Miłość pod Psią Gwiazdą - Anna Łacina

Reflow text when sidebars are open.
Może sprawił to bijący w okna deszcz, może wspomnienie wczorajszej haniebnej ucieczki, dość, że Lucyna wstała tego dnia lewą nogą. Na samą myśl o ostatnich wydarzeniach ręce zaciskały się jej w pięści. Ale co mogła zrobić? Ich było kilku, do tego pijanych, a ona jedna.
Ofuknęła Leszka, co zdarzało się jej bardzo rzadko, potem oczywiście ścięła się z Padalcem, co dla odmiany było normą, i może skończyłoby się na porannym wybuchu, gdyby nie odkrycie, że prawie nowe półbuty, kupione Asi przed wakacjami, teraz okazały się za ciasne. A na taką chlapę mała nie wyjdzie w tenisówkach ani lakierkach!
Nawet nakrzyczeć na nią nie mogła, bo przecież to nie jej wina, że pogoda popsuła się z dnia na dzień.
- Masz blisko, dojdziesz - zdecydowała. - W szkole zmienisz na buty do WF-u. Tylko żebyś nie wychodziła na boisko! A zaraz po lekcjach pójdziemy do sklepu. Czekaj na mnie w świetlicy, przyjdę po ciebie.
Asia marudziła, coś próbowała tłumaczyć, ale Lucyna nie słuchała, zajęta układaniem nowego rozkładu dnia. Musi pochodzić po sklepach, więc gołąbki zrobi jutro. Kapusta wytrzyma. A dziś może bitki? Albo spaghetti z gotowym sosem?
Buty rzeczywiście musiały być ciasne, bo mała ledwo kuśtykała. Nic jej nie będzie. Niech się wprawia, kobiety muszą być twarde.
Najpierw zaczepił go Paweł. Dopytywał się o postępy w tworzeniu gazetki. Andrzej go zbył, ale na następnej przerwie z tym samym pytaniem zwrócił się do niego Ferrari (jak od paru dni zaczęto nazywać Roberta), a na lekcji dostał liścik od Julki, której wiersze obiecał zamieścić. Zmówili się czy co?
Na kolejnej przerwie Julka podeszła do niego razem z Klaudią. Wiersz Klaudii też czekał w jego komputerze. Nawet niezły. Najgorsze, że dziewczynom towarzyszyła Anka. Dotąd omijał ją z daleka, za wysoka dla niego i za ładna. I w ogóle taka... z górnej półki.
- I jak postępy? - spytała Klaudia. - Kiedy wyjdzie pierwszy numer?
- Przecież pisałem, że padł mi komputer - odburknął, patrząc na Julkę. - Trochę się wszystko przesunie. - Nie ma rady, będzie musiał skończyć tę gazetkę. Trudno. Ale bez wiersza Deszczowej.
- To nawet lepiej. - Julka wyraźnie się ucieszyła.
- Bo pomyślałyśmy - dodała Klaudia - że same wiersze to trochę nudne. Przydałyby się i inne artykuły. - Kuksnęła Ankę pod żebro.
- Mogłabym wkleić parę swoich stylizacji - zaproponowała tym swoim zmysłowym głosem. - Outfit na jesień. To chyba dobry tytuł?
- Outfit? - Andrzej czuł się coraz bardziej zdezorientowany.
- Uhm. Albo na zimę. Jak często ma wychodzić ta gazetka?
- Raz na miesiąc - wybąkał i natychmiast pożałował. Przecież miało się skończyć na jednym numerze!
- W takim razie na jesień - zdecydowała. - A w listopadzie dam coś na zimę. Może być?
Skinął głową i poczuł, że wzbiera w nim złość. Jakim prawem wtryniają się do jego gazetki?
- A o czym napiszesz w grudniu? - wytknął jej, patrząc wyzywająco. - Zima jest długa.
- No jak to o czym? - Uśmiechnęła się tak, że musiał udać zainteresowanie czymś za oknem. Wpatrzył się w kobietę szarpiącą się z wyjącym bachorem. - Napiszę, w czym się pokazać na sylwestra - dokończyła Anka.
- Wytrzęsie z niego całą duszę. - Wskazał scenkę na ulicy. - A w styczniu?
- Studniówka. Biedny dzieciak.
Ta dziewczyna miała na wszystko gotową odpowiedź!
- Dobra, może być - zezwolił łaskawie. - Kiedy mi to dasz?
Klaudia wyjęła komórkę i zaczęła fotografować scenę za oknem.
- Napiszę artykuł o przemocy w rodzinie - zapaliła się. - Reportaż! Albo o prawach dzieci. Co wy na to?
- A ja myślę, że to dobra ilustracja do tekstu satyrycznego o przemocy nauczycieli - włączyła się Gośka. Kiedy zdążyła do nich podejść? - Klaudia, wyślij mi te zdjęcia. Zrobię kolaż, fotokomiks, nie wiem jeszcze, "uczeń przed klasówką" albo coś? Mogę? - spojrzała na Andrzeja.
Skinął głową kompletnie oszołomiony. Wszystko wymykało mu się z rąk, ale ta sytuacja nawet zaczęła mu się podobać.
Zadzwonił dzwonek.
- To jesteśmy umówieni - podsumowała Anka. - Przyślę ci mailem tekst i zdjęcia. Adres ten sam, na który pisała Klaudia?
Już miał przytaknąć, lecz nagle zmienił zdanie.
- Nie. Założyłem nowe konto specjalnie dla gazetki: odsiecz@vvlo.torun.pl. - Miał nadzieję, że nazwa jest wolna. Sprawdzi na następnej przerwie. - Przyślijcie, co tam będziecie miały - rzucił niedbale. - Zobaczymy. Może się nada.
- Dlaczego odsiecz? - zaciekawiły się dziewczyny. Z czterech zrobiło się już sześć, bo doszły jeszcze Iza i Monika.
Powoli ruszył w stronę klasy. Podążyły za nim jak groupies.
- Taki będzie tytuł - wyjaśnił. - "Odsiecz Szkolna". - Nie musiał ich uświadamiać, że wpadł na ten pomysł dosłownie przed chwilą. Gazetka wychodząca w Liceum imienia Wiktorii Wiedeńskiej nie mogła nazywać się inaczej. - Podoba się wam?
Przytaknęły.
"No, Andy, jesteś genialny!" - pogratulował sobie. Złowił trochę zdumione, a trochę zazdrosne spojrzenia kolegów, gdy tak szedł korytarzem błogosławiony między niewiastami. A potem zauważył Magdę idącą z przeciwnej strony. Oczywiście z tym jej nażelowanym pryszczolem. Widział ją bardzo dokładnie. Jej włosy w niespotykanym kolorze, miękkie kształty, nawet drobne krostki na czole dziwnie go rozczuliły. Oczy miała podkrążone, jakby ostatnio niewiele spała. I... mimo że trzymali się z typkiem za ręce, w jej oczach dostrzegł dziwny smutek. Minął ją tak blisko, że mógłby odgarnąć jej z czoła zabłąkany kosmyk. A ona... Ona w ogóle go nie zauważyła.
"Kiedy dzień źle się zacznie, to już cały będzie do niczego" - pomyślała Lucyna. Jakby się wszystko sprzysięgło, by ją wyprowadzać z równowagi. W sklepach kolejki, ludzie niemili, zakupy ciężkie, pogoda paskudna. Nawet własne dziecko przeciwko niej. Nic dziwnego, że w końcu puściły jej nerwy. Przylała Asi na ulicy, wobec zniesmaczonych przechodniów. Nie powinna była tak reagować, ale czuła się kompletnie bezradna. Pół godziny wcześniej wypatrzyła na rynku śliczne półbuciki, jakby specjalnie dla córki. Końcówka serii, w sklepie takie kosztują trzy razy tyle. Nie chciała kupować bez przymiarki, uprosiła babę, by poczekała ze zwinięciem kramu, aż przyprowadzi Asię, która niedługo miała skończyć lekcje. Tamta się zgodziła, chociaż niechętnie, bo jej mąż już pakował rzeczy do samochodu. Zaznaczyła tylko, że najpóźniej o trzynastej trzydzieści odjeżdżają. A tymczasem Asia opóźniała marsz i cały czas marudziła o jakiejś Kasi. Potem rozwyła się, że buty ją cisną i dalej nie pójdzie, dopiero klaps przywołał ją do porządku.
Na szczęście zdążyły. Asia w wygodnych butach od razu zrobiła się milsza, Lucyna też się uspokoiła, nawet znalazła dość cierpliwości, by wreszcie wysłuchać do końca historii o Kasi. Zrobiło jej się wstyd, że była taka nieczuła. Dziecko znalazło wreszcie pierwszą szkolną przyjaciółkę, umówiły się na wspólne siedzenie w świetlicy, "bo Kasia codziennie musi tam czekać na mamę do piętnastej!", a tymczasem ona bezceremonialnie zabrała córkę zaraz po lekcjach, nie wysłuchawszy, o co chodzi.
- Jak chcesz, wrócimy teraz do szkoły - zaproponowała. - Pewnie Kasia jeszcze tam jest. I jeśli jej mama się zgodzi, możecie po lekcjach przychodzić do nas, zamiast siedzieć w dusznej świetlicy.
- Naprawdę? - Smutna buźka Asi rozpromieniła się natychmiast i wszystkie urazy poszły w niepamięć. Jak niewiele dziecku potrzeba do szczęścia.
Lucyna miała jedną słabość. Ulegała jej rzadko, o wiele rzadziej niż chęci do samotnych wędrówek. Kiedy jednak życie już kompletnie jej dokuczyło, a cały świat zdawał się być przeciwko niej, szła do fryzjera. Siadała w fotelu i przez godzinę albo dwie pozwalała się obsługiwać. To ją zawsze podnosiło na duchu.
W Krakowie, gdzie mieszkali przed przeprowadzką, miała swój ulubiony lokal i zaufaną panią Małgosię, która bez pytania wiedziała, co robić z jej fryzurą. W Toruniu dotąd nie odważyła się nikomu powierzyć swojej głowy, jednak tego dnia stwierdziła, że po prostu musi. Włosy nie chciały się już ładnie układać, kolor też przydałoby się nałożyć porządny, ile można jechać na płukankach? No i najważniejsze: musiała się w końcu zregenerować psychicznie.
Atmosfera w zakładzie okazała się dokładnie taka, jaką lubiła. Babsko-pogaduszkowa. Skakały z tematu na temat i Lucyna sama nie zauważyła, kiedy wylała swoje oburzenie na człowieka, który przepił psią budę.
- Takiego drania też powinno się przywiązać, najlepiej na deszczu, i karmić raz na tydzień! - zawyrokowała starsza pani, farbująca siwiznę na kasztanowy brąz.
- Razem z koleżkami - dodała mściwie druga, nieco młodsza, która robiła sobie pasemka. - Każdego na osobnym łańcuchu.
Przez chwilę wymyślały tortury, jakim jeszcze można by poddać dręczycieli zwierząt, i Lucyna poczuła się o wiele lżej.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Od prawie dwóch tygodni Lucyna nie potrafiła myśleć o niczym innym jak tylko o psie. Kilka dni po ich pierwszym spotkaniu wybrała się tam znowu. Tym razem miała ze sobą trochę jedzenia. Kości, na których ugotowała zupę i których specjalnie nie obierała z mięsa, okrawki wędlin, co tylko udało jej się zgromadzić. Zastanawiała się, czy nie powinna porozmawiać z właścicielem. Wręczyłaby mu worek smakołyków, by przełamać lody, a potem zwróciłaby uwagę, że pies jest dręczony przez dzieci, zasugerowała przestawienie budy w inne miejsce, dalej od ogrodzenia, i wydłużenie łańcucha. Budę zresztą przydałoby się ocieplić. Idzie zima, a to ledwie parę luźnych desek. Chyba można gdzieś kupić prawdziwą wygodną budę? Ciekawe, ile by to kosztowało. Szła polną drogą, prawie frunąc, dopiero na widok rudery opadły ją wątpliwości. Przecież właściciel sam mieszka gorzej niż zwierzę.
Pies siedział przed legowiskiem, iskając się. To się podrapał, to znów próbował złapać coś zębami w zmierzwionych kudłach. Wyczuł obecność Lucyny, zanim spojrzał w jej stronę. Stanął na sztywnych łapach i zawarczał ostrzegawczo. Sierść, i tak stercząca jak szczotka, zjeżyła mu się jeszcze bardziej.
Lucyna przyśpieszyła kroku, równocześnie wyciągając z torby kości.
- Piesiu, psinka - zawołała przymilnie - mam coś dla ciebie!
Patrzył nieufnie, w gardle narastał mu głuchy bulgot, ale ucichł, gdy tylko doleciał go zapach jedzenia. Z pyska pociekła mu ślina.
- Biedactwo - rozczuliła się Lucyna i rzuciła mu pierwszą kość.
Chwycił i pożarł nieomal w całości.
- Ostrożnie, nie udław się.
Wysypała zawartość torebki jak najbliżej psa, starając się jednak trzymać ręce możliwie wysoko. Był na tak krótkiej uwięzi, że nie miał szans do nich doskoczyć. Potem cofnęła się o parę kroków. Miała nadzieję, że kiedy da mu od razu całą porcję, pies zacznie jeść wolniej i spokojniej, ale nic z tego. Łykał prawie bez gryzienia, rozglądając się tylko wokół, czy nie ma konkurencji do posiłku.
Jedna z kości upadła trochę za daleko. Lucyna sięgnęła po leżący nieopodal kij. Pies zjeżył się, zawarczał i natychmiast schował się pod deski.
Popchnęła kijem kość jak najbliżej niego, a kiedy cofała rękę, rzucił się na nią z furią. Odskoczyła, przestraszona niespodziewanym atakiem, a potem cisnęła kij za siebie. Jak najdalej.
Nie! Tak tego nie zostawi!
Ruszyła w stronę zaniedbanego domu. Zastukała. Bez efektu. Zastukała głośniej. Cisza. Już miała odejść, gdy w domu coś zaszurało i załomotało. Potem usłyszała ciężkie kroki i w drzwiach stanął niechlujnie ubrany mężczyzna. Za jego plecami dostrzegła zabałaganioną sień.
"Jak można do tego stopnia się zapuścić!" - pomyślała z niechęcią. Przypomniała sobie, jak wyglądało mieszkanie Leszka niedługo po tym, gdy ta kobieta wreszcie się wyniosła. Mężczyźni nie są stworzeni do samotnego życia. Całe szczęście, że Leszek ma kogoś, kto o niego zadba.
- Czego? - spytał niechluj i wionął jej w twarz alkoholem. Odsunęła się.
- Pana pies nie ma budy - zaczęła ostro. Z takimi nie ma co się cackać.
Mężczyzna spurpurowiał, a potem puścił w jej stronę piętrową wiązankę, sugerując, by raczej zajęła się swoimi sprawami.
- Mogę mu podarować - zaproponowała. Byłby głupi, gdyby nie skorzystał. - Chce pan czy mam oddać komuś innemu?
Zadziałało.
- Dobra, przynieś - zgodził się łaskawie. Ziewnął, podrapał się po żebrach i wycofał z powrotem w cuchnącą czeluść mieszkania.
To wszystko działo się równo tydzień temu. Zaraz po powrocie Lucyna rzuciła się do internetu. Okazało się, że nawet w Toruniu jest firma wykonująca solidne, ocieplane budy, że cena jest w granicach jej możliwości, a co najważniejsze, że dowiozą zakupioną budę na miejsce. Złożyła zamówienie jeszcze tego samego dnia i tuż przed weekendem mogła patrzeć, jak pies, zdziwiony, obwąchuje swój nowy dom.
A teraz znów szła go odwiedzić. W torebce miała kości, a w głowie gotowy plan, jak namówić właściciela na wymianę łańcucha.
Andrzej kompletnie stracił serce do gazetki. Po co się starać? Dla kogo? To nie mogło się udać. Trudno! Powie Szulcowej, że nie wyszło, przeprosi. Przecież nie zetnie go na maturze za coś takiego.
Gdy tylko otwierał katalog zatytułowany "Red.", w którym zgromadził artykuły i wiersze, natychmiast stawała mu przed oczami Magda. Tak jak przedtem w ogóle jej nie dostrzegał, tak teraz natykał się na nią niemal na każdej przerwie. A właściwie natykał się NA NICH, bo od feralnej środy Magda nigdy nie pojawiała się sama.
A ojciec wrócił w niedzielę z Roztocza opalony, choć to przecież październik, odmłodniały i tryskający dobrym humorem. Nachodził się z panem Tomkiem po roztoczańskich lasach za wszystkie czasy, a jego model samolotu Zero zdobył drugą nagrodę! Gdyby Andrzej nie był głupi, zyskałby dodatkowy tydzień wakacji, wolny od szkoły i obłudnych dziewczyn, nie wkopałby się w robienie gazetki i w ogóle wszystko z pewnością potoczyłoby się inaczej. Jeden fałszywy ruch i... stracił to, co naprawdę wartościowe, dla jakiejś... dla nieistniejącego ideału dziewczyny.
I okazało się, że seria zupełnie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności była tylko serią zbiegów okoliczności. Niczym więcej. A on chciał w tym widzieć jakieś znaki. Co za palant z niego!
Westchnął i zabrał się do lekcji. Na fakultetach z polskiego wrócili do pozytywistów i akurat mieli na warsztacie Lalkę. Jak to określała Szulcowa: "Powieść o straconych złudzeniach i zawiedzionych nadziejach".
"Coś w sam raz dla mnie" - pomyślał. Przerzucił parę stron, szukając zdania, które wypowiedział Wokulski o Izabeli, ale kiedy, gdzie? W końcu wpisał w wyszukiwarkę: "Lalka, Prus, ołtarz, krzesło". Jest!
- Pani łaskawa, nie udawajmy, że się nie rozumiemy. Pani wie, że dla mężczyzny kochającego kobieta jest świętością jak ołtarz. Słusznie czy niesłusznie, ale tymczasem tak jest. Otóż jeżeli pierwszy lepszy awanturnik zbliża się do tej świętości jak do krzesła i postępuje z nią jak z krzesłem, a ołtarz prawie zachwyca się podobnym traktowaniem, wówczas... pojmuje pani?... Zaczynamy przypuszczać, że ów ołtarz jest naprawdę tylko krzesłem. Jasno się wytłomaczyłem?
- Jasno - mruknął. - Jaśniej nie można.
Lucyna nie wierzyła własnym oczom. W miejscu gdzie jeszcze parę dni temu stała śliczna nowa buda, teraz leżały jakieś rupiecie. Pies znów był przywiązany blisko płotu i za jedyne schronienie miał kilka byle jak zbitych desek, opartych skośnie o starą szopę. A miska znów pusta.
Na widok Lucyny nawet nie wstał. Nawet się nie zjeżył. Pomachał tylko apatycznie końcem ogona.
Poczuła, jak budzi się w niej wściekłość. Wpadła na teren gospodarstwa. Wysypała wszystko, co przyniosła, tuż przed psią mordą, bo udeptany placyk wydał jej się czyściejszy niż miska. Zabrała ją, umyła pod pompą i napełniła świeżą wodą. Kiedy wróciła do psiego legowiska, po kościach nie został nawet ślad. Wyzwała się w myślach od idiotek. Powinna przynieść coś porządnego, a nie resztki. Jutro kupi mu karmę.
Pies łapczywie chłeptał wodę, a Lucyna pobiegła do domu i załomotała w drzwi. W środku z pewnością ktoś był, słyszała liczne głosy. Miała ochotę rozszarpać tego drania, który...
Drzwi otworzyły się nagle i wytoczył się stamtąd czerwony na twarzy mężczyzna.
- Janusz! - ryknął na jej widok. - Zamawiałeś dziwki? Czemu tylko jedna? No, chodź, maleńka, chodź! Zabawimy się. Pokaż cycki!
Rzuciła się do ucieczki. Gonił ją śmiech i niewybredne żarty.
"Dzień Nauczyciela powinien być częściej, co najmniej raz w tygodniu - rozmyślał Andrzej, idąc do szkoły. - Albo i dwa razy. Człowiek ma wolne, rodzina w pracy, nikt nie brzęczy nad uchem o dotlenianiu, o szkodliwości komputera, nikt nie zagląda przez ramię...".
Spędził ten dzień naprawdę pracowicie: ściągnął ze strony liceum plan lekcji Magdy, a dzięki Naszej Klasie wiedział już, że dziewczyna nazywa się Magda Dzik (dziwne, na domofonie nie było tego nazwiska, może coś źle przepisał?), przygotował szkic gazetki, napisał artykuł wstępny, zdobył wiersze od kilku koleżanek oraz koleżanek tychże koleżanek i pod wieczór miał już jaką taką wizję numeru oraz skrystalizowany program dalszych działań.
"Potrzebne będą rysunki - planował, wchodząc do budynku liceum. - Poproszę Mikołaja, nawet nieźle mu to wychodzi. I może Kaśkę? - zastanawiał się dalej. Kaśka siedziała dwie ławki od niego i nieraz widywał zgrabne kwiatki rysowane przez nią w zamyśleniu na marginesach. Jako ilustracje do wierszy będą jak znalazł. - Zaczepię ją na przerwie i powiem...".
Nie zdążył ułożyć nawet pierwszego zdania, bo nagle ktoś zarzucił mu na głowę kurtkę i czyjeś ręce wciągnęły go do męskiej toalety, koło której właśnie przechodził. Kilka kopniaków sprawiło, że zrezygnował z oporu i pozwolił zaprowadzić się do kabiny. Tam zdjęto mu wreszcie szmatę z twarzy i stanął oko w oko z Robertem Skorniewiczem.
- No i co, pasztecie? - wysyczał Robert, a dwóch jego kolegów poparło te słowa mocnymi kuksańcami. - Żartów ci się zachciało? Ciekawe, czy jak wylądujesz głową w kiblu, to też się będziesz świetnie bawił.
- Szkoda, bo miałem do ciebie interes - odezwał się spokojnie Andrzej. Z uśmiechem, chociaż żołądek zwinął mu się w supełek ze strachu. Uznał, że gdyby zaczął od pytań czy prób wyjaśnienia tej dziwnej sytuacji, spuściliby mu łomot, zanim zdołałby cokolwiek powiedzieć. Tak jak się spodziewał, w oczach Roberta mignął błysk zainteresowania, choć on sam zrobił obojętną minę.
- Ty?! - parsknął, opluwając go kropelkami śliny. - Do mnie?
- Jak chcesz - niedbale odparł Andrzej. - A wy? - Wykonał ruch głową w stronę przytrzymujących go Pawła i Donia. - Chcecie nabić sobie punktów za friko?
Poczuł, że uścisk Pawła słabnie.
- To znaczy za co? - spytał chłopak ostrożnie.
- Za free - powtórzył. W obliczu zagrożenia jego mózg natychmiast wypracował plan awaryjny i coś, co jeszcze parę minut temu było kłamstewkiem dla zamydlenia oczu nauczycielce, nagle stało się pierwszą deską ratunku. - W poniedziałek zaproponowałem Sewerynie - improwizował w natchnieniu - żeby wskrzesić gazetkę. Ja bym był naczelnym, a co do ekipy...
- Mamy ci pomagać?! - Robert zaśmiał się pogardliwie, a Paweł znów wzmocnił uścisk.
- Przywalę mu, co? - zaofiarował się Doniu.
- Mówię, że punkty za friko, nie? Dacie mi skończyć? - Andrzej przyjął postawę dominującą. Poskutkowało. - Gazetkę robię sam - tłumaczył opryskliwie, usiłując patrzeć spode łba, skoro nie mógł z góry - i nie chcę, żeby mi się ktoś plątał. Ale Sewerynie powiedziałem, że z ekipą, boby nie przyklepała. Was mogę wpisać jako redakcję. Martwe dusze, jarzycie?
Nie jarzyli, w końcu kto teraz czyta Gogola?
- Taki sam bajer jak z tym sokiem, co? - Robert znów się zamierzył.
- Z jakim sokiem? - zdumiał się Andrzej.
- Z jakim sokiem?! Z jakim sokiem?! Jaja sobie robisz?!
- Jeśli mam oberwać, to przynajmniej chcę wiedzieć czemu.
- Bo śnieg! - odezwał się Paweł. - Przywalić mu czy od razu głowę w kibel?
- Czekaj - zaoponował Doniu. - Wyjaśnię grubasowi. Ta wiśniówka, co mu dałeś - zwrócił się do Andrzeja - to był sok.
- Malinowy?! - Andrzej przeraził się nie na żarty.
- Czarna porzeczka.
- Ufff... - Odetchnął z ulgą. Myśl, że wyniósł z domu sok malinowy, przeraziła go bardziej niż perspektywa kąpieli w sedesie. Chyba to było po nim widać, bo uścisk chłopaków nieco zelżał. - Matka by mnie zabiła, jakbym jej podprowadził malinowy. Trzyma go na zimę i pilnuje bardziej niż Gollum pierścienia.
Paweł parsknął śmiechem.
- Porzeczkowego na szczęście mamy dużo. - Andrzej także się uśmiechnął. - Matce pewno nie zmieścił się w szafce i część wsadziła do barku. Sorry, nie wiedziałem.
- Szkoda, że cię nie było, jak Robert rozlał ten sok do szklanek! - Doniu zaczął się śmiać.
- Zamknij się - warknął Robert.
- No dobra, ale o co chodzi z tym interesem? - przypomniał Paweł. - Bo ja naprawdę potrzebuję nabić sobie punktów.
- Powiedziałem babce, że w redakcji są goście, którzy mają przechlapane u nauczycieli, dlatego na początku będą anonimowi - wyjaśnił Andrzej. - A jeśli gazetka się spodoba, to się ujawnią. Żeby nikt nie patrzył przez pryzmat opinii...
- Przez co?
Andrzej machnął niecierpliwie ręką i dotarło do niego, że od pewnego czasu nikt już go nie przytrzymuje.
- Powiedziałem, że chcą sobie w ten sposób poprawić oceny z zachowania. I z polaka. Więc jeśli jej się gazetka spodoba, to mogę potem powiedzieć, że to wy. I tak muszę kogoś podać.
- A co TY z tego będziesz miał? - spytał Robert nieufnie.
- Taką jedną. - Zrobił wymowny gest dłońmi.
Cała trójka ryknęła śmiechem.
- Podryw na redaktora - wyjaśnił tonem zblazowanego casanovy. - Ona na to leci.
Popatrzyli z niedowierzaniem. Nie dał im czasu na dłuższe myślenie.
- Nie wiem jak wy, ale ja muszę wbijać na przedsiębiorczość - zwrócił uwagę na upływający czas. - Stary się wścieka o byle spóźnienie, a wagarów w ogóle nie toleruje. Nie mogę teraz zarobić szlabanu na kompa.
Dość mocno mijał się z prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o reakcję ojca, ale koledzy pokiwali ze zrozumieniem głowami.
- Powiemy babce, że był wypadek i się zagapiliśmy, co? - zaproponował Doniu po drodze do klasy. - Jak się spóźnimy całą czwórką, i jeszcze z tobą, to się nie czepnie.
- Wystarczy stłuczka - zawyrokował. - O wypadku musieliby napisać w gazetach.
"Jestem genialny! - powtarzał sobie Andrzej podczas przedsiębiorczości. - Dwie pieczenie na jednym ogniu! Super! Teraz tylko ugadać Kaśkę i Mikołaja o ilustracje i do końca tygodnia numer będzie gotowy!".
Postanowił zająć się tym zaraz na przerwie, przygotował sobie argumenty do rozmowy, żeby mówić pewnie, bez zająknięcia, i niecierpliwie czekał na dzwonek. Wreszcie! Wysypali się z klasy. Już miał pobiec za Kaśką (trudniejsze rzeczy w pierwszej kolejności), kiedy otworzyły się drzwi jednej z sal i wyszła stamtąd... Magda. Pamiętał z jej planu, że II D miała na tej godzinie fakultety. Nie wiedział tylko gdzie. A tymczasem okazuje się, że tak blisko! Czy to możliwe, że od września mijali się na tym korytarzu w każdą środę, w ogóle się nie widząc?
Ruszył w jej kierunku (trzeba korzystać z dobrej passy), kiedy ubiegł go jakiś pryszczaty gostek o wyżelowanych włosach. Podszedł do dziewczyny, objął ją i pocałował. A ona się nie broniła!
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Andrzej sapnął z zadowoleniem. Nie sądził, że znalezienie tego w necie okaże się aż tak proste.
"1 wynik (0,21 s)" - poinformowała go wyszukiwarka i skierowała na jakiegoś bloga.
Ucieszył się. Jeden wynik - to mogło oznaczać, że wiersz zgubiła autorka, a nie zbieraczka, przepisująca co lepsze kawałki z sieci. Kliknął w link i raz jeszcze zerknął na trzymaną w ręku kartkę, porównując napisany odręcznie tekst z widocznym na ekranie. Tak... ten sam.
Pełna nadziei
Że nie jesteś
Jej
Marzę o zielonych oczach
O księżycowym zającu z wiaderkiem westchnień
Lwie psy biegną przed nami
Śnię
Nie chcę się obudzić
Ale Ty kochasz nie mnie
Choć
Nie wiesz
Tańczymy wokół siebie
W maskach
Wietrzny karnawał
- Wietrzny karnawał - powtórzył. - Wieczny karnawał.
Spodobała mu się ta dwuznaczność. Osoba, która pisze takie rzeczy, nie może być zwykłą rozchichotaną małolatą. I przedstawiła się w sposób, który dziwnie chwycił go za serce, bo sam miewał takie myśli jeszcze niedawno. Zwłaszcza fragment "Lubię mówić z Tobą", niemal słyszał gdzieś w tle tę niesamowitą saksofonową końcówkę, gdy czytał wpis dziewczyny. Tara-tara-tara-dam-dam-tara, tara-tara-tara-dam-dam-tara...
O mnie
Deszczowa
Jaka jestem? Najprościej, najbanalniej: mam 17 lat, chodzę do liceum. Ale to przecież nie jest najważniejsze, kiedy o sobie myślę. A co jest ważne? Uczucia. Założyłam tego bloga, bo "kiedy z serca płyną słowa, uderzają z wielką mocą...". Za mało mam odwagi, żeby to komuś pokazać. Więc może chociaż tutaj... A dlaczego Deszczowa? Bo płacz mi często stoi na krawędzi powiek. Jak deszcz.
Sama się wstydzę, kiedy czytam to, co powyżej napisałam. Nie lubię w sobie tej egzaltacji. Ale przecież gdzieś tam we mnie jest.
"I dlatego lubię mówić z Tobą"[1] - dokończył w myślach.
Nie zamieściła zdjęcia. Awatarem było oko ze spływającą łzą, a blog nazwała Spis nikomu niepotrzebnych myśli moich.
Czy dziewczyna, której sfrunęła kartka z wierszem, to właśnie Deszczowa? Ale która z nich? Tyle ich siedziało na galerii sali gimnastycznej. Może ta niepozorna blondyneczka albo ta patykowata, z włosami skręconymi w pierścionki? Miał nadzieję, że nie. Była dla niego stanowczo zbyt wysoka. Bo chyba nie tamta barbie w różowym ani ta druga, spalona na solarium, wylewająca się ze zbyt obcisłych spodni? Nie. Niemożliwe, żeby Deszczowa lubiła solarium.
Wyobraził sobie park podczas ulewy, on idzie pod wielkim czarnym parasolem i nagle spotyka ją. Wyglądałaby... zwyczajnie. Ładna, ale nie za bardzo. Bałby się podejść do zbyt ładnej dziewczyny.
Stałaby pod drzewem, w mokrej sukience, deszcz spływałby po jej długich włosach. On podszedłby i osłonił ją dachem parasola. I dalej poszliby już razem, w szumie deszczu, w melodii kropel...
- Andrzej, cholera jasna! - Głos matki brutalnie przywołał go do rzeczywistości. - No pewnie! To nie ty płacisz za wodę! Ile razy mówiłam, że naczynia nie zmywają się same! Znowu nie dokręciłeś kranu! Czy ty się nigdy nie nauczysz? Jak coś bierzesz, to umyj potem i odstaw na suszarkę, a nie podstawiaj pod lejącą się wodę, no! Ale nie! Nos w komputer i nic go nie obchodzi! A ty, człowieku, martw się, jak związać koniec z końcem!
Zrzędzenie oddalało się coraz bardziej. Jak zwykle mama wylała żale i poszła, w ogóle nie oczekując odpowiedzi. Poczuł się winny, więc otworzył ulubioną playlistę na Youtubie i podkręcił głośniki. Rzeczywiście, zjadł resztę zupy i wstawił garnek do zlewu, zamierzając go umyć, tyle że akurat słabo ciekło, jak zwykle w porze obiadowej na dziewiątym piętrze. No a potem oczywiście zapomniał...
Westchnął i wsłuchał się w piosenkę. Taka staroć, a jakby pisana specjalnie dla niego:
Oglądam twoją twarz
oglądam twoją twarz w lunecie
i nie wiesz o mnie nic
zasypiasz naga w swoim świecie[2]...
Wpatrzył się w oko ze spływającą po policzku łzą, spoglądające na niego z monitora.
"Nie wiesz o mnie nic - pomyślał - a ja nie wiem, jak wyglądasz...".
Ponownie przywołał obraz zalanego deszczem parku.
Dziewczyna stoi pod drzewem, jej mokra sukienka lepi się do ciała. Włosy, ciężkie od wody, spływają wzdłuż szyi aż do... No, spływają - czym prędzej nakazał swojej wyobraźni, by zatrzymała się na oczach Deszczowej, na jej policzkach, mokrych... może od łez?
Wziął głęboki oddech, jak przed skokiem do wody, i napisał w komentarzu:
Witaj, Deszczowa.
Mam rękopis Twojego wiersza, który znalazłem dzisiaj w sali gimnastycznej. Jeśli chcesz go odzyskać, to będę jutro w Astrolabium (wklejam link do mapy) od 17:00 do 18:00. Poznasz mnie po kartce z wierszem, leżącej na stoliku. Zapraszam Cię na dobrą kawę i coś do kawy
AO
I dopiero kiedy kliknął "wyślij", uświadomił sobie, że zapomniał się przelogować. Jęknął z rozpaczą. Planował skomentować bloga anonimowo albo używając swojego oficjalnego, brzmiącego nieco staroświecko nicka Obcy_Astronom, pod którym starał się pisać rzeczy mądre i wyważone.
Tymczasem wysłał komentarz jako Piorun_Kaczora; był to nick, którego używał do ostrych dyskusji i flejmów.
"Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz - pomyślał zniechęcony. - A ja jak zwykle zaczynam od falstartu".
Wszedł na forum i postanowił trochę potrollować dla uspokojenia emocji. Trudno, przepadło. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
"Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem" - pomyślała Lucyna. Dzień zaczął jej się fatalnie, a potem było już tylko gorzej. Najpierw okazało się, że Padalec napoczął mleko z kartonika, oczywiście nic nikomu nie powiedział, do lodówki też nie raczył schować. Zepsuło się. Zarzuciła mu, że zrobił to specjalnie, przecież Leszek zawsze je płatki na śniadanie, Padalec dobrze o tym wie. Roześmiał jej się w twarz, trzasnął drzwiami i wyszedł. Bez śniadania. Leszek tak samo. Nie krzyczał wprawdzie, w ogóle tego nie skomentował, stwierdził, że przekąsi coś w barze, i poszedł do pracy, ale powinna była sprawdzić poprzedniego dnia, czy niczego nie brakuje. Zwłaszcza że Leszek ma dziś dyżur, więc porządnego obiadu też nie zje.
Chyba z tych nerwów kupiła aż trzy opakowania Wiejskiego, skuszona promocją, dopiero w domu zorientowała się, że na kartoniku nie ma słowa "mleko". Przeczytała etykietę - no oczywiście. Produkt mlekopodobny. Na szczęście też UHT. Schowała w swoim pokoju. Kiedyś pod nieobecność Leszka podsunie Padalcowi. On zje i wypije wszystko.
"Jak by to było miło, gdyby zniknął z naszego życia - westchnęła - wyjechał gdzieś... Najlepiej za granicę, do matki". Leszka udało się wyrwać ze szponów tej okropnej kobiety, ale jej synalek ciągle plątał się po domu jak wyrzut sumienia. A niestety wdał się w matkę. I z urody, i z charakteru. Arogancki, kłótliwy, nieposłuszny. Leszek za dużo mu ustępuje.
Lucyna wypucowała kuchnię, wyczyściła kafelki w łazience, ale ciągle czuła się niespokojna. Asia przybiegła ze szkoły, więc zjadły wczesny obiad, potem kazała córce odrabiać lekcje i postanowiła się przejść. Samotne wędrówki to była jej jedyna przyjemność, której nie chciała dzielić z nikim. Potrzebowała chwili dla siebie, jak niektórzy potrzebują seriali, słodyczy albo używek. Dochodziła wtedy do ładu ze sobą i znów mogła prać, gotować, sprzątać, znosić humory Padalca, samotność, kolejne przybywające lata i kilogramy. Kiedy była zła, szła szybko, prawie biegła, kiedy czuła się szczęśliwa, kroczyła powoli, delektując się każdą chwilą.
Mieszkali w Toruniu od niedawna, to znaczy odkąd Leszek dostał tu lepszą pracę, więc nie miała jeszcze swoich ulubionych dróżek. Za każdym razem poznawała inny fragment miasta. Zwykle zwiedzała najbliższą okolicę, czasem jechała autobusem albo tramwajem możliwie daleko, a potem próbowała znaleźć drogę powrotną. Tego dnia, korzystając z pięknej pogody, wybrała się na peryferie, gdzie domki jednorodzinne, wybudowane zaledwie parę lat temu - o czym świadczyły świeżo otynkowane ściany i młode drzewa w ogródkach - sąsiadowały ze starymi gospodarstwami, takimi z oborą, maszynami rolniczymi i kurami biegającymi po podwórku. Skręciła w polną drogę, zwabiona złotem i czerwienią niedalekiego zagajnika. Nazbiera kolorowych liści i ustawi w pokojach, by i w domu czuło się jesień. A może nawet znajdzie parę grzybów? Nieoczekiwanie pomyślała, że tak chyba wygląda szczęście. Poranny gniew dawno się ulotnił, otaczał ją zapach jesiennych liści, bogactwo kolorów, a ciepłe promienie październikowego słońca głaskały po włosach. Czuła się młodo, lekko i radośnie.
I właśnie wtedy usłyszała ujadanie, krzyki, śmiechy, a potem skowyt.
Przyśpieszyła kroku. Grupka dzieci, niewiele starszych od Asi, zgromadziła się przy krzywym płocie otaczającym zaniedbane gospodarstwo i najwyraźniej świetnie się bawiła, wymachując kijami i ciskając kamieniami w coś, co miotało się po drugiej stronie ogrodzenia.
- A wy tu czego?! - wrzasnęła z furią. - Zmykać mi stąd, ale już!
Dzieciaki rozprysły się na boki jak spłoszone gołębie. Kiedy znalazły się w bezpiecznej odległości, znów zebrały się razem i obrzuciły ją wyzwiskami.
Lucyna przyjrzała się psu. Skulony pod daszkiem ze skośnie ustawionych desek, szczerzył zęby i łypał na nią przekrwionymi ślepiami. A właściwie jednym, bo drugie oko miał przymknięte i sklejone ropą. Trudno się dziwić, skoro dzieciaki rzucały w niego kamieniami i grudami ziemi. Pewnie nie po raz pierwszy.
Westchnęła nad smutnym losem zwierzaka. Czy ktoś doceni jego wierność i oddanie?
- Taki los - szepnęła. - Biedactwo...
Bachory, znudzone, już sobie poszły. Lucyna też ruszyła w drogę powrotną. Kolory jesieni przestały ją cieszyć. A serce miała cięższe niż wszystkie kamienie, którymi dzieciaki obrzucały psa.
Andrzej właśnie pisał zjadliwy komentarz, gdy drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadła Alicja. Barwna jak papuga i jak papuga rozwrzeszczana, wybiła go z koncentracji. Wykrzykiwała coś z przedpokoju do matki o tym, jak minął dzień, o klientach, jakieś historie, które przecież powierzali tylko jej. Zajrzała do jego pokoju.
- Cześć, mały! - wrzasnęła. - Czego słuchasz?
Zły, wyciszył głośnik niemal do zera. Alicja wzięła to za dobrą monetę i zaczęła wyginać się na boki, podrygiwać, kręcić biodrami, nucąc nieco fałszywie:
- Bam-bam bi-dam, bam-bam bi-dam bam, bam-bam bi-dam, bam-bam bi-dam bam... Puść mi Rihannę, co? - zażądała. - Dzisiaj w zakładzie leciała w kółko i teraz mnie prześladuje. - Chwyciła bez pytania jego futerał od okularów i ciągle podrygując, zaśpiewała do wyimaginowanego mikrofonu: - Uuuu eeeaaa... Yeah!
Rzucił jej wrogie, milczące spojrzenie, licząc, że zrozumie i opuści cudze terytorium, ale równie dobrze mógłby żądać od ściany, by się przesunęła. Alicja podeszła bliżej i zajrzała mu przez ramię. Szybko zminimalizował okno przeglądarki.
- Wpuść mnie na chwileczkę. Dosłownie na sekundkę - poprosiła głosikiem kapiącym od słodyczy. - Bam-bam bi-dam, bam-bam bi-dam bam... Bam-bam bi-dam, bam-bam bi-dam bam...
Mogłaby chociaż nie śpiewać. Nienawidził tej rozwrzeszczanej piosenkareczki, nienawidził wszystkich piosenkareczek świata, a najbardziej nienawidził swojej starszej siostry. Wylogował się z komputera i zwolnił krzesło. Rozsiadła się natychmiast, zadowolona. Zasłoniła ekran, ale i tak wiedział, że za chwilę wstuka jednym palcem AliciaO, logując się jako inny użytkownik. Wolał jej nie dopuszczać do swoich plików i ustawień, a własne hasło zmieniał co dwa tygodnie. Profilaktycznie.
Westchnął i wyszedł z pokoju. Zrobi sobie coś do jedzenia. Na pocieszenie.
Całe szczęście, że urywające się do Alicji telefony w końcu wywabiły ją z domu. Andrzej z ulgą zajął zwolnione miejsce przed SWOIM komputerem. Na blogu Deszczowej cisza. Przeczytała jego wpis? Przyjdzie?
- Zobaczymy - mruknął przez zęby i odpalił jedną z ulubionych gier. Tu był wysokim, gibkim wojownikiem, obdarzonym magiczną mocą, odzianym w błyszczącą zbroję i wyposażonym w cały podręczny arsenał, ciągle ulepszany i uzupełniany. Umiał się teleportować, biec bez zmęczenia, zwyciężał nawet w walce ze smokami, a poruszając się, niczego nie przewracał ani nie zrzucał. Szybki, zręczny, dzielny... dlaczego tak nie może być w realu?
Zatonął w wirtualnym świecie, aż ojciec, który wszedł do pokoju, musiał położyć mu rękę na ramieniu, by poinformować o swojej obecności.
- Chwila! - mruknął Andrzej. Zadał jeszcze kilkanaście ciosów mieczem, zebrał łupy i dopiero wtedy zdjął słuchawki. Spojrzał pytająco.
- Już późno - powiedział ojciec nieśmiało. - Nie powinieneś iść spać?
- Jutro sobota - przypomniał, ale wylogował się z gry. Faktycznie, siedział przed monitorem cztery bite godziny. Wystarczy. Co miał zrobić, już zrobił, nie ma sensu łazić dalej po lesie, tłukąc wszystko, co się rusza.
- No tak, ale przecież...
Andrzej westchnął znacząco i ojciec natychmiast zamilkł.
- Coś dobrego? - spytał po chwili, sięgając po słuchawki. - Mogę?
Andrzej skinął głową i przełączył z powrotem na playlistę, której słuchał, zanim zaczął rozgrywkę.
- O! - ucieszył się ojciec. - Republika! Wiesz, że na ich koncercie poznałem twoją matkę? Jaka to była śliczna dziewczyna... - Rozmarzył się i zaczął opowiadać, a Andrzej nie przerywał, chociaż słyszał tę historię wiele razy. Rodzice poznali się podczas juwenaliów. Matka chodziła do liceum, ojciec był na czwartym roku historii. Co on w niej widział? Rozwrzeszczana małolata zgrywająca studentkę. Wyobraził sobie siebie na juwenaliach, a przecież matka miała wtedy mniej lat niż on teraz, i mało nie parsknął śmiechem. Dziewczyny są dziwne.
- Pewnie cię nudzę - zreflektował się ojciec.
- Nie, skąd! - skłamał natychmiast.
- Bo właściwie przyszedłem przypomnieć, że jutro wstajemy przed szóstą. No, może parę minut po - poprawił się natychmiast, widząc minę syna - ale to jednak sześć godzin jazdy. Im wcześniej się uda wyjechać, tym lepiej. Żeby jeszcze odsapnąć trochę i zaaklimatyzować się przed wystawą...
Andrzej klepnął się w czoło.
- Radzyń! Kompletnie zapomniałem!
- ...i do Tomków wpadniemy na obiad, jak zwykle - dokończył ojciec. - No! - Uśmiechnął się i wstał z krzesła. - Zmykaj spać, bo jutro rano będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Andrzej westchnął. W sobotę w Radzyniu Podlaskim zaczynała się ogólnopolska wystawa modelarska. Odkąd pamiętał, ojciec całymi dniami, a czasem i nocami, w każdej wolnej chwili, ku utrapieniu matki kleił, szlifował i malował modele samolotów, starając się jak najbardziej upodobnić każdy do oryginału. Potrafił godzinami opowiadać, co dany samolot potrafi, w jakich słynnych bitwach brał udział, kto nim latał, w którym roku zaczęto, a w którym zakończono jego produkcję i inne tego typu rzeczy. Andrzej nie podzielał jego pasji. Próbował, gdy był mały, ale spod jego palców wychodziły wyłącznie ubabrane klejem garbate stwory niepodobne do niczego. Poza tym co to za model, choćby najwierniejszy, który tylko stoi i ładnie wygląda? Już zwykły papierowy samolocik ma w sobie więcej życia. Mimo to nie potrafił dotąd odmówić ojcu, gdy ten zabierał go na kolejne wystawy i konkursy. Był nawet na swój sposób dumny, kiedy zdobywali (no dobrze, ojciec zdobywał) nagrody czy puchary. Rola kibica wydawała się wygodna i mało absorbująca, a ojciec tak się cieszył, że ma z synem wspólną pasję. Tylko...
- Tato... - Zatrzymał go w drzwiach. - Ta wystawa kończy się dopiero w przyszłą sobotę, prawda?
- Dostałem urlop - odparł z uśmiechem. - A tobie przecież napiszę usprawiedliwienie. Wyskoczymy na Roztocze, do Krasnobrodu, Zwierzyńca... - zapalał się coraz bardziej - ...w zeszłym roku ominęły nas szumy roztoczańskie, ale w tym nie daruję, zwłaszcza że pogodę zapowiadają prawie letnią, Tomek już mi obiecał...
- Przykro mi - Andrzej spuścił wzrok - ale to maturalna klasa. I... i mamy sprawdzian z matematyki. - Nie skłamał, o ile kartkówkę można nazwać sprawdzianem.
- Na początku roku?
- Cisną nas. - Rozłożył ręce w geście bezradności. - A wiesz, jaki jest Rejewski. "Maszeruj albo giń!". Prędzej umrze, niż pozwoli komuś w klasie się obijać.
- No tak... - Ojciec pokiwał głową. - Masz rację, szkoła ważniejsza. Mądry z ciebie chłopak.
I wyszedł. A Andrzej poczuł się jak zdrajca.
Andrzej zjawił się w Astrolabium grubo przed siedemnastą. Obrzucił szybkim spojrzeniem osoby przy stolikach. Chyba jeszcze nie przyszła? Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle przyjdzie. Nie odpowiedziała na jego komentarz. A może dał jej za mało czasu? Może w ogóle nie wchodziła na bloga?
Usiadł przy stoliku naprzeciwko wejścia. Zamówił Czarną Dziurę, czyli przedłużone espresso bez cukru, i bardziej wąchając, niż pijąc napój, czekał. Siedemnasta... siedemnasta pięć... siedemnasta osiem... Drzwi się otworzyły. Zesztywniał i zaraz odetchnął z ulgą. Jakieś dwie baby w wieku jego matki. Upił duży łyk kawy. Wydała mu się potwornie gorzka, choć zwykle nie słodził. Skinął na kelnerkę i poprosił o Przysmak Kopernika. Czekolada pomaga na stres. Cukier też.
Siedemnasta dwadzieścia dziewięć. Po piernikowym przekładańcu pozostał tylko ślad na talerzyku, a jej wciąż nie było. Wytarł usta serwetką i przetarł okulary. Głupio wymyślił z tym Astrolabium. Trzeba było poprosić ją o maila, jakoś inaczej się umówić czy coś... Jak zwykle pokpił sprawę. Nie mogła przyjść czy nie chciała? Pisała w wierszach, że cierpi, że ktoś niechcący zranił jej serce... On by ją kochał, chronił...
"Zaraz, zaraz - zreflektował się. - Skąd wiesz, że się sobie spodobacie? Dziewczyny jakoś za tobą nie latają. I czemu uczepiłeś się akurat tej?".
"Bo to zastanawiające - zripostował, prowadząc dyskusję z samym sobą. - Może codziennie mijamy się w szkole, a przecież w ogóle bym o niej nie wiedział, gdyby nie ten wiersz. To nie mógł być przypadek! - Włożył okulary, ale okazało się, że umazał je czekoladą, wyciągnął więc z kieszeni miękką szmatkę i zabrał się do czyszczenia szkieł. - Zobacz... - prowadził dalej konwersację z wyimaginowanym interlokutorem - ...ile musiało się wydarzyć kompletnie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, żebym ja się w ogóle dowiedział o istnieniu Deszczowej! Pęknięta rura w szkole i zalane sale, to jedno. Dalej to, że akurat naszą klasę przeniesiono do sali gimnastycznej, i to... - wyliczał, polerując szkła - ...że woda zniszczyła tak dużą część budynku, że w sali musiały zmieścić się aż trzy klasy. No a najważniejsze, że właśnie jej klasę umieszczono na galerii nad nami, bo przecież gdyby tamten wiersz nie sfrunął mi pod nogi, to w życiu bym go nie podniósł. Poza tym...".
- Wolne?
Czym prędzej włożył okulary i spojrzał na przybyłą. Dziewczyna. Żadna z tych, które widział na galerii, ale... ładna. Ona? Patrzyła na niego jakby ze złością.
- Eee... tego... - wymamrotał, niepewny, czy może zaprosić ją do stolika. Podobała mu się. Ale jeśli pozwoli jej usiąść, a potem przyjdzie prawdziwa Deszczowa? - To znaczy... - zaczął jeszcze raz.
- Ty jesteś Piorun Kaczora? - przerwała zniecierpliwiona.
Poczuł falę gorąca ogarniającą go całego, aż po czubki uszu, a równocześnie niebotyczną ulgę.
- A ty jesteś... - Gwałtownie zerwał się z miejsca. - Ty jesteś...
- Nie, ja nie jestem - burknęła. - Jestem Magda.
- Ale... ale... - wyjąkał. - Bo ja...
- Wiem, czekasz na Deszczową. Nie mogła przyjść. Jestem w zastępstwie.
- Aha - odetchnął i opadł na krzesło. To znaczy miał taki zamiar, ale poczuł, że leci w przepaść. Lądowanie było twarde i bolesne. Obejrzał się zdumiony. Za plecami nikogo, tylko przewrócone krzesło drwiąco wytykało go wszystkimi czterema nogami. Co za obciach...
Dziewczyna usiadła przy stoliku. Dobrze chociaż, że się nie śmiała. Andrzej marzył, by zrobić się przezroczystym, niewidzialnym, zmienić w kroplę deszczu i wniknąć w szparę podłogi. Uśmiechnął się przepraszająco, podniósł krzesło, włożył okulary, które zsunęły mu się podczas upadku (całe szczęście, że nie pękły!) i spojrzał jej w twarz, szukając śladów szyderstwa. Nie znalazł. Fajna dziewczyna.
- Dlaczego chciałeś się umówić z Deszczową? - zapytała spokojnym tonem.
- Bardzo mi się spodobał jej wiersz. Bo to jej, prawda?
Wzruszyła ramionami.
- A czyj miałby być?
- Szkoda, że nie mogła... Czy mogłabyś jej przekazać, poprosić... chodzi mi o to... - Znowu zabrakło mu słów. Jak miałby spotkać się z Deszczową? Dlaczego wysłała Magdę w zastępstwie? A może to jednak ona? Jak to sprawdzić? Jak zdobyć choćby jej imię i nazwisko? Albo numer telefonu? I nagle go olśniło. - Bo wiesz... ja jestem redaktorem szkolnej gazetki - skłamał - i właśnie szykujemy numer poświęcony poezji. Czy Deszczowa zgodzi się na zamieszczenie tego wiersza? - Pomachał kartką.
- Zapytam ją.
Wyciągnął notes i długopis. Grunt to profesjonalny wygląd.
- To jak ona się nazywa?
Uśmiechnęła się kpiąco, zupełnie jakby przejrzała jego zamiary.
- O ile ją znam, będzie wolała pozostać anonimowa - odparła.
Oklapł. Nie miał już innych pomysłów.
- Hmm, no tak - mruknął. - No tak...
Nagle uświadomił sobie, że wcale nie jest ciekaw, jak ona wygląda. A raczej że chciałby, aby to właśnie Magda okazała się Deszczową. Ma takie ładne oczy... I ładny owal twarzy. I ładne kształty, niby szczupła, ale nie chuda ani kanciasta, tylko jak kamyk albo szkiełko wygładzone przez morze. I włosy tak jej się podkręcają na końcach. No, w ogóle składa się z tylu zachwycających szczegółów, a jednocześnie nie jest z tych, za którymi ludzie oglądają się na ulicy. I nie ubiera się jak Alicja, tylko tak... normalnie, po ludzku. A dłonie ma takie delikatne, że gdyby się nie bał, to zaraz by ją pogłaskał.
- No dobra! - Podniósł głowę i spróbował się uśmiechnąć. - Nie chciała przyjść, no trudno... - rzucił i natychmiast się poprawił, by nie wyjść na gbura - ...trudno się dziwić, ale dlaczego nie miałbym wypić tej kawy z tobą? Mają tu niezłe desery. Co ci zamówić?
Do domu wracał w stanie dziwnego oszołomienia. Ciągle na nowo przewijał w głowie film z ich spotkania, przyglądał się, jak Magda mruży oczy, gdy się śmieje; jak przechyla głowę, słuchając; jak potrząsa włosami. A włosy miała w niezwykłym kolorze, ni to popielatym, ni zielonkawym. Jak driada. I pachniała tak... wykwintnie. Inaczej niż koleżanki ze szkoły. A ze wszystkich słodyczy oboje najbardziej lubią to, co czekoladowe.
Czas pokaże, co wyniknie z tego dziwnego zagięcia czasoprzestrzeni, które dwie zupełnie sobie obce planety wyrzuciło ze zwykłych trajektorii i wepchnęło na całkiem nową orbitę.
[1] Lubię mówić z tobą, Akurat.
[2] Grzegorz Ciechowski, Obcy astronom.
Panią Sewerynę Szulc (zwaną SS) Andrzej złapał podczas jej dyżuru na boisku. Wprawdzie dopiero co miał z nią dwie godziny polskiego, ale wolał nie załatwiać takich spraw w klasie.
- Gazetkę? - Polonistka trochę się zdziwiła.
Nie odpowiedział od razu, bo akurat zapatrzył się na Magdę wychodzącą z budynku. Z trudem oderwał wzrok od jej zawadiacko sterczącego biustu i zakotwiczył spojrzenie na pieprzyku pod okiem nauczycielki. Poczuł, że znów jest w stanie zebrać myśli.
- Kiedyś ukazywała się regularnie - przypomniał. - Gdy byłem w pierwszej klasie. A potem się rozmyło. Inne szkoły mają - dorzucił cięższy kaliber. Wiedział, że Szulcowa bardziej myśli o rychłej emeryturze niż o udzielaniu się na zajęciach dodatkowych.
- Ależ ja nie mam nic przeciwko temu! - Odżegnała się gestem. - Tylko żeby to nie był słomiany zapał. Kto oprócz ciebie chce tworzyć redakcję?
Był przygotowany na to pytanie.
- Nie mogę powiedzieć, koledzy zastrzegli sobie anonimowość.
Wyskubane brwi polonistki uniosły się jak u gejszy.
- Oni... nie mają najlepszej opinii u nauczycieli - kłamał jak najęty. - Jeśli eksperyment się powiedzie, wtedy się ujawnią i może to im poprawi oceny? Zwłaszcza z zachowania. Ale niektórzy to tylko, jak to się mówi, "do wiadomości redakcji", żeby sobie wstydu przed kolegami nie narobić.
Wyraźnie się zaciekawiła.
- Bo pierwszy numer byłby poświęcony poezji - dorzucił. - A to takie, w sumie, mało męskie.
- Jak to mało męskie?! - oburzyła się. I natychmiast wyrecytowała listę nazwisk, począwszy od poetów współczesnych, a skończywszy na wieszczach. - Wszystko mężczyźni - podsumowała. - No to skąd "mało męskie"?
- Oczywiście, pani profesor - przytaknął gorliwie. - Ale przecież kiedy się zaczyna pisać, to jeszcze nie wiadomo, czy z tego będzie arcydzieło czy gniot. Kto wie, może do naszego liceum chodzi nowy Miłosz i sam jeszcze o tym nie wie? Albo Szymborska - dodał, przypomniawszy sobie o Deszczowej.
Skrzywiła się.
- A ty? Też piszesz wiersze?
- Ja się widzę w roli redaktora. Ewentualnie krytyka literackiego.
Pokiwała głową z uznaniem. Andrzej poczuł, że zdoła ją przekonać.
- Skorniewicz! - wrzasnęła nagle w kierunku kolegi z klasy, przemykającego chyłkiem za jej plecami. Ta kobieta ma chyba oczy z tyłu głowy. - Pozwól tu, robaczku. Zaspało się biedakowi - dodała z jadowitą słodyczą - czy może widok pani Szulc wydał się dziś nie do zniesienia?
Robert, smagły brunet, rzucił Andrzejowi wściekłe spojrzenie.
- Sama pani powiedziała, że mam się nie pokazywać - wymamrotał.
- Nie bądź bezczelny. Miałeś się nie pokazywać z takim niechlujnym zeszytem. Przepisałeś?
- Nie. Mam dysgrafię.
- Opinia u pani pedagog jest?
- Będzie.
- Jak będzie, to się zastanowimy. A póki jej nie ma, jesteś zobowiązany prowadzić zeszyty jak każdy NORMALNY uczeń. Zrozumiano?
Wzruszył ramionami.
- Możesz odejść - pozwoliła łaskawie, ubiegając Roberta o ułamek sekundy, tak że jego odwrócenie się plecami wyglądało teraz jak wykonanie polecenia. - I bądź pewien, że zgłoszę wychowawcy twoje dzisiejsze wagary - dodała jeszcze. - A więc mówisz, że widzisz się przede wszystkim w roli krytyka literackiego? - wróciła do tematu. Andrzej patrzył zdumiony na jej kamienny spokój. Zero emocji. - Lubię, kiedy ktoś wie dokładnie, czego chce - ciągnęła. - To dobrze wróży twojemu projektowi. Jak często chcecie mieć zebrania redakcji? Bo wiesz, z wolnym czasem u mnie...
Na to właśnie liczył.
- Myślę, że pani profesor w ogóle nie musi w tym uczestniczyć. Z kolegami dogadujemy się przez telefon czy internet, a jak numer będzie gotowy, podrzucę do akceptacji. No i czy mogłaby pani porozmawiać z dyrektorem? Żeby nie było, że samowolka.
- Zobaczę, co da się zrobić. - Zerknęła na zegarek. - Zmykaj do szkoły, zaraz będzie dzwonek, ja jeszcze muszę wygonić te dorsze z wędzarni. Przez ciebie dzisiaj im się upiekło.
I ruszyła dostojnym krokiem w kierunku kępy krzewów.
Po przerwie wypadała matematyka. Oczywiście na dzień dobry jak zwykle "świstówka", tak Rejewski określał sprawdzian na świstku papieru, jedno, dwa, góra trzy zadania, pięć minut na rozwiązanie. Fundował im taką "przyjemność" co drugą lekcję. Był z tego znany, więc nikt nawet nie zaprotestował.
A po zebraniu karteczek matematyk powiedział:
- Podobno niektórzy mają problem z rannym wstawaniem. Problem rozumiem, rozwiązania nie pochwalam. Zapraszam na gimnastykę.
I wskazał Roberta Skorniewicza. Część klasy spojrzała ze współczuciem, część z radością, że znów będzie zadyma. Reju niezbyt często stosował tę metodę i tylko wobec najbardziej opornych uczniów. Winowajca przez całą lekcję sterczał przy tablicy, rozwiązywał zadania, trzymał pomoce naukowe, a przy okazji Reju dość szczegółowo przepytywał go z wiążących się z tematem zagadnień z poprzednich działów, a nierzadko z poprzednich lat edukacji. Każde potknięcie komentował celnie i dość złośliwie, a że słynął z ciętego języka, klasa zwykle zarykiwała się ze śmiechu, podczas gdy delikwent pocił się przy tablicy.
Robert nie miał jeszcze okazji zasmakować "gimnastyki", bo chodził do III A dopiero od września. W Toruniu też mieszkał od niedawna. Andrzej akurat skądś wracał i widział, jak się sprowadzali do bloku obok jego wieżowca. Gdy na początku września Reju przedstawił im nowego kolegę, od razu go skojarzył. Nawet przebiegła mu przez głowę myśl, czyby nie podejść do Roberta na przerwie i nie powiedzieć, że mieszkają blisko siebie, ale zanim się zdecydował, chłopak skumał się z Pawłem i Doniem, z którymi niewiele Andrzeja łączyło. Pozostało mieć nadzieję, że przynajmniej nie będą wchodzić sobie w drogę.
Rejewski, jak to miał w zwyczaju, zatrzymał gimnastykowanego ucznia na pogadankę umoralniającą, więc na religię Robert wpadł chwilę po dzwonku, gdy strategiczne ostatnie rzędy zostały już pozajmowane.
- Byłem u wychowawcy - rzucił krótko i skierował się ku jedynemu wolnemu krzesłu w kącie pod oknem, które trzymał dla niego Paweł. Niestety nie zauważył leżącego w przejściu plecaka Andrzeja.
- Zrobiłeś to specjalnie! - syknął do niego, gdy już się pozbierał. - Odbiło ci, grubasie?
- Pax, pax, chłopcy. - Ksiądz, który od piątku zastępował ich katechetę, położył mu rękę na ramieniu. - Pax et silentium. Po co się gnieść z tyłu? Przecież pierwsze ławki są wolne.
Chwycił Roberta pod łokieć i stanowczym ruchem przeprowadził ku "patelni" tuż pod katedrą. Gdyby wzrok mógł zabijać, Andrzej już by nie żył.
Ksiądz tymczasem pedantycznie dokończył sprawdzanie obecności, poprowadził krótką modlitwę i przeszedł do tematu.
- Jak wiecie - zaczął - jestem tu w zastępstwie, ponieważ ksiądz Adam wyjechał na pielgrzymkę, ale wróci, nie martwcie się, wróci już jutro. - Zatarł ręce, jakby to on najbardziej cieszył się z takiego obrotu sprawy. - Zatem, jako zastępca, nie bardzo się orientuję w zawiłościach szkolnych programów. Dlatego pozwolę sobie narzucić wam własny temat, a mianowicie - ojczyzna. Tak, dobrze słyszycie, to lekcja religii, a ja chcę porozmawiać o ojczyźnie. I tej doczesnej, i tej wiecznej. Cóż to jest zatem ojczyzna? - zawiesił głos, czekając na odpowiedź, ale się nie doczekał. Ostatnie ławki grały w karty, przeglądały "Skarb Kibica" lub magazyny o modzie, ci zaś, którzy mieli nieszczęście siedzieć bardziej na widoku, podrzemywali z otwartymi oczami lub czytali pod ławką.
- Miejsce naszego urodzenia naznacza nas na całe życie - zaczął ksiądz z innej beczki. - Na przykład ty... - wskazał siedzącą w pierwszej ławce Monikę - ...gdzie się urodziłaś?
- W Toruniu.
- No proszę - wzniósł ręce w niemym zachwycie - wasza koleżanka jest rodowitą torunianką. A to oznacza, że nawet jeśli wyprowadzi się na koniec świata i tam zamieszka, zawsze pozostanie torunianką z urodzenia. Jak choćby Tony Halik, jeśli wiecie, kim był Tony Halik. I jeśli... jak masz na imię?
- Monika.
- Jeśli Monika osiągnie coś znaczącego w życiu, jej rodzinne miasto z pewnością upomni się o jej sławę. Taak. A ja urodziłem się w Częstochowie. I jak widzicie, jestem kapłanem. Już od ponad dwudziestu lat. A ty? - Wskazał Roberta. - Gdzie się urodziłeś?
- W Betlejem.
Gruchnął śmiech. Ksiądz spurpurowiał i przez chwilę łapał powietrze jak ryba wyjęta z wody.
- Jeśli uważasz, że to było zabawne - stwierdził w końcu - to jesteś w błędzie. Ale proszę bardzo, poużywaj sobie. To takie cool, nie?
- Holy Family Hospital - dorzucił Robert spokojnie. - Ulica Pawła VI, Autonomia Palestyńska, Betlejem. Tam podobno się urodziłem. Może pan sprawdzić w dzienniku.
- Ksiądz, nie pan! - oburzył się duchowny, a potem zastygł, wpatrując się w Roberta wytrzeszczonymi oczami. - Hmm... no tak... Wybacz, trochę mnie zaskoczyłeś. Nie każdemu jest dane urodzić się w Betlejem. Przepraszam, że spytam, jesteś Palestyńczykiem? Czy może... Żydem?
- Nie, Hiszpanem. - Zabrzmiało to jak sarkazm. Nikt nie wiedział, czy Robert żartuje, czy mówi poważnie. Ksiądz też poniechał dalszych pytań i wrócił do tematu, co jakiś czas zerkając jednak na Roberta.
Przez chwilę rozwodził się nad pojęciem patriotyzmu, dowodził, że miłość do ojczyzny niebieskiej nie wyklucza wcale miłości do ojczyzny ziemskiej, przeciwnie, umacnia ją i potęguje, klasa znów zaczęła przysypiać, ukołysana monotonnym wykładem, ksiądz tymczasem zgrabnie z ojczyzny przeszedł do matki, by w końcu stwierdzić:
- Podobnie jest w przypadku choćby kultu maryjnego. Miłość do Maryi, naszej matki niebieskiej, sprawia, że jesteśmy lepszymi i czulszymi synami dla naszych ziemskich matek. Robercie, jak ma na imię twoja matka? - zwrócił się znów do Skorniewicza.
Ten wzruszył ramionami.
- A czy to ważne?
- No jak to? - zdumiał się ksiądz. - Czyżbyś wstydził się własnej matki?
- Nie, ale nie muszę też każdemu opowiadać życiorysu - odparował Robert. - Jest coś takiego jak ochrona danych osobowych.
Reszta klasy oprzytomniała, wietrząc nową zadymę. Robert od początku roku zdążył już podpaść prawie wszystkim nauczycielom. Zwykle szło o drobiazgi, które później urastały do rangi wielkich problemów.
- No to zaraz zobaczymy, czy to informacja publiczna czy prywatna. - Ksiądz otworzył dziennik. - Proszę, jest. Robert Josef Skorniewicz Emanuel. Emanuel?
Ktoś cicho parsknął.
- Urodzony w Betlejem, zgadza się - mruczał pod nosem - syn Józefa i... - urwał, wpatrując się w dziennik.
- Maryi - wyrwało się Andrzejowi, zanim zdążył pomyśleć. Klasa ryknęła śmiechem. Robert zmiażdżył go wzrokiem.
- Nie... - W głosie księdza pobrzmiewało zaskoczenie. - Mercedes?
Śmiech, który dał się słyszeć po słowach Andrzeja, teraz przeszedł w radosny kwik.
- Jak? Jak? - dopytywali ci mniej uważni. - Mercedes? Jaki mercedes?
Robert wstał i wyszedł.
- Ferrari, poczekaj! - krzyknął ktoś. Reszta pokładała się na ławkach ze śmiechu. Tylko Andrzej się nie śmiał. Przeklinał swój nieposkromiony język.
Na WF-ie Andrzej o mało nie wyzionął ducha. Musiał być w nieustannym pogotowiu, bo "bomby" nadlatywały nie wiadomo skąd i zamiast do bramki trafiały właśnie w niego. Kilka razy cudem się uchylił, chroniąc twarz, nie miał jednak oczu dookoła głowy i teraz żebra, plecy i ramiona, którymi zasłaniał się przed piłką, pulsowały tępym bólem. Na pewno jest cały w siniakach.
Do tego Neumann pieklił się o niecelne strzały i dał wszystkim po kilka karnych okrążeń. Jemu też, a przecież był poszkodowany.
"Może źle, że się uchylałem? - rozmyślał Andrzej, wlokąc się do domu. - Jakbym dostał w nos, jakby Neumann zobaczył krew, to może by mnie zwolnił? Chociaż z tych okrążeń. A może mógłbym zostać w domu parę dni i spokojnie przygotować gazetkę? Dobrze, że chociaż jutro nie trzeba iść do szkoły".
Przy placu Hoffmanna zawahał się. Zawsze skręcał w lewo, w Bema, i po dziesięciu minutach był w domu, ale... jeśli Robert gdzieś się zaczaił? Trzeba mu jakoś wyjaśnić, że to był zbieg okoliczności, że nie miał złych intencji, że tak mu się palnęło i plecak też zupełnie przypadkiem, ale póki gość nie ochłonie, lepiej trzymać się z daleka.
Obejrzał się niespokojnie. Chyba nikt go nie śledzi? Na wszelki wypadek postanowił wracać przez Kraszewskiego. Dookoła, ale nadejdzie z zupełnie innej strony, niż mógłby się spodziewać ewentualny prześladowca.
Jakim cudem nie trafił dotąd do tej cukierni? Szkoda, że nie mają stoliczka, by się w spokoju posilić i odpocząć. Po takich przejściach i morderczym WF-ie należy mu się od życia trochę słodyczy.
Kupił kawałek tortu truflowego i jeszcze kawałeczek czekoladowego, dwa rogaliki marcepanowe, babeczkę i czekoladowego rożka. Ekspedientka ułożyła wszystko w pudełku i z uśmiechem dodała dwa makaroniki.
"Faktycznie - uświadomił sobie. - DWA kawałki tortu, DWA ciastka, DWA rogaliki. Pewnie myśli, że kupuję dla siebie i dziewczyny".
Z trudem powstrzymał westchnienie. Chętnie zjadłby to na spółkę z Magdą.
"Kiedyś ją tu zaproszę - obiecał sobie. - Ona wybierze, a potem siądziemy na ławce, może w parku...".
Byłby się rozmarzył, ale nastąpił najmniej przyjemny moment całej operacji. Płacenie. Jeśli ma gdzieś jeszcze zaprosić Magdę, musi zacząć oszczędzać. Albo znaleźć dodatkowe źródło dochodu.
Wyszedł z cukierni i skamieniał.
Od strony szkoły nadchodziła Magda! Zupełnie jakby się umówili! Chyba go jakiś dobry anioł natchnął, żeby kupować wszystkiego po dwa! Pomachał radośnie w kierunku dziewczyny.
Nie odmachała.
Szła dalej, zamyślona. Patrzyła przed siebie, ale... chyba naprawdę go nie widziała. A przecież znajdował się nie więcej niż sto metrów od niej. Zawołać? A jeśli ona tylko udaje, że go nie widzi? Nie. Niemożliwe. Gdyby udawała, nie patrzyłaby w jego kierunku. Nabrał powietrza, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo Magda nieoczekiwanie skręciła w lewo i zeszła w dół schodkami przy spółce cukrowej.
Chwilę stał bez ruchu, zdezorientowany, a potem popędził za nią. No, może raczej podreptał, bo zmęczone i obolałe mięśnie nie bardzo dawały się zmusić do czegokolwiek. Kiedy dotarł do schodków, Magda właśnie wchodziła do stojącego nieopodal wieżowca.
Andrzej podszedł do drzwi, za którymi zniknęła, i na wszelki wypadek spisał wszystkie nazwiska i numery mieszkań, jakie widniały na domofonie. A potem znalazł wygodną ławeczkę nieopodal i wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w wieżowiec, zjadł ciastka. Sam.
Matka i Alicja, korzystając z tego, że ojciec wyjechał, postanowiły zrobić sałatkę. Nazwały to inaczej, jakoś po włosku, ale Andrzej wyraźnie widział, że potrawa składa się głównie z zielonej sałaty i jakichś śmieci pomiędzy.
- Ojej! - dobiegło z kuchni i po chwili matka stanęła w drzwiach jego pokoju. - Andrzejku, nie skoczyłbyś mi do sklepu? Nie zauważyłam, że oregano się skończyło.
Pytanie było retoryczne, mimo to Andrzej próbował ratować resztki autonomii.
- Mam dużo zadane - użył ogranego chwytu.
- Przecież jutro nie idziesz do szkoły - przypomniała. - No leć, leć, mały spacer dobrze ci zrobi. Siedzisz całymi dniami przed komputerem, poruszaj się trochę, dotleń...
- Ale ja nie wiem, jak to wygląda...
- Jest podpisane. Czytać już chyba się nauczyłeś? O-re-ga-no. Znajdziesz. Wiem, że ci się nie chce, ale leć, tylko szybko, bo potrzebujemy na już. Za to jaka pyszna kolacja dzisiaj będzie!
- Ja bym wolał coś bardziej konkretnego niż zielsko. - Skoro nie da się wykręcić, to może zdoła jakoś na tym skorzystać. - Może zrobisz pizzę, jak już koniecznie chcecie włoską kuchnię? Mogę kupić gotowe spody. Albo chociaż zapiekankę.
- Od pizzy tylko brzuch rośnie. Ale dobrze, za resztę kup sobie, co tam chcesz, na kolację. Tylko w tempie, bo sałatka musi się przegryźć!
Znalazł oregano na półce z przyprawami, z chłodziarki wyjął półmetrową zapiekankę z pieczarkami i serem i wtedy zauważył Roberta przy stoisku monopolowym. W pierwszym odruchu chciał się ukryć między regałami, zaczekać, aż tamten sobie pójdzie. Ale przecież nie można zostawiać nierozwiązanych spraw. Im szybciej się z tym upora, tym lepiej.
Robert ruszył w kierunku kasy. Andrzej wziął głęboki oddech i stanął w kolejce tuż za nim.
- Cześć - zaczął. - Sorry... Tam, w szkole, to nie było specjalnie.
Kolega zmierzył go zimnym spojrzeniem i odwrócił się do kasjerki. Pokazał dowód. Andrzej patrzył, jak płaci za kilka puszek piwa i dwie butelki mocniejszego alkoholu.
- Idziesz na imprezę? - zagaił znowu.
- Nie, na księżyc - prychnął Robert. Sięgnął po puszki i zaczął układać je sobie na zgiętym przedramieniu, jedną obok drugiej. Kasjerka skasowała przyprawy i zapiekankę Andrzeja. Zapłacił.
Robert włożył butelki do kieszeni polaru i wyszedł ze sklepu. Andrzej podążył za nim. Zastanawiał się, czy kontynuować rozmowę, czy odpuścić, kiedy Robert odwrócił się raptownie.
- Czego za mną leziesz, gru... - urwał, bo butelki, wprawione w ruch gwałtownym półobrotem, wysunęły mu się z kieszeni; próbował je złapać, a wtedy upuścił puszki, jedna pękła i siknęła piwem wokoło - ...basie - dokończył w tępym zdumieniu, wpatrując się w rozbite szkło, pogięte puszki i spienioną kałużę alkoholu.
Andrzej pochylił się i podniósł piwo, które przyturlało mu się do stóp.
Robert doskoczył do niego z pałającymi oczami i twarzą wykrzywioną wściekłością.
- Zabiję cię! - wysyczał między jednym przekleństwem a drugim. Chwycił go za kurtkę pod szyją. Szarpnął. - Gdzie się nie obejrzę, wszędzie ty! Pecha mi przynosisz! Uwziąłeś się na mnie czy co? - Zamierzył się jak do uderzenia.
- Straż miejska - powiedział Andrzej.
Uścisk pod szyją zelżał. Robert obejrzał się za siebie. Rzeczywiście, u wylotu ulicy ukazało się dwóch strażników z bloczkami mandatowymi. Przyglądali się zaparkowanym samochodom i nie zamierzali interweniować, ale ta chwila wystarczyła, by Robert nieco ochłonął.
- ?Vete! Zapierrniczaj do sklepu, ale to już! ?Ya! - warknął przez zaciśnięte zęby, wzmacniając wypowiedź kopniakiem.
Andrzej sięgnął do kieszeni i wyciągnął parę drobnych monet, które zostały mu z zakupów.
- Nawet gdybym chciał - powiedział - to mogę ci zafundować co najwyżej chińską zupkę.
Robert przez dobrych parę minut tworzył piętrowe zdanie oparte na porównaniach do najstarszego zawodu świata oraz szczegółach anatomicznych, zanim w końcu wyartykułował problem. Kilka puszek piwa to trochę za mało, by wejść na imprezę i być tam mile widzianym. Andrzejowi zrobiło się go żal.
- Wiesz co? Chodź ze mną do domu, może coś skombinuję z barku - zaproponował po chwili namysłu. - Może być?
- No, ciebie tylko po śmierć posyłać! - wykrzyknęła matka. - Sadziłeś to oregano czy co? Dawaj szybko, bo kolacja się opóźnia! - Podeszła bliżej i podejrzliwie pociągnęła nosem. - Co od ciebie tak jedzie piwem?
- Rozlało się i wdepnąłem. - Całe szczęście, że Robert wolał zostać na dole i nie słyszy tych dialogów.
- Co znaczy "rozlało"? Komu się rozlało?
- Ojejku, komuś. Nie zostawił karteczki z nazwiskiem.
- Trochę dziwnie wdepnąłeś. - Przyjrzała się mokrym plamom na ubraniu. - Chuchnij!
Chuchnął posłusznie, po czym wręczył jej przyprawy i zapiekankę.
- Podgrzejesz mi w piekarniku? - spytał przymilnie.
Kiedy matka zniknęła w kuchni, wpadł do dużego pokoju, chwycił z barku butelkę jakiejś nalewki i wybiegł z domu. Robert na pewno już się niecierpliwi.