Rozdział 1
Robert maszerował przez sad w towarzystwie wiernego złotego labradora
Tarquina do domu swojej matki. Wieczorne światło przybrało miękkie
miodowe tony, zachodzące słońce zabarwiło niebo na różowo. Powietrze
było gęste od zapachów skoszonej trawy i dojrzewającej pszenicy, a ziemia wilgotna od rosy. Gołębie sadowiły się, gruchając, na konarach
lip, a para pierzastych sikorek modraszek przekomarzała się przy
karmniku dla ptaków zawieszonym przez żonę Roberta, Celeste, na gruszy
rosnącej na ziemi niczyjej pomiędzy ich skromnym domkiem na farmie a o wiele bardziej okazałym domem jego rodziców w głębi doliny. Robert
widział z daleka kryte dachówką dachy należącego do rodziców dworu z siedemnastego wieku, porośnięte mchem i glonami, teraz wyblakłe ze
starości, czerwonawo-brązowe. Rzędy zdobionych kominów zdawały się
balansować niepewnie na szczytach spadzistych dachów niczym chwiejący
się wartownicy znużeni czuwaniem. W jednym z kominów, już nieprzydatnym,
znajdowało się teraz gniazdo wyjątkowo dużego gołębia, który osiadał tam
latem. Dwór miał urok mocno podniszczonego ukochanego pluszowego misia,
miejscami wyłysiałego od zbyt częstych pieszczot. Robert poczuł przypływ
czułości do tego domu, swojego domu rodzinnego.
Robert i jego trzy siostry wychowali się w Chawton Grange, ale tylko on
tu pozostał, ponieważ siostry wyszły za mąż i się wyprowadziły. Kochał
tę farmę, z sentymentem wspominał jazdy traktorem w młodości i pomaganie
przy żniwach podczas długich letnich wakacji. W tak pięknym miejscu
dorastanie było łatwe. Teraz życie stało się bardziej skomplikowane, a on często wracał myślami do tych długich, spokojnych dni na polach, gdy
nie zaznał jeszcze bólu, a przyszłość jawiła się przed nim jak
bezchmurne letnie niebo, jasne i napawające optymizmem. Nigdy nie
przypuszczał, że sprawy potoczą się inaczej.
Rok i cztery miesiące temu Robert stracił syna Jacka, który zmarł na
białaczkę. Nigdy się z tym nie pogodził, ale nauczył się żyć z nieustannym tępym, niesłabnącym bólem. Często się zastanawiał, czy ta
strata nie jest jakimś przewrotnym sposobem wyrównania przez los
rachunków, zapłatą za trzydzieści lat niczym niezakłóconej przyjemności.
Gdyby go zapytano, chętnie wybrałby trzydzieści lat niedoli w zamian za
zdrowie syna. Celeste nie nauczyła się żyć z bólem. Ogarnął ją całą i otoczył nieprzekraczalnym murem; Robert pozostał na zewnątrz. Celeste
zamknęła się w sobie jak nieznoszący światła żółw w skorupie. Już się
nie śmiała, nawet się nie uśmiechała; na jej napiętej twarz malowały się
smutek i gniew. A on stracił nie tylko dziecko, ale także żonę. Jack
zabrał ze sobą serce matki, zostawiając ojcu tylko skorupę.
Robert włożył ręce dokieszeni, wyszedł z sadu i znalazł się w ogrodzie
rodziców. Widok domu na chwilę podniósł go na duchu, był jak wyjście z cienia na słońce. W każdym zakątku tej spokojnej oazy rozbrzmiewał
śmiech towarzyszący jego dziecięcym zabawom. Teraz ten śmiech mieszał
się z nostalgią i wzbudzał tęsknotę za tamtą niewinnością, już minioną,
i za tamtą niewiedzą, tak słodką, ponieważ chłopiec nie znał wówczas
gorzkiego smaku bolesnej straty. Nie wiedział też, jak okrutna potrafi
być miłość.
Ojciec Roberta, Huxley, w kapeluszu panama i jasnej lnianej marynarce
stał na drabinie, obrywając zwiędnięte róże, matka zaś siedziała na
tarasie w całej swej wspaniałości i z papierosem w jednej ręce, a długopisem w drugiej rozwiązywała krzyżówkę. U jej stóp leżały duże psy,
na stole stało przed nią do połowy puste pudełko czekoladowych trufli.
Wyczuła obecność syna i włożyła do ust truflę.
- Tak myślałam, że wkrótce się tu pojawisz, żeby mi robić wyrzuty -
powiedziała, z westchnieniem odkładając gazetę. Robert wszedł po
kamiennych schodkach na taras.
- Nalej sobie kieliszek wina - zaproponował ojciec, wciąż stojący na
drabinie. - To chilijskie sauvignon blanc, które dałeś mi do
spróbowania. Moim zdaniem niezłe. Ma owocowy posmak.
- Mamo, dlaczego nie chcesz go przyjąć? - Robert nalał sobie wina i usiadł na ławce naprzeciwko matki. - Jesteś jego babką.
Marigold odstawiła swój kieliszek i zmierzyła syna wzrokiem. W wieku
siedemdziesięciu trzech lat wciąż potrafiła hipnotyzować swymi
bladoturkusowymi oczami, choć jej ciało, z wiekiem coraz większe, nie
zachowało nic z osławionego niegdyś powabu. Marigold nie potrafiła się
oprzeć czekoladkom i ciastkom, których unikała w młodości. Teraz miała
na sobie luźną bawełnianą sukienkę i piękny szal z kaszmiru i jedwabiu,
a jej długie blond włosy były niezbyt starannie upięte na czubku głowy,
tak że przypominały gniazdo gołębia na kominie.
- Bo jestem bardzo zajęta - rzuciła szybko, podnosząc głowę.
Robert popatrzył zdumiony na matkę, najmniej zajętą kobietę w południowej Anglii.
- Zajęta? Czym?
- Po prostu nie mogę zabawiać ośmioletniego chłopca przez pięć dni.
Przychodzą goście, a w wakacje spodziewam się pani Cleaves, więc będę
musiała gotować, czego jak wiesz, nie znoszę. W połowie tygodnia
wybieram się do Londynu, Freddie i Ginny zaprosili nas do opery. Poza
tym postanowiłam nauczyć się gry w brydża, wstępuję więc do klubu w Alresford. Sam widzisz, że nie mam czasu zajmować się małym chłopcem. -
Marigold odwróciła wzrok i upiła łyk wina, to zaś od razu nasuwało
podejrzenie, że coś kręci.
Robert wiedział, że matka celowo zaaranżowała sprawy tak, by uniknąć
zajmowania się przez tydzień synkiem jego siostry, nie wiedział jednak
dlaczego. Egoizm nie należał do cech charakteru jego matki. Gdy żył
Jack, on i Celeste uciekali się do rozmaitych wykrętów, by trzymać
Marigold z daleka, tymczasem ona chwytała się każdej okazji, by mieć
wnuka dla siebie.
- Musi być ktoś inny, kto mógłby się nim zająć - podsunął zdesperowany,
wyobrażając sobie Celeste łkającą na łóżku na myśl, że w domu znów
będzie dziecko, podczas gdy ona wciąż cierpi.
- Proszę, mamo, Celeste jeszcze nie doszła do siebie.
Spojrzenie Marigold złagodniało, pojawiło się w nim współczucie.
- Kochanie, oni wracają z Australii po szesnastu latach. Georgia nie ma
tu już żadnych przyjaciół, ma tylko nas. Nie poprosiłaby ciebie, gdyby
nie była zdesperowana. Tylko ty jej pozostałeś. Myślę, że sobie
poradzisz.
- To nie ja mam z tym problem. Mogę się zaopiekować swoim siostrzeńcem.
Chodzi o Celeste.
- Georgia mówi, że on jest bardzo dobrym dzieckiem. Bawi się sam. Nie
będzie potrzebował specjalnej opieki, jest bardzo samodzielny. Tak się
dzieje, gdy ma się starsze siostry. Ty również zawsze byłeś samodzielny.
- Boże - jęknął Robert. - Obiecałem Celeste, że to załatwię.
Marigold włożyła do ust kolejną czekoladkę i poklepała jednego z owczarków alzackich, który siadł i domagał się uwagi. Wzruszyła
ramionami.
- Trudno. Takie jest życie. Może się okazać, że to będzie dla ciebie
błogosławieństwo.
Robert dopił wino i wraz z Tarquinem ruszył do domku; zostawił ciepły
ogród rodziców i zmierzał do swojego, zimnego. W czasach jego młodości w domku mieszkał zarządca farmy, lecz gdy tylko Celeste zaszła w ciążę,
ojciec przekazał domek jemu. Zarządca był zamiłowanym hodowcą róż, a Celeste, po przeprowadzce, troskliwie się nimi opiekowała, ale po
śmierci Jacka nawet ich nie dotknęła, więc teraz zakwitło jedynie kilka
kwiatów i widać było tylko plątaninę kolczatych łodyg zwisającą ze
sznura, który dawniej utrzymywał róże przy ścianie.
Robert dotarł do domu i zastał żonę przy oknie sypialni, wpatrzoną w pola i las za polami, jakby miała ochotę tam pobiec i nigdy nie wrócić.
Usłyszawszy męża wchodzącego po schodach, szybko się odwróciła.
- A więc co powiedziała? - Twarz Celeste wykrzywiał niepokój.
Robert pokręcił głową.
- Nie może.
- Nie może?
- Przykro mi, kochanie. Dziecko zostanie u nas. Nic na to nie poradzę.
Celeste oniemiała. Zakryła usta wątłą białą dłonią, jej palce drżały na
wargach, po policzkach płynęły łzy. Robert westchnął ciężko i próbował
objąć żonę, lecz go powstrzymała, gwałtownie kręcąc głową. W jej oczach
było widać urazę, jakby to on był wszystkiemu winien, więc się odwrócił
i zostawił ją samą, co ostatnio zdarzało się bardzo często. Czuł się
rozgoryczony, ponieważ Jack był także jego synem. Celeste, pogrążona we
własnym żalu, nie zauważała cierpienia męża.
Teraz usiadła na łóżku i znów zapatrzyła się na las. Pszenica falowała
na wietrze niczym złociste morze, ciemność wkradała się powoli,
pochłaniając resztę światła dziennego; kończył się kolejny dzień.
Celeste była za to wdzięczna, zostawało jej mniej dni do przeżycia bez
Jacka.
W jakiś osobliwy sposób przywykła do swojej żałoby, bolesnej, ale
znajomej, co przynosiło pociechę. Przyzwyczaiła się do tego, że wypaliły
się w niej uczucia, do zimowego chłodu, który pozbawił jej życie
wszelkich kolorów i radości, do ponurego, rozproszonego światła, które
przenikało jej świat. Perspektywa pojawienia się w domu innego dziecka
zaburzyła rytm jej egzystencji i wytrąciło Celeste z równowagi. Jak ona
sobie poradzi? Co pocznie z tym dzieckiem? Jak Robert mógł pozwolić na
coś takiego?
Rozdział 2
Rano w dzień przyjazdu Brunona Celeste odmówiła wstania z łóżka. Robert
wziął dzień wolny; przekazał kierowanie sklepem z winami młodemu
pracownikowi Jacquesowi-Louisowi, mógł więc powitać siostrzeńca i siostrę, której nie widział od pogrzebu Jacka. Przyjechali Marigold i Huxley i czekali teraz w kuchni przy herbacie i kruchych ciasteczkach.
Atmosfera była napięta, zwłaszcza że Celeste nie zeszła na dół. Tarquin
westchnął w swoim koszyku, zamknął oczy i znów zapadł w sen. Odgłos
dzwoniącego w szyby okienne deszczu też nie poprawiał ponurego nastroju.
W końcu w drzwiach pojawiła się Celeste, sztywna i zdystansowana. Włosy
miała mocno związane w kucyk, ręce skrzyżowała na piersi, jasno
demonstrując postawę obronną. Nie potrafiła ukryć swojej furii, ledwie
przywitała się z teściową, która z nerwów wgryzła się w następne
ciasteczko. Tylko Huxley, jak to on, podtrzymywał rozmowę, jakby nic się
stało.
- Rano zabrałem psy na spacer i wiecie, co zobaczyłem? Na środku pola
stała rodzina jeleni. Cudowny widok, choć one wyrządzają szkody w uprawach.
- Powinieneś zabierać ze sobą strzelbę, tato - podsunął Robert.
- Na starość zrobiłem się wielkoduszny, Robercie. Dlatego ta farma stała
się schronieniem dla dzikich zwierząt, zajęcy, królików i tak dalej.
Całkiem mi się to podoba, choć one zjadają wszystkie moje dochody. To
jest przegrana bitwa, a ja się z tym pogodziłem.
Tarquin nastawił uszu, zanim ktokolwiek inny usłyszał samochód. Chwilę
później warkot silnika zakończył kłopotliwe wyczekiwanie, wydawało się
jednak, że wyssał z kuchni cały tlen. Celeste stała się jeszcze bardziej
spięta, Robert pobladł, Marigold i Huxley patrzyli sobie w oczy.
Huxley klasnął w dłonie rozpromieniony.
- Doskonale - powiedział. - Robercie, idź i przynieś parasol, żeby nie
przemokli. - Tarquin stał przy drzwiach, machając ogonem, dopóki nie
pojawił się Robert z parasolem golfowym. Razem wybiegli na zewnątrz.
Marigold nie odważyła się spojrzeć na Celeste. Kącikiem oka widziała
spiętą twarz synowej z profilu i wyczuwała jej urazę. Mogła do tego nie
dopuścić, gdyby nie myślała o swoim synu i dzieciach, których pragnął, a których nie pozwolono mu mieć. Z podniesioną głową podeszła bliżej do
drzwi, gdy jej córka i wnuk biegli ścieżką pod parasolem Roberta i wpadli do holu, zaśmiewając się.
- Boże, zapomniałam, jak bardzo może padać w Anglii! - zawołała radośnie
Georgia. - Och, tato, jak dobrze cię widzieć! - Objęła ojca, przycisnęła
zimną twarz do jego policzka. - Schudłeś! - stwierdziła i zwróciła się
do matki. - Karmiłaś go, prawda, mamo?
- Kochanie, on się po prostu starzeje. - Marigold zachichotała, biorąc
córkę w ramiona. - Ale ty dobrze wyglądasz. Boże, wspaniale mieć cię
tutaj z powrotem. A gdzie jest mój wnuk? Gdzie jest Bruno?
Chłopiec stał za matką. Miał na sobie dżinsy i adidasy, gęste brązowe
włosy opadały mu na oczy koloru trufli w mlecznej czekoladzie, tak
lubianych przez Marigold. Uśmiechał się nieśmiało, nieco oszołomiony
tym, że wpatruje się niego tyle nieznanych osób. Skrępowany wyciągnął
rękę.
Marigold uśmiechnęła się z czułością.
- Jesteś naprawdę grzeczny - pochwaliła. - Ja jestem twoją babcią i bardzo mocno cię uściskam. - Spowity w bawełnę, kaszmir i zapach perfum
konwaliowych chłopiec przyciągnął wzrok wuja.
Robert się skrzywił, Bruno odpowiedział tym samym, a jego policzki
przybrały kolor truskawki.
- Mamo, puść go. Chłopcy nie cierpią przytulania - powiedział Robert.
- Och, kochanie, jesteś już taki duży! - zawołała Marigold i wypuściła
wnuka z objęć. - Aż trudno uwierzyć. Mamy szczęście, że zostaniesz z nami. - Przypomniała sobie o synowej i odwróciła się. - Jeszcze nie
poznałeś cioci Celeste, prawda? Jest tutaj. Celeste?
Marigold próbowała ukryć zdenerwowanie, chichocząc, lecz w głębi duszy
czuła lęk. Obserwowała, jak synowa potrząsa ręką chłopca i zdobywa się
na nikły uśmiech, pragnąc, by Celeste wykrzesała z siebie odrobinę
entuzjazmu, choćby tylko po to, by mały gość poczuł się jak w domu.
Ulżyło jej, gdy Robert podszedł i przedstawił chłopca Tarquinowi. Bruno
wyraźnie się ucieszył. Pogłaskał psa po wilgotnym łbie i roześmiał się,
gdy zwierzak próbował polizać jego rękę.
- On jest fantastyczny - oznajmił. - Myślę, że Tarquin i ja będziemy
kumplami.
- Też tak sądzę - wtrąciła Marigold.
- Lubisz traktory, Bruno? - zapytał dziadek.
- Jasne - odparł Bruno, wzruszając ramionami.
- Pokażę ci farmę i będziesz mógł pojeździć jednym, jeśli zechcesz.
- Naprawdę? Pojeździć traktorem? - Oczy chłopca zalśniły z ekscytacji.
Zerknął na matkę.
Georgia podniosła ręce.
- Nie chcę wiedzieć, co wy dwaj zamierzacie robić. - Roześmiała się. -
Celeste, zostawiam go w twoich wprawnych rękach.
Celeste zdobyła się na kolejny wątły uśmiech.
- Bez obaw, zajmę się nim - powiedziała miękko. - Bruno, chciałbyś
zobaczyć swój pokój? - Chłopiec skinął głową. Poszli na górę, a za nimi
Tarquin.
Marigold chwyciła córkę za ramię.
- Mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku - syknęła.
- Mamo, na pewno będzie dobrze. Bruno kocha wieś i uwielbia wujka
Roberta. Naprawdę się polubili, gdy Robert przyjechał do Sydney. Nie
martw się o niego. Jest mądry ponad swój wiek. Uwierz mi, nie
zgodziłabym się zostawić go tutaj, gdybym nie uważała, że Bruno da sobie
radę.
Marigold westchnęła.
- Cóż, gdyby chciał zobaczyć się z nami, musiałby tylko przejść przez
ogród.
Georgia się uśmiechnęła i poklepała matkę po ramieniu.
- Wiem. Jeśli Bruno będzie cię potrzebował, znajdzie cię.
Celeste pokazała chłopcu przeznaczony dla niego pokój, który znajdował
się na końcu korytarza. Duże okno pokoju wychodziło na ogród i nawet
teraz, mimo deszczu, widać było z niego kominy Chawton Grange.
- Szkoda, że pogoda jest taka brzydka - powiedziała Celeste, usilnie
próbując znaleźć jakiś temat do rozmowy. Instynktownie odpychała to
dziecko, które weszło na miejsce Jacka w tym domu, lecz rozum
przypomniał jej, że nie jest ono niczemu winne. Przecież to tylko
chłopiec. Chłopiec, który zupełnie nie zdaje sobie sprawy z udręki,
której był przyczyną.
- Ach, ja kocham deszcz - odparł Bruno. - Lubię stać na deszczu pod
parasolem. Lubię ten dźwięk.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki