Miłość pod Psią Gwiazdą - Anna Łacina

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III

Środa, 15 października

1.

"Dzień Nauczyciela powinien być częściej, co najmniej raz w tygodniu - rozmyślał Andrzej, idąc do szkoły. - Albo i dwa razy. Człowiek ma wolne, rodzina w pracy, nikt nie brzęczy nad uchem o dotlenianiu, o szkodliwości komputera, nikt nie zagląda przez ramię...".

Spędził ten dzień naprawdę pracowicie: ściągnął ze strony liceum plan lekcji Magdy, a dzięki Naszej Klasie wiedział już, że dziewczyna nazywa się Magda Dzik (dziwne, na domofonie nie było tego nazwiska, może coś źle przepisał?), przygotował szkic gazetki, napisał artykuł wstępny, zdobył wiersze od kilku koleżanek oraz koleżanek tychże koleżanek i pod wieczór miał już jaką taką wizję numeru oraz skrystalizowany program dalszych działań.

"Potrzebne będą rysunki - planował, wchodząc do budynku liceum. - Poproszę Mikołaja, nawet nieźle mu to wychodzi. I może Kaśkę? - zastanawiał się dalej. Kaśka siedziała dwie ławki od niego i nieraz widywał zgrabne kwiatki rysowane przez nią w zamyśleniu na marginesach. Jako ilustracje do wierszy będą jak znalazł. - Zaczepię ją na przerwie i powiem...".

Nie zdążył ułożyć nawet pierwszego zdania, bo nagle ktoś zarzucił mu na głowę kurtkę i czyjeś ręce wciągnęły go do męskiej toalety, koło której właśnie przechodził. Kilka kopniaków sprawiło, że zrezygnował z oporu i pozwolił zaprowadzić się do kabiny. Tam zdjęto mu wreszcie szmatę z twarzy i stanął oko w oko z Robertem Skorniewiczem.

- No i co, pasztecie? - wysyczał Robert, a dwóch jego kolegów poparło te słowa mocnymi kuksańcami. - Żartów ci się zachciało? Ciekawe, czy jak wylądujesz głową w kiblu, to też się będziesz świetnie bawił.

- Szkoda, bo miałem do ciebie interes - odezwał się spokojnie, z uśmiechem, chociaż żołądek zwinął mu się w supełek ze strachu. Uznał, że gdyby zaczął od pytań czy prób wyjaśnienia tej dziwnej sytuacji, spuściliby mu łomot, zanim zdołałby cokolwiek powiedzieć. Tak jak się spodziewał, w oczach Roberta mignął błysk zainteresowania, choć on sam zrobił obojętną minę.

- Ty?! - parsknął, opluwając go kropelkami śliny. - Do mnie?

- Jak chcesz - niedbale odparł Andrzej. - A wy? - Wykonał ruch głową w stronę przytrzymujących go Pawła i Donia. - Chcecie nabić sobie punktów za friko?

Poczuł, że uścisk Pawła słabnie.

- To znaczy za co? - spytał chłopak ostrożnie.

- Za free - powtórzył. W obliczu zagrożenia jego mózg natychmiast wypracował plan awaryjny i coś, co jeszcze parę minut temu było kłamstewkiem dla zamydlenia oczu nauczycielce, nagle stało się pierwszą deską ratunku. - W poniedziałek zaproponowałem Sewerynie - improwizował w natchnieniu - żeby wskrzesić gazetkę. Ja bym był naczelnym, a co do ekipy...

- Mamy ci pomagać?! - Robert zaśmiał się pogardliwie, a Paweł znów wzmocnił uścisk.

- Przywalę mu, co? - zaofiarował się Doniu.

- Mówię, że punkty za friko, nie? Dacie mi skończyć? - Andrzej przyjął postawę dominującą. Poskutkowało. - Gazetkę robię sam - tłumaczył opryskliwie, usiłując patrzeć spode łba, skoro nie mógł z góry - i nie chcę, żeby mi się ktoś plątał. Ale Sewerynie powiedziałem, że z ekipą, boby nie przyklepała. Was mogę wpisać jako redakcję. Martwe dusze, jarzycie?

Nie jarzyli, w końcu kto teraz czyta Gogola?

- Taki sam bajer jak z tym sokiem, co? - Robert znów się zamierzył.

- Z jakim sokiem? - zdumiał się Andrzej.

- Z jakim sokiem?! Z jakim sokiem?! Jaja sobie robisz?!

- Jeśli mam oberwać, to przynajmniej chcę wiedzieć czemu.

- Bo śnieg! - odezwał się Paweł. - Przywalić mu czy od razu głowę w kibel?

- Czekaj - zaoponował Doniu. - Wyjaśnię grubasowi. Ta wiśniówka, co mu dałeś - zwrócił się do Andrzeja - to był sok.

- Malinowy?! - Andrzej przeraził się nie na żarty.

- Czarna porzeczka.

- Ufff... - Odetchnął z ulgą. Myśl, że wyniósł z domu sok malinowy, przeraziła go bardziej niż perspektywa kąpieli w sedesie. Chyba to było po nim widać, bo uścisk chłopaków nieco zelżał. - Matka by mnie zabiła, jakbym jej podprowadził malinowy. Trzyma go na zimę i pilnuje bardziej niż Gollum pierścienia.

Paweł parsknął śmiechem.

- Porzeczkowego na szczęście mamy dużo. - Andrzej także się uśmiechnął. - Matce pewno nie zmieścił się w szafce i część wsadziła do barku. Sorry, nie wiedziałem.

- Szkoda, że cię nie było, jak Robert rozlał ten sok do szklanek! - Doniu zaczął się śmiać.

- Zamknij się - warknął Robert.

- No dobra, ale o co chodzi z tym interesem? - przypomniał Paweł. - Bo ja naprawdę potrzebuję nabić sobie punktów.

- Powiedziałem babce, że w redakcji są goście, którzy mają przechlapane u nauczycieli, dlatego na początku będą anonimowi - wyjaśnił Andrzej. - A jeśli gazetka się spodoba, to się ujawnią. Żeby nikt nie patrzył przez pryzmat opinii...

- Przez co?

Andrzej machnął niecierpliwie ręką i dotarło do niego, że od pewnego czasu nikt już go nie przytrzymuje.

- Powiedziałem, że chcą sobie w ten sposób poprawić oceny z zachowania. I z polaka. Więc jeśli jej się gazetka spodoba, to mogę potem powiedzieć, że to wy. I tak muszę kogoś podać.

- A co TY z tego będziesz miał? - spytał Robert nieufnie.

- Taką jedną. - Zrobił wymowny gest dłońmi.

Cała trójka ryknęła śmiechem.

- Podryw na redaktora - wyjaśnił tonem zblazowanego casanovy. - Ona na to leci.

Popatrzyli z niedowierzaniem. Nie dał im czasu na dłuższe myślenie.

- Nie wiem jak wy, ale ja muszę wbijać na przedsiębiorczość - zwrócił uwagę na upływający czas. - Stary się wścieka o byle spóźnienie, a wagarów w ogóle nie toleruje. Nie mogę teraz zarobić szlabanu na kompa.

Dość mocno mijał się z prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o reakcję ojca, ale koledzy pokiwali ze zrozumieniem głowami.

- Powiemy babce, że był wypadek i się zagapiliśmy, co? - zaproponował Doniu po drodze do klasy. - Jak się spóźnimy całą czwórką, i jeszcze z tobą, to się nie czepnie.

- Wystarczy stłuczka - zawyrokował. - O wypadku musieliby napisać w gazetach.

2.

"Jestem genialny! - powtarzał sobie Andrzej podczas przedsiębiorczości. - Dwie pieczenie na jednym ogniu! Teraz tylko ugadać Kaśkę i Mikołaja o ilustracje i do końca tygodnia numer będzie gotowy!".

Postanowił zająć się tym zaraz na przerwie, przygotował sobie argumenty do rozmowy, żeby mówić pewnie, bez zająknięcia i niecierpliwie czekał na dzwonek. Wreszcie! Wysypali się z klasy. Już miał pobiec za Kaśką (trudniejsze rzeczy w pierwszej kolejności), kiedy otworzyły się drzwi jednej z sal i wyszła stamtąd... Magda. Pamiętał z jej planu, że II D miała na tej godzinie fakultety. Nie wiedział tylko gdzie. A tymczasem okazuje się, że tak blisko! Czy to możliwe, że od września mijali się na tym korytarzu w każdą środę, w ogóle się nie widząc?

Ruszył w jej kierunku (trzeba korzystać z dobrej passy), kiedy ubiegł go jakiś pryszczaty gostek o wyżelowanych włosach. Podszedł do dziewczyny, objął ją i pocałował. A ona się nie broniła!

Rozdział IV

Wtorek, 21 października

1.

Od prawie dwóch tygodni Lucyna nie potrafiła myśleć o niczym innym jak tylko o psie. Kilka dni po ich pierwszym spotkaniu wybrała się tam znowu. Tym razem miała ze sobą trochę jedzenia. Kości, na których ugotowała zupę i których specjalnie nie obierała z mięsa, okrawki wędlin, co tylko udało jej się zgromadzić. Zastanawiała się, czy nie powinna porozmawiać z właścicielem. Wręczyłaby mu worek smakołyków, by przełamać lody, a potem zwróciłaby uwagę, że pies jest dręczony przez dzieci, zasugerowała przestawienie budy w inne miejsce, dalej od ogrodzenia, i wydłużenie łańcucha. Budę zresztą przydałoby się ocieplić. Idzie zima, a to ledwie parę luźnych desek. Chyba można gdzieś kupić prawdziwą wygodną budę? Ciekawe, ile by to kosztowało. Szła polną drogą, prawie frunąc, dopiero na widok rudery opadły ją wątpliwości. Przecież właściciel sam mieszka gorzej niż zwierzę.

