Refleksje i przemyślenia na temat książki Miłość, medycyna i cuda
Jest kilka kwestii, którymi chciałbym się z wami podzielić, a które
przyszły mi do głowy już po napisaniu tej książki.
W 1989 roku zakończyłem swoją praktykę chirurgiczną, ponieważ coraz
więcej pracowników służby zdrowia było już wtedy skłonnych wysłuchać
mojego przesłania. Kiedy zrozumieli, że moja praca ma podstawy naukowe,
byli gotowi ją zaakceptować. Nie musiałem się w końcu tłumaczyć i mogłem
zacząć dzielić się swoim doświadczeniem oraz pomagać innym dzięki
zdobytej wiedzy. Dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej - jeśli w ogóle
mnie słuchali - najczęściej dyskutowali o słuszności tego, co mówiłem.
Występowałem w różnych programach typu talk show - stanowiłem bowiem
doskonałe źródło konfliktów i kontrowersji. Moje wypowiedzi na temat
roli choroby w życiu człowieka były często źle rozumiane. Poświęcałem
sporo czasu na bronienie się i wyjaśnianie, co miałem na myśli. Chciałem
zwrócić uwagę na fakt, że choroba ma wpływ na życie człowieka nie tylko
w wymiarze fizycznym. Niektórzy ludzie odnosili korzyści z choroby,
ponieważ uzmysławiała im ona ich własną śmiertelność i przemijalność,
dając swobodę życia własnym życiem. Ale skoro wszyscy jesteśmy
śmiertelni, to dlaczego niektórzy ludzie musieli zachorować, aby zaznać
tej możliwości życia swoim wyjątkowym życiem? Dlaczego musieli
doświadczyć tego typu skutków ubocznych?
Obecnie pracownicy służby zdrowia i gospodarze programów telewizyjnych
zwracają się do mnie zazwyczaj z prośbą o udzielenie informacji.
Częściej jestem teraz źródłem inspiracji, a nie kontrowersji. Lekarze i pacjenci potrzebują uzdrowienia i są dziś znacznie bardziej gotowi, aby
słuchać i się uczyć. Niedawno przeczytałem bardzo poruszającą książkę
napisaną przez lekarza, którego żona zmarła na raka. W książce tej autor
mnie przeprasza. Nigdy się nie spotkaliśmy i nie miał powodu, by to
robić - wcześniej miał po prostu inne przekonania. W swojej książce
dzieli się spostrzeżeniem, że w końcu zrozumiał, iż jego rodzina
doświadczyła wyjątkowej i trudnej sytuacji - to nie była tylko diagnoza,
na podstawie której wdrożono określone leczenie. Moje nauki i medytacje
były dla niego i jego żony niezwykle cenne w trakcie przechodzenia przez
to doświadczenie. Nagle nadzieja i miłość stały się bardzo ważnymi
terapiami uzupełniającymi.
Przed napisaniem tego wstępu ponownie przeczytałem swoje poprzednie
publikacje i się nie zawiodłem. Zawierają one wiele istotnych i przydatnych informacji. To dobre podręczniki szkoleniowe dla osób
borykających się z przeciwnościami losu. Dzisiaj jestem jeszcze bogatszy
o kolejne doświadczenia związane z rozmaitymi trudnościami oraz o wiedzę
zdobytą od czasu napisania tych książek i założenia organizacji
Exceptional Cancer Patients w roku 1978. Chcę podzielić się tym, czego w międzyczasie się nauczyłem.
Jedną z takich rzeczy jest to, że nie odkryłem niczego nowego na temat
zachowań związanych z przetrwaniem. To przesłanie jest znane od dawna i można je znaleźć w słowach proroków z przeszłości oraz osób zmagających
się z trudnościami dnia dzisiejszego - od wyjątkowych pacjentów po
członków Anonimowych Alkoholików i żołnierzy piechoty morskiej. Nauka i medycyna potwierdziły w ostatnich badaniach profil osobowości i kwestie
psychologiczne dotyczące zachowań związanych z przetrwaniem oraz ich
wpływ na procesy chemiczne zachodzące w organizmie i zdolność do
leczenia.
Informacje dotyczące uzdrawiania i przetrwania były przekazywane nam
przez tysiące lat przez wszystkich wielkich proroków i przywódców
duchowych. Zrozumiałem, że ich przesłanie jest podobne do mojego. Kiedy
odnajduje się wspólny motyw w pismach uzdrowicieli, można domniemywać,
że coś w tym jest - że zawierają one prawdę. Gdybym to dzisiaj pisał
swoje poprzednie książki, z pewnością uwzględniłbym przesłania tych
uzdrowicieli oraz najnowsze naukowe dowody potwierdzające zalety takiego
postępowania i stylu życia.
Gdybym miał ponownie napisać książkę Miłość, medycyna i cuda,
rozważyłbym zmianę jej tytułu na Skutki uboczne raka. Proces leczenia
jest trudny, to bardzo ciężka praca, podobnie jak każda zmiana, jaką
trzeba wprowadzić w swoim życiu. Jednak wielu z nas przekonało się już,
że skutki uboczne raka nie zawsze są złe. Owszem, rak może zabijać, a o skutkach ubocznych zazwyczaj myślimy jako o problemach, ale jest też
dobra strona tego wszystkiego. Świadomość własnej śmiertelności może
sprawić, że się w końcu przebudzisz i zaczniesz żyć autentycznym, pełnym
znaczenia życiem. W tym miejscu warto przywołać pewien artykuł
zatytułowany Dzięki Bogu, że mam raka (Thank God I Have Cancer). To
"dzięki Bogu" odnosi się do czasu podarowanego przez raka autorowi, aby
ten mógł doświadczyć piękna, dobroci i miłości, które są na wyciągnięcie
ręki i którymi możemy się dzielić. Efektem ubocznym tych działań jest
również dłuższe życie.
Brzydkie kaczątko musiało wykonać wiele pracy nad sobą, aby odnaleźć
siebie i własne piękno oraz uleczyć swoje życie. Nie miało wsparcia ze
strony rodziny ani specjalistów, którzy pomogliby mu zyskać poczucie
własnej wartości i miłość. Odnalazło je we własnym odbiciu. Uważam, że
pacjent nie powinien pokonywać tak trudnej drogi. Rodzina i lekarze
powinni być w stanie edukować i instruować pacjentów w zakresie
odpowiednich zachowań pozwalających przetrwać trudności, jakie pojawiają
się w życiu w postaci choroby. I nie chodzi tu wcale o życie wieczne czy
wystawianie Boga na próbę, tylko o zaangażowanie wszelkich dostępnych
sił fizycznych i emocjonalnych, aby się wyleczyć. Umysł i ciało nie są
oddzielnymi jednostkami - stanowią jeden zintegrowany system. To, jak
się zachowujemy, co myślimy, co jemy i czujemy, ma wpływ na nasze
zdrowie. Lekarze powinni posiadać umiejętność przekazywania tej wiedzy
pacjentom. Ja sam obecnie poświęcam więcej czasu niż kiedykolwiek
wcześniej właśnie na nauczanie, a pacjenci okazują mi największą
wdzięczność za to, że uczę ich, jak radzić sobie nie tylko z problemami
fizycznymi, ale także z trudami życia.
Edukacja medyczna pomija wiele kwestii, z którymi lekarze muszą się
zmagać w odniesieniu zarówno do samych siebie, jak i do swoich
pacjentów. Aby leczenie przyniosło efekty, medycy muszą jednak nie tylko
być dobrymi technikami i umiejętnie przepisywać leki, lecz także
uwzględniać w swoim podejściu do leczenia elementy filozofii i duchowości. Musimy nie tylko myśleć, ale również czuć. Kiedy zagrożone
jest życie człowieka, pojawia się więcej problemów i pytań niż tylko o to, jakie leki należy przyjmować lub jaką operację wykonać. Jak
stwierdziła jedna z kobiet, potrzebujemy społeczeństwa opartego na
wzajemnym zaangażowaniu - pacjentów i lekarzy otwartych na współpracę.
Jak więc postępować, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie i znaleźć
dobrego lekarza, który będzie potrafił wykorzystać swoją wiedzę i będzie
dla ciebie mentorem? Zapytaj lekarza, czy kiedykolwiek spotkał się z krytyką ze strony rodziny, pacjentów lub pielęgniarek. Jeśli odpowiedź
brzmi "tak", to właśnie znalazłeś swojego lekarza. Dlaczego? Ponieważ
jest to osoba, która daje nadzieję. Nie krytykuje się człowieka, który
nie jest skłonny słuchać, uczyć się i - miejmy nadzieję - zmieniać. Jak
powiedział poeta Rumi: "Twoja krytyka poleruje moje lustro". Dobrzy
lekarze to rozumieją. Pielęgniarki również znają kompetentnych,
troskliwych lekarzy, więc poproś je o opinię i nie wahaj się wyrazić
swojego zdania, jeśli nie jesteś traktowany przez lekarza z szacunkiem.
Uległe zachowanie nie zapewnia przetrwania. Musisz być dla nich
człowiekiem, a nie diagnozą czy numerem pokoju.
Wspomniałem już, że przeglądając swoje poprzednie teksty, byłem całkiem
zadowolony z ich treści. Przypomniałem sobie wówczas wielu wspaniałych i kochających ludzi, którzy byli i nadal są moimi nauczycielami. Teraz,
kiedy nie spędzam z nimi już tak dużo czasu, odczuwam ich brak i za nimi
tęsknię - ponowne przeczytanie ich opowieści naprawdę mi to uświadomiło.
Wiele religii i filozofii podpowiada nam, jak znaleźć swoją drogę lub
ścieżkę. Wszystkie one próbują nam przekazać, abyśmy zwracali uwagę na
nasze uczucia i pozwolili im, by nas prowadziły. Jeśli ignorujesz swoje
ciało i sygnały, które ono wysyła, w pewnym momencie poniesiesz tego
konsekwencje. Doskonałym podsumowaniem są tu dwa przesłania Chrystusa.
Pierwsze - "Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by
utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je"1 - odczytuję tak, że
tracimy nasze autentyczne życie, kiedy ulegamy wymaganiom innych lub
stajemy się kimś, kim inni chcą, abyśmy byli, by zdobyć ich miłość lub
po prostu nadal być otoczeni troską. Kiedy uświadamiamy sobie własną
śmiertelność, odrzucamy życie, które nas zabija - zaczynamy wówczas być
sobą i w końcu żyć swoim życiem. W praktyce może to oznaczać zmianę
zawodu, przeprowadzkę, uzdrowienie lub zakończenie relacji oraz nadanie
życiu nowego znaczenia i przyjęcie nowego podejścia oraz pracę na rzecz
właściwego Pana.
Twoje życie jest zapisane w twoim ciele. Drugie przesłanie Chrystusa
brzmi: "Gdy pozwolicie powstać tamtemu, co jest w was, wtedy to, co
macie, uratuje was. Jeśli nie istnieje tamto, co jest w was, wtedy to,
czego nie macie w sobie, uśmierci was"2. Mówi on tutaj o naszych
uczuciach i wspomnieniach zapisanych w ciele i ma całkowitą rację.
Najwcześniejsze pisma duchowe mówią nam, abyśmy siedzieli w ciszy i słuchali. Kabała podaje konkretne instrukcje, jak usłyszeć głos Boga i osiągnąć oświecenie, by swoją wiedzę móc wykorzystać do pomocy innym.
Ocaleni potrzebują chwili, aby się zatrzymać i posłuchać. Można
praktykować medytację i wizualizację, może to być po prostu relaksacja
lub pisanie dziennika - wszystko sprowadza się do znalezienia czasu na
wyciszenie się i wsłuchanie w wewnętrzny głos, który do nas przemawia.
Często doświadczam tego, kiedy biegam lub jeżdżę na rowerze sam, bez
żadnych rozpraszających mnie czynników. Poświęć czas na słuchanie. Jeśli
będziesz słuchać, poznasz swój cel tutaj - na Ziemi - i będziesz mógł
odejść stąd radośnie ze świadomością, że służyłeś, jak mogłeś najlepiej,
i wypełniłeś misję, dla której zostałeś stworzony i tu przybyłeś. Osoby,
które przeżyły, zaczynają zajmować się dogłębniej określonymi aspektami
swojego życia - duchowymi, egzystencjalnymi i emocjonalnymi. Kiedy
poświęcamy się bezinteresownej, bezwarunkowej miłości, wkraczamy na
ścieżkę prawdziwego procesu uzdrawiania. Nie poświęcamy się wówczas
chęci zmiany ludzi, tylko samym ludziom. Miłość sama w sobie jest
cudowną siłą uzdrawiającą. W pewnym sensie jest ona cudem i sensem
istnienia. Zadaj więc sobie pytanie, jakiej lekcji masz się tutaj
nauczyć, i zrób to poprzez dzielenie się swoją miłością ze światem - w taki sposób, w jaki się tą miłością zazwyczaj dzielisz. Pamiętaj, że
dzięki swojej ślepocie miłość czyni wielkie rzeczy, aby zatrzeć rany
świata.
Mówi się nieraz, że miłość jest ślepa - pomaga nam bowiem postrzegać
świat w sposób istotny dla przetrwania. Ślepota miłości ma działanie
terapeutyczne, pozwala nam funkcjonować bez gromadzenia w sobie obrazów
trudności życiowych. Zdarza mi się mawiać ludziom: "Jeśli nie potrafisz
kochać, przynajmniej pielęgnuj w sobie pewnego rodzaju amnezję, tak byś
mógł żyć spokojniej, nie pamiętając wszystkich rzeczy, które ludzie
zrobili, aby cię zdenerwować. Jestem tu, aby pomóc ci przetrwać,
podobnie jak nasz Stwórca". Gdyby Bóg nie był inteligentną, kochającą
energią, dzisiaj nie byłoby nas tutaj. Zdolność do leczenia jest
zakodowana w każdym z nas i we wszelkich istotach żywych. Bóg nie ma
swoich ulubieńców. Denerwujemy się, gdy bakterie stają się odporne na
antybiotyki, ale na naszą zdolność do rozwijania odporności na choroby
już nie. Oba te przykłady ilustrują mechanizmy przetrwania stworzone
przez naszego Stwórcę, aby utrzymać życie w równowadze.
Nie żyj niczym postać z filmu, odgrywając przypisaną ci rolę. Żyj życiem
autentycznym. Wiele osób umiera, gdy z powodu choroby nie może już
pracować. Nie postrzegają one relacji międzyludzkich jako kolejnego
powodu do życia. Z kolei matka dziewięciorga dzieci kurczowo trzyma się
życia właśnie przez wzgląd na nie, ale rok po tym, jak opuszczają one
dom, kobieta umiera. Odkryj swoje życie i nim żyj. Wyjdź poza swoją
rolę.
Pamiętaj, że informacje nikogo nie zmieniają, ale inspiracja już tak.
Znajdź powód, by żyć. Zainspiruj się nim, doświadcz objawienia i przemiany. Jedyne, co może ci pomóc się zmienić, to informacja, że
jesteś śmiertelny i pewnego dnia umrzesz. Dlatego nie rób niczego z myślą o tym, by nie umrzeć, tylko rób wszystko, by poprawić jakość
swojego życia - w rezultacie możesz być zaskoczony, jak długo będziesz
żyć. Zaakceptuj fakt, że umrzesz, i podejmij decyzję, jak chcesz spędzić
tę ograniczoną ilość czasu, która ci pozostała. Wówczas nie będziesz
musiał poddawać się w niebie terapii, aby poradzić sobie z goryczą i urazą, które poczułbyś, gdybyś "zrobił wszystko jak trzeba", a potem i tak umarł.
Czerp z mądrości innych i ciesz się swoim doświadczeniem życiowym.
Pamiętaj, że Biblia kończy się Objawieniem, a nie wnioskami - ukończenie
szkoły to dopiero początek, a nie koniec. Niech ta książka będzie dla
ciebie swoistym objawieniem, a ja chętnie podejmę rolę twojego
przewodnika po transformacji i życiu pełnym pokoju, miłości i uzdrowienia. Zrób pierwszy krok na tej ścieżce już teraz.
Bernie S. Siegel
Wstęp
Fakt, że umysł rządzi ciałem - pomimo zaniedbania tego zagadnienia przez
biologię i medycynę - jest najbardziej fundamentalnym faktem, jaki znamy
na temat procesu życia.
Franz Alexander
Kilka lat temu grupa pielęgniarek z pobliskiego szpitala poprosiła mnie,
abym porozmawiał z Jonathanem, lekarzem, u którego właśnie zdiagnozowano
raka płuc. Został przyjęty do szpitala w dobrej kondycji fizycznej i dopisywał mu humor, gdy żartował ze wszystkimi pielęgniarkami. Kiedy
jednak dowiedział się o diagnozie, popadł w głęboką depresję i zamknął
się w sobie.
Rozmawiałem z nim o związku między nastawieniem a chorobą. Omówiłem
doświadczenia Normana Cousinsa związane z podejrzeniem gruźlicy, które
opisał on w książce Anatomy of an Illness:
Moje pierwsze doświadczenie związane z ponurą diagnozą medyczną miało
miejsce w wieku dziesięciu lat, kiedy wysłano mnie do sanatorium dla
chorych na gruźlicę. Byłem strasznie wychudzony i miałem niedowagę, więc
logiczne było założenie, że cierpię na poważną chorobę. Później okazało
się, że lekarze błędnie zinterpretowali normalne zwapnienia jako objawy
gruźlicy. W tamtych czasach zdjęcia rentgenowskie nie były jeszcze
całkowicie wiarygodną podstawą do stawiania złożonych diagnoz. W każdym
razie w sanatorium spędziłem sześć miesięcy.
Najbardziej interesujące w tych wczesnych doświadczeniach było dla mnie
to, że pacjenci dzielili się na dwie grupy - tych, którzy byli
przekonani, że pokonają chorobę i będą mogli powrócić do normalnego
życia, oraz tych, którzy pogodzili się z długotrwałą, a nawet śmiertelną
chorobą. Ci z nas, którzy zachowali optymistyczne nastawienie, zostali
dobrymi przyjaciółmi, angażowali się w twórcze działania i nie mieli
zbyt wiele wspólnego z pacjentami, którzy pogodzili się z najgorszym.
Kiedy do szpitala przybywali nowi pacjenci, staraliśmy się ich
zwerbować, zanim ponura brygada zabrałaby się do pracy.
Byłem pod ogromnym wrażeniem, że chłopcy z mojej grupy mieli znacznie
wyższy odsetek wyników "wypisany jako wyleczony" niż dzieci z drugiej
grupy. Już w wieku dziesięciu lat byłem filozoficznie uwarunkowany -
uświadomiłem sobie siłę umysłu w pokonywaniu chorób. Lekcje dotyczące
nadziei, które przyswoiłem sobie w tamtym czasie, odegrały ważną rolę w moim całkowitym powrocie do zdrowia i wpłynęły na uczucia, które od
tamtej pory wciąż towarzyszą mi, gdy myślę o wartości życia3.
Jonathan powiedział mi wówczas: "Wiem o tym. Sam miałem gruźlicę i powiedziano mi, że będę musiał spędzić w sanatorium dwa lata. Odparłem
na to: "Nie, na Boże Narodzenie będę w domu z rodziną". I rzeczywiście,
po sześciu miesiącach - 23 grudnia - zostałem wypisany".
Zapewniłem go, że "można zrobić to samo w przypadku raka", ale dwa
tygodnie później zmarł. Jego żona podziękowała mi za moje wysiłki i wyjaśniła, że jej mąż nie chciał walczyć o powrót do zdrowia, ponieważ
jego życie i praca straciły wszelki sens.
Sir William Osler, wybitny kanadyjski lekarz i historyk medycyny, był
zdania, że wynik leczenia gruźlicy zależy bardziej od tego, co dzieje
się w umyśle pacjenta, niż od tego, co dzieje się w jego płucach.
Powtarzał tym samym słowa Hipokratesa, który twierdził, że woli
wiedzieć, jaki rodzaj osoby cierpi na daną chorobę, niż jaki rodzaj
choroby ją dotyka. Louis Pasteur i Claude Bernard - dwaj giganci
XIX-wiecznej biologii - przez całe życie spierali się, czy
najważniejszym czynnikiem w chorobie jest "gleba" - ciało ludzkie - czy
zarazki. Na łożu śmierci Pasteur przyznał, że Bernard miał rację,
stwierdzając: "To gleba".
Pomimo spostrzeżeń tych wybitnych lekarzy medycyna nadal koncentruje się
na chorobach, co sprawia, że jest ona ukierunkowana na porażkę. Jej
praktycy wciąż zachowują się tak, jakby to choroby atakowały ludzi,
zamiast zrozumieć, że to ludzie zapadają na choroby, stając się podatni
na zarazki, na które wszyscy jesteśmy nieustannie narażeni. Chociaż
najlepsi lekarze zawsze o tym wiedzieli, medycyna jako całość tylko
sporadycznie badała osoby, które nie chorują. Większość lekarzy rzadko
zastanawia się nad tym, w jaki sposób określone podejście pacjenta do
życia wpływa na jego długość i jakość.
Pacjenci są bardzo różni. Niektórzy są gotowi zrobić niemal wszystko,
byle tylko nie zmieniać swojego dotychczasowego życia i by zwiększyć
szanse na wyleczenie. Kiedy daję im wybór między operacją a zmianą stylu
życia, ośmiu na dziesięciu odpowiada: "Proszę operować. To mniej boli.
Będę musiał tylko znaleźć opiekunkę do dziecka na tydzień, kiedy będę w szpitalu". Na drugim krańcu są pacjenci, których nazywam wyjątkowymi,
ocalałymi czy też przezwyciężającymi trudności. Oni odmawiają pogodzenia
się z porażką. Tak jak jedna z kobiet, którą się opiekuję - niewidoma
diabetyczka po amputacji nogi, chorująca na raka, która żyje dłużej, niż
przewidywały statystyki, a obecnie spędza większość czasu na rozmowach
telefonicznych, dodając otuchy innym pacjentom. Ona i inni wyjątkowi
pacjenci nauczyli mnie, że umysł może mieć ogromny wpływ na ciało, a zdolności do kochania nie ogranicza choroba fizyczna.
Teoria Freuda, zgodnie z którą naszemu instynktowi samozachowawczemu
przeciwstawia się pewnego rodzaju instynkt śmierci, została odrzucona
przez wielu późniejszych psychologów. Wszyscy jednak wiemy, że wiele
osób żyje tak, jakby rzeczywiście chciały skrócić swoje życie. Wyjątkowi
pacjenci natomiast pokonują presję, konflikty i nawyki, rezygnują z działań, które innym dyktuje to świadome lub nieświadome "pragnienie
śmierci". Każda ich myśl i czyn służą sprawie życia. Osobiście uważam,
że w nas samych istnieją biologiczne mechanizmy "życia" i "śmierci".
Badania naukowe innych lekarzy oraz moje codzienne doświadczenia
kliniczne utwierdziły mnie w przekonaniu, iż stan umysłu zmienia stan
ciała poprzez oddziaływanie na centralny układ nerwowy, układ hormonalny
oraz układ odpornościowy. Spokojny umysł wysyła ciału komunikat "żyj",
podczas gdy depresja, strach i nierozwiązane konflikty przekazują mu
komunikat "umieraj". Wydaje się, że wszelkie procesy lecznicze mają
charakter naukowy, nawet jeśli nauka nie jest jeszcze w stanie dokładnie
wyjaśnić, w jaki sposób dochodzi do różnego rodzaju nieoczekiwanych
"cudów".
Wyjątkowi pacjenci przejawiają wolę życia w jej najbardziej oczywistej
formie. Przejmują kontrolę nad swoim życiem, nawet jeśli wcześniej nie
byli w stanie tego zrobić, i ciężko pracują, aby odzyskać zdrowie i osiągnąć spokój ducha. Nie polegają na lekarzach, którzy przejmują
inicjatywę - traktują ich raczej jako członków zespołu, wymagając od
nich najwyższej klasy umiejętności, pomysłowości, troski i otwartości
umysłu. A jeśli nie są usatysfakcjonowani, po prostu zmieniają lekarza.
Jednak wyjątkowi pacjenci to również pacjenci kochający, i dlatego
rozumieją oni trudności, z jakimi boryka się lekarz. W większości
przypadków moja rada dla niezadowolonego pacjenta brzmi: przytul
lekarza. Zazwyczaj dzięki temu lekarz chętniej reaguje na potrzeby
pacjenta, ponieważ stajesz się dla niego indywidualnością i jesteś
traktowany jak osoba, a nie choroba. Stajesz się tym, kogo czule
nazywam "szaleńcem". Jedna pacjentka powiedziała mi, że wróciła do
swojego lekarza z chęcią zastosowania się do mojej rady, ale nie mogła
się zmusić, żeby go przytulić. "Zamiast tego - wyznała - spojrzałam na
niego z największym współczuciem, na jakie było mnie stać. I wiesz, co
się stało? Usiadł, powiedział mi, że musi schudnąć i więcej ćwiczyć, a potem to on objął mnie!". Jeśli jednak uścisk nie zadziała, to czas
poszukać innego lekarza. Znam pacjentów, których relacje z lekarzami
dosłownie zabijają.
Każdy może być wyjątkowym pacjentem, a najlepszym momentem na podjęcie
wyzwania, by właśnie takim być, jest czas przed zachorowaniem. Wiele
osób nie wykorzystuje w pełni swojej siły życiowej, dopóki śmiertelna
choroba nie zmusi ich do "zmiany nastawienia". Nie musi to być jednak
przebudzenie w ostatniej chwili. Siła umysłu jest dostępna dla nas przez
cały czas i daje nam większe pole manewru, zanim jeszcze nadciągnie
katastrofa. Proces, o jakim mówię, nie wymaga przynależności do żadnej
konkretnej religii ani przyjęcia określonego systemu psychologicznego.
Ponieważ w mojej praktyce najczęstszą groźną chorobą jest rak, większość
opisanych tu doświadczeń dotyczy właśnie raka, ale te same zasady mają
zastosowanie w przypadku wszystkich chorób.
Podstawowym problemem większości pacjentów jest niezdolność do kochania
siebie, wynikająca z braku miłości ze strony innych w kluczowym okresie
ich życia. Okresem tym jest niemal zawsze dzieciństwo, kiedy to relacje
z rodzicami kształtują nasze charakterystyczne sposoby reagowania na
stres. Jako dorośli powtarzamy te reakcje i narażamy się na choroby, a nasza osobowość często determinuje specyfikę tych chorób. Umiejętność
kochania siebie w połączeniu z umiejętnością kochania życia, przy pełnej
świadomości, że nie będzie ono trwało wiecznie, pozwala poprawić tego
życia jakość. Moją rolą jako chirurga jest zapewnienie ludziom czasu, w którym będą mogli się sami wyleczyć. Staram się pomóc im w powrocie do
zdrowia, a jednocześnie zrozumieć, dlaczego w ogóle zachorowali. Wówczas
można dążyć do prawdziwego uzdrowienia, a nie tylko do wyeliminowania
tej jednej konkretnej choroby.
Niniejsza publikacja stanowi swego rodzaju przewodnik po takiej
przemianie, a także zapis mojej własnej edukacji, którą otrzymałem od
pacjentów. Staram się tu odgrywać rolę pośrednika, dzięki któremu ich
boleśnie zdobyte umiejętności życiowe będą mogły wskazać ci, jak
skutecznie walczyć o własne zdrowie. Książka ta nie jest jedynie zbiorem
porad, co należy robić - takich porad jest mnóstwo. To raczej przewodnik
po tej części ciebie, która może wybrać najlepszą dla siebie radę, a następnie wzbudzić w sobie wolę, by ją wprowadzić w życie. Mam nadzieję
dotrzeć poza twój racjonalny umysł, ponieważ cuda nie rodzą się z zimnego intelektu. Są one wynikiem odnalezienia prawdziwego siebie i podążania za tym, co uważasz za swoją autentyczną życiową drogę.
Jeśli cierpisz na chorobę zagrażającą życiu, zmiana, o której mówię,
może ci je uratować lub przedłużyć znacznie ponad medyczne rokowania. A już na pewno pozwoli ci przynajmniej wykorzystać pozostały ci czas
lepiej, niż obecnie uważasz, że jest to możliwe. Jeśli cierpisz na
niewielkie zaburzenia lub nie jesteś chory, ale nie cieszysz się życiem,
zasady, których nauczyłem się od wyjątkowych pacjentów, mogą przynieść
ci radość i pomóc uniknąć chorób w przyszłości.
Jeśli jesteś lekarzem, mam nadzieję, że ta książka dostarczy ci
strategii, których od dawna potrzebujesz, a których nie nauczono cię
podczas studiów. Lekarze rzadko zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo
różni się sposób, w jaki rozmawiają z pacjentami chorymi na raka, od
sposobu, w jaki rozmawiają z innymi pacjentami. Pacjentowi po zawale
serca mówimy zwykle, jak zmienić styl życia - uwzględniając dietę,
ćwiczenia fizyczne itp. - dając mu w ten sposób nadzieję, że on sam może
uczestniczyć w procesie powrotu do zdrowia. Ale gdyby ten sam pacjent
nałożył makijaż i perukę, a następnie wrócił w kolejnym tygodniu i powiedział: "Mam raka", większość lekarzy odpowiedziałaby: "Jeśli te
metody leczenia nie zadziałają, nie będę mógł nic więcej dla ciebie
zrobić". Musimy nauczyć się dawać pacjentom możliwość uczestniczenia w procesie powrotu do zdrowia w przypadku każdego rodzaju choroby.
Nie staram się na tych stronach dać ci do zrozumienia, że jestem lepszym
lekarzem od ciebie - staram się raczej wyjaśnić, dlaczego niegdyś czułem
się nieudacznikiem, osobą przegraną. Było tak dopóty, dopóki moi
pacjenci nie nauczyli mnie, że medycyna to coś więcej niż tylko tabletki
i skalpele. Wiem, że gabinety są pełne ludzi, którzy wysysają z lekarzy
energię i nie radzą sobie z chorobą zbyt dobrze. Znam ból, jaki
odczuwają lekarze. Borykamy się z tymi samymi problemami, co inni
ludzie, a dodatkowo mamy jeszcze jeden, który wbijano nam do głowy
podczas studiów medycznych. Chodzi o rolę mechanika-ratownika, która
definiuje chorobę i śmierć jako naszą porażkę. Nikt nie żyje wiecznie,
dlatego śmierć nie jest problemem. Problemem jest życie. Śmierć nie jest
porażką. Porażką jest rezygnacja z podjęcia wyzwania, jakim jest życie.
Przedstawię ci niewielką grupę pacjentów, którzy mogą przywrócić ci
energię - to ludzie, którzy wracają do zdrowia, nawet jeśli nie powinni.
Pokażę ci, jak uczyć się od pacjentów, którzy odnieśli sukces, i pomagać
innym w przebudzeniu w nich "chęci do życia". Ten proces nieuchronnie
pokieruje cię ku wyleczeniu i sprawi, że staniesz się jeszcze
skuteczniejszym uzdrowicielem.
Z naszego słownika powinniśmy usunąć słowo "niemożliwe". Jak kiedyś (w innym kontekście) zauważył David Ben-Gurion: "Człowiek, który nie wierzy
w cuda, nie jest realistą". Kiedy zobaczymy, jak terminy takie jak
"spontaniczna remisja" lub "cud" wprowadzają nas w błąd i dezorientują,
będziemy mogli wyciągnąć właściwe wnioski. Terminy te sugerują, że
pacjent musi mieć szczęście, aby zostać wyleczonym, ale uzdrowienia te
są wynikiem ciężkiej pracy. Nie są one dziełem Boga. Pamiętaj, że cud
jednego pokolenia może być faktem naukowym dla innego. Nie zamykaj oczu
i nie ignoruj działań lub wydarzeń, które nie zawsze są mierzalne. One
mają miejsce dzięki wewnętrznej energii dostępnej dla każdego z nas.
Dlatego też wolę określenia takie jak "kreatywne" lub "samodzielne"
leczenie - podkreślają one bowiem aktywną rolę pacjenta. Pokażę ci, w jaki sposób wyjątkowi pacjenci pracują nad swoim wyleczeniem.
Bernie S. Siegel
New Haven, Connecticut, kwiecień 1986 rok
1. Uprzywilejowany słuchacz
1
Uprzywilejowany słuchacz
Przecie nowe życie nie dostanie mu się za darmo, że jeszcze drogo trzeba
je będzie okupić, zapłacić za nie w przyszłości wielkim czynem... Ale tu
już się rozpoczyna nowa historia, historia stopniowej odnowy człowieka.
Fiodor Dostojewski5
W szkole medycznej nie uczy się o wyjątkowych pacjentach. Doszedłem do
tego wniosku dopiero po długim okresie frustracji i poszukiwań w moim
zawodzie. Nie miałem zajęć dotyczących leczenia i miłości, rozmów z pacjentami ani powodów, dla których warto zostać lekarzem. Podczas mojej
edukacji nie zostałem wyleczony, a mimo to oczekiwano ode mnie, że będę
leczył innych.
Na początku lat 70. - po ponad dziesięciu latach wykonywania zawodu
chirurga - moja praca stała się dla mnie bardzo bolesna. Nie było to
typowe wypalenie zawodowe - potrafiłem całkiem dobrze radzić sobie z niekończącymi się problemami, intensywnością pracy i ciągłymi decyzjami
o życiu lub śmierci. Podczas nauki wpojono we mnie przekonanie, iż cała
moja praca polega na wykonywaniu mechanicznych czynności na ludziach,
tak by w rezultacie ich wyleczyć i uratować im życie. W ten sposób
definiuje się sukces lekarza, a ponieważ ludzie często nie wracają do
zdrowia, no i każdy w końcu umiera, czułem się jak nieudacznik.
Jednocześnie intuicyjnie czułem, że musi istnieć jakiś sposób, aby pomóc
"beznadziejnym" przypadkom, wykraczając poza przypisaną mi rolę
mechanika. Musiało jednak minąć wiele lat trudnego rozwoju, zanim
zrozumiałem, jak to zrobić.
Kiedy zaczynałem, nie mogłem się doczekać nowych problemów, jakie niósł
każdy kolejny dzień. Stanowiły one dla mnie ekscytujące wyzwania, dzięki
którym moja praktyka nie była nudna. Jednak po kilku latach właśnie to,
że codziennie czekają mnie same wyzwania, stało się monotonne. Marzyłem
o łatwym dniu, w którym wszystko przebiegałoby zgodnie z planem i miałbym do czynienia tylko z rutynowymi przypadkami. Ale nie było
"normalnych" dni. Dopiero później nauczyłem się postrzegać nagłe
wypadki, a nawet awarie procedur szpitalnych, jako dodatkowe okazje do
pomocy ludziom.
Chirurdzy nie są idealni. Zawsze dajemy z siebie wszystko, ale mimo to
zdarzają się komplikacje. Chociaż jest to przygnębiające, pozwala nam
zachować trzeźwość umysłu i nie traktować siebie jak bogów. Jednym z przypadków, który najbardziej zachwiał moją wiarą w siebie, było
uszkodzenie nerwu twarzowego u młodej dziewczyny, którą operowałem na
początku mojej kariery. Gdy zobaczyłem, jak budzi się z połową twarzy
sparaliżowaną, chciałem się ukryć już na zawsze. Zostałem chirurgiem,
aby pomagać ludziom, a skończyło się na tym, że pozbawiłem kogoś
normalnego wyglądu. To było druzgocące doświadczenie. Niestety nie
wiedziałem jeszcze, że typowa reakcja lekarza - ukrywanie bólu, gdy coś
poszło nie tak - nikomu nie pomaga.
Presja nie ustępowała. Kiedy pacjent z silnym krwawieniem był przewożony
na salę operacyjną, personel był spięty i spanikowany, dopóki nie
pojawił się chirurg. Teraz to mnie żołądek ściskał się w supeł, podczas
gdy wszyscy inni się rozluźniali. Nie miałem nikogo, komu tę presję
mógłbym przekazać. Otuchy mogłem szukać tylko w sobie. Kiedy zaczynała
się operacja, pot lał się ze mnie strumieniami, a potem, gdy sytuacja
wracała do normy - mimo że światła były tak samo gorące jak wcześniej -
zaczynałem się ochładzać. Kiedyś czułem się desperacko samotny,
oczekując od siebie perfekcji. Stres towarzyszył mi nawet w domu. Na
kilka dni przed trudną operacją przeżywałem ją w myślach raz po raz,
modląc się, aby wizualizowany przeze mnie pomyślny wynik się ziścił.
Nawet jeśli wszystko poszło dobrze, budziłem się nagle w środku nocy,
kwestionując swoje decyzje. Teraz, po latach nauki od moich pacjentów,
jestem w stanie podjąć każdą decyzję, żyć zgodnie z nią i zostawić ją za
sobą, wiedząc, że robię wszystko, co w mojej mocy. Podobnie jak
duchowny, który czuje się samotny, ponieważ nigdy nie nauczył się
rozmawiać z Bogiem, tak lekarz, który nigdy nie nauczył się rozmawiać z pacjentami, odczuwa samotność.
Wtedy jedną z najtrudniejszych rzeczy było to, że miałem tak mało czasu
dla rodziny. Sportowiec może po meczu wziąć prysznic i wrócić do domu,
ale dla lekarzy dzień pracy często nie ma końca. Musiałem pogodzić się z tym, że weekend w domu to bonus, a nie coś, na co mogę liczyć. Co
więcej, cierpiałem z powodu podwójnego poczucia winy - kilka godzin
wolnego wydawało mi się kradzieżą czasu pacjentom, którym mógłbym go
jeszcze poświęcić, a szesnastogodzinne dni pracy wydawały mi się
okradaniem z czasu mojej żony i dzieci. Nie wiedziałem, jak poradzić
sobie z poczuciem winy ani jak pogodzić różne aspekty własnego życia.
Wielokrotnie po powrocie do domu byłem zbyt zmęczony, żeby móc cieszyć
się towarzystwem rodziny. Kiedyś byłem tak wyczerpany, że kiedy
odwoziłem naszą opiekunkę do domu, automatycznie pojechałem do szpitala.
Pewnie pomyślała, że ją porywam.
Nawet czas, który udawało mi się spędzać w domu, zawsze wydawał się
przerywany. Dzieci ciągle pytały: "Czy jesteś dziś na dyżurze?". Kiedy
miałem dyżur, wszyscy byli zdenerwowani, pewni, że rodzinny wieczór nie
potrwa zbyt długo. Dla większości ludzi dźwięk dzwoniącego telefonu jest
czymś przyjemnym. Dla nas oznaczał niepokój i rozłąkę.
Jedną z najbardziej niepokojących prób dla lekarza jest to, że śmierć
zazwyczaj następuje w środku nocy (teraz to rozumiem). Nie sposób nie
poczuć ukłucia gniewu, gdy pacjent, który od wielu dni pozostawał w śpiączce, umiera o drugiej w nocy, a lekarz i rodzina muszą zostać
obudzeni, aby odebrać tę wiadomość. Myślimy: "Dlaczego umierający nie
mogą okazać odrobiny szacunku dla żyjących?". Niewielu z nas wspomina o tej wrogości. Po prostu z tego powodu odzywa się w nas poczucie winy. Do
tego dochodzi dodatkowe obciążenie związane z koniecznością bycia
wesołym i czujnym na sali operacyjnej o siódmej rano, pomimo problemów
rodzinnych i dwóch lub trzech telefonów w środku nocy.
W Nowy Rok 1974 zacząłem prowadzić dziennik. Początkowo był to głównie
sposób na wyrzucenie z siebie rozpaczy i całego tego rozgoryczenia.
"Czasami wydaje się, że świat umiera na raka" - napisałem pewnej nocy.
"Każdy otwierany brzuch jest nim wypełniony". Innej nocy: "Żołądek
podchodzi ci do gardła, a gdy widzisz przyszłość, ogarnia cię
przerażenie. Na ile jeszcze twarzy będziesz musiał spojrzeć i wypowiedzieć słowa: "Przykro mi, to guz nieoperacyjny""!
Dobrze pamiętam Florę, jedną z moich pacjentek z tamtego okresu.
Niedawno zmarł jej mąż, a teraz ona sama umierała na raka macicy,
którego nie udało się pokonać dwoma operacjami. Martwiła się, jak bardzo
każdy dzień spędzony w szpitalu uszczupla jej oszczędności, które
chciała przekazać wnukom w spadku. Chcąc przedłużyć życie, jednocześnie
pragnęła, aby się ono skończyło, tak by nie marnować więcej pieniędzy na
jej kruchy organizm. Zastanawiałem się, skąd mam czerpać siłę, aby
wspierać wszystkich tych ludzi w ich zmaganiach.
Dzięki introspekcji, której dokonywałem, pisząc w moim dzienniku, w końcu zdałem sobie sprawę, że muszę zmienić swoje podejście do praktyki
medycznej. Przez cały ten okres poważnie zastanawiałem się nad zmianą
zawodu. Rozważałem zostanie nauczycielem lub weterynarzem, ponieważ
weterynarze mogą przytulać swoich pacjentów. Nie mogłem zdecydować,
czego chcę, ale uświadomiłem sobie, że większość moich wyborów była
powiązana z ludźmi, to właśnie ku nim się kierowała. Nawet w malarstwie,
które traktowałem jako hobby, interesowały mnie wyłącznie portrety.
W końcu to do mnie dotarło. Byłem tu, codziennie przyjmowałem dziesiątki
pacjentów, spotykałem się z ich rodzinami, dziesiątkami lekarzy i pielęgniarek, a mimo to wciąż szukałem ludzi. Przez cały ten czas
zajmowałem się przypadkami, kartami, chorobami, lekarstwami, personelem
i prognozami, a nie samymi ludźmi. O swoich pacjentach myślałem jedynie
jako o maszynach, które muszę naprawić. W końcu usłyszałem język moich
współpracowników w zupełnie nowy sposób. Pamiętam, jak tamtego roku
przemawiałem na konferencji pediatrów. Wielu z nich się spóźniło,
podekscytowani wyjaśniali, że właśnie przyjęto "ciekawy przypadek" -
dziecko bliskie śpiączki cukrzycowej. Z przerażeniem zdałem sobie
sprawę, jak bardzo takie podejście oddala lekarzy od ich "przypadku",
którym w rzeczywistości było bardzo chore, przerażone dziecko, a do tego
zrozpaczeni rodzice.
Uzmysłowiłem sobie, że bez względu na to, jak bardzo się temu opierałem,
ja również przyjąłem tę standardową strategię obrony przed bólem i porażką. Ponieważ cierpiałem, wycofywałem się, kiedy pacjenci
najbardziej mnie potrzebowali. Stało się to szczególnie widoczne, kiedy
wróciłem z długich wakacji w sierpniu 1974 roku. Przez kilka dni
reagowałem wyłącznie jak zwykły człowiek. Wówczas poczułem, jak emocje
ustępują miejsca profesjonalnej powadze. Chciałem jednak zachować tę
wrażliwość, ponieważ chłód nie ratuje nikogo przed bólem. Po prostu
pozwala pogrzebać cierpienie nieco głębiej. Kiedyś uważałem, że pewien
dystans jest niezbędny, ale w wypadku większości lekarzy jest on moim
zdaniem zbyt duży - zbyt często presja tłumi nasze naturalne
współczucie. Tak zwana niezaangażowana troska, której nas uczą, jest
absurdem. Zamiast tego powinniśmy nauczyć się troski racjonalnej,
pozwalającej na wyrażanie uczuć bez ograniczania zdolności podejmowania
decyzji.
Wciąż zastanawiałem się, czy pozostać dalej chirurgiem, czy też
zaprzepaścić naukę, której poświęciłem połowę życia, i zająć się inną
specjalizacją. Myślałem o psychiatrii, w której mógłbym pomagać ludziom
bez konieczności wykonywania operacji. Ale jeden z moich pacjentów
chorych na raka, pianista koncertowy Mark, pomógł mi zrozumieć, że mogę
być szczęśliwy bez zmiany zawodu. Gdy jego stan się poprawił, wszyscy
przyjaciele mówili mu, że powinien wrócić na scenę, ale on stwierdził,
że wie, iż nie jest już tam na swoim miejscu. Odkrył, że jest
szczęśliwszy, grając na pianinie w domu. Nadal robił to, co kochał, ale
zmienił kontekst, aby dostosować go do własnych potrzeb. Zdałem sobie
sprawę, że muszę zrobić to samo.
Próbowałem "wyjść zza biurka" i otworzyć drzwi do swojego serca, a także
do mojego gabinetu. Moje biurko stało dosłownie pod ścianą, dzięki czemu
pacjent i ja siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak równy z równym.
Telefonistka, stolarz i student medycyny stwierdzili, że mój gabinet nie
jest odpowiedni, ponieważ biurko nie znajdowało się już pośrodku.
Musiałem wyjaśniać, że chcę widzieć swojego pacjenta bez żadnych
przeszkód między nami, nie traktując siebie jako eksperta w relacji z osobą słabszą czy będącą w gorszej sytuacji.
Zacząłem zachęcać pacjentów, aby zwracali się do mnie po imieniu. Na
początku było to dość stresujące - być po prostu Berniem, a nie doktorem
Sieglem - spotykać się z innymi jako osoba, a nie jako pewna etykietka.
Oznaczało to, że musiałem polubić siebie samego i zasłużyć na szacunek
przez wzgląd na to, co robiłem, a nie na to, czego nauczyłem się w szkole. Jednak zmiana ta była tego warta. To prosty, ale skuteczny
sposób na przełamanie bariery między lekarzem a pacjentem.
Przesunięcie biurka i zwracanie się do pacjentów po imieniu były jedynie
symptomami większej zmiany. Popełniłem grzech śmiertelny lekarza -
"zaangażowałem się" w sprawy swoich pacjentów. Po raz pierwszy w pełni
zrozumiałem, jak to jest żyć z rakiem, ze strachem i świadomością, że
nowotwór może się rozprzestrzeniać również podczas rozmowy z lekarzem,
zmywania naczyń, zabawy z dziećmi, pracy, snu lub uprawiania seksu. Jak
trudno zachować ludzką integralność, mając taką wiedzę!
Nie chroniłem już siebie emocjonalnie przed smutnymi scenami, których
codziennie byłem świadkiem. Pewnego dnia podczas obchodu znalazłem
pacjenta leżącego na boku, śliniącego się, z twarzą otępiałą od leków,
skupiającego całą swoją pozostałą uwagę na trzymaniu nocnika, zupełnie
nieświadomego cudownego widoku słońca za oknem przed nim. Leżał w kałuży
zmieszanego soku winogronowego i żółci, a ja wpatrywałem się w uderzający kolor poplamionego prześcieradła. Ten kontrast piękna i cierpienia strasznie mnie przytłoczył.
Wkrótce jednak odkryłem, że mogę czerpać siłę od moich pacjentów. Kiedy
patrzyłem na mężczyznę i kobietę - on z ciężką chorobą serca, a ona z rozległym rakiem piersi - oboje walczących o przetrwanie, aby pomóc
sobie nawzajem, moje poczucie bezradności wydawało się jakoś mniejsze.
Współczucie innej kobiety, która cierpiała z powodu złamań obu rąk, ale
nadal martwiła się, że pracuję zbyt długo, tego zamęczenia praktycznie
mnie pozbawiało. Kiedy powiedziałem "Do zobaczenia później", a umierający pacjent uśmiechnął się i zażartował "Mam nadzieję", moje
poczucie zbliżającej się porażki zniknęło, ponieważ zobaczyłem, że
strach przed śmiercią nie pokonał ducha tego człowieka. Zacząłem też
obejmować pacjentów, sądząc, że potrzebują mojego wsparcia. Później
zdałem sobie sprawę, że mówię "muszę cię przytulić", aby móc dalej
funkcjonować. Nawet jeśli pacjenci byli podłączeni do respiratorów,
wyciągali ręce, aby mi pomóc poprzez dotyk lub pocałunek, a moje
poczucie winy, zmęczenie i rozpacz znikały. To oni ratowali mnie.
W obliczu tak wielkiej odwagi wielokrotnie pragnąłem móc zrobić coś, co
ułatwiłoby im odejście. Zacząłem mieć wrażenie, że metody stosowane w mojej profesji, mające na celu przedłużenie życia i wyleczenie chorób -
zaliczane do najszlachetniejszych celów naszej cywilizacji - były
czasami okrutniejsze niż sposób działania natury, gdzie poważna choroba
szybko ustępuje miejsca śmierci. Mówi się, że nikt nie jest w stanie
naprawdę wyobrazić sobie własnej śmierci, ale jestem pewien, że
niektórzy to potrafią, gdy muszą rozważać ciężar pozostałych im godzin,
dni lub miesięcy. Osoby starsze często zastanawiają się, dlaczego żyły
tak długo, skoro muszą znosić przeciągające się w nieskończoność
cierpienie i upokorzenie. Uważam, że powinniśmy być w stanie zrobić
więcej, aby pomóc drugiemu człowiekowi odejść i zakończyć swoje życie w spokoju, gdy każdy kolejny dzień tylko traci na wartości (mówię o naturalnych sposobach odejścia, które są dostępne dla nas wszystkich,
gdy śmierć nie jest postrzegana jako porażka).
Potrzeba współczucia równoważąca nasz medyczny heroizm nigdy nie
uderzyła mnie tak bardzo, jak podczas śmierci Stephena, jednego z przyjaciół mojej partnerki. Po rozległym zawale serca mężczyzna został
przykuty do łóżka, z rurkami we wszystkich otworach ciała. Uszkodzenia
były tak duże, że wydano polecenie "nie reanimować". Płakał z bólu i strachu, ale nikt nie chciał przepisać mu żadnych środków
przeciwbólowych, bojąc się, że leki przyspieszą to, co nieuniknione, i zostanie to odebrane jako eutanazja. W końcu moja partnerka musiała sama
interweniować, mimo że jej przyjaciel był pacjentem kogoś innego. Podano
mu zastrzyk z Nembutalem. Dzięki lekowi Stephen mógł się wyciszyć i spokojnie opuścić swoje ciało. Wypowiedział ciche "dziękuję" i po pięciu
minutach odszedł. Na ulicy byłoby mu lepiej niż w szpitalu - koniec
byłby szybszy i mniej bolesny dla wszystkich zainteresowanych. Jak
możemy twierdzić, że przedłużamy życie, skoro dany człowiek stał się
jedynie zaworem między płynami dożylnymi a wydalanym moczem? Przedłużamy
tylko proces umierania. Artykuł redakcyjny w czasopiśmie "Journal of the
American Medical Association" zatytułowany Not on My Shift [Nie na
mojej zmianie - przyp. tłum.] obrazuje dylemat lekarza związany z przedłużaniem umierania, a nie przedłużaniem życia.
Słowo "szpital" pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego "gość", ale
rzadko kiedy placówka ta jest naprawdę gościnna. Niewiele uwagi poświęca
się opiece lub trosce, w przeciwieństwie do podawania leków. Często
zastanawiałem się, dlaczego projektanci nie mogli przynajmniej zadbać o ładny wygląd sufitów, skoro pacjenci spędzają tak dużo czasu na
wpatrywaniu się w nie. W każdym pokoju jest telewizor, ale czy dostępne
są kreatywne, medytacyjne lub humorystyczne filmy bądź muzyka, które
pomogłyby stworzyć atmosferę sprzyjającą leczeniu? Jaką swobodę mają
pacjenci, aby zachować swoją tożsamość?
Pewien pacjent - Sam - który niezwykle szybko wyzdrowiał po operacji
przepukliny, wyjaśnił w liście, w jaki sposób pomogła mu swobodniejsza
atmosfera:
"To, co mnie naprawdę niepokoiło, to fakt, dlaczego byłem tak
powściągliwym, współpracującym, wzorowym "dobrym pacjentem". Przecież
prawie zawsze daję znać, kim jestem, gdziekolwiek się pojawiam,
wywołując zamieszanie tylko po to, żeby wywołać zamieszanie.
Długo się nad tym zastanawiałam i jedyną odpowiedzią, jaką udało mi się
znaleźć, jest to, że atmosfera w szpitalu była tak nieautorytarna
(zwłaszcza dzięki nowym, niejednolitym zasadom dotyczącym ubioru, które
mnie zdezorientowały), a personel tak prawdziwy, że nie miałem
przeciwko czemu się buntować! Myślę też, że moje szybkie wyzdrowienie i brak poczucia bezradności i zależności sprawiły, że miałem wrażenie,
iż mam wszystko pod kontrolą, i po prostu nie było potrzeby, abym to
głośno manifestował".
Kiedy człowiek trafia do szpitala, pracownicy stają się częścią jego
rodziny - widują go bowiem częściej niż ktokolwiek inny. Musimy sprostać
tej odpowiedzialności, oferując takie wsparcie, jakiego oczekujemy od
członków rodziny. Oni nie są w stanie wykonać całej pracy w ciągu kilku
godzin odwiedzin. Przypomina mi się jeden z moich pacjentów, z rakiem
jelita grubego i przerzutami do płuc oraz mózgu, który odmówił leczenia
- chciał bowiem móc umrzeć w słońcu na swoim podwórku, słuchając śpiewu
ptaków. Dlaczego szpitale nie mogą być tak samo przyjaznymi miejscami?
Pozwalając sobie odczuwać tak samo intensywnie ból i strach, jakie
odczuwali moi pacjenci, zdałem sobie sprawę, że istnieje pewien aspekt
medycyny ważniejszy od wszelkich procedur technicznych. Nauczyłem się,
że mogę zaoferować znacznie więcej niż tylko zabiegi chirurgiczne i że
moją pomocą mogę otoczyć również umierających i ich bliskich. W rzeczywistości doszedłem do wniosku, że jedynym prawdziwym powodem,
dla którego warto pozostać w tej branży, jest oferowanie ludziom
przyjaźni, którą mogą poczuć właśnie wtedy, kiedy najbardziej jej
potrzebują. Jak napisał Dick Selzer - znakomity eseista i chirurg - w książce Mortal Lessons:
Nie wiem, kiedy zrozumiałem, że to właśnie to piekło, w którym toczy się
nasze życie, daje nam energię i możliwość dbania o siebie nawzajem.
Chirurg nie wychodzi z łona matki pokryty współczuciem niczym kroplami
krwi. To przychodzi znacznie później. Nie jest to łatwa łaska, ale
nagromadzone szepty niezliczonych ran, które opatrzył, nacięć, które
wykonał, wszelkich wrzodów i ubytków, których dotknął, aby je wyleczyć.
Na początku jest to ledwo słyszalne, szept, jakby z wielu ust. Powoli
gromadzi się, unosząc się z płynącego ciała, aż w końcu staje się
czystym [antykwą] wezwaniem - wyjątkowym dźwiękiem, podobnym do śpiewu
niektórych samotnych ptaków - podpowiadającym, że z rezonansu między
chorym a tym, kto się nim opiekuje, może zrodzić się ta głęboka
uprzejmość, którą ludzie religijni nazywają Miłością.
Przewodnik
W czerwcu 1978 roku moje podejście do medycyny zmieniło się w wyniku
nieoczekiwanego doświadczenia podczas seminarium dydaktycznego. Onkolog
O. Carl Simonton i psycholog Stephanie Matthews (ówczesna żona
Simontona) prowadzili warsztaty zatytułowane "Czynniki psychologiczne,
stres i rak" w Elmcrest Institute w Portland w stanie Connecticut.
Simontonowie byli pierwszymi zachodnimi lekarzami, którzy zastosowali
techniki obrazowania w leczeniu raka. Wspólnie z Jamesem L. Creightonem
opisali autorskie metody w książce Chęć życia6. Opublikowali
już swoje pierwsze wyniki dotyczące pacjentów z "nieuleczalnym" rakiem.
Spośród pierwszych 159 pacjentów, z których żaden nie miał szans na
przeżycie dłużej niż rok, u 19 procent nowotwór całkowicie ustąpił, a u kolejnych 22 procent nastąpiła regresja choroby. Ci, którzy ostatecznie
zmarli, przeżyli średnio dwa razy dłużej, niż przewidywano.
Kiedy rozejrzałem się podczas pierwszej sesji warsztatowej, byłem
zdumiony i rozgniewany, widząc, że jestem jedynym "lekarzem zajmującym
się ciałem". Był tam psychiatra i lekarz medycyny holistycznej, ale
wśród siedemdziesięciu pięciu uczestników nie było ani jednego lekarza
pierwszego kontaktu. Uczestnikami byli głównie pracownicy socjalni,
pacjenci i psychologowie. Jeszcze bardziej się zdenerwowałem, gdy od
wielu uczestników dowiedziałem się, że znali już omawiane techniki, a kwestie te nie były nawet poruszane podczas mojej edukacji medycznej.
Byłem lekarzem medycyny, "bóstwem medycznym", a nie miałem pojęcia, co
dzieje się w głowie! Literatura dotycząca interakcji między umysłem a ciałem była czymś odrębnym, a zatem nieznanym specjalistom z innych
dziedzin. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak daleko w tej
dziedzinie wyprzedzają nas teologia, psychologia i medycyna holistyczna.
Pomyślałem o dokumentacji medycznej lekarzy. Mają oni więcej problemów z narkotykami i alkoholem oraz wyższy wskaźnik samobójstw niż ich
pacjenci. Odczuwają większą beznadziejność i umierają szybciej po
ukończeniu sześćdziesięciu pięciu lat. Nic dziwnego, że wiele osób
niechętnie chodzi do lekarzy głównego nurtu. Czy oddałbyś swój samochód
mechanikowi, który nie potrafi naprawić własnego?
Państwo Simonton nauczyli nas medytować. W pewnym momencie poprowadzili
nas przez medytację, której celem było odnalezienie i spotkanie swojego
wewnętrznego przewodnika. Podszedłem do tego ćwiczenia z dużym
sceptycyzmem, jakiego można oczekiwać od lekarza o nastawieniu
mechanistycznym. Mimo to usiadłem, zamknąłem oczy i postępowałem zgodnie
z instrukcjami. Nie wierzyłem, że to zadziała, ale jeśli tak miałoby się
stać, spodziewałem się ujrzeć Jezusa lub Mojżesza. Któż inny odważyłby
się pojawić w głowie chirurga?
Spotkałem jednak George'a - brodatego, długowłosego młodego mężczyznę z czapką na głowie, ubranego w nieskazitelnie białą, powiewającą szatę.
Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, ponieważ nie spodziewałem
się, że cokolwiek się wydarzy. Simontonowie nauczyli nas komunikować się
z każdym, kogo wywołaliśmy z naszej podświadomości. Rozmowa z George'em
była dla mnie jak gra w szachy z samym sobą, ale bez wiedzy, jaki będzie
następny ruch mojego alter ego.
George był spontanicznym, doskonałym doradcą, wyczulonym na moje
uczucia. Udzielał mi szczerych odpowiedzi, z których niektóre początkowo
mi się nie podobały. Nadal rozważałem zmianę ścieżki kariery. Kiedy mu o tym powiedziałem, wyjaśnił mi, że jestem zbyt dumny, aby zrezygnować z ciężko wypracowanych umiejętności chirurgicznych i zacząć od zera w innej dziedzinie. Powiedział mi, że mogę zrobić więcej dobrego,
pozostając chirurgiem, ale zmieniając siebie samego - dzięki temu będę
w stanie pomóc moim pacjentom zmobilizować siły psychiczne do walki z chorobą. Mogłem połączyć wsparcie i wskazówki duchownego lub psychiatry
z zasobami i wiedzą lekarza, praktykując coś pośredniego. W szpitalu
mogłem być wzorem do naśladowania dla studentów, lekarzy rezydentów, a nawet innych lekarzy. George stwierdził: "Możesz chodzić po całym
szpitalu, podczas gdy duchowny czy terapeuta nie mają takiej możliwości.
Masz swobodę w zakresie uzupełniania leczenia miłością lub poradnictwem
dotyczącym śmierci i umierania w sposób, który nie jest dostępny dla
osób niebędących lekarzami".
Jeśli koniecznie trzeba by nadać mu intelektualną etykietkę, można by
nazwać George'a "medytacyjnym wglądem uwolnionym z mojej nieświadomości"
lub czymś w tym rodzaju. Wiem tylko, że od momentu pojawienia się jest
moim nieocenionym towarzyszem. Moje życie stało się teraz o wiele
łatwiejsze, ponieważ to on wykonuje najgorszą robotę.
George pomógł mi również dostrzec pewne aspekty medycyny, które
wcześniej umykały mojej uwadze. Zrozumiałem, że jeśli chodzi o leczenie,
wyjątki nie są potwierdzeniem reguły. Jeśli "cud" - taki jak trwała
remisja raka - zdarza się raz, jest on realny i nie można go lekceważyć,
uznając za szczęśliwy traf. Jeśli jednemu pacjentowi się to udało, nie
ma powodu, dla którego inni nie mieliby tego osiągnąć. Zdałem sobie
sprawę, że medycyna dogłębnie analizuje swoje porażki, podczas gdy
powinna uczyć się na własnych sukcesach. Powinniśmy zwracać większą
uwagę na pacjentów wyjątkowych - na tych, którzy w nieoczekiwany sposób
wracają do zdrowia, zamiast ponuro patrzeć tylko na tych, którzy
umierają w przewidywany z góry sposób. Jak powiedział Rene Dubos:
"Czasami to, co bardziej wymierne, wypiera to, co najważniejsze".
Zacząłem dostrzegać, jak poleganie na statystykach wypaczyło moje
myślenie. Kiedyś operowałem Jima, pacjenta z rakiem jelita grubego.
Powiedziałem jego rodzinie, że pozostało mu najwyżej sześć miesięcy
życia - wtedy jeszcze przewidywałem, jak długo pacjenci będą żyli - ale
on udowodnił, że się myliłem. Kilka razy wracał do mnie i za każdym
razem, gdy wchodził, myślałem: "Aha! W końcu doszło do wznowienia
choroby", ale zawsze był to jakiś drobny, niepowiązany problem. Za
każdym razem, gdy proponowałem mu dalszą terapię nowotworu, odmawiał.
Był zbyt zajęty życiem i nie miał czasu na moje zabiegi bazujące na
statystykach. Jim jest zdrowy już od ponad dziesięciu lat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki