Miłość mojego życia - Rosie Walsh

Kup ebooka

49.99 zł
41.72 zł (41,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział siódmy

Leo

Mój szef Kelvin jest nie­śmia­łym czło­wie­kiem. Wszel­kie "kole­gia redak­cyjne odby­wają się w bez­piecz­nej odle­gło­ści naszych biu­rek, a oceny roczne prze­pro­wa­dzane są przez narzę­dzia cyfrowe. Nie radzi sobie naj­le­piej w roz­mo­wach jeden na jeden.

Dla­tego jestem mocno zasko­czony jego pro­po­zy­cją poran­nej roz­mowy wyra­żoną w mailu. Sie­dzi tuż obok mnie, obra­cam się więc, by zapy­tać, gdzie i kiedy dokład­nie, ale pisze na kla­wia­tu­rze z zaci­śnię­tymi zębami i z zawrotną szyb­ko­ścią, więc odpo­wia­dam mu w wia­do­mo­ści, pro­po­nu­jąc spo­tka­nie za pięć minut przy eks­pre­sie do kawy.

Uda­jemy się do atrium na samym środku pię­tra, gdzie świa­tło wpada przez geo­me­tryczne szyby szkla­nego dachu. Kelvin jest wyraź­nie nie­spo­kojny. Wierci się i unika kon­taktu wzro­ko­wego. Wokół nas sły­chać stu­ka­nie w kla­wia­turę i stłu­mione roz­mowy. Do tego pod sufi­tem wiszą gigan­tyczne ekrany tele­wi­zo­rów, na któ­rych emi­to­wane są wyci­szone wia­do­mo­ści. Zasta­na­wiam się, czy zostanę zwol­niony, a jeśli tak, to za co. Za bycie bole­śnie prze­cięt­nym pra­cow­ni­kiem? Piszę przy­zwo­ite nekro­logi, ale bra­kuje im inte­lek­tu­ali­zmu She­ili (i jej wni­kli­wo­ści god­nej ofi­cera śled­czego), czy też humoru Jonty'ego god­nego P.G. Wode­ho­use'a.

- Bar­dzo się cie­szę z powodu Emmy - mówi wresz­cie Kelvin po odchrząk­nię­ciu. - Uwa­żam, że twoja żona jest fan­ta­styczna, i nie boję się powie­dzieć tego gło­śno.

Cóż... przy­naj­mniej jest szczery.

Raczę go kil­koma okle­pa­nymi fra­ze­sami, głów­nie dla­tego że brak mi słów, by wyra­zić odczu­waną ulgę. Jasne, od czasu do czasu będzie musiała się badać i zawsze ist­nieje groźba poja­wie­nia się wtór­nych guzów, ale na razie wszystko prze­ma­wia na naszą korzyść, więc trzeba być dobrej myśli. Praw­do­po­do­bień­stwo nawrotu cho­roby jest dość niskie, a Emma to sto­sun­kowo młoda i zdrowa kobieta.

Kelvin bawi się kub­kiem z kawą.

- Napi­sa­li­śmy wstępny nekro­log Emmy - mówi w końcu. - Żeby mieć coś w zapa­sie. Nie ma go w sys­te­mie, bo nie chcie­li­śmy, żebyś przy­pad­kowo się na niego natknął. Sam wiesz... musie­li­śmy coś napi­sać. Zro­bi­li­śmy to w trak­cie jej che­mio­te­ra­pii.

Prze­ły­kam ślinę, myśląc o ostat­nich kilku mie­sią­cach. O nie­tknię­tych posił­kach, owrzo­dze­niu jamy ust­nej i zmia­nach skór­nych u Emmy. O angi­nie Ruby i mojej żonie, szlo­cha­ją­cej, bo nie mogła opie­ko­wać się naszą chorą córeczką. Emmie nie wolno było się wtedy do niej zbli­żać.

- Wiem, że to nie­przy­jemny temat - dodaje Kelvin. - Ale oczy­wi­ście opu­bli­ko­wa­li­by­śmy jej nekro­log, gdyby umarła.

Emma jest znana z bar­dzo uda­nego serialu BBC o bry­tyj­skim wybrzeżu w uję­ciu eko­lo­gicz­nym: jak zmie­niły się warunki życia dla stwo­rzeń zamiesz­ku­ją­cych nasze ujścia rzek, ska­li­ste wybrzeża, plaże i wydmy. Łowca talen­tów tego nadawcy tele­wi­zyj­nego "odkrył" Emmę, kiedy pro­wa­dziła panel na wyda­rze­niu Bri­tish Eco­lo­gi­cal Society. Był ocza­ro­wany jej dow­ci­pem i non­kon­for­mi­zmem - jak więk­szość ludzi. Zapro­sił Emmę na spo­tka­nie w celu omó­wie­nia pomy­słów na tę pro­duk­cję.

Widzia­łem, że w nie­któ­rych pro­po­zy­cjach moja żona była okre­ślana jako "nowa, barwna roz­GWIAZDA tele­wi­zji". Emma uznała to za żenu­jące, a ja za cał­kiem zabawne.

Rok póź­niej była już współ­pro­wa­dzącą tej pro­duk­cji wraz z uzna­nym przy­rod­ni­kiem BBC i - moim skrom­nym, bar­dzo nie­obiek­tyw­nym zda­niem - cał­ko­wi­cie go przy­ćmiła. Jesz­cze zanim wyemi­to­wano ostatni odci­nek, została zapro­szona do pracy przy dru­gim sezo­nie. Widzo­wie poko­chali Emmę za to, że potra­fiła być zabawna, poka­zu­jąc pąkle na kli­fie, z falami roz­bi­ja­ją­cymi się pod jej sto­pami.

Rzecz jasna, moja żona nie jest żadną cele­brytką i do dziś nie postrze­gam jej jako sław­nej pre­zen­terki: to zade­kla­ro­wana kujonka. Naukow­czyni. Jej jedyną moty­wa­cją do pod­ję­cia współ­pracy przy tej pro­duk­cji była chęć zara­że­nia innych swoją miło­ścią do magicz­nego miej­sca, gdzie ląd stop­niowo ustę­puje miej­sca wiel­kiej, nie­zna­nej wodzie. Nie prze­pa­dała za popu­lar­no­ścią i dla­tego udzie­lała wywia­dów tylko wtedy, kiedy Ta kra­ina była na topie, a nawet wtedy robiła to w mini­mal­nym zakre­sie. Na­dal nie cho­dzi ze mną na żadne imprezy pra­sowe. Mówi, że wszy­scy jeste­śmy sępami.

Nie zmie­nia to jed­nak tego, że wciąż bywa zacze­piana na ulicy. Roz­daje auto­grafy i roz­ma­wia o zona­cji kli­fo­wej ze spo­łecz­nie nie­przy­sto­so­wa­nymi męż­czy­znami. Zapro­szono ją nawet do udziału w Stric­tly Come Dan­cing1 (ale odmó­wiła).

Podej­rze­wam, że gdyby Emma umarła, jej nekro­log zna­la­złby się w więk­szo­ści gazet.

- Teraz, kiedy wszystko zapo­wiada się... cóż... dobrze - mówi Kelvin - może mógł­byś rzu­cić okiem na to, co napi­sa­li­śmy?

- Tak się składa, że ja też zaczą­łem pisać jej nekro­log.

Wygląda na zasko­czo­nego.

- Naprawdę?

- Tak. Powiedzmy, że to taki oso­bi­sty pro­jekt, ale na pewno któ­reś z was mogłoby go pod­ra­so­wać.

Mil­czy przez chwilę.

- To musiało być dla cie­bie bar­dzo trudne, z całą tą che­mio­te­ra­pią w tle - cią­gnie w końcu. Wyraź­nie pobladł. To dla niego ciężki temat. Za dużo "emo­cjo­nal­nych pier­dół". - Ale na pewno twój nekro­log to znacz­nie bar­dziej oso­bi­sty i auten­tyczny tekst.

Ledwo powstrzy­muję uśmiech. Cóż za iro­nia, że aku­rat tym razem tak we mnie wie­rzy. Bo tak naprawdę nekro­log Emmy mojego autor­stwa daleki jest od auten­tycz­no­ści. Mnó­stwo w nim luk.

Swego czasu, kiedy Emma współ­pra­co­wała z BBC, miała agentkę. Żywe sre­bro o imie­niu Mags Ten­ter­den. Emma wprost ją ubó­stwiała. Mags pro­wa­dziła wła­śnie nego­cja­cje z BBC w spra­wie trze­ciego sezonu serialu, kiedy Emma została nagle zastą­piona przez jed­nego ze sta­rych wyja­da­czy. Jeśli wie­rzyć plot­kom, nastą­piły zmiany pod­mio­towe po stro­nie zama­wia­ją­cego, ale to żadne wytłu­ma­cze­nie. Głowa Emmy pole­ciała bez jakie­go­kol­wiek logicz­nego wytłu­ma­cze­nia.

Byłem tuż obok, kiedy się o tym dowie­działa. Przez tele­fon. Chyba ni­gdy nie zapo­mnę wyrazu jej twa­rzy.

Na początku podej­rze­wa­łem, że po pro­stu nie chcieli "nie­pew­nej" pro­wa­dzą­cej z cho­robą nowo­two­rową i dziec­kiem w dro­dze, jed­nak oka­zało się, że Emma nie poin­for­mo­wała BBC ani o jed­nym, ani o dru­gim.

W kolej­nym tygo­dniu, w akcie kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łego dla mnie okru­cień­stwa, Mags Ten­ter­den usu­nęła Emmę z listy klien­tów. Coś nie­wy­obra­żal­nego. Okropny cios. Wydaje mi się, że to prze­lało czarę gory­czy, ponie­waż na kilka kolej­nych mie­sięcy przy­padł jeden z naj­dłuż­szych epi­zo­dów depre­syj­nych Emmy. Spę­dziła wtedy całe trzy tygo­dnie na odlud­nej czę­ści wybrzeża Nor­thum­ber­land. Nie licząc moich week­en­do­wych wizyt, prze­by­wała w kom­plet­nej izo­la­cji. Od czasu do czasu dosta­wa­łem od niej maile. Prze­sy­łała mi dziwne frag­menty abs­trak­cyj­nych poema­tów prozą o tajem­ni­cach mórz i oce­anów. Jed­nak poza tym była zamknięta w sobie. Nawet kiedy ją odwie­dza­łem.

"Po pro­stu szu­kam kra­bów. Na nic innego nie mam teraz siły. Po pro­stu szu­kam kra­bów" - powie­działa pew­nego wie­czoru w pen­sjo­na­cie.

Naj­czę­ściej, kiedy "ma gor­sze dni" - jak to nazy­wam - pomaga jej fasze­ro­wa­nie się anty­de­pre­san­tami. Mówi, że to "na roz­ruch". Jed­nak tym razem bała się brać leki ze względu na ciążę. Po powro­cie do Lon­dynu powie­działa mi: "Po pro­stu będę musiała jakoś to prze­trwać."

Zaczęła docho­dzić do sie­bie jesz­cze przed naro­dzi­nami Ruby, jed­nak potem dopa­dła ją ciężka depre­sja popo­ro­dowa. W pełni doszła do sie­bie, dopiero kiedy Ruby, w wieku trzy­na­stu mie­sięcy, zaczęła prze­sy­piać całe noce. Nie­stety obni­żony nastrój poja­wia się i znika do dziś. Ponadto Emma coraz bar­dziej obse­syj­nie gro­ma­dzi nie­po­trzebne rze­czy.

Żaden z tych szcze­gó­łów nie poja­wia się w napi­sa­nym przeze mnie nekro­logu.

- Na pewno by jej to schle­biało - mówię Kelvi­nowi. - Ale w tej kwe­stii wyra­ziła się jasno: nie chce, żebym pisał jej nekro­log na zaś. Nie wie, że już zaczą­łem to robić.

- Aha. No cóż, w takim razie był­bym wdzięczny, gdy­byś prze­słał to, co już masz, Jonty'emu albo She­ili...

- Wyślę wszystko She­ili. Albo Jonty'emu - dodaję, przy­po­mi­na­jąc sobie wczo­raj­sze zacho­wa­nie mojej kole­żanki. Jej oso­bliwe zain­te­re­so­wa­nie moją żoną.

- No to super! - kwi­tuje Kelvin, spo­glą­da­jąc przez ramię. Facet tęskni za swoim kom­pu­te­rem, zde­cy­do­wa­nie łatwiej­szym w obsłu­dze niż ja, więc dzię­kuję mu, że dys­kret­nie omó­wił ze mną tę deli­katną sprawę.

Pod­czas naszych sta­rań o dziecko Emma dwu­krot­nie poro­niła. Za dru­gim razem, kiedy wyszła ze szpi­tala, pomo­głem jej poło­żyć się do łóżka i posze­dłem zro­bić her­batę. Gdy wró­ci­łem, łzy spły­wały jej po policz­kach. Był przy niej poczciwy John Keats. Przy­tknął nos do jej sta­rej bli­zny po wyrostku robacz­ko­wym.

"Nic mi nie jest. Naprawdę, John, nie martw się o mnie" - mówiła do psa.

Nawet John Keats nie jest wta­jem­ni­czony w to, co dzieje się w wewnętrz­nym świe­cie Emmy. Tylko ja i jej przy­ja­ciółka Jill. Nikt wię­cej.

Z tego też powodu mam opory przed prze­ka­zy­wa­niem komu­kol­wiek swo­ich nota­tek doty­czą­cych Emmy. Waham się, czy prze­pi­sać to na kom­pu­ter i wysłać Jonty'emu. Choć to sprzeczne z tym, czego nauczy­łem się jako twórca nekro­lo­gów, czuję się w obo­wiązku, by zacho­wać tylko dla sie­bie intymną prawdę o mojej żonie. Dla­czego by nie dać wer­sji Emmy, którą świat zdą­żył poko­chać? Nakre­ślić por­tret roze­śmia­nej pre­zen­terki o żywej gesty­ku­la­cji, zna­nej z tele­wi­zji. Kobiety, która nadaje swoim adop­to­wa­nym psom imiona takie jak Żabol i Jezus. Wnuczki palą­cej jak smok Glo­rii Bige­low - jed­nej z pierw­szych kobiet, które zasia­dały w Izbie Gmin. Damy o nie­wy­pa­rzo­nym języku.

Tej odsłony Emmy jest aż nadto, by podzie­lić się nią ze świa­tem.

Wysy­łam Kelvi­nowi maila, w któ­rym infor­muję go, że jed­nak zde­cy­do­wa­łem się oso­bi­ście napi­sać nekro­log Emmy.

W nad­cho­dzą­cych tygo­dniach będę wra­cał myślami do tego popo­łu­dnia, tych kilku ostat­nich chwil, zanim cały mój świat sta­nął na gło­wie. I sam sobie będę zazdro­ścił tej fan­ta­zji - nie­za­chwia­nego prze­ko­na­nia, że jestem jedną z zale­d­wie dwóch osób wta­jem­ni­czo­nych w to, co dzieje się w wewnętrz­nym świe­cie Emmy.

Zazdro­ścił sobie prze­ko­na­nia, że znam ją przy­naj­mniej tro­chę.

To wła­śnie na bazie tego for­matu powstał pol­ski pro­gram Dan­cing with the Stars - Taniec z Gwiaz­dami. [wróć]

Rozdział ósmy

Leo

Raz w mie­siącu Emma spo­tyka się na kola­cję ze swoją dobrą przy­ja­ciółką Jill. Stu­dio­wały razem bio­lo­gię mor­ską w St Andrews. W tym cza­sie były też współ­lo­ka­tor­kami. I cho­ciaż zawsze wyda­wało mi się, że jest coś oso­bli­wego w ich przy­jaźni, Emma wyka­zuje się dużą lojal­no­ścią w sto­sunku do Jill.

Rzadko zapra­szają mnie na swoje kola­cje, ale może to i lepiej, bo choć lubię Jill, tak naprawdę jej nie rozu­miem. Jest jedną z tych osób, które mówią języ­kiem lite­rac­kim, a nie nor­mal­nym angiel­skim, co znacz­nie utrud­nia roz­mowę. Czuję się tak, jak­bym brał udział w sztuce, któ­rej tek­stu nie znam. Do tego jej poczu­cie humoru jest moim zda­niem dość sar­ka­styczne, wręcz agre­sywne. Emma naj­wy­raź­niej ma na ten temat inne zda­nie, ponie­waż uważa swoją przy­ja­ciółkę za osobę prze­za­bawną.

Jed­nak nawet pomimo tego wszyst­kiego myślę, że jakoś doga­dy­wał­bym się z Jill, gdyby trzy lata temu nie wpro­wa­dziła się nagle do naszego domu.

Przy­je­chała w prze­wi­dy­wa­nym ter­mi­nie porodu Emmy. Po pro­stu weszła do ogrodu z dużą torbą podróżną i pudeł­kiem cze­ko­la­do­wych tru­fli, kiedy aku­rat wycho­dzi­łem na brunch z czła­piącą już wtedy jak kaczka żoną. (To były tru­fle z ciemną cze­ko­ladą. Bar­dzo nie lubię tru­fli z ciemną cze­ko­ladą, choć doce­niam to, że tak naprawdę nie są ani tru­flami, ani cze­ko­ladą).

- Dzień dobry, moi dro­dzy - powie­działa. - Pozwól­cie, że się roz­gosz­czę w cza­sie waszej nie­obec­no­ści. Tylko mi tutaj nie urodź, Em - dodała, jak­by­śmy się jej spo­dzie­wali.

Emma wzięła mnie na stronę i powie­działa łagod­nym tonem:

- Pamię­tasz, mówi­łam ci, że chcę popro­sić Jill o pomoc. No wiesz, przyda nam się dodat­kowa para rąk, kiedy mała się uro­dzi.

Tak naprawdę powie­działa mi, że mar­twi się o swoją kon­dy­cję psy­chiczną po poro­dzie i chcia­łaby mieć Jill u boku, na wypa­dek gdyby sprawy przy­brały zły obrót. Nie było nato­miast w ogóle mowy o tym, że jej przy­ja­ciółka się do nas wpro­wa­dzi.

Jill została u nas przez dwa tygo­dnie po naro­dzi­nach Ruby. Kiedy prze­ży­wa­li­śmy szok zwią­zany z powięk­sze­niem się naszej małej rodziny i byli­śmy kom­plet­nie wyczer­pani, musie­li­śmy dodat­kowo mar­twić się o to, by pomie­ścić kolejną osobę (trze­cią), na naszej już i tak bar­dzo ogra­ni­czo­nej oraz zagra­co­nej prze­strzeni oraz by nie wpa­dać na sie­bie nawza­jem. Myślę, że osta­tecz­nie Emma rów­nież żało­wała, że zapro­siła Jill - gdy depre­sja popo­ro­dowa wbiła jak taran, szu­kała wspar­cia nie w przy­ja­ciółce, ale we mnie.

Całą tę sytu­ację zło­ży­łem na karb dobrych chęci. Chęci oka­za­nia w inten­sywny spo­sób przy­jaźni, któ­rej nie potra­fi­łem i nawet nie chcia­łem pró­bo­wać zro­zu­mieć. Być może Emma współ­czuła Jill, która naj­wy­raź­niej rów­nież pra­gnęła mieć dziecko. Nie­wy­klu­czone też, że jako młode kobiety zawarły pew­nego rodzaju pakt. Nie wni­kam. Tak czy ina­czej, to nie był odpo­wiedni czas na kłót­nie z Emmą. Jill w końcu wró­ciła do swo­jego miesz­ka­nia, a ja nie sko­men­to­wa­łem tego wszyst­kiego w żaden spo­sób. Jakby nie było tematu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Podczas spa­ceru na pół­noc od głów­nej czę­ści plaży oddzie­lały nas sku­pi­ska wodo­ro­stów i chlu­piące baseny pły­wowe. Morze zmie­niło się w pole bia­ło­grzy­wych fal mor­skich, a nie­liczne chmury poru­szały się szybko po nie­bie, rzu­ca­jąc na pia­sek spi­ralne cie­nie.

Ta limi­nalna prze­strzeń, gdzie ląd płyn­nie prze­cho­dził w morze, wyda­wała się odpo­wied­nim miej­scem dla naszej dwójki. To kró­le­stwo nie nale­żało do nas, tylko do roz­gwiazd, cza­szo­łek, ukwia­łów i kra­bów pustel­ni­ków. Nikt nie widział nas razem; nikogo to nie obcho­dziło.

Przez chwilę padało, więc przy­szło nam jeść kanapki w szo­pie ukry­tej na wydmach. W kącie leżały zeschłe owcze bobki, a deszcz bęb­nił o dach tak, jakby ktoś strze­lał z dubel­tówki. Ide­alne sank­tu­arium. Nasze. Tylko nasze.

Choć pogoda na pobli­skiej plaży zmie­niała się jak w kalej­do­sko­pie, nasza roz­mowa cały czas się kle­iła. W moim sercu kieł­ko­wała nadzieja.

Nie­długo po pik­niku udało nam się dostrzec śred­niej wiel­ko­ści mar­twego kraba. Leżał samot­nie na skraju plaży. Na linii brze­go­wej. Pośród kawał­ków dry­fto­wego drewna i prze­su­szo­nych morsz­czy­nów spi­ral­nych. W płytce brzusz­nej kraba tkwiły odłamki muszli okład­niczki, a na jego zamar­łych czuł­kach wisiało oczko włoka. Ponadto na gło­wo­tu­ło­wiu i szczyp­cach miał inten­syw­nie czer­wone plamki.

Byłam zmę­czona, więc usia­dłam, by dokład­nie go obej­rzeć. Na obu kra­wę­dziach przed­nio-bocz­nych kara­paksu znaj­do­wały się cztery wyraź­nie widoczne kolce, a szczypce pokryte były wło­skami.

Spoj­rza­łam w jego puste oczy, pró­bu­jąc odgad­nąć, skąd przy­był. Czy­ta­łam, że kraby potra­fią poko­ny­wać dłu­gie dystanse na róż­nego rodzaju "jed­nost­kach pły­wa­ją­cych" - kawał­kach pla­stiku, wodo­ro­stach, a nawet na pokry­tych pąklami kadłu­bach stat­ków towa­ro­wych. To stwo­rze­nie mogło pocho­dzić cho­ciażby z Poli­ne­zji. Prze­być tysiące mil tylko po to, by umrzeć na plaży w Nor­thum­ber­land.

Powin­nam zro­bić kilka zdjęć. Mój opie­kun naukowy będzie wie­dział, co to jest.

Jed­nak kiedy się­gnę­łam do torby po apa­rat, nagle zaczę­łam gorzej widzieć. Zawroty głowy poja­wiły się tak szybko jak mor­ska mgła. Zasty­głam więc, pochy­lona do przodu, dopóki nie ustą­piły.

- Niskie ciśnie­nie krwi - powie­dzia­łam, kiedy w końcu mogłam się wypro­sto­wać. - Mam je od zawsze.

Nasza uwaga powę­dro­wała znów w stronę kraba. Wsta­łam z klę­czek i obfo­to­gra­fo­wa­łam go pod każ­dym moż­li­wym kątem.

Kiedy odło­ży­łam apa­rat, zawroty głowy powró­ciły, choć tym razem naśla­do­wały fale - na prze­mian napły­wa­jąc i wyco­fu­jąc się. W ple­cach nara­stał ból, któ­remu towa­rzy­szyło sil­niej­sze i mrocz­niej­sze odczu­cie w oko­li­cach żeber. Ponow­nie uklę­kłam. Wci­snę­łam ręce mię­dzy uda. Coraz moc­niej krę­ciło mi się w gło­wie.

Zaczę­łam odli­czać do dzie­się­ciu. Nad głową sły­sza­łam szep­tane słowa tro­ski prze­pla­ta­nej stra­chem. Wiatr zmie­nił kie­ru­nek.

Kiedy w końcu otwo­rzy­łam oczy, mia­łam krew na dłoni.

Przyj­rza­łam się jej uważ­nie. Tak, to bez wąt­pie­nia była krew. Świeża i mokra. Na wewnętrz­nej czę­ści pra­wej dłoni.

- Wszystko w porządku - usły­sza­łam swój głos. - Nie ma się czym mar­twić.

Wraz z mor­ską falą nad­cią­gnęła panika.

Rozdział pierwszy

Leo

Zaraz po prze­bu­dze­niu czę­sto ma mokre rzęsy. Jakby pły­wała w morzu smut­nych snów. "Nie wiem, o co cho­dzi. Ni­gdy nie mam kosz­ma­rów" - powta­rza. Potem, po otchłan­nym ziew­nię­ciu prze­ciera oczy i wyśli­zguje się z łóżka, aby spraw­dzić, czy Ruby oddy­cha. Czy żyje. To nawyk, któ­rego wciąż nie potrafi się pozbyć. Nawet pomimo tego, że Ruby ma już trzy latka.

- Leo! - powie, kiedy wróci do sypialni. - Pobudka! Daj dzióbka!

Zawsze potrze­buję dłuż­szej chwili, żeby się dobu­dzić. Wejść gładko z sen­nych cze­lu­ści w nowy dzień. Świt zakrada się od wschodu przez zasłony, przy­bie­ra­jąc postać bursz­ty­no­wego cie­nia, a my zako­pu­jemy się w pościeli, tuż obok sie­bie. Emma nawija bez prze­rwy. No może z drob­nymi prze­rwami w pół słowa, by mnie cmok­nąć. O szó­stej czter­dzie­ści pięć wcho­dzimy na Wiki­de­aths, by spraw­dzić nocne zgony, a o siód­mej Emma pusz­cza bąka, uda­jąc, że to dźwięk prze­jeż­dża­ją­cego ulicą sku­tera. Nie pamię­tam, na jakim eta­pie naszego związku zaczęła to robić: raczej na zbyt wcze­snym. Naj­wy­raź­niej już wtedy wie­działa, że jestem zako­chany po uszy i - w prze­ci­wień­stwie do jej gazów - ni­gdzie się nie ulot­nię.

W pew­nym momen­cie nasza córka włazi nam do łóżka albo my wcho­dzimy do jej łóżeczka. W pokoju Ruby jest prze­słodko i cie­pło, a nasze poranne roz­mowy o Panu Kaczce zali­czam do naj­szczę­śliw­szych chwil zna­nych mojemu ser­du­chu. Zde­cy­do­wa­nie. Panu Kaczce, któ­rego Ruby tuli mocno przez sen, przy­pi­sy­wane są nie­sa­mo­wite nocne przy­gody.

Zwy­kle ubie­ram naszą córeczkę, pod­czas gdy Emma "idzie zro­bić śnia­da­nie", co naj­czę­ściej koń­czy się zbo­cze­niem z kursu, ponie­waż jej uwagę zaprzą­tają mor­skie dane zebrane przez noc w labo­ra­to­rium. W kon­se­kwen­cji to ja i Ruby ogar­niamy śnia­da­nie. Nawet na nasz ślub moja żona spóź­niła się czter­dzie­ści minut, bo po dro­dze zatrzy­mała się, żeby sfo­to­gra­fo­wać linię brze­gową Restron­guet Creek. Oczy­wi­ście zro­biła to w sukni ślub­nej. Nikt - poza urzęd­ni­kiem stanu cywil­nego - nie był zasko­czony tą sytu­acją.

Emma jest eko­lożką stref mię­dzy­pły­wo­wych, co ozna­cza, że bada miej­sca oraz stwo­rze­nia, które są zale­wane w cza­sie przy­pływu i odsła­niane wraz z odpły­wem. Twier­dzi, że to naj­bar­dziej nie­zwy­kły i eks­cy­tu­jący eko­sys­tem na Ziemi. Od dziecka bawiła się w base­nach pły­wo­wych; ma to we krwi. Choć w zasa­dzie zna się na więk­szo­ści sko­ru­pia­ków, główny obszar jej zain­te­re­so­wań badaw­czych sta­no­wią kraby. Obec­nie ma w pracy całą gro­madkę Hemi­grap­sus taka­noi. Trzyma je w spe­cjal­nych akwa­riach z wodą mor­ską. Wiem tylko tyle, że to gatu­nek inwa­zyjny i moja żona od lat pró­buje ska­te­go­ry­zo­wać pew­nego kraba o spe­cy­ficz­nych cechach mor­fo­lo­gicz­nych. Nic wię­cej nie jestem w sta­nie z tego wszyst­kiego zro­zu­mieć. Z tego, co mówią bio­lo­dzy, wynika, że mniej niż jedna trze­cia nadaje się dla uszu zwy­kłego czło­wieka; zostać osa­czo­nym przez grupkę takich na impre­zie to praw­dziwy kosz­mar.

Kiedy dzi­siej­szego ranka wcho­dzę z Ruby do kuchni, Emma śpiewa Joh­nowi Keat­sowi, słońce pada na blaty, a nasze płatki śnia­da­niowe har­tują się w miskach. Spo­glą­dam na lap­topa mojej żony i widzę stronę pełną bazgro­łów i okre­śleń, od któ­rych cza­cha mi paruje. Na tym samym kom­pu­te­rze odpa­liła kawa­łek o tytule Kil­ler Muf­fin. Kiedy bra­li­śmy Johna Keatsa ze schro­ni­ska, powie­dziano nam, że jun­gle, pusz­czane cicho, koi jego nerwy i takim oto spo­so­bem stało się ono ścieżką dźwię­kową naszego życia. Zdą­ży­łem się już do tego przy­zwy­czaić, ale tro­chę czasu mi to zajęło.

Stoję w drzwiach, z Ruby posa­dzoną na bio­drze i obser­wuję moją fał­szu­jącą żonę. Pomimo tego, że wśród przod­ków Emmy było wielu muzy­ków, ona sama nie potrafi zaśpie­wać czy­sto nawet Sto lat. Nie żeby ją to kie­dy­kol­wiek powstrzy­mało od zdzie­ra­nia gar­dła. Mię­dzy innymi wła­śnie za to ją kocham.

Zauważa nas i pod­cho­dzi, wciąż śpie­wa­jąc, że aż uszy więdną.

- Moje skarby! - mówi, cału­jąc nas oboje. Bie­rze ode mnie córeczkę i odcho­dzi kawa­łek wiru­ją­cym kro­kiem, a jej okropny śpiew staje się jesz­cze gło­śniej­szy.

Ruby wie, że jej mama jest chora. Widziała, jak traci włosy przez spe­cjalne leki, które dostaje w szpi­talu. Jed­nak myśli, że z Emmą jest już lepiej, ale tak naprawdę tego nie wiemy. Moja żona miała wczo­raj bada­nie PET, lecz na omó­wie­nie wyni­ków będzie musiała pocze­kać do przy­szłego tygo­dnia. Jeste­śmy pełni nadziei. Jeste­śmy pełni lęków. Oboje kiep­sko śpimy.

Po krót­kiej chwili tańca z matką i wiru­ją­cym nad ich gło­wami Panem Kaczką Ruby wyswo­ba­dza się z uści­sku, by przejść do swo­ich pil­nych spraw.

- Wra­caj tu! - woła Emma. - Chcę cię wyprzy­tu­lać!

- Nie mam czasu - mówi z żalem Ruby, a zaraz potem zwraca się do rośliny, którą opie­kuje się w ramach swo­ich żłob­ko­wych zajęć. - Cześć, dam ci coś do picia.

- No i jak, coś nowego? - pytam, wska­zu­jąc głową w stronę kom­pu­tera. Kilka lat temu Emma była pre­zen­terką serialu przy­rod­ni­czego BBC i choć od tego czasu nie poja­wiła się w tele­wi­zji ani razu, wciąż piszą do niej różni dziwni męż­czyźni. Nie­dawno leciały powtórki serii, więc liczba wia­do­mo­ści wzro­sła. Z reguły się z nich śmie­jemy, ale wczo­raj wie­czo­rem Emma wyznała mi, że ostat­nio parę ją zanie­po­ko­iło.

- Tak, przy­szło kilka. Jedna w nie­zbyt przy­jem­nym tonie, ale nie martw się - zablo­ko­wa­łam gościa.

Obser­wuję ją uważ­nie, gdy napeł­nia nasze szklanki wodą. Nie wygląda na prze­jętą. Wydaje mi się, że te wia­do­mo­ści znacz­nie bar­dziej poru­szają mnie niż ją. Pró­bo­wa­łem nakło­nić żonę do usu­nię­cia strony na Face­bo­oku, ale nie chciała tego zro­bić. Naj­wy­raź­niej ludzie wciąż piszą o dzi­kich zwie­rzę­tach, które udało im się zaob­ser­wo­wać, i Emma nie chce odbie­rać im takiej moż­li­wo­ści "z powodu kilku męż­czyzn, któ­rym zanadto doskwiera samot­ność".

Mam nadzieję, że samot­ność to jedyne, co im doskwiera.

- Bar­dzo podo­bał mi się twój tekst o Ken­ne­cie Del­wy­chu - mówi do mnie, jed­no­cze­śnie obser­wu­jąc Ruby, która z konewką pró­buje wspiąć się do zlewu. Przede mną na stole leży gazeta, otwarta na stro­nie z nekro­lo­gami.

Pod­cho­dzę do Johna Keatsa i zaczy­nam owi­jać sobie na palcu jedno z jego klap­nię­tych, jedwa­bi­ście gład­kich uszu, cze­ka­jąc na jakieś "ale". Pies pach­nie cia­stecz­kami i przy­pa­loną sier­ścią po nie­daw­nym bli­skim spo­tka­niu trze­ciego stop­nia z żelaz­kiem.

- Ale? - pytam.

Wygląda na zasko­czoną.

- Nie mam żad­nego "ale".

- No weź, Emma. Daj spo­kój.

Po chwili zaczyna się śmiać.

- No dobra, twój tekst jest świetny, ale to pastorka skra­dła całe show. Hej, Ruby, już wystar­czy tej wody.

John Keats wzdy­cha głę­boko, gdy pochy­lam się nad swoim tek­stem. Ken­neth Del­wych, czło­nek Izby Lor­dów znany z legen­dar­nych orgii, które urzą­dzał w swo­jej win­nicy w Sus­sex, tra­fił na tę samą stronę z nekro­lo­gami co nawi­ga­tor Bom­ber Com­mand i duchowna, która w week­end dostała ataku serca pod­czas udzie­la­nia ślubu.

- Naj­le­piej wycho­dzą ci te, w któ­rych jesteś śmier­tel­nie poważny - mówi Emma i wkłada chleb do tostera. - Weźmy na przy­kład tego aktora z zeszłego tygo­dnia. Tego Szkota... jak on się nazy­wał? Ruby, pro­szę cię, bo uto­pisz tę nie­szczę­sną roślinę...

- Cho­dzi ci o Davida Bail­liego?

- Tak, David Bail­lie. Czy­sta per­fek­cja.

Ponow­nie czy­tam napi­sany przez sie­bie nekro­log Ken­ne­tha Del­wy­cha, pod­czas gdy Emma pró­buje jakoś ogra­ni­czyć szkody po pod­le­wa­niu kwiatka. Oczy­wi­ście ma rację. Nekro­log pastorki jest znacz­nie krót­szy, ale lepiej się go czyta.

Nie­stety Emma czę­sto ma rację. Mój szef w redak­cji, który, jak podej­rze­wam, jest w niej zako­chany, czę­sto żar­tuje, że gdyby kie­dy­kol­wiek zde­cy­do­wała się rzu­cić w dia­bły bio­lo­gię mor­ską, nie zawa­hałby się mnie zwol­nić, żeby ją zatrud­nić. Uwa­żam to za dość obraź­liwe, bo jeśli nie czy­tał skry­cie arty­ku­łów nauko­wych mojej żony, swoją ocenę opiera wyłącz­nie na jed­nym tek­ście, który napi­sała dla "Huf­fing­ton Post".

Emma jest pra­cow­ni­kiem nauko­wym Sto­wa­rzy­sze­nia Bio­lo­gii Mor­skiej w Ply­mo­uth, gdzie spę­dza dwa dni w tygo­dniu. Potem wraca do nas do Lon­dynu, aby uczyć ochrony estu­ariów w Kole­gium Uni­wer­sy­tec­kim. Świet­nie pisze i ma ode mnie o wiele lep­szą intu­icję, a poza tym naprawdę lubi buszo­wać po Wiki­de­aths, ale bar­dziej z cie­ka­wo­ści niż chęci ode­bra­nia mi pracy.

Ruby i John Keats wycho­dzą do ogrodu, gdzie słońce zakrada się przez gęstą koronę pobli­skiego jaworu, pokry­wa­jąc tu i tam nasz malutki traw­nik zło­tymi plam­kami. Przez drzwi prze­do­stają się wonie wcze­snego miej­skiego lata: rosy na tra­wie, wicio­krzewu i roz­grza­nego asfaltu.

Pró­buję reani­mo­wać nasze płatki śnia­da­niowe, pod­czas gdy na zewnątrz pies biega wokół oczka wod­nego, gło­śno przy tym szcze­ka­jąc. Obec­nie w tym zbior­niku wod­nym żyją małe żabki, co Joh­nowi Keat­sowi wydaje się nie do przy­ję­cia.

- Przy­mkniesz się wresz­cie? - pyta Emma od progu, na co pies zupeł­nie nie zwraca uwagi. - Mamy sąsia­dów.

- JOHN! - krzy­czy Ruby. - MAMY SĄSIA­DÓW!

- Cii, Ruby...

Biorę łyżki i wyno­szę śnia­da­nie do ogrodu.

- Prze­pra­szam - mówi Emma, otwie­ra­jąc mi drzwi. - Nie pro­si­łeś mnie o opi­nię na temat two­jej pracy. To musi być iry­tu­jące.

- Jest.

Sia­damy przy stole wciąż pokry­tym rosą i dodaję:

- Ale wyra­żasz swoje zda­nie w uprzejmy i deli­katny spo­sób. Pro­blem polega na tym, że czę­sto masz rację.

Uśmie­cha się.

- Według mnie jesteś genial­nym dzien­ni­ka­rzem, Leo. Czy­tam twoje nekro­logi przed swo­imi służ­bo­wymi mailami.

- Hmm... - spo­glą­dam na Ruby, bo bawi się tro­chę za bli­sko oczka wod­nego.

- Naprawdę! Lek­kie pióro to jedna z two­ich naj­sek­sow­niej­szych cech.

- Emma, daj spo­kój.

Pod­nosi do ust łyżkę płat­ków.

- Serio, nie żar­tuję. Jesteś naj­lep­szym dzien­ni­ka­rzem, jakiego tam mają. Koniec kropka.

Wstyd się przy­znać, ale na te słowa od razu się roz­pro­mie­niam.

- Dzię­kuję - odpo­wia­dam w końcu, bo wiem, że mówi szcze­rze. - Co nie zmie­nia faktu, że jesteś iry­tu­jąca.

Wzdy­cha.

- No wiem, wiem.

- Z wielu powo­dów - dodaję, a Emma nie może powstrzy­mać się od śmie­chu. - Masz opi­nię na pra­wie każdą sprawę.

Prze­suwa rękę po stole i ści­ska dło­nią mój kciuk. Mówi mi, że jestem jej skar­bem, na co ja rów­nież zaczy­nam się śmiać. Tak wła­śnie wygląda nasz rytm. Cali my. Jeste­śmy mał­żeń­stwem od sied­miu lat, parą od pra­wie dzie­się­ciu i znam Emmę na wylot.

To chyba Ken­nedy powie­dział, że jeste­śmy zwią­zani z morzem... że kiedy do niego wra­camy - czy to dla sportu, wypo­czynku, czy cze­goś w tym stylu - wra­camy tam, skąd pocho­dzimy. Tak wła­śnie się czuję, jeśli cho­dzi o nas. Bycie bli­sko Emmy to jak powrót do źró­dła.

Kiedy więc po tym nie­win­nym poranku - z psem, żabami, kawą i mar­twą pastorką - okaże się w naj­bliż­szych dniach, że tak naprawdę nic nie wiem o tej kobie­cie, mój świat się zawali.

Rozdział czwarty

Leo

Następny dzień

Wiado­mość o znik­nię­ciu Janice Roth­schild poja­wia się w wia­do­mo­ściach nie­długo po moim dotar­ciu do redak­cji.

Spraw­dzam nekro­logi napi­sane przez kon­ku­ren­cję, gdy nagle She­ila, moja kole­żanka z pracy, naci­ska dzwo­nek recep­cyjny leżący na jej biurku. Dzyń! Zawsze to robi, gdy dowia­duje się o czy­jejś śmierci. Ofi­cjal­nie wszy­scy zga­dzamy się z twier­dze­niem, że to paskudny zwy­czaj; pry­wat­nie nas bawi.

Dzyń! Wszy­scy pod­no­simy wzrok.

- O nie - mówi She­ila, wpa­tru­jąc się w moni­tor. - Prze­pra­szam, fał­szywy alarm. Jakoś tak odru­chowo mi się naci­snęło. Ale... o Boże.

Spraw­dza coś w tele­fo­nie, po czym wraca do swo­jego moni­tora.

Cze­kamy. She­ila ni­gdy się nie śpie­szy.

Po dłuż­szej chwili odchyla się w fotelu i zaczyna prze­su­wać dłońmi po twa­rzy.

- Janice Roth­schild. Zagi­nęła. Trzy dni temu wyszła z próby swo­jej sztuki i nikt nie wie, gdzie prze­pa­dła.

- Naprawdę? - pyta Kelvin, star­szy redak­tor. - Jakiej sztuki?

Nawet jak na niego i jego ogra­ni­czoną eks­pre­sję emo­cjo­nalną to było słabe. Janice Roth­schild i jej mąż Jeremy należą do grona naj­lep­szych przy­ja­ciół She­ili. Kelvin o tym wie. Wszy­scy to wiemy.

Na pyta­nie odpo­wiada nasz kolega Jonty, któ­rego eks­pre­sja emo­cjo­nalna wydaje się z kolei prze­sadna.

- Pew­nie cho­dzi o próbę sztuki Wszy­scy moi syno­wie - mówi. - O nie, nie może być. Mam na to bilety. Na lipiec. She­ila, pro­szę, powiedz, że żar­tu­jesz?!

She­ila igno­ruje ich obu. Masuje sobie skro­nie.

- To straszne - mówię cicho. - She­ila, tak mi przy­kro.

Mnie rów­nież igno­ruje. Mam­ro­cze tylko:

- Ja... o Boże. Biedny Jeremy. W wia­do­mo­ściach mówią, że od kilku tygo­dni wyda­wała się przy­gnę­biona, ale... Nie mogę w to uwie­rzyć. Zawsze wyda­wało mi się, że... że wszystko u niej w porządku.

Mój szef pamięta o pracy bez względu na oko­licz­no­ści.

- To rze­czy­wi­ście bar­dzo nie­po­ko­jące, ale... czy mamy ją w zapa­sie?

Ma na myśli wstęp­nie napi­sany nekro­log. W szaf­kach na doku­menty trzy­mamy ich tysiące. Jed­nak Janice Roth­schild ma dopiero jakieś pięć­dzie­siąt lat i - o ile nam wia­domo - nie boryka się z żad­nymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi, więc nie zna­la­zła się nawet na naszej liście "na wszelki wypa­dek". Gra w adap­ta­cji Pani Bovary, na litość boską. Widzia­łem ją w nie­dzielę wie­czo­rem na BBC. Emma poszła spać zaraz po roz­po­czę­ciu seansu. Powie­działa, że nie jest fanką Janice Roth­schild. Według mnie aktorka była świetna.

She­ila wstaje od biurka, by zadzwo­nić do Jeremy'ego.

Kelvin tele­fo­nuje do działu zdjęć:

- Może­cie nam prze­słać parę fotek Janice Roth­schild? I może kilka kadrów z Pani Bovary... Co? A, sorki, wła­śnie usły­sze­li­śmy, że zagi­nęła. Tak, wiem - tro­chę szok. Tak czy ina­czej... mogli­by­ście pode­słać też kilka zdjęć, na któ­rych jest z mężem? Tak na wszelki wypa­dek?

Jeremy Roth­schild to pre­zen­ter audy­cji radio­wej Today na ante­nie BBC Radio 4; on i Janice Roth­schild są mał­żeń­stwem od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Wcho­dzę na jego konto na Twit­te­rze, ale z tego, co widzę, od sie­dem­dzie­się­ciu dwóch godzin niczego nie opu­bli­ko­wał. Wszy­scy z działu nekro­lo­gów robią to samo co ja. Spraw­dzamy też Twit­tera Janice. Od trzech tygo­dni nie opu­bli­ko­wała żad­nego wpisu.

Jonty idzie zro­bić her­batę.

- Jest boska - mówi ze zło­ścią. - Serio nie wiem, co zro­bię, jeśli się okaże, że popeł­niła samo­bój­stwo. Chyba sam tego nie prze­żyję.

Zakła­dam słu­chawki. Nie jestem w sta­nie dłu­żej znieść uwag moich kole­gów. Kilka kolej­nych minut spę­dzam na prze­glą­da­niu wyni­ków wyszu­ki­wa­nia dla #Jani­ce­Ro­th­schild. To naprawdę wia­do­mość z ostat­niej chwili. Twe­ety na temat zagi­nię­cia Janice zaczęły się poja­wiać led­wie ponad pięć minut temu. Oglą­dam nie­mi­ło­sier­nie zabawny frag­ment Abso­lut­nie fan­ta­stycz­nych z jej gościn­nym udzia­łem oraz bar­dzo poru­sza­jący fil­mik, w któ­rym poko­nuje lęk wyso­ko­ści, by wspiąć się na pio­nową ścianę skalną w ramach akcji cha­ry­ta­tyw­nej Sport Relief. Jesz­cze zanim dotarła na szczyt, wszy­scy się popła­kali - nawet kame­rzy­sta.

Wygląda na to, że żaden z twe­etu­ją­cych nie ma poję­cia, dla­czego Janice znik­nęła. Szybko spraw­dzam nasze archi­wum, ale znaj­duję tylko jedną poten­cjalną wska­zówkę: zdję­cie, na któ­rym opusz­cza oddział psy­chia­tryczny. Zro­biono je dzie­więt­na­ście lat temu. Kilka tygo­dni po tym, jak Janice uro­dziła syna. Oprócz tego zdję­cia nie widzę żad­nego punktu zacze­pie­nia. Janice Roth­schild jest jedną z tych kobiet, które nie­ustan­nie try­skają opty­mi­zmem i sypią żar­tami jak z rękawa; aż chcia­łoby się z taką zaprzy­jaź­nić, gdy widzi się w tele­wi­zji jej potyczkę słowną z Gra­ha­mem Nor­to­nem. Ni­gdy nie przy­szłoby mi do głowy, że taka osoba może mieć pro­blemy.

She­ila wraca za biurko z dużą torebką owo­co­wych żel­ków Wine Gums. Mówi, że nie udało jej się skon­tak­to­wać z Jere­mym. Nie czę­stuje nikogo sło­dy­czami, tylko je odru­chowo w samot­no­ści.

- Nie proś mnie, żebym napi­sała jej nekro­log z wyprze­dze­niem - mówi po chwili She­ila. - Nie chcę maczać w tym pal­ców. Nie wie­rzę, że mogłaby popeł­nić samo­bój­stwo.

- Ale ty dobrze ją znasz - po chwili mil­cze­nia Kelvin pró­buje prze­ko­nać She­ilę do dzia­ła­nia. - To byłby tekst od serca.

- Wła­śnie dla­tego tego nie zro­bię - odpo­wiada rze­czo­wym tonem She­ila. - Nie mam zamiaru skre­ślać mojej zdro­wej naj­lep­szej przy­ja­ciółki.

Kelvin kiwa głową na znak, że rozu­mie. Jest sze­fem działu, a ja jego zastępcą, ale raczej nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że to She­ila kie­ruje tym dzia­łem.

Osta­tecz­nie to mnie przy­pada napi­sa­nie nekro­logu Janice Roth­schild, żeby­śmy mieli go w zapa­sie. Od razu zabie­ram się do roboty. Wiem, że moi kole­dzy po fachu z innych gazet są zaan­ga­żo­wani w to samo. Wszy­scy pra­cu­jemy pod pre­sją czasu, regu­lar­nie spraw­dza­jąc, czy nie zna­le­ziono zwłok aktorki.

Sta­ram się nie myśleć o tym, że She­ila odmó­wiła "skre­śle­nia" swo­jej przy­ja­ciółki. Czy to wła­śnie robię ja, pisząc nekro­log Emmy? Grze­bię ją za życia?

Sły­szę, że w tele­wi­zji ktoś ze sto­łecz­nej poli­cji potwier­dza poszu­ki­wa­nia zagi­nio­nej kobiety po pięć­dzie­siątce. Potem aktor, który nie ma poję­cia, gdzie jest Janice, mówi, że nie ma poję­cia, gdzie jest Janice.

She­ila bez prze­rwy wcina żelki i wysyła mnó­stwo ese­me­sów. Następ­nie oznaj­mia, że wycho­dzi.

- Idę poszu­kać lokalu, w któ­rym zaser­wują mi brandy o wpół do jede­na­stej - mówi. - Już dostaję od róż­nych świ­rów maile z ama­tor­skimi nekro­lo­gami Janice.

Ludzie rzadko mi wie­rzą, kiedy mówię, że w moim dziale jest naj­we­se­lej na całym pię­trze, ale to prawda. Nasze śmie­chy czę­sto iry­tują resztę kole­gów. Jak się nad tym zasta­no­wić, ma to sens. Sprawy bie­żące i poli­tyka to nie­przy­jemne dzie­dziny, w które mało kto tak naprawdę chce się zapusz­czać, pod­czas gdy my sku­piamy się na tym, by upa­mięt­nić nie­zwy­kłych ludzi. Zresztą nekro­logi kon­cen­trują się na życiu, nie na śmierci. Zawsze sku­piam się na cechach malo­wa­nego przeze mnie por­tretu: jego kolo­rach, bla­skach i cie­niach; nie­rów­nej struk­tu­rze. Jest w tym oczy­wi­ście szczypta smutku, ale nie za dużo. Nawet two­rze­nie nekro­lo­gów z wyprze­dze­niem (by mieć je w zapa­sie), jest zno­śne, jeśli osoba, o któ­rej piszę, miała dłu­gie życie.

Kiedy jed­nak wyprze­dza­jący fakty nekro­log sta­nowi przy­go­to­wa­nie się na śmierć, która nie powinna nadejść - tra­giczny wypa­dek samo­cho­dowy (po któ­rym pod szpi­ta­lem koczuje horda dzien­ni­ka­rzy), rak w fazie ter­mi­nal­nej, gdy nikt nie spo­dzie­wał się podob­nej dia­gnozy, czy też nie­wy­ja­śnione zagi­nię­cie - to naj­gor­sza część mojej pracy.

Zwłasz­cza wtedy, gdy cze­kam na wizytę u hema­to­loga wła­snej żony.

W porze lun­chu She­ili w końcu udaje się skon­tak­to­wać z Jere­mym. Szybko odcho­dzi od biurka i wraca dopiero po dłuż­szej chwili.

- Żad­nych kon­kre­tów - mówi. - To jeden z akto­rów gra­ją­cych w sztuce Janice się wysy­pał. Zaczął mówić o jej zagi­nię­ciu w pubie, jakby nie wie­dział, że plota zaraz rozej­dzie się po całym Lon­dy­nie jak zaraza. Dom Jeremy'ego ota­czają tłumy dzien­ni­ka­rzy. Jak się pew­nie domy­śla­cie, jest wście­kły.

Prę­dzej rzu­cił­bym się pod pędzący auto­bus, niż odwa­żył pod­paść Jeremy'emu Roth­schil­dowi. Ten facet to skarb naro­dowy, jed­nak łatwość, z jaką miaż­dży poli­ty­ków, jest naprawdę nie­po­ko­jąca. Raz nawet ude­rzył papa­raz­ziego, choć to aku­rat potra­fię zro­zu­mieć.

- Nie ma poję­cia, gdzie jest Janice - potwier­dza She­ila, sia­da­jąc. - Trzy dni temu po pro­stu wyszła z domu do pracy. Ma próby w Cecil Sharp House w Cam­den i podobno zwy­kle pro­du­cenci wysy­łają po nią samo­chód, ale tego dnia chciała popro­wa­dzić, więc sama przy­je­chała do pracy. Próba szła dobrze i wyglą­dało na to, że z Janice też wszystko było w porządku. Potem poszła do toa­lety i już nie wró­ciła. Jej samo­chód został odho­lo­wany. Raczej nie poje­chała metrem - kamery jej nie zare­je­stro­wały.

- No ale prze­cież to Cam­den - wska­zuje Jonty. - Tam wszę­dzie jest moni­to­ring, prawda?

- Prim­rose Hill jest na końcu Cam­den. Przy Regent's Park. Tam nie ma pra­wie żad­nych kamer.

Kelvin rzuca mi bar­dzo wymowne spoj­rze­nie. Chce wie­dzieć, czy wstępny nekro­log Janice jest gotowy. Nie­chęt­nie kiwam głową. She­ila nas obser­wuje, ale nic nie mówi. Wie, że to nie­unik­nione.

- Znajdą ją - mówi. - Na pewno nic jej się nie stało. Nie wie­rzę w tę histo­ryjkę o depre­sji. Kilka tygo­dni temu jadłam z nimi kola­cję. Janice tro­chę wypiła, ale ja też. Śpie­wa­ły­śmy pio­senki Queen do dru­giej nad ranem. Tak, wiem, totalna kom­pro­mi­ta­cja, ale Janice była w dobrej for­mie.

- Żad­nych napięć w związku? - pyta Jonty. - Nie myślisz, że mogła zosta­wić męża?

- Nie, nie myślę - odpo­wiada She­ila, a w jej gło­sie sły­chać ostrze­gaw­czą nutę.

Nie­stety Jonty nie wychwy­tuje ostrze­że­nia.

- Czyli nie zauwa­ży­łaś, żeby cokol­wiek było nie tak?

- Nie - odwar­kuje She­ila, uci­na­jąc w ten spo­sób temat.

Patrzę, jak porząd­kuje biurko, wyrzuca ostat­nie żelki do kosza oraz na prze­mian unosi i opusz­cza ramiona. Naj­wy­raź­niej stara się powścią­gnąć emo­cje, póki nie dowie się wię­cej o losie przy­ja­ciółki. Jest jedną z nie­wielu zna­nych mi osób, które potra­fią świet­nie nad sobą zapa­no­wać.

She­ila jest tylko jakieś dzie­sięć lat star­sza ode mnie, ale w prze­szło­ści zaj­mo­wała wyso­kie sta­no­wi­ska zarówno w MI5, jak i w służ­bie dyplo­ma­tycz­nej. Ku mojej wiel­kiej rado­ści to mnie wybrała na kogoś w rodzaju swo­jego kom­pana od kie­liszka, gdy kilka lat temu dołą­czyła do naszego zespołu. Wypady z She­ilą na lunch do Plum­bers' Arms wciąż sta­no­wią naj­przy­jem­niej­szą część mojego dnia pracy. Potrafi wypić trzy kufle piwa w ciągu godziny, pozo­sta­jąc przy tym naj­bar­dziej trzeźwo myślącą osobą w towa­rzy­stwie.

Nikt do końca nie wie, jakim cudem i dla­czego przy­szła do nas do pracy, ale mam prze­czu­cie, że pew­nego dnia po pro­stu znik­nie - tak szybko i tajem­ni­czo, jak się poja­wiła. Rano przy jej biurku zasta­niemy kogoś nowego. Pozo­sta­nie mi wtedy zasta­na­wiać się do końca życia, gdzie się podziewa i co pora­bia. Sta­wiam na to, że będzie kie­ro­wała wie­lo­mi­liar­do­wym kar­te­lem nar­ko­ty­ko­wym, jeź­dziła opan­ce­rzo­nym humvee i miała w kie­szeni paru pre­zy­den­tów oraz monar­chów.

- A tak przy oka­zji - mówi, gdy znów wszy­scy wle­piamy wzrok w nasze ekrany - wczo­raj widzia­łam Emmę.

- Tak?

She­ila ma w zwy­czaju prze­ska­ki­wa­nie z tematu na temat, kiedy czło­wiek naj­mniej się tego spo­dziewa. Na kole­giach redak­cyj­nych zawsze zosta­wia nas daleko w tyle.

- Wyglą­dała na zde­ner­wo­waną. To oczy­wi­ście nie moja sprawa... po pro­stu mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku.

Emma nic mi o tym nie mówiła.

- Przej­muje się, bo cią­gle czeka na wyniki badań - impro­wi­zuję, ponie­waż nie chcę, by kto­kol­wiek w pracy wie­dział o mojej żonie wię­cej niż ja sam. - Dzi­siaj po połu­dniu mamy wizytę u hema­to­loga.

Wła­śnie zaczy­nam pisać wia­do­mość do Emmy, by upew­nić się, czy wszystko z nią w porządku, gdy She­ila znów się odzywa:

- Była na dworcu Water­loo.

- No tak. Dwa dni w tygo­dniu pra­cuje w Ply­mo­uth - mówię, nie pod­no­sząc wzroku.

Tyle tylko, że She­ila o tym wie. Kilka dni temu roz­ma­wia­li­śmy o dłu­gich dojaz­dach Emmy do pracy.

- Dla­tego zdzi­wi­łam się, kiedy zoba­czy­łam ją na tym dworcu. Czy pociągi do Ply­mo­uth nie odjeż­dżają z Pad­ding­ton Sta­tion?

Prze­ry­wam pisa­nie, by prze­tra­wić jej słowa.

- Rze­czy­wi­ście, masz rację. - przy­znaję. - Wczo­raj pro­wa­dziła bada­nia tere­nowe w Dor­set. Stąd Water­loo.

Co dziwne, wie­czo­rem Emma nie wspo­mniała ani sło­wem o swo­jej podróży. Dla­tego zapo­mnia­łem zapy­tać, jak jej poszło.

- O! Jak miło - mówi She­ila. Jej głos jest teraz przy­ja­zny, jak­by­śmy sie­dzieli w pubie. - A gdzie w Dor­set? Uwiel­biam tam­tej­sze wybrzeże.

To nie tylko iry­tu­jące, ale też bar­dzo nie­po­dobne do She­ili.

- Nie pamię­tam, gdzie dokład­nie. Jej kole­żanka po fachu zbiera tam próbki fito­plank­tonu.

- Pew­nie gdzieś w oko­licy portu Poole - suge­ruje She­ila, kiwa­jąc głową.

Co pro­szę? Do tego wszyst­kiego zna się na cho­ler­nym fito­plank­to­nie?!

- Widzia­łam ją dość póź­nym ran­kiem - dodaje z oso­bli­wym uśmie­chem, w któ­rym prze­bija współ­czu­cie, po czym wraca do swo­jego moni­tora.

Jonty pod­nosi wzrok znad biurka. On też zwró­cił uwagę na zacho­wa­nie She­ili.

O co jej cho­dzi? Co kom­bi­nuje? Czę­sto w pubie poru­szam z She­ilą temat Emmy w ramach sze­roko poję­tych roz­mów o życiu rodzin­nym, ale przed chwilą... to było coś innego. Czu­łem się tro­chę jak na prze­słu­cha­niu (założę się, że w MI5 She­ila wcale nie pra­co­wała za biur­kiem). Jest uprzejma, a jej ton przy­ja­zny, ale w wypo­wie­dzi mojej kole­żanki wyczu­wam coś, co mi się nie podoba: dru­gie dno. Pod­tekst, któ­rego nie rozu­miem.

- Wspo­mniała coś o tym, że fito­plank­ton codzien­nie migruje na głę­bo­kie wody - mówię w końcu. - Z tego, co rozu­miem, cze­kała, aż to nastąpi.

Nie wspo­mi­nam She­ili o tym, że ostat­nio Emma czę­sto traci poczu­cie czasu, co bywa u niej zapo­wie­dzią depre­sji. To nie jej sprawa. Zresztą wygląda na to, że nasza roz­mowa dobie­gła końca.

O trze­ciej wstaję od biurka, by zdą­żyć na wizytę w szpi­talu. Nikt za bar­dzo nie wie, co mi powie­dzieć.

- Powo­dze­nia! - woła She­ila, gdy jestem w drzwiach. - Trzy­mam kciuki.

Rozdział piąty

Leo

Na ogół nie lubię słu­chać, jak ludzie narze­kają na publiczną służbę zdro­wia, ale teraz, kiedy cze­kamy od sześć­dzie­się­ciu pię­ciu minut na wezwa­nie do gabi­netu dok­tora Moru, krew mnie zalewa. Pró­buję prze­czy­tać nekro­log byłego posła do par­la­mentu przy­słany przez jed­nego z naszych współ­pra­cow­ni­ków z West­min­steru, ale jestem zbyt prze­jęty i wku­rzony, by się skon­cen­tro­wać. Za to w wyci­szo­nym tele­wi­zo­rze zawie­szo­nym na ścia­nie pocze­kalni mogę obej­rzeć mate­riał nagrany spod domu Roth­schil­dów - pięk­nego gre­go­riań­skiego sze­re­gowca w High­bury - ale abso­lut­nie nic się nie dzieje.

Obok mnie sie­dzi Emma i w ciszy prze­gląda coś na tele­fo­nie.

Jej włosy są teraz dłu­gie pra­wie na dwa cale. Zawsze miała dość krótką fry­zurę. Fali­ste włosy, któ­rych koń­cówki przy­le­gały do linii szczęki. Minie wiele mie­sięcy, zanim znów osią­gną tę dłu­gość. Widzę, że dziś ma w nich czarne wsuwki. Jest piękna. Nawet po mie­sią­cach pod­tru­wa­nia Emmy lekami, naświe­tla­niu jej ciała zabój­czym pro­mie­nio­wa­niem, jak rów­nież nie­zli­czo­nych bada­niach krwi, morzu wyla­nych łez, pier­dy­liar­dzie wyko­na­nych tele­fo­nów i cią­głych prób ukry­cia prze­ra­że­nia wciąż jest piękna.

Pochy­lam się, by to powie­dzieć, ale mój wzrok przy­kuwa ekran jej tele­fonu.

- Co to ma być, do cho­lery? - szep­czę.

Sie­dzi na Ama­zo­nie i ogląda trumny.

- Jeśli umrę, chcę mieć trumnę z wikliny - szep­cze. - I natu­ralny pochó­wek.

Spa­ra­li­żo­wany stra­chem wpa­truję się w jej tele­fon. Wikli­nowa trumna, na którą patrzy Emma, kosz­tuje nie­całe pięć­set fun­tów i na potrzeby aukcji została sfo­to­gra­fo­wana w sło­neczny dzień pośród dzwon­ków i drzew z bukie­tem polnych kwia­tów na wieku.

- Emma, nie! - mówię. - Prze­stań!

- Jest pod­szyta bawełną orga­niczną - mówi ase­ku­rancko. - Zresztą nie­ważne. Tak tylko patrzę... nic mi nie będzie.

- Emma - szep­czę, pocie­ra­jąc sobie ener­gicz­nie czoło. - Pro­szę cię, nie rób tego.

- Wszy­scy kie­dyś umrzemy, a skoro tak, lepiej być na to przy­go­to­wa­nym.

- Nie... No dobrze, OK. Rób, co uwa­żasz.

Czuję gorącą pustkę w klatce pier­sio­wej. Naprawdę mogę stra­cić moją uko­chaną żonę. Mogę stra­cić Emmę.

Odga­du­jąc praw­do­po­dob­nie moje myśli, odkłada tele­fon i bie­rze mnie za rękę. Tyle tylko, że ja już dłu­żej tego nie zniosę. Ile można cze­kać.

Aku­rat kiedy pod­cho­dzę do recep­cji gotowy wybuch­nąć, wywo­łują jej nazwi­sko.

Rozdział szósty

Emma

Problem z okła­my­wa­niem męża polega na tym, że to wszystko zmie­nia i zara­zem nie zmie­nia niczego.

Kocham Leo. Nie na pół gwizdka i nie warun­kowo; to praw­dziwa miłość, sta­no­wiąca część mojego bio­lo­gicz­nego funk­cjo­no­wa­nia - podob­nie jak wątroba czy śle­dziona. Uwiel­biam jego leoizmy: dziwne prze­ką­ski, które dla sie­bie przy­go­to­wuje, skru­pu­lat­ność, z jaką składa czy­ste ubra­nia, i spę­dza­nie całych godzin na pró­bach zagra­nia pierw­szych tak­tów The Way It Is Bruce'a Hornsby'ego na sta­rym pia­ni­nie mojej babci. Jak patrzy na mnie znad dłu­giego nosa, kiedy leżymy w łóżku, i jak wymy­śla spro­śne lime­ryki, które recy­tuje tak, jakby czy­tał pro­gnozę pogody.

Myślę, że nie prze­sa­dzę, gdy stwier­dzę, że oca­lił mi życie.

Kiedy byłam w ciąży z Ruby, przy­ja­ciele ostrze­gali mnie, że rodzi­ciel­stwo szybko przy­gasi nasze pło­mienne uczu­cie. Gdy mała przy­szła na świat, szybko zro­zu­mia­łam, co mieli na myśli: chaos, brak snu, poczu­cie nie­na­dą­ża­nia - zawsze i ze wszyst­kim - oraz nie­do­syt "doro­słych" roz­mów i intym­no­ści. Jed­nak po tym pierw­szym roku mia­łam pew­ność (więk­szą niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej), że Leo to naj­wspa­nial­szy męż­czy­zna, jakiego w życiu spo­tka­łam. Dali­śmy radę w obli­czu mojej dia­gnozy i depre­sji popo­ro­do­wej. Mimo wielu prze­ciw­no­ści wciąż byli­śmy razem, patrzy­li­śmy w jed­nym kie­runku i przez życie szli­śmy ramię w ramię. Jeśli przed snem nie pada­li­śmy ze zmę­cze­nia, wciąż potra­fi­li­śmy śmiać się do roz­puku. Wciąż cało­wa­li­śmy się tak, jak­by­śmy dopiero się w sobie zako­chi­wali.

W tam­tym cza­sie bar­dzo chcia­łam wyznać mu prawdę, bo zale­żało mi na tym, by wie­dział, z jaką kobietą się oże­nił.

Jed­nak nie mogłam się na to zdo­być. Powód był taki sam jak zawsze: Leo ni­gdy by się z tym nie pogo­dził. Ni­gdy. Zapewne ist­nieje garstka męż­czyzn, któ­rzy byliby do tego zdolni, ale mój mąż do nich nie nale­żał.

Nawet gdyby był inną osobą, z mniej skom­pli­ko­waną prze­szło­ścią, gotową wyba­czyć mi to, co zro­bi­łam, ni­gdy przeni­gdy nie daro­wałby mi, że pró­bo­wa­łam to ukryć. Na pewno by nie daro­wał. Leo był okła­my­wany od koły­ski i dla­tego teraz nie tole­ruje nie­uczci­wo­ści w żad­nej for­mie. W zeszłym roku zwol­nił naszą nia­nię, ponie­waż powie­działa, że zabrała Ruby do parku, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści poszła z nią do swo­jego chło­paka. Zanim wró­ci­łam z pracy, zdą­żył zapła­cić kon­sul­tan­towi do spraw zarzą­dza­nia zaso­bami ludz­kimi, by usta­lił, czy takie oszu­stwo opie­kunki sta­nowi rażące naru­sze­nie obo­wiąz­ków, po czym wyrzu­cił dziew­czynę za drzwi.

To była słuszna decy­zja. Nie powie­rzy­li­by­śmy ponow­nie opieki nad Ruby komuś nie­god­nemu zaufa­nia. Jed­nak ogromny gniew Leo w reak­cji na to, co się stało, zga­sił we mnie ostat­nią iskierkę nadziei na to, że pew­nego dnia będę mogła powie­dzieć mu prawdę.

- Mam dobrą wia­do­mość! - mówi do nas od progu roz­pro­mie­niony dok­tor Moru, kiedy ledwo prze­kra­czamy próg jego gabi­netu. Jest pro­fe­sjo­na­li­stą, ale bez zawa­ha­nia przy­tula mnie na powi­ta­nie.

- Wszystko ze mną w porządku? Wszystko dobrze?

- Wszystko dobrze. Przy­naj­mniej na razie.

- O rany, dzięki Bogu - szep­cze Leo.

Odsuwa deli­kat­nie dok­tora Moru i przy­ciąga mnie do sie­bie. Obej­mu­jemy się mocno.

- Wyniki bada­nia PET i ponow­nej biop­sji wyglą­dają dobrze. Krew też jest w porządku - Moru siada spo­koj­nie za biur­kiem, jakby wcale nie porwał przed chwilą swo­jej pacjentki w ramiona. Zaczyna opo­wia­dać o dal­szym pla­nie lecze­nia, ale szybko prze­staje, ponie­waż Leo wyciąga chu­s­teczki z pudełka leżą­cego na biurku i mocno przy­ci­ska je do oczu.

Trzy­mam męża za rękę, a on powoli docho­dzi do sie­bie. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że się boi, ale nie mia­łam poję­cia jak bar­dzo. Ten upust emo­cji daje mi teraz dużo do myśle­nia. Serce się kraje na widok jego skry­wa­nej dotąd głę­bo­kiej udręki.

- Prze­pra­szam - mówi nor­mal­nym gło­sem, jakby po jego policz­kach nie spły­wały obfi­cie łzy. - Pro­szę nie zwra­cać na mnie uwagi.

Dok­tor Moru oznaj­mia, że na­dal będą moni­to­ro­wać stan mojego zdro­wia w sze­ścio­mie­sięcz­nych odstę­pach czasu, ale na razie możemy pozwo­lić sobie na odro­binę opty­mi­zmu.

- Powinna pani opi­sać swoje doświad­cze­nia na Face­bo­oku - suge­ruje weso­łym tonem dok­tor Moru. Kie­dyś sam otwar­cie przy­znał, że wyszu­kał mnie na fej­sie. - Pani fani na pewno byliby zachwy­ceni!

Od czasu pierw­szej dia­gnozy prze­czy­ta­łam mnó­stwo pamięt­ni­ków o zma­ga­niach z cho­robą nowo­two­rową; nie­które zostały napi­sane w cudow­nej kra­inie zwa­nej oca­le­niem, inne koń­czyły się nagle kil­koma sło­wami od pogrą­żo­nych w żało­bie bli­skich. Część opo­wia­dała o pro­ce­sie ozdro­wie­nia i samo­roz­woju, ale były też inne, o smutku i cier­pie­niu. Nato­miast wszyst­kie, bez wyjątku, mówiły o miło­ści. O tym, jak będąc jedną nogą na tam­tym świe­cie, zwra­camy się ku ludziom i rze­czom, któ­rzy liczą się dla nas naj­bar­dziej, aby ze spo­ko­jem i odwagą sta­wić czoło śmierci.

Pra­wem dość wsty­dli­wego kon­tra­stu moja "wędrówka nowo­two­rowa" roz­po­częła się cztery lata wcze­śniej od ponow­nego pod­sy­ce­nia obse­sji, która może zakoń­czyć moje mał­żeń­stwo. Obse­sji pod­szy­tej obawą o zde­ma­sko­wa­nie oraz głę­bo­kim żalem. Cze­goś takiego ni­gdy nie mogła­bym prze­lać na papier ani opi­sać na Face­bo­oku czy gdzie­kol­wiek indziej.

Nie jedziemy od razu do żłobka po Ruby. Zatrzy­mu­jemy się na wino w pubie na South End Green. Zama­wiam deskę serów i zaja­damy się nimi z deter­mi­na­cją, która naj­pew­niej wpra­wia postron­nych obser­wa­to­rów w zaże­no­wa­nie.

Nie mogę prze­stać się uśmie­chać, bo wyobra­żam sobie, że gdzieś tam, na szkiełku mikro­sko­po­wym, znaj­duje się mój roz­ma­zany mate­riał komór­kowy. Wpro­wa­dzony do bazy danych i zapo­mniany. Wolny od paskud­nych, inwa­zyj­nych komó­rek. Cie­kawe, że nawet pomimo tak wspa­nia­łego obra­zo­wa­nia, z jakiego korzy­stamy w dzi­siej­szych cza­sach, chło­niak nie­ziar­ni­czy z komó­rek B wciąż wygląda paskud­nie.

- Co teraz zamie­rzasz? - odzywa się Leo, uśmie­cha­jąc się do mnie. Jest prze­szczę­śliwy. Tak samo jak ja.

Pytam, co ma na myśli.

- Pamię­tasz, jak mówi­łaś, że masz mnó­stwo pla­nów, więc jeśli uda ci się poko­nać tego dra­nia, chcia­ła­byś zro­bić jesz­cze nie­jedno?

Myślę o tym przez chwilę. Tak naprawdę chcę się sku­pić na kocha­niu męża i córki. I to wła­śnie mówię.

Leo całuje mnie. Raz, a potem drugi. Zauwa­żam, że przy sto­liku w rogu sie­dzi star­sza kobieta. Uśmie­cha się do nas, a ja odwza­jem­niam uśmiech. "To mój mąż" - mam ochotę jej powie­dzieć. Star­sze panie zawsze uśmie­chają się do Leo. Myślę, że to przez te jego nie­sa­mo­wi­cie dłu­gie rzęsy. A może cho­dzi o to, jak jego usta natu­ral­nie uno­szą się w kąci­kach, jakby pró­bo­wał stłu­mić śmiech?

- Podoba mi się ten plan - mówi. - Ale co z twoim kra­bem? Nie chcia­ła­byś wresz­cie jakie­goś dorwać?

Uśmie­cham się.

- No jasne! Teraz, kiedy nie muszę cią­gle latać do szpi­tala, po pro­stu pojadę do Nor­thum­ber­land i znajdę całe sku­pi­sko. Nor­mal­nie bułka z masłem.

- Cha, cha, tylko się nie zaga­lo­puj - odpo­wiada, po czym gestem prosi bar­mana o kolejne dwa kie­liszki wina.

Pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu, pod­czas stu­diów licen­cjac­kich, zna­la­złam mar­twego kraba na plaży w Nor­thum­ber­land. Sfo­to­gra­fo­wa­łam go, wyczu­wa­jąc, że jest w nim coś nie­ty­po­wego. Jed­nak spa­cer po plaży przy­brał nie­ocze­ki­wany obrót i wylą­do­wa­łam w szpi­talu. Minęło kilka lat, zanim odna­la­złam i wywo­ła­łam film z tam­tego dnia.

Kiedy w końcu trzy­ma­łam w ręku zdję­cie "mojego kraba", stu­dio­wa­łam już bio­lo­gię mor­ską na Uni­wer­sy­te­cie Ply­mo­uth. Zanio­słam je do mojej opie­kunki nauko­wej, eks­pertki od dzie­się­cio­no­gów.

Naj­pierw patrzyła na zdję­cie przez dłuż­szy czas, a potem zdjęła oku­lary i powie­działa:

- Dobry Boże.

Opo­wie­działa mi o pew­nym gatunku kraba, nale­żą­cym do rodziny Grap­si­dae i pocho­dzą­cym z Japo­nii, który praw­do­po­dob­nie poja­wił się w Euro­pie za sprawą zrzutu wody bala­sto­wej prze­wo­żo­nej przez japoń­ski kon­te­ne­ro­wiec. Jego pierw­szy przed­sta­wi­ciel został zna­le­ziony w La Rochelle w 1993 roku. W kolej­nych latach gatu­nek ten roz­prze­strze­nił się wzdłuż wybrzeży Fran­cji i Hisz­pa­nii. Zna­lazł się nawet w wodach skan­dy­naw­skich.

- Ale nie dotarł jesz­cze do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Chyba że pięć lat temu zna­la­zła pani pierw­szego osob­nika - wyja­śniła.

Krab, o któ­rym mowa, nazywa się Hemi­grap­sus taka­noi.

- Poza tym ten tutaj ma odmienne cechy feno­ty­powe - dodała, marsz­cząc brwi. Kilka bar­dzo nie­ty­po­wych cech.

Poka­zała mi, że Hemi­grap­sus taka­noi ma na szczyp­cach wło­ski - szcze­cinki - ale nie na całych, kolo­rowe plamki na kara­pak­sie i trzy wyraź­nie widoczne kolce na obu kra­wę­dziach przed­nio-bocz­nych.

- Ale pani krab ma cztery. Pro­szę spoj­rzeć! Cztery kolce! Szcze­cinki pokry­wają całe szczypce, a plamki są czer­wone, czego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam. To może być bar­dzo ważne odkry­cie.

Opie­kunka naukowa doda­wała mój adres "do wia­do­mo­ści" w mailach z kur­su­ją­cych mię­dzy nią a jej kole­gami z całego świata, spe­cja­li­zu­ją­cymi się w dzie­się­cio­no­gach. Choć nie­wiele rozu­mia­łam z tej kore­spon­den­cji, wszy­scy naj­wy­raź­niej zga­dzali się co do jed­nego: naj­praw­do­po­dob­niej przy­pad­kowo natknę­łam się na odmienny feno­typ Hemi­grap­sus taka­noi. Feno­typ odmienny na tyle, że mógł zostać uznany za odrębny, nowy gatu­nek.

Cał­kiem nie­źle jak na stu­dentkę.

Wkrótce potem wró­ci­łam na wybrzeże Nor­thum­ber­land. Nic nie zna­la­złam, jed­nak to mnie nie znie­chę­ciło. Wra­ca­łam wie­lo­krot­nie. Byłam tam chyba ze czter­dzie­ści, jeśli nie pięć­dzie­siąt razy. Przez lata prze­cze­sy­wa­łam pia­ski Aln­mo­uth, Boul­mer i nie tylko. Opie­kunka naukowa pod­po­wie­działa mi, że jeśli to naprawdę nowy gatu­nek, do ewo­lu­cji mogło dojść jedy­nie w cał­ko­wi­tej izo­la­cji, z dala od Hemi­grap­sus taka­noi zamiesz­ku­ją­cych Morze Pół­nocne.

Prze­szu­ka­łam więc każdą zaciszną zatoczkę, każdy nie­do­stępny ska­li­sty brzeg mię­dzy High Hau­xley i Ber­wick, jed­nak nie zna­la­złam dru­giego takiego kraba.

Mimo wszystko na­dal tam jeż­dżę. Kiedy mam zły nastrój, wła­śnie to robię; Leo zawsze mnie do tego zachę­cał. Mel­duję się w maleń­kim pen­sjo­na­cie w Aln­mo­uth i tylko cho­dzę i szu­kam. Cho­dzę i szu­kam. Pro­wa­dzę też wła­sne bada­nia w Ply­mo­uth - nie pod­dam się. Znajdę "mojego kraba", jak nazywa go Leo. W końcu go znajdę.

- Masz rację - odry­wam ostatni kawa­łek tun­wor­tha i podaję go Leo, który pożera ser pro­sto z noża. - Całe wieki tam nie byłam. Musimy się zasta­no­wić, kiedy mogę poje­chać.

Doja­dam kra­kersa, mimo że mam już pełny brzuch.

- A może poje­dziemy tam we trójkę? Ruby nie prze­ży­łaby moich sza­lo­nych spa­ce­rów, ale ty i ona mogli­by­ście sobie popla­żo­wać - pro­po­nuję.

Leo połyka kawa­łek sera i obli­zuje palce.

- Świetny pomysł. Tak zróbmy. A co tam, do cho­lery, pojedźmy w przy­szłym tygo­dniu! Muszę wziąć tro­chę urlopu, zanim stracę do niego prawo.

- Ja... może, może. Muszę spraw­dzić, czy mogę. No wiesz, praca. Ale nawet jeśli nie w przy­szłym tygo­dniu, to w następ­nym... w każ­dym razie nie­długo.

Nie zauwa­żył paniki w moim gło­sie. Jest zbyt szczę­śliwy.

Obje­dzeni serem odbie­ramy Ruby ze żłobka i kie­ru­jemy się w stronę naszej ulu­bio­nej (przy­naj­mniej latem) miej­scówki w parku Hamp­stead Heath, gdzie Lon­dyn zdaje się opa­dać w kie­runku sza­ra­wego hory­zontu, a długa trawa ofe­ruje trzy­latce nie­zli­czone przy­gody. Tłu­ma­czę Ruby, że nie muszę już cho­dzić do szpi­tala po spe­cjalne lekar­stwa, na co ona mówi mi, że jest żukiem o imie­niu Pan Zbuk.

Leo cyka nam parę fotek. Robi to czę­sto, od kiedy pierw­szy raz zdia­gno­zo­wano u mnie nowo­twór. Na chło­nia­ko­wej gru­pie na Face­bo­oku wszy­scy narze­kają, że rodzina cały czas robi im zdję­cia, jak­by­śmy nie rozu­mieli pod­tek­stu. Ale jak możemy im tego zabra­niać? Jeśli umrzemy, to nie nas, a wła­śnie te obrazy będą mogli przy­tu­lić do serca.

Po uśpie­niu Ruby sia­damy w ogro­dzie i pijemy wię­cej wina. Leo mówi mi, jak bar­dzo mu ulżyło. Czuję, że żyję i moje życie jest cenne. Czuję się kochana. Czuję się nawet piękna, co ozna­cza, że jestem pijana. Leo gra cicho na swoim banjo, powoli opa­da­jąc z sił. Za pięć dzie­siąta leży już twa­rzą w tra­wie i smacz­nie śpi. Nie jest to rzadki widok. W naszą noc poślubną zasnął zaraz po dzie­sią­tej.

Wysy­łam dobre wie­ści moim przy­ja­cio­łom i kole­gom, bratu i rodzi­com Leo. Piszę też do Jill - mojej byłej współ­lo­ka­torki i przy­ja­ciółki, którą znam naj­dłu­żej. Leżę na ple­cach i spo­glą­dam w niebo. Wpa­truję się w poma­rań­czową łunę miej­ską - zanie­czysz­cze­nie świa­tłem - aż zanika wysoko na atra­men­to­wym nie­bie, na któ­rym widać tylko jedną gwiazdę. Na mój tele­fon przy­cho­dzi mnó­stwo wia­do­mo­ści wyra­ża­ją­cych ulgę. Poja­wiają się kolejne gwiazdy, coraz dalej i dalej; odle­głe, maleń­kie plamki.

Myślę o moim ojcu, który był kape­la­nem woj­sko­wym. Poka­zał mi Wielki Wóz tuż przed tym, jak został wysłany ze swoją bry­gadą na Mont­ser­rat, gdy wybuchł tam wul­kan. Po powro­cie powie­dział mi, że misja prze­bie­gła pomyśl­nie, ale nie chciał wra­cać do naszych roz­mów o astro­no­mii. Czę­sto patrzył w niebo, lecz rzadko się przy tym odzy­wał.

Wcho­dzę do domu, żeby spraw­dzić, czy Ruby oddy­cha, i wra­cam na zewnątrz z kocem dla Leo (to samo musia­łam zro­bić w noc poślubną, kiedy zna­la­złam go drze­mią­cego w kącie, pod­czas gdy nasi goście tań­czyli).

Kiedy nie mam już żad­nych innych zadań do wyko­na­nia, wtedy zbie­ram się na odwagę, by pomy­śleć o pew­nym tele­fo­nie.

Wła­śnie z tego powodu sta­nę­łam wczo­raj jak wryta na dworcu Water­loo, z nie­do­pitą kawą w ręku, pośród tłumu ludzi dojeż­dża­ją­cych do pracy. Jego głos wyda­wał się odle­gły, jakby dzwo­nił z góry odda­lo­nej o tysiące mil.

Popro­si­łam go, żeby powtó­rzył swoje słowa, ale dobrze wie­dział, że usły­sza­łam go za pierw­szym razem.

Nie byłam w sta­nie się ruszyć. Zła­pa­nie pociągu do portu Poole prze­stało mieć zna­cze­nie. Tablica odjaz­dów stale się aktu­ali­zo­wała, tłum ludzi stale się kur­czył, a ja sta­łam nie­ru­chomo pośrodku tego wszyst­kiego.

Wyszłam stam­tąd dopiero po tele­fo­nie Jill.

"Może zro­bić się gorąco - powie­działa. - Powin­naś się na to przy­go­to­wać".

Poje­cha­łam więc szybko do domu - zanim Leo wró­cił z pracy - by opróż­nić swoją teczkę.

Tak na wszelki wypa­dek.

Upchnę­łam zawar­tość teczki do sta­rej torby na zakupy i poło­ży­łam ją w rogu jadalni - jak naj­da­lej od drzwi - czyli tam, gdzie Leo ni­gdy by nie zaj­rzał.

Nie to, żeby kie­dy­kol­wiek chciał szu­kać.

Jakieś trzy­dzie­ści sześć godzin póź­niej, jako kobieta wolna od nowo­tworu, sie­dzę w przy­jem­nej ciem­no­ści ogrodu i czy­tam ponow­nie wia­do­mo­ści, które wysłał do mnie po roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej. Przed ich usu­nię­ciem zro­bi­łam zrzut ekranu, który ukry­łam w cze­lu­ściach tele­fonu.

Nie myśl sobie, że tak to zosta­wię - napi­sał. - Nie zamie­rzam. Muszę się z tobą zoba­czyć. Oko w oko.

A potem, kiedy nie odpi­sa­łam:

Nie żar­tuję. Przyjdę do cie­bie do domu, jeśli będę musiał.

Star­sza kobieta po sąsiedzku myje zęby w oknie swo­jej łazienki. Spo­gląda na ciemną plą­ta­ninę drzew roz­cią­ga­jącą się mię­dzy naszymi ogro­dami. Widać, że jest pogrą­żona w myślach o innych cza­sach. Może o innym życiu?

Nie powin­nam... nie mogę się z nim zoba­czyć. Prze­cież dobrze to wiem. Zbyt duże ryzyko.

A jed­nak...

OK - odpo­wia­dam kilka minut póź­niej. - Spo­tkajmy się.