. Kiedy zapa­lam świa­tło, dostrze­gam na pod­ło­dze całą masę kamieni wiel­ko­ści dyni. Nie­które są całe, inne roz­bite na pół, mają poszar­paną powierzch­nię i żyłki metalu w środku.

- Spójrz, Henry, to mete­oryty.

- Co to są mete­ryty?

- Kamie­nie, które spa­dły z kosmosu.

Patrzy na mnie, jak­bym ja też stam­tąd przy­był.

- Pój­dziemy dalej?

Kiwa głową. Zamy­kam drzwi do sali z mete­ory­tami i otwie­ram te po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. W tej sali jest mnó­stwo pta­ków. Uchwy­cone w symu­lo­wa­nym locie, sie­dzące na gałę­ziach drzew, ale też pta­sie głowy i skóry. Otwie­ram jedną z setek szu­flad; znaj­duje się w niej kil­ka­na­ście szkla­nych pro­bó­wek.

W każ­dej zamknięto malut­kiego złoto-czar­nego ptaka. Kar­teczka z jego nazwą przy­cze­piona jest do nóżki. Henry ma oczy wiel­kie jak spodeczki.

- Chcesz jed­nego dotknąć?

- Aha.

Wyj­muję watę zamy­ka­jącą pro­bówkę i wytrzą­sam szczy­gła na dłoń. Henry gła­dzi go czule po malut­kiej główce.

- Czy on śpi?

- Mniej wię­cej.

Patrzy na mnie ostro, nie­uf­nie przyj­mu­jąc moje wyja­śnie­nie. Wsu­wam ostroż­nie szczy­gła z powro­tem do pro­bówki, zaty­kam ją watą i cho­wam do szu­flady. Jestem bar­dzo zmę­czony. Nawet samo słowo "sen" sta­nowi pokusę nie do odpar­cia, kusi mnie swą sło­dy­czą. Wypro­wa­dzam Henry'ego do holu i nagle przy­po­mi­nam sobie, co naj­bar­dziej urze­kło mnie pod­czas tego noc­nego wypadu do muzeum, kiedy byłem mały.

- Chodźmy do biblio­teki.

Henry wzru­sza ramio­nami. Idę teraz znacz­nie szyb­ciej, więc musi pod­bie­gać, by dotrzy­mać mi kroku. Biblio­teka jest na trze­cim pię­trze we wschod­nim skrzy­dle budynku. Kiedy tam docie­ramy, zatrzy­muję się na chwilę i oglą­dam zamki. Henry patrzy na mnie, jakby chciał powie­dzieć: "No to koniec". Wyj­muję z kie­szeni nożyk do otwie­ra­nia listów. Odkrę­cam drew­nianą rączkę i oka­zuje się, że w środku jest bar­dzo uży­teczny meta­lowy pręt. Wsu­wam go do zamka i deli­kat­nie nim kręcę. Sły­szę, jak poru­szają się sprę­żyny, wsu­wam więc pręt głę­biej. I nagle pro­szę! Sezam otwarty.

Naresz­cie udało mi się zro­bić na nim wra­że­nie.

- Jak to zro­bi­łeś?

- To nie jest wcale takie trudne. Nauczę cię, kiedy spo­tkamy się następ­nym razem. Entrez!

Przy­trzy­muję drzwi i Henry wcho­dzi do środka.

Włą­czam świa­tło i czy­tel­nia uka­zuje się nam w całej oka­za­ło­ści: cięż­kie drew­niane stoły, krze­sła, brą­zowy dywan, ogromne biurko. Biblio­teki w Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej nie zapro­jek­to­wano by­naj­mniej z myślą o pię­cio­lat­kach. Jest zamknięta dla publicz­no­ści, korzy­stają z niej tylko naukowcy. Wzdłuż wszyst­kich ścian wzno­szą się prze­szklone półki, lecz znaj­dują się na nich przede wszyst­kim opra­wione w skórę cza­so­pi­sma z epoki wik­to­riań­skiej. Księga, któ­rej szu­kam, leży samot­nie w ogrom­nej dębo­wej gablo­cie na środku sali. Otwie­ram zamek szpilką i pod­no­szę szklaną pokrywę. Naprawdę, w muzeum powinni zadbać o lep­sze zabez­pie­cze­nia. Nie mam z tego powodu żad­nych wyrzu­tów sumie­nia, w końcu jestem pra­cow­ni­kiem biblio­teki i przez cały czas opro­wa­dzam wycieczki po New­berry. Znaj­duję na biurku kawa­łek filcu i kilka pod­kła­dek i kładę je na naj­bliż­szym stole. Zamy­kam księgę, ostroż­nie wyj­muję ją z gabloty i ukła­dam na filcu. Odsu­wam krze­sło.

- Stań tutaj. - Wska­zuję mu krze­sło. - Żebyś mógł lepiej widzieć.

Henry posłusz­nie wspina się na krze­sło, a ja otwie­ram księgę.

To Ptaki Ame­ryki Audu­bona, luk­su­sowe ogromne wyda­nie, które jest nie­mal tak wyso­kie, jak moja pię­cio­let­nia wer­sja. To naj­pięk­niej­szy zacho­wany egzem­plarz; podzi­wia­łem go przez wiele desz­czo­wych popo­łu­dni. Kiedy poka­zuję mu pierw­szą ilu­stra­cję, Henry się uśmie­cha.

- Nur pospo­lity - czyta. - Wygląda jak kaczka.

- Masz rację. Założę się, że zgadnę, któ­rego ptaka lubisz naj­bar­dziej.

Kręci głową z uśmie­chem.

- O co się zało­żysz?

Spusz­cza wzrok na koszulkę z dino­zau­rem i wzru­sza ramio­nami. Znam dobrze to uczu­cie.

- A co powiesz na to: jeśli zgadnę, dosta­niesz cia­steczko, a jeśli nie zgadnę, też je dosta­niesz?

Zasta­na­wia się przez chwilę i docho­dzi do wnio­sku, że to uczciwe posta­wie­nie sprawy. Otwie­ram księgę na stro­nie z fla­min­giem. Henry wybu­cha śmie­chem.

- Zga­dłem?

- Tak!

Łatwo jest być wszech­wie­dzą­cym, gdy już raz wszystko się prze­żyło.

- Pro­szę, to twoje cia­steczko. Ja też wezmę jedno w nagrodę, że zga­dłem. Ale musimy pocze­kać, aż skoń­czymy oglą­dać książkę; nie chcemy prze­cież pobru­dzić pta­ków okrusz­kami, prawda?

- Tak!

Henry kła­dzie ciastko na pod­pórce fotela i zaczy­namy oglą­dać wszystko od początku, bar­dzo powoli. Ptaki na obraz­kach wydają się o wiele bar­dziej praw­dziwe niż te zamknięte w szkla­nych pro­bów­kach, które oglą­da­li­śmy w pierw­szej sali.

- To wielka błę­kitna cza­pla. Jest ogromna, o wiele więk­sza od fla­minga. Widzia­łeś kie­dyś koli­bra?

- Tak, dzi­siaj!

- Tutaj, w muzeum?

- Aha.

- Pocze­kaj, aż zoba­czysz go na wol­no­ści. Przy­po­mi­nają małe heli­kop­tery, poru­szają skrzy­deł­kami tak szybko, że aż się kręci w gło­wie...

Odwra­ca­nie stron przy­po­mina ście­le­nie łóżka, każda z nich wznosi się maje­sta­tycz­nie, a potem opada. Henry stoi spo­koj­nie, cze­ka­jąc cier­pli­wie na każdy nowy cud, wydaje okrzyki zachwytu, widząc żura­wia, łyskę ame­ry­kań­ską, alkę olbrzy­mią, dzię­cioła. Kiedy docho­dzimy do ostat­niej strony, śnież­nego trzna­dla, Henry pochyla się i deli­kat­nie gła­dzi rysu­nek. Patrzę na niego, na książkę i wszystko sobie przy­po­minam: ten moment, tę pierw­szą książkę, którą poko­cha­łem; pamię­tam, jak chcia­łem się na niej poło­żyć i zasnąć.

- Jesteś zmę­czony?

- Uhm.

- Pój­dziemy już?

- Dobrze.

Zamy­kam Ptaki Ame­ryki, wkła­dam księgę do gabloty, otwie­ram ją na stro­nie z fla­min­giem i zamy­kam pokrywę. Henry zeska­kuje z krze­sła i wsuwa do buzi cia­steczko. Odkła­dam filc na biurko i przy­su­wam krze­sło. Henry gasi świa­tło i wycho­dzimy z biblio­teki.

Idziemy kory­ta­rzem, cały czas pogry­za­jąc cia­steczka i roz­ma­wia­jąc o stwo­rze­niach, które latają i peł­zają. Henry opo­wiada mi o mamie i tacie, o pani Kim, która uczy go przy­rzą­dzać lasa­gne, o Bren­dzie, o któ­rej zupeł­nie zapo­mnia­łem. Była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, ale jej rodzina prze­nie­sie się do Tampy na Flo­ry­dzie za jakieś trzy mie­siące. Sta­jemy przed Busz­me­nem, legen­dar­nym srebr­nym gory­lem, który spo­gląda na nas dostoj­nie z mar­mu­ro­wego pode­stu usta­wio­nego w holu pierw­szego pię­tra. Nagle Henry krzy­czy, pochyla się, pró­buje zła­pać mnie za rękę. Chwy­tam go, ale on już znika. Trzy­mam w ręce mały, wil­gotny pod­ko­szu­lek. Wzdy­cham ciężko i idę na górę, by przez chwilę pooglą­dać w samot­no­ści mumie. Moja mała wer­sja jest już na pewno w domu i kła­dzie się do łóżka. Pamię­tam, pamię­tam dosko­nale. Obu­dzi­łem się rano i myśla­łem, że to był cudowny sen. Mama śmiała się i powie­działa, że podró­żo­wa­nie w cza­sie jest na pewno bar­dzo zabawne i ona też chcia­łaby spró­bo­wać. To był mój pierw­szy raz.

