PROLOG
Marysia Salimi, pół Polka, pół Arabka, stoi na ślubnym kobiercu nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego, na rajskiej wyspie Bali. Nie jest to typowy ślub, bowiem ołtarz znajduje się w pięknym ogrodzie, ocieniony jest baldachimem z lśniącego jedwabiu, a z trzech stron otaczają go palmy i niskie krzewy hibiskusa, zasypane szkarłatnym kwieciem. Od strony oceanu jest otwarty, dlatego ciekawscy turyści ze wszystkich stron świata chętnie zatrzymują się i robią parze młodej zdjęcie za zdjęciem. Nie pomagają łagodne prośby obsługi hotelowej ani groźne spojrzenia ochrony - na Bali nie ma prywatności i nawet miłość - w tej najważniejszej chwili - wystawiona jest na widok publiczny.
Marysia rozgląda się niepewnie, usiłując w tym tak ważnym życiowym momencie zebrać myśli. Serce tłucze się w jej młodej piersi, tak jakby chciało z niej wyskoczyć i uciec, by schować się w jakimś tajemnym miejscu. Cały czas była taka spokojna i pewna swojej decyzji, a teraz, kiedy nadeszła ta wyczekiwana chwila, wątpliwości zalewają jej umysł i targają sercem. Co ja robię?, raz za razem zadaje sobie to pytanie. Co ja wyprawiam? Lubię tego człowieka, jest dobry i czuły, ale... Sama nie wie, jakie konkretnie ma obiekcje do Karima i tego ślubu. Przez cały czas trwania ich znajomości nie chciała dopuścić do siebie tych uczuć, bo przecież tak dobrze jest być kochaną, hołubioną, noszoną na rękach, adorowaną... Poza tym ten spokój i pewność, mała stabilizacja. Pewność, że jutro będzie tak samo szczęśliwe jak dziś, tak samo bezpieczne, jak cieplutki kokon. Ale czy na pewno szczęśliwe?, znów pyta samą siebie. Czy ja jestem szczęśliwa? A może do szczęścia potrzebne mi są komplikacje, nerwy, kłótnie, wzloty i upadki? Jestem nienormalna!, wykrzykuje w duchu.
Przed oczami jej wyobraźni rysuje się jak żywa postać jej libijskiego kuzyna i zarazem kochanka, namiętnego i szalonego, wprost nieprzyzwoicie pięknego. Znów widzi jego szczupłą, acz postawną sylwetkę i piękną twarz, okoloną długimi, opadającymi na ramiona kędzierzawymi czarnymi włosami, które spinał gumką na karku, gdy wiał wiatr. Czoło miał wysokie, brwi wygięte jak skrzydła kruka, a jego migdałowe oczy spoglądały spod długich gęstych rzęs. Jego nos był oczywiście semicki, ale nie tak mięsisty i regularny jak u mieszkańców Bliskiego Wschodu, lecz wąski, garbaty, o dużych, głęboko wyciętych chrapkach. Był typowym przedstawicielem północnej Afryki, którego przodkowie wywodzą się od Berberów, zamieszkujących piaski Sahary - to po nich odziedziczyli ostre, drapieżne rysy. Wyglądał jak Arab ze starej ryciny. Najbardziej działały na Marysię namiętne usta Raszida, duże i szerokie, z delikatnie zadartą górną wargą. Najcudowniejsze dla dziewczyny były momenty, kiedy się uśmiechał i ukazywał równe i białe jak perełki zęby. Robił to w tak szczery, chłopięcy i naturalny sposób, że jeszcze dzisiaj na to wspomnienie przechodzi ją dreszcz zachwytu. W tej tak ważnej dla niej chwili czuje jego dłonie na swoim ciele, podniecające i delikatne, czasem miażdżące i sprawiające ból, który dawał jej jedno uniesienie za drugim. Ileż to razy pozostawiał na jej szyi malinkę, ile razy miała pogryzione usta i język, sińce na udach, które ściskał w chwilach uniesienia, nie panując nad swoją siłą. Jakże często nie mogła chodzić czy siedzieć po ich burzliwych nocach i jak bardzo było to dla niej przyjemne i rozkoszne. Raszid był najbardziej seksownym mężczyzną, jakiego znała. Nawet po tylu latach widmo jego postaci powoduje ciepło wokół serca i mrowienie w dole brzucha.
Marysia wzdycha głęboko, aż biała woalka zasłaniająca jej twarz gwałtownie podnosi się na wysokości jej ust, ale wszyscy zebrani myślą, że to efekt popołudniowej bryzy. Raszid... Raszid..., szepcze imię mężczyzny, który wieki temu zginął tragicznie, w okrutny sposób pozbawiony życia. Pozostała po nim jednak jego maleńka cząstka - pomimo niebieskich oczu i rudych włosów podobna do niego jak dwie krople wody córeczka Nadia.
Po drugim mężczyźnie Marysi, Hamidzie, nie ma nawet śladu. Za swoją haniebną zdradę dobrowolnie oddała mu ich syna, nowo narodzone niemowlę. Dlaczego? Tego sama nie wie. To był impuls, postanowienie podjęte pod wpływem chwili, kolejna nonsensowna, nieprzemyślana decyzja. Tak jak wszystko w jej życiu.
Znalazła sobie niezbyt fortunny moment na rozliczanie z grzechów młodości, ale nie jest w stanie nad sobą zapanować. Nie zdaje sobie nawet za dobrze sprawy z tego, gdzie się znajduje i po co tu przyszła. Zalewają ją wspomnienia i wyrzuty sumienia.
A Karim?, pyta w końcu samą siebie. Karim to taki dobry człowiek... Ale z drugiej strony, co ja o nim wiem? Co skrywa jego uroczy azjatycki uśmiech, co myśli, kiedy pokornie pochyla głowę, gdy czynię mu, przeważnie niesłuszne, wyrzuty. Nigdy jeszcze nie uniósł się, nigdy nie krzyknął, nigdy nie okazał zdenerwowania. A przecież nie jestem ideałem i często stwarzam konfliktowe sytuacje. Co tkwi w jego sercu i jego duszy? Nie lubię takich ludzi, skrytych i niedających ponieść się emocjom. Czyżbym rozumiała tylko Arabów? Wybuchowych i nieobliczalnych, gwałtownych i często okrutnych?
Z zadumy wyrywa ją mocny męski głos, kiedy urzędnik zadaje jej sakramentalne pytanie:
- Czy bierzesz sobie tego oto mężczyznę, Karima Ibn Fajsala al-Nadżdi, za męża i ślubujesz...
Dalej już nie słucha. Rozgląda się bezradnie po twarzach gości, próbując znaleźć w nich ratunek. Może ktoś jej podpowie, co robić? I tym razem kobieta obiecuje sobie, że już posłucha, a przynajmniej wysłucha. Jednak nikt nie ma pojęcia o jej rozterkach i niestosownych myślach. Marysia widzi swoją matkę, Dorotę, uśmiechniętą i szczęśliwą, a na jej kolanach malutką piękną córeczkę Nadię, dalej ojczyma, Łukasza, który już oficjalnie rozsiadł się przy swojej młodej indonezyjskiej kochance Adindzie i trzyma ją za rękę, siostrę Darię, z rozanieloną twarzą, oraz przyrodniego brata, Adasia, który siedzi znudzony i naburmuszony, czekając tylko na zakończenie uroczystości i możliwość ponownego wskoczenia do morza. Panna młoda rzuca okiem na matkę Karima, Meilę, która tyle przeszła, by na starość wieść spokojne i szczęśliwe życie u boku swojego wieloletniego przyjaciela, Polaka Janka. Patrzy na Fajsala, ojca Karima, dumnego Saudyjczyka, który dziś ubrał się wprawdzie na biało, ale nie w tobę. Wszyscy dalsi krewni i znajomi rozmazują się pod wpływem łez, które wzbierają w jej wpół przymkniętych oczach. Na Boga! Nie kocham go tak, jak powinnam! Tak, jak bym chciała!, wszystko w niej krzyczy. Urzędnik ponaglająco pochyla się w jej stronę, wytrzeszczając oczy i wyciągając do przodu brodę. Karim podnosi jedną brew i z wyczekiwaniem patrzy na swoją ukochaną. Matka nerwowo poprawia się na krześle i ściąga wargi, a Meila marszczy czoło. Każdy inaczej reaguje na ciszę, która wszystkim jednakowo ciąży.
- Maria... - słyszy jak z zaświatów ponaglający ją głos. - Marysiu!
- Tak - wydusza z siebie w końcu, nie chcąc zawieść tylu osób i skrzywdzić kolejnego mężczyzny, który ofiarował jej nie tylko serce, ale też duszę.