Miłość, Medycyna i Cuda - Bernie S. Siegel

-
Proszę czekać

Refleksje i przemyślenia na temat książki Miłość, medycyna i cuda

Jest kilka kwe­stii, któ­rymi chciał­bym się z wami podzie­lić, a które przy­szły mi do głowy już po napi­sa­niu tej książki.

W 1989 roku zakoń­czy­łem swoją prak­tykę chi­rur­giczną, ponie­waż coraz wię­cej pra­cow­ni­ków służby zdro­wia było już wtedy skłon­nych wysłu­chać mojego prze­sła­nia. Kiedy zro­zu­mieli, że moja praca ma pod­stawy naukowe, byli gotowi ją zaak­cep­to­wać. Nie musia­łem się w końcu tłu­ma­czyć i mogłem zacząć dzie­lić się swoim doświad­cze­niem oraz poma­gać innym dzięki zdo­by­tej wie­dzy. Dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej - jeśli w ogóle mnie słu­chali - naj­czę­ściej dys­ku­to­wali o słusz­no­ści tego, co mówi­łem. Wystę­po­wa­łem w róż­nych pro­gra­mach typu talk show - sta­no­wi­łem bowiem dosko­nałe źró­dło kon­flik­tów i kon­tro­wer­sji. Moje wypo­wie­dzi na temat roli cho­roby w życiu czło­wieka były czę­sto źle rozu­miane. Poświę­ca­łem sporo czasu na bro­nie­nie się i wyja­śnia­nie, co mia­łem na myśli. Chcia­łem zwró­cić uwagę na fakt, że cho­roba ma wpływ na życie czło­wieka nie tylko w wymia­rze fizycz­nym. Nie­któ­rzy ludzie odno­sili korzy­ści z cho­roby, ponie­waż uzmy­sła­wiała im ona ich wła­sną śmier­tel­ność i prze­mi­jal­ność, dając swo­bodę życia wła­snym życiem. Ale skoro wszy­scy jeste­śmy śmier­telni, to dla­czego nie­któ­rzy ludzie musieli zacho­ro­wać, aby zaznać tej moż­li­wo­ści życia swoim wyjąt­ko­wym życiem? Dla­czego musieli doświad­czyć tego typu skut­ków ubocz­nych?

Obec­nie pra­cow­nicy służby zdro­wia i gospo­da­rze pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych zwra­cają się do mnie zazwy­czaj z prośbą o udzie­le­nie infor­ma­cji. Czę­ściej jestem teraz źró­dłem inspi­ra­cji, a nie kon­tro­wer­sji. Leka­rze i pacjenci potrze­bują uzdro­wie­nia i są dziś znacz­nie bar­dziej gotowi, aby słu­chać i się uczyć. Nie­dawno prze­czy­ta­łem bar­dzo poru­sza­jącą książkę napi­saną przez leka­rza, któ­rego żona zmarła na raka. W książce tej autor mnie prze­pra­sza. Ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy i nie miał powodu, by to robić - wcze­śniej miał po pro­stu inne prze­ko­na­nia. W swo­jej książce dzieli się spo­strze­że­niem, że w końcu zro­zu­miał, iż jego rodzina doświad­czyła wyjąt­ko­wej i trud­nej sytu­acji - to nie była tylko dia­gnoza, na pod­sta­wie któ­rej wdro­żono okre­ślone lecze­nie. Moje nauki i medy­ta­cje były dla niego i jego żony nie­zwy­kle cenne w trak­cie prze­cho­dze­nia przez to doświad­cze­nie. Nagle nadzieja i miłość stały się bar­dzo waż­nymi tera­piami uzu­peł­nia­ją­cymi.

Przed napi­sa­niem tego wstępu ponow­nie prze­czy­ta­łem swoje poprzed­nie publi­ka­cje i się nie zawio­dłem. Zawie­rają one wiele istot­nych i przy­dat­nych infor­ma­cji. To dobre pod­ręcz­niki szko­le­niowe dla osób bory­ka­ją­cych się z prze­ciw­no­ściami losu. Dzi­siaj jestem jesz­cze bogat­szy o kolejne doświad­cze­nia zwią­zane z roz­ma­itymi trud­no­ściami oraz o wie­dzę zdo­bytą od czasu napi­sa­nia tych ksią­żek i zało­że­nia orga­ni­za­cji Excep­tio­nal Can­cer Patients w roku 1978. Chcę podzie­lić się tym, czego w mię­dzy­cza­sie się nauczy­łem.

Jedną z takich rze­czy jest to, że nie odkry­łem niczego nowego na temat zacho­wań zwią­za­nych z prze­trwa­niem. To prze­sła­nie jest znane od dawna i można je zna­leźć w sło­wach pro­ro­ków z prze­szło­ści oraz osób zma­ga­ją­cych się z trud­no­ściami dnia dzi­siej­szego - od wyjąt­ko­wych pacjen­tów po człon­ków Ano­ni­mo­wych Alko­ho­li­ków i żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. Nauka i medy­cyna potwier­dziły w ostat­nich bada­niach pro­fil oso­bo­wo­ści i kwe­stie psy­cho­lo­giczne doty­czące zacho­wań zwią­za­nych z prze­trwa­niem oraz ich wpływ na pro­cesy che­miczne zacho­dzące w orga­ni­zmie i zdol­ność do lecze­nia.

Infor­ma­cje doty­czące uzdra­wia­nia i prze­trwa­nia były prze­ka­zy­wane nam przez tysiące lat przez wszyst­kich wiel­kich pro­ro­ków i przy­wód­ców ducho­wych. Zro­zu­mia­łem, że ich prze­sła­nie jest podobne do mojego. Kiedy odnaj­duje się wspólny motyw w pismach uzdro­wi­cieli, można domnie­my­wać, że coś w tym jest - że zawie­rają one prawdę. Gdy­bym to dzi­siaj pisał swoje poprzed­nie książki, z pew­no­ścią uwzględ­nił­bym prze­sła­nia tych uzdro­wi­cieli oraz naj­now­sze naukowe dowody potwier­dza­jące zalety takiego postę­po­wa­nia i stylu życia.

Gdy­bym miał ponow­nie napi­sać książkę Miłość, medy­cyna i cuda, roz­wa­żył­bym zmianę jej tytułu na Skutki uboczne raka. Pro­ces lecze­nia jest trudny, to bar­dzo ciężka praca, podob­nie jak każda zmiana, jaką trzeba wpro­wa­dzić w swoim życiu. Jed­nak wielu z nas prze­ko­nało się już, że skutki uboczne raka nie zawsze są złe. Ow­szem, rak może zabi­jać, a o skut­kach ubocz­nych zazwy­czaj myślimy jako o pro­ble­mach, ale jest też dobra strona tego wszyst­kiego. Świa­do­mość wła­snej śmier­tel­no­ści może spra­wić, że się w końcu prze­bu­dzisz i zaczniesz żyć auten­tycz­nym, peł­nym zna­cze­nia życiem. W tym miej­scu warto przy­wo­łać pewien arty­kuł zaty­tu­ło­wany Dzięki Bogu, że mam raka (Thank God I Have Can­cer). To "dzięki Bogu" odnosi się do czasu poda­ro­wa­nego przez raka auto­rowi, aby ten mógł doświad­czyć piękna, dobroci i miło­ści, które są na wycią­gnię­cie ręki i któ­rymi możemy się dzie­lić. Efek­tem ubocz­nym tych dzia­łań jest rów­nież dłuż­sze życie.

Brzyd­kie kaczątko musiało wyko­nać wiele pracy nad sobą, aby odna­leźć sie­bie i wła­sne piękno oraz ule­czyć swoje życie. Nie miało wspar­cia ze strony rodziny ani spe­cja­li­stów, któ­rzy pomo­gliby mu zyskać poczu­cie wła­snej war­to­ści i miłość. Odna­la­zło je we wła­snym odbi­ciu. Uwa­żam, że pacjent nie powi­nien poko­ny­wać tak trud­nej drogi. Rodzina i leka­rze powinni być w sta­nie edu­ko­wać i instru­ować pacjen­tów w zakre­sie odpo­wied­nich zacho­wań pozwa­la­ją­cych prze­trwać trud­no­ści, jakie poja­wiają się w życiu w postaci cho­roby. I nie cho­dzi tu wcale o życie wieczne czy wysta­wia­nie Boga na próbę, tylko o zaan­ga­żo­wa­nie wszel­kich dostęp­nych sił fizycz­nych i emo­cjo­nal­nych, aby się wyle­czyć. Umysł i ciało nie są oddziel­nymi jed­nost­kami - sta­no­wią jeden zin­te­gro­wany sys­tem. To, jak się zacho­wu­jemy, co myślimy, co jemy i czu­jemy, ma wpływ na nasze zdro­wie. Leka­rze powinni posia­dać umie­jęt­ność prze­ka­zy­wa­nia tej wie­dzy pacjen­tom. Ja sam obec­nie poświę­cam wię­cej czasu niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wła­śnie na naucza­nie, a pacjenci oka­zują mi naj­więk­szą wdzięcz­ność za to, że uczę ich, jak radzić sobie nie tylko z pro­ble­mami fizycz­nymi, ale także z tru­dami życia.

Edu­ka­cja medyczna pomija wiele kwe­stii, z któ­rymi leka­rze muszą się zma­gać w odnie­sie­niu zarówno do samych sie­bie, jak i do swo­ich pacjen­tów. Aby lecze­nie przy­nio­sło efekty, medycy muszą jed­nak nie tylko być dobrymi tech­ni­kami i umie­jęt­nie prze­pi­sy­wać leki, lecz także uwzględ­niać w swoim podej­ściu do lecze­nia ele­menty filo­zo­fii i ducho­wo­ści. Musimy nie tylko myśleć, ale rów­nież czuć. Kiedy zagro­żone jest życie czło­wieka, poja­wia się wię­cej pro­ble­mów i pytań niż tylko o to, jakie leki należy przyj­mo­wać lub jaką ope­ra­cję wyko­nać. Jak stwier­dziła jedna z kobiet, potrze­bu­jemy spo­łe­czeń­stwa opar­tego na wza­jem­nym zaan­ga­żo­wa­niu - pacjen­tów i leka­rzy otwar­tych na współ­pracę.

