Miłość na cudze konto - Magdalena Załęcka

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wto­rek, 9 maja 2023

- Szlag by to tra­fił! - mó­wię do sie­bie, usi­łu­jąc ze­trzeć czer­woną plamę z bluzy.

Ślady sosu, który jesz­cze przed chwilą był na pizzy, two­rzą ar­ty­styczną mo­zaikę na moim de­kol­cie. Pró­buję usu­nąć do­wody wła­snej nie­zdar­no­ści pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem, ale to nie­spe­cjal­nie po­maga. Będę mu­siała ją wy­prać, znowu! Prze­cież do­piero co ścią­gnę­łam ją z su­szarki. To moja ulu­biona bluza, no­szę ją od li­ceum i nie mogę uwie­rzyć, że na­dal się w nią miesz­czę. Li­czę, że pralka po­ra­dzi so­bie z po­mi­do­ro­wymi śla­dami. Ubra­nie jest do­wo­dem na to, że pra­nie na­prawdę na­leży se­gre­go­wać ko­lo­rami. Bluza, nie­gdyś biała, te­raz w ko­lo­rze majt­ko­wego różu, wraz z leg­gin­sami two­rzy mój com­fort uni­form. Sie­dzę w swoim mun­durku, zja­dam we­gań­ską pizzę i scrol­luję coś w te­le­fo­nie. Ot, zwy­czajny wie­czór. Na Fa­ce­bo­oku do­strze­gam re­klamę no­wej apli­ka­cji: Zo­bacz, jak bę­dziesz wy­glą­dać na sta­rość! Po­bie­ram, bo wła­ści­wie co mi za­leży spraw­dzić. Po kilku chwi­lach orien­tuję się, że le­piej było nie wie­dzieć. Cóż, po­zo­staje mi młodo umrzeć. Albo za­wczasu umó­wić się na modne te­raz ma­saże ko­bido i inne me­zo­te­ra­pie. Ewen­tu­al­nie tu i tam wstrzyk­nąć bo­toks, ale to już osta­tecz­ność. Mu­szę za­py­tać Igę, ona na pewno wie, gdzie ro­bią ta­kie rze­czy. Otwie­ram hi­sto­rię po­łą­czeń w te­le­fo­nie. Li­czę, że kie­dyś bę­dzie tam ja­kiś Dziu­bek, Skarb czy inny Ty­gry­sek, na ra­zie jed­nak kró­luje Matka Ro­dzona. Łą­czę.

- Mamo, słu­chaj. Jest taka nowa apli­ka­cja, w któ­rej można zo­ba­czyć, jak się wy­gląda na sta­rość. Wy­ślę ci zdję­cie... - mó­wię za­miast po­wi­ta­nia.

- Nie! Nic nie wy­sy­łaj! Ab­so­lut­nie żad­nych zdjęć tam nie do­da­waj! - prze­rywa mi matka.

- A co, krad­nie du­sze?

- Go­rzej. Mó­wili w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej, że to Ro­sja­nie wy­pu­ścili!

- A no to fak­tycz­nie kiep­sko - przy­znaję.

- Poza tym oni tych zdjęć uży­wają, żeby uczyć ejaj do...

- Kogo uczyć?

- No, ejaj. Sztuczną in­te­li­gen­cję! Na­prawdę, To­siu, czy ty te­le­wi­zji nie oglą­dasz? - pyta znie­sma­czo­nym to­nem moja ro­dzi­cielka.

- Nie mam te­le­wi­zora.

Ką­tem oka zer­kam na swoje zwie­rzęta. Moja dal­ma­tynka wbija pe­łen nie­do­wie­rza­nia wzrok w le­go­wi­sko, które opu­ściła do­słow­nie przed chwilą, żeby na­pić się wody. Gdy wró­ciła, po­sła­nie było za­jęte przez le­żą­cego do góry brzu­chem bu­rego ko­cura. Na­prawdę nie wiem, co ją tak dziwi, to nie jest pierw­sza taka sy­tu­acja.

- Ale w tym twoim in­ter­ne­cie też o tym na pewno pi­sali. - Głos mamy przy­wraca mnie do rze­czy­wi­sto­ści. - Za­wsze taka je­steś na bie­żąco! No więc uczą sztuczną in­te­li­gen­cję, żeby się uczyła... roz­po­zna­wać... czy two­rzyć...

- Plą­czesz się, mamo - stwier­dzam.

- Och, no bo nie wiem, co do­kład­nie, ale Wel­l­man i Pro­kop roz­ma­wiali o tym z jed­nym spe­cem od kom­pu­te­rów, i on wszystko tłu­ma­czył. Kon­klu­zja była taka, żeby tam żad­nych zdjęć nie wrzu­cać ani da­nych nie po­da­wać.

- Jezu, mamo. A czy ja je­stem ja­kimś woj­sko­wym albo inną per­soną, żeby się oba­wiać? Poza tym za późno. Już wrzu­ci­łam zdję­cia. I moje, i twoje. Chcesz zo­ba­czyć, jak bę­dziesz wy­glą­dać? Od­mło­dzoną wer­sję też mam - ku­szę.

- Wy­ślij. - Moja roz­mów­czyni ka­pi­tu­luje, wzdy­cha­jąc.

Roz­łą­czam się i wy­sy­łam zdję­cie przez What­sAppa. Moją mamę zde­cy­do­wa­nie bar­dziej za­chwyca wer­sja dwu­dzie­sto­let­nia niż osiem­dzie­się­cio­let­nia. Nie dzi­wię się.

