Miłość po miłości. Tom 1 - Sandi Lynn

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Je­steś naj­pięk­niej­szą panną młodą, jaką wi­dzia­łam.

- Mó­wisz tak, bo je­steś moją mamą - uśmiech­nę­łam się.

Przyj­rza­łam się mo­jej sukni o kroju li­tery A z gor­se­tem wy­szy­wa­nym krysz­tał­kami w kwiaty, które two­rzyły asy­me­tryczną ka­skadę, i opu­ści­łam ręce. Od­wró­ci­łam głowę, żeby się upew­nić, że we­lon trzyma się ide­al­nie na ro­man­tycz­nie upię­tych wło­sach.

- Nie mogę uwie­rzyć, że w końcu wy­cho­dzisz za mąż! - Gi­selle się uśmiech­nęła.

- Wy­glą­dasz jak z ob­razka, Lily Gil­more - po­wie­działa Gret­chen i pstryk­nęła mi zdję­cie te­le­fo­nem.

By­łam strasz­nie zde­ner­wo­wana, dło­nie za­czy­nały mi się po­cić. Nie mo­głam uwie­rzyć, że w końcu nad­szedł ten dzień. Ostatni rok pla­no­wa­nia ide­al­nego ślubu był mę­czący, ale eks­cy­tu­jący. Hun­ter mnie wspie­rał i zga­dzał się na wszystko, co mi się po­do­bało. Wy­daje mi się, że po pro­stu nie chciał się kłó­cić albo było mu wszystko jedno. Nie chciał wiel­kiej uro­czy­sto­ści, wo­lał uciec do Ve­gas i po­brać się w jed­nej z tam­tej­szych ka­plic. Ja za­wsze ma­rzy­łam o wy­staw­nym we­selu i on to ro­zu­miał, więc za­rzu­cił po­mysł z Ve­gas. Poza tym, moja matka za­bi­łaby nas oboje, gdy­by­śmy to zro­bili.

W ko­ściele ze­brali się go­ście, któ­rzy cze­kali na roz­po­czę­cie ce­re­mo­nii.

- Lily, gdzie twoja sio­stra?

- Nie wiem, mamo. Po­wie­działa, że musi coś za­ła­twić i że za­raz wraca.

- Jest twoją druhną, musi tu być, za­raz za­czyna się uro­czy­stość.

Wes­tchnę­łam i wy­szłam z gar­de­roby. Prze­szłam dłu­gim ko­ry­ta­rzem, który pro­wa­dził do ma­łej kuchni. Przy­pusz­cza­łam, że pew­nie wy­szła za ko­ściół za­pa­lić pa­pie­rosa, więc prze­szłam przez kuch­nię i za­trzy­ma­łam się, bo usły­sza­łam od­głosy do­bie­ga­jące z jed­nego z przy­le­głych po­koi. Po­ło­ży­łam dłoń na klamce, na­cis­nę­łam ją i otwo­rzy­łam drzwi. Nic nie przy­go­to­wało mnie na to, co zo­ba­czy­łam.

Za­trza­snę­łam drzwi i wy­bie­głam z ko­ścioła. Serce mi ło­mo­tało, czu­łam mdło­ści. Usły­sza­łam głos bie­gną­cej za mną matki. Za­trzy­ma­łam się, kiedy ka­zała mi sta­nąć. Przy­ło­ży­łam dłoń do czoła i za­czę­łam cho­dzić w kółko, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co zo­ba­czy­łam. Od­dy­cha­łam szybko. Kiedy pod­nio­słam wzrok, zo­ba­czy­łam Hun­tera, który na mnie pa­trzył, i sto­jącą za nim moją sio­strę. Łzy za­częły spły­wać mi po twa­rzy, kiedy pod­cho­dził do mnie wol­nym kro­kiem. Wy­cią­gnę­łam rękę, nim zdą­żył zro­bić trzy kroki.

- Nie waż się do mnie zbli­żać, by­dlaku! - krzyk­nę­łam.

- Lily, Hun­ter, co się stało, do cho­lery? - spy­tała moja matka.

Sta­łam i ce­lo­wa­łam w niego pal­cem.

- Może spy­tasz tego zdrajcę i jego szma­tławą dziwkę, która za nim stoi? - wy­pa­li­łam.

Matka od­wró­ciła głowę i spoj­rzała na moją sio­strę, Brynn. Brynn stała, krę­cąc głową. Po­tem spoj­rzała na Hun­tera. Wo­kół nas zdą­żył się ze­brać tłu­mek, bo go­ście wy­szli z ko­ścioła zo­ba­czyć, co to za za­mie­sza­nie. Matka pa­trzyła na Brynn i Hun­tera w taki spo­sób, że na­bra­łam prze­ko­na­nia, że wie­działa, co ich łą­czy.

- Lily, pro­szę, po­zwól mi... - za­czął Hun­ter.

- Nie chcę sły­szeć ani jed­nego two­jego pie­przo­nego słowa! - krzyk­nę­łam, uci­sza­jąc go.

Sta­łam i czu­łam się mała jak mrówka. Unio­słam obie ręce.

- Cóż, dro­dzy pań­stwo, wy­gląda na to, że dzi­siaj ślubu nie bę­dzie! Chyba że moja sio­stra, dziwka, chce wyjść za tego zdrajcę! - krzyk­nę­łam, ce­lu­jąc pal­cem w Hun­tera.

- Lily, dość! - roz­ka­zała matka.

Spoj­rza­łam na nią z po­gardą i po­de­szłam do niej wol­nym kro­kiem.

- Wie­dzia­łaś, prawda? Wie­dzia­łaś, że się pie­przą za mo­imi ple­cami!

Pa­trzyła na mnie z po­czu­ciem winy. Nie mu­siała nic mó­wić, jej re­ak­cja wszystko wy­ja­śniała. Po­krę­ci­łam głową i spoj­rza­łam na sio­strę, która stała na scho­dach i pła­kała.

- Dla­czego pła­czesz? Chyba tego chcia­łaś? Mo­żesz go so­bie wziąć, sio­strzyczko, bo je­ste­ście dla sie­bie stwo­rzeni!

Gi­selle i Gret­chen ru­szyły za mną, wsia­dły­śmy do li­mu­zyny i wró­ci­ły­śmy do ho­telu. We­szły­śmy do po­koju, usia­dłam na łóżku. Na­dal mia­łam na so­bie ślubną suk­nię. Łzy po­pły­nęły mi z oczu je­dy­nie przed ko­ścio­łem, cały czas by­łam w szoku. Gi­selle usia­dła przy mnie, po­wie­działa, że nie mu­szę po­wstrzy­my­wać łez, a ja się roz­kle­iłam, kiedy mnie przy­tu­liła. Gret­chen po­de­szła do nas, usia­dła z dru­giej strony i sie­dzia­ły­śmy tak, obej­mu­jąc się we trzy.

- Wszystko bę­dzie do­brze, Lily - wy­szep­tała Gret­chen.

- Jak on mógł mi to zro­bić? - szlo­cha­łam.

- To du­pek, le­piej, że do­wie­dzia­łaś się te­raz - po­wie­działa Gi­selle.

- Ona ma ra­cję, ko­chana, le­piej te­raz niż za pięć lat - ode­zwała się Gret­chen.

Po­cią­gnę­łam no­sem, a Gi­selle po­dała mi chu­s­teczki.

- Co te­raz zro­bisz? - spy­tała Gret­chen.

- Gret­chen! - zga­niła ją Gi­selle.

