Miłość na krańcu świata - Lucy Lech

Kup ebooka

26.25 zł
21.79 zł (22,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Po pierwszych zachwytach i jako takiej adaptacji zaczęła mnie prześladować myśl o pracy, pozwalającej mi na samodzielność finansową oraz zapewnienie bytu mojej córce, nie mówiąc o pomocy matce czy rodzinie. Śledziłam polskie ogłoszenia w cotygodniowej gazetce, wydzwaniałam po znajomych rodakach, wypytywałam odwiedzających nas ludzi. Przez jednego z nich, przyjaciela kuzyna, umówiłam się na rozmowę z kierowniczką restauracji w polskim klubie. O ironio losu! Ja, która demonstrowałam odczuwalną nienawiść do kuchni, gotowania, garów, zareklamowana zostałam - niezgodnie z prawdą - jako umiejąca gotować, przyrządzać i artystycznie dekorować sałatki. "Chyba farbką i wstążką" - pomyślałam.

Szłam więc po kiepsko przespanej nocy, jak na przysłowiowe ścięcie, na rozmowę o pracę w kuchni, o której nie miałam bladego pojęcia. A artyzmu w tej dziedzinie przejawiałam dokładnie tyle co w rysowaniu, które było najbardziej nielubianym przeze mnie przedmiotem w szkole. Musiałam jednak rzucić się na przysłowiową głęboką wodę, nie umiejąc pływać.

O umówionej godzinie stawiłam się w polskim klubie i zapukałam do wskazanych mi drzwi. Po zaproszeniu weszłam do środka i stanęłam przed obliczem srogiej na wygląd kobiety w okularach.

- Proszę usiąść - powiedziała, wskazując krzesło, po czym przyglądała mi się, milcząc.

Po chwili zapytała, kiedy przyjechałam i jak mi się podoba Australia. A kiedy odpowiedziałam na obydwa pytania, ni to spytała, ni stwierdziła:

- Pani nigdy w kuchni nie pracowała i z kuchnią nie miała nic wspólnego.

Odruchowo odpowiedziałam "nie" i ugryzłam się poniewczasie w?język.

- Nie mam więc nic do zaoferowania, chyba że pomoc przy lepieniu pierogów - rzekła z powątpiewaniem.

- Tak, to umiem naprawdę i mam duże doświadczenie - wykrzyknęłam olśniona.

Zawierało to odrobinę prawdy, ponieważ przepadając za pierogami, w chwilach ich wielkiego pożądania mobilizowałam się do lepienia. I wychodziło mi to całkiem sprytnie.

- Niech pani przyjdzie jutro o pierwszej. Na próbę - usłyszałam rzucone od niechcenia słowa.

Na drugi dzień z brakiem wiary w sukces zjawiłam się w kuchni na górze. Małej, okupowanej przez kilka osób, przyglądających mi się z lekceważącym powątpiewaniem. Gruba kucharka, z której twarzy wyzierała fałszywa dobroć, wrzasnęła:

- Tutaj, do mnie! Będzie mi pomagać robić pierogi.

A męski, nijaki, z jednym zębem osobnik zarechotał bezczelnie. Bliska płaczu, rozważałam dwie wersje: unieść dumnie głowę, obrzucić pogardliwym spojrzeniem już znienawidzoną kuchenną ekipę albo zagryźć zęby, wściec się w duchu. Odstawić chwilowo ambicję i honor na wyższe półki. Wziąć się w garść i przetrwać, w imię chwilowych wymagańżyciowych.

Grzecznie pytając, co mam robić, i słysząc w odpowiedzi: "Ja lepię, ona wałkuje ciasto", wybrałam wariant drugi. Z determinacją przystąpiłam do wskazanej mi gestem miski, w której z łatwością można by wykąpać niemowlę, i napełniłam ją nieskoordynowanymi ruchami mąką. Rozejrzałam się za jajkami.

- Czego?! - warknęła pierogowa przełożona, a uzyskawszy wyjaśnienie, popisywała się swoją jakże niską wyższością. - Jajka to są do ciasta, nie widzi? - podlizywała się piekarniczej omedze bez alfy. - Woda, woda - drwiła, podtykając mi pod nos kubełek z kranówką, którym miałam ochotę ochrzcić jej kudłaty łeb.

Przywołując na pomoc resztki opanowania, rozpoczęłam mozolny proces mieszania, z zaskakującą mnie samą starannością, mimowolnie przysłuchując się kuchennej konwersacji. Wiodącą i?najgłośniejszą rolę pełniła piekąca ciasta tleniona warszawska rajfura, porzucona przez męża, czemu się nie dziwię. Wyżywająca się za swoje życiowe niepowodzenia na Bogu ducha winnych, chwilowo zależnych od jej mizernej, kruchej władzy ludziach. Rozwodziła się głośno o wymogach właścicielki, z którą była daleko spokrewniona, właściwym mieszaniu serników, pierników wraz z?babkami wielkanocnymi, recytując na pamięć głosem niedopuszczającym sprzeciwu przepisy wraz ze składnikami. Wtórowała jej lepiąca pierogi gruba jak beczka kucharka, od czasu do czasu cichym głosem wydająca polecenia małemu, chudemu mężowi, chwiejącemu się na nogach. Uwijającemu się niezdarnie pomiędzy kubłami z?wodą i mopem. Trzęsły mu się ręce z braku alkoholu.

Darmowy fragment