Rozdział 1
Aula Politechniki Warszawskiej wypełniona była szumem rozmów, w których rozbrzmiewały echem pojedyncze zdania, urwane śmiechy i pytania o to, gdzie jest sala, w której właśnie zaczynają się zajęcia. Zuza siedziała w trzecim rzędzie i choć trzymała w dłoni długopis, nie notowała ani słowa. Patrzyła w górę na jasne kolumny i wysokie łuki, które sprawiały, że nawet najprostsze zdania wygłaszane ze sceny nabierały powagi, a posadzka z mozaiką odbijała echo kroków tak głośno, iż chwilami wydawało jej się, że to miejsce jest kompletnie inne, nowe, a zarazem niesamowicie realne.
- Basia - odezwała się dziewczyna obok, wyciągając dłoń przed siebie, jakby to, że siedzą razem, było wystarczającym powodem, żeby się poznać. Miała kręcone włosy, aparat na zębach i taki uśmiech, że od razu chciało się odpowiedzieć tym samym. - Jak chcesz, mogę ci później podesłać notatki, bo widzę, że na razie chłoniesz wszystko oczami, zamiast cokolwiek zapisać.
Zuza odwzajemniła uśmiech, ścisnęła jej dłoń i od razu poczuła, że z tą dziewczyną łatwo będzie się dogadać.
- Zuza. I przyjmuję propozycję, bo faktycznie... chyba muszę się jeszcze oswoić z tym wszystkim. Nadal mam wrażenie, że to - Zuza machnęła lekko ręką, podkreślając ogrom sali - na razie tylko moja wyobraźnia.
- Całkowicie rozumiem. - Basia roześmiała się cicho, ściszając głos, po czym dodała szeptem: - Jak ja trafiłam za pierwszym razem na kampus UKSW, też miałam wrażenie, że to jakieś obce uniwersum. Ale tutaj można powiedzieć, że już czuję się jak w domu.
- UKSW? A to nie jest czasem typowo humanistyczna uczelnia?
- W zasadzie tak. Ale wiesz, ja od samego początku nie wiedziałam, na jakie studia się wybrać. Chciałam studiować wszystko - dostałam się nawet na ratownictwo medyczne.
- Co ty mówisz! - Zuza nie mogła wyjść z podziwu. - To skąd taka zmiana?
- W sumie to nie tyle zmiana, co po prostu decyzja. A poza tym na UKSW wyrzucono mnie z poetyki za zbyt odważną interpretację wiersza. Ale o tym opowiem ci innym razem, bo zaraz obie stąd wylecimy.
Po części oficjalnej studenci rozpłynęli się po korytarzach, każdy w swoją stronę, lecz Zuza z Basią trzymały się razem. Z tłumu wyłonił się chłopak z rulonem brystolu pod pachą, a jego wygląd sugerował, że biegał po uczelni co najmniej od rana.
- Krzysiek - rzucił, jakby to było oczywiste, że muszą się poznać. - Szukacie sali do geometrii? Wydrukowałem sobie plan budynku, tylko trochę gubię się w skrzydłach.
- To chodźmy razem - powiedziała Basia. - W grupie łatwiej się zgubić, ale będzie nam raźniej.
Sala miała w sobie coś, czego Zuza nie znała z typowych klas w liceum. Tutaj nawet zapach przywodził na myśl, że skończyła się laba, a zaczyna ciężka praca. Długie stoły były już częściowo zajęte, a prowadzący zajęcia wszedł punktualnie, bez zbędnego powitania, które mogłoby cokolwiek upiększać. Zaczął od tego, że nie będzie łatwo, lecz będzie sprawiedliwie, a potem podał pierwsze zadanie: linie i proste bryły, tak, żeby sprawdzić, kto jak trzyma ołówek i z czym przyszedł.
Ręka Zuzy drżała przy pierwszych kreskach, potem coraz mniej, a gdy spojrzała na kartkę Basi, zobaczyła starannie dopisane notatki i dorysowane miniaturowe rysunki na marginesach - krótkie wskazówki wyglądające jak podsumowanie wykładu. Krzysiek za to rysował za szybko, jakby chciał być pierwszy na mecie.
- To nie zawody - szepnęła Basia, pochylając się w jego stronę.
- Jeszcze nie - odmruknął.
Po zajęciach korytarz znów wypełnił się tłumem. Szukali kolejnej sali, gdy nagle dołączyła do nich dziewczyna w ciemnej bluzie, z włosami związanymi w niski kucyk i powycieranym czarnym plecakiem. Na pierwszy rzut oka wydawała się niedostępna, lecz po chwili okazało się, że to tylko mylne wrażenie.
- Hej, jestem Ilona - przedstawiła się, uśmiechając nieznacznie. - Widziałam, że macie plan budynku. Mogę się podpiąć?
- Jasne - odpowiedziała Zuza. - Każda dodatkowa para oczu się przyda.
- To dla ułatwienia dla nas wszystkich - mój kumpel ma w pobliżu punkt druku, ksero i już obiecał, że będziemy mieć spore zniżki - dodała Ilona, jakby to była najważniejsza karta przetargowa.
Krzysiek parsknął śmiechem.
- To znaczy, że oficjalnie jesteś naszym najcenniejszym nabytkiem.
- Mówcie mi tak jeszcze! - odparła Ilona, a Zuza tylko spojrzała na swoje nowe towarzystwo z poczuciem, że chyba całkiem dobrze trafiła.
Kolejne wykłady okazały się dość... długie, choć interesujące. Na historii sztuki prowadząca mówiła o secesji z takim zaangażowaniem, że nawet ci, którzy początkowo stukali długopisami o blat, przestali i zaczęli patrzeć na slajdy. Ilona od razu wrzuciła linki do materiałów na grupowy czat, Basia notowała równo i szybko, a Zuza przyglądała się zdobieniom fasad i czuła, że to właśnie ta część zajęć daje jej oddech.
Po wszystkim Basia zaproponowała kawę, więc zeszli do bufetu, gdzie napój smakował jak przybrudzona fusami gorąca woda, lecz rozmowa, na szczęście, okazała się wystarczająco pobudzająca. Ustalili, że zrobią wspólny folder na pliki, a zasada jest prosta: nie ma głupich pytań, są tylko te niezadane.
- Skąd jesteś? - Ilona otworzyła pudełko z kanapką i usiadła tak, jakby miała czas na całodniowy piknik, a nie pięć minut przerwy.
- Z Krakowa - odpowiedziała Zuza. - A ty?
- Mokotów. - Wzruszyła ramionami. - Blisko Pól.
- Jakich pól? - zdziwiła się Zuza.
- Miałam na myśli Pola Mokotowskie - doprecyzowała. - Duży park. Dużo ludzi, ale każdy i tak zajęty sobą. Jak będziesz miała gorszy dzień, warto się tam wybrać. Ja z reguły spędzam tam połowę letnich wieczorów.
- To ja chyba szybko się tam wybiorę - rozmarzyła się Zuza.
- Idealna miejscówka do nauki. Co prawda za kilka tygodni wygodniej będzie w kawiarni, ale mimo wszystko warto korzystać, póki jest pogoda - wtrąciła Basia, wkładając zakładki w swoje notatki. - Byłam tam nie raz i zawsze kończyło się na lodach i obserwowaniu psów.
- No to świetnie - podsumował Krzysiek. - Jak ogłoszą zajęcia terenowe, powiemy, że wybieramy Pola Mokotowskie.
- Ty byś poszedł tam z deską kreślarską? - spytała Basia, wyraźnie się z niego nabijając.
- A czemu nie? - odburknął. - Lepsze to niż duszenie się w tych salach.
Zuza uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła ich już za ten ton - trochę ironiczny, czasem poważny, dokładnie taki, jaki odpowiadał jej najbardziej - i tak właśnie powinno być od pierwszego dnia.
Godziny ciągnęły się nieubłaganie, a Zuza miała wrażenie, że kartki zapełniają się wolniej niż w liceum, choć prowadzący mówili szybciej i bez chwili zawahania. Z jednej strony czuła zmęczenie, z drugiej - coraz bardziej nasiąkała atmosferą studiów; tym, że wszyscy wokół byli w tym samym miejscu co ona, że każdy próbował udawać spokojniejszego, niż naprawdę był. W przerwach rozmawiali o tym, kto ma jakie materiały, gdzie najlepiej drukować, choć dzięki Ilonie to już było ogarnięte, a między zajęciami z projektowania a historią sztuki zdążyli żartować tak, jakby znali się dłużej niż kilka godzin. Jednak pod koniec dnia jedyne, o czym marzyła, to porządna kawa.
Po zajęciach wyszła z uczelni zdecydowanie mniej zestresowana niż rano. Ledwie zdążyła zamknąć za sobą drzwi budynku, kiedy w torebce zadzwonił telefon.
- Żyjesz? - Marlena od razu przeszła do rzeczy. - Mamy stolik w Charlotte za pół godziny. Wiesz, który lokal, prawda?
- Tak, właśnie wychodzę z zajęć, więc zaraz dojadę - odpowiedziała.
Droga do Charlotte minęła jej bardzo szybko, choć niejednokrotnie sprawdzała, czy wsiadła w odpowiedni tramwaj. Na szczęście dwadzieścia minut później i kilka ulic dalej lekko maślany aromat unosił się wzdłuż chodnika, zatrzymując na chwilę przechodniów i prowokując ich, żeby zerknęli w stronę przeszklonej witryny. W tym również Zuzę. Drzwi Charlotte co chwilę uchylały się z charakterystycznym brzękiem, wypuszczając na zewnątrz dźwięki miejskiego gwaru - urywane śmiechy, turkot tramwaju z Placu Zbawiciela, stukot obcasów mijających lokal kobiet. W środku panował ciepły rozgardiasz: ekspres syczał, jakby nigdy nie odpoczywał, a kelnerki krążyły z tacami pełnymi filiżanek i talerzyków, na których piętrzyły się jeszcze gorące croissanty.
Zuza i Marlena usiadły przy oknie, w samym rogu, skąd można było jednocześnie patrzeć na ulicę i słuchać, jak w rytm rozmów brzęczą szklanki i sztućce.
- I jak wrażenia? - Marlena przyglądała się jej uważnie.
- Znacznie lepiej, niż się spodziewałam - przyznała Zuza. - Na geometrii ręka trochę mi się trzęsła, ale na historii sztuki było tak ciekawie, że w zasadzie zapomniałam o wszystkim.
- A masz już kogoś od notatek?
- Mam. - Uśmiechnęła się. - W zasadzie, chociaż się tego nie spodziewałam, zebrała nam się fajna ekipa. Baśka robi świetne notatki, Ilona ma znajomego w drukarni, więc tu mamy już załatwione zniżki, a do tego jest jeszcze taki Krzysiek - trochę zakręcony, ale sympatyczny.
Marlena pokiwała głową, jakby to ją uspokoiło.
- To dobrze. Będzie ci łatwiej. Chociaż intryguje mnie ten Krzysiek. - Spojrzała na nią i lekko się zaśmiała. - No dobrze, a jak ci się podoba Warszawa?
- Duża. Inna niż Kraków, ale chyba zaczynam ją lubić.
Rozmowa trwała w najlepsze, gdy do stolika podeszła kelnerka. Zamówiły croissanty i kawę. W międzyczasie Marlena opowiadała o pracy, Zuza o mieszkaniach studenckich, które oglądała, zanim trafiła na to przy Placu Unii. Rozmowa przeskakiwała od biletów, przez ceny w sklepach, aż po Tymona, którego Marlena wspomniała mimochodem.
- Znowu siedzi po uszy w projekcie - mruknęła z lekkim uśmiechem.
- Przecież to jego normalny stan - zauważyła Zuza. - On chyba inaczej nie umie.
- To prawda - przyznała Marlena bez protestu. - A twoja ciotka?
- Nela? Cisza, ale to pewnie przez nawał pracy. Wiesz, odkąd razem z twoim bratem zaczęli wspólnie prowadzić projekty, jakoś robota pali im się w rękach. Z jednej strony nawet się cieszę, bo... odkąd nie ma przy niej Maksa, przynajmniej wiem, że ktoś normalny ma na nią oko.
- A nie myślisz czasami, że Tymon i Nela... że oni mogliby...? - Marlena mrugnęła porozumiewawczo.
- Coś ty. Są dla siebie jak rodzeństwo. Chociaż nie powiem, przez moment sama się nad tym zastanawiałam.
- No dobrze. Słuchaj, zbieramy się? Zaliczymy jeszcze jakiś spożywczak, kupimy coś niezdrowego i może obejrzymy ckliwy film. Pasuje?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo teraz tego potrzebuję.
Wieczorem Zuza usiadła przy biurku. Otworzyła nowy notes i na górze strony zapisała: "PW - dzień 1". Poniżej dopisała krótką listę:
Nowe punkty na mapie do sprawdzenia:
- Pola Mokotowskie,
- kawiarnia przy Placu Zbawiciela,
- biblioteka PW,
- drukarnia (Ilona),
- dotarcie na Nowy Świat bez błądzenia.
Nagle zawibrował telefon. Zuza sięgnęła po niego, a kiedy tylko ujrzała powiadomienie, pośpiesznie otworzyła wiadomość.
Nela: "Bierzemy z Tymonem projekt ogrodu na Mokotowie. Będę w Warszawie szybciej, niż myślisz!".
Zuza uśmiechnęła się pod nosem i odpisała: "Super! Już nie mogłam się doczekać, aż się odezwiesz. A przy okazji - może razem pozwiedzamy Warszawę?".
Chwilę później przyszła kolejna wiadomość.
"Potwierdzamy Twoje przyjęcie do pracy. Pierwszy dyżur: czwartek 12.00-16.00. Daj znać, czy Ci pasuje".
"Oczywiście, dziękuję!" - napisała od razu.
Potem jeszcze raz zerknęła na telefon - żadnych nowych wiadomości poza krótkim "Brzmi świetnie!" od Neli, wysłanym późnym wieczorem - i zamknęła oczy z tym przyjemnym wrażeniem, że miasto zostawiło jej na jutro coś, po co będzie warto wstać. Tramwaj zadźwięczał gdzieś daleko, jakby potwierdzał, że to był całkiem udany dzień.