Pies siedział przed legowiskiem, iskając się. To się podrapał, to znów próbował złapać coś zębami w zmierzwionych kudłach. Wyczuł obecność Lucyny, zanim spojrzał w jej stronę. Stanął na sztywnych łapach i zawarczał ostrzegawczo. Sierść, i tak stercząca jak szczotka, zjeżyła mu się jeszcze bardziej.

Lucyna przyśpieszyła kroku, równocześnie wyciągając z torby kości.

- Piesiu, psinka - zawołała przymilnie - mam coś dla ciebie!

Patrzył nieufnie, w gardle narastał mu głuchy bulgot, ale ucichł, gdy tylko doleciał go zapach jedzenia. Z pyska pociekła mu ślina.

- Biedactwo - rozczuliła się Lucyna i rzuciła mu pierwszą kość.

Chwycił i pożarł nieomal w całości.

- Ostrożnie, nie udław się.

Wysypała zawartość torebki jak najbliżej psa, starając się jednak trzymać ręce możliwie wysoko. Był na tak krótkiej uwięzi, że nie miał szans do nich doskoczyć. Potem cofnęła się o parę kroków. Miała nadzieję, że kiedy da mu od razu całą porcję, pies zacznie jeść wolniej i spokojniej, ale nic z tego. Łykał prawie bez gryzienia, rozglądając się tylko wokół, czy nie ma konkurencji do posiłku.

Jedna z kości upadła trochę za daleko. Lucyna sięgnęła po leżący nieopodal kij. Pies zjeżył się, zawarczał i natychmiast schował się pod deski.

Popchnęła kijem kość jak najbliżej niego, a kiedy cofała rękę, rzucił się na nią z furią. Odskoczyła, przestraszona niespodziewanym atakiem, a potem cisnęła kij za siebie. Jak najdalej.

Nie! Tak tego nie zostawi!

Ruszyła w stronę zaniedbanego domu. Zastukała. Bez efektu. Zastukała głośniej. Cisza. Już miała odejść, gdy w domu coś zaszurało i załomotało. Potem usłyszała ciężkie kroki i w drzwiach stanął niechlujnie ubrany mężczyzna. Za jego plecami dostrzegła zabałaganioną sień.

"Jak można do tego stopnia się zapuścić!" - pomyślała z niechęcią. Przypomniała sobie jak wyglądało mieszkanie Leszka niedługo po tym, gdy ta kobieta wreszcie się wyniosła. Mężczyźni nie są stworzeni do samotnego życia. Całe szczęście, że Leszek ma kogoś, kto o niego zadba.

- Czego? - spytał niechluj i wionął jej w twarz alkoholem. Odsunęła się.

- Pana pies nie ma budy - zaczęła ostro. Z takimi nie ma co się cackać.

Mężczyzna spurpurowiał, a potem puścił w jej stronę piętrową wiązankę, sugerując, by raczej zajęła się swoimi sprawami.

- Mogę mu podarować - zaproponowała. Byłby głupi, gdyby nie skorzystał. - Chce pan, czy mam oddać komuś innemu?

Zadziałało.

- Dobra, przynieś - zgodził się łaskawie. Ziewnął, podrapał się po żebrach i wycofał z powrotem w cuchnącą czeluść mieszkania.

To wszystko działo się równo tydzień temu. Zaraz po powrocie Lucyna rzuciła się do internetu. Okazało się, że nawet w Toruniu jest firma wykonująca solidne, ocieplane budy, że cena jest w granicach jej możliwości, a co najważniejsze, że dowiozą zakupioną budę na miejsce. Złożyła zamówienie jeszcze tego samego dnia i tuż przed weekendem mogła patrzeć jak pies, zdziwiony, obwąchuje swój nowy dom.

A teraz znów szła go odwiedzić. W torebce miała kości, a w głowie gotowy plan, jak namówić właściciela na wymianę łańcucha.

2.

Andrzej kompletnie stracił serce do gazetki. Po co się starać? Dla kogo? To nie mogło się udać. Trudno! Powie Szulcowej, że nie wyszło, przeprosi. Przecież nie zetnie go na maturze za coś takiego.

Gdy tylko otwierał katalog zatytułowany "Red.", gdzie zgromadził artykuły i wiersze, natychmiast stawała mu przed oczami Magda. Tak jak przedtem w ogóle jej nie dostrzegał, tak teraz natykał się na nią niemal na każdej przerwie. A właściwie natykał się NA NICH, bo od feralnej środy Magda nigdy nie pojawiała się sama.

A ojciec wrócił w niedzielę z Roztocza opalony, choć to przecież październik, odmłodniały i tryskający dobrym humorem. Nachodził się z panem Tomkiem po roztoczańskich lasach za wszystkie czasy, a jego model samolotu Zero zdobył drugą nagrodę! Gdyby Andrzej nie był głupi, zyskałby dodatkowy tydzień wakacji, wolny od szkoły i obłudnych dziewczyn, nie wkopałby się w robienie gazetki i w ogóle wszystko z pewnością potoczyłoby się inaczej. Jeden fałszywy ruch i... stracił to, co naprawdę wartościowe, dla jakiejś... dla nieistniejącego ideału dziewczyny.

I okazało się, że seria zupełnie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności była tylko serią zbiegów okoliczności. Niczym więcej. A on chciał w tym widzieć jakieś znaki. Palant!

Westchnął i zabrał się do lekcji. Na fakultetach z polskiego wrócili do pozytywistów i akurat mieli na warsztacie Lalkę. Jak to określała Szulcowa: "Powieść o straconych złudzeniach i zawiedzionych nadziejach".

"Coś w sam raz dla mnie" - pomyślał. Przerzucił parę stron, szukając zdania, które wypowiedział Wokulski o Izabeli, ale kiedy, gdzie? W końcu wpisał w wyszukiwarkę: "Lalka, Prus, ołtarz, krzesło". Jest!

- Pani łaskawa, nie udawajmy, że się nie rozumiemy. Pani wie, że dla mężczyzny kochającego kobieta jest świętością jak ołtarz. Słusznie czy niesłusznie, ale tymczasem tak jest. Otóż jeżeli pierwszy lepszy awanturnik zbliża się do tej świętości jak do krzesła i postępuje z nią jak z krzesłem, a ołtarz prawie zachwyca się podobnym traktowaniem, wówczas... pojmuje pani?... Zaczynamy przypuszczać, że ów ołtarz jest naprawdę tylko krzesłem. Jasno się wytłomaczyłem?

- Jasno - mruknął. - Jaśniej nie można.

3.

Lucyna nie wierzyła własnym oczom. W miejscu gdzie jeszcze parę dni temu stała śliczna nowa buda, teraz leżały jakieś rupiecie. Pies znów był przywiązany blisko płotu i za jedyne schronienie miał kilka desek, opartych skośnie o starą szopę. A miska znów pusta.

Na widok Lucyny nawet nie wstał. Nawet się nie zjeżył. Pomachał tylko apatycznie końcem ogona.

Poczuła, jak budzi się w niej wściekłość. Wpadła na teren gospodarstwa. Wysypała wszystko, co przyniosła, tuż przed psią mordą, bo udeptany placyk wydał jej się czyściejszy niż miska. Zabrała ją, umyła pod pompą i napełniła świeżą wodą. Kiedy wróciła do psiego legowiska, po kościach nie został nawet ślad. Wyzwała się w myślach od idiotek. Powinna przynieść coś porządnego, a nie resztki. Jutro kupi mu karmę.

Pies łapczywie chłeptał wodę, a Lucyna pobiegła do domu i załomotała w drzwi. W środku z pewnością ktoś był, słyszała liczne głosy. Miała ochotę rozszarpać tego drania, który...

Drzwi otworzyły się nagle i wytoczył się stamtąd czerwony na twarzy mężczyzna.

- Janusz! - ryknął na jej widok. - Zamawiałeś dziwki? Czemu tylko jedna? No, chodź, maleńka, chodź! Zabawimy się. Pokaż cycki!

Rzuciła się do ucieczki. Gonił ją śmiech i niewybredne żarty.

Rozdział VI

Niedziela, 26 października

1.

Dziewczyna poznana u fryzjera okazała się natrętna jak mucha i uparta jak osioł. Tamtego dnia poczekała na Lucynę w lokalu, wyszła razem z nią i dalejże przekonywać.

- Zgłosiłabym sama - tłumaczyła - ale nie wiem, gdzie jest pies. Nie zaprowadzę ich. Myślałam, że panią obchodzi jego los - dodała z wyrzutem.

Nie było rady. Dla świętego spokoju Lucyna umówiła się z dziewczyną na niedzielę. Pojadą i niech mała sama zobaczy, że to beznadziejny przypadek.

Słowo się rzekło. Lucyna zapakowała do torby resztki jedzenia, specjalnie kupione psie chrupki i pojechała na pętlę autobusową, gdzie miały się spotkać. Przynajmniej trochę dokarmi tego biedaka.

Dziewczyna już czekała w towarzystwie wysokiego, lekko przygarbionego mężczyzny z włosami związanymi w kucyk. Bardzo dobrze. W razie czego będzie obstawa.

Na widok Lucyny wysiadającej z autobusu rozjaśniła się, jakby trafiła szóstkę w totka.

- Dzień dobry - powiedziała tak radośnie, że Lucynie zrobiło się przyjemnie. Nawet Asia tak się nie cieszy na jej widok, nie mówiąc o Padalcu. - To jest Darek, weterynarz z naszego schroniska. Oceni sytuację. A ja jestem Iza.