- Nic się nie stało. Nie wiem, co zro­bię. Nie mogę wró­cić do domu, nie mogę spoj­rzeć w oczy mo­jej ro­dzi­nie. Nie mogę uwie­rzyć, że matka wie­działa o Hun­te­rze i Brynn. Jak mo­gła zro­bić mi coś ta­kiego po tym, co prze­żyła z oj­cem?

- Nie wiem, skar­bie, prze­gięła z tym, że ci nie po­wie­działa. A twoja sio­stra? Mój Boże, dla­czego zro­biła ci coś ta­kiego?

- Chyba mi nie­do­brze. - Ze­rwa­łam się z łóżka, po­bie­głam do ła­zienki i za­trza­snę­łam za sobą drzwi.

W ho­te­lo­wym po­koju spę­dzi­łam cały ty­dzień. Z łóżka wsta­wa­łam tylko do ła­zienki. Te­le­fon mia­łam wy­łą­czony i ka­te­go­rycz­nie za­ka­za­łam Gi­selle i Gret­chen mó­wić ko­mu­kol­wiek, gdzie się za­trzy­ma­łam. Po­szły ku­pić mi nowy te­le­fon, żeby mieć ze mną kon­takt, bo mu­siały wra­cać do pracy, do Ka­li­for­nii. Ob­sługę ho­te­lową wzy­wa­łam, kiedy mia­łam ochotę, ale głów­nie pa­trzy­łam w su­fit i roz­my­śla­łam o tym, że za­wa­lił mi się świat. Pła­ka­łam, aż wy­da­wało mi się, że oczy mi wy­padną. Nie ro­zu­mia­łam, dla­czego Hun­ter mi to zro­bił. O, nie. Dla­tego że jest męż­czy­zną, a męż­czyźni tak się za­cho­wują. Są zdraj­cami i kłam­li­wymi by­dla­kami, któ­rzy nie są w sta­nie do­cho­wać wier­no­ści jed­nej ko­bie­cie. Wszy­scy są jed­na­kowi? Za­czy­na­łam w to wie­rzyć. A do tego moja sio­stra.

Była środa, więc wie­dzia­łam, że matka bę­dzie na ze­bra­niu or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, a sio­stra na obie­dzie z przy­ja­ciółmi. Spę­dzały tak każdą środę. Kiedy tak­sówka pod­je­chała pod dom, przez mi­nutę wpa­try­wa­łam się w okno.

- Wy­siada pani? - spy­tał kie­rowca.

Spoj­rza­łam na niego i do­piero po mi­nu­cie do­tarło do mnie, co po­wie­dział.

- Tak, prze­pra­szam.

Za­pła­ci­łam mu, wy­sia­dłam i sta­nę­łam przed dłu­gim krę­tym pod­jaz­dem pro­wa­dzą­cym do je­dy­nego domu, jaki w ży­ciu mia­łam. Po­woli we­szłam do środka i upew­ni­łam się, czy ni­kogo nie ma. Nie mo­głam spo­tkać się z ro­dziną po tym, co mi zro­bili. We­szłam na górę do mo­jego po­koju, szybko wy­ję­łam wa­lizki z szafy i za­czę­łam wrzu­cać do nich naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Mu­sia­łam zdą­żyć, za­nim ktoś wróci do domu. Chwy­ci­łam ubra­nia z szafy, przy­bory do ma­ki­jażu, sta­niki, bie­li­znę i buty. Mia­łam spa­ko­wane dwie wa­lizki i by­łam go­towa do wyj­ścia. Otwo­rzy­łam górną szu­fladę biurka, wy­cią­gnę­łam ksią­żeczkę cze­kową, sta­nę­łam w progu i ro­zej­rza­łam się po po­koju. Ze­szłam z wa­liz­kami po scho­dach. Kiedy pod­cho­dzi­łam do drzwi, otwo­rzyły się i do środka we­szła matka. Za­marła, kiedy mnie zo­ba­czyła i łzy na­pły­nęły jej do oczu.

- Lily, có­reczko, tak się o cie­bie mar­twi­łam. Gdzie by­łaś?

Spoj­rza­łam na nią su­rowo i w jed­nej chwili po­czu­łam, że robi mi się nie­do­brze.

- Nie­ważne, gdzie by­łam. Ważne jest tylko to, że wy­jeż­dżam i nie chcę mieć z tą ro­dziną nic wspól­nego. To, co mi zro­bi­łaś, nie mó­wiąc mi o Brynn i Hun­te­rze, jest nie­wy­ba­czalne. Po­ma­ga­łaś mi pla­no­wać ślub, wie­dząc, że pie­przy moją młod­szą sio­strę. Mia­łaś za­miar po­zwo­lić mi wyjść za zdrajcę i kłamcę. Co z cie­bie za matka?! - roz­pła­ka­łam się.

- Lily, pro­szę, mu­sisz zro­zu­mieć, że pró­bo­wa­łam cię chro­nić, a on mi przy­rzekł, że to skoń­czone - po­wie­działa, pod­cho­dząc do mnie z wy­cią­gnię­tymi rę­kami.

- Nie waż się zro­bić ani kroku wię­cej! - wark­nę­łam. - Nie je­stem taka jak ty i nie będę żyła tak jak ty.

Wy­szłam z domu, przy­sta­nę­łam, od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na matkę, która stała i pła­kała.

- Ta ro­dzina dla mnie nie ist­nieje. Po­wiedz mo­jej młod­szej sio­strze, że mam na­dzieję, że będą żyli z Hun­te­rem długo i szczę­śli­wie. Mi­łego ży­cia, mamo.

Wrzu­ci­łam wa­lizki na tył mo­jego SUV-a explo­rera, wsia­dłam, od­pa­li­łam auto, a matka wy­bie­gła za mną.

- Pro­szę, Lily, wy­bacz mi, nie rób nam tego. Bę­dziesz tego ża­ło­wać.

- Ża­łuję tylko tego, że by­łam czę­ścią tej za­kła­ma­nej ro­dziny! - wy­pa­li­łam, wy­je­cha­łam z pod­jazdu i ru­szy­łam przed sie­bie, naj­da­lej od tego miej­sca, jak się tylko da. Wie­dzia­łam je­dy­nie to, że nie mogę zo­stać w Se­at­tle. Mu­sia­łam znik­nąć i roz­po­cząć nowe ży­cie.

Je­cha­łam przez około trzy go­dziny, aż za­pa­liła mi się kon­tro­lka pa­liwa. Do­tar­łam do Por­t­land w Ore­go­nie. Pod­je­cha­łam na sta­cję ben­zy­nową i otwo­rzy­łam to­rebkę, żeby wy­jąć kartę kre­dy­tową i za­mar­łam, kiedy zo­ba­czy­łam dwa bi­lety na Arubę, która miała być ce­lem mo­jej po­dróży po­ślub­nej. Mie­li­śmy wy­ru­szać ju­tro, bo Hun­ter nie mógł wziąć dwóch ty­go­dni urlopu dzień po ślu­bie. Na­la­łam ben­zyny do expo­lo­rera i pod­je­cha­łam do ma­łego targu. Wy­ję­łam apa­rat fo­to­gra­ficzny i po­sta­no­wi­łam, że będę ro­bić zdję­cia w każ­dym miej­scu, w któ­rym się za­trzy­ma­łam. Chcia­łam stwo­rzyć al­bum z po­dróży do no­wego ży­cia. Ro­bi­łam zdję­cia skle­pów, zna­ków dro­go­wych i lu­dzi. Był piękny, cie­pły, sło­neczny dzień. Za­uwa­ży­łam ka­wiar­nię ze sto­li­kami na ze­wnątrz. Nie by­łam głodna, ale ostat­nio ja­dłam kilka do­brych go­dzin temu. Usia­dłam przy sto­liku i zło­ży­łam za­mó­wie­nie u kel­nerki. Ro­zej­rza­łam się, wdy­cha­jąc świeże po­wie­trze, i za­uwa­ży­łam parę sie­dzącą kilka sto­li­ków da­lej. Trzy­mali się za ręce, ro­ze­śmiani. Chło­pak był przy­stojny, to nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, a jego dziew­czyna bar­dzo ładna. W jego uśmie­chu było coś, co mnie po­ru­szyło. Wy­glą­dali na szczę­śli­wych i spra­wiali wra­że­nie bar­dzo za­ko­cha­nych. Chwy­ci­łam apa­rat i zro­bi­łam im zdję­cie.