PIERW­SZA RANDKA

Pią­tek, 23 wrze­śnia 1977 (Henry ma 36, Clare 6 lat)

HENRY: Jestem na Łące, cze­kam. Sie­dzę nie­da­leko polany, nagi, bo nie mogę zna­leźć ubrań, które Clare trzyma dla mnie w pudle pod kamie­niem. Nie ma też pudła, więc dzię­kuję Bogu, że popo­łu­dnie jest cie­płe. To chyba począ­tek wrze­śnia jakie­goś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego roku. Raz jesz­cze prze­szu­kuję wysoką trawę. Zasta­na­wiam się przez chwilę. Fakt, że nie zna­la­złem pudła z ubra­niami, ozna­cza, że zja­wi­łem się w cza­sie, kiedy jesz­cze nie pozna­li­śmy się z Clare. Może Clare jesz­cze się nie uro­dziła? Zda­rzyło się już tak parę razy i zawsze mocno to prze­ży­wa­łem. Brak mi jej i ukry­wam się wtedy nagi na Łące, bo nie mam odwagi poka­zać się w pobliżu jej rodziny. Myślę z tęsk­notą o jabło­niach rosną­cych na zachod­nim krańcu Łąki. O tej porze roku na pewno są na nich jabłka, nie­wiel­kie i kwa­śne, ale jadalne, ulu­biony przy­smak jeleni. Nagle sły­szę stu­kot zamy­ka­nych drzwi i wysu­wam głowę nad trawę. Krętą ścieżką bie­gnie rado­śnie dziecko i po chwili na polanę wpada Clare.

Jest jesz­cze mała. O niczym nie wie, jest sama. Wciąż ma na sobie szkolny mun­du­rek: ciem­no­zie­lony swe­ter, białą bluzkę, pod­ko­la­nówki i sznu­ro­wane buciki. W ręce trzyma rekla­mówkę i duży pla­żowy ręcz­nik. Roz­kłada go na tra­wie i wysy­puje z rekla­mówki mnó­stwo przy­bo­rów do pisa­nia. Stare dłu­go­pisy, ogryzki ołów­ków, kredki, pisaki, wieczne pióro. Przy­nio­sła też papier z kan­ce­la­rii ojca. Układa wszystko sta­ran­nie, po czym wypró­bo­wuje po kolei każdy dłu­go­pis i pisak, malu­jąc na papie­rze naj­róż­niej­sze zawi­jasy. Cały czas nuci coś pod nosem. Przez chwilę słu­cham uważ­nie i już wiem: to motyw prze­wodni z pro­gramu "The Dick Van Dyke Show".

Waham się przez moment. Clare jest bar­dzo pochło­nięta tym, co robi. Ma chyba sześć lat; jest wrze­sień, więc musiała wła­śnie zacząć pierw­szą klasę. Naj­wy­raź­niej nie czeka na mnie, jestem obcy, a na pewno pierw­szą rze­czą, jakiej uczą w szkole, jest uni­ka­nie wszel­kich kon­tak­tów z obcymi, któ­rzy zja­wiają się nadzy w twoim ulu­bio­nym miej­scu, wie­dzą, jak masz na imię, i pro­szą, żeby nie mówić o nich ani słowa rodzi­com. Cie­kawe, czy dziś przy­pada dzień naszego pierw­szego spo­tka­nia. A może wyda­rzyło się to kiedy indziej? Może powi­nie­nem pozo­stać w ukry­ciu? Clare pój­dzie sobie, a ja zjem kilka tych kwa­śnych jabłek i ukradnę jakieś ubra­nia z pralni. Z zamy­śle­nia wyrywa mnie Clare, która stoi tuż przede mną. Uświa­da­miam sobie, sta­now­czo zbyt późno, że pod­śpie­wy­wa­łem razem z nią.

- Kto tu jest? - syczy. Wygląda jak roz­gnie­wana gąska: wyciąga szyję i wspina się na palce.

Na gwałt szu­kam wła­ści­wych słów.

- Witaj, mała miesz­kanko Ziemi - odpo­wia­dam śpiew­nie.

- Mark! Ty świn­tu­chu! - Clare szuka cze­goś, czym mogłaby rzu­cić, i decy­duje się na buty z cięż­kimi obca­sami. Zdej­muje je szybko i rzuca.

Chyba nie widzi, ale ma szczę­ście, bo jed­nym tra­fia mnie pro­sto w usta. Z roz­cię­tej wargi pły­nie krew.

- Pro­szę, nie rób tego. - Nie mam czym zata­mo­wać krwi, więc przy­ci­skam dłoń do ust, przez co mówię zdu­szo­nym gło­sem. Boli mnie cała szczęka.

- Kto tam jest? - Clare jest teraz mocno prze­stra­szona; ja też.

- Henry. Mam na imię Henry. Clare, nie zro­bię ci krzywdy i pro­szę, nie rzu­caj już we mnie.

- Oddaj mi buty. Nie znam cię. Dla­czego się cho­wasz? - Patrzy wście­kła w moją stronę.

Rzu­cam buty na polanę. Clare pod­nosi je z ziemi i trzyma w dło­niach jak pisto­lety.

- Cho­wam się, bo zgu­bi­łem ubra­nie i bar­dzo się wsty­dzę. Przy­by­łem tu z daleka, jestem głodny, nie znam nikogo, a teraz krwa­wię.

- Skąd się tu wzią­łeś? I skąd wiesz, jak mam na imię? Prawda i tylko prawda.

