Rozdział I
NELA
Budzik. Nienawidzę tego dźwięku. Zwłaszcza gdy złośliwie wdziera się w sen, w którym właśnie gram pierwszoplanową rolę w scenie pełnej słońca, leżaków i.... ogrodu, który mam oddać na wczoraj. Zawsze kończy się tak samo - budzik wygrywa, a ja próbuję przywrócić myślom odrobinę porządku.
Dziś jest inaczej. Cisza. Moje oczy zaczynają rozumieć, że już jest jasno, a ja wcale nie planowałam dzisiaj dłużej spać.
Telefon wibruje na półce przy łóżku i wtedy dociera do mnie dlaczego. Przełykam głośno ślinę. Na ekranie widnieje imię "Kazik". Mój szef, który na co dzień jest zaskakująco wyluzowany, ale to właśnie dziś, po trzech dniach spóźnienia z projektem, może być jak stado lwów wściekłych na opornego projektanta, czyli na mnie.
- Halo? - zaspanym głosem próbuję brzmieć naturalnie, ale z góry wiem, że to nie przejdzie.
- Nela, to kiedy w końcu dostanę ten projekt? Na wczoraj? A może na nigdy?! - Kazik zaczyna od razu, bez wstępu, jego głos przepełniony jest irytacją. - Ja naprawdę lubię twoje koncepty, ale zaczynam tracić cierpliwość. Jak długo jeszcze mam czekać?
- Kazik, spokojnie... Już go kończę. Daj mi tylko... chwilę, dobrze?
Kazik wzdycha ciężko.
- Dobrze, ale to jest ostatni raz, Nelka. Rozumiesz? Jutro projekt ma być u mnie na biurku. Inaczej znajdę kogoś, kto potrafi ogarniać czas, bo, z całym szacunkiem, ale to nie jest twoja mocna strona.
Przełykam z trudem, a Kazik kończy rozmowę szybciej, niżbym chciała. Nie mam czasu wymyślić ani jednej wymówki.
Wtem do pokoju wpada Zuzia - moja bratanica, szesnastoletnia burza energii o niezmiennie niezadowolonym wyrazie twarzy. Od progu przewraca oczami i krzyżuje ramiona na piersi.
- Nela, miałaś mnie obudzić! - warczy, a jej spojrzenie mogłoby przebijać skały. - Miałam sprawdzian z matmy!
- O nie... Zuzia, przepraszam, kompletnie o tym zapomniałam... - Próbuję się ogarnąć i wydusić z siebie coś rozsądnego, ale oczywiście, nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. - Może powiesz nauczycielce, że to przez ciotkę?
Zuzia mierzy mnie wzrokiem.
- Przez ciebie będę mieć zaległości. Znowu. Co powiem nauczycielce? Że ciotka projektantka zieleni nie ma czasu nawet na ogarnięcie własnej rodziny?
Czuję, jak czerwienieję. Słowo "ciotka" brzmi niemal jak obelga.
- Posłuchaj, Zuza, wiem, że nie jestem najlepszą opiekunką, ale staram się, ok? Obiecuję, że następnym razem cię obudzę. Punktualnie.
Zuzia zbywa mnie machnięciem ręki i rzuca okiem na zegarek.
- Na to już za późno. Idę. Może uda mi się zdążyć przynajmniej na lekcje. - Bierze plecak i wychodzi, trzaskając drzwiami.
Zostaję sama. W kuchni czeka na mnie stos niepozmywanych kubków, ale w tej chwili bardziej martwi mnie to, jak odgrzebać w sobie resztki motywacji, żeby skończyć projekt, za który Kazik zaczyna mnie dosłownie ścigać.
Wciągam pierwsze, co mam pod ręką - dżinsy, które dawno straciły elastyczność, i zielony sweter, który prawdopodobnie widział już lepsze dni. Zerkam w lustro: burza złocistych, ale potarganych loków, zielone oczy, piegi - niby ta sama twarz, a jednak wyraźnie zmęczona.
Kiedy zbieram się do pracy, moją uwagę przyciąga hałas dochodzący z klatki schodowej. Ktoś przesuwa po schodach ciężkie pudło. Wyglądam przez wizjer, a tam nowy sąsiad. Przystojny, jakby żywcem wyjęty z powieści romantycznych, i to raczej tych pikantniejszych, chociaż jego twarz, niemal zastygła w nieprzyjaznym grymasie, skutecznie temperuje moje myśli.
Otwieram drzwi i spoglądam na niego z ukosa.
- Cześć! Potrzebujesz pomocy? - zagaduję, próbując być miła.
On podnosi wzrok, przystaje na chwilę i rzuca oschłym tonem:
- Dziękuję, dam sobie radę.
Zamykam drzwi, wzruszając ramionami, zaskoczona jego chłodnym podejściem, z poczuciem, że ten dzień nie zapowiada się dobrze.
Facet ewidentnie nie miał dziś ochoty na sąsiedzkie pogawędki. Może to i lepiej - miałam przecież własne problemy, a zaczynanie dnia od rozmowy z szorstkim neandertalczykiem zdecydowanie nie było na mojej liście priorytetów.
Ruszyłam w stronę biurka, choć praca nad projektem ogrodu była ostatnią rzeczą, na którą miałam teraz ochotę. Jednak echo słów Kazika, pełne zirytowania i groźby zwolnienia, otrzeźwiło mnie jak wiadro zimnej wody. Musiałam się w końcu za to wziąć, inaczej znajdę się na bruku szybciej, niż zdążę powiedzieć "architekt krajobrazu".
Usiadłam przed komputerem i otworzyłam projekt. Próbowałam znów zanurzyć się w plan zagospodarowania przestrzeni przed domem klienta, ale obraz wciąż wyglądał chaotycznie, bez ładu i składu. Przez kilka minut gapiłam się na ekran, próbując wymyślić, jak ugryźć ten przeklęty trawnik i fragment tuż przy ogrodzeniu, który nijak nie współgrał z resztą projektu.
W końcu westchnęłam, odchylając się na swoim wysłużonym krześle obrotowym, które natychmiast odpowiedziało głośnym skrzypnięciem. Na moment przed oczami pojawił mi się obraz mojego nowego sąsiada. Brunet z kilkudniowym zarostem, w okularach w grubych oprawkach, które nadawały mu wygląd nieco ekscentrycznego artysty. Do tego przetarte dżinsy i ciemna, luźna koszula, podwinięta na przedramionach - trochę jakby przypadkiem, ale może i nie do końca.
Ocknęłam się, gdy krzesło ponownie skrzypnęło pod moim ciężarem, jakby przypominając mi, że nie po to tu siedzę, by fantazjować o gburowatym nieznajomym.
Próbowałam skupić się na projekcie, ale ledwo otworzyłam plik, gdy na ekranie mignęło powiadomienie o nowym mejlu. Kliknęłam, a moim oczom ukazał się krótki, pełen wykrzykników tekst od Kazika:
"Nela, termin na jutro!!! Czekam na rzuty i wizualizacje! Bez wymówek!!!".
Odwróciłam się od ekranu, wycierając dłonie o dżinsy i wzdychając głęboko. Kazik był cierpliwym szefem, ale widocznie i jemu zdarzało się tracić zimną krew.
Przesuwałam kursorem po ekranie, analizując projekt ogrodu, nad którym siedziałam już dobre kilka godzin. Klient wymagał "kwitnącej od wiosny do jesieni mieszanki kwiatów i krzewów", a na dodatek chciał, żeby "nic się nie sypało na trawnik, bo ma być czysto". Jasne, wspaniały pomysł. Tylko że rzeczywistość ogrodnicza rządzi się własnymi prawami. Jeśli posadzi się byliny kwitnące wiosną, to przecież nie będą magicznie kwitły aż do jesieni. A jeśli ma być kolorowo przez cały sezon, to na pewno coś w końcu opadnie. Mruczałam pod nosem, przerzucając kolejne opcje roślin, które i tak miały niewielkie szanse przetrwania w realiach tego konkretnego klienta. Czy oni naprawdę sądzą, że rośliny są jak świecące dekoracje na święta?
Wtem mój telefon zabrzęczał i na ekranie pojawił się SMS od Zuzy:
"Nela, przez ciebie, przez to, że mnie nie obudziłaś, wychowawczyni mówi, że masz się stawić w szkole. Dziękuję bardzo :(".
Westchnęłam ciężko, uderzając głową o blat biurka. Jakby ten dzień nie mógł być gorszy! Przez moment po prostu siedziałam, przymykając oczy i starając się zapomnieć o tej nieszczęsnej szkole, niecierpiącym zwłoki projekcie i wyjątkowo humorzastym sąsiedzie. I wtedy... coś usłyszałam. Delikatne, ledwo wyczuwalne drapanie gdzieś pod biurkiem.
Myszy? Nie, na pewno się przesłyszałam.
Ale nie, ten dźwięk się powtórzył. Zesztywniałam. Jeśli to była mysz, to miałam poważny problem - te małe, podstępne stworzenia były moją osobistą, życiową traumą. Skanowałam wzrokiem pomieszczenie z nadzieją, że zaraz znajdę źródło tego dźwięku, może w szufladzie albo między książkami.
Wtedy TO przemknęło mi przed oczami.
- Aaaaaaa!!! - wrzasnęłam na cały głos, zrywając się na nogi i wdrapując na biurko jakby mnie ktoś tam postawił siłą. Miałam do czynienia z największym koszmarem każdego mieszczucha - malutką, niewinną myszką, która, jak gdyby nigdy nic, zaczęła buszować w moim pokoju.
Zza ściany usłyszałam siarczyste przekleństwo, a chwilę potem zaczęło się głośne, wściekłe dobijanie do drzwi. Wciąż wrzeszczałam, stojąc na biurku jak na scenie w teatrze, gdzie mogłam obserwować całą sytuację z odpowiedniej wysokości. Drzwi w końcu się otworzyły, a do środka wpadł mój nowy sąsiad, wyraźnie gotowy, by ratować kogoś przed pewną śmiercią.
Zamarł na widok tego, co zastał. Wpatrywał się we mnie, stojącą na biurku, i w tę małą myszkę, która przestała się ruszać, jakby zaskoczona całą sytuacją. Przez moment patrzył to na mnie, to na nią, po czym parsknął.
- Czy pani zwariowała?! To... to tylko mysz! - rzucił, kpiąco spoglądając w moją stronę, a jego twarz przybrała wyraz pełen zniesmaczenia. - Serio, na biurku? Co to jest, jakaś trupa teatralna z Krakowa?
- Ja... nie znoszę myszy! - wykrztusiłam, drżąc od stóp do głów.
- A więc wariaci też tu mieszkają. - Pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony, a zarazem zirytowany. - Może następnym razem po prostu pomyśl, kobieto, zanim zaczniesz urządzać sąsiedzką syrenę alarmową. Nie jestem tu po to, żeby biegać na ratunek każdej histeryczce w okolicy.
Rzucił mi ostatnie, pełne politowania spojrzenie i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zeskoczyłam z biurka, czując, jak policzki pieką mnie ze wstydu.
- Chyba gorzej być nie może - mruknęłam do siebie, ocierając wilgotne dłonie o spodnie i próbując uspokoić przyspieszony oddech po tej niespodziewanej konfrontacji z myszą i nie mniej szokującą interwencją sąsiada. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju - mysz, jak szybko się pojawiła, tak błyskawicznie zniknęła i chociaż panicznie bałam się, że może pojawić się gdzieś w pobliżu mnie w najmniej oczekiwanym momencie, wiedziałam, że muszę wracać do pracy. Po chwili udało mi się jakoś zebrać i wrócić do komputera. Spojrzałam na ekran, próbując ponownie skupić się na projekcie ogrodu, który już i tak przyprawiał mnie o zawroty głowy. Wybrałam kilka zdjęć roślin, które mogłyby jakoś przejść selekcję klienta, i zaczęłam rozważać ich ułożenie.
I wtedy to się stało. Ekran zamigotał, zgasł, a cały pokój pogrążył się w ciszy.
- Nie, nie, nie! - wykrzyknęłam, jakby to miało cokolwiek pomóc. Wcisnęłam przycisk zasilania na komputerze. Nic. Żadnej reakcji. Spojrzałam na lampkę stojącą na biurku - ciemna jak noc listopadowa. Zabrakło prądu.
- No po prostu świetnie! - niemal krzyknęłam, jednocześnie czując, jak łzy bezsilności zbierają mi się pod powiekami. - Oczywiście, że teraz! Idealny moment! Jeszcze tylko trąba powietrzna i deszcz żab i będzie komplet!
Przeczesałam włosy rękoma, zaciskając zęby. Kazik wyobraził mi się natychmiast ze swoim lodowatym spojrzeniem i nieubłaganą miną. Już słyszałam jego oschły głos: "Nela, nie dotrzymujesz terminów, nie angażujesz się. Muszę to zlecić komuś, komuś bardziej... solidnemu". Na samą myśl o tej scenie, o tym, jak bezceremonialnie mógłby mnie wyrzucić z pracy, poczułam się kompletnie rozbita. Praca nad projektami małych ogrodów nie była może szczytem moich marzeń, ale była tym, co pozwalało mi jakoś wiązać koniec z końcem, a teraz... teraz widmo utraty tego zajęcia wydawało się wyjątkowo realne.
Zerknęłam na telefon - rozładowany. Oczywiście. Przecież nie podłączyłam go do ładowarki. W domu cisza. Nie mogłam ani zadzwonić, ani napisać do Kazika, ani nic zrobić z tym projektem. Zacisnęłam pięści, bezsilność i frustracja narastały we mnie jak gorąca fala. Czułam, jak mnie oczy pieką, a po policzkach mimowolnie zaczynają spływać pierwsze łzy. Zamiast zbliżać się do końca pracy, miałam poczucie, że wszystko się sypie.
- Jak to się dzieje, że jeden dzień może być tak... beznadziejny? - wymamrotałam do siebie, czując, że jestem na granicy kompletnego załamania. Przez moment po prostu siedziałam w ciszy, czując, jak powoli ogarnia mnie rezygnacja.