Prolog
Nazywam się Thatcher Kelly, ale znajomi mówią na mnie Thatch. Całkiem możliwe, że mnie znacie, a może jesteście tu po raz pierwszy.
W każdym razie pozwólcie, że powiem kilka słów na swój temat.
Sam opisałbym siebie - jak pewnie każdy, kogo byście o mnie zapytali - jako nieznośnie przystojnego, cieszącego się szalonym powodzeniem, niebezpiecznie czarującego i obdarzonego niejednym talentem faceta.
Całkiem możliwe, że moja pewność siebie ociera się o arogancję, ale nie należę do tych, którzy przejmują się zdaniem innych.
Biorę życie za jaja. Żyję bez żalu i wahania. Robię, co chcę, kiedy chcę - bez lęku przed oceną czy ograniczeniami społecznymi.
Gdyby Lenny Kravitz był bajecznie bogatym bankierem mającym dodatkowe pięć centymetrów w spodniach... wówczas byłby mną. Cóż, daleko mi do mitomana - albo boga rocka, jeśli o to chodzi - ale wszelkie braki, jeśli chodzi o talent muzyczny, nadrabiam z nawiązką w sztuce dawania rozkoszy.
Jestem królem pieprzenia. Mój język to istny wirtuoz.
Jestem tak cholernie hojny w rozdawaniu orgazmów, że równie dobrze możecie mnie nazywać Świętym Thatchołajem.
Mówiąc w skrócie, jestem wszystkim, co dobre i rozkoszne.
Ale zanim zaczniecie się ślinić i napalać na więcej, muszę powiedzieć wam coś ważnego: to nie jest moja historia. Tu nawet nie chodzi o mnie.
Wiem, wiem. Kurewsko rozczarowujące, nie?
Mój czas minął i nadeszła pora, bym przekazał pałeczkę.
A jeśli już muszę opuścić światła reflektorów, to chyba nie ma lepszej osoby, która mogłaby mnie zastąpić, niż bohater tej opowieści. Tylko on może przejąć po mnie schedę.
Musicie wiedzieć, że chociaż sam nie jestem głównym graczem w tej grze, to jednym z najlepszych facetów, jakich znam, jest właśnie on.
I choć wiem, że w dobrym tonie byłoby zdradzenie wam jego imienia, to nigdy nie należałem do osób, które grają według zasad. Poza tym, jeśli mam być szczery, uwielbiam niespodzianki oraz droczenie się.
Ale bez obaw - droczę się tylko wtedy, gdy mam pewność, że zakończy się to satysfakcją i przyjemnością. Takie drobne zagrywki z mojej strony to początek drogi ku długiemu, ogromnemu i spektakularnemu spełnieniu.
Cóż mogę wam zdradzić na temat bohatera tej opowieści?
Szczękę ma jak ciosaną w marmurze, ciało wyjęte żywcem z reklamy i zjawiskowe zielone oczy. Jest niemal równie atrakcyjny jak ja. Ma wspaniałe poczucie humoru i doskonały gust - zna mnie, a to mówi samo za siebie - a do tego szczero-kurwa-złote serce.
Pracoholik w początkowym stadium, za to bystry jak cholera.
Ten tajemniczy facet to taki kąsek, że książę Harry wyglądałby przy nim jak zwykły brytyjski ciołek - zanim oczywiście związał się na stałe z tą piękną Amerykanką.
Bez obrazy dla tego ognistowłosego szlachcica, ale nie może się mierzyć z moim znajomkiem.
Gdyby cała branża hotelarska świata miała swoją siedzibę w pałacu Buckingham, ten facet nie byłby byle Harrym. O nie. On bez dwóch zdań byłby pieprzonym Williamem.
Jego nazwisko to synonim wartego miliardy imperium, a mój kumpel pewnego dnia zasiądzie na tronie i będzie tym wszystkim rządzić. Mówimy o takim poziomie sukcesu i uroku, że nawet prowadzący Kawalera do wzięcia miałby od tego wzwód.
Taa, Chris Hansen zdecydowanie miałby namiot w spodniach na widok tego kolesia.
Chwilunia. Chris Hansen to ten od Kawalera do wzięcia, czy ten, który łapie przestępców seksualnych w lipnej kuchni z ciasteczkami i sokiem?
Ech. To bez znaczenia.
Liczy się Pan Tajemniczy.
Jedynym, czego mu trzeba, to kobieta, która pokaże mu, że poza biurem też istnieje życie.
Taka, która pomoże mu wyluzować. Która rzuci mu wyzwanie.
Która skopie mu tyłek i zwróci uwagę, że pieprzy głupoty.
Seksowna, pełnych kształtów kobieta, która totalnie namiesza mu we łbie.
I wiecie co? Coś mi mówi, taki wewnętrzny głos, że właśnie to go spotka...
Choć ten wstęp to doskonały, wciągający, pełen literackiego kunsztu popis, a jednocześnie w stu procentach historia o nim. I również o niej.
Cholera, ludziska! Trzymajcie się mocno, bo to będzie jazda bez trzymanki.
Rozdział 1Greer
Jest koniec grudnia - znany również jako kalendarzowy trójkąt bermudzki - a ja wciąż znajduję się poza łóżkiem, w stroju biznesowym zamiast piżamy, udając, że jestem normalnie funkcjonującym członkiem społeczeństwa.
Mówię wam, szaleństwo, serio.
Leżący na kuchennym blacie telefon nagle wydaje z siebie ciche piknięcie informujące o nowym powiadomieniu. Po całej nocy spędzonej w biurze - za zamkniętymi drzwiami, bo wiadomo, zawsze może się napatoczyć jakiś dziwak - i po szaleńczym powrocie do domu, mając ledwie godzinę na spakowanie walizki, modlę się, żeby wiadomość od kierowcy Ubera nie zwiastowała katastrofy.
- Byle nie lubiący pogadać, byle nie lubiący pogadać, byle nie lubiący pogadać - powtarzam pod nosem jak mantrę.
Po nocy spędzonej na przeglądaniu ksiąg mojej firmy ostatnim, na co mam teraz ochotę, jest wymyślanie historyjek, by zabawiać obcego człowieka mającego mnóstwo pytań.
Uber: Nelly w srebrnym chevrolecie equinox już czeka.
Na szczęście ani słowa o jej zamiłowaniu do pogaduszek. Gorzej, że nie mam pojęcia, jak wygląda equinox. Swój samochód miałam... w sumie to nigdy. A motoryzacją interesowałam się chyba jeszcze dawniej.
Całe życie mieszkałam w Nowym Orleanie i praktycznie wszędzie mogłam dotrzeć pieszo, komunikacją miejską albo taksówką.
A odkąd pojawiły się aplikacje usług przewoźniczych, lubię udawać, że jestem na tyle bogata, że stać mnie na prywatnego szofera. Ale, na co wskazują przeglądane wczoraj księgi rachunkowe Hudson Designs, zdecydowanie nie jestem przy kasie. Jeśli te skurwiałe liczby zrobią się jeszcze bardziej czerwone, nowoorleański wydział zabójstw zabezpieczy je jako materiał dowodowy.
Na szczęście gdy otwieram drzwi i przeciągam walizkę przez próg, moja kierowczyni już wysiada z samochodu i się przedstawia.
- Gree Hudson, tak? Jestem Nelly. - Posyła mi szeroki uśmiech i krzyżuje ręce pod biustem, odsłaniając ogromną, lśniącą srebrną końską głowę na swojej białej koszulce.
- Miło cię poznać, Nelly - odpowiadam, ciągnąć za sobą tanią walizkę, którą kupiłam za pięć dych na Grouponie. - Ale mam na imię Greer.
- Co proszę? - Unosi krzaczaste, siwiejące brwi w lekkim zdziwieniu.
- Moje imię - wyjaśniam najbardziej przyjaznym tonem, na jaki mnie stać. - Wymawia się Greer.
Pięć liter. Jedno z najprostszych imion w całym Nowym Orleanie. Mimo iż za sprawą silnych kreolskich wpływów chodziłam do szkoły z Fabienne, Adelaidą i Eulalie, taka Nelly ma problemy z moim imieniem.
Musi być tu nowa.
- Och, przepraszam - mówi, rzeczywiście posyłając mi przepraszający uśmiech. - Greer-er?
- Greer.
- Gree-łer? - próbuje raz jeszcze.
Dobra, chrzanić. Jeśli znajdę się na czas na lotnisku, może do mnie mówić, jak tylko dusza zapragnie.
- Dokładnie. - Uśmiecham się, zaciskając szczęki. Staję przy klapie bagażnika, a Nelly wskazuje na tylne drzwi po stronie pasażera.
- Wybacz, ale tył mam zagracony rzeczami dla koni.
Trzykrotnie trzepoczę powiekami, zupełnie jakby miało mi to w cudowny sposób poprawić słuch.
Czy ona powiedziała "rzeczy dla koni"?
Mieszkam w mieście, w którym co roku odbywa się szaleństwo znane jako Mardi Gras, więc mogę śmiało powiedzieć, że przeżyłam niejeden zwariowany kurs Uberem, ale muszę przyznać - to pierwszy raz, kiedy mam do czynienia z przeszkodą w postaci koni i końskich akcesoriów.
- Więc jeśli nie masz nic przeciwko - ciągnie Nelly - możesz wrzucić walizkę na tylne siedzenie i usiąść z przodu. - Odbiera ode mnie walizkę. - No wiesz, jesteś drobniutka i pewnie zmieściłabyś się z bagażem z tyłu, ale pomyślałam sobie, że z przodu będzie ci wygodniej.
Szczerze? Chyba byłoby mi najwygodniej, gdybym zamówiła nowego Ubera, ale jestem mocno spóźniona i kompletnie nie mam czasu, by dociekać, co ona wozi w bagażniku.
Tak czy siak, dopóki to nie jest żywy koń, trup albo koński trup, wszystko gra.
Moja walizka ląduje bezpiecznie na tylnym siedzeniu, obie zapinamy pasy, a Nelly rusza spod mojego domu i wjeżdża na główną ulicę.
Naszej podróży momentalnie zaczynają towarzyszyć odgłosy chlupania dochodzące z bagażnika. Brzmi to jak emiter dźwięków, tylko zamiast deszczu czy szumu oceanu słyszymy jakieś tajemnicze płyny.
A jest ich naprawdę sporo.
Chyba nie ma tam kanistrów z benzyną, co?
Nie no, nie ma opcji. To niedorzeczne. Przecież mówiła, że to dla koni. Nie jestem weterynarzem, ale jestem całkiem pewna, że poruszają się dzięki kopytom i sercu, a nie paliwom kopalnym.
- Piękny dzień, prawda? - zagaduje Nelly, patrząc nie na drogę, lecz na mnie.
Moją odpowiedzią jest ciche "mhm", po którym postanawiam zatopić nos w telefonie, licząc, że to zniechęci ją do dalszych pogaduszek i przy odrobinie szczęścia uchroni mnie przed wysłuchaniem wykładu o historii podków czy czymś takim.
Tyle że trudno jest przeglądać Instagrama Amy Schumer, kiedy moja kierowczyni gna przez żółte światła, rozpieprzając płynność ruchu drogowego.
Unoszę wzrok znad ekranu i widzę, że Nelly rozgląda się wokół, jakby była na pieprzonym niedzielnym porannym spacerku.
- Ooo, patrz! Nowy Target! - mówi, zdejmując rękę z kierownicy, by pokazać mi budynek po prawej. - Jeśli jeszcze nie byłaś, koniecznie tam zajrzyj, Gree-łer! Mają tam nawet Starbucksa!
Mam wrażenie, że moja kierowczyni nie tyle jest rozkojarzona, ile w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że naprawdę prowadzi samochód.
- Eee, tego... uważaj! - rzucam odruchowo, wskazując na wóz jadący obok nas. Ten, od którego dzieli nas dosłownie kilka centymetrów, bo najwyraźniej Nelly należy do babek, które jadą jednocześnie wszystkimi pieprzonymi pasami.
- No hej, koleżko! - Uderza otwartą dłonią w klakson i gwałtownie szarpie kierownicą w prawo. - Skurczybyki nie mają pojęcia, jak się jeździ!
Mówiąc wprost, do mistrzostwa za kółkiem sporo jej brakuje. Już wbijam palce w brzeg fotela, a nie dojechałyśmy jeszcze do autostrady.
I niestety dla mnie, dalej jest tylko gorzej.
Droga najwyraźniej jest dla Nelly czymś, na co nie warto patrzeć. Jej stopa jest chyba z ołowiu, zakręty pokonuje w najlepszym razie topornie, a w jej głowie króluje przekonanie, że wszyscy inni kierowcy, oczywiście poza nią samą, to kompletne beztalencia.
- Co jest, do cholery?! - krzyczy na jadące przed nami auto. To, które, taka mała ciekawostka, przed chwilą sama wyprzedziła bez wrzucania kierunkowskazu. - Na miłość boską, nikt dziś nie potrafi jeździć!
Jeszcze mocniej wbijam palce w swój fotel, zamykam powieki i gorączkowo próbuję znaleźć w sobie resztki zen. Moje poszukiwania spokoju i ukojenia trwają zaledwie chwilę. Otwieram szeroko oczy, gdy moje ciało rzuca się w kierunku drzwi pasażera - Nelly ostro skręca w lewo i z impetem wjeżdża na autostradę.
Rany, Nelly!
Chlupot z tyłu przybiera na sile i teraz brzmi jak Niagara zamknięta w bagażniku. Zaciskam palce na uchwycie nad drzwiami pasażera i zerkam na kierowczynię.
- Przypomnij mi, co wieziesz z tyłu?
Tylko nie mów, że benzynę. Tylko nie mów, że benzynę.
- Dwa duże baniaki z wodą dla moich koni - odpowiada, jakby to było najnormalniejsze na świecie, i zmienia pas bez użycia kierunkowskazu. Za nami ktoś trąbi, ale Nelly ma totalnie w dupie klaksony innych kierowców. - Byłam dziś rano u mamy, a zawsze biorę stamtąd wodę, bo wychodzi taniej. Ma własną studnię. - Posyła mi szeroki uśmiech. - A że po porannej zmianie na Uberze i tak planuję zajrzeć do stajni, to pomyślałam: czemu nie zabić dwóch much jednym klapkiem?
Metaforyczne muchy mogą nie być jedynymi istotami, które dzisiaj zginą z jej ręki.
Z drugiej strony jeśli nie dojadę na lotnisko, to nie będę musiała martwić się rozmową kwalifikacyjną w Turner Properties.
Ha! Mój lęk osiągnął jakiś nowy, rekordowy poziom, skoro zaczynam traktować możliwość śmierci jako pozytyw.
Taa. Ale to dlatego, że z mojego punktu widzenia jadę właśnie na własny pogrzeb.
Nawet jeśli mam sporo zadowolonych stałych klientów i jestem polecana do drobnych remontów łazienek czy aranżowania werand, zysk z takich zleceń ledwo wystarcza, by utrzymać firmę przez miesiąc czy dwa.
Potrzebuję zlecenia z prawdziwego zdarzenia. Czegoś prestiżowego, rozpoznawalnego, a powstający w Nowym Orleanie hotel Vanderturn to właśnie coś takiego. Wynik tego spotkania zadecyduje, czy przez kolejne trzydzieści dni będę walczyć o przetrwanie, balansując na granicy bankructwa, czy też postawię firmę na nogi, aby mogła się rozwijać.
Ściska mnie w żołądku.
Taa, zero presji czy coś.
W jednej chwili poziom mojego stresu szybuje w kosmos, a styl jazdy Nelly robi się jeszcze gorszy. Nie wspominając o tym, że ona cały czas do mnie gada.
To najdłuższe dwadzieścia minut w dziejach ludzkości, a ja mogę jedynie trzymać się kurczowo życia i odpowiadać na jej pytania. Ostatnie, czego chcę, to wyprowadzić ją z równowagi i doprowadzić do jakiegoś zdarzenia drogowego.
Szczerze? Nigdy nie przypuszczałam, że utonięcie podczas wypadku samochodowego to w ogóle realna opcja. A jednak oto jestem, siedzę w wodnym łóżku na kółkach, które Nelly nazywa swoim samochodem.
Zanim jej equinox wtoczył się pod lotnisko, życie siedmiokrotnie przeleciało mi przed oczami, a do tego zdołałam ukończyć konwersacyjny maraton.
Znam już imiona wszystkich pięciu jej koni, ulubione miejsca wakacyjne jej emerytowanych rodziców oraz fakt, że jej siostra Marion zarabia na życie, sprzedając na Etsy własnoręcznie robione szaliki.
Gdy w końcu zatrzymuje SUV-a przy krawężniku odlotów, wyskakuję z auta z energią co najmniej sześciokrotnie większą, niż pozwala na to zmęczona skorupa zwana moim ciałem, ale jedno jest pewne - spieprzam stąd.
Pięć gwiazdek. Bo tak się ocenia Ubera, prawda? Masz być wdzięczny, że dojechałeś żywy na miejsce. A co ja tam, kurwa, wiem.
Mam ochotę uklęknąć i ucałować beton, ale moje ciało nie jest gotowe na takie wyzwania. Nogi i krzyż bolą mnie niemiłosiernie, gdy wyciągam walizkę z tylnego siedzenia, a z moich płuc samoczynnie wymyka się westchnienie ulgi.
Czuję się, jakby ktoś mnie przepuścił przez wyżymaczkę i wrzucił do jednego z baniaków Nelly.
Krótko mówiąc, mam paskudny nastrój.
Moja firma tonie. Nie zmrużyłam oka. A teraz lecę do Nowego Jorku na najważniejszą rozmowę kwalifikacyjną w swoim życiu.
Mimo wszystko uśmiecham się, głównie dla Nelly. To nie do końca jej wina, że jestem dzisiaj taka wredna. Jasne, mogłaby nie jeździć jak pirat drogowy, nie zamęczać mnie pytaniami i nie opowiadać mi całego swojego życiorysu, ale koniec końców jest tylko kobietą, która próbuje zarobić na życie i wodę dla swoich koni.
- Dzięki za podwózkę - mówię, zaciskając palce na rączce walizki.
Dzięki, że mnie nie zabiłaś.
- Udanego pobytu w Nowym Jorku, Gree-łer! Powodzenia z Hudson Designs! - Macha mi ręką i szczerzy zęby w szerokim uśmiechu, po czym wskakuje z powrotem do swojego SUV-a. Nie mija nawet minuta, gdy z chlupotem wjeżdża z powrotem na autostradę.
"Powodzenia z Hudson Designs" - jej słowa wciąż odbijają mi się echem w głowie.
Taaa. Obawiam się, Nelly, że potrzeba mi czegoś więcej niż tylko szczęścia.
Hudson Designs to moje dziecko. Firma, która opuściła moje metaforyczne łono. To moja duma. Moja pasja. I główny powód, dla którego czuję się tak, jakbym chodziła z Dwaynem Johnsonem na barana.
Nie żebym miała coś do The Rocka.
Jest wysoki. Jest przystojny. Patrząc na niego, jestem pewna, że gdyby coś gotował, unosiłby się nad tym aromat sukcesu doprawionego grubymi milionami na koncie.
Jednak ciężar spoczywający na moich barkach to nie pieprzone żarty, a wszystko, na co kiedykolwiek pracowałam, runie prosto w ogniste czeluści piekła, jeśli się pod nim ugnę.
Aż trudno uwierzyć, że tak to się posypało.
Kiedy skończyłam studia, byłam pijana od samej wizji sukcesu. Załapałam się na staż marzeń, który w ekspresowym tempie zamienił się w pracę na pełen etat u Clarise Beaumont, jednej z największych projektantek wnętrz na całym Wybrzeżu Zatoki. To było coś cholernie wielkiego, a w moich naiwnych oczach rakieta sukcesu wystartowała.
Po kilku latach pracy pod skrzydłami Clarise zrozumiałam, jak imponujące są jej etyka pracy i osiągnięcia - ale też że wszystko wyglądałoby znacznie lepiej, gdybym robiła to po swojemu.
W końcu pełna motywacji i nadziei na to, jakie możliwości może przynieść prowadzenie biznesu na własny rachunek, otworzyłam firmę. Przez pierwsze lata wszystkie trudności zrzucałam na karb początków. Musiałam zbudować bazę klientów, postawić całą infrastrukturę. Uważałam, że wyboje na drodze do sukcesu są czymś zupełnie normalnym, wręcz oczekiwanym.
Niestety kolejne lata nie były lepsze.
Branża projektowa nie jest już taka jak dziesięć lat temu, a wszyscy, którzy mają z nią styczność, odczuli tego skutki.
A kiedy prowadzisz firmę w pojedynkę tak jak ja, okazuje się, że wydatków jest cała masa - od zadowalania dostawców poprzez wykupywanie próbek po cenach hurtowych, aż po utrzymanie bieżącego funkcjonowania biura.
Poza moją asystentką Rosaline - z którą musiałam się rozstać trzy miesiące temu - nie było mnie stać na utrzymanie personelu do zadań, których sama nie mogłam robić. W efekcie większość pracy musiałam zlecać osobom z zewnątrz, a to automatycznie podwajało koszty.
A bilans w moich księgach, który zrobiłam dzisiejszego poranka, tylko potwierdził to, co wiedziałam - jeśli nie wydarzy się cud, ostatnie pięć lat harówki na nic się zdało.
Nie umawiałam się na randki, nie podróżowałam. Nie byłam nawet w Fabryce Serników, którą otworzyli w centrum handlowym. Poświęcałam się wyłącznie pracy, desperacko próbując zbudować coś, z czego będę dumna. A teraz to wszystko może legnąć w gruzach.
Moja warga niespodziewanie zaczyna drżeć i gwałtownie wrzucam w myślach wsteczny bieg.
Nie płacz, Greer. Rozklejenie się na chodniku przed lotniskiem w Nowym Orleanie absolutnie nie wchodzi w grę.
Poza tym, pomijając fakt, że moja firma pada na pysk, dzisiejszy poranek wcale nie jest taki zły. Po pierwsze nie zginęłam w equinoxie Nelly. Po drugie Nowy Orlean właśnie wyciągnął swoją najmocniejszą kartę w dzień, który powinien być zimowy i ponury. Słońce świeci zaskakująco mocno, a jego ciepło przyjemnie otula skórę - mam wrażenie, jakby była tak napięta i gładka, że można by ją złożyć wpół, by pasowała do kantów moich spodni.
Jest dobrze. Przytulnie.
Uwielbiam to miasto. Tu się wychowałam. Tu założyłam firmę. To mój dom.
A już za kilka minut zobaczę się z moją najlepszą przyjaciółką Emory i polecimy razem - oczywiście na koszt jej rodziny - pierwszą klasą do Nowego Jorku. Jej krewni mają wszystkie pieniądze, stare, nowe... w sumie to każdą pieprzoną wersję pieniędzy, a sama Emory nigdy nie leciała w klasie ekonomicznej.
Na moje szczęście nie lubi latać sama, a jej chłopak czeka na nią na miejscu.
Poluzowane kółko mojej taniej walizki klekocze za mną, gdy wciągam ją po rampie, kierując się w stronę automatycznych drzwi, by po chwili znaleźć się w skąpanej jaskrawym światłem strefie odpraw Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Louisa Armstronga.
Ludzie, w różnych stadiach paniki i dezorientacji, gorączkowo przemykają obok mnie. A w tym całym chaosie dostrzegam Emory. Macha do mnie energicznie ręką, stojąc przed całą stertą walizek Louis Vuitton.
Jej rude włosy są tak bujne, że muszą kryć w sobie coś jeszcze - strzelam, że pieniądze - a jej charakterystyczne krwistoczerwone usta wyraźnie odcinają się na tle alabastrowej skóry. Ma swój własny, unikatowy styl, a każdy detal podporządkowany jest jednemu celowi: ma sprawić, by jej jasnoniebieskie oczy wydawały się zamglone, niemal szare.
Znam ten absurdalny szczegół tylko dlatego, że kiedyś mi to powiedziała, gdy byłyśmy już po butelce wina.
- Greeeeer! - wrzeszczy teraz tak głośno, że wszyscy w okolicy odwracają głowy.
Rumieniec rozlewa się po moich policzkach, kiedy niechętnie ruszam w jej stronę, uciekając wzrokiem od ciekawskich spojrzeń, które ściągnęła, wydzierając jadaczkę.
Jestem osobą, która lubi ludzi, jednocześnie trochę ich nie cierpiąc. Paradoks, który sprawdzi się w każdym kraju, o każdej porze i w każdym języku - ale nabiera szczególnej ostrości, kiedy robi się to, czym ja zajmuję się na co dzień.
Ale ta praca to moja pasja. Sztuka, kreatywność - możliwość stworzenia czegoś nowego przy każdym kolejnym projekcie.
To dzięki niej żyję.
- No cześć, cześć - mówię, stawiając swoją walizkę tuż obok jej pięciu. Wygładzam dłonią pogniecioną bluzkę i spodnie. - Długo czekasz?
Gdy tylko się zjawiam, robi z oczami to co zawsze - przewraca nimi. I w gruncie rzeczy trudno jej to mieć za złe.
Ma wyrafinowany gust i serce na dłoni, a jej tydzień pracy polega na tym, że sporadycznie wpada do biura, żeby robić Bóg jeden wie co w jednej z rodzinnych, świetnie prosperujących agencji marketingowych. Jej pojęcie o zakupach "na przecenie" to wyprzedaż w Bergdorfie. Ja jem ramen co najmniej dwa razy w tygodniu, unikam facetów jak ognia, spędzam osiemdziesiąt godzin tygodniowo w biurze i pozwalam sobie zaszaleć w miejscach takich jak Target. A jednak jeśli chodzi o osobowość, z nas dwóch to ja jestem tą trudną w obyciu.
- Wiesz, że tak. Spóźniłaś się dwadzieścia minut.
- Cóż - mówię. - Myślę, że obie powinnyśmy się cieszyć, że przynajmniej się nie utopiłam.
- Co? - pyta, marszcząc nos.
- Długa historia - odpowiadam. - A tak naprawdę jestem spóźniona dwadzieścia minut względem godziny, którą mi podałaś. Czyli dokładnie tyle, ile zawsze się spóźniam. Znasz ten schemat od lat, więc już dawno powinnaś umieć go przewidzieć. Można powiedzieć, że jesteś za wcześnie.
Wybucha śmiechem, a mój kpiący uśmieszek płynnie przechodzi w szeroki uśmiech.
- Miej pretensje sama do siebie.
- Czasami naprawdę cię nienawidzę.
Zbywam ten komentarz machnięciem ręki, jakby to była jedynie brzęcząca mucha.
- Och, ale to przecież nic nowego. A mimo to ciągle wracasz po więcej.
Przyjaźnimy się z Emory, odkąd sięgam pamięcią - a mówimy tu o czasach tiulowych spódniczek, przebrań wyciąganych z szafy i tej dziecięcej niewinności, której świat nie zdążył zniszczyć. Gdy po śmierci rodziców zostali mi tylko brat i dziadek, kurczowo trzymałam się Emory jak dającej nadzieję kobiecej latarni.
- Wyprałaś mi mózg.
- Hmm... - zatrzymuję się na moment i szczerzę do niej zęby. - Jestem prawie pewna, że gdybym miała ci to zrobić, wykorzystałabym to w znacznie ciekawszym celu. Na przykład żebyś oddała mi wszystkie swoje pieniądze.
Przewraca swoimi mglistymi, szarymi oczami.
- Przypomnij mi... czemu właściwie chciałam, żebyś leciała ze mną?
- Głównie ze względu na mój urok i dowcip.
- Nie, to zdecydowanie nie to.
Udaję, że intensywnie myślę, wydymając przy tym usta.
- A może przez moją delikatną, anielską urodę?
- Nie.
- A może...
- Och, racja. Nie mam innych przyjaciół. Dlatego.
- Ciekawe. Może powinnaś przemyśleć, jak bardzo jesteś wymagająca - rzucam sarkastycznie. Sarkazm czy nie, spojrzenie Emory jest gorętsze niż tysiąc słońc. - Żartuję, Em. No weź. Jesteś skarbem. Najczystszą postacią...
- Stul dziób, Greer.
- Już dobrze - mówię ze śmiechem. - No dalej, dawaj to kazanie. Wiem, że tylko na to czekałaś.
- Nie zamierzam prawić ci kazań.
- Jasne, że nie - prycham.
- No cóż, skoro nie chcesz, żebym cię pouczała, mogłabyś chociaż pojawić się w ubraniach, które nie wyglądają, jakbyś w nich spała. W ogóle brałaś dziś prysznic?
Żeby nie wpaść w ziejący krater współczucia i rozpaczy, postanawiam nie zdradzać jej, jak bardzo ma rację. Wolę zmienić temat i skupić się na narzekaniu.
- Ale dlaczego muszę lecieć do Nowego Jorku na rozmowę o pracę w Nowym Orleanie?
- Bo twój potencjalny szef to zajęty facet i akurat tam właśnie będzie. Nie bez powodu użyłam swoich kontaktów, żeby ci to załatwić. Turner Properties to poważna firma. Vanderturn Hotel w Nowym Orleanie to ogromna sprawa, zwłaszcza jeśli to ty będziesz go projektować. - Uśmiecha się delikatnie, ale momentalnie poważnieje, kontynuując: - I co to za muszę? Zachowujesz się, jakbyś szła na wojnę. To przecież sylwester w Nowym Jorku, na litość boską! Powinnaś się cieszyć!
- Masz rację. Nowy Jork brzmi świetnie.
- Dziękuję.
- Ja tylko...
- Wiem. - Jej wzrok łagodnieje, a w oczach pojawia się pełne zrozumienie. - Wiem, jaka jest stawka i wiem, że trochę cię to przytłacza.
Trochę mnie to przytłacza? Jeśli ciężar stresu związanego z moją sytuacją finansową ciutkę wzrośnie, to chyba zacznę wytwarzać własne pole grawitacyjne.
- Jeśli to się nie uda - szepczę prawie bezgłośnie - to naprawdę nie wiem, co zrobię.
Bo nie wiem. Jeśli ta rozmowa kwalifikacyjna nie pójdzie najlepiej, to szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia, co zrobię dalej. I to mnie przeraża.
- Świetnie ci pójdzie! Jesteś idealną osobą do tej pracy. Nie ma opcji, żeby tego nie zauważył!
Przygryzam wargę.
- Pod warunkiem, że pokażesz słodką Greer, a zołzę zostawisz w domu...
Udaję, że wzdycham z oburzeniem.
Kąciki ust Emory unoszą się w uśmiechu.
- Och, no weź, niech na tej buźce pojawi się uśmiech. To będzie najlepsza podróż w twoim życiu! Wszystko zaraz nabierze różowych barw! Czuję to!
Patrzę na nią bez słowa.
- Uśmiech, Greer.
Silę się na coś, co ma być uśmiechem, ale jest wymuszone i tak sztuczne, że pewnie kojarzy się ze zdjęciem zaręczynowym Chandlera Binga.
- Powtarzaj za mną - mówi. - Jestem genialną projektantką.
Marszczę brwi, a Emory szturcha mnie w ramię jednym ze swoich piekielnie ostrych łokci.
- Au! - Pocieram obolałe miejsce, ale ona udaje, że nic się nie stało.
- Powiedz to, Greer. Powiedz: jestem genialną projektantką.
- Jestem genialną projektantką - wyrzucam z siebie bez przekonania, ale moja samozwańcza mówczyni motywacyjna nie daje się zbić z tropu.
- Powiedz: wygram tę rozmowę o pracę.
- Wygram tę rozmowę o pracę.
- Ale zanim to zrobię, zamienię swoje oblicze wiecznej zołzy w oblicze silnej, pewnej siebie kobiety.
- Bardzo precyzyjnie to ujęłaś - parskam śmiechem.
- No, powiedz to.
Spełniam jej prośbę i w duchu modlę się, żeby Tony Robbins opuścił ciało mojej najlepszej przyjaciółki, żebym mogła spróbować nacieszyć się tą podróżą pierwszą klasą do Nowego Jorku.
- Kto jest najlepszą projektantką w Nowym Orleanie?
Łypię na nią, ale ona grozi, że znów wbije mi w bok jeden ze swoich kościstych łokci.
- Ja - mówię, przewracając przy tym oczami.
- Kto jest najlepszą kandydatką do tej pracy?
- Ja.
- Kto będzie chodzić po Nowym Jorku, chwaląc się swoimi idealnymi cyckami, zgarnie fantastyczną robotę i zaliczy jakieś ciacho? I to wszystko w jeden weekend.
- Ja... Chwila... co?!
- Nie martw się, słodziaku, nikt w Turner Properties ci się nie oprze. - Puszcza do mnie oko. - No dalej, złapmy samolot do twojego przyszłego sukcesu!
Pomijając część o zaliczeniu ciacha, mam nadzieję, że ma rację.
Bo, do chuja wafla, potrzebuję tej pracy.