Zja­dłam obiad, wy­pi­łam dwie szklanki mro­żo­nej her­baty i sięg­nę­łam po to­rebkę, żeby za­pła­cić ra­chu­nek. Bi­lety wy­pa­dły na be­to­nowy chod­nik. Schy­li­łam się, pod­nio­słam je i trzy­ma­łam, wpa­tru­jąc się w nie. Zo­sta­wi­łam pie­nią­dze na sto­liku i po­de­szłam do szczę­śli­wej pary, któ­rej się przy­glą­da­łam, od­kąd usia­dłam.

- Dzień do­bry, wiem, że to dziwne, ale mam dwa bi­lety lot­ni­cze na Arubę. Lot jest ju­tro i chcę je pań­stwu dać.

Oboje spoj­rzeli na mnie jak na wa­riatkę.

- Pani nie leci? - spy­tała oszo­ło­miona ko­bieta.

- Nie, coś mi wy­pa­dło, mój na­rze­czony i ja nie bę­dziemy mog­li po­le­cieć. Nie chcę, żeby prze­pa­dły, a wy­daje mi się, że by­łoby pań­stwu miło na Aru­bie.

Spoj­rzała na niego, oboje spoj­rzeli na mnie.

- Za­płacę pani za bi­lety - po­wie­dział chło­pak, się­ga­jąc do kie­szeni po port­fel.

- Nie, pro­szę je wziąć. Nie chcę pie­nię­dzy. Pro­szę mi tylko obie­cać, że będą się pań­stwo do­brze ba­wić. - Po­ło­ży­łam bi­lety na sto­liku i za­czę­łam się od­da­lać.

- Chwi­leczkę! - krzyk­nęła dziew­czyna. - Dzię­ku­jemy - uśmiech­nęła się.

- Po­trak­tuj­cie to jako pre­zent, od­płać­cie kie­dyś ko­muś in­nemu - uśmiech­nę­łam się i wró­ci­łam do explo­rera.

Roz­dział 2

- No to, Lily, po­wiedz nam coś o Sa­mie, co mię­dzy wami jest? - Gret­chen uśmiech­nęła się i mu­snęła dło­nią moją nową ka­napę.

- Nic mię­dzy nami nie ma! - krzyk­nę­łam. - Po­mógł mi wnieść kar­tony, to wszystko!

- Ale po­szłaś z nim na kawę - wtrą­ciła Gi­selle.

- Spro­sto­wa­nie: po­je­cha­li­śmy po kawę na wy­nos. Poza tym, jest ge­jem.

- O, nie! Nie­moż­liwe! - jęk­nęła Gret­chen.

- Ow­szem, jest ge­jem, a Luke jest jego chło­pa­kiem. - Za­czę­łam roz­pa­ko­wy­wać kar­ton z ku­chen­nymi rze­czami.

- Wielka szkoda - po­wie­działa Gi­selle. - Wy­gląda na mi­łego chło­paka, byłby dla cie­bie ide­alny.

- Przede wszyst­kim, nie je­stem za­in­te­re­so­wana. Skoń­czy­łam z fa­ce­tami, za­po­mnia­łaś? A po dru­gie, zna­cie go od dzie­się­ciu se­kund. Skąd wie­cie, że byłby dla mnie ide­alny?

- To wi­dać - stwier­dziły jed­no­cze­śnie Gi­selle i Gret­chen.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Chodź­cie, po­móż­cie mi usta­wić te me­ble.

Prze­su­wa­ły­śmy me­ble po sa­lo­nie, aż zna­la­zły się w ide­al­nym po­ło­że­niu. Przy­je­chał też kom­plet do sy­pialni i więk­szość kar­to­nów zo­stała roz­pa­ko­wana.

- Co to jest? - spy­tała Gi­selle, trzy­ma­jąc pu­dło z na­pi­sem: "Al­bum".

- Zdję­cia, które ro­bi­łam po wy­jeź­dzie z Se­at­tle. Mia­łam za­miar zro­bić al­bum na pa­miątkę po­czątku no­wego ży­cia. Ale przez to, że zo­sta­łam w Por­t­land, nie ma ich zbyt wiele. Scho­waj je do szafy, któ­re­goś dnia je przej­rzę.

- Aha, do­bra - skwi­to­wała i ru­szyła w stronę sy­pialni. Po kilku mi­nu­tach wró­ciła z moją gi­tarą. - Chyba nie bę­dziesz tego trzy­mać w sza­fie?

Spoj­rza­łam na nią i na gi­tarę.

- A, za­po­mnia­łam o niej. Scho­wa­łam ją, żeby się nie znisz­czyła przy roz­pa­ko­wy­wa­niu i prze­su­wa­niu. Dzięki, Gi­selle, po­staw ją w ką­cie w sy­pialni.

- Umie­ram z głodu! - wy­pa­liła Gi­selle.

- Ja też - do­dała Gret­chen.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek, była szó­sta po po­łu­dniu i uświa­do­mi­łam so­bie, że przez cały dzień nic nie ja­dłam.

- Za­mówmy pizzę i sa­łatkę - za­pro­po­no­wa­łam.

- Nie­zła myśl, gdzie masz fol­dery knajp? - spy­tała Gret­chen.

- Chyba za­po­mnia­łaś, że wpro­wa­dzi­łam się wczo­raj w nocy, nie mam żad­nych fol­de­rów - ro­ze­śmia­łam się.

- Mam po­mysł. Za­pu­kajmy do są­sia­dów, może Sam ma menu ja­kiejś piz­ze­rii? - Gi­selle pu­ściła do mnie oko.

- Mam po­mysł. Może po­szu­kasz w te­le­fo­nie? - od­par­łam.

Gi­selle prze­wró­ciła oczami i aku­rat w tej chwili roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Po­de­szłam i przez wi­zjer zo­ba­czy­łam Sama, sto­ją­cego po dru­giej stro­nie. Otwo­rzy­łam i z za­sko­cze­niem do­strzeg­łam, że trzyma dwie pizze i dużą brą­zową torbę.

- Sam, co to ma zna­czyć? - spy­ta­łam, wska­zu­jąc pizze.

- Po­my­śla­łem, że pew­nie coś by­ście zja­dły po ca­łym dniu cięż­kiej pracy - uśmiech­nął się.

- Wejdź, dzię­ku­jemy. - Ja też się uśmiech­nę­łam.

- Ży­cie nam ra­tu­jesz! - oznaj­miła Gret­chen, po­de­szła do niego i po­ca­ło­wała go w po­li­czek. - Umie­ramy z głodu.

- Bar­dzo miło z two­jej strony, że o nas po­my­śla­łeś, Sam. Pójdę po port­fel, ile ci je­stem winna?

- Nic, ja sta­wiam. Po­trak­tuj­cie to jako pre­zent po­wi­talny - po­wie­dział.

- Nie mu­sia­łeś tego ro­bić, ale dzię­ku­jemy. Za­pra­szamy, przy­łącz się do nas.

- Bar­dzo chęt­nie.

Wy­ję­łam z szafki ta­le­rze, z szu­flady wi­delce i usia­dłam przy stole obok Sama. Gret­chen zdą­żyła już do­brać się do pa­lusz­ków chle­bo­wych, a Gi­selle otwo­rzyła sa­łatkę. Sam wziął z pu­dełka ka­wa­łek pizzy, po­ło­żył go na moim ta­le­rzu i uśmiech­nął się do mnie.

- Dzię­kuję - wy­szep­ta­łam.

- Nie ma za co - od­po­wie­dział rów­nież ci­cho.

- Mógł­byś za­pro­sić do nas Luke'a - za­pro­po­no­wa­łam Sa­mowi.

- Już go za­pra­sza­łem, ale nie ma ochoty. Po­wie­dzia­łem, że bę­dziemy mieli to­wa­rzy­stwo trzech pięk­nych ko­biet i pyszne je­dze­nie, więc jego strata.

- I co on na to? - spy­ta­łam.

- Że ni­czego mu nie po­trzeba i że­bym po­szedł sam.

Wsta­łam, wzię­łam bu­telkę wina, którą przy­wio­zły Gi­selle i Gret­chen. Wy­ję­łam z szafki kie­liszki i po­sta­wi­łam je na stole. Sam wstał, otwo­rzył bu­telkę i na­peł­nił wszyst­kie kie­liszki. Uniósł swój, żeby wznieść to­ast.

- Za moją nową są­siadkę, Lily. Że­by­śmy się za­przy­jaź­nili i spę­dzili wspól­nie wiele mi­łych chwil.

Uśmiech­nę­li­śmy się wszy­scy i stuk­nę­li­śmy kie­lisz­kami.

- Dzię­kuję, Sam.

Przez dwie go­dziny roz­ma­wia­li­śmy o pracy. Sam jest ar­chi­tek­tem i pra­cuje dla zna­nej pra­cowni Glas­sman and Fil­l­more. Ja opo­wie­dzia­łam o mo­jej mi­ło­ści do fo­to­gra­fii i o tym, że je­stem na­uczy­cielką i to wła­śnie spro­wa­dziło mnie do Santa Mo­nica. Gret­chen i Gi­selle opo­wie­działy o ka­rie­rze mo­de­lek i eg­zo­tycz­nych miej­scach, w któ­rych były. Zro­biło się późno, Gret­chen i Gi­selle po­sta­no­wiły wra­cać do domu. Uści­ska­łam je na po­że­gna­nie, a Sam od­pro­wa­dził dziew­czyny do sa­mo­chodu.

Sprzą­ta­łam w kuchni, kiedy do­sta­łam wia­do­mość od Gret­chen.

"Za­ko­cha­łam się w Sa­mie. Dla­czego musi być ge­jem?"

Uśmiech­nę­łam się i po­krę­ci­łam głową.

"Są nimi na ogół wszy­scy fajni fa­ceci" - od­pi­sa­łam.

Do­koń­czy­łam sprzą­ta­nie i spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Była za pięt­na­ście trze­cia w nocy. Zga­si­łam świa­tło i po­szłam do ła­zienki. Od­krę­ci­łam wodę w prysz­nicu, ro­ze­bra­łam się i we­szłam do ka­biny. To był długi dzień, chcia­łam stać pod stru­mie­niem go­rą­cej wody wiecz­nie. Kiedy zdo­ła­łam wy­do­być się spod prysz­nica, wło­ży­łam pi­żamę i spoj­rza­łam na gi­tarę, sto­jącą w ką­cie sy­pialni. Po­de­szłam do niej i ją pod­nio­słam. Usia­dłam na łóżku i za­czę­łam brzdą­kać. W moim umy­śle po­ja­wiły się wspo­mnie­nia ojca. Za­czę­łam grać pio­senkę, którą śpie­wał mi, kiedy by­łam mała. Kiedy skoń­czy­łam, znów spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Była czwarta. Odło­ży­łam gi­tarę na sto­jak, po­ło­ży­łam się w moim no­wym łóżku i mo­dli­łam się o spo­kojny sen.

Otwo­rzy­łam szybko oczy, bu­dząc się z kosz­maru. Ze­ga­rek wska­zy­wał szó­stą rano, spa­łam tylko dwie go­dziny.

Le­ża­łam w łóżku, ale prze­wra­ca­łam się z boku na bok. Nie było szans, że­bym znów za­snęła. Nie da­wała mi spo­koju myśl, że ju­tro za­czy­nam uczyć. Ko­cha­łam dzieci i ko­cha­łam je uczyć, ale ko­cha­łam też fo­to­gra­fię i to jej chcia­łam się po­świę­cić. Mam dwa­dzie­ścia sześć lat i cią­gle nie zde­cy­do­wa­łam, jak ma wy­glą­dać moje ży­cie. My­śla­łam, że spę­dzę je z Hun­te­rem. Było do­kład­nie za­pla­no­wane. Mie­li­śmy się po­brać, mieć dwoje dzieci i za­miesz­kać w domku z bia­łym pło­tem ze szta­chet. Ja mia­łam zaj­mo­wać się fo­to­gra­fią, przy oka­zji wy­cho­wu­jąc dzieci, a on miał wra­cać do domu z pracy, mie­li­śmy jeść ra­zem obiad, który mia­łam przy­go­to­wy­wać przez cały dzień.

Czy aż tak by­łam zde­spe­ro­wana, żeby od­na­leźć tro­chę nor­mal­no­ści?

Wsta­łam, wło­ży­łam fajną, krótką pla­żową su­kienkę w kwia­towy wzór, którą ku­pi­łam przed prze­pro­wadzką tu­taj. Za­wlo­kłam się do kuchni, żeby na­pić się kawy. Cho­lera, za­po­mnia­łam ją ku­pić. Wes­tchnę­łam. Za­sta­na­wia­łam się, czy Sam się już obu­dził. Po­de­szłam do ściany i przy­tknę­łam do niej ucho. Nie wie­dzia­łam, jaki roz­kład ma jego miesz­ka­nie, ale za­ry­zy­ko­wa­łam i lekko za­pu­ka­łam w ścianę. Uśmiech­nę­łam się, kiedy usły­sza­łam pu­ka­nie. Po­de­szłam do są­sied­nich drzwi i za­pu­ka­łam. Wes­tchnę­łam, kiedy się otwo­rzyły i zo­ba­czy­łam w nich Luke'a w gra­na­to­wych spodniach od pi­żamy, które trzy­mały się tuż po­ni­żej li­nii bio­der. Po­czu­łam się nie­swojo i za­czę­łam się wier­cić.

- Mogę ci w czymś po­móc? - spy­tał Luke, pa­trząc na mnie.

- Hm, cześć, mia­łam na­dzieję, że jest Sam - po­wie­dzia­łam ner­wowo.

- Nie, nie ma go.

Ton jego głosu da­wał do zro­zu­mie­nia, że mu prze­szka­dzam.

- Aha, w ta­kim ra­zie za­dzwo­nię do niego póź­niej. - Od­wró­ci­łam się i mia­łam za­miar wró­cić do miesz­ka­nia.

- Chwi­leczkę, po­trze­bu­jesz cze­goś? - spy­tał.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na niego. Był ob­ce­sowy, ale z całą pew­no­ścią był naj­sek­sow­niej­szym fa­ce­tem, ja­kiego w ży­ciu wi­dzia­łam.

- Chcia­łam spy­tać, czy mo­gła­bym po­ży­czyć tro­chę kawy. Za­po­mnia­łam wczo­raj ku­pić, a od kawy je­stem uza­leż­niona i po­trzebna mi na­tych­miast.

Ką­ciki jego warg unio­sły się w lek­kim uśmie­chu.

- Wejdź. - Od­su­nął się.

Kiedy we­szłam do środka, za­sko­czyła mnie wiel­kość miesz­ka­nia. Jak wi­dać, na­rożne miesz­ka­nie ma swoje za­lety.

- Jaką pi­jesz? - spy­tał, otwie­ra­jąc lo­dówkę.

- Czarną, ale nie rób so­bie kło­potu, po­ży­czę tro­chę i za­pa­rzę u sie­bie.

- Po­wie­dzia­łaś, że mu­sisz się na­pić szybko, a ja mam już za­pa­rzoną, więc weź ku­bek i wy­pij - wark­nął.

- Do­brze - wy­ją­ka­łam ner­wowo.

Wy­pi­łam łyk i ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Było nie­ska­zi­telne, wszystko znaj­do­wało się na swoim miej­scu. Ciem­no­brą­zowe skó­rzane me­ble stały na tle be­żo­wych ścian, a na jed­nej z nich wi­siał sześć­dzie­się­cio­pię­cio­ca­lowy te­le­wi­zor. Czu­łam się skrę­po­wana, ale nie mo­głam wyjść, do­póki nie wy­piję kawy.

- Je­steś jedną z nie­wielu zna­nych mi osób, które lu­bią czarną kawę - po­wie­dział ni z tego, ni z owego Luke, na­le­wa­jąc so­bie kawy, a po­tem wy­pił łyk.

Usia­dłam na stołku przy ku­chen­nym barku. Luke opie­rał się o blat na­prze­ciwko mnie. Nie mo­głam za­pa­no­wać nad wzro­kiem, który błą­dził po jego ide­al­nie za­ry­so­wa­nych mię­śniach brzu­cha i wy­rzeź­bio­nym ciele. Tre­no­wał, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Chyba nad­szedł czas na od­no­wie­nie związku z moim chło­pa­kiem na ba­te­rie. Nie mo­głam nie za­uwa­żyć bli­zny na pra­wym bio­drze i na ple­cach.

- Coś ze mną nie tak? - spy­tał.

Mój wzrok po­wę­dro­wał do jego oczu.

- Nie, czemu py­tasz?

- Nie wiem, tak ja­koś mi się przy­pa­tru­jesz.

Mia­łam ochotę umrzeć. Jego ciało mnie za­fa­scy­no­wało i on to za­uwa­żył. Czu­łam się w tej chwili strasz­nie upo­ko­rzona, mu­sia­łam coś szybko wy­my­ślić.

- O czym my­śla­łaś? - spy­tał, pod­cho­dząc bli­żej i po­chy­lił się nad bla­tem przede mną.

Ką­tem oka do­strze­głam przy te­le­wi­zo­rze gi­tarę.

- Kto gra na gi­ta­rze? - za­gad­nę­łam szybko, żeby zmie­nić te­mat.

- Ja.

- Faj­nie - od­po­wie­dzia­łam.

Pod­szedł do gi­tary i zdjął ją ze sto­jaka. Przy­niósł ją i mi po­dał. Pa­trzy­łam na niego zdez­o­rien­to­wana.

- Masz, za­graj tę pio­senkę, którą gra­łaś w nocy - po­pro­sił.

- Sły­sza­łeś? - spy­ta­łam.

- Tak. Wi­dzisz moją ka­napę? Tam jest twoja sy­pial­nia.

- Och, prze­pra­szam, je­żeli cię obu­dzi­łam.

- Nie obu­dzi­łaś, nie spa­łem. Za­grasz tę pio­senkę?

Wzię­łam od niego gi­tarę i po­ło­ży­łam so­bie na ko­la­nach. Uło­ży­łam palce na gry­fie i za­czę­łam grać. On wziął mój pu­sty ku­bek i do­lał mi kawy. Po­sta­wił go przede mną, a ja gra­łam pio­senkę, którą chciał usły­szeć.

- Kto cię na­uczył grać? - Oparł się o ścianę.

- Oj­ciec - od­po­wie­dzia­łam, wy­do­by­wa­jąc ostatni akord.

- Co to za pio­senka?

- Śpie­wał mi ją oj­ciec. Nosi ty­tuł: Moja mała có­reczka.

Spoj­rzał na mnie z miną bez wy­razu. Od­da­łam mu gi­tarę.

- Twoja ko­lej.

- Nie! Nie za­gram - wark­nął i wró­cił do kuchni.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć czy my­śleć. Chwilę temu był miły, a za­raz po­tem za­czyna za­cho­wy­wać się, jak­bym mu prze­szka­dzała. Był jak ko­bieta z ostrym sta­nem na­pię­cia przed­mie­siącz­ko­wego. Wsta­łam.

- Dzięki za kawę, po­wiedz Sa­mowi, że by­łam - rzu­ci­łam pew­nym to­nem.

Nie ode­zwał się do mnie sło­wem, wy­glą­dał przez ku­chenne okno, opie­ra­jąc się dłońmi o blat. Otwo­rzy­łam drzwi, żeby wyjść. Stał w nich Sam.

- Cześć, Lily. Dzień do­bry - po­wie­dział ze zdu­mie­niem na twa­rzy.

- Po­wiedz swo­jemu kum­plowi, że po­wi­nien na­uczyć się dob­rych ma­nier wo­bec ko­biet - wark­nę­łam.

Wró­ci­łam do mo­jego miesz­ka­nia, a Sam po­szedł za mną.

- Co się stało, do cho­lery?

- Jest po pro­stu nie­grzeczny, Sam.

Sam pod­szedł do mnie i po­ło­żył mi dło­nie na ra­mio­nach.

- Po­słu­chaj, Luke jest na­prawdę świet­nym fa­ce­tem, kiedy się go le­piej po­zna. Miał bar­dzo ciężki rok, sta­ram się mu po­móc.

- Cóż, ja też mia­łam ciężki rok, ale nie od­no­szę się cham­sko do lu­dzi.

- Po­słu­chaj mnie, kiedy mó­wię, że trzeba mu tro­chę od­pu­ścić. Pew­nie jest przy to­bie zde­ner­wo­wany, bo je­steś taka piękna.

Spoj­rza­łam na niego sko­ło­wana.

- Chcę cię o coś po­pro­sić - po­wie­dział. - Mo­gła­byś mi dać nu­mer Gret­chen?

Spoj­rza­łam na niego znowu i po­krę­ci­łam głową, wy­cią­ga­jąc ręce.

- Za­raz, za­raz, za­raz. Po co ci nu­mer Gret­chen?

Sam się skrzy­wił.

- Chcę ją za­pro­sić na randkę - od­po­wie­dział.

- Na randkę? - po­wtó­rzy­łam, zu­peł­nie za­sko­czona.

- Masz coś prze­ciwko temu, że­bym umó­wił się na randkę z twoją przy­ja­ciółką? - spy­tał, po­sy­ła­jąc mi dziwne spoj­rze­nie.

- Je­steś ge­jem, dla­czego miał­byś się uma­wiać z Gret­chen? Co z Lu­kiem? Chyba nie ucie­szyłby się, że jego chło­pak uma­wia się na randkę z ko­bietą?

Sam cof­nął się o krok.

- Nooo nie, chwi­leczkę. Masz mnie za geja?! - ro­ze­śmiał się.

Na mo­jej twa­rzy od­ma­lo­wało się prze­ra­że­nie.

- A nim nie je­steś? - spy­ta­łam ostroż­nie.

- My­śla­łaś, że ja i Luke je­ste­śmy ze sobą?! - po­wie­dział, na­dal się śmie­jąc.

- O, mój Boże. - Od­wró­ci­łam się za­wsty­dzona.

Sam chwy­cił mnie i ob­jął.

- Je­steś taka za­bawna, Lily. Dawno się tak nie uśmia­łem.

Sta­łam, wci­ska­jąc nos w jego pierś. Po­kle­pa­łam go po ple­cach.

- Cie­szę się, że po­tra­fię cię roz­ba­wić.

- I co z tym nu­me­rem? - uśmiech­nął się.

- Daj mi swój te­le­fon. - Wy­cią­gnę­łam rękę. Wpro­wa­dzi­łam nu­mer mo­jego te­le­fonu, te­le­fonu Gret­chen i Gi­selle. - Na wy­pa­dek gdy­byś chciał mnie zła­pać, kiedy nie bę­dzie mnie w domu.

Sam się uśmiech­nął i wziął ode mnie te­le­fon. Po chwili ode­zwała się moja ko­mórka. Po­de­szłam do blatu, pod­nio­słam ją i zo­ba­czy­łam wia­do­mość.

"Te­raz masz i mój nu­mer, gdy­byś kie­dy­kol­wiek chciała po­ga­dać".

Spoj­rza­łam na niego z uśmie­chem.

- Idź, za­dzwoń do Gret­chen. Po­do­basz jej się, ale nie mów, że ci to po­wie­dzia­łam.

Sam pu­ścił do mnie oko, ro­ze­śmiał się i wy­szedł z mo­jego miesz­ka­nia.

Rozdział 1

Rok póź­niej...

Wsu­nę­łam klucz do zamka i otwo­rzy­łam drzwi. Po­woli na­ci­snę­łam klamkę i we­szłam do mo­jego no­wego miesz­ka­nia. Po­sta­wi­łam wa­lizki i wzię­łam głę­boki od­dech. Wci­snę­łam włącz­nik świa­tła na ścia­nie przy drzwiach i ro­zej­rza­łam się. Me­ble, które za­mó­wi­łam przez in­ter­net, zdą­żyły już do­trzeć i stały po­roz­sta­wiane po ca­łym po­koju. Wy­na­ję­łam to miesz­ka­nie na pod­sta­wie zdjęć za­miesz­czo­nych w in­ter­ne­cie. Prze­szłam się, żeby oce­nić miej­sce. Ja­sno­szare ściany i białe sztu­ka­te­rie nada­wały mu tra­dy­cyj­nego cha­rak­teru. Sofa i sze­roki fo­tel w od­cie­niu ba­kła­żana, które ku­pi­łam, do­sko­nale pa­so­wały do wnę­trza, tak jak szklany stół ka­wowy i sto­liki boczne. Prze­szłam ko­ry­ta­rzem do sy­pialni. Włą­czy­łam świa­tło i wpa­try­wa­łam się w pu­stą prze­strzeń. Ze­staw sy­pial­niany miał zo­stać do­star­czony na­stęp­nego dnia. Było późno, by­łam wy­czer­pana po czter­na­sto­go­dzin­nej jeź­dzie z Por­t­land do Santa Mo­nica. Mój explo­rer był pe­łen pu­deł, które mu­siały po­cze­kać do rana. W tej chwili chcia­łam tylko wy­god­nej ka­napy.

Ostatni rok spę­dzi­łam w Por­t­land, kiedy ze­psuło mi się auto i było w na­pra­wie przez dwa ty­go­dnie. Chyba można po­wie­dzieć, że miej­sce mnie wcią­gnęło i wła­ści­wie nie mia­łam do­kąd po­je­chać. Wy­na­ję­łam miesz­ka­nie, pod­ję­łam pracę jako nie­za­leżny fo­to­graf dla miej­sco­wej ga­zety i przez parę mie­sięcy pra­co­wa­łam też na za­stęp­stwie w szkole pod­sta­wo­wej. Jak wy­lą­do­wa­łam w Santa Mo­nica? Miej­scowa ga­zeta prze­stała się uka­zy­wać, a praca w szkole skoń­czyła się, kiedy na­uczy­cielka, którą za­stę­po­wa­łam, wró­ciła z urlopu ma­cie­rzyń­skiego. Któ­re­goś dnia za­dzwo­niła do mnie Gi­selle i po­wie­działa, że jej ciotka, Chris, która jest dy­rek­torką jed­nej ze szkół pod­sta­wo­wych w Santa Mo­nica, szuka na­uczy­ciela na za­stęp­stwo na długi okres i że po­win­nam do niej za­dzwo­nić. Zro­bi­łam to i ta­kim spo­so­bem tu wy­lą­do­wa­łam.

Gi­selle i Gret­chen miesz­kają w Santa Mo­nica i by­łam prze­jęta tym, że będę miesz­kać nie­da­leko. Są bliź­niacz­kami, przy­jaź­ni­ły­śmy się, od­kąd pa­mię­tam. Po­zna­łam je, kiedy mia­łam sześć lat i kiedy wpro­wa­dziły się do są­sied­niego domu. Ich oj­ciec był ban­kie­rem in­we­sty­cyj­nym, a matka w mło­do­ści mo­delką. Obie po­szły w ślady matki. Ze wzro­stem metr sie­dem­dzie­siąt pięć i roz­mia­rem XS były stwo­rzone do za­wodu mo­delki. Za­zdro­ści­łam im ciem­no­brą­zo­wych oczu i dłu­gich, pro­stych, brą­zo­wych wło­sów. Na­sze matki mó­wiły na nas: trzej musz­kie­te­ro­wie, bo by­ły­śmy nie­roz­łączne. Wszystko ro­bi­ły­śmy ra­zem i za­wsze so­bie po­ma­ga­ły­śmy. Bliź­niaczki były moim opar­ciem i bez względu na to, do ja­kiego eg­zo­tycz­nego miej­sca pro­wa­dziła je praca, roz­ma­wia­ły­śmy ze sobą co­dzien­nie.

Otwo­rzy­łam oczy, prze­stra­szona mu­zyką do­bie­ga­jącą zza ściany. Chwy­ci­łam te­le­fon i spraw­dzi­łam, która go­dzina. Była trze­cia w nocy. Prze­spa­łam ja­kieś dwie go­dziny, które stały się normą od chwili, kiedy przy­ła­pa­łam Hun­tera z Brynn w ko­ściele. Mój umysł cią­gle od­twa­rzał prze­szłość i za każ­dym ra­zem, kiedy za­mknę­łam oczy, wi­dzia­łam tę scenę. Wsta­łam z ka­napy, wzię­łam to­rebkę i po­szłam do ła­zienki. Chcia­łam prze­myć twarz, ale za­po­mnia­łam, że wszyst­kie ręcz­niki i myjki leżą spa­ko­wane w któ­rymś z kar­to­nów w explo­re­rze. Wy­ję­łam z to­rebki szczotkę i prze­cze­sa­łam dłu­gie ja­sne włosy. Po­szu­ka­łam gumki i spię­łam je w koń­ski ogon. Kiedy prze­glą­da­łam się w lu­strze, nie mo­głam nie za­uwa­żyć wor­ków pod nie­bie­sko­sza­rymi oczami. Mu­sia­łam wziąć prysz­nic, więc wło­ży­łam buty, wzię­łam klu­czyki i ru­szy­łam do explo­rera. Kiedy wy­szłam na klatkę scho­dową, sta­nę­łam i wpa­try­wa­łam się w drzwi, przez które wy­do­by­wała się ogłu­sza­jąca mu­zyka. Po­krę­ci­łam głową, prze­wró­ci­łam oczami i po­szłam do SUV-a po pu­dło opi­sane: "Ła­zienka". Wy­ję­łam z auta kar­ton i za­nio­słam pod drzwi klatki. Po­sta­wi­łam go na mi­nutę, żeby otwo­rzyć drzwi. Kiedy wsu­nę­łam klucz do zamka, drzwi się otwo­rzyły, a ja za­chwia­łam się i mało nie po­le­cia­łam do tyłu.

- Prze­pra­szam, nie za­uwa­ży­łem pani - ode­zwał się męż­czy­zna.

Spoj­rzał na mnie, a po­tem na kar­ton na ziemi.

- Wpro­wa­dza się pani? - spy­tał, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek.

- Tak, przy­je­cha­łam parę go­dzin temu i nie zdą­ży­łam wy­pa­ko­wać kar­to­nów z sa­mo­chodu - od­po­wie­dzia­łam.

- Miło pa­nią po­znać. Je­stem Sam. - Wy­cią­gnął rękę.

- A ja Lily. Bar­dzo mi miło.

- Za­niosę ci ten kar­ton - za­pro­po­no­wał i schy­lił się, żeby go pod­nieść.

- Nie, dam so­bie radę. - Wy­cią­gnę­łam rękę, żeby mu prze­szko­dzić.

- Nie bądź śmieszna. Za­niosę to pu­dło za to, że mało cię nie prze­wró­ci­łem przy otwie­ra­niu drzwi - uśmiech­nął się.

Był śro­dek nocy, a ja kłó­ci­łam się z za­bój­czo przy­stoj­nym chło­pa­kiem o kar­ton.

- W po­rządku, moje miesz­ka­nie jest tu­taj. - Wska­za­łam drzwi.

Sam spoj­rzał na mnie i się uśmiech­nął.

- No, pro­szę, chyba je­ste­śmy są­sia­dami.

Otwo­rzy­łam mu drzwi, a on wszedł do miesz­ka­nia i po­sta­wił pu­dło na pod­ło­dze.

- Więc to ty pusz­cza­łeś tak gło­śno mu­zykę o trze­ciej w nocy? - spy­ta­łam.

- Prze­pra­szam. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Po­wiem Lucky'owi, żeby ści­szył.

- By­ła­bym wdzięczna. Dzięki za po­moc z kar­to­nem. - Za­trzas­nę­łam drzwi.

Przez na­stępną go­dzinę roz­pa­ko­wy­wa­łam pu­dło i ukła­da­łam ręcz­niki. Po­cho­wa­łam wszyst­kie przy­bory ła­zien­kowe i wzię­łam go­rącą, od­prę­ża­jącą ką­piel w pia­nie. Moje dło­nie za­częły wę­dro­wać, bo już od dłuż­szego czasu nie mia­łam randki z moim chło­pa­kiem na ba­te­rie. Kiedy skoń­czy­łam, wy­szłam z wanny, owi­nę­łam się ręcz­ni­kiem i po­szłam do sa­lonu, w któ­rym stały wa­lizki. Otwo­rzy­łam jedną i wy­ję­łam dżin­sowe szorty i gra­na­tową ko­szulkę na ra­miącz­kach. Wzię­łam te­le­fon z ka­napy i spoj­rza­łam, która go­dzina. Była szó­sta. Gi­selle i Gret­chen miały przyjść po­móc mi się roz­pa­ko­wać około ósmej, a ze­staw me­bli do sy­pialni po­wi­nien przy­je­chać po­mię­dzy dzie­wiątą a je­de­na­stą. Wy­su­szy­łam włosy i znów zwią­za­łam je w ku­cyk. Na­ło­ży­łam lekki ma­ki­jaż, a po­tem po­sta­no­wi­łam wyjść po kawę.

Wy­szłam z miesz­ka­nia w tym sa­mym cza­sie, co Sam ze swo­jego. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie na­wza­jem, a on się uśmiech­nął.

- Czy ty w ogóle śpisz? - spy­tał.

- Po­win­nam za­py­tać cię o to samo. - Od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

Był przy­stojny, to nie ule­gało kwe­stii. Mie­rzył ja­kiś metr osiem­dzie­siąt i miał wspa­niałe umię­śnione ciało, pia­sko­wo­brą­zowe włosy i brą­zowe oczy. Zde­cy­do­wa­nie pa­so­wał do wzoru obo­wią­zu­ją­cego w Santa Mo­nica.

- Do­kąd się wy­bie­rasz tak wcze­śnie?

Nie po­winno go to ob­cho­dzić, ale był tak miły, że czu­łam, że ja rów­nież, jako są­siadka, po­win­nam być dla niego miła.

- Idę po kawę, bo bar­dzo jej po­trze­buję - od­po­wie­dzia­łam, wy­cho­dząc z bu­dynku, a on po­szedł za mną.

- Ja też - po­wie­dział. - Po­sze­dłem zro­bić kawę, ale to­rebka była pu­sta. Nie cier­pię, kiedy Luke mi nie mówi, że kawa nam się koń­czy.

- Luke? - za­gad­nę­łam.

- Tak, to mój przy­ja­ciel i współ­lo­ka­tor. Słu­chaj, może wy­bie­rzemy się po kawę ra­zem? - za­pro­po­no­wał z uśmie­chem.

Przyj­rza­łam mu się. Spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­nego chło­paka, no i był ge­jem, więc nie mu­sia­łam się przej­mo­wać tym, że za­cznie mnie pod­ry­wać.

- Ja­sne, pójdę z tobą, ale mu­simy się stresz­czać, moje przy­ja­ciółki mają przyjść po­móc mi się roz­pa­ko­wać.

Wsia­dłam do jego sa­mo­chodu i po­je­cha­li­śmy do ka­wiarni Brew­sters. We­szli­śmy do środka, a Sama od razu przy­wi­tała dziew­czyna za ladą.

- Do­bry, Sam! Kogo ze sobą przy­pro­wa­dzi­łeś? - spy­tała, wy­cie­ra­jąc blat.

- Do­bry, Ja­mie! To jest Lily, wpro­wa­dziła się do są­sied­niego miesz­ka­nia. Lily, to moja ku­zynka, Ja­mie, jest wła­ści­cielką tej kli­ma­tycz­nej ka­wiarni.

Ja­mie wy­tarła rękę i wy­cią­gnęła ją do mnie, a ja de­li­kat­nie ją uści­snę­łam.

- Miło cię po­znać, Lily. Je­steś w mie­ście od nie­dawna?

- Tak, prze­pro­wa­dzi­łam się tu wczo­raj wie­czo­rem z Por­t­land - od­po­wie­dzia­łam.

- Su­per! Wi­tamy w Santa Mo­nica i w Brew­sters! Co ci po­dać? - spy­tała.

- Po­pro­szę dużą czarną kawę - uśmiech­nę­łam się. Zer­k­nę­łam na Sama i za­uwa­ży­łam, że mi się przy­gląda. - Co jest?

- Taką kawę pije Luke. Nie ro­zu­miem, jak można pić kawę bez cu­kru albo mleka. Cały czas się o to sprze­czamy.

- Każ­demu sma­kuje co in­nego, Sam - po­wie­działa Ja­mie.

- Po­sta­wię ci kawę - zwró­ci­łam się do Sama.

- Firma sta­wia. - Ja­mie po­dała nam kawę. - Ten skne­rus, Sam, ni­gdy tu nie płaci. Po­trak­tuj to jako upo­mi­nek po­wi­talny w Santa Mo­nica.

- Dzięki, Ja­mie! - Sam się uśmiech­nął i wziął paczkę kawy z półki. - Za­bie­ram paczkę do domu, je­stem twoim dłuż­ni­kiem!

Ja­mie prze­wró­ciła oczami.

- Co ty­dzień zo­staje moim dłuż­ni­kiem - ro­ze­śmiała się.

- Dzię­kuję, Ja­mie, miło cię było po­znać - uśmiech­nę­łam się i unio­słam ku­bek z kawą.

- Na­wza­jem!

Wy­szłam z Brew­sters i wsia­dłam do sa­mo­chodu.

- Masz bar­dzo miłą ku­zynkę - po­wie­dzia­łam.

- Tak, jest dla mnie jak sio­stra. Za­miesz­kała ze mną i z moją ro­dziną, kiedy miała osiem lat. Jej mama i tata byli di­le­rami nar­ko­ty­ków, zo­stali zła­pani i wy­lą­do­wali w wię­zie­niu.

- Jesz­cze sie­dzą?

- Tak, mi­nęło dwa­dzie­ścia lat, a oni da­lej sie­dzą. Nie wi­działa ich przez te wszyst­kie lata.

Pod­je­cha­li­śmy pod blok i wy­sia­dłam z auta. Po­de­szłam do mo­jego explo­rera i po­sta­wi­łam kawę na ma­sce. Wy­ję­łam z to­rebki klu­czyki i otwo­rzy­łam sa­mo­chód. Sam pod­szedł do mnie.

- Po­mogę ci z tymi kar­to­nami - za­pro­po­no­wał.

- Nie ma po­trzeby, Sam. Na­pij się spo­koj­nie kawy, po­ra­dzę so­bie.

Pod­szedł do tyłu explo­rera.

- Daj spo­kój, Lily, po­zwól mi po­móc. To prze­cież są­siedzki obo­wią­zek.

Wes­tchnę­łam i nie­chęt­nie otwo­rzy­łam ba­gaż­nik. Sam się uśmiech­nął, wziął kar­ton i ru­szył w stronę bu­dynku. Wy­prze­dzi­łam go, żeby przy­trzy­mać mu drzwi. Nim zdą­ży­łam po­dejść do wej­ścia, otwo­rzyły się z roz­ma­chem i sta­nął w nich chło­pak, który za­czął mi się przy­glą­dać.

- Luke, w samą porę, weź ten kar­ton - po­wie­dział Sam i po­dał mu pu­dło.

- Co ty ro­bisz? - spy­tał Luke. - Obu­dzi­łem się, a cie­bie nie było. Aha, kawa się skoń­czyła.

- Wiem, przy­nio­słem z Brew­sters, w au­cie jest paczka. A, to jest Lily, na­sza nowa są­siadka.

Luke spoj­rzał na mnie.

- Cześć. - Szybko od­wró­cił wzrok.

- Cześć - od­po­wie­dzia­łam.

Nie mo­głam ode­rwać od niego wzroku. Stał w drzwiach - całe jego metr osiem­dzie­siąt - w po­strzę­pio­nych dżin­sach i sza­rej ob­ci­słej ko­szulce. Był boso, a krót­kie brą­zowe włosy miał roz­czo­chrane. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był naj­sek­sow­niej­szym fa­ce­tem, ja­kiego w ży­ciu wi­dzia­łam. Wi­dać było, że pra­cuje nad mię­śniami i kształ­tem rąk i ra­mion. Na le­wym bi­cep­sie miał wy­ta­tu­owany cel­tycki krzyż, ze skrzy­dłami w tle. Dzięki Bogu, że jest ge­jem. Czu­łam się ra­czej nie­zręcz­nie, bo Luke nie wy­da­wał się tak sym­pa­tyczny jak Sam.

- Lily, idź otwo­rzyć miesz­ka­nie, że­by­śmy mo­gli po­wno­sić kar­tony - po­pro­sił Sam.

Mi­nę­łam Luke'a i przy­ła­pa­łam go na tym, że mi się przy­gląda. Jak tylko na niego spoj­rza­łam, od­wró­cił wzrok. Otwo­rzy­łam drzwi wej­ściowe do bu­dynku i się od­su­nę­łam, żeby je przy­trzy­my­wać, aby Luke mógł wnieść kar­ton do środka. Zro­bił to, a po­tem wszedł do swo­jego miesz­ka­nia i bez słowa za­trza­snął za sobą drzwi.

- Co mu jest? - spy­ta­łam Sama.

- Nie zwra­caj na niego uwagi. Po pro­stu nie jest ran­nym ptasz­kiem.

Nie mo­głam po­zbyć się wra­że­nia, że skądś go znam, ale wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe. Kiedy wno­si­li­śmy z Sa­mem ostat­nie kar­tony, przy­je­chały Gi­selle i Gret­chen. Nie wi­dzia­łam ich po­nad trzy mie­siące, więc po­sta­wi­łam kar­ton i pod­bie­głam do nich, kiedy wy­sia­dały z sa­mo­chodu. Naj­pierw uści­ska­łam Gret­chen, a po­tem Gi­selle.

- Tak się cie­szę, że prze­pro­wa­dzi­łaś się do Santa Mo­nica - po­wie­działa Gi­selle i mocno mnie przy­tu­liła.

- Ja też - przy­zna­łam, a do oczu za­częły na­pły­wać mi łzy.

- Co to za przy­stoj­niak do nas idzie? - Gret­chen się uśmiech­nęła i za­ło­żyła so­bie włosy za ucho.

- Wi­tam pa­nie. - Sam się uśmiech­nął.

- Sam, to jest Gi­selle, a to Gret­chen, moje dwie naj­lep­sze przy­ja­ciółki.

- Miło was obie po­znać. - Sam po­dał każ­dej rękę.

- Sam mieszka obok, po­maga mi wno­sić kar­tony - wy­ja­śni­łam.

- Po­szli­śmy też rano na kawę - wy­pa­lił.

Gi­selle spoj­rzała na mnie z uśmie­chem.

- Sły­sza­łaś, Gret­chen? Lily była na ka­wie z fa­ce­tem.

- Sły­sza­łam, sio­stro! - Gret­chen się do mnie uśmiech­nęła.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na Sama.

- Nie słu­chaj ich. Dzięki za po­moc.

- Nie ma sprawy. Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała, za­pu­kaj do drzwi albo w ścianę.

Wzię­łam Gret­chen i Gi­selle za rękę i za­pro­wa­dzi­łam je do mo­jego no­wego miesz­ka­nia.