Po za­in­sta­lo­wa­niu apli­ka­cji zo­stają dla mnie stwo­rzone cał­kiem nowe al­go­rytmy. I nowe re­klamy. Głów­nie środ­ków na he­mo­ro­idy, wkła­dek na nie­trzy­ma­nie mo­czu i kleju na trzy­ma­nie pro­tezy. Ko­lejny po­wód, by zwi­nąć się z ziem­skiego pa­dołu, za­nim do­pad­nie mnie sta­rość. Ale przy­znaję, jedna z re­klam za­in­te­re­so­wała mnie bar­dziej niż inne. "Por­tal Stary Czło­wiek i Może to szansa na zna­le­zie­nie mi­ło­ści na je­sień ży­cia!" - czy­tam, i my­ślę, że co­pyw­ri­tera to zbyt lot­nego nie mają. Mo­gła­bym dla nich pra­co­wać; za­raz uło­ży­ła­bym im ta­kie ha­sła re­kla­mowe, że cała star­szy­zna pcha­łaby się drzwiami i oknami. Nie­któ­rzy na­wet wkła­da­liby drew­niane la­ski w szpry­chy wóz­ków ry­wali. Znowu dzwo­nię do matki.

- Mamo, zna­la­złam coś jesz­cze - oznaj­miam.

- Wy­szła­byś gdzieś, a nie tak cią­gle przed kom­pu­te­rem sie­dzisz. - Sły­szę, jak wzdy­cha, i nie­mal wi­dzę, jak wznosi oczy ku su­fi­towi.

- Przed te­le­fo­nem - po­pra­wiam ją.

- Wszystko jedno. Zo­ba­czysz, starą panną zo­sta­niesz. W in­ter­ne­cie męża nie znaj­dziesz.

- Wi­dzisz, mamo, o tym chcia­łam wła­śnie po­roz­ma­wiać. Jest taki por­tal...

- Rand­kowy? - W gło­sie mamy sły­chać za­in­te­re­so­wa­nie.

- Tak.

- O pro­szę! Zna­la­złaś ko­goś god­nego uwagi?

- Jesz­cze nie za­czę­łam szu­kać. Zresztą to nie dla sie­bie będę pró­bo­wała zna­leźć parę.

- To dla kogo? - Sły­szę pierw­sze tony po­dejrz­li­wo­ści.

- Dla cie­bie. Ten por­tal to strona rand­kowa dla sta­rych lu­dzi.

- An­to­nina!

- No do­brze, do­brze, wcze­śnie uro­dzo­nych, cy­tu­jąc bab­cię. Cze­kaj, włą­czę lap­topa, bę­dzie mi ła­twiej prze­glą­dać ich stronę.

Pod­cho­dzę do kom­pu­tera i cze­kam, aż się uru­chomi. Tro­chę to trwa, nie jest naj­now­szy, a jego pa­mięć za­wa­lają gi­ga­bajty nie­po­trzeb­nych rze­czy.

- To jaki chcesz mieć nick? - rzu­cam do te­le­fonu.

- Co? - Moja ro­dzi­cielka nie ro­zu­mie.

- No nick, na­zwę użyt­kow­nika, pod którą bę­dziesz się lo­go­wała na konto, żeby pi­sać z męż­czy­znami w sile wieku.

- Nie chcę żad­nej na­zwy! Ani konta! - oświad­cza ka­te­go­rycz­nie moja matka. - Pi­sać też z ni­kim nie będę.

- Ale dla­czego? - Uru­cha­miam prze­glą­darkę i wpi­suję od­po­wiedni ad­res, przy­ci­ska­jąc te­le­fon do ucha ra­mie­niem.

- Bo nie i już.

- Jezu, mamo, czemu ty się tak upie­rasz? Na­wet nie chcesz spró­bo­wać.

Milknę i cze­kam na ze­zwo­le­nie albo cho­ciaż ja­kąś furtkę, która po­zwoli mi prze­ko­nać matkę do mo­jego ge­nial­nego po­my­słu. Nie­stety nic ta­kiego się nie dzieje, moja roz­mów­czyni wy­mow­nie mil­czy.

- To co, imię po pro­stu? - Nie daję za wy­graną.

- Ab­so­lut­nie!

- No to może Mat­ka­Te­resa? - py­tam moją oso­bi­stą matkę Te­resę.

- Bar­dzo śmieszne - mówi z prze­ką­sem, ale sły­szę lekką we­so­łość w jej gło­sie.

- We­so­łaW­dówka? Sta­ra­Ale­Jara? - Rzu­cam co­raz śmiel­szymi pro­po­zy­cjami, aż do­cze­kuję się wy­bu­chu śmie­chu po dru­giej stro­nie. - Stu­dent­ka­ToJa - oznaj­miam tym ra­zem po­waż­niej. - Bo wiesz, uni­wer­sy­tet trze­ciego wieku i tak da­lej.

- O, to nie jest złe, tak szcze­rze mó­wiąc - przy­znaje mama.

- Okej.

- Co okej?! Mó­wi­łam ci, że nie chcę żad­nego konta!

- Za późno. Za­ło­ży­łam. Na­pi­szę póź­niej, bo mu­szę uzu­peł­nić twój pro­fil. Pa, mamo! - Na­ci­skam czer­woną słu­chawkę i od­kła­dam te­le­fon.

Wra­cam do py­tań w apli­ka­cji na stro­nie. Za­in­te­re­so­wa­nia? O, wy­star­czy za­zna­czyć. Książki? Jest. Ta­niec? Jest. Spa­cery? Okej. Zwie­rzęta? Ja­sna sprawa. Mo­dli­twa? No nie­ko­niecz­nie. Wy­peł­niam cały for­mu­larz i ła­duję zdję­cie matki. Ładne, ak­tu­alne. Sama jej ta­kie zro­bi­łam. Po chwili, z po­czu­ciem do­brze wy­ko­na­nego obo­wiązku, za­my­kam lap­topa i wy­cho­dzę na spa­cer z psem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki