Miłość na bogato. Przyjaciel mojego brata. Tom 2 - Max Monroe

Kup ebooka

43.99 zł
35.09 zł (36,51 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

IntroMaybe

No i koniec, ludzie.

Świętej cholernej pamięci ja.

I nadaję teraz na żywo z miejsca, które - jak mniemam - jest życiem pozagrobowym.

Pomyślcie o tym jak o porannym programie z Kelly Ripy i Ryanem Seacrestem, Życiu z Kelly i Ryanem.

Tylko zmieńcie nazwę na Śmierć z Maybe, usuńcie znanych gości i wypełnijcie widownię ludźmi, którym nie przeszkadza oglądanie pełnego wstydu załamania emocjonalnego.

Dobry Boże, gdybym wiedziała, że umrę tuż przed ukończeniem dwudziestu pięciu lat, na pewno nie spędziłabym ostatnich sześciu lat swojego życia, harując na Stanfordzie, żeby uzyskać licencjat i magisterium z literatury angielskiej.

Balowałabym, zamiast się uczyć do upadłego.

Tańczyłabym na barach. Pokazywałabym sutki za koraliki podczas Mardi Gras. W ogóle pojechałabym na Mardi Gras.

Zamiast liczyć węglowodany, chodziłabym na wieczory z nieograniczonym makaronem w Olive Garden i oglądałabym ciurkiem Grę o tron, dopóki nie obejrzałabym szóstego sezonu.

Całowałabym się z mnóstwem facetów i rozkładałabym nogi jak akrobatka przed każdym, kto wydawałby się wystarczająco utalentowany.

No wiecie, takie wigi-wigi w mojej wagu-wagu.

Niezbyt duże, ale też niezbyt małe P w mojej W.

Stary, dobry taniec bez spodni...

Seks, ludzie. Mówię o seksie. A jeśli nie zrozumieliście, o co chodzi w tych delirycznych wywodach, wyjaśnię wam to.

Nikt mnie nie przeleciał.

Zgadza się. Oficjalnie kupiłam sobie bilet w jedną stronę do życia pozagrobowego jako dziewica na całą cholerną wieczność.

I chyba nigdy nie dowiem się, jak to jest, gdy prawdziwy penis ociera się o mój punkt G, bo, no wiecie, jestem martwa. Jestem całkiem pewna, że Bóg nie pochwala ludzi pokazujących swoje cycki aniołom i publicznego rozkładania nóg, a już na pewno nie pochwala nieczystych zachowań kobiety desperacko pragnącej seksu, ale niezamężnej. Nie ma mowy. Niebo jest ściśle klasyfikowane jako rozrywka dla rodzin z dziećmi.

Odkładałam to wszystko na później. Uznałam, że mam czas. To znaczy myślałam, że przynajmniej zobaczę specjalny odcinek The Office przed odejściem na zawsze.

Chociaż kwiaciarnia moich rodziców bardziej przypomina czyściec niż niebo, byłam pewna, że kiedy spotkam się z Wielkim Facetem na górze, będę miała na sobie coś innego niż dżinsowe szorty i trampki.

Szczerze mówiąc, życie pozagrobowe jest niesamowicie podobne do prawdziwego życia, a nie jestem osobą, która lubi dramatyzować, ale muszę być martwa, ludzie. Serio. Bo nikt nie mógłby przeżyć tego, co ja.

Mówię o dziesiątce w skali Richtera zażenowania i niezręczności.

Huragan upokorzenia kategorii piątej.

Wirujące, niszczycielskie tornado EF5 komicznej katastrofy.

Nie ma mowy, żebym to przeżyła... prawda?

No dobrze. Czasami trochę dramatyzuję...

I może, tylko może, nieco przesadzam, ale robię to w imię samoobrony.

Bo uwierzcie mi, gdybyście byli na moim miejscu, też pozwolilibyście sobie przez chwilę udawać, że nie żyjecie.

Bo jeśli nie umrę, będę musiała stawić czoła konsekwencjom moich okropnych, upokarzających i żenujących działań.

Będę musiała stawić czoła... jemu.

Milo Ivesowi - wysokiemu, przystojnemu, niewiarygodnie seksownemu mężczyźnie.

Mężczyźnie, którego znam od czasów przedpokwitaniowych.

Mężczyźnie, w którym zakochałam się praktycznie na całe życie.

Mężczyźnie, który zbudował imperium warte miliardy dolarów i który jest najlepszym przyjacielem mojego brata.

Powtórzę to jeszcze raz dla osób siedzących z tyłu.

Milo Ives jest miliarderem i najlepszym przyjacielem mojego brata.

I jestem w poważnych tarapatach.

Rozdział 1

- Hej, Betty! Gdzie jest Maybe? Myślałem, że będzie obsługiwać klientów przez kilka godzin! - krzyczy mój tata, a jego głos z łatwością dociera do zaplecza kwiaciarni.

Już sam ten dźwięk sprawia, że z moich płuc wydobywa się głębokie, głuche westchnienie. A fakt, że pyta o moje miejsce pobytu, to już powód do ucisku w piersi.

- Myślę, że potrzebowała chwili, żeby... - zaczyna odpowiadać moja mama, ale zostaje uciszona, zanim przekazuje jakąkolwiek konkretną informację. Bruce, superczujny rekin, wyczuł ślad krwi w wodzie i to wystarczy, żeby zaatakować.

- Potrzebowała chwili? - prycha. - Ja potrzebowałem chwili przez ostatnich trzydzieści lat, a nie zauważyłaś, żebym się ociągał.

- Bruce - karci go mama. - Przestań być taką zrzędą.

Tata jest wściekły, odkąd dowiedział się, że dostawa stokrotek jest opóźniona, ale jego zachowanie tak naprawdę nie jest tym spowodowane. Ten dzień, jeśli chodzi o Bruce'a, wcale nie różni się od innych dni. Zawsze znajdzie dla mnie i matki jakieś złośliwe uwagi - nazywamy je bruceizmami - i zna mnóstwo sucharów, które trzyma w zanadrzu i jest gotów je wykorzystać.

Oddychaj, mówię sobie, kończąc pisać maila do potencjalnego wydawnictwa. To tymczasowe.

Szkoda, że nie jestem tego taka pewna.

Wróciłam do Nowego Jorku dopiero dwa tygodnie temu, ale zdawało się, że minęła cała wieczność.

Dopiero skończyłam studia na Zachodnim Wybrzeżu i przeprowadziłam się tutaj, by znaleźć pracę w branży wydawniczej. Ogólnie czułam, że podejmuję właściwe decyzje. Mimo że na uniwerku miałam znajomych, nigdy nie znalazłam takich ludzi, którzy staliby się przyjaciółmi na dobre i na złe, a w Nowym Jorku mogłam liczyć na wsparcie w nagłych wypadkach.

Ponadto Nowy Jork oferuje znacznie więcej możliwości kariery w branży wydawniczej niż Kalifornia i ma ponad osiem i pół miliona osób, z których każdy może być potencjalnym przyjacielem.

Szczerze mówiąc, przed oddaniem pracy dyplomowej wszystko wydawało się dość proste.

Znaleźć pracę - najlepiej jako redaktorka w znanym nowojorskim wydawnictwie.

Znaleźć mieszkanie.

Znaleźć nowych przyjaciół.

Znaleźć mężczyznę.

I tak dalej.

Niestety w prawdziwym życiu sprawy nigdy nie są tak proste, jak na papierze, i w rezultacie obecnie spędzam czterdzieści godzin tygodniowo, pracując ramię w ramię z rodzicami i mieszkając w starym mieszkaniu mojego brata Evana w Chelsea.

Ponieważ jestem siostrą biologiczną poprzedniego mieszkańca, przedmioty związane z życiem kawalera, porozrzucane po całym mieszkaniu, są dla mnie prawdziwym koszmarem. Ale hej, chyba powinnam podziękować gwiazdom, słońcu i księżycowi, że nie mieszkam w moim dziecięcym pokoju.

Tak czy inaczej, liczba moich przyjaciół w Nowym Jorku wynosi oszałamiające zero, a kwestii znalezienia mężczyzny nawet nie zamierzam poruszać, bo jestem żałośnie w tyle.

Po prostu zapomniałam, żeby potraktować to priorytetowo.

Byłam zbyt zajęta czytaniem powieści Stephena Kinga, ciężką nauką, by utrzymać idealną średnią ocen, i dążeniem do wystarczającej doskonałości, by wywołać niezamaskowaną niczym dumę swojego trudnego do zadowolenia ojca.

Bruce Willis - czyli mój tata - jest człowiekiem zbyt wielu słów, a większość z tych słów to słowa tak złośliwe, zrzędliwe i pełne sarkazmu, że sprawiają, że nowy program Amy Schumer na Netflixie wydaje się delikatny.

Odkąd pamiętam, jego życie kręciło się wokół dwóch rzeczy: rodziny i firmy, Kwiaciarni Bruce i Synowie. Założona w 1980 roku pracownia stała się jedną z dum i radości Chelsea.

Jak na ironię, mój tata ma tylko jednego syna, mojego brata Evana, który mieszka w Austin w Teksasie.

Więc tak naprawdę to tylko Kwiaciarnia Bruce Willis i Żona i Tymczasowo Przebywająca w Domu z Dyplomem ale Nieplanująca Pracować Tu Wiecznie Córka.

Ale to zbyt długa nazwa, żeby zmieściła się na szyldzie sklepu, więc muszę znosić spojrzenia ludzi, którzy zastanawiają się, czy przeszłam operację zmiany płci.

No i ja, Mabel Frances Willis, dwudziestoczteroletnia, wykształcona kobieta z zaburzeniami seksualnymi, która ledwo trzymała penisa w dłoniach.

Moje perspektywy na spotkania z penisami nie wyglądają zbyt dobrze, zwłaszcza z tym staromodnym imieniem, ale na szczęście wszyscy nazywają mnie Maybe. Jest tak, odkąd skończyłam dwa latka i moi rodzice zrozumieli, że imię Mabel nie będzie do mnie pasować, dopóki nie osiągnę wieku, w którym zniżki dla seniorów i sucharki staną się stałym elementem mojej codziennej rutyny.

Chociaż Maybe nie jest najlepszym pseudonimem na świecie.

To słowo oznacza całkowitą niedecyzyjność.

Czy chcę poznać mężczyznę? Maybe.

Czy chcę uprawiać seks? Maybe.

Czy chcę spędzić resztę życia jako dziewicza stara panna z większą liczbą kotów niż krzeseł w domu? Maybe.

Rozumiecie, o co mi chodzi?

- Maybe! - Głos taty znów wypełnia mi uszy. - Gdzie jesteś?

Przez sposób, w jaki krzyczy, wydaje się, że sklep jest ogromnym magazynem, a ma zaledwie niecałe sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych.

- Zaraz przyjdę! - odkrzykuję, ale on nie czeka. On nigdy nie czeka. Czekanie nie istnieje w słowniku Bruce'a.

- Okej! Ale muszę wiedzieć jedną rzecz! Czy Phil zajął się ślubem Carmichaelów?

- Tak! - odpowiadam i dodaję załącznik w postaci CV do maila.

- I jaki jest status?

- Panna młoda nadal jest przekonana, że chce lilie tygrysie i kaskadowe orchidee w swoim bukiecie!

Śmiech taty, inspirowany postacią Doktora Zło, odbija się echem od ścian sklepu.

- Wygląda na to, że panna młoda zamierza zafundować kochanemu tatusiowi kosztowną przejażdżkę!

O mój Boże, zabierzcie mnie stąd.

Wysyłam maila i trzymam kciuki, żeby to wydawnictwo - Windstone Press - rzeczywiście zaprosiło mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Gdy do moich uszu dociera cichy szum, który oznacza, że wiadomość została wysłana, zamykam laptopa, wychodzę z powrotem do głównej części sklepu i przygotowuję się na narzekanie Bruce'a.

- Gdzie się podziewałaś? - pyta, krzyżując muskularne ramiona na piersi. - Myślałem, że będziesz obsługiwała klientów.

- Musiałam wysłać kilka CV.

- Do kogo?

- Do wydawnictw.

- Których?

Wzdycham.

- Do nowojorskich, tato.

- Byłem tego pewien. - Uśmiecha się sarkastycznie. - Więc to właśnie robi się z dyplomem z książek? Pracuje w wydawnictwie?

Dyplom z książek. Jezu, Maryjo i Józefie.

Skończyłam anglistykę i uzyskałam tytuł magistra na Uniwersytecie Stanforda w ramach jednego z najbardziej prestiżowych programów studiów z zakresu literatury angielskiej w kraju. Tymczasem sposób, w jaki mój tata o tym mówi, sprawia wrażenie, jakbym kształciła się na jakiejś podrzędnej uczelni internetowej i uzyskała dyplom z wyprowadzania psów, ale nie warto mu tego wyjaśniać. Tłumaczyłam mu to już co najmniej tysiąc razy, a rozmowa nadal wygląda tak samo.

- Tak, tato, to właśnie robisz, gdy masz dyplom z literatury - odpowiadam beznamiętnie. - Pracujesz w wydawnictwie, najlepiej jako redaktor.

- Myślisz, że uda ci się znaleźć pracę w mieście?

- Taki jest plan.

- Nie chcę cię stresować, ale to byłby prawdziwy cios w jaja, gdybyś nie mogła wykorzystać tego drogiego dyplomu. Ja i twoja mama moglibyśmy mieć już gdzieś tropikalne miłosne gniazdko.

Miłosne gniazdko? Jezu. Teraz jestem zestresowana i zniesmaczona.

- Wróciłam do domu dwa tygodnie temu, tato - mówię zarówno do siebie, jak i do niego. - Te rzeczy wymagają czasu.

- Cóż... - Zatrzymuje się i klepie mnie serdecznie po ramieniu. - Chyba powinienem być po prostu wdzięczny, że mogę przez chwilę widzieć twoją uśmiechniętą buzię w sklepie, co?

Moje serce nieco się uspokaja i przypominam sobie, dlaczego moja mama i ja nie zaplanowałyśmy czegoś, żeby spotkała go przedwczesna śmierć.

- Chyba tak.

- Z pewnością rozjaśniasz to miejsce - dodaje z tajemniczym uśmiechem, który tak bardzo przypomina mi Evana, że to nawet nie jest śmieszne.

Podczas gdy ja jestem niemal wierną kopią mamy - mam długie brązowe włosy i duże brązowe oczy - mój brat mógłby być bliźniakiem naszego ojca.

Co zaskakujące, nie jest to złe.

Mój ojciec zawsze był przystojnym mężczyzną, ze swoimi piwnymi oczami, siwiejącymi już teraz włosami i mocną szczęką.

- Nie wspominając o tym - dorzuca nieco zbyt głośno - że jesteś naprawdę miłą odmianą po zrzędliwej Betty.

- Słyszę cię! - wtrąca mama, a tata chichocze, uśmiechając się szeroko.

- Wiem, że słyszysz!

- I chyba mówisz o sobie! - rzuca mama. - Odchodzisz od zmysłów, odkąd dowiedziałeś się, że dostawa stokrotek jest opóźniona o jeden dzień w stosunku do harmonogramu!

- Posłuchaj, Betty. - Bruce odwraca się ode mnie, aby krzyknąć w jej kierunku. - Jest koniec maja i wszyscy, i matki wszystkich, chcą świeżych bukietów! Oznacza to, że jeśli ktoś nie chce kłopotów, nie powinien przeszkadzać floryście i jego boskim stokrotkom!

Mama chichocze.

- Tak, wszyscy to słyszeliśmy!

Oto moi jak zawsze kłócący się, ale wciąż w sobie zakochani rodzice, panie i panowie.

Gdybym dodała w tle białego konia i wsadziła tatę w zbroję rycerską, mogliby odgrywać bohaterów z filmu Disneya.

- Rany. - Bruce uśmiecha się do mnie na stronie. - Co ją dzisiaj ugryzło?

Uśmiecham się i wskazuję mu brodą.

- Jestem pewna, że powinieneś rozpoznać ciernie, kiedy je zobaczysz, panie florysto.

Na szczęście Bruce potrafi przyjmować ciosy prawie tak samo dobrze, jak je rozdaje, i zostawia mnie z uśmiechem, po czym kieruje się na zaplecze, by dalej robić coś, cokolwiek tam robi.

- Dzisiaj naprawdę jest wrzodem na tyłku - mówi mama, podchodząc do mnie przy kasie.

Śmieję się i przewracam oczami.

- Dla ciebie zawsze jest wrzodem na tyłku.

- Tak - parska. - Masz rację. Każdego dnia od trzydziestu lat dokłada do pieca.

Zaciskam usta, żeby nie zaśmiać się z jej metafory, i wzruszam ramionami.

- W takim razie można śmiało powiedzieć, że nie ma nadziei na zmianę.

- Nie. Chyba nie. - Jej uśmiech łagodnieje. - Jeśli jest coś, co można powiedzieć o Brusie, to to, że zawsze utrzymuje mnie w pionie.

- O tak. Chodzenie na palcach przez całe życie na pewno ma na ciebie świetny wpływ. Zapytaj podologa - mruczę, a mama bez wahania broni męża.

- On chce dobrze, Maybe. Wiesz, że chce dla ciebie tylko tego, co najlepsze. - Jej mądre brązowe oczy marszczą się w kącikach. - Po prostu pamiętaj, że jego intencje płyną z serca. A jeśli chodzi o jego małą córeczkę, nawet to czasem zrzędliwe serce jest ogromne.

- Ale właśnie o to chodzi, mamo - ripostuję. - Nie jestem już małą dziewczynką. Jestem dorosłą, dwudziestoczteroletnią kobietą.

Jej uśmiech jest zbyt świadomy i mądry.

- Och, kochanie. Dwadzieścia cztery lata to taki młody wiek. Masz przed sobą całe życie, żeby się uczyć i z niego korzystać. Zobaczysz.

Mogę tylko westchnąć. Bo co mogę na to odpowiedzieć?

Nie wiem, czy moja mama kiedykolwiek uzna mnie za dorosłą, a Bruce naprawdę ma dobre intencje. Chce, żebym była szczęśliwa. Wiem o tym.

Tylko trudno o tym pamiętać, gdy słyszy się krytykę.

Dzwonek nad drzwiami wejściowymi dzwoni, a mężczyzna w szortach w kolorze khaki i koszulce z napisem "I Heart New York" wchodzi do środka. Ma aparat zawieszony na szyi, a u jego boku stoi drobna kobieta.

- Witam. W czym mogę pomóc? - pyta moja mama, a mężczyzna rozgląda się po sklepie.

Jego wzrok pada na ekspozycję kwiatów i bukiety lilii, stokrotek i róż.

- To sklep Bruce'a Willisa, prawda?

Moja mama kiwa głową.

- Tak.

- O cholera - mruczy bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. - Nie mogę uwierzyć, że Bruce Willis ma kwiaciarnię.

No to zaczynamy...

- Czy on... hm... czy on tu jest? - pyta, a mama przechyla głowę.

- Czy kto tu jest?

- Bruce Willis - jąka się mężczyzna. - Chciałbym... chciałbym zrobić sobie z nim zdjęcie.

Większość ludzi może pomyśleć, że to zabawne, a nawet ciekawe, że mój ojciec nazywa się tak jak ten Bruce Willis, gwiazdor kina akcji z Hollywood. I szczerze mówiąc, mieliby rację. Dla turystów jest to dość mylące, ale dla mnie zdecydowanie stało się jasnym punktem ostatnich dwóch tygodni.

Zwłaszcza gdy próbują zdobyć autografy i róże od mężczyzny, który dał czadu w filmie Szklana pułapka, a zamiast tego spotykają mojego sześćdziesięcioletniego ojca w koszulce polo, szortach i mokasynach.

- Nie ma go. - Zajmuję się uzupełnianiem kasy nowymi banknotami. - Jest w Los Angeles. Kręci Szklaną pułapkę 9.

- Maybe.

Mama szturcha mnie łokciem, ale ją ignoruję. W oczach mężczyzny pojawia się mieszanka zdziwienia i podekscytowania.

- Będzie Szklana pułapka 9?

- Tak. Najszklańsza pułapka.

Oczywiście to nieco okrutne, ale nie mogę się powstrzymać. Od czasu do czasu muszę dodać pikanterii codziennym rozmowom w sklepie.

Facet marszczy brwi.

- Myślałem, że było tylko pięć filmów z serii Szklana pułapka...

- To ma pan cztery do nadrobienia. - Wzruszam ramionami. - Ale możemy panu zaoferować świeży bukiet róż od Bruce'a Willisa dla pańskiej pięknej żony.

Kobieta uśmiecha się do mnie, a następnie rzuca mężowi spojrzenie w stylu: lepiej kup mi te cholerne kwiaty.

- Nooo... - Waha się, ale kiedy jego wzrok spotyka to groźne spojrzenie, szybko się zgadza. - T-tak. Oczywiście.

- A Bruce uważa, że nic tu nie robię - szepczę do mamy, podczas gdy mężczyzna wybiera dla swojej ukochanej świeży bukiet różowych róż z jednego z wazonów.

Przewraca oczami i uśmiecha się szeroko.

- Jesteś niepoprawna.

- I fantastycznie sprzedaję.

Dostaję kuksańca i wybucham śmiechem.

Mama zajmuje się wymianą pieniędzy z największym fanem Bruce'a Willisa, a ja podchodzę do jednej z ekspozycji i sprawdzam stan magazynu.

- Kończą nam się bukiety polnych kwiatów - wołam przez ramię, gdy dzwonek sygnalizuje wyjście pary. - Uzupełnić, czy sama to zrobisz?

- Zrobię - odpowiada, a gdy podaję jej jedno z pustych wiader z wodą, idzie z nim na zaplecze.

Mama jest zajęta na zapleczu, tata prawdopodobnie robi sobie sekretną przerwę na dymka, więc podłączam telefon do głośników Bluetooth w sklepie, by puścić trochę muzyki.

Chociaż Bruce uparcie twierdzi, że już nie kopci, wszyscy znamy prawdę. Jeden wdech, gdy wraca do sklepu po czwartej, mówi całą prawdę.

Przeglądam swoje playlisty i klikam w czwartą od góry. Dzisiaj mam ochotę na coś w stylu Billie Eilish.

Aby się czymś zająć i sprawić, by ten dzień minął jak najszybciej, przeciągam kosz na śmieci do sekcji "samodzielnie zrób swój bukiet" i zaczynam przeglądać partie kwiatów, wyrzucając te, które są zwiędnięte, straciły zbyt wiele płatków lub jak na mój gust są zbyt zmarnowane.

Jestem dopiero w połowie, gdy dzwonek nad drzwiami wejściowymi sygnalizuje wejście kolejnego klienta.

Kucam i zerkam przez gąszcz słoneczników.

- Chwileczkę!

- Nie ma powodu do pośpiechu - odpowiada męski głos, a to sformułowanie zawsze kojarzy mi się z południowym zwrotem "Błogosław twoje serce", więc szybko kończę to, co robię.

Wyrzucam trzy smutno wyglądające słoneczniki do kosza i przestawiam te, które zostały, tak aby najpiękniejsze i najdumniejsze znalazły się z przodu, a następnie podnoszę się z podłogi. Fartuch mam pokryty płatkami i resztkami kwiatów, więc szybko je strzepuję, zanim się odwracam.

Ale mój pośpiech gwałtownie się kończy, a stopy zamierają w miejscu na wykafelkowanej podłodze, gdy widzę, kim jest klient.

Słodki jeżu w pomarańczach.

Ciemne włosy, kobaltowoniebieskie oczy, szerokie ramiona i grzesznie jędrne ciało - uosobienie wysokiego, mrocznego i przystojnego mężczyzny.

Natychmiast rozpoznaję najlepszego przyjaciela mojego brata, moją pierwszą prawdziwą miłość i faceta, którego nie widziałam od prawie dziesięciu lat.

Milo Ives.

Ma na sobie wyprasowany, elegancki garnitur. Widać, że porzucił stare trampki, koszulki z logiem zespołów muzycznych i dżinsy na rzecz wysublimowanej garderoby.

Przyglądam mu się i zapiera mi dech w piersiach. Boże drogi, od czasu, gdy widziałam go po raz ostatni, stał się jeszcze bardziej atrakcyjny.

Serce wali mi jak młotem, czuję motyle w brzuchu i wstydzę się swojego zachwyconego spojrzenia. Najwyraźniej opuściłam obecne ciało i wróciłam do czasów, gdy miałam trzynaście lat.

Na chwilę otwieram i zamykam oczy, żeby sprawdzić, czy to, co widzę, jest prawdziwe.

Ale jest. Jest prawdziwy.

Starszy ode mnie o sześć lat, najlepszy przyjaciel mojego brata Evana od szkoły podstawowej, Milo Ives był nieosiągalnym obiektem moich dziewczęcych miłości, odkąd sięgam pamięcią, a teraz stoi tuż przede mną.

Kiedy podnosi wzrok znad telefonu, uśmiecha się ujmującym i aż za dobrze znanym mi uśmiechem, a serce ściska mi się jak w imadle.

Kiedy miałam jedenaście lat, przez sześć miesięcy po tym, jak jego rodzice przeprowadzili się na Florydę z powodu pracy ojca, Milo mieszkał z nami, by skończyć ostatnią klasę liceum. Był zajęty zabawą z Evanem i niezliczoną liczbą dziewczyn, a ja... cóż, kolekcjonowałam jego uśmiechy.

Senne, poranne uśmiechy. Podekscytowane uśmiechy. Rozbawione uśmiechy. Zirytowane uśmiechy. Jakiekolwiek chcesz, mała psychopatka z rozmarzonymi oczami zapamiętała każdy.

- Cześć - wita się, a jego głos jest głębszy, bardziej chrapliwy i seksowniejszy niż pamiętam.

Prawdopodobnie dlatego, że ostatni raz widziałam go, gdy miałam trzynaście lat.

- Cze-eść - wydukuję jedno proste, pieprzone słowo.

Rany, to będzie długie spotkanie, jeśli nie wezmę się w garść.

Wymaga to ode mnie szaleńczej pracy, ale w końcu udaje mi się przesunąć stopy za ladę.

Jezu. Jak to możliwe, że nadal ma na mnie taki wpływ? Można by pomyśleć, że po dziesięciu latach będę odporna na jego urodę i naturalny urok.

Odchrząkuję raz, dwa, a nawet trzy, ale nadal, ogarnięta niezręczną udręką, nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu.

Jego wspaniały uśmiech pogłębia się, a ja muszę oprzeć dłoń o ladę, by przeciwdziałać grawitacyjnemu wpływowi, jaki ma na moje kolana.

Po prostu coś powiedz, Maybe. Zapytaj, co u niego. Zapytaj, jak się czuje.

Policzki mi płoną, a żołądek opada i jestem boleśnie świadoma plamy z kawy na swojej białej koszulce, której nabawiłam się dzisiejszego poranka.

Zrób coś, zamiast tak stać jak idiotka.

Drżącą ręką chowam kosmyk włosów za ucho i z trudem wypowiadam trzy proste słowa.

- Jak się masz?

- Jak na poniedziałek chyba całkiem nieźle - odpowiada, a jego uśmiech przybiera łagodny wyraz. - Jesteś tu nowa?

- Nowa? - powtarzam, a on kiwa głową.

- Znam rodzinę Willisów od dawna. Czy dopiero zaczęłaś dla nich pracować?

Zna rodzinę Willisów? Dopiero zaczęłam pracować?

- Przychodzę tu mniej więcej co miesiąc - dodaje z uśmiechem, który dosłownie mógłby sprawić, że spadłyby mi majtki. - Możliwe, że cię przegapiłem, ale jestem całkiem pewien, że zapamiętałbym cię, gdybyśmy już się widzieli.

W jednej chwili bielizna przestaje mi się rozpadać, a poczucie dumy wzrasta.

Milo Ives, gwiazda wszystkich moich nastoletnich fantazji, nie ma pojęcia, kim jestem.

Pocę się tak mocno, jakby pachy testowały wytrzymałość mojego dezodorantu, podczas gdy próbuję wymyślić idealną odpowiedź dla jego silnej szczęki i pełnych ust. A on. Mnie nawet. Nie pamięta.

O mój Boże.

- Ja... hm... zaczęłam tu pracować dwa tygodnie temu - rzucam pod wypływem impulsu i muszę odchrząknąć, żeby oczyścić gardło z osiadłej na nim pajęczyny.

Naprawdę, Maybe? Zamiast naprawić tę niezręczną sytuację i powiedzieć: "Hej, Milo. Tu Maybe, siostra Evana. Pamiętasz?", po prostu postanawiasz grać w "nie znamy się"?!

- Spodoba ci się tutaj - mówi, a jego zbyt seksowny głos nabiera głębokiego, chrapliwego tonu, który podkreśla szczere uczucie. - Willisowie to dobrzy ludzie.

Tak. Wzdycham. Wiem.

- A-ha.

Granice są jednak cienkie i tak się składa, że Willisowie potrafią też być idiotami.

- Cóż, chciałbym tylko złożyć zamówienie na bukiet. - Jestem zbyt zajęta przeprowadzaniem wewnętrznej krytyki i po prostu na niego patrzę, więc po dziesięciu sekundach zbyt długiej ciszy wyraźnie czuje presję, aby dodać: - To na urodziny mojej mamy w przyszłym tygodniu...

- Och... och... dobrze... Chcesz coś zamówić...

- Tak. Chciałbym coś zamówić. Cóż, konkretnie kwiaty. - Uśmiecha się. - Zamówienie będzie na Milo Ivesa. Powinienem już mieć profil w systemie.

No jasne. Kiwam głową. Doskonale wiem, jak się nazywasz.

Zajmuje mi dobre trzydzieści sekund, zanim zdaję sobie sprawę, że to właśnie w tym momencie powinnam użyć komputera, aby przyjąć jego zamówienie, a po kolejnych trzydziestu sekundach nieudolnego majstrowania przy myszy i klawiaturze, jakbym nie potrafiła obsługiwać technologii, oficjalnie przyczyniam się do pogorszenia reputacji pokolenia millenialsów. Jednak w końcu, w jakiś magiczny sposób, udaje mi się wyświetlić ekran zamówienia.

- Czy coś mi pani zarekomenduje? - pyta, a ja przyglądam mu się zdezorientowana.

- Zarekomenduję?

- Do bukietu urodzinowego.

Ach, tak. To właśnie dlatego tu przyszedł. Ha. Ha-ha-ha. Boże, dopomóż.

- No cóż... mamy bukiet białych lilii, który wiele osób uwielbia...

- Czy ten bukiet białych lilii zachęci również matkę do wybaczenia synowi, który często zapomina zadzwonić i sprawdzić, co u niej słychać?

Jest dowcipny, żartobliwy i czarujący, a ja nadal jestem zbyt zajęta próbami otrząśnięcia się z początkowego szoku związanego z jego obecnością i oczywistą amnezją dotyczącą mojego istnienia, aby skutecznie posługiwać się językiem.

Bruce miał rację. Dobrze, że wydałam tyle pieniędzy na studia z książek.

- Cóż... - Wzruszam ramionami i zmuszam się do uśmiechu, który prawdopodobnie wygląda, jakbym cierpiała na okropne zaparcia. - Myślę, że warto spróbować, prawda?

- Zdecydowanie warto spróbować.

Chichocze, a ja przysięgam na Boga, że wibracje tego śmiechu przechodzą z jego gardła przez ladę i uderzają mnie jak pocisk prosto w klatkę piersiową.

To takie niesprawiedliwe. Twoja miłość z dzieciństwa nie powinna stać się jeszcze przystojniejsza.

Powinien mieć piwny brzuch, zmarszczki i po prostu... wyglądać nie tak.

Ja natomiast jestem najwyraźniej zbyt nijaka, żeby nawet wywołać wspomnienie.

Na szczęście udaje mi się zrealizować jego zamówienie bez wywołania eksplozji komputera, a kiedy dostawa jest już ustalona i zaplanowana, podaję mu koszt.

- Razem pięćdziesiąt dwa dolary trzydzieści centów, bukiet zostanie dostarczony pod adres pańskiej mamy na Florydzie w przyszły poniedziałek.

- Świetnie - odpowiada Milo z delikatnym uśmiechem, wyciągając portfel z tylnej kieszeni spodni. - Jesteś nowa w okolicy, czy tylko w tym sklepie?

- Uch... tak... w pewnym sensie... Właśnie przeprowadziłam się do Chelsea.

Podaje mi swoją kartę kredytową - błyszczącą, czarną kartę kredytową bogatego człowieka. I z tego, co wiem o Milo, jest bogatym człowiekiem. Bogatym człowiekiem wartym miliard dolarów, dla którego obecnie pracuje mój brat.

Evan jest dyrektorem finansowym Fuse, firmy Milo, i kieruje biurem w Austin.

A ja jestem po prostu dwudziestoczteroletnią siostrą jego najlepszego przyjaciela, bez świetnej kariery, przyjaciół i perspektyw na randki, której on nawet nie rozpoznaje...

To porównanie jest przygnębiające do granic możliwości.

Jezu. Moje osiągnięcia w zakresie nieudolności i niezręczności nie mają sobie równych. Poważnie. Księga Rekordów Guinnessa powinna zadzwonić do mnie lada dzień.

Transakcja przebiega oczywiście bez żadnych problemów i oddaję mu jego błyszczącą kartę.

- Dziękuję za pomoc - mówi i wkłada kartę z powrotem do portfela. - Proszę przekazać Bruce'owi i Betty pozdrowienia od Milo.

W tej chwili mogę tylko skinąć głową. Posunęłam się za daleko. Nie ma już ratunku dla mojej głupiej gafy.

Pomachał mi, odwrócił się na pięcie i skierował w stronę drzwi.

Gdy tylko upewniam się, że odszedł, robię to, co każdy zrobiłby w mojej sytuacji.

Pochylam się do przodu i uderzam głową o ladę.

Co się właśnie stało, do cholery?

Pieprzony Milo Ives i okropny pokaz braku pewności siebie, oto co się stało.

Mój Boże.

W ten sposób mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach, przenosząc mnie daleko wstecz, do starych dobrych czasów, kiedy miałam trzynaście lat i kaligrafowałam Pani Maybe Ives na wszystkich swoich zeszytach.

Cholerne wspomnienia wybuchają jak gejzer.

Sposób, w jaki spędzałam większość dni, próbując znaleźć preteksty, żeby wejść do pokoju mojego brata tylko po to, by porozmawiać z Milo.

Byłam przekonana, że poślubię go, gdy dorosnę.

Byłam pewna, że to on odbierze mi dziewictwo.

Nawet nadałam imiona naszym przyszłym dzieciom.

Jezu.

Odwracam uwagę, pozbywając się martwych kwiatów i przestawiając wazony ze świeżymi, a kiedy wracam za ladę, prawie zapomniałam o tym, że Milo był w sklepie i mnie nie rozpoznał.

Ha. Racja.

Sfrustrowana uderzam dłonią w blat obok myszki komputerowej, a ten niewielki ruch najwyraźniej wystarcza, aby ekran ponownie się włączył.

Ekran, na którym widnieją różne interesujące rzeczy.

Jego imię.

Jego zamówienie.

I jego numer telefonu.

Pod wpływem impulsu wyjmuję telefon z kieszeni i wpisuję cyfry do kontaktów.

Moje wcześniejsze zachowanie jest wystarczającym dowodem na to, że nigdy z nich nie skorzystam, ale nie zaszkodzi, żeby mieć je na wszelki wypadek.

No nie?

Rozdział 2Maybe

Po ośmiu godzinach spędzonych ze zrzędliwym Bruce'em kończę dzień w kawiarni niedaleko mojego mieszkania. Lokal o nazwie Jovial Grinds stał się miłym akcentem na koniec prawie każdego mojego dnia.

Wyposażony w blaty ze stali nierdzewnej, z czarno-białą podłogą wyłożoną płytkami w szachownicę i ścianami pokrytymi abstrakcyjnymi obrazami, jest modnym miejscem z najlepszą kawą w Chelsea i znacznie lepszą atmosferą, by skupić się na poszukiwaniu pracy niż kwiaciarnia i mieszkanie Evana.

Naprawdę, gdyby Złotowłosa szukała pracy w branży wydawniczej, powiedziałaby to samo.

Chociaż chciałabym powiedzieć, że kiedy tu jestem, skupiam się wyłącznie na pracy, muszę przyznać, że jest to raczej połączenie pracy, udawania, że pracuję, kiedy nie pracuję, obserwowania ludzi i podsłuchiwania rozmów baristów.

To ostatnie przyciąga moją uwagę najbardziej. Z tego, co udało mi się ustalić, pracownica ma na imię Lena i jest tu od nieco ponad roku.

Wiem to, ponieważ manager często jej o tym przypomina, głównie kiedy dziewczyna narzeka na jakieś zadanie z listy rzeczy do zrobienia i sugeruje, że powinno zostać przypisane do kogoś innego.

W ciągu dwóch tygodni dowiedziałam się (podsłuchałam), że zerwała z dwoma chłopakami, zorientowałam się, że niemal każdy mężczyzna wpadający do kawiarni patrzy na nią z zachwytem i pozwoliłam, żeby oczarowała mnie nastrojowym wyborem muzyki - głównie B?RNS, Lykke Li i Jeff Buckley - za każdym razem, gdy kierownik sali wychodził na przerwę.

Z długimi kręconymi blond włosami, tatuażami i stylem hippie chic wygląda jak Penny Lane z filmu U progu sławy. Tak wyglądałaby Penny, gdyby ożyła i znalazła pracę w Chelsea.

Ale ponieważ nigdy nie rozmawiałyśmy, nie wiem o niej nic, co wykraczałoby poza powierzchowność.

Niemniej jednak mam wrażenie, że prowadzi życie, o jakim marzę dla siebie - szczęśliwe, pełne pewności siebie i wystarczająco dramatyczne, by było interesujące. Nie wspominając już o tym, że biorąc pod uwagę jej oczywisty talent do flirtowania, można śmiało powiedzieć, że trzymała w rękach więcej niż dwa penisy i wie, jak to jest mieć je również w innych miejscach.

Biorę łyk kawy i próbuję skupić się na zadaniu, które mam do wykonania - wysłaniu kolejnych podań o pracę i na rozmowy kwalifikacyjne, ale kurwa, trudno mi się skoncentrować.

Ukończenie szkoły i wejście w prawdziwy świat wymagało dużej zmiany.

Podczas zajęć zawsze miałam na czym się skupić. Zadanie do wykonania, praca do oddania. Niepewność, którą teraz odczuwam, stanowi wyraźny kontrast. Rozesłałam ponad sto CV w niepewną przestrzeń i mam ograniczoną liczbę wydawców, do których mogę się zwrócić, więc czuję się, jakbym siedziała bezczynnie, czekając na coś, co się wydarzy.

Nie mam pojęcia, co to będzie.

Kto wie, czy w ogóle zdobędę się na odwagę, aby skorzystać z okazji, gdy nadejdzie odpowiedni moment?

Spotkanie Milo Ivesa w kawiarni było najbardziej ekscytującą i podnoszącą poziom adrenaliny rzeczą, jaka przydarzyła mi się w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a nawet nie miałam odwagi, by powiedzieć mu, kim jestem.

Co jest ze mną nie tak?

Biorę łyk i połykam stygnącą kawę, po czym wzdycham. Baristka Lena siedzi dwa stoliki dalej i rozmawia z przystojnym, wytatuowanym klientem w czapce, a ja... nic nie robię.

Zirytowana, zdejmuję telefon ze stołu i zaczynam przewijać aplikacje, aby zająć czymś umysł. Kiedy żadna z tych bezużytecznych bzdur mnie nie zadowala, wpatruję się w małą ikonkę telefonu, gdzie znajduje się moja lista kontaktów.

Wiem, że znajduje się tam nielegalnie zdobyty numer Milo.

Co mi szkodzi? Kto wie? Może uda mi się naprawić moje niezręczne błędne posunięcie i porozmawiać z nim, nie udając, że jestem zupełnie obcą osobą?

Dzieją się przecież dziwniejsze rzeczy... prawda?

Zaciskam mocno oczy i pięści, a kiedy je otwieram, otwieram również okienko nowego SMS-a.

Okej. Po pierwsze zachowaj spokój, Maybe.

Po prostu zachowaj spokój i się przywitaj. To naprawdę proste.

Cześć, Milo! Tu Maybe! Widziałam cię dzisiaj w sklepie i nie rozpoznałeś mnie, ale to ja przyjmowałam twoje zamówienie! Hahahahaha! SZALEŃSTWO, PRAWDA?

Cholera jasna. Dlaczego na niego krzyczę?

Usuń.

Hej, Milo. Tu Maybe. Maybe Willis. Siostra Evana. Pamiętasz mnie?

Biorąc pod uwagę, że stałam dziś tuż przed nim, a on uznał mnie za zupełnie obcą osobę, to wydaje się nie mieć sensu.

Usuń.

Yo yo yo, Milo.

Dziwaczka. Usuń.

Więc... tak z ciekawości... nie doznałeś przypadkiem jakiegoś urazu mózgu, przez który zapominasz ludzi? Och, ha. Tu Maybe Willis, tak przy okazji.

Zasadne pytanie, ale ugh. Usuń.

Zaczynam pisać trzydziestego nieudanego SMS-a, kiedy przerywa mi prawdziwy człowiek.

- Cześć.

To Lena, baristka, i mówi do mnie. Nie chcę dramatyzować, ale przychodzę tu od dwóch tygodni i nie pamiętam, żeby coś takiego kiedykolwiek się zdarzyło.

- Jak leci? - pyta, a ja spoglądam przez ramię, żeby upewnić się, że nie stoi za mną inny klient.

Kiedy wiem, że za mną jest tylko ściana, wzruszam ramionami, rozglądam się na boki w niemal komiczny sposób, a potem odpowiadam.

- Całkiem nieźle. Chyba.

Jej bystre niebieskie oczy wpatrują się w moje.

- Czy wiesz, że masz najpiękniejszą aurę, jaką kiedykolwiek widziałam?

Uch... co?

- Aurę? - pytam z niezręcznym chichotem.

- Tak, dziewczyno. - Ma jasny i promienny uśmiech. - Twoja energia. Twój duch. Twoja aura. To najpiękniejszy odcień różu, jaki w życiu widziałam.

- Ja... chyba dziękuję? - odpowiadam, przechylając głowę. - To znaczy nie jestem do końca pewna, co to wszystko oznacza, ale brzmi całkiem nieźle.

- Zaufaj mi, to dobrze - mówi z lekkim śmiechem. - Nazywasz się Maybe, prawda?

Na początku jestem zaskoczona, że wie, kim jestem. Może ma zdolność czytania w myślach lub coś w tym rodzaju, oprócz daru odbierania aury. Ale szybkie spojrzenie na stół - i moją filiżankę kawy - przypomina mi, że zapisywała to przez ostatnie dwa tygodnie na napojach branych na wynos.

- Tak. Maybe Willis. Cóż, Mabel Willis, ale wszyscy nazywają mnie Maybe.

- To fajna ksywka - mówi, wyciągając rękę do uścisku, a następnie obracając krzesło naprzeciwko mnie, by usiąść na nim tyłem. - Jestem Lena Hawkins.

Rozglądam się po kawiarni i naprawdę denerwuję się, że podchodzi tak lekko do pracy, ale dość łatwo ponownie nakierunkowuje moją uwagę na naszą rozmowę.

- Zauważyłam, że stajesz się stałym bywalcem. Mieszkasz w pobliżu?

- Tuż za rogiem - odpowiadam niepewnie, ponieważ w mojej głowie pojawiają się nieproszone ostrzeżenia Bruce'a o niebezpieczeństwie związanym z nieznajomymi. Nie uważam, żeby lśniąca brokatem skóra była czymś, co powinno kojarzyć się z seryjnym mordercą, ale nigdy nie wiadomo. - Dwa tygodnie temu przyjechałam do miasta.

- Naprawdę? Nie wyglądasz na napływową.

Uśmiecham się, zastanawiając się, czy Lena też mnie obserwowała. To ekscytująca myśl dla wiecznego introwertyka takiego jak ja.

- Jestem rodowitą nowojorczanką - mówię z uśmiechem. - Byłam w Kalifornii, skończyłam studia magisterskie, a teraz wróciłam i próbuję przetrwać piekło, jakim jest poszukiwanie pracy.

Lena uśmiecha się, ale jej uśmiech jest nieco smutny.

- Przynajmniej szukasz. Ja mam dwadzieścia siedem lat i wciąż próbuję się dowiedzieć, co chcę robić w życiu.

Wymyka mi się westchnienie ulgi.

- Być może wiem, jakiej pracy szukam, ale daleko mi do podjęcia ostatecznej decyzji - zapewniam ją.

- Och, nie masz pojęcia - odpowiada, opierając się o stół klatką piersiową. - Jestem najbardziej niezdecydowaną osobą, jaką kiedykolwiek spotkasz. Kariera. Mieszkanie. Chłopaki. Nigdy nie potrafię znaleźć dokładnie tego, czego chcę.

- Może to ty powinnaś nazywać się Maybe - mówię, a ona się śmieje.

- Dobra - mówi. - Zdecydowałam. Będziemy przyjaciółkami.

Czekaj... co?

- Będziemy przyjaciółkami?

- Aha. To ustalone. Ty i ja będziemy przyjaciółkami - odpowiada bez wahania, jakby to był zupełnie normalny sposób na rozpoczęcie przyjaźni.

- A ty mówisz, że jesteś niezdecydowana - wytykam jej.

Z jej ust wydobywa się cichy śmiech.

- Co masz zrobić jutro, zrób dziś, prawda?

Zaczyna otwierać usta, aby powiedzieć coś więcej, ale do lokalu wchodzi dwóch klientów i kieruje się w stronę lady.

- Cholera - mruczy i zeskakuje z krzesła. - Lepiej wrócę do pracy.

- Och, dobrze. - Spoglądam na zatłoczoną ladę, a potem z powrotem na nią. - Cóż, miło było z tobą pogadać.

- Dziewczyno - Lena śmieje się i szturcha mnie w ramię. - Jesteśmy teraz przyjaciółkami. To nie była jednorazowa pogawędka.

Wyciąga telefon z tylnej kieszeni obcisłych dżinsów i zanim wraca za ladę, wymieniamy się numerami. Praktycznie żąda, żebyśmy wkrótce spotkały się gdzieś poza Jovial Grinds.

Kiedy około dwadzieścia minut później wychodzę, ledwo mogę uwierzyć, że ta interakcja miała miejsce, ale SMS, który przychodzi chwilę później, to potwierdza.

Lena: Zarezerwuj sobie następny wtorek. Mam wolne, trochę dodatkowej gotówki, którą MUSZĘ wydać, a ty pójdziesz ze mną na lunch i na zakupy.

Najwyraźniej kiedy Lena postanawia, że zostaniesz jej przyjacielem, to naprawdę ma to na myśli. Być może okaże się, że jest pierwszą seryjną morderczynią z tatuażem uśmiechniętego motyla na ramieniu, ale jestem na tyle samotna, a ona na tyle zabawna, że zaryzykuję.

Szczerze mówiąc, sama ta myśl sprawia, że się uśmiecham, ale zanim zdążę jej odpowiedzieć, mój telefon wibruje w dłoni, a na ekranie pojawia się komunikat "Połączenie przychodzące od: Evan".

Odbieram po drugim sygnale.

- Co robisz? - pyta na powitanie, a jego głos natychmiast przypomina mi spotkanie z Milo w sklepie.

Ale wystarcza sekunda, żebym stłumiła to uczucie i zamknęła żenujące szczegóły tej interakcji w sejfie, który tylko ja mogę otworzyć.

Mój sprytny brat prawdopodobnie miałby używanie, gdyby się dowiedział, że jego najlepszy przyjaciel mnie nie pamięta.

Jak Boga kocham, ja na pewno bym miała.

- No... nie za dużo - odpowiadam z westchnieniem. - Po prostu zmierzam do domu, żeby usiąść na swojej sofie i spróbować kontemplować sens życia.

- Jestem prawie pewien, że masz na myśli "usiąść na mojej sofie".

- Uwierz mi, dupku - mruczę. - Że wiem, że to twoje mieszkanie. Naprawdę. Za każdym razem, gdy się odwracam, widzę kolejny plakat, który tylko czeka, żeby trafić do moich koszmarów. Twoja obsesja na punkcie Suzanne Somers jest przerażająca. Ona jest starsza od mamy, wiesz?

Jego śmiech jest wkurzająco dobroduszny.

Zirytowana, naciskam dalej.

- Czy Sadie wie o twoich przerażających fantazjach o babciach?

- Spokojnie, siostro. Jako właściciel mieszkania mogę cię po prostu z niego wyrzucić, wiesz? - odchrząkuje. - To nie moja wina, że wybrałaś moje mieszkanie w Chelsea zamiast tego na Upper East Side.

- Chciałam być blisko kwiaciarni, a oboje wiemy, że ty i Sadie znacznie częściej korzystacie z tego drugiego mieszkania, panie Bogaty. Moja gotowość do bycia twoim ciężarem ma swoje granice.

- Naprawdę?

- Bardzo śmieszne, Ev. - Przewracam oczami. - Wiem, że zatrzymałeś mieszkanie w Chelsea jako inwestycję, ale to nie znaczy, że nie możesz rozważyć niewielkiego remontu.

Wzdycha.

- Daj spokój, Maybe.

- Dobra - mruczę.

- Powiedz mi, jak tam sprawy w wielkim, złym mieście.

- Cóż... pomyślmy... - zaczynam i z przesadą cmokam. - Nie mam przyjaciół. Mieszkam w twoim mieszkaniu, codziennie pracuję z naszymi rodzicami, a Bruce musi mnie jutro rano zawieźć na operację usunięcia zębów mądrości. Więc pytasz, jak tam moje sprawy?

- Nie może być aż tak źle - prycha.

- Wiem, że minęło dziesięć lat, odkąd ostatni raz pojawiłeś się u Bruce'a i Synów, ale czy mam ci przypomnieć, jak to jest być uwięzionym w tym samym pomieszczeniu z naszym ojcem przez osiem godzin dziennie?

- Dobra. Tak. Rozumiem. - Z jego gardła wydobywa się chichot. - Ale to tylko tymczasowe. Poza tym nie zaprzeczysz, że w porównaniu z większością absolwentów uczelni wyższych masz dość dobrze. Nie musisz płacić czynszu, a nawet jeśli praca z naszymi rodzicami jest do bani, to nadal jest to praca, która pozwoli ci przetrwać, dopóki nie znajdziesz tego, czego szukasz.