Rozdział 1
1
?
Wisielczy nastrój Poli Jazłowieckiej, który dopadł ją natychmiast po
przebudzeniu, idealnie współgrał z zachmurzonym grudniowym niebem nad
Gdynią. A nastrój ten wynikał z podjętej niedawno decyzji, aby jak
najszybciej pozbyć się swojego ukochanego biznesu i wyjechać jak
najdalej stąd. Podpis, który miała dzisiaj złożyć pod umową jego
sprzedaży, jawił się jej jak cyrograf zamykający poprzednie życie. Co
miało być potem, jeszcze nie całkiem wymyśliła. Chciała po prostu uciec
stąd, choćby do Hiszpanii, i tam rozpocząć zapisywanie nowej życiowej
karty. Mimo złego samopoczucia poszła rutynowo, jak co dzień, do
pobliskiego sklepiku po świeże pieczywo. Zwyczajowo zjadła na śniadanie
bułkę z żółtym serem i kleksem żurawiny, ale szło jej to tak, jakby
miała "drewniane zęby". Spojrzała przez okno na swój żółciutki samochód
Toyotę Aygo, który pieszczotliwie zwała "Igą", stojący na parkingu w pełnej nieświadomości, że za dwie godziny wywiezie ją z miasta. Igę
traktowała jak przyjaciółkę, zawsze jej się zwierzała z największych
tajemnic, ale dokąd dzisiaj pojadą, wcześniej nie zdradziła.
Już za moment Pola miała się udać do swojego wypieszczonego fitness
klubu wzbudzającego zachwyty przyjaciół i jęki zawiści osób jej
nieprzyjaznych, aby tam podpisać umowę jego sprzedaży. Potrząsnęła
głową, nie chcąc kolejny raz roztrząsać powodów tego kroku. Już po
pierwszej rozmowie z notariuszką przygotowującą niezbędne dokumenty
zdecydowała, że podpisze je w swoim biurze, gdyż chciała ominąć sztywną
ceremonię w kancelarii prawniczki. Zresztą wówczas musiałaby się ubrać
inaczej, a tak mogła włożyć codzienny zestaw "roboczy", idealnie
pasujący do podróży samochodem, w którą zamierzała wyruszyć tuż po
złożeniu podpisów. Latem byłby to zapewne sportowy top i spodenki push
up, do tego sandałki lub sneakersy. W zimowe dni wkładała legginsy
uzupełniane wełnianymi getrami, ale na nogi niezmiennie sneakersy, tyle
że z grubszymi podeszwami. Dopiero gdy było wilgotno, wskakiwała w adidasy, a kiedy padało, nosiła krótkie kaloszki. Ubioru dopełniła bluza
z kapturem, bo uznała, że na ocieplaną kurtkę zimową jeszcze nie pora.
Podpisanie dokumentów umowy sprzedaży przebiegło sprawnie. Znajoma
notariuszka przez cały czas patrzyła pytająco w twarz Poli, czekając na
jakieś wyjaśnienia. Jednak mimo dosłownie wiszącego w powietrzu pytania:
DLACZEGO? żadne inne tłumaczenie poza frazą: MUSZĘ PILNIE WYJECHAĆ, z jej ust nie padło. Pola, siląc się na uśmiech, złożyła nowemu
właścicielowi klubu życzenia radości z kolejnej inwestycji. Wreszcie
podała mu trzy komplety kluczy do lokalu i raz jeszcze się uśmiechnęła.
Po kilku kolejnych minutach grzecznościowej rozmowy pani notariusz,
uznając, że jej rola się skończyła, w milczeniu zaczęła się zbierać do
wyjścia.
- Proszę, pani Polu, jeszcze chwilę na mnie poczekać, tylko odprowadzę
panią notariusz do wyjścia. - Nowy właściciel fitness klubu także
poderwał się z krzesła.
Kiedy oboje wyszli, Pola podeszła do okna, spojrzała na stojącą na
parkingu Igę i głęboko westchnęła. Poczuła mocny ucisk w żołądku.
Zmarszczyła czoło, przykładając do niego rękę, a drugą pomasowała
brzuch. Nie zdążyła o niczym pomyśleć, bo nowy właściciel błyskawicznie
wrócił do biura. Jak zahipnotyzowany od progu wpatrywał się w leżące na
stole klucze, wreszcie przeniósł spojrzenie na twarz byłej właścicielki.
- A zdradzi mi pani... choć odrobinę, swoje dalsze plany? Bo nie wierzę,
że mając tak ogromne doświadczenie, odchodzi pani z branży. Kupuje pani
coś, na przykład w Gdańsku? - Spojrzał pytająco w jej twarz.
- Po prostu wyjeżdżam - ucięła krótko Pola.
- Niech będzie. - Mężczyzna machnął ręką.
Pola odniosła wrażenie, że nawet jest zadowolony, iż dalszej rozmowy o sprawie nie będzie.
- Marysia, która jest pani fanką i będzie szefowała klubowi,
powiedziała, że niczego w nim nie zmieni - rzucił po chwili, oglądając
się na drzwi. - Przynajmniej przez pół roku. Jako pani klientka zawsze
była wszystkim zachwycona, a odkąd zaczęłyście sobie mówić po imieniu,
wolała spędzać każdą wolną chwilę raczej tutaj niż w domu.
- Niektóre jej luźne uwagi bywały dla mnie inspiracją do wprowadzania
kolejnych zmian. Zachowuję Marysię w sercu i w kontaktach
telefonicznych. - Pola uśmiechnęła się raz jeszcze, ale poczuła kolejny
bolesny ucisk w dołku.
- Żona liczy, że mimo skręconej kostki wyskoczymy dzisiaj razem na
obiad, no może choćby na kawę - poprawił się, wypatrując reakcji Poli na
swoje słowa. - Czeka na mój sygnał. - Zerknął na telefon, który przed
momentem odłożył na biurko. - Może jednak przyjmie pani nasze
zaproszenie?
- Ruszam natychmiast w drogę. - Pola zdecydowanym ruchem głowy wskazała
na okno. - Jestem już poumawiana na trasie - skłamała bez mrugnięcia
powieką.
- No tak, znam panią jako doskonale zorganizowaną osobę. Dzięki pani
polubiłem ćwiczyć; rower i bieżnia naprawdę już mi sporo dały. -
Poklepał się dumnie po klatce piersiowej i lekko uśmiechnął. -
Oczywiście to Marysia przekonała mnie, żebym razem z nią przychodził do
klubu - uzupełnił. - Dobrze, już pani nie zatrzymuję, ale proszę się
odezwać z nowego miejsca.
- Obiecuję.
Jeszcze jeden wymuszony uśmiech, uścisk ręki z nowym właścicielem i po
pięciu minutach Pola wsiadała do auta. Miała w nim wszystko, co
zaplanowała na dzisiejszą podróż, więc już bez zwlekania ruszyła ulicą
Władysława IV w kierunku Orłowa. Celem jazdy było rodzinne letnisko nad
jeziorem Sudomie, kilkanaście kilometrów za Kościerzyną. Od wielu już
lat był to dom całosezonowy, ale zimą tam nie bywali. Tato zawsze
mawiał, że na dłuższe w nim pobyty przyjdzie czas na emeryturze.
Zerknęła w lusterko i ujrzała w nim swoją smutną twarz.
- Tylko mi się nie rozrycz! - syknęła, ale nieposłuszne łzy jednak
wypłynęły spod jej powiek.
Nieco zwolniła i przetarła oczy chusteczką. Na orłowskim skrzyżowaniu
koło kościółka pod wezwaniem Matki Boskiej Bolesnej, w którym
trzydzieści dwa lata temu została ochrzczona, skręciła w ulicę
Wielkopolską. Po przejechaniu pod wiaduktem kolejowym nagle ujrzała
przed sobą niebo znacznie ciemniejsze niż dwie godziny temu.
Czyżby miało padać?! Nawet nie zainteresowałam się pogodą - pomyślała.
Nigdy zresztą się nią specjalnie nie interesowała.
Na najbliższym czerwonym świetle pociągnęła łyk wody z butelki i zerknęła na odtwarzacz.
Nie, jeszcze za wcześnie. Włączę trochę dalej - postanowiła.
Nie lubiła ciszy w samochodzie, ale dzisiaj była okoliczność specjalna,
więc nie przerywając jej, dojechała aż do Chwaszczyna, gdzie czekając na
zmianę świateł, sięgnęła znowu po butelkę. Dopiero za rozjazdami w Żukowie, znalazłszy się już na kościerskiej trasie, zatrzymała się na
poboczu, by jednak włączyć odtwarzacz. Po otwarciu torebki w poszukiwaniu pendrive'ów z muzyką przypomniała sobie, że wczoraj
wszystkie schowała do kieszeni plecaka, a ten z kolei jest w bagażniku.
Wzruszyła ramionami i nacisnęła przycisk radia. Na ledowym wyświetlaczu
pojawiła się nazwa stacji Radio Plus, a z głośników popłynęły dźwięki
piosenki Ciągle pada, jednego z dawnych przebojów Czerwonych Gitar.
- Niech będzie, chociaż nie pada - mruknęła pod nosem, rozejrzawszy się
wokół.
Ruch samochodów w stronę Kaszub nie był duży, więc po chwili bez
najmniejszych problemów wyjechała na szosę.
Nie dziwota, że mało kto dzisiaj jedzie w tę stronę, bo niby po co? Ja
jadę, bo muszę. Muszę?! - pomyślała.
Podświadomie postukiwała palcem o koło kierownicy w rytm nostalgicznej
piosenki, zastanawiając się, czy w domu zrobiła, co należy, i wszystko z niego zabrała. Na pewno wyłączyła lodówkę i wyciągnęła z niej ostatnie
dwa jogurty, zaczętą kostkę masła i paczkę żółtego sera. Spakowała też
pozostałe bułki kupione rano u Szydłowskiego, a z koszyka na kredensie
zgarnęła cytryny, banany i jabłka.
Ile tego było? No... trochę - pomyślała i wzruszyła ramionami. Na dzisiaj
jedzenia jej wystarczy. Ważne, że wyłączyła bezpieczniki i zakręciła
wodę.
Uśmiechnęła się gorzko i spuściła powietrze.
Wpatrywała się przelotnie w pojawiające się przy drodze nazwy
miejscowości: Babi Dół, Borcz, Hopowo, Egiertowo. Myśli przeskakiwały z tematu na temat, ale nie potrafiła się zatrzymać na żadnym z nich.
Odrzucała je kolejno, bo nie były nijak odpowiednie na dzisiejszą jazdę.
Wreszcie wertując kolejne komórki pamięci, uzmysłowiła sobie, że za
dziesięć dni zaczynają się święta Bożego Narodzenia.
- O czym ja myślałam, że to mi całkiem umknęło? - zapytało głośno i ciężko westchnęła. - A może...? - zastanowiła się, ale niejako w odpowiedzi pokręciła głową. - Chociaż z drugiej strony, dlaczego nie?! -
Wróciła raz jeszcze do porzuconej przed chwilą myśli. - Przecież
zorganizowanie na letnisku rodzinnych świąt Bożego Narodzenia oraz
Nowego Roku na pożegnanie mojego "starego życia" to całkiem dobry
pomysł. Co ja mówię, wręcz genialny!
Pacnęła dłonią w kierownicę i pierwszy raz od wyjazdu z Gdyni się
uśmiechnęła. Podkręci się ogrzewanie w całym domu, a nie tylko na dole.
Wszystkie rury wodociągowe od wielu lat są preizolowane, więc od tej
strony wszystko jest okej! - Znowu się uśmiechnęła. - Czasami
jeździliśmy tam na jeden dzień w trakcie pierwszego weekendu po Nowym
Roku powspominać poprzednie wakacje i zaplanować nowe. Od czasu, gdy
zajęłam się fitnessem, wpadałam na daczę tylko sporadycznie, bo
uważałam, że muszę mieć nieustannie oko na swój biznes. To była
właściwie wymówka dla rodziny, a prawda była taka... - Zagryzła wargi, nie
chcąc nawet w myślach ciągnąć bolesnego wątku, który wiązał się z klubem
i Adrianem. Po kilkunastu sekundach wróciła do rozmyślań o organizacji
świąt. - Rodziców powiadomię lada dzień po niedzieli. A jakie przygotuję
menu? Powiedzmy, że na razie chodzi tylko o wigilię. - Zmarszczyła
czoło. - Zupa grzybowa, karp smażony, ziemniaki... to oczywiste. - Starała
się odtworzyć w pamięci wygląd wigilijnego stołu i potraw na nim. - Musi
być jeszcze kompot z suszu, śledź w śmietanie też jest zawsze. No i kapusta zasmażana! Bardzo ją lubię. - Prawie się oblizała.
Potem przypominały jej się jeszcze inne potrawy, jakie w ich domu
pojawiały się na świątecznym stole; było ich całkiem sporo.
- Ale, ale... - mruknęła. - Przecież to wszystko przekracza moje
możliwości!
Nigdy zbytnio nie garnęła się do poznawania tajników ich
przygotowywania. W kuchni oprócz usmażenia jajecznicy czy omletu
niewiele potrafiła zrobić. Jednak bez przesady! Kiedyś zrobiła jeszcze
kotlety schabowe i wspomagała mamę w przygotowaniu obiadu z polędwiczek.
Ale kiedy miała mieć czas na jakieś inne potrawy? Przecież najpierw
uczyła się w liceum, a później studiowała na AWF-ie! Miała w planie
ogarnąć to potem, ale potem, po ukończeniu uczelni wyższej, czasu
wolnego było jeszcze mniej. Za to znakomicie opanowała zamawianie
cateringów! O! I tak właśnie zrobi na święta! Wszystko zamówi w jakiejś
tego typu firmie w Kościerzynie albo Bytowie. Nie znała tam dotąd
żadnych, ale potrafi wyszukać najlepsze z funkcjonujących tam i zamówić
odpowiednie dania!
Zachichotała, przypomniawszy sobie, że uchodziła wśród znajomych za
wyjątkową specjalistkę w tej dziedzinie, wręcz ekspertkę.
Tymczasem niebo, jak okiem sięgnąć, przybrało jeszcze ciemniejszą barwę,
niż było za Orłowem. Zrobiło się szaro jak późnym popołudniem. Poli
wydało się, że ruch na szosie jest jeszcze mniejszy niż za Żukowem. Całe
szczęście, że w Radiu Plus grali miłą muzykę, pojawiała się co jakiś
czas także piosenka świąteczna. Przy jednej z nich, Last Christmas
George'a Michaela z zespołem Wham, na jej buzi wykwitł bananowy uśmiech.
W tle piosenki odtwarzał jej się w pamięci klip wideo nakręcony w zimowym anturażu, z rozbawioną młodzieżą w samotnej chacie pod lasem.
Jej pięterko zawsze przywodziło na myśl dom na ich rodzinnym letnisku.
Miało podobne jak tam proste drewniane ogrodzenie z sosnowych żerdzi,
które ułatwiało jej zanurzanie się w las w dowolnym kierunku bez
konieczności przechodzenia przez furtkę. Na jej twarzy znowu zagościł
uśmiech. Ostatnimi laty przyjeżdżała nad Sudomie rzadko i na krótko.
Wpadała zawsze na gotowe, czasami tylko przywoziła pizzę z Kościerzyny,
którą zamawiała gdzieś z postoju na trasie, choć zawsze po uzgodnieniu z rodzicami. Po ukończeniu studiów przestała się włączać nawet w prace nad
utrzymywaniem porządku na letnisku, tłumacząc sobie, że nie ma na to
czasu. Często odnosiła wrażenie, że rodzicom i bratu niezbyt się to
podoba. Wprawdzie nikt nie wymawiał jej tego na głos, ale ich spojrzenia
były niekiedy wymowne. Miała talent do szybkiego rozweselania rodziny,
zmieniania tematu, więc jej pobyty mijały na ogół bez kwasów.
Dlatego nim wyjadę gdzieś tam... - na moment przerwała tok myśli, ale po
chwili wzruszyła ramionami, bo do tego wątku miała jeszcze zbyt mało
danych - muszę jakoś w ich pamięci zatrzeć swój zły obraz. Organizacja
świąt na letnisku na pewno się do tego przyczyni! - Podkreśliła tę myśl
skinięciem głową.
Kiedy za Kłobuczynem z obu stron szosy pojawiły się lasy, z zaskoczeniem
dostrzegła wirujące wolno w powietrzu płatki śniegu. Grudzień, więc coś
białego ma prawo z nieba spaść, ale na pewno zaraz przestanie. Płatków
jednak z każdą chwilą przybywało, więc co jakiś czas uruchamiała
wycieraczki. Wreszcie zaczął padać gęsty śnieg. Trochę ją to
zaniepokoiło. Ponieważ oprócz filmów na Netfliksie żadnych innych
programów telewizyjnych nie oglądała, nie słuchała także audycji
radiowych, nie miała najmniejszego pojęcia, że opady śniegu były
zapowiadane od kilku dni, a w pogodzie miała nastąpić poważna zmiana. O czymś takim jak aura w jej klubie się nie rozmawiało. Wpatrując się w coraz gęściej padający śnieg i pracujące już nieustannie wycieraczki,
pomyślała przez chwilę, aby wrócić do domu. Jednak po kilku sekundach
uznała, że ma już za sobą blisko trzy czwarte trasy, więc to nie miałoby
sensu. Tymczasem szosa była coraz bardziej zasypana śniegiem. Pola
czuła, że nawet na łagodnych zakrętach koła samochodu zaczynają się
lekko ślizgać. Musiała więc mocno zwolnić.
- Powinnam mieć jednak zimówki! - wyszeptała z lekkim przestrachem.
Do tej pory uważała, że takie opony nie są jej potrzebne. Do pracy miała
tylko kilkaset metrów. Tak reagowała na podpowiedzi znajomych, że trzeba
je sobie sprawić, bo z pogodą nigdy nic nie wiadomo. Dotychczas, kiedy
śniegu napadało trochę więcej, a ulice nie były wystarczająco czarne,
Pola na kilka dni zapominała, że ma auto. Czego słońcu nie udało się
roztopić na karoserii, wieczorem usuwała parasolką albo domową miotłą.
Zresztą i tak na ogół wolała chadzać do pracy pieszo, nawet zimą.
Samochód służył jej tylko do wyjazdów po większe zakupy, w odwiedziny u rodziny czy na spotkania ze znajomymi albo na letnisko. Uśmiechnęła się,
ale natychmiast spoważniała, usiłując przebić spojrzeniem padający gęsto
śnieg. Kurczę! Wycieraczki naprawdę mają co robić! Zatrwożyła się nie na
żarty. Na drodze pojawiały się już tylko sporadycznie samochody. Pewnie
inni, widząc, co się dzieje, zrezygnowali z wyjazdu, ale widocznie nie
mieli takiej potrzeby jak ona. W Kościerzynie, której opłotki
przekroczyła niebawem, jechało jej się po ulicach nieco lepiej, ale z kolei musiała bardziej uważać, bo jesienią pozmieniali w mieście trasę
przejazdu.
Za rogatkami miasta jeszcze bardziej zwolniła, gdyż należało przemyśleć
wybór ostatniego odcinka trasy nad jezioro Sudomie. Jeden wiódł przez
Rybaki i Sycową Hutę, drugi przez Łubianę. Druga trasa była nieco
dłuższa, ale zawsze bardziej ją lubiła za sprawą częstych wizyt w sklepiku przy zakładach porcelany. Wyroby stamtąd kupowały przecież
renomowane sieci hoteli. Charakterystyczny i piękny serwis w ludowe
kaszubskie wzory pojawił się nawet w filmie Amelia ze słodką Audrey
Tautou, na co kiedyś zwróciła jej uwagę mama. Kiedy była młodsza,
prosiła rodziców, żeby pojechać tamtędy, bo wówczas była okazja wybrać
sobie jakiś drobiazg ze sklepowych regałów. Niezmiennie wtedy mawiała,
że to do przyszłej kolekcji. Rodzice się uśmiechali, ale na ogół jej
ulegali.
Tymczasem śnieg nie przestawał padać. Poli coraz trudniej było rozpoznać
trasę. Biała szosa, pokryte śniegiem pobocza, lasy i pola po obu jej
stronach wyglądały już zupełnie inaczej, niż pamiętała z okresu od
wiosny do jesieni. Dlatego bez wahania wybrała nieco dłuższą drogę
wiodącą przez Łubianę. Stamtąd przejechała w pobliżu jeziora Suminko do
Sycowej Huty, a dopiero za nią wjechała w leśną drogę wzdłuż jeziora
Sudomie. Do daczy pozostało nieco ponad dwa kilometry, więc najpierw
odczuła ulgę, że wkrótce nastąpi koniec jazdy, ale po kilku minutach
pojawiła się radykalna zmiana nastroju. Przestraszyła się nie na żarty,
bo samochód z widoczną trudnością pokonywał grube warstwy śniegu. Miała
problem, by utrzymać go na leśnej drodze. Żadnych wyjeżdżonych śladów.
Jechała tędy jako pierwsza od chwili, gdy zaczęło padać. Przez moment
zastanawiała się, czy przypadkiem się nie zatrzymać i nie przeczekać
gdzieś na poboczu. Pamiętała jednak, że nawet latem nie było tu za
bardzo gdzie zaparkować. Ta myśl pojawiła się zbyt późno, zdążyła bowiem
wjechać w sekwencję ciasnych zakrętów. Pocieszała się tylko, że gdy je
minie, zostanie już jakieś pięćset metrów do daczy. Tymczasem na jednym
z zakrętów źle wpasowała się w znacznie węższą tutaj drogę i zaczęła się
zsuwać bokiem w las. Silnik zawył, kiedy spróbowała skorygować tor
jazdy, opony zaczęły się ślizgać, w efekcie samochód przestał jej
słuchać, aż wreszcie oparł się lewym bokiem o pnie drzew. I to akurat po
stronie jej drzwi.
- Mój lakier! - wrzasnęła.
Żeby sprawdzić, czy nie uszkodziła karoserii, musiała wyjść przez drzwi
pasażera i dopiero wówczas się zorientowała, że ma na nogach sneakersy.
W Gdyni było sucho, a temperatura wynosiła plus pięć stopni. Przed
wyjazdem planowała przecież, że na daczy zaparkuje pod wiatą z tyłu
domku, do drzwi wejściowych dotrze bez problemu... zresztą o śniegu w ogóle nie myślała. Żadnych cieplejszych rzeczy z Gdyni też nie wzięła,
bo w letniskowych szafach było wszystko, co potrzebne w zimne czy
deszczowe dni: śniegowce, kalosze, buty trekkingowe, czapki, szaliki,
dresy, grube skarpety, kurtki ocieplane, parasole. Od parunastu lat już
nie rosła, więc wszystkie stare czy niezbyt modne rzeczy wciąż nadawały
się do noszenia. Dlatego z domu wzięła tylko plecak z osobistą bielizną
i przyborami toaletowymi. Ręczniki, pościel, wszystko było na miejscu.
Ta właśnie sprawa, pomimo bolesnego problemu osobistego i podjętej w jego efekcie decyzji o sprzedaży biznesu, szczególnie pozytywnie
nakręciła ją przed wyjazdem. Ważne było, żeby po niewielkim bagażu nikt
z sąsiadów się nie domyślił, że wyjeżdża z Gdyni na dłużej.
Mimo padającego nieustannie śniegu obeszła samochód, by zobaczyć, jak
wyglądają uszkodzenia. Uspokoiła się, bo nie było aż tak tragicznie. Od
razu sobie wybaczyła, bo przecież taka sytuacja mogła się przytrafić
każdemu. Znajomy lakiernik w mig to ogarnie, podobnie jak kiedyś, gdy
przy galerii Klif otarła się na tamtejszym parkingu o stalowy słupek.
Tylko tamto było z prawej strony auta.
- Miałam znajomego lakiernika! - wrzasnęła, wracając do samochodu.
W tej samej chwili się poślizgnęła. Próbując ratować się przed upadkiem,
chwyciła się ośnieżonych gałązek pobliskich krzaków, ale nic to nie
dało. Zanim upadła pupą w kopny śnieg, uderzyła jeszcze prawym kolanem o pień drzewa.
- Auu! Boli! - jęknęła. - I mam całe mokre dupsko! - krzyknęła, gdy
udało jej się podnieść na nogi. - No tak, głupia babo, kurteczka do
połowy bioder i legginsy - pastwiła się nad sobą.
Kuśtykając i jęcząc z bólu, wsiadła do auta. Jej ładniusie sneakersy po
obejściu Igi były zupełnie przemoczone, a od mokrego zadka mróz jej
przenikał plecy.
- Boże! I co teraz?!
Z trudem przecisnęła się na miejsce za kierownicą. Próbowała ponownie
ruszyć na wstecznym biegu, ale samochód tylko wył, drżał i jeszcze
bardziej przyklejał się do drzew, które mimo padającego śniegu
rozpoznała jako brzózki.
- A tak je lubię... I co teraz?! Nieźle się zaczyna to moje nowe życie.
Miały być święta. Szlag! - wrzasnęła znowu.
Zdjęła sneakersy i puściła ciepłe powietrze na nogi, by trochę je
ogrzać, a jednocześnie podsuszyć obuwie.
- Nie wzięłam na zmianę nawet skarpetek. - Krytycznie spojrzała na nogi.
- Bo po co?! Jest ich pełno na daczy - szydziła z samej siebie.
Spojrzała na leżący na półce telefon. Dobrze, że go wzięła. To był
niestety ten drugi, z kontaktami do rodziny, pierwszy, biznesowy aparat,
używany na co dzień, wrzuciła rano na dno plecaka. W nim jest pełno
kontaktów do ludzi ze starego życia. Tylko niby do kogo i po co miałaby
dzwonić? I tak nikt się tutaj nie pojawi, żeby pomóc jej wydostać się ze
śnieżnej matni. Sięgnęła po telefon i zmartwiała; jego bateria była
prawie rozładowana. O kurczę... Mogę zrobić tylko jedno - pomyślała nagle
przytomnie. Zadzwonić pod sto dwanaście. Powiem im, gdzie mniej więcej
jestem, oni przekierują sprawę do strażaków, którzy mnie wyciągną. Tak,
chwała Bogu, że na to wpadłam. Wystukała numer na klawiaturze i w tym
momencie komórka padła.
Jak to?! Przecież wczoraj ją ładowałam!
Po kilku chwilach uzmysłowiła sobie, że owszem, kabel podłączyła do
telefonu, ale pewnie nie nacisnęła czerwonego podświetlanego
przełącznika na przedłużaczu. Przeszkadzało jej nocami to światełko,
więc przycisk był zazwyczaj ustawiony w pozycji OFF.
- Idiotka! - syknęła.
I co teraz?
Przez długą chwilę patrzyła przed siebie bez żadnej myśli czy emocji.
Jakby nie rozumiała, co się stało. A potem nagle wrócił do niej stary,
zapomniany koszmar z dzieciństwa. Śnił jej się czasem, gdy była mała. W wyjątkowo ciemny wieczór była sama w jakimś domu. Chodziła po jakichś
sieniach, pokojach, nawet komórkach, aż nagle wpadła do dołu, chyba
piwnicy. I wtedy budził ją własny krzyk. Mama przybiegała, tuliła, w jej
ramionach odzyskiwała poczucie bezpieczeństwa.
Na Boga, czemu jej się to teraz przypomniało? Siłą woli odpędzała tamte
natrętne myśli. Czas płynął, dygotała z zimna.
Coraz bardziej nerwowo, z rosnącą paniką spoglądała na leśną drogę. Po
półgodzinie, kiedy śnieg nie przestawał padać, zaczęła bać się już nie
na żarty. Dotarło do niej, że teraz jedynym wyjściem jest powrót pieszo
do szosy, którą przyjechała z Sycowej Huty, i tam szukanie pomocy.
Jednak taka przemoczona i z pulsującym bólem kolana?! Co prawda przy
końcu jeziora są jeszcze gospodarstwa tutejszych mieszkańców, widywała
je często z łódki, ale nigdy tam nie była. Zresztą tam też nie dotrze.
Szlag, szlag!
Zatrzęsła się z zimna. Zerknęła na konsolę i wskaźniki: paliwa jest
jeszcze pół zbiornika. Uspokoiła się nieco, ale natychmiast przypomniała
sobie słowa ojca, że silnik podczas pracy na jałowym biegu może mieć
kłopoty z ładowaniem akumulatora. Boże! I co wówczas?!
Trochę zmniejszyła temperaturę powietrza z dmuchawy, bo okna były już
całkiem zaparowane. By cokolwiek widzieć, co jakiś czas przecierała je
irchową szmatką, którą zawsze woziła w schowku na drzwiach, i włączała
wycieraczki, z wielkim trudem odgarniające padający nieustannie śnieg.
- I co dalej, kretynko? - wysyczała.
Co chwilę rozcierała pulsujące kolano, zastanawiając się, czy już
powinna ruszyć w kierunku asfaltowej szosy, czy dać sobie jeszcze kilka
minut.
- Niczego tu nie wysiedzę! SZLAG, SZLAG!
Nagle w lusterku wstecznym zauważyła przebijające się przez padający
śnieg światła nadjeżdżającego samochodu. Zanim w swoim aucie uruchomiła
światła awaryjne, wciągnęła pośpiesznie sneakersy, włączyła klakson i jakoś wydostała się na zewnątrz, samochód wyminął ją, ale po kilkunastu
metrach się zatrzymał. Z samochodu wysiadł mężczyzna.
- Cóż to? Przymierza się pani do roli Dziewczynki z zapałkami czy może
bawi się w szkołę przetrwania? Jeśli to drugie, pomyliła pani pory roku.
A swoją drogą, takim samochodzikiem wybierać się do zasypanego śniegiem
lasu? Do tego z letnimi oponkami?
Zbliżając się do Poli, na przemian wymądrzał się i zrzędził, a na koniec
jeszcze dobił ją opinią o oponach.
Była zdumiona, że w kilka zaledwie chwil celnie wyłapał wszystkie jej
błędy. Zatkało ją. Zbliżył się, obszedł jej auto wokół i pokręcił głową.
Spoważniał.
- Tak z marszu nie wyciągnę pani. Oprócz mojego samochodu potrzebny jest
jeszcze inny, a najlepiej traktor, bo inaczej można porysować cały lewy
bok toyoty. Najbliższe zabudowania gospodarskie leżą ponad dwa kilometry
stąd. - Wskazał ręką przed siebie. - Dokąd i po co pani jedzie?
- Sorry, ale co to pana obchodzi?
- To było dodatkowe pytanie i wcale nie najważniejsze, ale na
wcześniejsze też nie usłyszałem odpowiedzi. - Spojrzał na nią
przenikliwie, po czym jego wzrok znowu przesunął się na chwilę na jej
obuwie.
- Niecały kilometr stąd... przy drodze jest moja dacza... - wydukała w końcu. - Nie znałam prognozy pogody...
- To tylko nieco wyjaśnia sprawę - nie pozwolił jej dokończyć. - Ja mam
letnisko przy tamtym końcu jeziora - machnął ręką - a ponieważ
przejeżdżam w pobliżu pani daczy, więc mogę podwieźć.
- A mój samochód?
- Tutaj nie zginie i nikt go nie znajdzie. Szybko go śnieg zamaskuje. -
Mężczyzna się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał. - Może uda mi się
załatwić traktor jeszcze na dzisiaj, a jeśli nie, to na jutro rano.
- I on tu będzie stał tak sam?
- Mój też będzie stał pod chmurką.
- W zasadzie mój też tak ma na co dzień... i to przez cały rok - przyznała
Pola.
- Więc raczej z tym nie ma problemu, prawda?
- A może udałoby się jednak panu szybciej załatwić traktor?
- Gospodarz przez cały rok zasuwa na polach, więc jak pada śnieg, to
może sobie wreszcie spokojnie poleżeć pod pierzyną.
- Faktycznie tak może być. - Pola zgodziła się z nim i pokiwała głową.
- Poważnie tak pani myśli o ich pracy?! A zwierzęta same się nakarmią?
Trzeba wydoić krowy, w kurnikach powyzbierać jajka, nakarmić świnie i pozostałą trzodę, zrobić im wszystkim czysto pod dupskami. - Pokręcił
głową. - No nic, proszę mi podać swoje bagaże i zapraszam do mojego
auta. Nie ma tu co stać. Śnieg tak szybko nie ustanie.
Pola wyciągnęła plecak z bagażnika, torbę z jedzeniem i torebkę z siedzenia, zamknęła samochód i potulnie ruszyła za nim. Mimo wciąż
padającego śniegu dostrzegła, że jego samochód to wypasiona fura Land
Rover Defender Octa 90. Napatrzyła się wystarczająco na auta takiej
klasy pod swoim klubem.
Kim on jest?! - pomyślała, ale nie odważyła się zadać pytania na głos,
tylko od czasu do czasu zerkała na mężczyznę. Różnił się od wszystkich
jej znajomych. Owszem, ma furę, ale poza tym nie zauważyła u niego
podczas krótkiej wymiany zdań jakiegoś pozerstwa, za to dostrzegła
pewność w słowach i podejmowanych decyzjach. Zna się na tym jak mało
kto!
Jego auto bez trudu pokonało pozostałe zakręty i prosty odcinek leśnej
drogi do jej rodzinnej daczy. Kiedy chciała wysiąść, by otworzyć bramę,
wyciągnął rękę. Domyśliła się, że czeka na klucze. Land rover wkrótce
bez wysiłku podjechał pod domek. Przy nim od razu, i to bez
najmniejszych trudności, nieznajomy zawrócił. Pola wysiadła i po chwili
wahania zaprosiła mężczyznę do środka.
- Dziękuję, może przy innej okazji - podziękował stanowczo. - Wymieńmy
się na wszelki wypadek numerami telefonów. - Sięgnął po swój aparat, a Pola wspomniawszy na rozładowaną komórkę, wyjęła z torby notes i długopis. - Czy w domku da sobie pani ze wszystkim radę, czy mam jeszcze
w czymś pomóc? - spytał, kiedy każde z nich zapisało u siebie numer
nowego abonenta.
- Poradzę sobie. Ogrzewanie jest elektryczne, więc wystarczy tylko
regulacja jednym pokrętłem.
- W takim razie do usłyszenia i zobaczenia. Życzę zdrowia!
- Dziękuję, będę czekała na wiadomość o traktorze.
Rozdział 2
2
?
Najpierw zrzuciła z nóg przemoczone sneakersy, potem ściągnęła mokrą
kurtkę, koszulkę i całą resztę, po czym pokuśtykała na górę. Tam włożyła
ciepłą bieliznę, grube wełniane skarpety, dres, ciepłą kurtkę i jeszcze
opaskę na uszy.
- Bez sensu byłoby się teraz rozchorować - powiedziała na głos.
Tak zabezpieczona zeszła na dół. Przypomniała sobie o rozładowanej
baterii w telefonie i szybko podłączyła go do sieci.
Sprawdziła, jaką temperaturę wskazuje ścienny termometr w salonie.
Odczytała z niego dziewięć stopni Celsjusza. Oceniła, że wnętrze domu
utrzymało ciepłotę, a piec w kotłowni nie musiał się dotąd włączać.
Ostatnia jego wymiana, a przy okazji termostatycznych zaworów na
kaloryferach, przyniosła więc oczekiwane efekty. Kiedy była tu na krótko
z ojcem pierwszego listopada, po wizycie na cmentarzu na Witominie,
wyjaśnił jej, że ustawienie pokrętła na znaczniku gwiazdki znajdującej
się na obudowie zaworów odpowiada ośmiu stopniom, a przy ustawieniach
pokrętła na cyfrach od jednego do pięciu temperatura wzrośnie
każdorazowo o cztery stopnie. Dlatego na wszystkich kaloryferach
pokrętło ustawił nieco na lewo od gwiazdki.
- Moim zdaniem - powiedział - to będzie odpowiadało sześciu stopniom
Celsjusza, a tyle wystarczy, żeby woda w rurach wodociągowych nigdzie w domu nie zamarzła.
Nawet ona to zrozumiała. Teraz zeszła do kotłowni i sprawdziła na własne
oczy, że piec rzeczywiście wciąż śpi, bo pali się czerwona lampka
czuwania. Po chwili była na powrót w salonie. Pokrętło kaloryfera
przesunęła na trójkę, co miało odpowiadać dwudziestu stopniom. Po czym
ponownie, nie bacząc na bolące kolano, zeszła do kotłowni. Tym razem na
piecu paliła się już zielona lampka, czyli piec zaczął podgrzewać wodę.
Pokazała sobie kciuk.
Potem kuśtykając, odwiedziła kolejno wszystkie pomieszczenia w domu,
zerkając na pokrętła, i pozamykała drzwi. W swoim pokoju ustawiła
pokrętło także na trójkę, a w łazience nieco na lewo od niej, co jej
zdaniem miało oznaczać temperaturę osiemnastu stopni. W przylegającej do
salonu kuchni i kompleksie sanitarnym na parterze też ustawiła pokrętła
na osiemnaście stopni. Na wszelki wypadek zajrzała jeszcze do spiżarni
przy kuchni i po zerknięciu na termometr, na którym odczytała
temperaturę ośmiu stopni, uchyliła jedną z dwóch kratek wentylacyjnych,
pociągając za sznurek.
- Może się przyda albo i nie, ale temperatura powinna się tu jednak
trochę obniżyć.
Zamknęła spiżarnię, spojrzała na torbę z bułkami, serem, masłem i owocami, którą położyła na kuchennym stole, a potem przeniosła
spojrzenie na lodówkę.
- Dzisiaj jest niepotrzebna. Może włączę ją jutro po zakupach.
Liczyła, że za dwie godziny przynajmniej w salonie zrobi się cieplej.
Raz jeszcze, kuśtykając i co pewien czas przystając, przedefilowała po
pomieszczeniach całego domu, na wszelki wypadek sprawdzając zamknięcie
okien. Nie miała zastrzeżeń.
Pewnie by mnie tata pochwalił - pomyślała. Co rodzice powiedzą, kiedy
usłyszą, że tu jestem? I to tak szczęśliwie uratowana z niebezpiecznej
sytuacji.
Gdy zamknęła drzwi do kuchni i holu, temperatura w salonie szybko
zaczęła rosnąć. Po dwóch godzinach było już w nim dwanaście stopni, więc
zdjęła opaskę i rozpięła kurtkę. Po kolejnych dwóch temperatura
osiągnęła już piętnaście stopni. Kilka razy przechodziła obok
radioodtwarzacza, ale nie uruchomiła go. Co jakiś czas posiadywała na
kilka minut w fotelu, rozcierając i masując kolano, a potem znowu
spacerowała. Otwierała szuflady, drzwiczki szafek, sprawdzała, gdzie się
dało, porządek, przestawiała według swojego upodobania. Wreszcie uznała,
że powinna zjeść choćby banana. Wkrótce odwiedziła wszystkie
pomieszczenia sanitarne w domu, bo przypomniała sobie, że warto
sprawdzić jeszcze zawory wody. I w tym względzie nie miała uwag.
Wyglądała od czasu do czasu przez salonowe okna, ale śnieg nie
przestawał padać. Ślady, które na leśnej drodze zostawił samochód
nieznajomego wybawcy, po piętnastej już były niewidoczne.
- Co będzie jutro?! - Zaniepokojona potarła ręką czoło. Było nieco
cieplejsze niż zwykle, ale nie gorące. Dobre i to.
Po szesnastej, kiedy chwilę wcześniej zapaliła stojącą pomiędzy fotelami
lampę w salonie, zrobiła sobie gorącą herbatę z cytryną i zjadła bułkę z serem, postanawiając, że kolejną zje wieczorem, a dwie pozostałe zostawi
na jutro.
Kolacja z obiadem za jednym przysiadem - przez głowę przeleciało jej
zasłyszane kiedyś powiedzenie, ale nawet ono jej nie rozśmieszyło.
A może jednak teraz powinna zjeść jeszcze jedną bułkę? Wpatrzyła się w torbę z pieczywem i nabiałem. Już wyciągała po nią rękę, gdy przypadkiem
znowu spojrzała w okno. Wciąż gęsto sypało. A co będzie, jeśli do rana
nie przestanie padać?
Przeniosła wzrok na telewizor, ale po chwili uznała, że w stanie, w jakim jest, zupełnie nie ma ochoty rozmawiać z operatorem Polsatu, żeby
włączył sygnał.
Dotąd nie oglądałam prognoz, to i dzisiaj się jakoś obędę - pomyślała i machnęła ręką. I tak śnieg pada. Zobaczymy, co będzie rano. Na operację
z traktorem już nie można liczyć, bo robiło się ciemno.
Ruszyła do swojego pokoju. Pościeliła łóżko, znalazła ciepłą piżamkę i nie spiesząc się, zrobiła dokładny przegląd rzeczy w szafie. Na koniec
przygotowała sobie zestaw do ubrania na następny dzień, gdy wybierze się
z nieznajomym odkopywać Igę. Odkurzyła książki w biblioteczce,
zatrzymując się na dłużej przy Biblii. Po chwili zastanawiania się
przeniosła ją na szafkę nocną i skinęła głową. Po ukończeniu porządków w biblioteczce otworzyła kosz z lalkami i skrzynię z puzzlami i grami.
Rozejrzała się, by sprawdzić, czy wszystkie bajkowe pluszaki z Kubusia
Puchatka znajdują się na swoich miejscach. Odkurzyła pokój, a potem
zeszła z odkurzaczem do salonu. Wolała coś robić, niż siedzieć
bezczynnie, bo wówczas mogłyby się pojawić myśli o Adrianie. Sprzątnęła
także kuchnię, chociaż doskonale wiedziała, że mama przed wyjazdem
zawsze to robi dokładnie. Umyła wszystkie naczynia znajdujące się w szafkach i sztućce z szuflady. Zmęczyło ją to nieco, a zanim przyszła
noc, zjadła kolejna bułkę z serem, przegryzła jabłkiem, popiła herbatą z cytryną, a przed kąpielą zjadła ostatniego już banana. Nagle zakręciło
ją w nosie i głośno kichnęła.
- O nie, tylko nie to!
Po kąpieli udało jej się znaleźć w sypialni rodziców pudełko z aspiryną
Bauera i dwie tabletki łyknęła od razu. Wpadło jej w oko kilka
kolorowych gazet z krzyżówkami i wzięła je do swojego pokoju. Z nimi
zapakowała się do łóżka. Wpatrzyła się w Biblię, którą wcześniej
położyła na szafce. Pokręciła głową. Może kiedyś, ale nie dzisiaj.
Rozwiązywanie krzyżówek też szło jej opornie, stopy wciąż nie mogły się
rozgrzać, raz jeszcze kichnęła, więc dodatkowo przykryła kołdrę ciepłym
pledem. Na wszelki wypadek przełożyła kartonik z chusteczkami z biurka
na szafkę nocną. Ból kolana z kolei przypomniał jej o taśmie
kinezjologicznej pasotape, rodzaju plastra przeciwbólowego, którą
zawsze zalecała klubowym klientkom na bolące po treningu kolana, łydki
czy ramiona. Wyjęła z szuflady pudełko z taśmą i odciąwszy spory
kawałek, okleiła nim bolące kolano.
Komórkę swoim zwyczajem położyła na podłodze, przedtem przepisawszy z notesu numer telefonu nieznajomego mężczyzny, nie wiedzieć czemu
uśmiechnęła się, przypominając sobie przez moment, że gdzieś niedaleko
śpi jej wybawca. Przerzucała gazety, wpisywała do krzyżówek hasła,
wreszcie oczy jej się zmęczyły i zasnęła. W nocy budziła się kilka razy,
bo z nosa jej już ciekło, raz nawet na pół godziny zapaliła lampkę,
przestraszona wyświetlonym we śnie "filmem" ze zdarzenia pomiędzy
Adrianem, jej byłym narzeczonym, a jedną z pracujących w klubie
instruktorek zumby. Od wczorajszego ranka broniła się przed myśleniem o nim, ale ze snami nie potrafiła walczyć. O zdarzeniu, które pojawiło się
we śnie, usłyszała od jednej z poważnych klientek, która nieoczekiwanie
wróciła z szatni do opustoszałej już sali ćwiczeń po jakąś zapomnianą
rzecz. Instruktorka, leżąc na plecach na skórzanej ławeczce z ugiętymi
kolanami, wyciskała gryf od sztangi. Wtedy pojawił się przy niej Adrian.
Przejął od instruktorki ciężar, odstawił go na stojak, ona zaś leżała,
jakby wyczekując. On nachylił się ku niej i długo się całowali.
"Musiałam to pani powiedzieć" - przypomniała sobie słowa klientki. -
"Pani wkłada tyle serca w klub, a narzeczony... nie jest dla pani dobry".
Pola wielokroć wyobrażała sobie, że ta ławeczka mogła im służyć jako...
Ten film wiele razy jej się wyświetlał, męczył ją i zawsze kończył się w tym samym miejscu, ale wyobraźnia podpowiadała jej ciąg dalszy, bo w klubie mebli wygodniejszych niż ta ławka nie brakowało. Prawda była też
taka, że kilka razy zostawiała Adrianowi klucze, by zamknął klub, a sama
szła przodem przygotować kolację dla nich dwojga. Ostatnim razem
znalazła na jego policzku ślad szminki...
- Przeziębiłam się nie na żarty! - rzuciła na głos, by zdecydowanie
odciąć się od snu, który ją zbudził.
Usiadła na łóżku, spojrzała na drzwi, ale po chwili pokręciła głową i otworzyła szufladę szafki nocnej. Chwilę w niej pogmerała, a po chwili
uśmiechnęła się do trzymanego w rękach małego niebieskiego słoiczka z kamforowo-mentolową maścią Vicksa.
Kiedyś pomagała, to i dzisiaj pomoże - pomyślała z przekonaniem.
Najpierw posmarowała nią delikatnie skronie i nos, a po chwili, już
obficiej, krzyż i pośladki. Od razu poczuła, że maść zaczyna działać.
Zerknęła na leżący na podłodze opodal łóżka telefon i się uśmiechnęła.
Zgasiła światło, przywołała z pamięci twarz nieznajomego z land rovera i szybko zasnęła.
Rankiem postanowiła, że śniadanie zje dopiero, kiedy wczorajszy
nieznajomy się odezwie, co załatwił z traktorem, a może nawet po
przeprowadzeniu całej operacji. Po ósmej odezwał się sygnał
przychodzącej wiadomości od abonenta, którego numer wczoraj zapisała pod
hasłem: Land Rover.
Będę około 9-tej.
Szybko wysłała odpowiedź:
Bardzo dziękuję. Czekam.
Pojawił się kilka minut przed dziewiątą, a tuż przed jego samochodem
jechał traktor, odgarniając śnieg przyczepionym z przodu pługiem.
Fontanny białego puchu efektownie pryskały na boki, więc Pola dopiero
teraz mogła ocenić, jak dużo śniegu spadało. Po chwili dojrzała, jak
obaj kierowcy rozmawiają na oczyszczonej drodze i spoglądają w stronę
jej domu. Pomachała im przez kuchenne okno; obaj unieśli dłonie. Po
chwili traktor ruszył w kierunku zakrętów, za którymi gdzieś pod
brzozami spała jej Iga. Szybko ubrała się w przygotowany wczoraj zestaw,
ale zanim zeszła z tarasu, by wsiąść do auta nowo poznanego mężczyzny,
cofnęła się po kuchenną zmiotkę.
- A co będzie pani robić tym maleństwem? - spytał kierowca land rovera,
zanim ruszyli.
- W swoim samochodzie nie mam niestety nawet takiego małego dynksa. -
Poruszyła zmiotką.
- Dynksa! - Zachichotał. - A jak pani odśnieża auto na co dzień?
- Śnieg rzadko u nas pada, a jeśli już mnie zaskoczy, to odgarniam starą
długą parasolką albo przynoszę z domu miotłę na kiju - palnęła szczerze.
- Prawdziwa kobieta! - prychnął zabawnie.
Nie zdążyła dopytać, co miał na myśli, bo odwrócił się znacząco za
siebie. Podążyła za jego spojrzeniem; na tylnym siedzeniu leżał zestaw
do odśnieżania: zmiotka na długim kiju, skrobaczki do szyb krótkie i teleskopowe z miotełkami oraz nieprzemakalne rękawice.
- W bagażniku mam jeszcze dużą łopatę do odśnieżania chodnika, szpadel
ogrodowy, a także mocną saperkę, gdyby trzeba było porządnie podkopać
koła. Na wszelki wypadek wziąłem też piłę akumulatorową, gdyby trzeba
było naciąć gałęzi świerkowych i ułożyć je pod kołami.
- No tak, prawdziwy mężczyzna.
Spojrzała na niego z uznaniem i w tym samym momencie kichnęła.
- Aha - usłyszała.
- Zdarza się - odparła, po czym wytarła głośno nos.
- No, no, no. To pewnie te wczorajsze tenisówki.
- A ja myślałam, że to ze stresu - skłamała, bo wczoraj nawet o tym nie
pomyślała; pokręcił głową i raz jeszcze ją otaksował.
- Zygmunt... - właściciel land rovera machnął głową w kierunku jazdy;
domyśliła się, że mówi o gospodarzu, który pojechał przed nimi traktorem
- też ma na pokładzie całą kupę zimowego sprzętu, więc powinniśmy szybko
odkopać pani cacko.
Kiedy dotarli na miejsce wczorajszego zdarzenia, traktorzysta zdążył
odśnieżyć fragment drogi już prawie do gołej ziemi, a teraz dużą łopatą
odrzucał śnieg wokół Igi.
- Dzień dobry panu i dziękuję - przywitała się.
- Dzień dobry, nie ma sprawy - odpowiedział. - Pasuje do pani. - Wskazał
głową na odśnieżony fragment żółtej karoserii i mrugnąwszy, poprawił
czapkę na głowie.
Kierowca land rovera bez słowa uruchomił piłę i zaczął wycinać drzewka i krzaki rosnące obok jej auta. Traktorzysta wskazał mu jeszcze inne,
które mogły stanowić utrudnienie podczas wyciągania samochodu.
- A nie szkoda tych małych drzewek? - spytała po chwili Pola.
- Nie szkoda, bo to samosiejki, a zresztą to mój las. - Traktorzysta
machnął ręką. - Kiedy stopią się śniegi, będę musiał trochę poszerzyć
całą drogę, a szczególnie tutaj, na zakrętach. - Spojrzał w jedną i drugą stronę. - Miałeś, Gabrielu, rację, że wspomniałeś o tym, bo
inaczej musiałbym częściej tu przyjeżdżać. Zresztą nie tylko zimą.
- Z każdym rokiem na tej drodze jest coraz większy ruch. - Pola
zdecydowała się powiedzieć coś na temat, przyznając przy okazji rację
obu mężczyznom. - To na pewno kłopot wyciągać ze śniegu czy grząskiego
pobocza takie ofiary losu jak ja, prawda? - Zerknęła na mężczyznę,
który, jak rozumiała, gospodarzył gdzieś na końcu jeziora.
- Żaden tam kłopot. Jak można pomóc, to się pomaga. Gdyby śnieg tak
mocno wczoraj nie padał, a pani nie zdecydowała się wjechać w las, to
nikt by nie wiedział, że jest taka konieczność. Jak to się mówi:
"Potrzeba matką wynalazków". - Zręcznie wykorzystał znane przysłowie. -
Miała pani szczęście, że Gabriel też zapomniał wcześniej coś zrobić na
swojej działce, bo inaczej byłby prawdziwy kłopot... - Nie dokończył,
tylko pokręcił głową. - Będzie pani tym drobiazgiem zacierała wczorajsze
ślady? - Huknął śmiechem, kiedy wypatrzył w jej rękach małą zmiotkę.
Pola dopiero w tym momencie się zorientowała, że wciąż trzyma ją
kurczowo. Skwitowała uśmiechem jego słowa, po czym dokładniej wpatrzyła
się w spory kopiec śniegu wkomponowany pomiędzy brzózki, uzmysławiając
sobie, że tak właśnie wygląda skuteczne maskowanie Igi.
- Miał pan wczoraj rację, że nikt jej nie zauważy - zwróciła się do
właściciela land rovera, przenosząc po chwili spojrzenie na
ponaddwudziestocentymetrową puchową pierzynkę, która otulała jej
samochód.
W milczeniu przypatrywała się, jak obaj mężczyźni po sprawnym
odśnieżeniu Igi zaczepili do jej podwozia linki holownicze, ich końce
przymocowując do swoich pojazdów. Zgodnie z ich poleceniem wsiadła do
auta, uruchomiła i wysprzęgliła silnik, a podczas wyciągania jej z pobocza wykonywała kierownicą, zgodnie z poleceniami, tylko niewielkie
ruchy. Oni zaś działali spokojnie i z wielką dozą rutyny, tak jakby
czynili to kilka razy każdego dnia. Wkrótce jej żółty samochód stał na
drodze. Uradowana efektem zakończonej operacji sięgnęła po torebkę.
- Jak dla pani pierwszy raz gratis, ale za drugim razem będzie podwójna
stawka. - Traktorzysta się zaśmiał, pomachał ręką, wsiadł do kabiny
ciągnika i ruszył odśnieżać pozostały odcinek leśnej drogi.
Pola w miarę spokojnie pokonała kilka pierwszych metrów drogi
odśnieżonej pługiem do gołej ziemi, ale kawałek dalej koła zaczęły
buksować, wobec czego musiała się zgodzić, by land rover wziął ją na
hol. W połowie podjazdu od bramy pod dom nieznajomy zatrzymał się,
wyciągnął z auta łopatę i zabrał się do odśnieżania drogi do garażowej
wiaty na tyłach domu. Kiedy Pola, by go wspomóc, przyniosła z szauerka
drugą, nieco mniejszą łopatę, z wdziękiem ją odprawił, prosząc tylko o kluczyki od auta.
- Ale chyba muszę tutaj być... - zaczęła oponować.
- Pani ma katar... Mam nadzieję, że tylko to. Proszę pójść włączyć wodę na
herbatę! - zareagował stanowczo, choć z uśmiechem na ustach. - To nie
jest praca dla kobiety, kiedy ja tu jestem. Gdybym miał jakiś problem,
poproszę.
Pola przyglądała się przez kuchenne okno, jak sprawnie odśnieża frontowy
placyk i dojazd do wiaty na tyłach domu, a potem wolno wciąga Igę pod
górę. Kiedy jej auto stanęło już na płaskiej części placyku, przesiadł
się do niego, włączył silnik i bez kłopotów pojechał zaparkować pod
wiatą. Kiedy wrócił przed dom, pokazał jej kciuk, zadowolony z siebie,
po czym ustawił swój samochód przodem do bramy. Pola podziękowała i przywołała go do wnętrza. Pokręcił głową, wskazując na podjazd
prowadzący od bramy na górkę. Aha! Chce odśnieżyć i tam! Postanowiła
wyjść na zewnątrz i choć trochę go wspomóc. Tym razem już nie oponował.
- Dałbym sobie radę, ale we dwójkę będzie raźniej. A nieco ruchu przy
katarze też nie zaszkodzi.
Po kwadransie machania łopatami siedzieli już w salonie przy stole. Pola
oprócz kubków z parującą herbatą z plasterkami cytryny postawiła przed
każdym talerzyk z bułką, a na środku stołu na drugim talerzyku masło i żółty ser.
- Czym chata bogata... - rzuciła i uśmiechnęła się rozbrajająco. - Nie
jest tego dużo, ale na pierwszy posiłek jakoś wystarczy. Potem, gdy
przemyślę, co jest potrzebne, wyskoczę po zakupy. - Spojrzała w stronę
okna.
Mężczyzna zbył milczeniem jej zamiar, natomiast rozejrzawszy się wokół,
pochwalił wnętrze salonu.
- My również mamy w planie postawić kominek, chociaż najpierw czekają
nas większe wyzwania.
Gdy Pola miała zamiar poprosić, by rozwinął myśl, on zajadając bułkę z serem, uprzedził ją.
- Najpewniej stanowi pani forpocztę większej ekipy, która tu przyjedzie,
prawda? - Spojrzał na nią wnikliwie, a Pola nie wiedząc, jak
odpowiedzieć, wzruszyła ramionami i głęboko westchnęła. - Proponuję,
abyśmy mówili sobie po imieniu. Jestem Gabriel - zaproponował
nieoczekiwanie.
- Jeszcze nigdy nie miałam znajomego o takim imieniu. - Uśmiechnęła się
szeroko. - A ja jestem Pola. - Wyciągnęła rękę.
Uścisnął jej dłoń z lekkim uśmiechem i dziwnym błyskiem w oczach. W tym
momencie zauważyła sporą bliznę nad jego okiem. Kiedyś musiała tam być
fatalna rana, ale teraz nieznajomy z blizną wydał jej się jeszcze
bardziej męski. Uśmiechnęła się lekko do własnych myśli.
- Ja również dotąd nie miałem żadnej znajomej o tak niecodziennym
imieniu. Myślałem, że to imię zostało wymyślone tylko dla Poli Negri, to
znaczy naszej Apolonii Chałupiec. Jesteś nie mniej piękna niż ona. -
Teraz on obdarował ją uśmiechem.
Pola przyłożyła dłonie do policzków, które po jego słowach błyskawicznie
oblały się pąsem. Jeszcze nigdy podobnego komplementu pod swoim adresem
nie usłyszała od nikogo, nawet od Adriana, a tu facet, z którym poznała
się wczoraj w niecodziennych okolicznościach, zasunął jej coś takiego.
- Jestem zaskoczona... - zdołała tylko wykrztusić, co było najprawdziwszym
opisem jej aktualnego stanu. Kichnęła i wytarła głośno nos, żeby
zapomniał o jej reakcji.
- Leczony katar trwa siedem dni, a nieleczony tydzień - rzucił
powiedzonkiem. Pola westchnęła. - Pamiętam, że takie imię nosiła także
znana szczególnie przed wojną nasza pisarka Pola Gojawiczyńska -
pociągnął wcześniejszy temat.
- Chyba na listach lektur nie było żadnej jej książki, prawda?
- Chyba nie, ale tak jak dzięki ojcu obejrzałem kiedyś odcinek starego
telewizyjnego programu W starym kinie1 poświęcony właśnie Poli
Negri, tak mama namówiła mnie innym razem do obejrzenia dwu filmów na
podstawie twórczości Gojawiczyńskiej. Były to Dziewczęta z Nowolipek i Rajska jabłoń.
- Oglądałeś takie dziewczyńskie filmy?
- Nie za bardzo miałem wybór... to znaczy nie wypadało odmówić mamie -
odparł na raty.
- Nie wypadało?
- Byłem w dosyć specyficznej sytuacji. Miałem pewne opory, ale kiedy
zacząłem oglądać pierwszy z filmów, to już nie żałowałem.
- Aż tak?!
- Uważasz, że to coś dziwnego?
- Tak zupełnie szczerze, to tak. Chłopacy, mężczyźni na ogół wolą filmy
akcji, wojenne, sensacyjne...
- Takie też lubię. Kiedyś je namiętnie oglądałem, teraz, o ile mam wolny
czas, dalej oglądam, ale lubię też polską filmotekę, szczególnie tę
starą, przedwojenną. To znaczy filmy powojenne lubię także, ale
współczesne polskie kino, z fabułami wzorowanymi na filmach zachodnich,
już mnie raczej nie pociąga.
- Czyli współczesne filmy nie bardzo ci się podobają, ale stare ramoty
już tak?
- Jakby ci tu powiedzieć... - Zawiesił głos. - Wiem, że teraz pomyślałaś
sobie o mnie, że jestem dziwakiem. Zgadłem?
- No, może nie aż tak, ale twoja pochwała starych filmów jest
przynajmniej jak dla mnie nieco ekstrawagancka. - Mrugnęła.
- Podoba mi się twoja opinia. Dowiedziałem się, że jestem
ekstrawagancki, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Pewnie potraktuję
to jako komplement. - Parsknął śmiechem, starając się, by nie był on
zbyt donośny.
- Marka twojego samochodu, a z drugiej strony bezinteresowne udzielenie
mi pomocy w wyciągnięciu ze śnieżnej pułapki mojej Igi, wysłuchane przed
chwilą informacje o twoich niecodziennych zainteresowaniach, wszystko to
mi pasuje do określenia "ekstrawagancki".
- Skoro tak uważasz? - Rozłożył ręce.
- Żeby ci nie było przykro, ja też jestem dziwaczką. - Pola podniosła
palec. - Zdradzę ci jako pierwszemu, że postanowiłam zorganizować tutaj
święta Bożego Narodzenia dla rodziny. - Jej spojrzenie przebiegło wokół
salonu.
- Taki wspaniały plan nazywasz dziwactwem?!
- Trochę zmusiły mnie do tego okoliczności, ale decyzję w tej sprawie
podjęłam spontanicznie.
- A to ciekawe. Wyjeżdżasz skądś na daczę w jakimś nieznanym wcześniej
celu, a w trakcie podróży postanawiasz zorganizować na niej święta. -
Pokręcił głową. - Jesteś piękna i bardzo tajemnicza. - Uniósł brew,
wywołując swoimi słowami czarowny uśmiech Poli.
- Zawsze jesteś takim komplemenciarzem?
- Nie mogę ci zabronić uznać moich słów za komplementy, ale sądzę, że
scharakteryzowałem cię właściwie. - Spojrzał na nią z prawie poważną
miną.
- Chcesz powiedzieć, że tę tajemniczość jakoś po mnie widać?
- Może wyłowiłem ją wyłącznie ze słów, ale sądzę, że za twoim pięknym
świątecznym zamiarem kryje się jakaś tajemnica - podkreślił słowem i gestem.
- Z tych kilku moich słów zdołałeś coś takiego wyczytać?! - Zmarszczyła
czoło.
- Takim jestem dziwakiem, że szybko potrafię rozszyfrować każdego
rozmówcę. Masz szansę połączyć tę cechę z moją ekstrawagancją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki