Rozdział siódmy
Leo
Mój szef Kelvin jest nieśmiałym
człowiekiem. Wszelkie "kolegia redakcyjne odbywają się w bezpiecznej
odległości naszych biurek, a oceny roczne przeprowadzane są przez
narzędzia cyfrowe. Nie radzi sobie najlepiej w rozmowach jeden na jeden.
Dlatego jestem mocno zaskoczony jego propozycją porannej rozmowy
wyrażoną w mailu. Siedzi tuż obok mnie, obracam się więc, by zapytać,
gdzie i kiedy dokładnie, ale pisze na klawiaturze z zaciśniętymi zębami
i z zawrotną szybkością, więc odpowiadam mu w wiadomości, proponując
spotkanie za pięć minut przy ekspresie do kawy.
Udajemy się do atrium na samym środku piętra, gdzie światło wpada przez
geometryczne szyby szklanego dachu. Kelvin jest wyraźnie niespokojny.
Wierci się i unika kontaktu wzrokowego. Wokół nas słychać stukanie w klawiaturę i stłumione rozmowy. Do tego pod sufitem wiszą gigantyczne
ekrany telewizorów, na których emitowane są wyciszone wiadomości.
Zastanawiam się, czy zostanę zwolniony, a jeśli tak, to za co. Za bycie
boleśnie przeciętnym pracownikiem? Piszę przyzwoite nekrologi, ale
brakuje im intelektualizmu Sheili (i jej wnikliwości godnej oficera
śledczego), czy też humoru Jonty'ego godnego P.G. Wodehouse'a.
- Bardzo się cieszę z powodu Emmy - mówi wreszcie Kelvin po
odchrząknięciu. - Uważam, że twoja żona jest fantastyczna, i nie boję
się powiedzieć tego głośno.
Cóż... przynajmniej jest szczery.
Raczę go kilkoma oklepanymi frazesami, głównie dlatego że brak mi słów,
by wyrazić odczuwaną ulgę. Jasne, od czasu do czasu będzie musiała się
badać i zawsze istnieje groźba pojawienia się wtórnych guzów, ale na
razie wszystko przemawia na naszą korzyść, więc trzeba być dobrej myśli.
Prawdopodobieństwo nawrotu choroby jest dość niskie, a Emma to
stosunkowo młoda i zdrowa kobieta.
Kelvin bawi się kubkiem z kawą.
- Napisaliśmy wstępny nekrolog Emmy - mówi w końcu. - Żeby mieć coś w zapasie. Nie ma go w systemie, bo nie chcieliśmy, żebyś przypadkowo się
na niego natknął. Sam wiesz... musieliśmy coś napisać. Zrobiliśmy to w trakcie jej chemioterapii.
Przełykam ślinę, myśląc o ostatnich kilku miesiącach. O nietkniętych
posiłkach, owrzodzeniu jamy ustnej i zmianach skórnych u Emmy. O anginie
Ruby i mojej żonie, szlochającej, bo nie mogła opiekować się naszą chorą
córeczką. Emmie nie wolno było się wtedy do niej zbliżać.
- Wiem, że to nieprzyjemny temat - dodaje Kelvin. - Ale oczywiście
opublikowalibyśmy jej nekrolog, gdyby umarła.
Emma jest znana z bardzo udanego serialu BBC o brytyjskim wybrzeżu w ujęciu ekologicznym: jak zmieniły się warunki życia dla stworzeń
zamieszkujących nasze ujścia rzek, skaliste wybrzeża, plaże i wydmy.
Łowca talentów tego nadawcy telewizyjnego "odkrył" Emmę, kiedy
prowadziła panel na wydarzeniu British Ecological Society. Był
oczarowany jej dowcipem i nonkonformizmem - jak większość ludzi.
Zaprosił Emmę na spotkanie w celu omówienia pomysłów na tę produkcję.
Widziałem, że w niektórych propozycjach moja żona była określana jako
"nowa, barwna rozGWIAZDA telewizji". Emma uznała to za żenujące, a ja za
całkiem zabawne.
Rok później była już współprowadzącą tej produkcji wraz z uznanym
przyrodnikiem BBC i - moim skromnym, bardzo nieobiektywnym zdaniem -
całkowicie go przyćmiła. Jeszcze zanim wyemitowano ostatni odcinek,
została zaproszona do pracy przy drugim sezonie. Widzowie pokochali Emmę
za to, że potrafiła być zabawna, pokazując pąkle na klifie, z falami
rozbijającymi się pod jej stopami.
Rzecz jasna, moja żona nie jest żadną celebrytką i do dziś nie
postrzegam jej jako sławnej prezenterki: to zadeklarowana kujonka.
Naukowczyni. Jej jedyną motywacją do podjęcia współpracy przy tej
produkcji była chęć zarażenia innych swoją miłością do magicznego
miejsca, gdzie ląd stopniowo ustępuje miejsca wielkiej, nieznanej
wodzie. Nie przepadała za popularnością i dlatego udzielała wywiadów
tylko wtedy, kiedy Ta kraina była na topie, a nawet wtedy robiła to w minimalnym zakresie. Nadal nie chodzi ze mną na żadne imprezy prasowe.
Mówi, że wszyscy jesteśmy sępami.
Nie zmienia to jednak tego, że wciąż bywa zaczepiana na ulicy. Rozdaje
autografy i rozmawia o zonacji klifowej ze społecznie nieprzystosowanymi
mężczyznami. Zaproszono ją nawet do udziału w Strictly Come
Dancing1 (ale odmówiła).
Podejrzewam, że gdyby Emma umarła, jej nekrolog znalazłby się w większości gazet.
- Teraz, kiedy wszystko zapowiada się... cóż... dobrze - mówi Kelvin -
może mógłbyś rzucić okiem na to, co napisaliśmy?
- Tak się składa, że ja też zacząłem pisać jej nekrolog.
Wygląda na zaskoczonego.
- Naprawdę?
- Tak. Powiedzmy, że to taki osobisty projekt, ale na pewno któreś z was
mogłoby go podrasować.
Milczy przez chwilę.
- To musiało być dla ciebie bardzo trudne, z całą tą chemioterapią w tle
- ciągnie w końcu. Wyraźnie pobladł. To dla niego ciężki temat. Za dużo
"emocjonalnych pierdół". - Ale na pewno twój nekrolog to znacznie
bardziej osobisty i autentyczny tekst.
Ledwo powstrzymuję uśmiech. Cóż za ironia, że akurat tym razem tak we
mnie wierzy. Bo tak naprawdę nekrolog Emmy mojego autorstwa daleki jest
od autentyczności. Mnóstwo w nim luk.
Swego czasu, kiedy Emma współpracowała z BBC, miała agentkę. Żywe srebro
o imieniu Mags Tenterden. Emma wprost ją ubóstwiała. Mags prowadziła
właśnie negocjacje z BBC w sprawie trzeciego sezonu serialu, kiedy Emma
została nagle zastąpiona przez jednego ze starych wyjadaczy. Jeśli
wierzyć plotkom, nastąpiły zmiany podmiotowe po stronie zamawiającego,
ale to żadne wytłumaczenie. Głowa Emmy poleciała bez jakiegokolwiek
logicznego wytłumaczenia.
Byłem tuż obok, kiedy się o tym dowiedziała. Przez telefon. Chyba nigdy
nie zapomnę wyrazu jej twarzy.
Na początku podejrzewałem, że po prostu nie chcieli "niepewnej"
prowadzącej z chorobą nowotworową i dzieckiem w drodze, jednak okazało
się, że Emma nie poinformowała BBC ani o jednym, ani o drugim.
W kolejnym tygodniu, w akcie kompletnie niezrozumiałego dla mnie
okrucieństwa, Mags Tenterden usunęła Emmę z listy klientów. Coś
niewyobrażalnego. Okropny cios. Wydaje mi się, że to przelało czarę
goryczy, ponieważ na kilka kolejnych miesięcy przypadł jeden z najdłuższych epizodów depresyjnych Emmy. Spędziła wtedy całe trzy
tygodnie na odludnej części wybrzeża Northumberland. Nie licząc moich
weekendowych wizyt, przebywała w kompletnej izolacji. Od czasu do czasu
dostawałem od niej maile. Przesyłała mi dziwne fragmenty abstrakcyjnych
poematów prozą o tajemnicach mórz i oceanów. Jednak poza tym była
zamknięta w sobie. Nawet kiedy ją odwiedzałem.
"Po prostu szukam krabów. Na nic innego nie mam teraz siły. Po prostu
szukam krabów" - powiedziała pewnego wieczoru w pensjonacie.
Najczęściej, kiedy "ma gorsze dni" - jak to nazywam - pomaga jej
faszerowanie się antydepresantami. Mówi, że to "na rozruch". Jednak tym
razem bała się brać leki ze względu na ciążę. Po powrocie do Londynu
powiedziała mi: "Po prostu będę musiała jakoś to przetrwać."
Zaczęła dochodzić do siebie jeszcze przed narodzinami Ruby, jednak potem
dopadła ją ciężka depresja poporodowa. W pełni doszła do siebie, dopiero
kiedy Ruby, w wieku trzynastu miesięcy, zaczęła przesypiać całe noce.
Niestety obniżony nastrój pojawia się i znika do dziś. Ponadto Emma
coraz bardziej obsesyjnie gromadzi niepotrzebne rzeczy.
Żaden z tych szczegółów nie pojawia się w napisanym przeze mnie
nekrologu.
- Na pewno by jej to schlebiało - mówię Kelvinowi. - Ale w tej kwestii
wyraziła się jasno: nie chce, żebym pisał jej nekrolog na zaś. Nie wie,
że już zacząłem to robić.
- Aha. No cóż, w takim razie byłbym wdzięczny, gdybyś przesłał to, co
już masz, Jonty'emu albo Sheili...
- Wyślę wszystko Sheili. Albo Jonty'emu - dodaję, przypominając sobie
wczorajsze zachowanie mojej koleżanki. Jej osobliwe zainteresowanie moją
żoną.
- No to super! - kwituje Kelvin, spoglądając przez ramię. Facet tęskni
za swoim komputerem, zdecydowanie łatwiejszym w obsłudze niż ja, więc
dziękuję mu, że dyskretnie omówił ze mną tę delikatną sprawę.
Podczas naszych starań o dziecko Emma dwukrotnie poroniła. Za drugim
razem, kiedy wyszła ze szpitala, pomogłem jej położyć się do łóżka i poszedłem zrobić herbatę. Gdy wróciłem, łzy spływały jej po policzkach.
Był przy niej poczciwy John Keats. Przytknął nos do jej starej blizny po
wyrostku robaczkowym.
"Nic mi nie jest. Naprawdę, John, nie martw się o mnie" - mówiła do psa.
Nawet John Keats nie jest wtajemniczony w to, co dzieje się w wewnętrznym świecie Emmy. Tylko ja i jej przyjaciółka Jill. Nikt więcej.
Z tego też powodu mam opory przed przekazywaniem komukolwiek swoich
notatek dotyczących Emmy. Waham się, czy przepisać to na komputer i wysłać Jonty'emu. Choć to sprzeczne z tym, czego nauczyłem się jako
twórca nekrologów, czuję się w obowiązku, by zachować tylko dla siebie
intymną prawdę o mojej żonie. Dlaczego by nie dać wersji Emmy, którą
świat zdążył pokochać? Nakreślić portret roześmianej prezenterki o żywej
gestykulacji, znanej z telewizji. Kobiety, która nadaje swoim
adoptowanym psom imiona takie jak Żabol i Jezus. Wnuczki palącej jak
smok Glorii Bigelow - jednej z pierwszych kobiet, które zasiadały w Izbie Gmin. Damy o niewyparzonym języku.
Tej odsłony Emmy jest aż nadto, by podzielić się nią ze światem.
Wysyłam Kelvinowi maila, w którym informuję go, że jednak zdecydowałem
się osobiście napisać nekrolog Emmy.
W nadchodzących tygodniach będę wracał myślami do tego popołudnia, tych
kilku ostatnich chwil, zanim cały mój świat stanął na głowie. I sam
sobie będę zazdrościł tej fantazji - niezachwianego przekonania, że
jestem jedną z zaledwie dwóch osób wtajemniczonych w to, co dzieje się w wewnętrznym świecie Emmy.
Zazdrościł sobie przekonania, że znam ją przynajmniej trochę.
To właśnie na bazie tego formatu powstał polski program Dancing with the Stars - Taniec z Gwiazdami. [wróć]
Rozdział ósmy
Leo
Raz w miesiącu Emma spotyka się na kolację
ze swoją dobrą przyjaciółką Jill. Studiowały razem biologię morską w St
Andrews. W tym czasie były też współlokatorkami. I chociaż zawsze
wydawało mi się, że jest coś osobliwego w ich przyjaźni, Emma wykazuje
się dużą lojalnością w stosunku do Jill.
Rzadko zapraszają mnie na swoje kolacje, ale może to i lepiej, bo choć
lubię Jill, tak naprawdę jej nie rozumiem. Jest jedną z tych osób, które
mówią językiem literackim, a nie normalnym angielskim, co znacznie
utrudnia rozmowę. Czuję się tak, jakbym brał udział w sztuce, której
tekstu nie znam. Do tego jej poczucie humoru jest moim zdaniem dość
sarkastyczne, wręcz agresywne. Emma najwyraźniej ma na ten temat inne
zdanie, ponieważ uważa swoją przyjaciółkę za osobę przezabawną.
Jednak nawet pomimo tego wszystkiego myślę, że jakoś dogadywałbym się z Jill, gdyby trzy lata temu nie wprowadziła się nagle do naszego domu.
Przyjechała w przewidywanym terminie porodu Emmy. Po prostu weszła do
ogrodu z dużą torbą podróżną i pudełkiem czekoladowych trufli, kiedy
akurat wychodziłem na brunch z człapiącą już wtedy jak kaczka żoną. (To
były trufle z ciemną czekoladą. Bardzo nie lubię trufli z ciemną
czekoladą, choć doceniam to, że tak naprawdę nie są ani truflami, ani
czekoladą).
- Dzień dobry, moi drodzy - powiedziała. - Pozwólcie, że się rozgoszczę
w czasie waszej nieobecności. Tylko mi tutaj nie urodź, Em - dodała,
jakbyśmy się jej spodziewali.
Emma wzięła mnie na stronę i powiedziała łagodnym tonem:
- Pamiętasz, mówiłam ci, że chcę poprosić Jill o pomoc. No wiesz, przyda
nam się dodatkowa para rąk, kiedy mała się urodzi.
Tak naprawdę powiedziała mi, że martwi się o swoją kondycję psychiczną
po porodzie i chciałaby mieć Jill u boku, na wypadek gdyby sprawy
przybrały zły obrót. Nie było natomiast w ogóle mowy o tym, że jej
przyjaciółka się do nas wprowadzi.
Jill została u nas przez dwa tygodnie po narodzinach Ruby. Kiedy
przeżywaliśmy szok związany z powiększeniem się naszej małej rodziny i byliśmy kompletnie wyczerpani, musieliśmy dodatkowo martwić się o to, by
pomieścić kolejną osobę (trzecią), na naszej już i tak bardzo
ograniczonej oraz zagraconej przestrzeni oraz by nie wpadać na siebie
nawzajem. Myślę, że ostatecznie Emma również żałowała, że zaprosiła Jill
- gdy depresja poporodowa wbiła jak taran, szukała wsparcia nie w przyjaciółce, ale we mnie.
Całą tę sytuację złożyłem na karb dobrych chęci. Chęci okazania w intensywny sposób przyjaźni, której nie potrafiłem i nawet nie chciałem
próbować zrozumieć. Być może Emma współczuła Jill, która najwyraźniej
również pragnęła mieć dziecko. Niewykluczone też, że jako młode kobiety
zawarły pewnego rodzaju pakt. Nie wnikam. Tak czy inaczej, to nie był
odpowiedni czas na kłótnie z Emmą. Jill w końcu wróciła do swojego
mieszkania, a ja nie skomentowałem tego wszystkiego w żaden sposób.
Jakby nie było tematu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Podczas spaceru na północ od głównej części
plaży oddzielały nas skupiska wodorostów i chlupiące baseny pływowe.
Morze zmieniło się w pole białogrzywych fal morskich, a nieliczne chmury
poruszały się szybko po niebie, rzucając na piasek spiralne cienie.
Ta liminalna przestrzeń, gdzie ląd płynnie przechodził w morze, wydawała
się odpowiednim miejscem dla naszej dwójki. To królestwo nie należało do
nas, tylko do rozgwiazd, czaszołek, ukwiałów i krabów pustelników. Nikt
nie widział nas razem; nikogo to nie obchodziło.
Przez chwilę padało, więc przyszło nam jeść kanapki w szopie ukrytej na
wydmach. W kącie leżały zeschłe owcze bobki, a deszcz bębnił o dach tak,
jakby ktoś strzelał z dubeltówki. Idealne sanktuarium. Nasze. Tylko
nasze.
Choć pogoda na pobliskiej plaży zmieniała się jak w kalejdoskopie, nasza
rozmowa cały czas się kleiła. W moim sercu kiełkowała nadzieja.
Niedługo po pikniku udało nam się dostrzec średniej wielkości martwego
kraba. Leżał samotnie na skraju plaży. Na linii brzegowej. Pośród
kawałków dryftowego drewna i przesuszonych morszczynów spiralnych. W płytce brzusznej kraba tkwiły odłamki muszli okładniczki, a na jego
zamarłych czułkach wisiało oczko włoka. Ponadto na głowotułowiu i szczypcach miał intensywnie czerwone plamki.
Byłam zmęczona, więc usiadłam, by dokładnie go obejrzeć. Na obu
krawędziach przednio-bocznych karapaksu znajdowały się cztery wyraźnie
widoczne kolce, a szczypce pokryte były włoskami.
Spojrzałam w jego puste oczy, próbując odgadnąć, skąd przybył. Czytałam,
że kraby potrafią pokonywać długie dystanse na różnego rodzaju
"jednostkach pływających" - kawałkach plastiku, wodorostach, a nawet na
pokrytych pąklami kadłubach statków towarowych. To stworzenie mogło
pochodzić chociażby z Polinezji. Przebyć tysiące mil tylko po to, by
umrzeć na plaży w Northumberland.
Powinnam zrobić kilka zdjęć. Mój opiekun naukowy będzie wiedział, co to
jest.
Jednak kiedy sięgnęłam do torby po aparat, nagle zaczęłam gorzej
widzieć. Zawroty głowy pojawiły się tak szybko jak morska mgła.
Zastygłam więc, pochylona do przodu, dopóki nie ustąpiły.
- Niskie ciśnienie krwi - powiedziałam, kiedy w końcu mogłam się
wyprostować. - Mam je od zawsze.
Nasza uwaga powędrowała znów w stronę kraba. Wstałam z klęczek i obfotografowałam go pod każdym możliwym kątem.
Kiedy odłożyłam aparat, zawroty głowy powróciły, choć tym razem
naśladowały fale - na przemian napływając i wycofując się. W plecach
narastał ból, któremu towarzyszyło silniejsze i mroczniejsze odczucie w okolicach żeber. Ponownie uklękłam. Wcisnęłam ręce między uda. Coraz
mocniej kręciło mi się w głowie.
Zaczęłam odliczać do dziesięciu. Nad głową słyszałam szeptane słowa
troski przeplatanej strachem. Wiatr zmienił kierunek.
Kiedy w końcu otworzyłam oczy, miałam krew na dłoni.
Przyjrzałam się jej uważnie. Tak, to bez wątpienia była krew. Świeża i mokra. Na wewnętrznej części prawej dłoni.
- Wszystko w porządku - usłyszałam swój głos. - Nie ma się czym martwić.
Wraz z morską falą nadciągnęła panika.
Rozdział pierwszy
Leo
Zaraz po przebudzeniu często ma mokre rzęsy. Jakby pływała w morzu
smutnych snów. "Nie wiem, o co chodzi. Nigdy nie mam koszmarów" -
powtarza. Potem, po otchłannym ziewnięciu przeciera oczy i wyślizguje
się z łóżka, aby sprawdzić, czy Ruby oddycha. Czy żyje. To nawyk,
którego wciąż nie potrafi się pozbyć. Nawet pomimo tego, że Ruby ma już
trzy latka.
- Leo! - powie, kiedy wróci do sypialni. - Pobudka! Daj dzióbka!
Zawsze potrzebuję dłuższej chwili, żeby się dobudzić. Wejść gładko z sennych czeluści w nowy dzień. Świt zakrada się od wschodu przez
zasłony, przybierając postać bursztynowego cienia, a my zakopujemy się w pościeli, tuż obok siebie. Emma nawija bez przerwy. No może z drobnymi
przerwami w pół słowa, by mnie cmoknąć. O szóstej czterdzieści pięć
wchodzimy na Wikideaths, by sprawdzić nocne zgony, a o siódmej Emma
puszcza bąka, udając, że to dźwięk przejeżdżającego ulicą skutera. Nie
pamiętam, na jakim etapie naszego związku zaczęła to robić: raczej na
zbyt wczesnym. Najwyraźniej już wtedy wiedziała, że jestem zakochany po
uszy i - w przeciwieństwie do jej gazów - nigdzie się nie ulotnię.
W pewnym momencie nasza córka włazi nam do łóżka albo my wchodzimy do
jej łóżeczka. W pokoju Ruby jest przesłodko i ciepło, a nasze poranne
rozmowy o Panu Kaczce zaliczam do najszczęśliwszych chwil znanych mojemu
serduchu. Zdecydowanie. Panu Kaczce, którego Ruby tuli mocno przez sen,
przypisywane są niesamowite nocne przygody.
Zwykle ubieram naszą córeczkę, podczas gdy Emma "idzie zrobić
śniadanie", co najczęściej kończy się zboczeniem z kursu, ponieważ jej
uwagę zaprzątają morskie dane zebrane przez noc w laboratorium. W konsekwencji to ja i Ruby ogarniamy śniadanie. Nawet na nasz ślub moja
żona spóźniła się czterdzieści minut, bo po drodze zatrzymała się, żeby
sfotografować linię brzegową Restronguet Creek. Oczywiście zrobiła to w sukni ślubnej. Nikt - poza urzędnikiem stanu cywilnego - nie był
zaskoczony tą sytuacją.
Emma jest ekolożką stref międzypływowych, co oznacza, że bada miejsca
oraz stworzenia, które są zalewane w czasie przypływu i odsłaniane wraz
z odpływem. Twierdzi, że to najbardziej niezwykły i ekscytujący
ekosystem na Ziemi. Od dziecka bawiła się w basenach pływowych; ma to we
krwi. Choć w zasadzie zna się na większości skorupiaków, główny obszar
jej zainteresowań badawczych stanowią kraby. Obecnie ma w pracy całą
gromadkę Hemigrapsus takanoi. Trzyma je w specjalnych akwariach z wodą
morską. Wiem tylko tyle, że to gatunek inwazyjny i moja żona od lat
próbuje skategoryzować pewnego kraba o specyficznych cechach
morfologicznych. Nic więcej nie jestem w stanie z tego wszystkiego
zrozumieć. Z tego, co mówią biolodzy, wynika, że mniej niż jedna trzecia
nadaje się dla uszu zwykłego człowieka; zostać osaczonym przez grupkę
takich na imprezie to prawdziwy koszmar.
Kiedy dzisiejszego ranka wchodzę z Ruby do kuchni, Emma śpiewa Johnowi
Keatsowi, słońce pada na blaty, a nasze płatki śniadaniowe hartują się w miskach. Spoglądam na laptopa mojej żony i widzę stronę pełną bazgrołów
i określeń, od których czacha mi paruje. Na tym samym komputerze
odpaliła kawałek o tytule Killer Muffin. Kiedy braliśmy Johna Keatsa
ze schroniska, powiedziano nam, że jungle, puszczane cicho, koi jego
nerwy i takim oto sposobem stało się ono ścieżką dźwiękową naszego
życia. Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, ale trochę czasu mi to
zajęło.
Stoję w drzwiach, z Ruby posadzoną na biodrze i obserwuję moją
fałszującą żonę. Pomimo tego, że wśród przodków Emmy było wielu muzyków,
ona sama nie potrafi zaśpiewać czysto nawet Sto lat. Nie żeby ją to
kiedykolwiek powstrzymało od zdzierania gardła. Między innymi właśnie za
to ją kocham.
Zauważa nas i podchodzi, wciąż śpiewając, że aż uszy więdną.
- Moje skarby! - mówi, całując nas oboje. Bierze ode mnie córeczkę i odchodzi kawałek wirującym krokiem, a jej okropny śpiew staje się
jeszcze głośniejszy.
Ruby wie, że jej mama jest chora. Widziała, jak traci włosy przez
specjalne leki, które dostaje w szpitalu. Jednak myśli, że z Emmą jest
już lepiej, ale tak naprawdę tego nie wiemy. Moja żona miała wczoraj
badanie PET, lecz na omówienie wyników będzie musiała poczekać do
przyszłego tygodnia. Jesteśmy pełni nadziei. Jesteśmy pełni lęków. Oboje
kiepsko śpimy.
Po krótkiej chwili tańca z matką i wirującym nad ich głowami Panem
Kaczką Ruby wyswobadza się z uścisku, by przejść do swoich pilnych
spraw.
- Wracaj tu! - woła Emma. - Chcę cię wyprzytulać!
- Nie mam czasu - mówi z żalem Ruby, a zaraz potem zwraca się do
rośliny, którą opiekuje się w ramach swoich żłobkowych zajęć. - Cześć,
dam ci coś do picia.
- No i jak, coś nowego? - pytam, wskazując głową w stronę komputera.
Kilka lat temu Emma była prezenterką serialu przyrodniczego BBC i choć
od tego czasu nie pojawiła się w telewizji ani razu, wciąż piszą do niej
różni dziwni mężczyźni. Niedawno leciały powtórki serii, więc liczba
wiadomości wzrosła. Z reguły się z nich śmiejemy, ale wczoraj wieczorem
Emma wyznała mi, że ostatnio parę ją zaniepokoiło.
- Tak, przyszło kilka. Jedna w niezbyt przyjemnym tonie, ale nie martw
się - zablokowałam gościa.
Obserwuję ją uważnie, gdy napełnia nasze szklanki wodą. Nie wygląda na
przejętą. Wydaje mi się, że te wiadomości znacznie bardziej poruszają
mnie niż ją. Próbowałem nakłonić żonę do usunięcia strony na Facebooku,
ale nie chciała tego zrobić. Najwyraźniej ludzie wciąż piszą o dzikich
zwierzętach, które udało im się zaobserwować, i Emma nie chce odbierać
im takiej możliwości "z powodu kilku mężczyzn, którym zanadto doskwiera
samotność".
Mam nadzieję, że samotność to jedyne, co im doskwiera.
- Bardzo podobał mi się twój tekst o Kennecie Delwychu - mówi do mnie,
jednocześnie obserwując Ruby, która z konewką próbuje wspiąć się do
zlewu. Przede mną na stole leży gazeta, otwarta na stronie z nekrologami.
Podchodzę do Johna Keatsa i zaczynam owijać sobie na palcu jedno z jego
klapniętych, jedwabiście gładkich uszu, czekając na jakieś "ale". Pies
pachnie ciasteczkami i przypaloną sierścią po niedawnym bliskim
spotkaniu trzeciego stopnia z żelazkiem.
- Ale? - pytam.
Wygląda na zaskoczoną.
- Nie mam żadnego "ale".
- No weź, Emma. Daj spokój.
Po chwili zaczyna się śmiać.
- No dobra, twój tekst jest świetny, ale to pastorka skradła całe show.
Hej, Ruby, już wystarczy tej wody.
John Keats wzdycha głęboko, gdy pochylam się nad swoim tekstem. Kenneth
Delwych, członek Izby Lordów znany z legendarnych orgii, które urządzał
w swojej winnicy w Sussex, trafił na tę samą stronę z nekrologami co
nawigator Bomber Command i duchowna, która w weekend dostała ataku serca
podczas udzielania ślubu.
- Najlepiej wychodzą ci te, w których jesteś śmiertelnie poważny - mówi
Emma i wkłada chleb do tostera. - Weźmy na przykład tego aktora z zeszłego tygodnia. Tego Szkota... jak on się nazywał? Ruby, proszę cię,
bo utopisz tę nieszczęsną roślinę...
- Chodzi ci o Davida Bailliego?
- Tak, David Baillie. Czysta perfekcja.
Ponownie czytam napisany przez siebie nekrolog Kennetha Delwycha,
podczas gdy Emma próbuje jakoś ograniczyć szkody po podlewaniu kwiatka.
Oczywiście ma rację. Nekrolog pastorki jest znacznie krótszy, ale lepiej
się go czyta.
Niestety Emma często ma rację. Mój szef w redakcji, który, jak
podejrzewam, jest w niej zakochany, często żartuje, że gdyby
kiedykolwiek zdecydowała się rzucić w diabły biologię morską, nie
zawahałby się mnie zwolnić, żeby ją zatrudnić. Uważam to za dość
obraźliwe, bo jeśli nie czytał skrycie artykułów naukowych mojej żony,
swoją ocenę opiera wyłącznie na jednym tekście, który napisała dla
"Huffington Post".
Emma jest pracownikiem naukowym Stowarzyszenia Biologii Morskiej w Plymouth, gdzie spędza dwa dni w tygodniu. Potem wraca do nas do
Londynu, aby uczyć ochrony estuariów w Kolegium Uniwersyteckim. Świetnie
pisze i ma ode mnie o wiele lepszą intuicję, a poza tym naprawdę lubi
buszować po Wikideaths, ale bardziej z ciekawości niż chęci odebrania mi
pracy.
Ruby i John Keats wychodzą do ogrodu, gdzie słońce zakrada się przez
gęstą koronę pobliskiego jaworu, pokrywając tu i tam nasz malutki
trawnik złotymi plamkami. Przez drzwi przedostają się wonie wczesnego
miejskiego lata: rosy na trawie, wiciokrzewu i rozgrzanego asfaltu.
Próbuję reanimować nasze płatki śniadaniowe, podczas gdy na zewnątrz
pies biega wokół oczka wodnego, głośno przy tym szczekając. Obecnie w tym zbiorniku wodnym żyją małe żabki, co Johnowi Keatsowi wydaje się nie
do przyjęcia.
- Przymkniesz się wreszcie? - pyta Emma od progu, na co pies zupełnie
nie zwraca uwagi. - Mamy sąsiadów.
- JOHN! - krzyczy Ruby. - MAMY SĄSIADÓW!
- Cii, Ruby...
Biorę łyżki i wynoszę śniadanie do ogrodu.
- Przepraszam - mówi Emma, otwierając mi drzwi. - Nie prosiłeś mnie o opinię na temat twojej pracy. To musi być irytujące.
- Jest.
Siadamy przy stole wciąż pokrytym rosą i dodaję:
- Ale wyrażasz swoje zdanie w uprzejmy i delikatny sposób. Problem
polega na tym, że często masz rację.
Uśmiecha się.
- Według mnie jesteś genialnym dziennikarzem, Leo. Czytam twoje
nekrologi przed swoimi służbowymi mailami.
- Hmm... - spoglądam na Ruby, bo bawi się trochę za blisko oczka
wodnego.
- Naprawdę! Lekkie pióro to jedna z twoich najseksowniejszych cech.
- Emma, daj spokój.
Podnosi do ust łyżkę płatków.
- Serio, nie żartuję. Jesteś najlepszym dziennikarzem, jakiego tam mają.
Koniec kropka.
Wstyd się przyznać, ale na te słowa od razu się rozpromieniam.
- Dziękuję - odpowiadam w końcu, bo wiem, że mówi szczerze. - Co nie
zmienia faktu, że jesteś irytująca.
Wzdycha.
- No wiem, wiem.
- Z wielu powodów - dodaję, a Emma nie może powstrzymać się od śmiechu.
- Masz opinię na prawie każdą sprawę.
Przesuwa rękę po stole i ściska dłonią mój kciuk. Mówi mi, że jestem jej
skarbem, na co ja również zaczynam się śmiać. Tak właśnie wygląda nasz
rytm. Cali my. Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat, parą od prawie
dziesięciu i znam Emmę na wylot.
To chyba Kennedy powiedział, że jesteśmy związani z morzem... że kiedy
do niego wracamy - czy to dla sportu, wypoczynku, czy czegoś w tym stylu
- wracamy tam, skąd pochodzimy. Tak właśnie się czuję, jeśli chodzi o nas. Bycie blisko Emmy to jak powrót do źródła.
Kiedy więc po tym niewinnym poranku - z psem, żabami, kawą i martwą
pastorką - okaże się w najbliższych dniach, że tak naprawdę nic nie wiem
o tej kobiecie, mój świat się zawali.
Rozdział czwarty
Leo
Następny dzień
Wiadomość o zniknięciu Janice Rothschild
pojawia się w wiadomościach niedługo po moim dotarciu do redakcji.
Sprawdzam nekrologi napisane przez konkurencję, gdy nagle Sheila, moja
koleżanka z pracy, naciska dzwonek recepcyjny leżący na jej biurku.
Dzyń! Zawsze to robi, gdy dowiaduje się o czyjejś śmierci. Oficjalnie
wszyscy zgadzamy się z twierdzeniem, że to paskudny zwyczaj; prywatnie
nas bawi.
Dzyń! Wszyscy podnosimy wzrok.
- O nie - mówi Sheila, wpatrując się w monitor. - Przepraszam, fałszywy
alarm. Jakoś tak odruchowo mi się nacisnęło. Ale... o Boże.
Sprawdza coś w telefonie, po czym wraca do swojego monitora.
Czekamy. Sheila nigdy się nie śpieszy.
Po dłuższej chwili odchyla się w fotelu i zaczyna przesuwać dłońmi po
twarzy.
- Janice Rothschild. Zaginęła. Trzy dni temu wyszła z próby swojej
sztuki i nikt nie wie, gdzie przepadła.
- Naprawdę? - pyta Kelvin, starszy redaktor. - Jakiej sztuki?
Nawet jak na niego i jego ograniczoną ekspresję emocjonalną to było
słabe. Janice Rothschild i jej mąż Jeremy należą do grona najlepszych
przyjaciół Sheili. Kelvin o tym wie. Wszyscy to wiemy.
Na pytanie odpowiada nasz kolega Jonty, którego ekspresja emocjonalna
wydaje się z kolei przesadna.
- Pewnie chodzi o próbę sztuki Wszyscy moi synowie - mówi. - O nie,
nie może być. Mam na to bilety. Na lipiec. Sheila, proszę, powiedz, że
żartujesz?!
Sheila ignoruje ich obu. Masuje sobie skronie.
- To straszne - mówię cicho. - Sheila, tak mi przykro.
Mnie również ignoruje. Mamrocze tylko:
- Ja... o Boże. Biedny Jeremy. W wiadomościach mówią, że od kilku
tygodni wydawała się przygnębiona, ale... Nie mogę w to uwierzyć. Zawsze
wydawało mi się, że... że wszystko u niej w porządku.
Mój szef pamięta o pracy bez względu na okoliczności.
- To rzeczywiście bardzo niepokojące, ale... czy mamy ją w zapasie?
Ma na myśli wstępnie napisany nekrolog. W szafkach na dokumenty trzymamy
ich tysiące. Jednak Janice Rothschild ma dopiero jakieś pięćdziesiąt lat
i - o ile nam wiadomo - nie boryka się z żadnymi problemami zdrowotnymi,
więc nie znalazła się nawet na naszej liście "na wszelki wypadek". Gra w adaptacji Pani Bovary, na litość boską. Widziałem ją w niedzielę
wieczorem na BBC. Emma poszła spać zaraz po rozpoczęciu seansu.
Powiedziała, że nie jest fanką Janice Rothschild. Według mnie aktorka
była świetna.
Sheila wstaje od biurka, by zadzwonić do Jeremy'ego.
Kelvin telefonuje do działu zdjęć:
- Możecie nam przesłać parę fotek Janice Rothschild? I może kilka kadrów
z Pani Bovary... Co? A, sorki, właśnie usłyszeliśmy, że zaginęła. Tak,
wiem - trochę szok. Tak czy inaczej... moglibyście podesłać też kilka
zdjęć, na których jest z mężem? Tak na wszelki wypadek?
Jeremy Rothschild to prezenter audycji radiowej Today na antenie BBC
Radio 4; on i Janice Rothschild są małżeństwem od kilkudziesięciu lat.
Wchodzę na jego konto na Twitterze, ale z tego, co widzę, od
siedemdziesięciu dwóch godzin niczego nie opublikował. Wszyscy z działu
nekrologów robią to samo co ja. Sprawdzamy też Twittera Janice. Od
trzech tygodni nie opublikowała żadnego wpisu.
Jonty idzie zrobić herbatę.
- Jest boska - mówi ze złością. - Serio nie wiem, co zrobię, jeśli się
okaże, że popełniła samobójstwo. Chyba sam tego nie przeżyję.
Zakładam słuchawki. Nie jestem w stanie dłużej znieść uwag moich
kolegów. Kilka kolejnych minut spędzam na przeglądaniu wyników
wyszukiwania dla #JaniceRothschild. To naprawdę wiadomość z ostatniej
chwili. Tweety na temat zaginięcia Janice zaczęły się pojawiać ledwie
ponad pięć minut temu. Oglądam niemiłosiernie zabawny fragment
Absolutnie fantastycznych z jej gościnnym udziałem oraz bardzo
poruszający filmik, w którym pokonuje lęk wysokości, by wspiąć się na
pionową ścianę skalną w ramach akcji charytatywnej Sport Relief. Jeszcze
zanim dotarła na szczyt, wszyscy się popłakali - nawet kamerzysta.
Wygląda na to, że żaden z tweetujących nie ma pojęcia, dlaczego Janice
zniknęła. Szybko sprawdzam nasze archiwum, ale znajduję tylko jedną
potencjalną wskazówkę: zdjęcie, na którym opuszcza oddział
psychiatryczny. Zrobiono je dziewiętnaście lat temu. Kilka tygodni po
tym, jak Janice urodziła syna. Oprócz tego zdjęcia nie widzę żadnego
punktu zaczepienia. Janice Rothschild jest jedną z tych kobiet, które
nieustannie tryskają optymizmem i sypią żartami jak z rękawa; aż
chciałoby się z taką zaprzyjaźnić, gdy widzi się w telewizji jej
potyczkę słowną z Grahamem Nortonem. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy,
że taka osoba może mieć problemy.
Sheila wraca za biurko z dużą torebką owocowych żelków Wine Gums. Mówi,
że nie udało jej się skontaktować z Jeremym. Nie częstuje nikogo
słodyczami, tylko je odruchowo w samotności.
- Nie proś mnie, żebym napisała jej nekrolog z wyprzedzeniem - mówi po
chwili Sheila. - Nie chcę maczać w tym palców. Nie wierzę, że mogłaby
popełnić samobójstwo.
- Ale ty dobrze ją znasz - po chwili milczenia Kelvin próbuje przekonać
Sheilę do działania. - To byłby tekst od serca.
- Właśnie dlatego tego nie zrobię - odpowiada rzeczowym tonem Sheila. -
Nie mam zamiaru skreślać mojej zdrowej najlepszej przyjaciółki.
Kelvin kiwa głową na znak, że rozumie. Jest szefem działu, a ja jego
zastępcą, ale raczej nikt nie ma wątpliwości, że to Sheila kieruje tym
działem.
Ostatecznie to mnie przypada napisanie nekrologu Janice Rothschild,
żebyśmy mieli go w zapasie. Od razu zabieram się do roboty. Wiem, że moi
koledzy po fachu z innych gazet są zaangażowani w to samo. Wszyscy
pracujemy pod presją czasu, regularnie sprawdzając, czy nie znaleziono
zwłok aktorki.
Staram się nie myśleć o tym, że Sheila odmówiła "skreślenia" swojej
przyjaciółki. Czy to właśnie robię ja, pisząc nekrolog Emmy? Grzebię ją
za życia?
Słyszę, że w telewizji ktoś ze stołecznej policji potwierdza
poszukiwania zaginionej kobiety po pięćdziesiątce. Potem aktor, który
nie ma pojęcia, gdzie jest Janice, mówi, że nie ma pojęcia, gdzie jest
Janice.
Sheila bez przerwy wcina żelki i wysyła mnóstwo esemesów. Następnie
oznajmia, że wychodzi.
- Idę poszukać lokalu, w którym zaserwują mi brandy o wpół do jedenastej
- mówi. - Już dostaję od różnych świrów maile z amatorskimi nekrologami
Janice.
Ludzie rzadko mi wierzą, kiedy mówię, że w moim dziale jest najweselej
na całym piętrze, ale to prawda. Nasze śmiechy często irytują resztę
kolegów. Jak się nad tym zastanowić, ma to sens. Sprawy bieżące i polityka to nieprzyjemne dziedziny, w które mało kto tak naprawdę chce
się zapuszczać, podczas gdy my skupiamy się na tym, by upamiętnić
niezwykłych ludzi. Zresztą nekrologi koncentrują się na życiu, nie na
śmierci. Zawsze skupiam się na cechach malowanego przeze mnie portretu:
jego kolorach, blaskach i cieniach; nierównej strukturze. Jest w tym
oczywiście szczypta smutku, ale nie za dużo. Nawet tworzenie nekrologów
z wyprzedzeniem (by mieć je w zapasie), jest znośne, jeśli osoba, o której piszę, miała długie życie.
Kiedy jednak wyprzedzający fakty nekrolog stanowi przygotowanie się na
śmierć, która nie powinna nadejść - tragiczny wypadek samochodowy (po
którym pod szpitalem koczuje horda dziennikarzy), rak w fazie
terminalnej, gdy nikt nie spodziewał się podobnej diagnozy, czy też
niewyjaśnione zaginięcie - to najgorsza część mojej pracy.
Zwłaszcza wtedy, gdy czekam na wizytę u hematologa własnej żony.
W porze lunchu Sheili w końcu udaje się skontaktować z Jeremym. Szybko
odchodzi od biurka i wraca dopiero po dłuższej chwili.
- Żadnych konkretów - mówi. - To jeden z aktorów grających w sztuce
Janice się wysypał. Zaczął mówić o jej zaginięciu w pubie, jakby nie
wiedział, że plota zaraz rozejdzie się po całym Londynie jak zaraza. Dom
Jeremy'ego otaczają tłumy dziennikarzy. Jak się pewnie domyślacie, jest
wściekły.
Prędzej rzuciłbym się pod pędzący autobus, niż odważył podpaść
Jeremy'emu Rothschildowi. Ten facet to skarb narodowy, jednak łatwość, z jaką miażdży polityków, jest naprawdę niepokojąca. Raz nawet uderzył
paparazziego, choć to akurat potrafię zrozumieć.
- Nie ma pojęcia, gdzie jest Janice - potwierdza Sheila, siadając. -
Trzy dni temu po prostu wyszła z domu do pracy. Ma próby w Cecil Sharp
House w Camden i podobno zwykle producenci wysyłają po nią samochód, ale
tego dnia chciała poprowadzić, więc sama przyjechała do pracy. Próba
szła dobrze i wyglądało na to, że z Janice też wszystko było w porządku.
Potem poszła do toalety i już nie wróciła. Jej samochód został
odholowany. Raczej nie pojechała metrem - kamery jej nie zarejestrowały.
- No ale przecież to Camden - wskazuje Jonty. - Tam wszędzie jest
monitoring, prawda?
- Primrose Hill jest na końcu Camden. Przy Regent's Park. Tam nie ma
prawie żadnych kamer.
Kelvin rzuca mi bardzo wymowne spojrzenie. Chce wiedzieć, czy wstępny
nekrolog Janice jest gotowy. Niechętnie kiwam głową. Sheila nas
obserwuje, ale nic nie mówi. Wie, że to nieuniknione.
- Znajdą ją - mówi. - Na pewno nic jej się nie stało. Nie wierzę w tę
historyjkę o depresji. Kilka tygodni temu jadłam z nimi kolację. Janice
trochę wypiła, ale ja też. Śpiewałyśmy piosenki Queen do drugiej nad
ranem. Tak, wiem, totalna kompromitacja, ale Janice była w dobrej
formie.
- Żadnych napięć w związku? - pyta Jonty. - Nie myślisz, że mogła
zostawić męża?
- Nie, nie myślę - odpowiada Sheila, a w jej głosie słychać ostrzegawczą
nutę.
Niestety Jonty nie wychwytuje ostrzeżenia.
- Czyli nie zauważyłaś, żeby cokolwiek było nie tak?
- Nie - odwarkuje Sheila, ucinając w ten sposób temat.
Patrzę, jak porządkuje biurko, wyrzuca ostatnie żelki do kosza oraz na
przemian unosi i opuszcza ramiona. Najwyraźniej stara się powściągnąć
emocje, póki nie dowie się więcej o losie przyjaciółki. Jest jedną z niewielu znanych mi osób, które potrafią świetnie nad sobą zapanować.
Sheila jest tylko jakieś dziesięć lat starsza ode mnie, ale w przeszłości zajmowała wysokie stanowiska zarówno w MI5, jak i w służbie
dyplomatycznej. Ku mojej wielkiej radości to mnie wybrała na kogoś w rodzaju swojego kompana od kieliszka, gdy kilka lat temu dołączyła do
naszego zespołu. Wypady z Sheilą na lunch do Plumbers' Arms wciąż
stanowią najprzyjemniejszą część mojego dnia pracy. Potrafi wypić trzy
kufle piwa w ciągu godziny, pozostając przy tym najbardziej trzeźwo
myślącą osobą w towarzystwie.
Nikt do końca nie wie, jakim cudem i dlaczego przyszła do nas do pracy,
ale mam przeczucie, że pewnego dnia po prostu zniknie - tak szybko i tajemniczo, jak się pojawiła. Rano przy jej biurku zastaniemy kogoś
nowego. Pozostanie mi wtedy zastanawiać się do końca życia, gdzie się
podziewa i co porabia. Stawiam na to, że będzie kierowała
wielomiliardowym kartelem narkotykowym, jeździła opancerzonym humvee i miała w kieszeni paru prezydentów oraz monarchów.
- A tak przy okazji - mówi, gdy znów wszyscy wlepiamy wzrok w nasze
ekrany - wczoraj widziałam Emmę.
- Tak?
Sheila ma w zwyczaju przeskakiwanie z tematu na temat, kiedy człowiek
najmniej się tego spodziewa. Na kolegiach redakcyjnych zawsze zostawia
nas daleko w tyle.
- Wyglądała na zdenerwowaną. To oczywiście nie moja sprawa... po prostu
mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku.
Emma nic mi o tym nie mówiła.
- Przejmuje się, bo ciągle czeka na wyniki badań - improwizuję, ponieważ
nie chcę, by ktokolwiek w pracy wiedział o mojej żonie więcej niż ja
sam. - Dzisiaj po południu mamy wizytę u hematologa.
Właśnie zaczynam pisać wiadomość do Emmy, by upewnić się, czy wszystko z nią w porządku, gdy Sheila znów się odzywa:
- Była na dworcu Waterloo.
- No tak. Dwa dni w tygodniu pracuje w Plymouth - mówię, nie podnosząc
wzroku.
Tyle tylko, że Sheila o tym wie. Kilka dni temu rozmawialiśmy o długich
dojazdach Emmy do pracy.
- Dlatego zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam ją na tym dworcu. Czy pociągi
do Plymouth nie odjeżdżają z Paddington Station?
Przerywam pisanie, by przetrawić jej słowa.
- Rzeczywiście, masz rację. - przyznaję. - Wczoraj prowadziła badania
terenowe w Dorset. Stąd Waterloo.
Co dziwne, wieczorem Emma nie wspomniała ani słowem o swojej podróży.
Dlatego zapomniałem zapytać, jak jej poszło.
- O! Jak miło - mówi Sheila. Jej głos jest teraz przyjazny, jakbyśmy
siedzieli w pubie. - A gdzie w Dorset? Uwielbiam tamtejsze wybrzeże.
To nie tylko irytujące, ale też bardzo niepodobne do Sheili.
- Nie pamiętam, gdzie dokładnie. Jej koleżanka po fachu zbiera tam
próbki fitoplanktonu.
- Pewnie gdzieś w okolicy portu Poole - sugeruje Sheila, kiwając głową.
Co proszę? Do tego wszystkiego zna się na cholernym fitoplanktonie?!
- Widziałam ją dość późnym rankiem - dodaje z osobliwym uśmiechem, w którym przebija współczucie, po czym wraca do swojego monitora.
Jonty podnosi wzrok znad biurka. On też zwrócił uwagę na zachowanie
Sheili.
O co jej chodzi? Co kombinuje? Często w pubie poruszam z Sheilą temat
Emmy w ramach szeroko pojętych rozmów o życiu rodzinnym, ale przed
chwilą... to było coś innego. Czułem się trochę jak na przesłuchaniu
(założę się, że w MI5 Sheila wcale nie pracowała za biurkiem). Jest
uprzejma, a jej ton przyjazny, ale w wypowiedzi mojej koleżanki wyczuwam
coś, co mi się nie podoba: drugie dno. Podtekst, którego nie rozumiem.
- Wspomniała coś o tym, że fitoplankton codziennie migruje na głębokie
wody - mówię w końcu. - Z tego, co rozumiem, czekała, aż to nastąpi.
Nie wspominam Sheili o tym, że ostatnio Emma często traci poczucie
czasu, co bywa u niej zapowiedzią depresji. To nie jej sprawa. Zresztą
wygląda na to, że nasza rozmowa dobiegła końca.
O trzeciej wstaję od biurka, by zdążyć na wizytę w szpitalu. Nikt za
bardzo nie wie, co mi powiedzieć.
- Powodzenia! - woła Sheila, gdy jestem w drzwiach. - Trzymam kciuki.
Rozdział piąty
Leo
Na ogół nie lubię słuchać, jak ludzie
narzekają na publiczną służbę zdrowia, ale teraz, kiedy czekamy od
sześćdziesięciu pięciu minut na wezwanie do gabinetu doktora Moru, krew
mnie zalewa. Próbuję przeczytać nekrolog byłego posła do parlamentu
przysłany przez jednego z naszych współpracowników z Westminsteru, ale
jestem zbyt przejęty i wkurzony, by się skoncentrować. Za to w wyciszonym telewizorze zawieszonym na ścianie poczekalni mogę obejrzeć
materiał nagrany spod domu Rothschildów - pięknego gregoriańskiego
szeregowca w Highbury - ale absolutnie nic się nie dzieje.
Obok mnie siedzi Emma i w ciszy przegląda coś na telefonie.
Jej włosy są teraz długie prawie na dwa cale. Zawsze miała dość krótką
fryzurę. Faliste włosy, których końcówki przylegały do linii szczęki.
Minie wiele miesięcy, zanim znów osiągną tę długość. Widzę, że dziś ma w nich czarne wsuwki. Jest piękna. Nawet po miesiącach podtruwania Emmy
lekami, naświetlaniu jej ciała zabójczym promieniowaniem, jak również
niezliczonych badaniach krwi, morzu wylanych łez, pierdyliardzie
wykonanych telefonów i ciągłych prób ukrycia przerażenia wciąż jest
piękna.
Pochylam się, by to powiedzieć, ale mój wzrok przykuwa ekran jej
telefonu.
- Co to ma być, do cholery? - szepczę.
Siedzi na Amazonie i ogląda trumny.
- Jeśli umrę, chcę mieć trumnę z wikliny - szepcze. - I naturalny
pochówek.
Sparaliżowany strachem wpatruję się w jej telefon. Wiklinowa trumna, na
którą patrzy Emma, kosztuje niecałe pięćset funtów i na potrzeby aukcji
została sfotografowana w słoneczny dzień pośród dzwonków i drzew z bukietem polnych kwiatów na wieku.
- Emma, nie! - mówię. - Przestań!
- Jest podszyta bawełną organiczną - mówi asekurancko. - Zresztą
nieważne. Tak tylko patrzę... nic mi nie będzie.
- Emma - szepczę, pocierając sobie energicznie czoło. - Proszę cię, nie
rób tego.
- Wszyscy kiedyś umrzemy, a skoro tak, lepiej być na to przygotowanym.
- Nie... No dobrze, OK. Rób, co uważasz.
Czuję gorącą pustkę w klatce piersiowej. Naprawdę mogę stracić moją
ukochaną żonę. Mogę stracić Emmę.
Odgadując prawdopodobnie moje myśli, odkłada telefon i bierze mnie za
rękę. Tyle tylko, że ja już dłużej tego nie zniosę. Ile można czekać.
Akurat kiedy podchodzę do recepcji gotowy wybuchnąć, wywołują jej
nazwisko.
Rozdział szósty
Emma
Problem z okłamywaniem męża polega na tym,
że to wszystko zmienia i zarazem nie zmienia niczego.
Kocham Leo. Nie na pół gwizdka i nie warunkowo; to prawdziwa miłość,
stanowiąca część mojego biologicznego funkcjonowania - podobnie jak
wątroba czy śledziona. Uwielbiam jego leoizmy: dziwne przekąski, które
dla siebie przygotowuje, skrupulatność, z jaką składa czyste ubrania, i spędzanie całych godzin na próbach zagrania pierwszych taktów The Way
It Is Bruce'a Hornsby'ego na starym pianinie mojej babci. Jak patrzy na
mnie znad długiego nosa, kiedy leżymy w łóżku, i jak wymyśla sprośne
limeryki, które recytuje tak, jakby czytał prognozę pogody.
Myślę, że nie przesadzę, gdy stwierdzę, że ocalił mi życie.
Kiedy byłam w ciąży z Ruby, przyjaciele ostrzegali mnie, że
rodzicielstwo szybko przygasi nasze płomienne uczucie. Gdy mała przyszła
na świat, szybko zrozumiałam, co mieli na myśli: chaos, brak snu,
poczucie nienadążania - zawsze i ze wszystkim - oraz niedosyt
"dorosłych" rozmów i intymności. Jednak po tym pierwszym roku miałam
pewność (większą niż kiedykolwiek wcześniej), że Leo to najwspanialszy
mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam. Daliśmy radę w obliczu mojej
diagnozy i depresji poporodowej. Mimo wielu przeciwności wciąż byliśmy
razem, patrzyliśmy w jednym kierunku i przez życie szliśmy ramię w ramię. Jeśli przed snem nie padaliśmy ze zmęczenia, wciąż potrafiliśmy
śmiać się do rozpuku. Wciąż całowaliśmy się tak, jakbyśmy dopiero się w sobie zakochiwali.
W tamtym czasie bardzo chciałam wyznać mu prawdę, bo zależało mi na tym,
by wiedział, z jaką kobietą się ożenił.
Jednak nie mogłam się na to zdobyć. Powód był taki sam jak zawsze: Leo
nigdy by się z tym nie pogodził. Nigdy. Zapewne istnieje garstka
mężczyzn, którzy byliby do tego zdolni, ale mój mąż do nich nie należał.
Nawet gdyby był inną osobą, z mniej skomplikowaną przeszłością, gotową
wybaczyć mi to, co zrobiłam, nigdy przenigdy nie darowałby mi, że
próbowałam to ukryć. Na pewno by nie darował. Leo był okłamywany od
kołyski i dlatego teraz nie toleruje nieuczciwości w żadnej formie. W zeszłym roku zwolnił naszą nianię, ponieważ powiedziała, że zabrała Ruby
do parku, podczas gdy w rzeczywistości poszła z nią do swojego chłopaka.
Zanim wróciłam z pracy, zdążył zapłacić konsultantowi do spraw
zarządzania zasobami ludzkimi, by ustalił, czy takie oszustwo opiekunki
stanowi rażące naruszenie obowiązków, po czym wyrzucił dziewczynę za
drzwi.
To była słuszna decyzja. Nie powierzylibyśmy ponownie opieki nad Ruby
komuś niegodnemu zaufania. Jednak ogromny gniew Leo w reakcji na to, co
się stało, zgasił we mnie ostatnią iskierkę nadziei na to, że pewnego
dnia będę mogła powiedzieć mu prawdę.
- Mam dobrą wiadomość! - mówi do nas od progu rozpromieniony doktor
Moru, kiedy ledwo przekraczamy próg jego gabinetu. Jest profesjonalistą,
ale bez zawahania przytula mnie na powitanie.
- Wszystko ze mną w porządku? Wszystko dobrze?
- Wszystko dobrze. Przynajmniej na razie.
- O rany, dzięki Bogu - szepcze Leo.
Odsuwa delikatnie doktora Moru i przyciąga mnie do siebie. Obejmujemy
się mocno.
- Wyniki badania PET i ponownej biopsji wyglądają dobrze. Krew też jest
w porządku - Moru siada spokojnie za biurkiem, jakby wcale nie porwał
przed chwilą swojej pacjentki w ramiona. Zaczyna opowiadać o dalszym
planie leczenia, ale szybko przestaje, ponieważ Leo wyciąga chusteczki z pudełka leżącego na biurku i mocno przyciska je do oczu.
Trzymam męża za rękę, a on powoli dochodzi do siebie. Oczywiście
wiedziałam, że się boi, ale nie miałam pojęcia jak bardzo. Ten upust
emocji daje mi teraz dużo do myślenia. Serce się kraje na widok jego
skrywanej dotąd głębokiej udręki.
- Przepraszam - mówi normalnym głosem, jakby po jego policzkach nie
spływały obficie łzy. - Proszę nie zwracać na mnie uwagi.
Doktor Moru oznajmia, że nadal będą monitorować stan mojego zdrowia w sześciomiesięcznych odstępach czasu, ale na razie możemy pozwolić sobie
na odrobinę optymizmu.
- Powinna pani opisać swoje doświadczenia na Facebooku - sugeruje
wesołym tonem doktor Moru. Kiedyś sam otwarcie przyznał, że wyszukał
mnie na fejsie. - Pani fani na pewno byliby zachwyceni!
Od czasu pierwszej diagnozy przeczytałam mnóstwo pamiętników o zmaganiach z chorobą nowotworową; niektóre zostały napisane w cudownej
krainie zwanej ocaleniem, inne kończyły się nagle kilkoma słowami od
pogrążonych w żałobie bliskich. Część opowiadała o procesie ozdrowienia
i samorozwoju, ale były też inne, o smutku i cierpieniu. Natomiast
wszystkie, bez wyjątku, mówiły o miłości. O tym, jak będąc jedną nogą na
tamtym świecie, zwracamy się ku ludziom i rzeczom, którzy liczą się dla
nas najbardziej, aby ze spokojem i odwagą stawić czoło śmierci.
Prawem dość wstydliwego kontrastu moja "wędrówka nowotworowa" rozpoczęła
się cztery lata wcześniej od ponownego podsycenia obsesji, która może
zakończyć moje małżeństwo. Obsesji podszytej obawą o zdemaskowanie oraz
głębokim żalem. Czegoś takiego nigdy nie mogłabym przelać na papier ani
opisać na Facebooku czy gdziekolwiek indziej.
Nie jedziemy od razu do żłobka po Ruby. Zatrzymujemy się na wino w pubie
na South End Green. Zamawiam deskę serów i zajadamy się nimi z determinacją, która najpewniej wprawia postronnych obserwatorów w zażenowanie.
Nie mogę przestać się uśmiechać, bo wyobrażam sobie, że gdzieś tam, na
szkiełku mikroskopowym, znajduje się mój rozmazany materiał komórkowy.
Wprowadzony do bazy danych i zapomniany. Wolny od paskudnych,
inwazyjnych komórek. Ciekawe, że nawet pomimo tak wspaniałego
obrazowania, z jakiego korzystamy w dzisiejszych czasach, chłoniak
nieziarniczy z komórek B wciąż wygląda paskudnie.
- Co teraz zamierzasz? - odzywa się Leo, uśmiechając się do mnie. Jest
przeszczęśliwy. Tak samo jak ja.
Pytam, co ma na myśli.
- Pamiętasz, jak mówiłaś, że masz mnóstwo planów, więc jeśli uda ci się
pokonać tego drania, chciałabyś zrobić jeszcze niejedno?
Myślę o tym przez chwilę. Tak naprawdę chcę się skupić na kochaniu męża
i córki. I to właśnie mówię.
Leo całuje mnie. Raz, a potem drugi. Zauważam, że przy stoliku w rogu
siedzi starsza kobieta. Uśmiecha się do nas, a ja odwzajemniam uśmiech.
"To mój mąż" - mam ochotę jej powiedzieć. Starsze panie zawsze
uśmiechają się do Leo. Myślę, że to przez te jego niesamowicie długie
rzęsy. A może chodzi o to, jak jego usta naturalnie unoszą się w kącikach, jakby próbował stłumić śmiech?
- Podoba mi się ten plan - mówi. - Ale co z twoim krabem? Nie chciałabyś
wreszcie jakiegoś dorwać?
Uśmiecham się.
- No jasne! Teraz, kiedy nie muszę ciągle latać do szpitala, po prostu
pojadę do Northumberland i znajdę całe skupisko. Normalnie bułka z masłem.
- Cha, cha, tylko się nie zagalopuj - odpowiada, po czym gestem prosi
barmana o kolejne dwa kieliszki wina.
Prawie dwadzieścia lat temu, podczas studiów licencjackich, znalazłam
martwego kraba na plaży w Northumberland. Sfotografowałam go,
wyczuwając, że jest w nim coś nietypowego. Jednak spacer po plaży
przybrał nieoczekiwany obrót i wylądowałam w szpitalu. Minęło kilka lat,
zanim odnalazłam i wywołałam film z tamtego dnia.
Kiedy w końcu trzymałam w ręku zdjęcie "mojego kraba", studiowałam już
biologię morską na Uniwersytecie Plymouth. Zaniosłam je do mojej
opiekunki naukowej, ekspertki od dziesięcionogów.
Najpierw patrzyła na zdjęcie przez dłuższy czas, a potem zdjęła okulary
i powiedziała:
- Dobry Boże.
Opowiedziała mi o pewnym gatunku kraba, należącym do rodziny Grapsidae
i pochodzącym z Japonii, który prawdopodobnie pojawił się w Europie za
sprawą zrzutu wody balastowej przewożonej przez japoński kontenerowiec.
Jego pierwszy przedstawiciel został znaleziony w La Rochelle w 1993
roku. W kolejnych latach gatunek ten rozprzestrzenił się wzdłuż wybrzeży
Francji i Hiszpanii. Znalazł się nawet w wodach skandynawskich.
- Ale nie dotarł jeszcze do Wielkiej Brytanii. Chyba że pięć lat temu
znalazła pani pierwszego osobnika - wyjaśniła.
Krab, o którym mowa, nazywa się Hemigrapsus takanoi.
- Poza tym ten tutaj ma odmienne cechy fenotypowe - dodała, marszcząc
brwi. Kilka bardzo nietypowych cech.
Pokazała mi, że Hemigrapsus takanoi ma na szczypcach włoski -
szczecinki - ale nie na całych, kolorowe plamki na karapaksie i trzy
wyraźnie widoczne kolce na obu krawędziach przednio-bocznych.
- Ale pani krab ma cztery. Proszę spojrzeć! Cztery kolce! Szczecinki
pokrywają całe szczypce, a plamki są czerwone, czego nigdy wcześniej nie
widziałam. To może być bardzo ważne odkrycie.
Opiekunka naukowa dodawała mój adres "do wiadomości" w mailach z kursujących między nią a jej kolegami z całego świata, specjalizującymi
się w dziesięcionogach. Choć niewiele rozumiałam z tej korespondencji,
wszyscy najwyraźniej zgadzali się co do jednego: najprawdopodobniej
przypadkowo natknęłam się na odmienny fenotyp Hemigrapsus takanoi.
Fenotyp odmienny na tyle, że mógł zostać uznany za odrębny, nowy
gatunek.
Całkiem nieźle jak na studentkę.
Wkrótce potem wróciłam na wybrzeże Northumberland. Nic nie znalazłam,
jednak to mnie nie zniechęciło. Wracałam wielokrotnie. Byłam tam chyba
ze czterdzieści, jeśli nie pięćdziesiąt razy. Przez lata przeczesywałam
piaski Alnmouth, Boulmer i nie tylko. Opiekunka naukowa podpowiedziała
mi, że jeśli to naprawdę nowy gatunek, do ewolucji mogło dojść jedynie w całkowitej izolacji, z dala od Hemigrapsus takanoi zamieszkujących
Morze Północne.
Przeszukałam więc każdą zaciszną zatoczkę, każdy niedostępny skalisty
brzeg między High Hauxley i Berwick, jednak nie znalazłam drugiego
takiego kraba.
Mimo wszystko nadal tam jeżdżę. Kiedy mam zły nastrój, właśnie to robię;
Leo zawsze mnie do tego zachęcał. Melduję się w maleńkim pensjonacie w Alnmouth i tylko chodzę i szukam. Chodzę i szukam. Prowadzę też własne
badania w Plymouth - nie poddam się. Znajdę "mojego kraba", jak nazywa
go Leo. W końcu go znajdę.
- Masz rację - odrywam ostatni kawałek tunwortha i podaję go Leo, który
pożera ser prosto z noża. - Całe wieki tam nie byłam. Musimy się
zastanowić, kiedy mogę pojechać.
Dojadam krakersa, mimo że mam już pełny brzuch.
- A może pojedziemy tam we trójkę? Ruby nie przeżyłaby moich szalonych
spacerów, ale ty i ona moglibyście sobie poplażować - proponuję.
Leo połyka kawałek sera i oblizuje palce.
- Świetny pomysł. Tak zróbmy. A co tam, do cholery, pojedźmy w przyszłym
tygodniu! Muszę wziąć trochę urlopu, zanim stracę do niego prawo.
- Ja... może, może. Muszę sprawdzić, czy mogę. No wiesz, praca. Ale
nawet jeśli nie w przyszłym tygodniu, to w następnym... w każdym razie
niedługo.
Nie zauważył paniki w moim głosie. Jest zbyt szczęśliwy.
Objedzeni serem odbieramy Ruby ze żłobka i kierujemy się w stronę naszej
ulubionej (przynajmniej latem) miejscówki w parku Hampstead Heath, gdzie
Londyn zdaje się opadać w kierunku szarawego horyzontu, a długa trawa
oferuje trzylatce niezliczone przygody. Tłumaczę Ruby, że nie muszę już
chodzić do szpitala po specjalne lekarstwa, na co ona mówi mi, że jest
żukiem o imieniu Pan Zbuk.
Leo cyka nam parę fotek. Robi to często, od kiedy pierwszy raz
zdiagnozowano u mnie nowotwór. Na chłoniakowej grupie na Facebooku
wszyscy narzekają, że rodzina cały czas robi im zdjęcia, jakbyśmy nie
rozumieli podtekstu. Ale jak możemy im tego zabraniać? Jeśli umrzemy, to
nie nas, a właśnie te obrazy będą mogli przytulić do serca.
Po uśpieniu Ruby siadamy w ogrodzie i pijemy więcej wina. Leo mówi mi,
jak bardzo mu ulżyło. Czuję, że żyję i moje życie jest cenne. Czuję się
kochana. Czuję się nawet piękna, co oznacza, że jestem pijana. Leo gra
cicho na swoim banjo, powoli opadając z sił. Za pięć dziesiąta leży już
twarzą w trawie i smacznie śpi. Nie jest to rzadki widok. W naszą noc
poślubną zasnął zaraz po dziesiątej.
Wysyłam dobre wieści moim przyjaciołom i kolegom, bratu i rodzicom Leo.
Piszę też do Jill - mojej byłej współlokatorki i przyjaciółki, którą
znam najdłużej. Leżę na plecach i spoglądam w niebo. Wpatruję się w pomarańczową łunę miejską - zanieczyszczenie światłem - aż zanika wysoko
na atramentowym niebie, na którym widać tylko jedną gwiazdę. Na mój
telefon przychodzi mnóstwo wiadomości wyrażających ulgę. Pojawiają się
kolejne gwiazdy, coraz dalej i dalej; odległe, maleńkie plamki.
Myślę o moim ojcu, który był kapelanem wojskowym. Pokazał mi Wielki Wóz
tuż przed tym, jak został wysłany ze swoją brygadą na Montserrat, gdy
wybuchł tam wulkan. Po powrocie powiedział mi, że misja przebiegła
pomyślnie, ale nie chciał wracać do naszych rozmów o astronomii. Często
patrzył w niebo, lecz rzadko się przy tym odzywał.
Wchodzę do domu, żeby sprawdzić, czy Ruby oddycha, i wracam na zewnątrz
z kocem dla Leo (to samo musiałam zrobić w noc poślubną, kiedy znalazłam
go drzemiącego w kącie, podczas gdy nasi goście tańczyli).
Kiedy nie mam już żadnych innych zadań do wykonania, wtedy zbieram się
na odwagę, by pomyśleć o pewnym telefonie.
Właśnie z tego powodu stanęłam wczoraj jak wryta na dworcu Waterloo, z niedopitą kawą w ręku, pośród tłumu ludzi dojeżdżających do pracy. Jego
głos wydawał się odległy, jakby dzwonił z góry oddalonej o tysiące mil.
Poprosiłam go, żeby powtórzył swoje słowa, ale dobrze wiedział, że
usłyszałam go za pierwszym razem.
Nie byłam w stanie się ruszyć. Złapanie pociągu do portu Poole przestało
mieć znaczenie. Tablica odjazdów stale się aktualizowała, tłum ludzi
stale się kurczył, a ja stałam nieruchomo pośrodku tego wszystkiego.
Wyszłam stamtąd dopiero po telefonie Jill.
"Może zrobić się gorąco - powiedziała. - Powinnaś się na to
przygotować".
Pojechałam więc szybko do domu - zanim Leo wrócił z pracy - by opróżnić
swoją teczkę.
Tak na wszelki wypadek.
Upchnęłam zawartość teczki do starej torby na zakupy i położyłam ją w rogu jadalni - jak najdalej od drzwi - czyli tam, gdzie Leo nigdy by nie
zajrzał.
Nie to, żeby kiedykolwiek chciał szukać.
Jakieś trzydzieści sześć godzin później, jako kobieta wolna od
nowotworu, siedzę w przyjemnej ciemności ogrodu i czytam ponownie
wiadomości, które wysłał do mnie po rozmowie telefonicznej. Przed ich
usunięciem zrobiłam zrzut ekranu, który ukryłam w czeluściach telefonu.
Nie myśl sobie, że tak to zostawię - napisał. - Nie zamierzam. Muszę
się z tobą zobaczyć. Oko w oko.
A potem, kiedy nie odpisałam:
Nie żartuję. Przyjdę do ciebie do domu, jeśli będę musiał.
Starsza kobieta po sąsiedzku myje zęby w oknie swojej łazienki. Spogląda
na ciemną plątaninę drzew rozciągającą się między naszymi ogrodami.
Widać, że jest pogrążona w myślach o innych czasach. Może o innym życiu?
Nie powinnam... nie mogę się z nim zobaczyć. Przecież dobrze to wiem.
Zbyt duże ryzyko.
A jednak...
OK - odpowiadam kilka minut później. - Spotkajmy się.