Miłość niczyja - Anna Ziobro

Kup ebooka

39.90 zł
30.22 zł (29,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Nowy Targ, 7 maja 1992 roku (czwartek)

Hodowany przez lata bluszcz oplatał solidną, grubą nić. Łączyła doniczkę z żyrandolem, a następnie biegła dalej w kierunku karnisza, przecinając sufit na całej szerokości. Mięsiste liście rośliny w paru miejscach były podsuszone, ale rosły gęsto, przez co prezentowały się imponująco. Joanna nie miała ręki do kwiatów, za to powietrze w mieszkaniu i to, że okna wychodziły na stronę południową, im służyło.

Spojrzała na parapet, na którym jeszcze kilka dni temu dumnie stało kilka doniczek. Teraz zionął pustką. Nawet nie przypuszczała, jak nijako będzie wyglądać parapet bez kilku zwyczajnych fiołków, fikusa i aloesu. Wszystkie te kwiaty oddała w dobre ręce, z bluszczem jednak niewiele dało się zrobić. Musiał tu pozostać, bo każda próba rozplątania łodyżki i oddzielenia jej od nici mogłaby zakończyć się zniszczeniem rośliny. Bluszcz dosłownie wrósł w to miejsce. Mógł pozostać tutaj albo nigdzie. Joanna miała nadzieję, że jej siostrzenica, dziewiętnastoletnia Irka, która wprowadzi się tu w przyszłym miesiącu, będzie w stanie zadbać nie tylko o mieszkanie, ale i o roślinę, która dzięki temu przetrwa do jej powrotu.

Dziwnie się czuła ze świadomością, że szykując się na długi i daleki wyjazd, najbardziej żałuje doniczek z kwiatami. To było słabe, nawet jak na nią. Była jeszcze złota rybka welonka w okrągłym akwarium, z którą Joanna rozstała się w zeszły weekend. To akurat poszło gładko. Złota rybka nie tylko nie spełniała życzeń, ale i przypominała jej o byłym mężu. To on zakupił ją razem z akwarium i jego wyposażeniem niespełna rok przed rozwodem. Żałowała, że wyprowadzając się z mieszkania, razem z koszulami, garniturami, zapasem bielizny i przyborami do golenia, nie zabrał rybki ze sobą. Mogła mu wcisnąć akwarium na odchodne, ale wtedy nawet o tym nie pomyślała. Teraz znalazła dla niej inną właścicielkę. Młodsza córka jej siostry była zachwycona rybką. Wreszcie miała swoje domowe zwierzątko. Co prawda nie wymarzonego psa, ale złota welonka była lepsza niż nic.

Upewniwszy się raz jeszcze, że bilet lotniczy i paszport są spakowane, Joanna opadła ciężko na ustawioną wzdłuż ściany wersalkę. Sprężyny zaskrzypiały nie tyle z powodu jej wagi, ile dlatego, że mebel nie był najnowszy. Joanna planowała, że po powrocie zrobi małe przemeblowanie. Wyrzuci wszystko, z czym nie potrafiła się rozstać po rozwodzie. Póki co miała jednak przed sobą perspektywę sześciu miesięcy w Rumunii. Nazajutrz skoro świt z Nowego Targu planowała dotrzeć do Krakowa, a stamtąd pociągiem do Warszawy, gdzie miała spędzić noc, by kolejnego dnia wczesnym rankiem udać się na Okęcie. Już samo dotarcie na lotnisko było dla niej wyprawą, bo dotąd - nie licząc okresu studiów - nie wyściubiła nosa poza Podhale. Nigdy nawet nie była w stolicy.

Ciszę, która nieznośnie przez większość czasu po wyprowadzce męża towarzyszyła jej w mieszkaniu, przerwał dźwięk telefonu. Joanna podeszła do aparatu i podniosła słuchawkę. Wystarczyło jedno sapnięcie, gdy powiedziała "halo", by rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, kto dzwonił.

- Jesteś już spakowana? - spytała matka, mieszkająca na drugim końcu miasta.

- Tak, jestem gotowa - potwierdziła.

Dodała w myślach, że przez ostatnie dwa dni właściwie niczego innego nie robiła, tylko się pakowała, szykowała mieszkanie na wyjazd i co chwilę sprawdzała, czy to, co umieściła przed momentem w bagażu, nadal tam jest.

- Głupio robisz, Aśka - powiedziała matka szorstkim tonem. - Naprawdę bardzo głupio.

- Wiem, mamo, już to mówiłaś.

- Rozumiem ból po rozwodzie, że Marek znalazł sobie inną, ale...

- Rozmawiałyśmy o tym wiele razy. - Joanna stanowczo weszła jej w słowo.

Dokładnie wiedziała, jak potoczy się ta rozmowa. Nie chciała kolejny raz wysłuchiwać znajomej tyrady, tym bardziej na kilkanaście godzin przed wyjazdem.

- Jak widać, nieskutecznie rozmawiałyśmy - kobieta nie dawała za wygraną - skoro mimo wszystko się spakowałaś i jesteś gotowa na wyjazd.

- I zapewniam cię, że nie rozpakuję się po twoim telefonie - odparła Joanna.

- Żebyś tylko nie żałowała tej decyzji...

Tylu rzeczy w życiu żałuję, że najwyżej dopiszę to do swojej listy - dodała w duchu Joanna, ale policzywszy w myślach do trzech, żeby opanować emocje, powiedziała głośno:

- Ja też będę za wami tęsknić.

- Zawsze musisz postawić na swoim - stwierdziła matka z przekąsem.

- Nie zawsze. Właściwie prawie nigdy, ale tym razem tak - sprostowała, a kiedy przez dłuższą chwilę w słuchawce słyszała tylko miarowy oddech i wyczuwała niewypowiedzianą rezygnację, z ciężkim sercem postanowiła zakończyć rozmowę: - Odezwę się z Bukaresztu tak szybko, jak to będzie możliwe... Dbajcie o siebie z tatą.

- My?! To ty o siebie dbaj! Obiecaj przynajmniej, że będziesz na siebie uważać.

- Obiecuję - powiedziała.

Tyle mogła zrobić, ale nie była pewna, czy matka ją usłyszała, bo połączenie zostało przerwane. Często się to zdarzało, dlatego dla pewności odczekała przy telefonie chwilę, bo mógł rozdzwonić się ponownie. To jednak nie nastąpiło. Czerwony tulipan z dużą, okrągłą tarczą milczał.

Joannie było trochę przykro, że rodzice nie przyjechali spędzić z nią ostatniego wieczoru przed wyjazdem. Nie było ich tu od poprzedniego weekendu, kiedy to wpadli w bojowym nastroju głównie po to, by raz jeszcze przemówić jej do rozsądku i spróbować wyperswadować wyjazd, chociaż wszystkie formalności były już załatwione. Dotarcie z przeciwległej części miasta zajmowało im kwadrans, o tej porze dnia może nawet mniej. Zamiast przyjechać, woleli się rozstać niepogodzeni z jej decyzją. Joanna nie potrzebowała ich błogosławieństwa, ale na pewno by nie zaszkodziło. Miło byłoby usłyszeć, że nie porywa się z motyką na słońce i podejmując decyzję o wyjeździe do Rumunii, nie postradała zmysłów. Niestety, na żadne słowa otuchy się nie zanosiło.

Chwilę po tym, jak odłożyła słuchawkę, zerknęła na małą karteczkę leżącą tuż obok telefonu. Kilka dni wcześniej zapisała na niej, co musi zrobić bezpośrednio przed wyjazdem. Kilka punktów było już skreślonych. Teraz mogła odhaczyć pozycję: "Zadzwonić do rodziców". Chwyciła długopis i skreśliła również punkt dotyczący sprawdzenia, czy spakowała dokumenty podróży. Robiła to już kilkukrotnie i za każdym razem bezpiecznie leżały w jej torebce. Uznała, że jeśli sprawdzi to ponownie, to będzie oznaczać, że popada w paranoję. Na liście widniała w zasadzie tylko jedna nieodhaczona pozycja: "Zostawić klucze pani Leokadii".

Leokadia była kobietą w słusznym wieku i równie słusznej postury. Ponoć była bardzo młoda, kiedy została wdową, i z mężem nie zdążyli doczekać się dzieci. Drugi raz nie wyszła już za mąż, przez co ci, którzy znali ją słabiej, błędnie uważali, że jest starą panną.

Była najbliższą sąsiadką Joanny, zajmowała mieszkanie naprzeciwko. Chociaż sama nie lubiła o sobie opowiadać, znała wszystkich i o wszystkim wiedziała. Już kiedy wprowadzali się tutaj z Markiem dwa lata po ślubie, Joanna uznała, że Leokadię warto mieć po swojej stronie. Z czasem nawiązała się między nimi szczera sąsiedzka sympatia, chociaż dzieliły je prawie trzy dekady. Przez najbliższe tygodnie to Leokadia miała doglądać mieszkania, podlewać bluszcz, a wreszcie przekazać klucze Irce, kiedy dziewczyna zda ostatni egzamin maturalny i z położonych niespełna trzydzieści kilometrów na zachód od Nowego Targu Spytkowic przeniesie się tutaj, by podczas wakacji poszukać pracy i zająć się mieszkaniem ciotki.

Joanna miała zostawić klucze pod wycieraczką, ale była niemal pewna, że sąsiadka wstanie przed świtem, żeby osobiście pożegnać się z nią w progu. Mimo to postanowiła jeszcze dziś do niej zajrzeć. I tak nie mogła wysiedzieć w mieszkaniu. Musiała coś ze sobą zrobić. Wszystko było już spakowane, a na to, by kłaść się spać, było o wiele za wcześnie. Nie wybiła nawet dwudziesta. Zresztą Joanna wcale nie była pewna, czy łatwo dziś uśnie.

Zanim wyszła, przypomniała sobie o pudełku ciastek zakupionym wczoraj w cukierni przed blokiem, na wypadek gdyby rodzice jednak postanowili wpaść i się pożegnać. Na myśl o nich znowu zrobiło jej się smutno. Skrzywiła się i mamrocząc do siebie, że ich strata, wyjęła pudełko z lodówki. Zamknęła drzwi wejściowe i ruszyła w stronę mieszkania sąsiadki, która jakby tylko na to czekała. Ledwo Joanna zdążyła nacisnąć dzwonek, a drzwi się otworzyły i zobaczyła stojącą w progu korpulentną sąsiadkę, jak zwykle z nienagannie natapirowanymi włosami.

- Miałam nadzieję, że jeszcze dziś wpadniesz do mnie, dziecko. Smutno byłoby, gdybyś wyjechała bez pożegnania - powiedziała Leokadia i utkwiła wzrok w pudełku tkwiącym w dłoniach Joanny. - Ale co ty mi tutaj niesiesz?! Przecież ja upiekłam jabłecznik... Twój ulubiony.

- Upiekła pani jabłecznik? - Joanna spojrzała na nią skonsternowana.

- Wiem, że lubisz.

- Ale nie wiedziała pani, że przyjdę...

Leokadia uśmiechnęła się pod nosem i szerokim gestem zaprosiła ją do gościnnego pokoju. Z meblościanką z kompletu Bieszczady i dużym, kineskopowym telewizorem, na którym obowiązkowo stała doniczka z bluszczem mającym pochłaniać szkodliwe fale elektromagnetyczne, do złudzenia przypominał pokój gościnny w mieszkaniu rodziców sprzed kilku lat, zanim zrobili gruntowny remont i unowocześnili wystrój.

- Usiądź, a ja zaraz ukroję nam ciasta. Pewnie przed wyjazdem nie możesz usiedzieć na miejscu.

- To prawda - potwierdziła Joanna, podając jej pudełko. - Proszę je wziąć. Nie spakuję ich ze sobą na drogę.

- A ja nie zrobię się od nich szczuplejsza - sarknęła sąsiadka, zabierając ciastka.

Po chwili wróciła z dwoma talerzykami. Ten z większym kawałkiem jabłecznika postawiła przed Joanną.

- Jestem przekonana, że nikt ci takiej nie upiecze w Budapeszcie.

- Bukareszcie - poprawiła ją.

- No przecież mówię!

- Budapeszt jest na Węgrzech, pani Leokadio. Ja jadę do Bukaresztu, stolicy Rumunii.

Słysząc te słowa, starsza kobieta zmarszczyła czoło i przez chwilę intensywnie nad czymś myślała.

- Nieważne dokąd - powiedziała w końcu. - Ważne, żebyś znalazła tam coś, co sprawi, że poczujesz się znowu szczęśliwa.

- Nie jestem nieszczęśliwa... Chyba - stwierdziła Joanna bez przekonania. - I z pewnością nie jadę szukać szczęścia w Rumunii.

- Ale to nie oznacza, że go tam nie znajdziesz. - Leokadia uśmiechnęła się serdecznie, po czym wbiła mały, srebrny widelczyk w swój kawałek ciasta. - A teraz jedz! Każda podróż powinna zacząć się od czegoś dobrego. A mój jabłecznik jest najlepszy.