- Przy­by­łem tu z przy­szło­ści. Podró­żuję w cza­sie. W przy­szło­ści będziemy przy­ja­ciółmi.

- Ludzie podró­żują w cza­sie tylko w fil­mach.

- Chcemy, żeby­ście w to wie­rzyli.

- Dla­czego?

- Gdyby wszy­scy zaczęli podró­żo­wać w cza­sie, zro­biłby się strasz­liwy tłok. Jak wtedy, gdy w zeszłym roku poje­cha­łaś na święta do babci Abshire i na lot­ni­sku O'Hare pano­wał straszny ścisk. Pamię­tasz? My, podró­żu­jący w cza­sie, nie chcemy mieć kło­po­tów, wiec nikomu o tym nie mówimy.

Clare zasta­na­wia się przez chwilę.

- Wyjdź stam­tąd.

- Pożycz mi swój ręcz­nik.

Chwyta go za jeden koniec i wszyst­kie pisaki, ołówki i dłu­go­pisy wyla­tują w powie­trze. Rzuca ręcz­nik w moją stronę. Odwra­cam się i owi­jam nim w pasie. Jest jasno­ró­żowo-poma­rań­czowy w duże geo­me­tryczne wzory. To coś, co z pew­no­ścią chcesz mieć na sobie, gdy po raz pierw­szy spo­ty­kasz swoją przy­szłą żonę. Odwra­cam się i wycho­dzę na polanę; sia­dam na kamie­niu z naj­więk­szą god­no­ścią, na jaką mogę się w tej sytu­acji zdo­być. Clare staje jak naj­da­lej ode mnie, ale pozo­staje na pola­nie. W rękach na­dal trzyma buty.

- Krwa­wisz.

- Tak. Rzu­ci­łaś we mnie butem.

- Och.

Zapada cisza. Sta­ram się wyglą­dać nie­win­nie i miło. Clare na pewno wiele razy sły­szała, że ludzie mogą mieć złe zamiary, więc nie chcę jej prze­stra­szyć.

- Nabi­jasz się ze mnie.

- Ni­gdy bym tego nie zro­bił. Dla­czego tak sądzisz?

Jest bar­dzo uparta.

- Nikt nie podró­żuje w cza­sie. Kła­miesz.

- Święty Miko­łaj podró­żuje.

- Co?

- Jasne. Myślisz, że uda­łoby mu się dostar­czyć wszyst­kie pre­zenty w jedną noc? Prze­suwa wska­zówki zegara o parę godzin wstecz, żeby zdą­żyć wrzu­cić wszystko do komi­nów.

- Święty Miko­łaj jest magiczny. A ty na pewno nie jesteś.

- Cho­dzi ci o to, że nie jestem magiczny? Jezu, ależ twarda z cie­bie klientka.

- Nie jestem żadną klientką.

- Wiem. Ty jesteś Clare. Clare Anne Abshire, uro­dzona dwu­dzie­stego czwar­tego maja tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego pierw­szego roku. Twoi rodzice to Phi­lip i Lucille Abshire. Miesz­kasz z nimi, z bab­cią, bra­tem Mar­kiem i sio­strą Ali­cią w tym dużym domu, o tam.

- Nawet jeśli wiesz to wszystko, to jesz­cze nie zna­czy, że przy­by­łeś z przy­szło­ści.

- Jeśli zosta­niesz tu dłu­żej, zoba­czysz, jak zniknę. - Czuję, że mogę na to liczyć, bo Clare powie­działa mi kie­dyś, że pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia naj­więk­sze wra­że­nie wywarło na niej moje znik­nię­cie.

Cisza. Clare prze­stę­puje z nogi na nogę i odpę­dza komara.

- Znasz Świę­tego Miko­łaja?

- Oso­bi­ście? Nie. - Krew prze­stała już pły­nąć z wargi, ale na pewno wyglą­dam okrop­nie. - Clare, masz może pla­ster? A może coś do jedze­nia? Pod­czas podróży w cza­sie robię się strasz­nie głodny.

Zasta­na­wia się przez chwilę. Sięga do kie­szeni swe­tra i wyciąga lekko nad­gry­ziony bato­nik. Rzuca go w moją stronę.

- Dzięki. Uwiel­biam je. - Zja­dam bato­nik bar­dzo szybko. Mam bar­dzo niski poziom cukru we krwi. Wsu­wam papie­rek do rekla­mówki.

Clare jest zachwy­cona.

- Jesz jak pies.

- Wcale nie! - Jestem do głębi ura­żony. - Mam prze­ciw­stawne kciuki.

- Co to są stawne kciuki?

- Zrób tak. - Ukła­dam palce w znak "okay". Ona robi to samo. - Możesz to zro­bić dzięki prze­ciw­staw­nym kciu­kom. Zna­czy to też, że możesz otwie­rać sło­iki, wią­zać sznu­rówki i robić mnó­stwo innych rze­czy, któ­rych zwie­rzęta nie potra­fią.

Nie wydaje się usa­tys­fak­cjo­no­wana moim tłu­ma­cze­niem.

- Sio­stra Car­me­lita mówi, że zwie­rzęta nie mają duszy.

- Jasne, że mają. Skąd ona o tym wie?

- Mówi, że tak powie­dział papież.

- Papież to stary głu­pek. Zwie­rzęta mają o wiele pięk­niej­sze dusze od nas. Ni­gdy nie kła­mią ani nikogo nie wysa­dzają w powie­trze.

- Ale się zja­dają.

- Muszą to robić. Nie mogą prze­cież iść do Dairy Queen i kupić dużego wani­lio­wego loda z cze­ko­la­dową posypką, prawda? - Wiem, że Clare uwiel­bia je nad życie. (Jako dziecko. Doro­sła Clare prze­pada za sushi, zwłasz­cza w Katsu przy Peter­son Ave­nue).

- Mogą jeść trawę.

- My też, ale tego nie robimy. Jemy ham­bur­gery.

Clare siada na brzegu polany.

- Etta zabra­nia mi roz­ma­wiać z obcymi.

- I ma rację.

Cisza.

- Kiedy znik­niesz?

- Kiedy będę gotowy. Nudzisz się ze mną?

Clare prze­wraca oczami.

- Czym się zaj­mo­wa­łaś?

- Uczy­łam się pisać.

- Mogę zoba­czyć?

Clare pod­nosi się ostroż­nie i zbiera kilka kar­tek, nie spusz­cza­jąc ze mnie badaw­czego spoj­rze­nia. Pochy­lam się i wycią­gam rękę, jakby była rot­twe­ile­rem. Szybko podaje mi kartki i cofa się. Patrzę na nie uważ­nie, jakby wła­śnie podała mi ory­gi­nalne rysunki Bruce'a Rogersa do Cen­taura, Księgę z Kells lub coś w tym stylu. Pisała raz po raz "Clare Anne Abshire" coraz więk­szymi lite­rami. Wszyst­kie są bar­dzo sta­ranne, wypra­co­wane, a we wszyst­kich kół­kach wyma­lo­wała uśmiech­nięte buzie. Bar­dzo to ładne.

- Ślicz­nie.

Clare jest wyraź­nie zado­wo­lona, jak zawsze, gdy ktoś chwali jej prace.

- Mogę zro­bić coś takiego dla cie­bie.

- Wspa­niale. Ale nie wolno mi nic zabie­rać ze sobą, kiedy podró­żuję w cza­sie. Mogła­byś to dla mnie scho­wać, a ja będę oglą­dał za każ­dym razem, gdy się spo­tkamy.

- Dla­czego nie wolno ci nic zabie­rać?

- Zasta­nów się przez chwilę. Gdyby podró­żu­jący w cza­sie zaczęli zabie­rać ze sobą różne przed­mioty, szybko powstałby strasz­liwy bała­gan. Załóżmy, że prze­niósł­bym w prze­szłość tro­chę pie­nię­dzy. Mógł­bym spraw­dzić wyniki loso­wa­nia lote­rii albo zakłady fut­bo­lowe i zaro­bić kupę forsy. To chyba nie byłoby spra­wie­dliwe, prawda? A gdy­bym był nie­uczciwy, mógł­bym coś ukraść i zabrać do przy­szło­ści, gdzie nikt by mnie nie zna­lazł.

- Mógł­byś być pira­tem! - Clare jest tak zachwy­cona tym pomy­słem, że prze­staję być dla niej Nie­bez­piecz­nym Obcym. - Mógł­byś zako­pać pie­nią­dze, zro­bić mapę, a potem wyko­pać je w przy­szło­ści.

Mniej wię­cej w ten spo­sób zdo­by­wamy póź­niej fun­du­sze na nasz roc­kan­drol­lowy styl życia. Clare uważa to za lekko nie­mo­ralne, choć dzięki temu mamy pewną prze­wagę na gieł­dzie.

- To świetny pomysł. Ale teraz nie potrze­buję pie­nię­dzy; potrze­buję ubra­nia.

Clare spo­gląda na mnie z powąt­pie­wa­niem.

- Czy twój tato ma jakieś nie­po­trzebne ubra­nia? Wystar­czy para spodni. Nie zro­zum mnie źle, ten ręcz­nik bar­dzo mi się podoba, ale tam, skąd przy­by­wam, cho­dzę głów­nie w spodniach.

Phi­lip Abshire jest tro­chę niż­szy ode mnie i jakieś pięt­na­ście kilo grub­szy. W jego spodniach wyglą­dam dość komicz­nie, ale przy­naj­mniej są wygodne.

- Nie wiem...

- W porządku, nie musisz ich przy­no­sić teraz. Ale będzie mi bar­dzo miło, jeśli zro­bisz to następ­nym razem.

- Następ­nym razem?

Biorę kawa­łek czy­stej kartki i ołó­wek. Piszę dru­ko­wa­nymi lite­rami: CZWAR­TEK, 29 WRZE­ŚNIA 1977, PO KOLA­CJI. Podaję kartkę Clare. Bie­rze ją ostroż­nie. Widzę coraz gorzej. Sły­szę jesz­cze, jak Etta woła Clare do domu.

- To sekret, Clare. Dobrze?

- Dla­czego?

- Nie mogę ci powie­dzieć. Muszę już zni­kać. Miło było cię poznać.

Wycią­gam rękę i Clare ujmuję ją bar­dzo odważ­nie. Kiedy się żegnamy, zni­kam.

Środa, 9 lutego 2000 (Clare ma 28, Henry 36 lat)

CLARE: Jest jesz­cze wcze­śnie, dopiero szó­sta. Śpię lek­kim snem, kiedy Henry wpada na mnie z całą siłą. Uświa­da­miam sobie, że był w innym cza­sie. Mate­ria­li­zuje się na mnie, krzy­czę więc z całych sił. Począt­kowo prze­ra­żeni wybu­chamy potem śmie­chem. Prze­wra­cam się na bok, Henry też, i widzę, że ma roz­ciętą wargę. Pły­nie z niej krew. Zry­wam się z łóżka i bie­gnę po ręcz­nik. Kiedy wra­cam, Henry na­dal się uśmie­cha.

- Jak to się stało? - pytam, przy­kła­da­jąc mu wil­gotny ręcz­nik.

- Rzu­ci­łaś we mnie butem.

Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek czymś w niego rzu­cała.

- Nie rzu­ci­łam.

- Rzu­ci­łaś. Spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy i kiedy tylko mnie zoba­czy­łaś, powie­dzia­łaś: "To męż­czy­zna, za któ­rego wyjdę za mąż", i cisnę­łaś we mnie butem. Zawsze twier­dzi­łem, że świet­nie znasz się na ludziach.

Czwar­tek, 29 wrze­śnia 1977 (Clare ma 6, Henry 36 lat)

CLARE: Na sto­ją­cym na biurku taty kalen­da­rzu jest taka sama data, jak ta, którą ten męż­czy­zna napi­sał na kartce. Nell goto­wała dla Ali­cii jajko na miękko, a Etta wrzesz­czała na Marka, bo nie odro­bił zada­nia i grał ze Steve'em we fris­bee. Zapy­ta­łam Ettę, czy mogę wziąć tro­chę ubrań ze skrzyni. Cho­dziło mi o skrzy­nię na stry­chu, gdzie bawimy się w prze­bie­ranki, a Etta spy­tała: "Po co?". Odpar­łam: "Chcę się poba­wić z Megan w prze­bie­ranki". Etta wście­kła się i powie­działa: "Czas zbie­rać się do szkoły. Pomy­ślisz o zaba­wie, kiedy wró­cisz do domu". Poszłam więc do szkoły. Prze­ra­bia­li­śmy doda­wa­nie, mówi­li­śmy o lar­wach mącz­nika, o języku, a po lun­chu mie­li­śmy fran­cu­ski, reli­gię i muzykę. Cały dzień mar­twi­łam się o spodnie dla tego męż­czy­zny, bo wyglą­dał, jakby bar­dzo ich potrze­bo­wał. Kiedy więc wró­ci­łam do domu, poszłam zapy­tać Ettę jesz­cze raz, ale wyszła do mia­sta. Nell pozwo­liła mi obli­zać pałkę z cia­sta. Etta ni­gdy nam na to nie pozwala, bo możemy dostać sal­mo­nelli. Mama coś pisała i już mia­łam wyjść bez pyta­nia, kiedy spy­tała: "O co cho­dzi, kocha­nie?". Gdy jej wyja­śni­łam, odparła, że mogę poszu­kać w wor­kach z odzieżą dla bied­nych i wziąć, co chcę. Poszłam więc do pralni i prze­szu­ka­łam worki. Zna­la­złam trzy pary spodni taty, ale w jed­nej była duża wypa­lona papie­ro­sem dziura. Wzię­łam dwie pozo­stałe, jedną białą koszulę, z tych, jakie tato nosi do pracy, kra­wat w rybki i czer­wony swe­ter. I jesz­cze żółty szla­frok, który nosił, gdy byłam malutka. Pach­niał tatą. Scho­wa­łam ubra­nia do torby i wsu­nę­łam ją do komórki. Gdy stam­tąd wycho­dziłam, wpa­dłam na Marka. "Co robisz, dupku?", spy­tał. Odpar­łam: "Nic takiego, dupku". Pocią­gnął mnie za włosy, a ja nastą­pi­łam mu z całych sił na stopę. Zaczął pła­kać i pobiegł się poskar­żyć. Ja poszłam do swo­jego pokoju i bawi­łam się Panem Misiem i Jane.

Jane jest gwiazdą fil­mową i Pan Miś pyta ją, jak się czuje w tej roli, a ona odpo­wiada, że tak naprawdę chce być wete­ry­na­rzem, ale jest taka piękna, że musi być gwiazdą. Pan Miś wyja­śnia, że może zostać wete­ry­na­rzem, kiedy będzie stara. Po chwili zapu­kała Etta i zapy­tała: "Dla­czego nastą­pi­łaś Mar­kowi na nogę?", ja na to: "Bo on pocią­gnął mnie za włosy". Etta odparła: "Zwa­rio­wać z wami można" i poszła sobie. Zje­dli­śmy kola­cję tylko z Ettą, bo rodzice poszli na przy­ję­cie. Mie­li­śmy pie­czo­nego kur­czaka z zie­lo­nym grosz­kiem i tort cze­ko­la­dowy. Mark dostał naj­więk­szy kawa­łek, ale nic nie mówi­łam, bo obli­za­łam prze­cież pałkę. Po kola­cji spy­ta­łam Ettę, czy mogę wyjść się poba­wić, a ona zaraz zapy­tała, czy mam jakieś zada­nie. "Pisa­nie i przy­nieść liście na zaję­cia pla­styczne", powie­dzia­łam. Pozwo­liła mi wyjść, ale kazała wró­cić przed zmro­kiem. Poszłam na górę po nie­bie­ski swe­ter w zebrę, wzię­łam też torbę i wyszłam na polanę. Męż­czy­zny nie było. Sie­dzia­łam przez chwilę na kamie­niu, a potem pomy­śla­łam, że pozbie­ram tro­chę liści. Wró­ci­łam do ogrodu i zna­la­złam kilka z drzewka mamy, póź­niej powie­działa mi, że to miło­rząb. Zna­la­złam też liście klonu i dębu. Potem wró­ci­łam na polanę, ale jego na­dal tam nie było. Pomy­śla­łam, że on to wszystko wymy­ślił, że wcale się nie zjawi i nie potrze­buje spodni. Pomy­śla­łam też, że Ruth miała rację, bo kiedy opowie­dzia­łam jej o tym męż­czyź­nie, powie­działa, że zmy­ślam. Ludzie nie zni­kają w praw­dzi­wym życiu, tylko w tele­wi­zji. A może wszystko mi się przy­śniło? Tak jak wtedy, gdy zdechł Buster, a ja śni­łam, że nic mu nie jest i sie­dzi sobie spo­koj­nie w klatce. Kiedy się obu­dzi­łam i nie było Bustera, mama powie­działa mi: "Sny róż­nią się od rze­czy­wi­sto­ści, ale są rów­nie ważne". Zro­biło mi się zimno i pomy­śla­łam, że może powin­nam zosta­wić torbę, bo jeśli ten męż­czy­zna się zjawi, to będzie mógł sobie zabrać spodnie. Ruszy­łam więc ścieżką, gdy nagle usły­sza­łam hałas i ktoś powie­dział: "Cho­lera, to zabo­lało". Dopiero wtedy się prze­stra­szy­łam.

HENRY: Wpa­dam na kamień i ocie­ram sobie bole­śnie kolana. Znów jestem na pola­nie, a zacho­dzące poma­rań­czo­wo­czer­wone słońce wygląda jak z obra­zów Tumera. Na pola­nie nie ma nic, z wyjąt­kiem rekla­mówki peł­nej ubrań. Szybko docho­dzę do wnio­sku, że zosta­wiła je dla mnie Clare i że zja­wi­łem się tutaj praw­do­po­dob­nie nie­długo po naszym pierw­szym spo­tka­niu. Ni­gdzie jej jed­nak nie widać, więc wołam ją cicho po imie­niu. Żad­nej odpo­wie­dzi. Prze­rzu­cam zawar­tość rekla­mówki. Znaj­duję parę baweł­nia­nych spodni i drugą, brą­zową z mię­ciut­kiej wełny, okropny kra­wat w pstrągi, swe­ter z godłem Harvardu, białą ele­gancką koszulę z pla­mami potu pod pachami, wspa­niały jedwabny szla­frok z mono­gra­mem Phi­lipa i roz­dartą kie­sze­nią. Wszyst­kie ubra­nia to sta­rzy przy­ja­ciele, z wyjąt­kiem kra­wata, i ich widok bar­dzo mnie cie­szy. Wkła­dam baweł­niane spodnie i swe­ter i bło­go­sła­wię wro­dzony smak Clare i roz­są­dek. Czuję się wspa­niale. Nie mam tylko butów, ale poza tym jestem dosko­nale wypo­sa­żony na mój obecny pobyt w cza­sie.

- Dzięki, Clare. Spi­sa­łaś się wspa­niale - wołam cicho.

Ku memu wiel­kiemu zasko­cze­niu Clare poja­wia się nagle na skraju polany. Szybko zapada zmrok i wygląda na prze­stra­szoną.

- Cześć.

- Cześć, Clare. Dzięki za ubra­nia. Są ide­alne i dzięki nim będzie mi wie­czo­rem cie­pło.

- Muszę wra­cać do domu.

- Nie ma sprawy, zaraz zrobi się ciemno. Byłaś w szkole?

- Tak.

- Jaki dziś mamy dzień?

- Czwar­tek, dwu­dzie­sty dzie­wiąty wrze­śnia tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego siód­mego roku.

- Bar­dzo mi pomo­głaś. Dzię­kuję.

- Czemu tego nie wiesz?

- Dopiero się tu zja­wi­łem. Kilka minut temu dla mnie był jesz­cze ponie­dzia­łek, dwu­dzie­stego siód­mego marca dwu­ty­sięcz­nego roku. Było rano, padał deszcz, a ja robi­łem grzankę.

- Ale wszystko dla mnie zapi­sa­łeś. - Wyj­muje kawa­łek fir­mo­wego papieru Phi­lipa i podaje mi go.

Pod­cho­dzę bli­żej i spo­glą­dam na datę wypi­saną dru­ko­wa­nymi lite­rami moją wła­sną ręką. Przez chwilę zasta­na­wiam się, jak naj­le­piej wytłu­ma­czyć zawi­ło­ści podró­żo­wa­nia w cza­sie dziecku, któ­rym w tej chwili jest Clare.

- Wiesz, jak korzy­stać z magne­to­fonu?

- Mmhmmm.

- Zakła­dasz taśmę i słu­chasz jej od początku do końca, prawda?

- Tak...

- I tak wła­śnie wygląda twoje życie. Wsta­jesz rano, jesz śnia­da­nie, myjesz zęby i wycho­dzisz do szkoły, prawda? Nie wsta­jesz rano i nie widzisz nagle, że jesz w szkole lunch z Helen i Ruth, po czym nie wra­casz nagle do domu, żeby się ubrać.

Clare chi­cho­cze.

- Nie.

- Moje życie wygląda ina­czej. Ponie­waż umiem podró­żo­wać w cza­sie, prze­ska­kuję z jed­nego czasu do dru­giego. To tak, jak­byś zaczęła słu­chać taśmy, po czym w pew­nej chwili pomy­ślała: "Chcę jesz­cze raz posłu­chać tej pio­senki". Cofasz więc taśmę, słu­chasz jesz­cze raz, po czym chcesz wró­cić do momentu, w któ­rym prze­rwa­łaś słu­cha­nie, ale prze­wi­nę­łaś taśmę za daleko. Cofasz ją jesz­cze tro­chę, ale i tak nie tra­fiasz w to samo miej­sce. Rozu­miesz?

- Mniej wię­cej.

- No cóż, nie jest to naj­lep­sza ana­lo­gia na świe­cie. Cza­sami gubię się w cza­sie i nie wiem, gdzie jestem.

- Co to jest ana­lo­gia?

- Sto­su­jesz ją, kiedy pró­bu­jesz wytłu­ma­czyć jakąś rzecz, porów­nu­jąc ją do innej. Na przy­kład teraz w nowym ubra­niu czuję się jak król, ty jesteś śliczna jak obra­zek, a Etta będzie zła jak osa, jeśli zaraz nie wró­cisz do domu.

- Będziesz tutaj spał? Lepiej chodź ze mną, mamy pokój gościnny.

- To bar­dzo miło z two­jej strony. Nie­stety, twoją rodzinę będę mógł poznać dopiero w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym roku.

Clare wyraź­nie nic z tego nie rozu­mie. Pro­blem po czę­ści polega chyba na tym, że nie potrafi się­gnąć wyobraź­nią dalej niż do lat sie­dem­dzie­sią­tych. Pamię­tam, że mia­łem ten sam pro­blem z sześć­dzie­sią­tymi, gdy byłem w jej wieku.

- Czemu?

- To jedna z naszych zasad. Ludziom, któ­rzy podró­żują w cza­sie, nie wolno roz­ma­wiać z tymi, któ­rych czasy odwie­dzają, bo mogli­by­śmy wszystko nie­źle pogma­twać. - Szcze­rze mówiąc, nie bar­dzo w to wie­rzę; wszystko dzieje się tak, jak ma się dziać, raz i tylko raz. Nie pró­buję prze­cież nikogo nama­wiać do roz­sz­cze­pia­nia wszech­świata.

- Ale ze mną roz­ma­wiasz.

- Ty jesteś wyjąt­kowa. Jesteś odważna, mądra i potra­fisz docho­wać tajem­nicy.

Clare jest zakło­po­tana.

- Powie­dzia­łam o tobie Ruth, ale mi nie uwie­rzyła.

- Nie przej­muj się. Mnie też mało kto wie­rzy. A zwłasz­cza leka­rze. Leka­rze nie wie­rzą w nic, jeśli nie potra­fisz im tego udo­wod­nić.

- Ja ci wie­rzę.

Clare stoi jakieś pół­tora metra ode mnie. Na jej bla­dej buzi odbi­jają się ostat­nie pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca. Włosy ma zwią­zane w kucyk, ubrana jest w błę­kitne dżinsy i swe­te­rek z zebrami na piersi. Dło­nie zaci­snęła w pię­ści, a na jej twa­rzy maluje się wyraz deter­mi­na­cji. Nasza córka, myślę ze smut­kiem, wyglą­da­łaby wła­śnie tak.

- Dzię­kuję ci, Clare.

- Muszę już wra­cać.

- Dobry pomysł.

- Wró­cisz tu jesz­cze?

Prze­bie­gam w pamięci Listę.

- Wrócę szes­na­stego paź­dzier­nika. To pią­tek. Przyjdź tutaj zaraz po szkole. Przy­nieś ten mały pamięt­nik, który Megan dała ci na uro­dziny, i nie­bie­ski dłu­go­pis. - Powta­rzam datę i patrzę na Clare, by się upew­nić, że ją zapa­mię­tała.

- Au revoir, Clare.

- Au revoir...

- Henry.

- Au revoir, Henri. - Już ma lep­szy akcent ode mnie. Odwraca się i bie­gnie w górę ścieżką, wpa­da­jąc pro­sto w jasne, przy­ja­zne ramiona swo­jego wiel­kiego domu.

Idę przez coraz ciem­niej­szą Łąkę. Póź­niej tego samego wie­czoru wrzu­cam kra­wat do kosza na śmieci przy kio­sku z rybami i fryt­kami.