6
Matki Stacha i Basi mieszkały w tej samej wsi nad brzegiem Bzury. Od urodzenia za przyjaciółki się uważały i bardzo tej swojej przyjaźni strzegły. Matka Basi, kiedy za mąż za Kowala wyszła, raz za razem wysokie ciąże traciła. Aż ją świekrowie i mąż wyzywali, że pożytku z niej nie ma, bo chorowita taka i żywego dziecka urodzić nie może. Nie raz i nie dwa żaliła się, biedna, przyjaciółce na zły los, który jej dzieci odbiera. Matka Stacha wtedy jeszcze panienką była. Dopiero co na nią organista spoglądać zaczynał, lecz ze swatami bardzo się nie śpieszył, więc miała czas, aby okazywać koleżance współczucie. Pomóc jednak nie potrafiła, no bo jak?
Tabory cygańskie często nad rzeką obozowały. Dla nikogo to dziwne nie było. Cygańskie wozy regularnie przez wsie jeździły i nad brzegami rzek się zatrzymywały. W obozowiskach tańcom i zabawom nie było końca. Cuda te niezwykłe wszystkie dzieciaki ze wsi podglądały, a i dorośli też, bo widok był naprawdę niezwykły, kiedy Cyganie, w barwne stroje ubrani, wokół ogniska tańczyli.
Tak też raz się złożyło, że matka Basi, już wysoko brzemienna, sama w chacie została. Świekrowie i mąż na wesele daleko, bo aż za Łowicz, pojechali, a jej nie wzięli z obawy, aby przez drogę znów dziecka nie straciła. A ona, gdy cebrzyk z wodą podniosła, żeby świniom pić dać, od razu krwotoku dostała. Matka Stacha była u niej wtedy w odwiedzinach i wyrzuty takie miała, że ciężarnej dźwigać pozwoliła, że aż z tego żalu prosto nad rzekę pobiegła, aby się utopić. Ale nie skoczyła w wodę, bo na drugim brzegu Cyganie obóz rozbili. I z tamtej strony hałasy dziwne, inne niż zazwyczaj, dochodziły. Zaciekawiło to dziewczynę i po kładce, cichaczem, do nich się zakradła. A tam cygańskie święto szykowano. Ognisko wielkie rozpalono. I maciora sprawiana była. Ta sama, co to dzień wcześniej chłopu we wsi zdechła, a że nie wiedział na co, to nikt się nie odważył mięsa z niej jeść. Właściciel za rzekę łódką ją wywiózł i na drugim brzegu do dołu po wykopanym piachu wrzucił. Następnego dnia Cyganie ją wyciągnęli i bez obrzydzenia sprawiali. Hałas i rwetes robili przy tym nie do opisania. Mimo to matka Stacha usłyszała dolatujące z końca obozu cichutkie jęki kobiety.
Bez zastanowienia poszła tam, skąd dochodziły. Za wozami, na gołej ziemi, leżała cygańska dziewucha. Bardzo młoda, ale już prawie rodziła, jak to u Cyganów często bywa. Bo oni i dziewczynki za mąż wydawali. Rodząca zauważyła przyglądającą jej się dziewczynę i poprosiła ją o pomoc. Matka Stacha zdziwiła się, że właśnie ją prosi, a nie swoich bliskich. Cyganek w obozowisku było dużo, a ta dziewczyna ją do pomocy przy porodzie wołała. Matka Stacha, choć przestraszona, o utraconym dziecku przyjaciółki sobie przypomniała i powodowana wyrzutami sumienia do Cyganki podeszła i zapytała, w czym trzeba jej pomóc. A ta tylko ją poprosiła, aby dziecko zaraz do wsi zabrała i gdzieś ukryła, bo ona czuła, że umrze. Dziewczyna nic z tego nie rozumiała. Ani po co Cyganka się schowała, skoro w obozie święto, ani dlaczego o zabranie noworodka prosi. Ale zrozumiała, gdy tamta urodziła. Dziecko, dziewczynka, nie wyglądało tak jak wszystkie Cyganiaki, śniade i ciemne. Dziewczynka była jasna, łysa prawie. I to cała tajemnica! Ojcem małej nie był Cygan. A czując swoją śmierć, młoda Cyganka jej powiedziała. Bała się, jaki los czeka córeczkę, gdy mąż się zorientuje, że to dziecko nie jest jego. I zanim matka Stacha zdążyła odmówić zabrania noworodka, położnica silnego krwotoku dostała i po kilku chwilach umarła. Dziewczyna bała się, co będzie, gdy ją Cyganie przy trupie znajdą. Tak więc bez namysłu zawinęła popłakującego noworodka w koszulę spod serdaka zdjętą, trupowi oczy zamknęła i w stronę wsi uciekła.
Nie miała dokąd iść z cygańskim dzieckiem. Jedyne, co jej przyszło na myśl, to żeby do chałupy Kowalów pobiec, bo tam, oprócz leżącej po poronieniu przyjaciółki, nikogo nie było. Jak pomyślała, tak i zrobiła. Położyła dziecko obok pogrążonej w rozpaczy przyjaciółki, a ta, gdy tylko zobaczyła maleństwo, odruchowo do piersi je przystawiła. Taki jakiś odruch macierzyński miała, że chociaż jej martwy płód w płótno zawinięty w sieni leżał, głodnego noworodka nakarmiła. Widząc to, matka Stacha zdecydowała, że martwego noworodka zakopie gdzieś za wsią, a świekrom i mężowi powiedzą obie, że tym razem żywe dziecko się urodziło. Kowalowa na ów pomysł przystała, cygańskiego noworodka za córkę wzięła. A że tamta Cyganka bardzo młoda była i dzieciątko maleńkie się urodziło, to Kowal i jego rodzice uwierzyli w zapewnienia matki Stacha, że sama poród odebrała. A że, jakby za dotknięciem Boskiej ręki, Kowalowa potem co roku żywe dzieci rodzić zaczęła, to i nikt szczególnych podejrzeń nie miał. Matka Stacha wkrótce za organistę za mąż wyszła i zyskała wielkie poważanie we wsi, a że maleńką Basię szczególnie pokochała, to i nawet na kruczoczarne włosy, które z czasem główkę dziewczynki pokryły, nikt głośno nic nie mówił. Chociaż niektórzy po cichu trochę pogadywali, iż dziwne coś były te narodziny Kowalowej córki, gdy Cyganie po drugiej stronie rzeki wielkie święto mieli i w miejscu, gdzie chłopi padłą maciorę zagrzebali, to potem zwłoki młodej Cyganki znaleziono, tylko piachem przysypane. Nikt dochodzenia w sprawie śmierci Cyganki nie zarządził, więc wszystko samo ucichło. Znalezionego trupa ksiądz na cmentarzu pod płotem pochować pozwolił. Bo, jak stwierdził, nie po katolicku by było, aby tak na zwierzęcym cmentarzysku człowiekowi na wieki leżeć kazać.
Z czasem przyjaźń Kowalowej i matki Stacha zaczęła słabnąć. Powód tego był taki, że po narodzinach Stacha organiścina z nadmiaru macierzyńskiej miłości i dobrobytu, jaki jej stanowisko męża przy księdzu przynosiło, zaczęła patrzeć z góry na matkę Basi. Co prawda na początku sentyment wielki do małej miała i nie raz, nie dwa dziękowała Bogu, że dziewczynkę przed śmiercią uratowała, ale z czasem, gdy ta na twarzy ciemnieć zaczęła i czarne jak smoła włosy jej urosły, organiścina zaczęła mieć wątpliwości, czy to dobrze, że cygańskiemu bękartowi sprzyja.
A gdy się okazało, że Stach, choć mały, ale już uczucie do Basi deklaruje, przestraszyła się bardzo i zakazała synowi zabaw z dziewczynką, co Kowalowa za złe bardzo jej miała. Bo choć sama nieraz się zastanawiała, czy to dobrze, że po przedwczesnym porodzie i śmierci własnego dzieciątka cygańskiego bachora do piersi przytuliła, jednak wspomnienie częstych poronień i złości męża, która na widok Basi dopiero minęła, przypominało jej, że przybrana córka jest darem od Boga i nikt, a tym bardziej jej przyjaciółka, dokuczać dziewczynce nie może. Że sama nieraz w złości Basię od Cyganich wyzywała, to jej matczyne prawo było, ale obcym ludziom dokuczać dziecku nie pozwalała.
Za to matka Stacha z roku na rok coraz większy niepokój czuła i gdy chłopak podrósł na tyle, że mógłby zacząć myśleć o dziewuchach, za namową miejscowego proboszcza do miasta na naukę go posłała. Po cichu liczyła, że w czasie, gdy Stach w gimnazjum będzie, ktoś swaty do Basi przyśle i Kowale za mąż ją wydadzą. Niestety, z roku na rok cygańska uroda dziewczyny się pogłębiała i po okolicznych wsiach rozeszły się ploty, że Kowale za mąż najstarszej córki nie wydadzą, bo nikt Cyganichy na synową nie zechce. Gdy matce Basi usłużne kumoszki wieść tę przekazały, biedna kobieta łzami się zalała i zapominając o niedawnej urazie, pobiegła do matki Stacha po radę.
Organiścina dawną przyjaciółkę herbatą z samowara po miejsku poczęstowała i rady u księdza proboszcza, który jej z racji męża stanowiska był bliski, obiecała poszukać. W obietnicy pomocy szczera była, bo na niczym tak bardzo jej nie zależało jak na szybkim zamążpójściu dziewczyny. Zwłaszcza że gdy tylko Stach ze szkoły na wieś wracał, od razu do Basi biegł, aby jej o nauce w mieście opowiedzieć. Zażyłość młodych z każdym miesiącem się pogłębiała i przerwać ją tylko mogło jedno - usunięcie Basi z ich otoczenia.
Jako że na żonę nikt jej na razie nie chciał, bo i po prawdzie trochę jeszcze za młoda była, to ksiądz proboszcz inny lek na zmartwienie obu matek znalazł. Z początku obie bardzo się zdziwiły. Ale kiedy im przedstawił nową politykę państwa, które zalecało, by chłopską młodzież do szkół posyłać, nawet gdy owa młodzież była płci żeńskiej, obie nabrały wiary, że rada proboszcza życie dziewczyny odmieni. Kowalowa uwierzyła, że po rocznym kursie rolnictwa po Basię szybciej swaci zapukają, bo będzie i mądrzejsza, i bardziej w gospodarstwie obeznana, co według księżych słów wśród chłopów ważne się stawało.
Matka Stacha zaś ulgę poczuła, wiedząc, że przez rok syn Basi na oczy nie zobaczy. A po tym roku już ona się postara, aby męża dla Basi znaleźć. I w ten oto sposób Basia Kowalówna od stycznia roczny kurs rolniczy w nowo powstałej szkole dla gospodyń wiejskich w Dąbrowie Zduńskiej zacząć miała.