- Lucyna. - Skoro tamci nie podają nazwiska, to ona też nie. Wymienili uściski. Lucyna z żalem zauważyła obrączkę na palcu mężczyzny. A może to i lepiej? - Ruszajmy, szkoda czasu - powiedziała chłodniej, niż zamierzała. - To co najmniej pół godziny szybkim krokiem.

2.

"Wyrzucić czy zostawić?" - zastanawiał się Andrzej, składając numer. Materiału miał aż nadto. Zabawny tekst Gośki, ilustrowany zdjęciami zza okna i rysunkami Mikołaja. Całkiem profesjonalne stylizacje Anki (w każdym razie sprawiały takie wrażenie), reportaż Izy o schronisku dla zwierząt, połączony z apelem, by zebrać przed zimą niepotrzebne koce i inne rzeczy, które przydadzą się bezdomnym psom i kotom. Do tego Robert "Ferrari" Skorniewicz po kilkudniowych podchodach wydusił z siebie propozycję, że przyniesie artykuł muzyczny, a Paweł Węcławiak w wielkiej tajemnicy wręczył Andrzejowi dwa swoje wiersze, prosząc o dyskrecję.

Tak. Deszczowa spokojnie może wylądować w koszu razem ze swoim wiecznym czy wietrznym karnawałem.

"Kobieto, puchu marny, ty wietrzna istoto!"...

Już miał wcisnąć Del, ale zatrzymał się z palcem na klawiszu.

Czy usuwając wiersz, nie okaże się małostkowy? Niekonsekwentny? Twierdził, że bardzo chce go zamieścić, a teraz co? Magda nie jest głupia. Z pewnością powiąże fakty i mogłaby sobie pomyśleć nie wiadomo co, a co gorsza, nawet rozplotkować, jak to baba. A on przecież nic do niej nie czuje. Jest tylko trochę zawiedziony. To wszystko.

Ze złością skopiował tekst i wcisnął na sam dół Kącika poezji. Nie mieści się. Trudno. Poezja pójdzie na rozkładówkę, artykuł Anki na koniec razem z reportażem Izy. Szkoda, że zdjęcia po skserowaniu będą ledwo widoczne. A gdyby tak... Teraz już za późno, ale w poniedziałek obgada to z Szulcową i facetem od infy. Zrobi się numer elektroniczny. Do pobrania. Chyba znajdzie się miejsce na szkolnym serwerze?

Brzęknął SMS. To Mikołaj przypominał o oblewaniu pierwszego numeru "Odsieczy". W Kiełpiku. Andrzej rzadko tam bywał, nie jego klimaty, ale znajomi ze szkoły właśnie w tym klubie spotykali się najchętniej. Faktycznie, już czas.

3.

Jedna z sal, właśnie ta, którą zwykle wynajmowano na różne klasowe imprezy, okazała się zamknięta i wyłączona z użytkowania.

- Remont? - zdziwiła się Julka, bo przeszklona część ściany została zasłonięta jakimiś płachtami.

Michu (artykuł o grach komputerowych do kolejnego numeru i zdjęcia do reportażu Izy) wybuchnął śmiechem.

- Jeden gostek zrobił tu wczoraj megademolkę! Szkoda, żeście nie widzieli! Lewy z drugiej D. Znacie go? Kuba Lewandowski - doprecyzował, bo miny słuchaczy wykazywały całkowitą obojętność.

- A! Lewy! - skojarzył Paweł. Dziewczyny tylko wzruszyły ramionami.

- Normalnie łaził po ścianach! - emocjonował się Michu. - Zawsze był niezły przypałowiec, ale wczoraj... Zresztą, całkiem zapomniałem, pstryknąłem parę fotek! - Wyciągnął z kieszeni telefon. - Trochę zamazane, więc niestety do gazetki się nie nadają.

Wszyscy skupili się wokół wyświetlacza komórki.

- Wczoraj jakaś impra była? Nic nie wiedziałem - zmartwił się Ferrari.

- Zamknięta - wyjaśnił Michu. - Mnie zaprosiła Karolina. O, zobaczcie! Trochę jednak widać. - Andrzej, który na słowa "II D" zaczął słuchać uważniej, teraz wpatrzył się chciwie w zdjęcia. Czy to przypadkiem nie ten wyżelowany pryszczol, który prowadzał się z Magdą?

- Pokaż. - Wyciągnął rękę po telefon. - Gośka i Miki, moglibyście do drugiego numeru zrobić kolejny komiks, zdjęcia nie muszą być ostre, bo i tak je przerobicie. Ten "Przed klasówką" fajnie wam wyszedł. Nie wiem tylko, jaki temat by pasował... - pomrukiwał, udając zainteresowanie wyłącznie techniczną stroną przedsięwzięcia. Tak! Wzrok go nie mylił! To tamten typek. - Pogięło go? Co on?

- Też by cię pogięło, jakby ci dziewczyna zrobiła siarę na cały lokal. No mówię wam!

Andrzej nawet nie musiał prosić o rozwinięcie tematu. Teraz już wszyscy skupili się wokół Michała z pytaniami.

- Zaraz, chwila, nie będę gadał o suchym pysku! - zaprotestował. - Siądziemy gdzieś i wszystko wam opowiem.

4.

"A więc zerwali ze sobą..." - powtarzał w myślach Andrzej, siedząc przed komputerem. Impreza skończyła się późno, gdy wrócił, rodzice już się szykowali do snu, ale on nie zamierzał jeszcze się kłaść. Wiedział, że i tak nie zaśnie.

Rzucił parę swetrów pod drzwi, żeby światło nie przywabiło matki, i przegrał do komputera wycyganione od Michała zdjęcia. Większość rzeczywiście okazała się niewyraźna, choć w powiększeniu dało się dostrzec sporo szczegółów drugiego planu. Zamazana była tylko pierwszoplanowa postać typka z II D, rzucającego przedmiotami, biegającego po stołach, skaczącego...

"Od początku wiedziałem, że to pawian" - pomyślał Andrzej, przerzucając zdjęcie za zdjęciem. Wybryki pryszczola niespecjalnie go interesowały. Szukał na zdjęciach tej, która tak spektakularnie z nim zerwała. Michu opowiadał, że wypunktowała gościa równo, a potem uciekła. Ma dziewczyna temperament! Ciekawe, o co poszło.

Zajrzał na blog Deszczowej. Nie wchodził tam od ponad tygodnia. Żadnych wierszy o zakochaniu, pocałunkach, trzymaniu za rączkę? Dodała jeden nowy, i to już jakiś czas temu, na pewno jeszcze wtedy, gdy Magda chodziła z pryszczolem, ale z wiersza bił taki smutek, że Andrzej aż się zdumiał.

Rajskie jabłko

Okazało się pułapką

Nie z tobą będę je jeść

Nie będę łapać z tobą kropel deszczu

Śnieg nas nie zachwyci

Marzymy razem ale nie ze mną

Mija pełnia za pełnią

Mija pustka za pustką

Śnimy

Przyjaźń

To dużo czy mało?

"Nie z tobą"? Dziwne. Zakładając, że Deszczowa to Magda i pisze o tym, co obecnie przeżywa, wygląda na nieszczęśliwie zakochaną.

Skoro kocha innego, to po co był jej ten cały pryszczol?

A może jednak są dwie? Ale kim w takim razie jest Deszczowa?

Rozdział X

Środa, 19 listopada

1.

Umówili się pod salą gimnastyczną na przerwie po szóstej lekcji. Na siódmej Andrzej miał WF i zależało mu, by koledzy zobaczyli go z dziewczyną. Liczył, że Magda zdąży przed nim na umówione miejsce. Dlatego trochę zwlekał po polskim, nawet zatrzymał kumpli na chwilę pod pretekstem spraw redakcyjnych. Kiedy więc doszli pod salę, Magda już siedziała na murku przy schodkach. Jak zwykle wyglądała prześlicznie, a do tego zerwała się na jego widok i od razu ruszyła ku niemu.

- Spadam, niunia stygnie - poinformował kumpli niby to żartobliwie i odszedł, mając nadzieję, że docenią walory czekającej na niego dziewczyny.

Drogi jego i Magdy przecięły się w bezpiecznej odległości od wścibskich uszu kolegów.

- Udało ci się? - zapytała przyciszonym głosem. - Masz?

Skinął głową i zobaczył, jak cała się rozpromienia. Aż tak jej zależało?

- Naprawdę? - upewniła się. - Jak to zdobyłeś?

- Zwyczajnie. - Przeszli za linię krzewów, już prawie pod sam płot i wtedy wyciągnął z kieszeni kurtki niewielki pakunek, rozchylił papier i pokazał kawałek siarki wielkości orzecha włoskiego. - Tyle wystarczy?

Magdzie zaświeciły się oczy.

- Pewnie! Jesteś wielki! Dzięki! Jak tego dokonałeś?

- Urokiem osobistym. Poprosiłem Zielińską i dała.

- Jejku... - Podziw w jej głosie był aż nadto słyszalny. Andrzej czuł, jak rosną mu skrzydła. - Dobrze mieć kolegę w biol-chemie. Strasznie ci dziękuję. Aha, przy okazji... - Schowała pakunek do kieszeni i wyjęła foliową torebkę pełną monet, zauważył też dwa dziesięciozłotowe banknoty. - Wyskrobałam trochę kasy, nie ma tego dużo, ale zawsze. Daj to Izie dla tego psa, wiesz, tego biedaka, na karmę. Jak dostanę coś od matki, to jeszcze dołożę, ale pewnie po pierwszym, a dobrze, żeby już coś mu kupić...

- Daj jej sama - zaproponował.

Skrzywiła się.

- Ty ją szybciej znajdziesz. Powiedz tylko, że to ode mnie, OK? Sorry, że takie drobne, ale nie miałam kiedy zmienić.

- Iza tylko groźnie wygląda - zapewnił ją, chowając pieniądze do kieszeni bluzy. - Ale skoro tak wolisz... Dziękuję w imieniu psa. Fajna z ciebie dziewczyna.

Miał ochotę poprzeć swoje słowa gestem, tylko nie bardzo wiedział jakim.

Zadzwonił dzwonek i Magda sobie poszła. Ciekawe, po co jej siarka. Chyba nie zamierza robić petard? Poprosiła go wczoraj, gdy wracali ze schroniska, bo w biol-chemie miał więcej okazji, by dostać się na zaplecze pracowni chemicznej. Nawet zapytał wprost, do czego potrzebuje, lecz tak zgrabnie zmieniła temat, że w końcu się nie dowiedział.

W domu zaraz pogrzebał w necie, ale niewiele mu to wyjaśniło. Że siarka wchodzi w skład prochu strzelniczego, wiedział wcześniej. Że służy do zwalczania pasożytów roślinnych, zwłaszcza grzybów, odkrył dopiero wczoraj. I jeszcze że ma korzystny wpływ na problemy z cerą. Może dlatego Magda nie chciała mu powiedzieć?

Dziewczyny mają takie dziwne kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Jeśli siarka była jej potrzebna do jakiegoś eliksiru piękności, to dobrze zrobił, że nie drążył.

Zielińska, zanim dała mu ten kawałeczek, dwa razy się upewniała, czy nie planuje doświadczeń pirotechnicznych. Zapewnił ją solennie, że to do ratowania ukochanego kwiatka mamy, i widać przekonał chemiczkę, bo w końcu sięgnęła po odpowiedni słoik.

"Opłaca się mieć dobre układy z nauczycielami" - pomyślał. Ruszył w kierunku sali gimnastycznej i dopiero wtedy zauważył, że gapi się na niego Paulina. Największa plotkara w klasie. Mógł być pewien, że najpóźniej jutro wszyscy się dowiedzą o jego nowej dziewczynie. Fajnie!

2.

Magdzik środy też kończyła godziną WF-u, ale dopiero po siódmej lekcji. Gdy szła przez boisko w kierunku sali gimnastycznej, minęła się z "tym chłopakiem". Najprawdopodobniej zaczął chodzić do ich szkoły dopiero od września albo nagle wyprzystojniał przez wakacje, bo wcześniej jakoś go nie dostrzegała. A takie ciacho nie mogło pozostać niezauważone. Wysoki, czarnowłosy, o przeszywającym spojrzeniu. Parę dni temu wpadli na siebie gdzieś na korytarzu i od tej pory te oczy śniły jej się po nocach. A włosy... nie dość, że czarne, to jeszcze o granatowym odcieniu. Myślała, że taki kolor jest tylko w komiksach. Może farbuje? E, nie... Wyglądają na prawdziwe. Przesunęła dłonią po swoich i po raz kolejny obiecała sobie wizytę u fryzjera. Albo kupno farby. Już kilka razy się przymierzała, ale nie była pewna, kim się stać. Blondynką? Brunetką? Rudą?

- Na twoim miejscu poszłabym do porządnego fryzjera, stylisty - radziła matka. - Jak uzbierasz na trzy czwarte wizyty, to ci dołożę resztę - obiecywała.

Magdzik wiedziała, że w ten sposób daje jej do zrozumienia, by nie przepuszczała kieszonkowego natychmiast. No ale co na to poradzić, że ciągle pojawiały się nowe wydatki? I teraz ten pies... Pewnie na stylistę uzbiera, dopiero gdy będzie stara i siwa.

Potrząsnęła włosami, świeżo umyte przesypywały się z miłym szelestem, i znów spojrzała na tamtego chłopaka. Stał w bramie, rozmawiając z piękną, modnie ubraną dziewczyną. Nie ma żadnych szans, by zwrócił uwagę na niepozorną Magdę Dzik. Szkoda. Ale chociaż czasem sobie na niego popatrzy. To jej wolno.

Rozdział XII

Piątek, 21 listopada

1.

Kiedy Magda wybiegła ze szkoły po skończonych lekcjach, "ten chłopak" stał na boisku i rozmawiał... z grubaskiem!

"Teraz albo nigdy!" - pomyślała.

Miała wielką ochotę powiedzieć coś błyskotliwego, oryginalnego, ale jak na złość przychodziły jej do głowy same banały w rodzaju: "Też już po lekcjach?", więc w końcu zaczęła zwykłym: "Cześć!".

Andrzej rozpromienił się na jej widok i, jak to on, od razu ich sobie przedstawił. A potem jeszcze okazało się, że wszyscy troje idą w tym samym kierunku.

Zanim dotarli do placu Hoffmanna, Magdzik zdążyła się dowiedzieć, że Robert jest członkiem zespołu redakcyjnego "Odsieczy", czym prędzej wyrazić swój zachwyt dla gazetki, a szczególnie dla artykułu muzycznego (który obiecała sobie przeczytać natychmiast po przyjściu do domu), oraz przedłożyć Andrzejowi, jako naczelnemu, nieśmiałą prośbę, by zechciał przyjąć i ją w poczet członków kolegium.

- Mogę napisać coś krajoznawczego - zaproponowała. - Na przykład o Bieszczadach. Albo jakieś zagraniczne ciekawostki, słyszeliście o drosulitach? Pisze się Drosoulites, nie wiem, jak to odmieniać po polsku, a tłumaczy się jako "cienie rosy". Takie zjawisko na Krecie. Rodzaj fatamorgany albo może rzeczywiście duchy?

Andrzej bardzo się zainteresował, Robert chyba mniej, w każdym razie gdy się przyznała, że zna tę historię tylko z opisów, a sama nigdy nie była na Krecie, wydął pogardliwie wargi i zaproponował, żeby może raczej pokusiła się o artykuł o jakichś rodzimych ciekawostkach. Na przykład czy to prawda, że pod dnem Wisły znajduje się podziemny tunel? Ktoś mu niedawno o tym mówił. Można zbadać, czy to tylko urban legend, czy może coś jest w tych pogłoskach.

- Świetnie! - ucieszył się Andrzej.

"Czy jemu naprawdę wszystko się podoba, bez względu na tematykę?" - pomyślała Magdzik z niesmakiem.

- Oba pomysły są super! - emocjonował się. - A o tym tunelu to akurat coś wiem, byłem kiedyś na wykładzie pana Szymkowskiego. Dzięki, Robert, że mi przypomniałeś, gdzieś mam notatki. Z tego, co pamiętam, tunel wykopano w 1417 i prowadził od kościoła Świętych Janów do Zamku Dybowskiego. Są dokumenty, które to potwierdzają. Kto z was chce o tym napisać? Mogę udostępnić materiały.

- Sam napisz - powiedziała Magda. Będzie się wysługiwał, nudziarz jeden.

- Miały być martwe dusze i punkty za friko - warknął Robert. Magdzik nie bardzo rozumiała, co miał na myśli, ale grubasek uśmiechnął się szeroko.

- Jasne! Nie ma sprawy. Chętnie to zrobię. Magda, a ty? Na kiedy mogłabyś napisać o tych... drozo... cieniach rosy? Czemu mówisz, że to duchy?

- Zobaczysz. - Uśmiechnęła się tajemniczo, popatrując na Roberta. - No, chyba że Robert wie więcej na ten temat?

- Jedyne zjawisko na krecie, o jakim słyszałem, to pchły. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - A ten pan Szymański to kto? Może lepiej, żebyś zrobił z nim wywiad, zamiast przepisywać notatki?

- Szymkowski - poprawił Andrzej. - Antoni Szymkowski. Historyk sztuki. Niestety jest poważnie chory i już żadnych wywiadów nie udzieli, a szkoda, bo to pasjonat. Musimy bazować na moich notatkach.

- Ten od non violence? - Magdzie przypomniało się, że chyba już słyszała to nazwisko. W telewizji? Widziała w necie? Miała nadzieję, że niczego nie pokręciła, ale zaryzykowała, bo strasznie chciała błysnąć przy Robercie.

- Ten sam. - Andrzej wpatrzył się w nią jak w święty obraz, nawet Robert zerknął z uznaniem, chociaż z pewnością nie miał pojęcia, o kim rozmawiają. Magdzik właściwie też nie. - Dobra, czyli do grudniowego numeru ja piszę o tunelu, Magda o swoich duchach, Anka outfit na sylwka, Iza oddała fotoreportaż...

I Magdzie oczywiście nie pozostało nic innego, jak skręcić razem z chłopakami w Bema. Musieli przecież omówić kolejny numer.

To było bardzo owocne popołudnie.

Sobota, 22 listopada

1.

Lucyna wściekle trzaskała garnkami, a łzy płynęły jej po policzkach. Sypnęła do zupy garść przypraw, żałując, że to nie trutka na szczury. A niechby nawet wszyscy się otruli, ona też, wreszcie by się skończyło jej popieprzone życie!

Zmniejszyła gaz pod zupą, przeszła do pokoju. Usiadła w fotelu. Emocje powoli w niej gasły, jedna za drugą. Dzisiejsze starcie z Padalcem nie było jakieś szczególne, jak zwykle poszło o drobiazg, robił sobie w kuchni coś do jedzenia i zostawił chlew, a żądanie, by posprzątał, zlekceważył i wyszedł. A bo to pierwszy raz? Czemu akurat dziś tak ją to dotknęło?

"Po prostu jestem zmęczona" - pomyślała. Wytarła nos. To jednak nie był dobry pomysł, by prowadzić Leszkowi dom. Nikt nie szanuje jej pracy, dla Padalca jest tylko wredną ciotką...

"Wyjadę! - obiecała sobie. - Chociaż na parę dni. Do Krakowa!".