Jak więc postę­po­wać, aby zwięk­szyć swoje szanse na prze­ży­cie i zna­leźć dobrego leka­rza, który będzie potra­fił wyko­rzy­stać swoją wie­dzę i będzie dla cie­bie men­to­rem? Zapy­taj leka­rza, czy kie­dy­kol­wiek spo­tkał się z kry­tyką ze strony rodziny, pacjen­tów lub pie­lę­gnia­rek. Jeśli odpo­wiedź brzmi "tak", to wła­śnie zna­la­złeś swo­jego leka­rza. Dla­czego? Ponie­waż jest to osoba, która daje nadzieję. Nie kry­ty­kuje się czło­wieka, który nie jest skłonny słu­chać, uczyć się i - miejmy nadzieję - zmie­niać. Jak powie­dział poeta Rumi: "Twoja kry­tyka pole­ruje moje lustro". Dobrzy leka­rze to rozu­mieją. Pie­lę­gniarki rów­nież znają kom­pe­tent­nych, tro­skli­wych leka­rzy, więc poproś je o opi­nię i nie wahaj się wyra­zić swo­jego zda­nia, jeśli nie jesteś trak­to­wany przez leka­rza z sza­cun­kiem. Ule­głe zacho­wa­nie nie zapew­nia prze­trwa­nia. Musisz być dla nich czło­wie­kiem, a nie dia­gnozą czy nume­rem pokoju.

Wspo­mnia­łem już, że prze­glą­da­jąc swoje poprzed­nie tek­sty, byłem cał­kiem zado­wo­lony z ich tre­ści. Przy­po­mnia­łem sobie wów­czas wielu wspa­nia­łych i kocha­ją­cych ludzi, któ­rzy byli i na­dal są moimi nauczy­cie­lami. Teraz, kiedy nie spę­dzam z nimi już tak dużo czasu, odczu­wam ich brak i za nimi tęsk­nię - ponowne prze­czy­ta­nie ich opo­wie­ści naprawdę mi to uświa­do­miło.

Wiele reli­gii i filo­zo­fii pod­po­wiada nam, jak zna­leźć swoją drogę lub ścieżkę. Wszyst­kie one pró­bują nam prze­ka­zać, aby­śmy zwra­cali uwagę na nasze uczu­cia i pozwo­lili im, by nas pro­wa­dziły. Jeśli igno­ru­jesz swoje ciało i sygnały, które ono wysyła, w pew­nym momen­cie ponie­siesz tego kon­se­kwen­cje. Dosko­na­łym pod­su­mo­wa­niem są tu dwa prze­sła­nia Chry­stusa. Pierw­sze - "Bo kto by chciał życie swoje zacho­wać, utraci je, a kto by utra­cił życie swoje dla mnie, odnaj­dzie je"1 - odczy­tuję tak, że tra­cimy nasze auten­tyczne życie, kiedy ule­gamy wyma­ga­niom innych lub sta­jemy się kimś, kim inni chcą, aby­śmy byli, by zdo­być ich miłość lub po pro­stu na­dal być oto­czeni tro­ską. Kiedy uświa­da­miamy sobie wła­sną śmier­tel­ność, odrzu­camy życie, które nas zabija - zaczy­namy wów­czas być sobą i w końcu żyć swoim życiem. W prak­tyce może to ozna­czać zmianę zawodu, prze­pro­wadzkę, uzdro­wie­nie lub zakoń­cze­nie rela­cji oraz nada­nie życiu nowego zna­cze­nia i przy­ję­cie nowego podej­ścia oraz pracę na rzecz wła­ści­wego Pana.

Twoje życie jest zapi­sane w twoim ciele. Dru­gie prze­sła­nie Chry­stusa brzmi: "Gdy pozwo­li­cie powstać tam­temu, co jest w was, wtedy to, co macie, ura­tuje was. Jeśli nie ist­nieje tamto, co jest w was, wtedy to, czego nie macie w sobie, uśmierci was"2. Mówi on tutaj o naszych uczu­ciach i wspo­mnie­niach zapi­sa­nych w ciele i ma cał­ko­witą rację.

Naj­wcze­śniej­sze pisma duchowe mówią nam, aby­śmy sie­dzieli w ciszy i słu­chali. Kabała podaje kon­kretne instruk­cje, jak usły­szeć głos Boga i osią­gnąć oświe­ce­nie, by swoją wie­dzę móc wyko­rzy­stać do pomocy innym. Oca­leni potrze­bują chwili, aby się zatrzy­mać i posłu­chać. Można prak­ty­ko­wać medy­ta­cję i wizu­ali­za­cję, może to być po pro­stu relak­sa­cja lub pisa­nie dzien­nika - wszystko spro­wa­dza się do zna­le­zie­nia czasu na wyci­sze­nie się i wsłu­cha­nie w wewnętrzny głos, który do nas prze­ma­wia. Czę­sto doświad­czam tego, kiedy bie­gam lub jeż­dżę na rowe­rze sam, bez żad­nych roz­pra­sza­ją­cych mnie czyn­ni­ków. Poświęć czas na słu­cha­nie. Jeśli będziesz słu­chać, poznasz swój cel tutaj - na Ziemi - i będziesz mógł odejść stąd rado­śnie ze świa­do­mo­ścią, że słu­ży­łeś, jak mogłeś naj­le­piej, i wypeł­ni­łeś misję, dla któ­rej zosta­łeś stwo­rzony i tu przy­by­łeś. Osoby, które prze­żyły, zaczy­nają zaj­mo­wać się dogłęb­niej okre­ślo­nymi aspek­tami swo­jego życia - ducho­wymi, egzy­sten­cjal­nymi i emo­cjo­nal­nymi. Kiedy poświę­camy się bez­in­te­re­sow­nej, bez­wa­run­ko­wej miło­ści, wkra­czamy na ścieżkę praw­dzi­wego pro­cesu uzdra­wia­nia. Nie poświę­camy się wów­czas chęci zmiany ludzi, tylko samym ludziom. Miłość sama w sobie jest cudowną siłą uzdra­wia­jącą. W pew­nym sen­sie jest ona cudem i sen­sem ist­nie­nia. Zadaj więc sobie pyta­nie, jakiej lek­cji masz się tutaj nauczyć, i zrób to poprzez dzie­le­nie się swoją miło­ścią ze świa­tem - w taki spo­sób, w jaki się tą miło­ścią zazwy­czaj dzie­lisz. Pamię­taj, że dzięki swo­jej śle­po­cie miłość czyni wiel­kie rze­czy, aby zatrzeć rany świata.

Mówi się nie­raz, że miłość jest ślepa - pomaga nam bowiem postrze­gać świat w spo­sób istotny dla prze­trwa­nia. Śle­pota miło­ści ma dzia­ła­nie tera­peu­tyczne, pozwala nam funk­cjo­no­wać bez gro­ma­dze­nia w sobie obra­zów trud­no­ści życio­wych. Zda­rza mi się mawiać ludziom: "Jeśli nie potra­fisz kochać, przy­naj­mniej pie­lę­gnuj w sobie pew­nego rodzaju amne­zję, tak byś mógł żyć spo­koj­niej, nie pamię­ta­jąc wszyst­kich rze­czy, które ludzie zro­bili, aby cię zde­ner­wo­wać. Jestem tu, aby pomóc ci prze­trwać, podob­nie jak nasz Stwórca". Gdyby Bóg nie był inte­li­gentną, kocha­jącą ener­gią, dzi­siaj nie byłoby nas tutaj. Zdol­ność do lecze­nia jest zako­do­wana w każ­dym z nas i we wszel­kich isto­tach żywych. Bóg nie ma swo­ich ulu­bień­ców. Dener­wu­jemy się, gdy bak­te­rie stają się odporne na anty­bio­tyki, ale na naszą zdol­ność do roz­wi­ja­nia odpor­no­ści na cho­roby już nie. Oba te przy­kłady ilu­strują mecha­ni­zmy prze­trwa­nia stwo­rzone przez naszego Stwórcę, aby utrzy­mać życie w rów­no­wa­dze.

Nie żyj niczym postać z filmu, odgry­wa­jąc przy­pi­saną ci rolę. Żyj życiem auten­tycz­nym. Wiele osób umiera, gdy z powodu cho­roby nie może już pra­co­wać. Nie postrze­gają one rela­cji mię­dzy­ludz­kich jako kolej­nego powodu do życia. Z kolei matka dzie­wię­ciorga dzieci kur­czowo trzyma się życia wła­śnie przez wzgląd na nie, ale rok po tym, jak opusz­czają one dom, kobieta umiera. Odkryj swoje życie i nim żyj. Wyjdź poza swoją rolę.

Pamię­taj, że infor­ma­cje nikogo nie zmie­niają, ale inspi­ra­cja już tak. Znajdź powód, by żyć. Zain­spi­ruj się nim, doświadcz obja­wie­nia i prze­miany. Jedyne, co może ci pomóc się zmie­nić, to infor­ma­cja, że jesteś śmier­telny i pew­nego dnia umrzesz. Dla­tego nie rób niczego z myślą o tym, by nie umrzeć, tylko rób wszystko, by popra­wić jakość swo­jego życia - w rezul­ta­cie możesz być zasko­czony, jak długo będziesz żyć. Zaak­cep­tuj fakt, że umrzesz, i podej­mij decy­zję, jak chcesz spę­dzić tę ogra­ni­czoną ilość czasu, która ci pozo­stała. Wów­czas nie będziesz musiał pod­da­wać się w nie­bie tera­pii, aby pora­dzić sobie z gory­czą i urazą, które poczuł­byś, gdy­byś "zro­bił wszystko jak trzeba", a potem i tak umarł.

Czerp z mądro­ści innych i ciesz się swoim doświad­cze­niem życio­wym. Pamię­taj, że Biblia koń­czy się Obja­wie­niem, a nie wnio­skami - ukoń­cze­nie szkoły to dopiero począ­tek, a nie koniec. Niech ta książka będzie dla cie­bie swo­istym obja­wie­niem, a ja chęt­nie podejmę rolę two­jego prze­wod­nika po trans­for­ma­cji i życiu peł­nym pokoju, miło­ści i uzdro­wie­nia. Zrób pierw­szy krok na tej ścieżce już teraz.

Ber­nie S. Sie­gel

Wstęp

Fakt, że umysł rzą­dzi cia­łem - pomimo zanie­dba­nia tego zagad­nie­nia przez bio­lo­gię i medy­cynę - jest naj­bar­dziej fun­da­men­tal­nym fak­tem, jaki znamy na temat pro­cesu życia.

Franz Ale­xan­der

Kilka lat temu grupa pie­lę­gnia­rek z pobli­skiego szpi­tala popro­siła mnie, abym poroz­ma­wiał z Jona­tha­nem, leka­rzem, u któ­rego wła­śnie zdia­gno­zo­wano raka płuc. Został przy­jęty do szpi­tala w dobrej kon­dy­cji fizycz­nej i dopi­sy­wał mu humor, gdy żar­to­wał ze wszyst­kimi pie­lę­gniar­kami. Kiedy jed­nak dowie­dział się o dia­gno­zie, popadł w głę­boką depre­sję i zamknął się w sobie.

Roz­ma­wia­łem z nim o związku mię­dzy nasta­wie­niem a cho­robą. Omó­wi­łem doświad­cze­nia Nor­mana Cousinsa zwią­zane z podej­rze­niem gruź­licy, które opi­sał on w książce Ana­tomy of an Ill­ness:

Moje pierw­sze doświad­cze­nie zwią­zane z ponurą dia­gnozą medyczną miało miej­sce w wieku dzie­się­ciu lat, kiedy wysłano mnie do sana­to­rium dla cho­rych na gruź­licę. Byłem strasz­nie wychu­dzony i mia­łem nie­do­wagę, więc logiczne było zało­że­nie, że cier­pię na poważną cho­robę. Póź­niej oka­zało się, że leka­rze błęd­nie zin­ter­pre­to­wali nor­malne zwap­nie­nia jako objawy gruź­licy. W tam­tych cza­sach zdję­cia rent­ge­now­skie nie były jesz­cze cał­ko­wi­cie wia­ry­godną pod­stawą do sta­wia­nia zło­żo­nych dia­gnoz. W każ­dym razie w sana­to­rium spę­dzi­łem sześć mie­sięcy.

Naj­bar­dziej inte­re­su­jące w tych wcze­snych doświad­cze­niach było dla mnie to, że pacjenci dzie­lili się na dwie grupy - tych, któ­rzy byli prze­ko­nani, że poko­nają cho­robę i będą mogli powró­cić do nor­mal­nego życia, oraz tych, któ­rzy pogo­dzili się z dłu­go­trwałą, a nawet śmier­telną cho­robą. Ci z nas, któ­rzy zacho­wali opty­mi­styczne nasta­wie­nie, zostali dobrymi przy­ja­ciółmi, anga­żo­wali się w twór­cze dzia­ła­nia i nie mieli zbyt wiele wspól­nego z pacjen­tami, któ­rzy pogo­dzili się z naj­gor­szym. Kiedy do szpi­tala przy­by­wali nowi pacjenci, sta­ra­li­śmy się ich zwer­bo­wać, zanim ponura bry­gada zabra­łaby się do pracy.

Byłem pod ogrom­nym wra­że­niem, że chłopcy z mojej grupy mieli znacz­nie wyż­szy odse­tek wyni­ków "wypi­sany jako wyle­czony" niż dzieci z dru­giej grupy. Już w wieku dzie­się­ciu lat byłem filo­zo­ficz­nie uwa­run­ko­wany - uświa­do­mi­łem sobie siłę umy­słu w poko­ny­wa­niu cho­rób. Lek­cje doty­czące nadziei, które przy­swo­iłem sobie w tam­tym cza­sie, ode­grały ważną rolę w moim cał­ko­wi­tym powro­cie do zdro­wia i wpły­nęły na uczu­cia, które od tam­tej pory wciąż towa­rzy­szą mi, gdy myślę o war­to­ści życia3.

Jona­than powie­dział mi wów­czas: "Wiem o tym. Sam mia­łem gruź­licę i powie­dziano mi, że będę musiał spę­dzić w sana­to­rium dwa lata. Odpar­łem na to: "Nie, na Boże Naro­dze­nie będę w domu z rodziną". I rze­czy­wi­ście, po sze­ściu mie­sią­cach - 23 grud­nia - zosta­łem wypi­sany".

Zapew­ni­łem go, że "można zro­bić to samo w przy­padku raka", ale dwa tygo­dnie póź­niej zmarł. Jego żona podzię­ko­wała mi za moje wysiłki i wyja­śniła, że jej mąż nie chciał wal­czyć o powrót do zdro­wia, ponie­waż jego życie i praca stra­ciły wszelki sens.

Sir Wil­liam Osler, wybitny kana­dyj­ski lekarz i histo­ryk medy­cyny, był zda­nia, że wynik lecze­nia gruź­licy zależy bar­dziej od tego, co dzieje się w umy­śle pacjenta, niż od tego, co dzieje się w jego płu­cach. Powta­rzał tym samym słowa Hipo­kra­tesa, który twier­dził, że woli wie­dzieć, jaki rodzaj osoby cierpi na daną cho­robę, niż jaki rodzaj cho­roby ją dotyka. Louis Pasteur i Claude Ber­nard - dwaj giganci XIX-wiecz­nej bio­lo­gii - przez całe życie spie­rali się, czy naj­waż­niej­szym czyn­ni­kiem w cho­ro­bie jest "gleba" - ciało ludz­kie - czy zarazki. Na łożu śmierci Pasteur przy­znał, że Ber­nard miał rację, stwier­dza­jąc: "To gleba".

Pomimo spo­strze­żeń tych wybit­nych leka­rzy medy­cyna na­dal kon­cen­truje się na cho­ro­bach, co spra­wia, że jest ona ukie­run­ko­wana na porażkę. Jej prak­tycy wciąż zacho­wują się tak, jakby to cho­roby ata­ko­wały ludzi, zamiast zro­zu­mieć, że to ludzie zapa­dają na cho­roby, sta­jąc się podatni na zarazki, na które wszy­scy jeste­śmy nie­ustan­nie nara­żeni. Cho­ciaż naj­lepsi leka­rze zawsze o tym wie­dzieli, medy­cyna jako całość tylko spo­ra­dycz­nie badała osoby, które nie cho­rują. Więk­szość leka­rzy rzadko zasta­na­wia się nad tym, w jaki spo­sób okre­ślone podej­ście pacjenta do życia wpływa na jego dłu­gość i jakość.

Pacjenci są bar­dzo różni. Nie­któ­rzy są gotowi zro­bić nie­mal wszystko, byle tylko nie zmie­niać swo­jego dotych­cza­so­wego życia i by zwięk­szyć szanse na wyle­cze­nie. Kiedy daję im wybór mię­dzy ope­ra­cją a zmianą stylu życia, ośmiu na dzie­się­ciu odpo­wiada: "Pro­szę ope­ro­wać. To mniej boli. Będę musiał tylko zna­leźć opie­kunkę do dziecka na tydzień, kiedy będę w szpi­talu". Na dru­gim krańcu są pacjenci, któ­rych nazy­wam wyjąt­ko­wymi, oca­la­łymi czy też prze­zwy­cię­ża­ją­cymi trud­no­ści. Oni odma­wiają pogo­dze­nia się z porażką. Tak jak jedna z kobiet, którą się opie­kuję - nie­wi­doma dia­be­tyczka po ampu­ta­cji nogi, cho­ru­jąca na raka, która żyje dłu­żej, niż prze­wi­dy­wały sta­ty­styki, a obec­nie spę­dza więk­szość czasu na roz­mo­wach tele­fo­nicz­nych, doda­jąc otu­chy innym pacjen­tom. Ona i inni wyjąt­kowi pacjenci nauczyli mnie, że umysł może mieć ogromny wpływ na ciało, a zdol­no­ści do kocha­nia nie ogra­ni­cza cho­roba fizyczna.

Teo­ria Freuda, zgod­nie z którą naszemu instynk­towi samo­za­cho­waw­czemu prze­ciw­sta­wia się pew­nego rodzaju instynkt śmierci, została odrzu­cona przez wielu póź­niej­szych psy­cho­lo­gów. Wszy­scy jed­nak wiemy, że wiele osób żyje tak, jakby rze­czy­wi­ście chciały skró­cić swoje życie. Wyjąt­kowi pacjenci nato­miast poko­nują pre­sję, kon­flikty i nawyki, rezy­gnują z dzia­łań, które innym dyk­tuje to świa­dome lub nieświa­dome "pra­gnie­nie śmierci". Każda ich myśl i czyn służą spra­wie życia. Oso­bi­ście uwa­żam, że w nas samych ist­nieją bio­lo­giczne mecha­ni­zmy "życia" i "śmierci". Bada­nia naukowe innych leka­rzy oraz moje codzienne doświad­cze­nia kli­niczne utwier­dziły mnie w prze­ko­na­niu, iż stan umy­słu zmie­nia stan ciała poprzez oddzia­ły­wa­nie na cen­tralny układ ner­wowy, układ hor­mo­nalny oraz układ odpor­no­ściowy. Spo­kojny umysł wysyła ciału komu­ni­kat "żyj", pod­czas gdy depre­sja, strach i nie­roz­wią­zane kon­flikty prze­ka­zują mu komu­ni­kat "umie­raj". Wydaje się, że wszel­kie pro­cesy lecz­ni­cze mają cha­rak­ter naukowy, nawet jeśli nauka nie jest jesz­cze w sta­nie dokład­nie wyja­śnić, w jaki spo­sób docho­dzi do róż­nego rodzaju nie­ocze­ki­wa­nych "cudów".

Wyjąt­kowi pacjenci prze­ja­wiają wolę życia w jej naj­bar­dziej oczy­wi­stej for­mie. Przej­mują kon­trolę nad swoim życiem, nawet jeśli wcze­śniej nie byli w sta­nie tego zro­bić, i ciężko pra­cują, aby odzy­skać zdro­wie i osią­gnąć spo­kój ducha. Nie pole­gają na leka­rzach, któ­rzy przej­mują ini­cja­tywę - trak­tują ich raczej jako człon­ków zespołu, wyma­ga­jąc od nich naj­wyż­szej klasy umie­jęt­no­ści, pomy­sło­wo­ści, tro­ski i otwar­to­ści umy­słu. A jeśli nie są usa­tys­fak­cjo­no­wani, po pro­stu zmie­niają leka­rza.

Jed­nak wyjąt­kowi pacjenci to rów­nież pacjenci kocha­jący, i dla­tego rozu­mieją oni trud­no­ści, z jakimi boryka się lekarz. W więk­szo­ści przy­pad­ków moja rada dla nie­za­do­wo­lo­nego pacjenta brzmi: przy­tul leka­rza. Zazwy­czaj dzięki temu lekarz chęt­niej reaguje na potrzeby pacjenta, ponie­waż sta­jesz się dla niego indy­wi­du­al­no­ścią i jesteś trak­to­wany jak osoba, a nie cho­roba. Sta­jesz się tym, kogo czule nazy­wam "sza­leń­cem". Jedna pacjentka powie­działa mi, że wró­ciła do swo­jego leka­rza z chę­cią zasto­so­wa­nia się do mojej rady, ale nie mogła się zmu­sić, żeby go przy­tu­lić. "Zamiast tego - wyznała - spoj­rza­łam na niego z naj­więk­szym współ­czu­ciem, na jakie było mnie stać. I wiesz, co się stało? Usiadł, powie­dział mi, że musi schud­nąć i wię­cej ćwi­czyć, a potem to on objął mnie!". Jeśli jed­nak uścisk nie zadziała, to czas poszu­kać innego leka­rza. Znam pacjen­tów, któ­rych rela­cje z leka­rzami dosłow­nie zabi­jają.

Każdy może być wyjąt­ko­wym pacjen­tem, a naj­lep­szym momen­tem na pod­ję­cie wyzwa­nia, by wła­śnie takim być, jest czas przed zacho­ro­wa­niem. Wiele osób nie wyko­rzy­stuje w pełni swo­jej siły życio­wej, dopóki śmier­telna cho­roba nie zmusi ich do "zmiany nasta­wie­nia". Nie musi to być jed­nak prze­bu­dze­nie w ostat­niej chwili. Siła umy­słu jest dostępna dla nas przez cały czas i daje nam więk­sze pole manewru, zanim jesz­cze nad­cią­gnie kata­strofa. Pro­ces, o jakim mówię, nie wymaga przy­na­leż­no­ści do żad­nej kon­kret­nej reli­gii ani przy­ję­cia okre­ślo­nego sys­temu psy­cho­lo­gicz­nego. Ponie­waż w mojej prak­tyce naj­częst­szą groźną cho­robą jest rak, więk­szość opi­sa­nych tu doświad­czeń doty­czy wła­śnie raka, ale te same zasady mają zasto­so­wa­nie w przy­padku wszyst­kich cho­rób.

Pod­sta­wo­wym pro­ble­mem więk­szo­ści pacjen­tów jest nie­zdol­ność do kocha­nia sie­bie, wyni­ka­jąca z braku miło­ści ze strony innych w klu­czo­wym okre­sie ich życia. Okre­sem tym jest nie­mal zawsze dzie­ciń­stwo, kiedy to rela­cje z rodzi­cami kształ­tują nasze cha­rak­te­ry­styczne spo­soby reago­wa­nia na stres. Jako doro­śli powta­rzamy te reak­cje i nara­żamy się na cho­roby, a nasza oso­bo­wość czę­sto deter­mi­nuje spe­cy­fikę tych cho­rób. Umie­jęt­ność kocha­nia sie­bie w połą­cze­niu z umie­jęt­no­ścią kocha­nia życia, przy peł­nej świa­do­mo­ści, że nie będzie ono trwało wiecz­nie, pozwala popra­wić tego życia jakość. Moją rolą jako chi­rurga jest zapew­nie­nie ludziom czasu, w któ­rym będą mogli się sami wyle­czyć. Sta­ram się pomóc im w powro­cie do zdro­wia, a jed­no­cze­śnie zro­zu­mieć, dla­czego w ogóle zacho­ro­wali. Wów­czas można dążyć do praw­dzi­wego uzdro­wie­nia, a nie tylko do wyeli­mi­no­wa­nia tej jed­nej kon­kret­nej cho­roby.

Niniej­sza publi­ka­cja sta­nowi swego rodzaju prze­wod­nik po takiej prze­mia­nie, a także zapis mojej wła­snej edu­ka­cji, którą otrzy­ma­łem od pacjen­tów. Sta­ram się tu odgry­wać rolę pośred­nika, dzięki któ­remu ich bole­śnie zdo­byte umie­jęt­no­ści życiowe będą mogły wska­zać ci, jak sku­tecz­nie wal­czyć o wła­sne zdro­wie. Książka ta nie jest jedy­nie zbio­rem porad, co należy robić - takich porad jest mnó­stwo. To raczej prze­wod­nik po tej czę­ści cie­bie, która może wybrać naj­lep­szą dla sie­bie radę, a następ­nie wzbu­dzić w sobie wolę, by ją wpro­wa­dzić w życie. Mam nadzieję dotrzeć poza twój racjo­nalny umysł, ponie­waż cuda nie rodzą się z zim­nego inte­lektu. Są one wyni­kiem odna­le­zie­nia praw­dzi­wego sie­bie i podą­ża­nia za tym, co uwa­żasz za swoją auten­tyczną życiową drogę.

Jeśli cier­pisz na cho­robę zagra­ża­jącą życiu, zmiana, o któ­rej mówię, może ci je ura­to­wać lub prze­dłu­żyć znacz­nie ponad medyczne roko­wa­nia. A już na pewno pozwoli ci przy­naj­mniej wyko­rzy­stać pozo­stały ci czas lepiej, niż obec­nie uwa­żasz, że jest to moż­liwe. Jeśli cier­pisz na nie­wiel­kie zabu­rze­nia lub nie jesteś chory, ale nie cie­szysz się życiem, zasady, któ­rych nauczy­łem się od wyjąt­ko­wych pacjen­tów, mogą przy­nieść ci radość i pomóc unik­nąć cho­rób w przy­szło­ści.

Jeśli jesteś leka­rzem, mam nadzieję, że ta książka dostar­czy ci stra­te­gii, któ­rych od dawna potrze­bu­jesz, a któ­rych nie nauczono cię pod­czas stu­diów. Leka­rze rzadko zdają sobie sprawę z tego, jak bar­dzo różni się spo­sób, w jaki roz­ma­wiają z pacjen­tami cho­rymi na raka, od spo­sobu, w jaki roz­ma­wiają z innymi pacjen­tami. Pacjen­towi po zawale serca mówimy zwy­kle, jak zmie­nić styl życia - uwzględ­nia­jąc dietę, ćwi­cze­nia fizyczne itp. - dając mu w ten spo­sób nadzieję, że on sam może uczest­ni­czyć w pro­ce­sie powrotu do zdro­wia. Ale gdyby ten sam pacjent nało­żył maki­jaż i perukę, a następ­nie wró­cił w kolej­nym tygo­dniu i powie­dział: "Mam raka", więk­szość leka­rzy odpowie­działaby: "Jeśli te metody lecze­nia nie zadzia­łają, nie będę mógł nic wię­cej dla cie­bie zro­bić". Musimy nauczyć się dawać pacjen­tom moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w pro­ce­sie powrotu do zdro­wia w przy­padku każ­dego rodzaju cho­roby.

Nie sta­ram się na tych stro­nach dać ci do zro­zu­mie­nia, że jestem lep­szym leka­rzem od cie­bie - sta­ram się raczej wyja­śnić, dla­czego nie­gdyś czu­łem się nie­udacz­ni­kiem, osobą prze­graną. Było tak dopóty, dopóki moi pacjenci nie nauczyli mnie, że medy­cyna to coś wię­cej niż tylko tabletki i skal­pele. Wiem, że gabi­nety są pełne ludzi, któ­rzy wysy­sają z leka­rzy ener­gię i nie radzą sobie z cho­robą zbyt dobrze. Znam ból, jaki odczu­wają leka­rze. Bory­kamy się z tymi samymi pro­ble­mami, co inni ludzie, a dodat­kowo mamy jesz­cze jeden, który wbi­jano nam do głowy pod­czas stu­diów medycz­nych. Cho­dzi o rolę mecha­nika-ratow­nika, która defi­niuje cho­robę i śmierć jako naszą porażkę. Nikt nie żyje wiecz­nie, dla­tego śmierć nie jest pro­ble­mem. Pro­ble­mem jest życie. Śmierć nie jest porażką. Porażką jest rezy­gna­cja z pod­ję­cia wyzwa­nia, jakim jest życie. Przed­sta­wię ci nie­wielką grupę pacjen­tów, któ­rzy mogą przy­wró­cić ci ener­gię - to ludzie, któ­rzy wra­cają do zdro­wia, nawet jeśli nie powinni. Pokażę ci, jak uczyć się od pacjen­tów, któ­rzy odnie­śli suk­ces, i poma­gać innym w prze­bu­dze­niu w nich "chęci do życia". Ten pro­ces nie­uchron­nie pokie­ruje cię ku wyle­cze­niu i sprawi, że sta­niesz się jesz­cze sku­tecz­niej­szym uzdro­wi­cie­lem.

Z naszego słow­nika powin­ni­śmy usu­nąć słowo "nie­moż­liwe". Jak kie­dyś (w innym kon­tek­ście) zauwa­żył David Ben-Gurion: "Czło­wiek, który nie wie­rzy w cuda, nie jest reali­stą". Kiedy zoba­czymy, jak ter­miny takie jak "spon­ta­niczna remi­sja" lub "cud" wpro­wa­dzają nas w błąd i dez­orien­tują, będziemy mogli wycią­gnąć wła­ściwe wnio­ski. Ter­miny te suge­rują, że pacjent musi mieć szczę­ście, aby zostać wyle­czo­nym, ale uzdro­wie­nia te są wyni­kiem cięż­kiej pracy. Nie są one dzie­łem Boga. Pamię­taj, że cud jed­nego poko­le­nia może być fak­tem nauko­wym dla innego. Nie zamy­kaj oczu i nie igno­ruj dzia­łań lub wyda­rzeń, które nie zawsze są mie­rzalne. One mają miej­sce dzięki wewnętrz­nej ener­gii dostęp­nej dla każ­dego z nas. Dla­tego też wolę okre­śle­nia takie jak "kre­atywne" lub "samo­dzielne" lecze­nie - pod­kre­ślają one bowiem aktywną rolę pacjenta. Pokażę ci, w jaki spo­sób wyjąt­kowi pacjenci pra­cują nad swoim wylecze­niem.

Ber­nie S. Sie­gel New Haven, Con­nec­ti­cut, kwie­cień 1986 rok

1. Uprzywilejowany słuchacz

1

Uprzy­wi­le­jo­wany słu­chacz

Prze­cie nowe życie nie dosta­nie mu się za darmo, że jesz­cze drogo trzeba je będzie oku­pić, zapła­cić za nie w przy­szło­ści wiel­kim czy­nem... Ale tu już się roz­po­czyna nowa histo­ria, histo­ria stop­nio­wej odnowy czło­wieka.

Fio­dor Dosto­jew­ski5

W szkole medycz­nej nie uczy się o wyjąt­ko­wych pacjen­tach. Dosze­dłem do tego wnio­sku dopiero po dłu­gim okre­sie fru­stra­cji i poszu­ki­wań w moim zawo­dzie. Nie mia­łem zajęć doty­czą­cych lecze­nia i miło­ści, roz­mów z pacjen­tami ani powo­dów, dla któ­rych warto zostać leka­rzem. Pod­czas mojej edu­ka­cji nie zosta­łem wyle­czony, a mimo to ocze­ki­wano ode mnie, że będę leczył innych.

Na początku lat 70. - po ponad dzie­się­ciu latach wyko­ny­wa­nia zawodu chi­rurga - moja praca stała się dla mnie bar­dzo bole­sna. Nie było to typowe wypa­le­nie zawo­dowe - potra­fi­łem cał­kiem dobrze radzić sobie z nie­koń­czą­cymi się pro­ble­mami, inten­syw­no­ścią pracy i cią­głymi decy­zjami o życiu lub śmierci. Pod­czas nauki wpo­jono we mnie prze­ko­na­nie, iż cała moja praca polega na wyko­ny­wa­niu mecha­nicz­nych czyn­no­ści na ludziach, tak by w rezul­ta­cie ich wyle­czyć i ura­to­wać im życie. W ten spo­sób defi­niuje się suk­ces leka­rza, a ponie­waż ludzie czę­sto nie wra­cają do zdro­wia, no i każdy w końcu umiera, czu­łem się jak nie­udacz­nik. Jed­no­cze­śnie intu­icyj­nie czu­łem, że musi ist­nieć jakiś spo­sób, aby pomóc "bez­na­dziej­nym" przy­pad­kom, wykra­cza­jąc poza przy­pi­saną mi rolę mecha­nika. Musiało jed­nak minąć wiele lat trud­nego roz­woju, zanim zro­zu­mia­łem, jak to zro­bić.

Kiedy zaczy­na­łem, nie mogłem się docze­kać nowych pro­ble­mów, jakie niósł każdy kolejny dzień. Sta­no­wiły one dla mnie eks­cy­tu­jące wyzwa­nia, dzięki któ­rym moja prak­tyka nie była nudna. Jed­nak po kilku latach wła­śnie to, że codzien­nie cze­kają mnie same wyzwa­nia, stało się mono­tonne. Marzy­łem o łatwym dniu, w któ­rym wszystko prze­bie­ga­łoby zgod­nie z pla­nem i miał­bym do czy­nie­nia tylko z ruty­no­wymi przy­pad­kami. Ale nie było "nor­mal­nych" dni. Dopiero póź­niej nauczy­łem się postrze­gać nagłe wypadki, a nawet awa­rie pro­ce­dur szpi­tal­nych, jako dodat­kowe oka­zje do pomocy ludziom.

Chi­rur­dzy nie są ide­alni. Zawsze dajemy z sie­bie wszystko, ale mimo to zda­rzają się kom­pli­ka­cje. Cho­ciaż jest to przy­gnę­bia­jące, pozwala nam zacho­wać trzeź­wość umy­słu i nie trak­to­wać sie­bie jak bogów. Jed­nym z przy­pad­ków, który naj­bar­dziej zachwiał moją wiarą w sie­bie, było uszko­dze­nie nerwu twa­rzo­wego u mło­dej dziew­czyny, którą ope­ro­wa­łem na początku mojej kariery. Gdy zoba­czy­łem, jak budzi się z połową twa­rzy spa­ra­li­żo­waną, chcia­łem się ukryć już na zawsze. Zosta­łem chi­rur­giem, aby poma­gać ludziom, a skoń­czyło się na tym, że pozba­wi­łem kogoś nor­mal­nego wyglądu. To było dru­zgo­cące doświad­cze­nie. Nie­stety nie wie­dzia­łem jesz­cze, że typowa reak­cja leka­rza - ukry­wa­nie bólu, gdy coś poszło nie tak - nikomu nie pomaga.

Pre­sja nie ustę­po­wała. Kiedy pacjent z sil­nym krwa­wie­niem był prze­wo­żony na salę ope­ra­cyjną, per­so­nel był spięty i spa­ni­ko­wany, dopóki nie poja­wił się chi­rurg. Teraz to mnie żołą­dek ści­skał się w supeł, pod­czas gdy wszy­scy inni się roz­luź­niali. Nie mia­łem nikogo, komu tę pre­sję mógł­bym prze­ka­zać. Otu­chy mogłem szu­kać tylko w sobie. Kiedy zaczy­nała się ope­ra­cja, pot lał się ze mnie stru­mie­niami, a potem, gdy sytu­acja wra­cała do normy - mimo że świa­tła były tak samo gorące jak wcze­śniej - zaczy­na­łem się ochła­dzać. Kie­dyś czu­łem się despe­racko samotny, ocze­ku­jąc od sie­bie per­fek­cji. Stres towa­rzy­szył mi nawet w domu. Na kilka dni przed trudną ope­ra­cją prze­ży­wa­łem ją w myślach raz po raz, modląc się, aby wizu­ali­zo­wany przeze mnie pomyślny wynik się ziścił. Nawet jeśli wszystko poszło dobrze, budzi­łem się nagle w środku nocy, kwe­stio­nu­jąc swoje decy­zje. Teraz, po latach nauki od moich pacjen­tów, jestem w sta­nie pod­jąć każdą decy­zję, żyć zgod­nie z nią i zosta­wić ją za sobą, wie­dząc, że robię wszystko, co w mojej mocy. Podob­nie jak duchowny, który czuje się samotny, ponie­waż ni­gdy nie nauczył się roz­ma­wiać z Bogiem, tak lekarz, który ni­gdy nie nauczył się roz­ma­wiać z pacjen­tami, odczuwa samot­ność.

Wtedy jedną z naj­trud­niej­szych rze­czy było to, że mia­łem tak mało czasu dla rodziny. Spor­to­wiec może po meczu wziąć prysz­nic i wró­cić do domu, ale dla leka­rzy dzień pracy czę­sto nie ma końca. Musia­łem pogo­dzić się z tym, że week­end w domu to bonus, a nie coś, na co mogę liczyć. Co wię­cej, cier­pia­łem z powodu podwój­nego poczu­cia winy - kilka godzin wol­nego wyda­wało mi się kra­dzieżą czasu pacjen­tom, któ­rym mógł­bym go jesz­cze poświę­cić, a szes­na­sto­go­dzinne dni pracy wyda­wały mi się okra­da­niem z czasu mojej żony i dzieci. Nie wie­dzia­łem, jak pora­dzić sobie z poczu­ciem winy ani jak pogo­dzić różne aspekty wła­snego życia. Wie­lo­krot­nie po powro­cie do domu byłem zbyt zmę­czony, żeby móc cie­szyć się towa­rzy­stwem rodziny. Kie­dyś byłem tak wyczer­pany, że kiedy odwo­zi­łem naszą opie­kunkę do domu, auto­ma­tycz­nie poje­cha­łem do szpi­tala. Pew­nie pomy­ślała, że ją pory­wam.

Nawet czas, który uda­wało mi się spę­dzać w domu, zawsze wyda­wał się prze­ry­wany. Dzieci cią­gle pytały: "Czy jesteś dziś na dyżu­rze?". Kiedy mia­łem dyżur, wszy­scy byli zde­ner­wo­wani, pewni, że rodzinny wie­czór nie potrwa zbyt długo. Dla więk­szo­ści ludzi dźwięk dzwo­nią­cego tele­fonu jest czymś przy­jem­nym. Dla nas ozna­czał nie­po­kój i roz­łąkę.

Jedną z naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cych prób dla leka­rza jest to, że śmierć zazwy­czaj nastę­puje w środku nocy (teraz to rozu­miem). Nie spo­sób nie poczuć ukłu­cia gniewu, gdy pacjent, który od wielu dni pozo­sta­wał w śpiączce, umiera o dru­giej w nocy, a lekarz i rodzina muszą zostać obu­dzeni, aby ode­brać tę wia­do­mość. Myślimy: "Dla­czego umie­ra­jący nie mogą oka­zać odro­biny sza­cunku dla żyją­cych?". Nie­wielu z nas wspo­mina o tej wro­go­ści. Po pro­stu z tego powodu odzywa się w nas poczu­cie winy. Do tego docho­dzi dodat­kowe obcią­że­nie zwią­zane z koniecz­no­ścią bycia weso­łym i czuj­nym na sali ope­ra­cyj­nej o siód­mej rano, pomimo pro­ble­mów rodzin­nych i dwóch lub trzech tele­fo­nów w środku nocy.

W Nowy Rok 1974 zaczą­łem pro­wa­dzić dzien­nik. Począt­kowo był to głów­nie spo­sób na wyrzu­ce­nie z sie­bie roz­pa­czy i całego tego roz­go­ry­cze­nia. "Cza­sami wydaje się, że świat umiera na raka" - napi­sa­łem pew­nej nocy. "Każdy otwie­rany brzuch jest nim wypeł­niony". Innej nocy: "Żołą­dek pod­cho­dzi ci do gar­dła, a gdy widzisz przy­szłość, ogar­nia cię prze­ra­że­nie. Na ile jesz­cze twa­rzy będziesz musiał spoj­rzeć i wypo­wie­dzieć słowa: "Przy­kro mi, to guz nie­ope­ra­cyjny""!

Dobrze pamię­tam Florę, jedną z moich pacjen­tek z tam­tego okresu. Nie­dawno zmarł jej mąż, a teraz ona sama umie­rała na raka macicy, któ­rego nie udało się poko­nać dwoma ope­ra­cjami. Mar­twiła się, jak bar­dzo każdy dzień spę­dzony w szpi­talu uszczu­pla jej oszczęd­no­ści, które chciała prze­ka­zać wnu­kom w spadku. Chcąc prze­dłu­żyć życie, jed­no­cze­śnie pra­gnęła, aby się ono skoń­czyło, tak by nie mar­no­wać wię­cej pie­nię­dzy na jej kru­chy orga­nizm. Zasta­na­wia­łem się, skąd mam czer­pać siłę, aby wspie­rać wszyst­kich tych ludzi w ich zma­ga­niach.

Dzięki intro­spek­cji, któ­rej doko­ny­wa­łem, pisząc w moim dzien­niku, w końcu zda­łem sobie sprawę, że muszę zmie­nić swoje podej­ście do prak­tyki medycz­nej. Przez cały ten okres poważ­nie zasta­na­wia­łem się nad zmianą zawodu. Roz­wa­ża­łem zosta­nie nauczy­cie­lem lub wete­ry­na­rzem, ponie­waż wete­ry­na­rze mogą przy­tu­lać swo­ich pacjen­tów. Nie mogłem zde­cy­do­wać, czego chcę, ale uświa­do­mi­łem sobie, że więk­szość moich wybo­rów była powią­zana z ludźmi, to wła­śnie ku nim się kie­ro­wała. Nawet w malar­stwie, które trak­to­wa­łem jako hobby, inte­re­so­wały mnie wyłącz­nie por­trety.

W końcu to do mnie dotarło. Byłem tu, codzien­nie przyj­mo­wa­łem dzie­siątki pacjen­tów, spo­ty­ka­łem się z ich rodzi­nami, dzie­siąt­kami leka­rzy i pie­lę­gnia­rek, a mimo to wciąż szu­ka­łem ludzi. Przez cały ten czas zaj­mo­wa­łem się przy­pad­kami, kar­tami, cho­ro­bami, lekar­stwami, per­so­ne­lem i pro­gno­zami, a nie samymi ludźmi. O swo­ich pacjen­tach myśla­łem jedy­nie jako o maszy­nach, które muszę napra­wić. W końcu usły­sza­łem język moich współ­pra­cow­ni­ków w zupeł­nie nowy spo­sób. Pamię­tam, jak tam­tego roku prze­ma­wia­łem na kon­fe­ren­cji pedia­trów. Wielu z nich się spóź­niło, pod­eks­cy­to­wani wyja­śniali, że wła­śnie przy­jęto "cie­kawy przy­pa­dek" - dziecko bli­skie śpiączki cukrzy­co­wej. Z prze­ra­że­niem zda­łem sobie sprawę, jak bar­dzo takie podej­ście oddala leka­rzy od ich "przy­padku", któ­rym w rze­czy­wi­sto­ści było bar­dzo chore, prze­ra­żone dziecko, a do tego zroz­pa­czeni rodzice.

Uzmy­sło­wi­łem sobie, że bez względu na to, jak bar­dzo się temu opie­ra­łem, ja rów­nież przy­ją­łem tę stan­dar­dową stra­te­gię obrony przed bólem i porażką. Ponie­waż cier­pia­łem, wyco­fy­wa­łem się, kiedy pacjenci naj­bar­dziej mnie potrze­bo­wali. Stało się to szcze­gól­nie widoczne, kiedy wró­ci­łem z dłu­gich waka­cji w sierp­niu 1974 roku. Przez kilka dni reago­wa­łem wyłącz­nie jak zwy­kły czło­wiek. Wów­czas poczu­łem, jak emo­cje ustę­pują miej­sca pro­fe­sjo­nal­nej powa­dze. Chcia­łem jed­nak zacho­wać tę wraż­li­wość, ponie­waż chłód nie ratuje nikogo przed bólem. Po pro­stu pozwala pogrze­bać cier­pie­nie nieco głę­biej. Kie­dyś uwa­ża­łem, że pewien dystans jest nie­zbędny, ale w wypadku więk­szo­ści leka­rzy jest on moim zda­niem zbyt duży - zbyt czę­sto pre­sja tłumi nasze natu­ralne współ­czu­cie. Tak zwana nie­za­an­ga­żo­wana tro­ska, któ­rej nas uczą, jest absur­dem. Zamiast tego powin­ni­śmy nauczyć się tro­ski racjo­nal­nej, pozwa­la­ją­cej na wyra­ża­nie uczuć bez ogra­ni­cza­nia zdol­no­ści podej­mo­wa­nia decy­zji.

Wciąż zasta­na­wia­łem się, czy pozo­stać dalej chi­rur­giem, czy też zaprze­pa­ścić naukę, któ­rej poświę­ci­łem połowę życia, i zająć się inną spe­cja­li­za­cją. Myśla­łem o psy­chia­trii, w któ­rej mógł­bym poma­gać ludziom bez koniecz­no­ści wyko­ny­wa­nia ope­ra­cji. Ale jeden z moich pacjen­tów cho­rych na raka, pia­ni­sta kon­cer­towy Mark, pomógł mi zro­zu­mieć, że mogę być szczę­śliwy bez zmiany zawodu. Gdy jego stan się popra­wił, wszy­scy przy­ja­ciele mówili mu, że powi­nien wró­cić na scenę, ale on stwier­dził, że wie, iż nie jest już tam na swoim miej­scu. Odkrył, że jest szczę­śliw­szy, gra­jąc na pia­ni­nie w domu. Na­dal robił to, co kochał, ale zmie­nił kon­tekst, aby dosto­so­wać go do wła­snych potrzeb. Zda­łem sobie sprawę, że muszę zro­bić to samo.

Pró­bo­wa­łem "wyjść zza biurka" i otwo­rzyć drzwi do swo­jego serca, a także do mojego gabi­netu. Moje biurko stało dosłow­nie pod ścianą, dzięki czemu pacjent i ja sie­dzie­li­śmy naprze­ciwko sie­bie jak równy z rów­nym. Tele­fo­nistka, sto­larz i stu­dent medy­cyny stwier­dzili, że mój gabi­net nie jest odpo­wiedni, ponie­waż biurko nie znaj­do­wało się już pośrodku. Musia­łem wyja­śniać, że chcę widzieć swo­jego pacjenta bez żad­nych prze­szkód mię­dzy nami, nie trak­tu­jąc sie­bie jako eks­perta w rela­cji z osobą słab­szą czy będącą w gor­szej sytu­acji.

Zaczą­łem zachę­cać pacjen­tów, aby zwra­cali się do mnie po imie­niu. Na początku było to dość stre­su­jące - być po pro­stu Ber­niem, a nie dok­to­rem Sie­glem - spo­ty­kać się z innymi jako osoba, a nie jako pewna ety­kietka. Ozna­czało to, że musia­łem polu­bić sie­bie samego i zasłu­żyć na sza­cu­nek przez wzgląd na to, co robi­łem, a nie na to, czego nauczy­łem się w szkole. Jed­nak zmiana ta była tego warta. To pro­sty, ale sku­teczny spo­sób na prze­ła­ma­nie bariery mię­dzy leka­rzem a pacjen­tem.

Prze­su­nię­cie biurka i zwra­ca­nie się do pacjen­tów po imie­niu były jedy­nie symp­to­mami więk­szej zmiany. Popeł­ni­łem grzech śmier­telny leka­rza - "zaan­ga­żo­wa­łem się" w sprawy swo­ich pacjen­tów. Po raz pierw­szy w pełni zro­zu­mia­łem, jak to jest żyć z rakiem, ze stra­chem i świa­do­mo­ścią, że nowo­twór może się roz­prze­strze­niać rów­nież pod­czas roz­mowy z leka­rzem, zmy­wa­nia naczyń, zabawy z dziećmi, pracy, snu lub upra­wia­nia seksu. Jak trudno zacho­wać ludzką inte­gral­ność, mając taką wie­dzę!

Nie chro­ni­łem już sie­bie emo­cjo­nal­nie przed smut­nymi sce­nami, któ­rych codzien­nie byłem świad­kiem. Pew­nego dnia pod­czas obchodu zna­la­złem pacjenta leżą­cego na boku, śli­nią­cego się, z twa­rzą otę­piałą od leków, sku­pia­ją­cego całą swoją pozo­stałą uwagę na trzy­ma­niu noc­nika, zupeł­nie nie­świa­do­mego cudow­nego widoku słońca za oknem przed nim. Leżał w kałuży zmie­sza­nego soku wino­gro­no­wego i żółci, a ja wpa­try­wa­łem się w ude­rza­jący kolor popla­mio­nego prze­ście­ra­dła. Ten kon­trast piękna i cier­pie­nia strasz­nie mnie przy­tło­czył.

Wkrótce jed­nak odkry­łem, że mogę czer­pać siłę od moich pacjen­tów. Kiedy patrzy­łem na męż­czy­znę i kobietę - on z ciężką cho­robą serca, a ona z roz­le­głym rakiem piersi - oboje wal­czą­cych o prze­trwa­nie, aby pomóc sobie nawza­jem, moje poczu­cie bez­rad­no­ści wyda­wało się jakoś mniej­sze. Współ­czu­cie innej kobiety, która cier­piała z powodu zła­mań obu rąk, ale na­dal mar­twiła się, że pra­cuję zbyt długo, tego zamę­cze­nia prak­tycz­nie mnie pozba­wiało. Kiedy powie­dzia­łem "Do zoba­cze­nia póź­niej", a umie­ra­jący pacjent uśmiech­nął się i zażar­to­wał "Mam nadzieję", moje poczu­cie zbli­ża­ją­cej się porażki znik­nęło, ponie­waż zoba­czy­łem, że strach przed śmier­cią nie poko­nał ducha tego czło­wieka. Zaczą­łem też obej­mo­wać pacjen­tów, sądząc, że potrze­bują mojego wspar­cia. Póź­niej zda­łem sobie sprawę, że mówię "muszę cię przy­tu­lić", aby móc dalej funk­cjo­no­wać. Nawet jeśli pacjenci byli pod­łą­czeni do respi­ra­to­rów, wycią­gali ręce, aby mi pomóc poprzez dotyk lub poca­łu­nek, a moje poczu­cie winy, zmę­cze­nie i roz­pacz zni­kały. To oni rato­wali mnie.

W obli­czu tak wiel­kiej odwagi wie­lo­krot­nie pra­gną­łem móc zro­bić coś, co uła­twi­łoby im odej­ście. Zaczą­łem mieć wra­że­nie, że metody sto­so­wane w mojej pro­fe­sji, mające na celu prze­dłu­że­nie życia i wyle­cze­nie cho­rób - zali­czane do naj­szla­chet­niej­szych celów naszej cywi­li­za­cji - były cza­sami okrut­niej­sze niż spo­sób dzia­ła­nia natury, gdzie poważna cho­roba szybko ustę­puje miej­sca śmierci. Mówi się, że nikt nie jest w sta­nie naprawdę wyobra­zić sobie wła­snej śmierci, ale jestem pewien, że nie­któ­rzy to potra­fią, gdy muszą roz­wa­żać cię­żar pozo­sta­łych im godzin, dni lub mie­sięcy. Osoby star­sze czę­sto zasta­na­wiają się, dla­czego żyły tak długo, skoro muszą zno­sić prze­cią­ga­jące się w nie­skoń­czo­ność cier­pie­nie i upo­ko­rze­nie. Uwa­żam, że powin­ni­śmy być w sta­nie zro­bić wię­cej, aby pomóc dru­giemu czło­wie­kowi odejść i zakoń­czyć swoje życie w spo­koju, gdy każdy kolejny dzień tylko traci na war­to­ści (mówię o natu­ral­nych spo­so­bach odej­ścia, które są dostępne dla nas wszyst­kich, gdy śmierć nie jest postrze­gana jako porażka).

Potrzeba współ­czu­cia rów­no­wa­żąca nasz medyczny hero­izm ni­gdy nie ude­rzyła mnie tak bar­dzo, jak pod­czas śmierci Ste­phena, jed­nego z przy­ja­ciół mojej part­nerki. Po roz­le­głym zawale serca męż­czy­zna został przy­kuty do łóżka, z rur­kami we wszyst­kich otwo­rach ciała. Uszko­dze­nia były tak duże, że wydano pole­ce­nie "nie reani­mo­wać". Pła­kał z bólu i stra­chu, ale nikt nie chciał prze­pi­sać mu żad­nych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, bojąc się, że leki przy­spie­szą to, co nie­unik­nione, i zosta­nie to ode­brane jako euta­na­zja. W końcu moja part­nerka musiała sama inter­we­nio­wać, mimo że jej przy­ja­ciel był pacjen­tem kogoś innego. Podano mu zastrzyk z Nem­bu­ta­lem. Dzięki lekowi Ste­phen mógł się wyci­szyć i spo­koj­nie opu­ścić swoje ciało. Wypo­wie­dział ciche "dzię­kuję" i po pię­ciu minu­tach odszedł. Na ulicy byłoby mu lepiej niż w szpi­talu - koniec byłby szyb­szy i mniej bole­sny dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych. Jak możemy twier­dzić, że prze­dłu­żamy życie, skoro dany czło­wiek stał się jedy­nie zawo­rem mię­dzy pły­nami dożyl­nymi a wyda­la­nym moczem? Prze­dłu­żamy tylko pro­ces umie­ra­nia. Arty­kuł redak­cyjny w cza­so­pi­śmie "Jour­nal of the Ame­ri­can Medi­cal Asso­cia­tion" zaty­tu­ło­wany Not on My Shift [Nie na mojej zmia­nie - przyp. tłum.] obra­zuje dyle­mat leka­rza zwią­zany z prze­dłu­ża­niem umie­ra­nia, a nie prze­dłu­ża­niem życia.

Słowo "szpi­tal" pocho­dzi od łaciń­skiego słowa ozna­cza­ją­cego "gość", ale rzadko kiedy pla­cówka ta jest naprawdę gościnna. Nie­wiele uwagi poświęca się opiece lub tro­sce, w prze­ci­wień­stwie do poda­wa­nia leków. Czę­sto zasta­na­wia­łem się, dla­czego pro­jek­tanci nie mogli przy­naj­mniej zadbać o ładny wygląd sufi­tów, skoro pacjenci spę­dzają tak dużo czasu na wpa­try­wa­niu się w nie. W każ­dym pokoju jest tele­wi­zor, ale czy dostępne są kre­atywne, medy­ta­cyjne lub humo­ry­styczne filmy bądź muzyka, które pomo­głyby stwo­rzyć atmos­ferę sprzy­ja­jącą lecze­niu? Jaką swo­bodę mają pacjenci, aby zacho­wać swoją toż­sa­mość?

Pewien pacjent - Sam - który nie­zwy­kle szybko wyzdro­wiał po ope­ra­cji prze­pu­kliny, wyja­śnił w liście, w jaki spo­sób pomo­gła mu swo­bod­niej­sza atmos­fera:

"To, co mnie naprawdę nie­po­ko­iło, to fakt, dla­czego byłem tak powścią­gli­wym, współ­pra­cu­ją­cym, wzo­ro­wym "dobrym pacjen­tem". Prze­cież pra­wie zawsze daję znać, kim jestem, gdzie­kol­wiek się poja­wiam, wywo­łu­jąc zamie­sza­nie tylko po to, żeby wywo­łać zamie­sza­nie.

Długo się nad tym zasta­na­wia­łam i jedyną odpo­wie­dzią, jaką udało mi się zna­leźć, jest to, że atmos­fera w szpi­talu była tak nie­au­to­ry­tarna (zwłasz­cza dzięki nowym, nie­jed­no­li­tym zasa­dom doty­czą­cym ubioru, które mnie zdez­o­rien­to­wały), a per­so­nel tak praw­dziwy, że nie mia­łem prze­ciwko czemu się bun­to­wać! Myślę też, że moje szyb­kie wyzdro­wie­nie i brak poczu­cia bez­rad­no­ści i zależ­no­ści spra­wiły, że mia­łem wra­że­nie, iż mam wszystko pod kon­trolą, i po pro­stu nie było potrzeby, abym to gło­śno mani­fe­sto­wał".

Kiedy czło­wiek tra­fia do szpi­tala, pra­cow­nicy stają się czę­ścią jego rodziny - widują go bowiem czę­ściej niż kto­kol­wiek inny. Musimy spro­stać tej odpo­wie­dzial­no­ści, ofe­ru­jąc takie wspar­cie, jakiego ocze­ku­jemy od człon­ków rodziny. Oni nie są w sta­nie wyko­nać całej pracy w ciągu kilku godzin odwie­dzin. Przy­po­mina mi się jeden z moich pacjen­tów, z rakiem jelita gru­bego i prze­rzu­tami do płuc oraz mózgu, który odmó­wił lecze­nia - chciał bowiem móc umrzeć w słońcu na swoim podwórku, słu­cha­jąc śpiewu pta­ków. Dla­czego szpi­tale nie mogą być tak samo przy­ja­znymi miej­scami?

Pozwa­la­jąc sobie odczu­wać tak samo inten­syw­nie ból i strach, jakie odczu­wali moi pacjenci, zda­łem sobie sprawę, że ist­nieje pewien aspekt medy­cyny waż­niej­szy od wszel­kich pro­ce­dur tech­nicz­nych. Nauczy­łem się, że mogę zaofe­ro­wać znacz­nie wię­cej niż tylko zabiegi chi­rur­giczne i że moją pomocą mogę oto­czyć rów­nież umie­ra­ją­cych i ich bli­skich. W rze­czy­wi­sto­ści dosze­dłem do wnio­sku, że jedy­nym praw­dzi­wym powo­dem, dla któ­rego warto pozo­stać w tej branży, jest ofe­ro­wa­nie ludziom przy­jaźni, którą mogą poczuć wła­śnie wtedy, kiedy naj­bar­dziej jej potrze­bują. Jak napi­sał Dick Sel­zer - zna­ko­mity ese­ista i chi­rurg - w książce Mor­tal Les­sons:

Nie wiem, kiedy zro­zu­mia­łem, że to wła­śnie to pie­kło, w któ­rym toczy się nasze życie, daje nam ener­gię i moż­li­wość dba­nia o sie­bie nawza­jem. Chi­rurg nie wycho­dzi z łona matki pokryty współ­czu­ciem niczym kro­plami krwi. To przy­cho­dzi znacz­nie póź­niej. Nie jest to łatwa łaska, ale nagro­ma­dzone szepty nie­zli­czo­nych ran, które opa­trzył, nacięć, które wyko­nał, wszel­kich wrzo­dów i ubyt­ków, któ­rych dotknął, aby je wyle­czyć. Na początku jest to ledwo sły­szalne, szept, jakby z wielu ust. Powoli gro­ma­dzi się, uno­sząc się z pły­ną­cego ciała, aż w końcu staje się czy­stym [anty­kwą] wezwa­niem - wyjąt­ko­wym dźwię­kiem, podob­nym do śpiewu niektó­rych samot­nych pta­ków - pod­po­wia­da­ją­cym, że z rezo­nansu mię­dzy cho­rym a tym, kto się nim opie­kuje, może zro­dzić się ta głę­boka uprzej­mość, którą ludzie reli­gijni nazy­wają Miło­ścią.

Przewodnik

W czerwcu 1978 roku moje podej­ście do medy­cyny zmie­niło się w wyniku nie­ocze­ki­wa­nego doświad­cze­nia pod­czas semi­na­rium dydak­tycz­nego. Onko­log O. Carl Simon­ton i psy­cho­log Ste­pha­nie Mat­thews (ówcze­sna żona Simon­tona) pro­wa­dzili warsz­taty zaty­tu­ło­wane "Czyn­niki psy­cho­logiczne, stres i rak" w Elm­crest Insti­tute w Por­t­land w sta­nie Con­nec­ti­cut. Simon­tonowie byli pierw­szymi zachod­nimi leka­rzami, któ­rzy zasto­so­wali tech­niki obra­zo­wa­nia w lecze­niu raka. Wspól­nie z Jame­sem L. Cre­igh­to­nem opi­sali autor­skie metody w książce Chęć życia6. Opu­bli­ko­wali już swoje pierw­sze wyniki doty­czące pacjen­tów z "nie­ule­czal­nym" rakiem. Spo­śród pierw­szych 159 pacjen­tów, z któ­rych żaden nie miał szans na prze­ży­cie dłu­żej niż rok, u 19 pro­cent nowo­twór cał­ko­wi­cie ustą­pił, a u kolej­nych 22 pro­cent nastą­piła regre­sja cho­roby. Ci, któ­rzy osta­tecz­nie zmarli, prze­żyli śred­nio dwa razy dłu­żej, niż prze­wi­dy­wano.

Kiedy rozej­rza­łem się pod­czas pierw­szej sesji warsz­ta­to­wej, byłem zdu­miony i roz­gnie­wany, widząc, że jestem jedy­nym "leka­rzem zaj­mu­ją­cym się cia­łem". Był tam psy­chia­tra i lekarz medy­cyny holi­stycz­nej, ale wśród sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu uczest­ni­ków nie było ani jed­nego leka­rza pierw­szego kon­taktu. Uczest­ni­kami byli głów­nie pra­cow­nicy socjalni, pacjenci i psy­cho­lo­go­wie. Jesz­cze bar­dziej się zde­ner­wo­wa­łem, gdy od wielu uczest­ni­ków dowie­dzia­łem się, że znali już oma­wiane tech­niki, a kwe­stie te nie były nawet poru­szane pod­czas mojej edu­ka­cji medycz­nej. Byłem leka­rzem medy­cyny, "bóstwem medycz­nym", a nie mia­łem poję­cia, co dzieje się w gło­wie! Lite­ra­tura doty­cząca inte­rak­cji mię­dzy umy­słem a cia­łem była czymś odręb­nym, a zatem nie­zna­nym spe­cja­li­stom z innych dzie­dzin. Po raz pierw­szy zda­łem sobie sprawę, jak daleko w tej dzie­dzinie wyprze­dzają nas teo­lo­gia, psy­cho­lo­gia i medy­cyna holi­styczna.

Pomy­śla­łem o doku­men­ta­cji medycz­nej leka­rzy. Mają oni wię­cej pro­ble­mów z nar­ko­ty­kami i alko­ho­lem oraz wyż­szy wskaź­nik samo­bójstw niż ich pacjenci. Odczu­wają więk­szą bez­na­dziej­ność i umie­rają szyb­ciej po ukoń­cze­niu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. Nic dziw­nego, że wiele osób nie­chęt­nie cho­dzi do leka­rzy głów­nego nurtu. Czy oddał­byś swój samo­chód mecha­ni­kowi, który nie potrafi napra­wić wła­snego?

Pań­stwo Simon­ton nauczyli nas medy­to­wać. W pew­nym momen­cie popro­wa­dzili nas przez medy­ta­cję, któ­rej celem było odna­le­zie­nie i spo­tka­nie swo­jego wewnętrz­nego prze­wod­nika. Pod­sze­dłem do tego ćwi­cze­nia z dużym scep­ty­cy­zmem, jakiego można ocze­ki­wać od leka­rza o nasta­wie­niu mecha­ni­stycz­nym. Mimo to usia­dłem, zamkną­łem oczy i postę­po­wa­łem zgod­nie z instruk­cjami. Nie wie­rzy­łem, że to zadziała, ale jeśli tak mia­łoby się stać, spo­dzie­wa­łem się ujrzeć Jezusa lub Moj­że­sza. Któż inny odwa­żyłby się poja­wić w gło­wie chi­rurga?

Spo­tka­łem jed­nak Geo­rge'a - bro­da­tego, dłu­go­wło­sego mło­dego męż­czy­znę z czapką na gło­wie, ubra­nego w nie­ska­zi­tel­nie białą, powie­wa­jącą szatę. Było to dla mnie nie­sa­mo­wite doświad­cze­nie, ponie­waż nie spo­dzie­wa­łem się, że cokol­wiek się wyda­rzy. Simon­to­no­wie nauczyli nas komu­ni­ko­wać się z każ­dym, kogo wywo­ła­li­śmy z naszej pod­świa­do­mo­ści. Roz­mowa z Geo­rge'em była dla mnie jak gra w sza­chy z samym sobą, ale bez wie­dzy, jaki będzie następny ruch mojego alter ego.

Geo­rge był spon­ta­nicz­nym, dosko­na­łym doradcą, wyczu­lo­nym na moje uczu­cia. Udzie­lał mi szcze­rych odpo­wie­dzi, z któ­rych nie­które począt­kowo mi się nie podo­bały. Na­dal roz­wa­ża­łem zmianę ścieżki kariery. Kiedy mu o tym powie­dzia­łem, wyja­śnił mi, że jestem zbyt dumny, aby zre­zy­gno­wać z ciężko wypra­co­wa­nych umie­jęt­no­ści chi­rur­gicz­nych i zacząć od zera w innej dzie­dzi­nie. Powie­dział mi, że mogę zro­bić wię­cej dobrego, pozo­sta­jąc chi­rur­giem, ale zmie­nia­jąc sie­bie samego - dzięki temu będę w sta­nie pomóc moim pacjen­tom zmo­bi­li­zo­wać siły psy­chiczne do walki z cho­robą. Mogłem połą­czyć wspar­cie i wska­zówki duchow­nego lub psy­chia­try z zaso­bami i wie­dzą leka­rza, prak­ty­ku­jąc coś pośred­niego. W szpi­talu mogłem być wzo­rem do naśla­do­wa­nia dla stu­den­tów, leka­rzy rezy­den­tów, a nawet innych leka­rzy. Geo­rge stwier­dził: "Możesz cho­dzić po całym szpi­talu, pod­czas gdy duchowny czy tera­peuta nie mają takiej moż­li­wo­ści. Masz swo­bodę w zakre­sie uzu­peł­nia­nia lecze­nia miło­ścią lub porad­nic­twem doty­czą­cym śmierci i umie­ra­nia w spo­sób, który nie jest dostępny dla osób nie­bę­dą­cych leka­rzami".

Jeśli koniecz­nie trzeba by nadać mu inte­lek­tu­alną ety­kietkę, można by nazwać Geo­rge'a "medy­ta­cyj­nym wglą­dem uwol­nio­nym z mojej nie­świa­do­mo­ści" lub czymś w tym rodzaju. Wiem tylko, że od momentu poja­wie­nia się jest moim nie­oce­nio­nym towa­rzy­szem. Moje życie stało się teraz o wiele łatwiej­sze, ponie­waż to on wyko­nuje naj­gor­szą robotę.

Geo­rge pomógł mi rów­nież dostrzec pewne aspekty medy­cyny, które wcze­śniej umy­kały mojej uwa­dze. Zro­zu­mia­łem, że jeśli cho­dzi o lecze­nie, wyjątki nie są potwier­dze­niem reguły. Jeśli "cud" - taki jak trwała remi­sja raka - zda­rza się raz, jest on realny i nie można go lek­ce­wa­żyć, uzna­jąc za szczę­śliwy traf. Jeśli jed­nemu pacjen­towi się to udało, nie ma powodu, dla któ­rego inni nie mie­liby tego osią­gnąć. Zda­łem sobie sprawę, że medy­cyna dogłęb­nie ana­li­zuje swoje porażki, pod­czas gdy powinna uczyć się na wła­snych suk­ce­sach. Powin­ni­śmy zwra­cać więk­szą uwagę na pacjen­tów wyjąt­ko­wych - na tych, któ­rzy w nie­ocze­ki­wany spo­sób wra­cają do zdro­wia, zamiast ponuro patrzeć tylko na tych, któ­rzy umie­rają w prze­wi­dy­wany z góry spo­sób. Jak powie­dział Rene Dubos: "Cza­sami to, co bar­dziej wymierne, wypiera to, co naj­waż­niej­sze".

Zaczą­łem dostrze­gać, jak pole­ga­nie na sta­ty­sty­kach wypa­czyło moje myśle­nie. Kie­dyś ope­ro­wa­łem Jima, pacjenta z rakiem jelita gru­bego. Powie­dzia­łem jego rodzi­nie, że pozo­stało mu naj­wy­żej sześć mie­sięcy życia - wtedy jesz­cze prze­wi­dy­wa­łem, jak długo pacjenci będą żyli - ale on udo­wod­nił, że się myli­łem. Kilka razy wra­cał do mnie i za każ­dym razem, gdy wcho­dził, myśla­łem: "Aha! W końcu doszło do wzno­wie­nia cho­roby", ale zawsze był to jakiś drobny, nie­po­wią­zany pro­blem. Za każ­dym razem, gdy pro­po­no­wa­łem mu dal­szą tera­pię nowo­tworu, odma­wiał. Był zbyt zajęty życiem i nie miał czasu na moje zabiegi bazu­jące na sta­ty­sty­kach. Jim jest zdrowy już od ponad dzie­się­ciu lat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki