Miłość to pozwolenie na bycie sobą
Miłość to pozwolenie drugiej osobie na istnienie jakim jest z głębi siebie, z całym swym bogactwem i na uzewnętrznianie tego, ale też ze swoimi słabościami i wspieranie jej rozwoju, zamiast krytyki i odrzucenia. To radość z możliwości dzielenia się sobą i radość czerpania z bycia z drugim człowiekiem i uczeniem się "inności", różnorodności.
Miłość nie rodzi się jednak na zewnątrz. Ona ma swoje głębokie korzenie w miłości własnej. "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego" dotyczy najpierw odnalezienia siebie, swej tożsamości, tego kim jestem. Dzięki temu nie jestem kimś oddzielonym, lecz wprost przeciwnie - znajduję siebie, doceniam swoje istnienie i to co reprezentuję. Dzięki temu doceniam swoją wartość dla siebie, a w perspektywie dla drugiej osoby, podobnie jak wartość drugiej osoby - takiej jaka jest. Obdarzasz ją wtedy szacunkiem za samo jej istnienie, niezależnie od tego jak się ubiera, co je i jak myśli i czuje. Nie ma to nic wspólnego z egoizmem, bo egoizm to podporządkowywanie innych swoich pragnieniom, zachciankom, to narzucanie swych potrzeb, które mają spełnić inni.
Miłość własna jest pełnym odnalezieniem siebie, swojej natury i tego co mam w sobie, zarówno blasków jak i cieni... i zaakceptowanie całego tego "inwentarza" w sobie. Bo jak pokochasz kogoś innego, jeśli w sobie nie umiesz zaakceptować swoich wad, swoich słabych stron? Przy najbliższej okazji, gdy opadną zasłony zauroczenia, zaczniesz wymawiać drugiemu człowiekowi jego niedociągnięcia, jego postrzeganie sytuacji, Ciebie, inaczej niż chcesz czy oczekujesz.
Miłość własna przynosi także poszanowanie osobistej wolności, a nie zawłaszczanie kogoś, narzucanie drugiej osobie swoich nawyków, sposobów spędzania wolnego czasu, robienia tego, co ty chcesz i potrzebujesz.
Wolność wypływa z głębi swojej natury, z potrzeby nieustannego wzrastania, doświadczania, bycia sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Nie da się tego nauczyć z książek, przeczytać i wprowadzić w życie. Tego trzeba doświadczyć, poczuć w sobie potrzebę "bujania w obłokach", wypływania na szerokie wody, postrzeganie wszystkiego aż po horyzont i przesuwanie go dalej i dalej. Osoby, które żyły w związkach i doświadczyły poczucia niewoli, wiedzą, co znaczy wydostać się na wolność, poczuć wiatr w żaglach. One trudno dadzą się uwikłać w nowe uzależnienia, a jeśli tego dokonają, to tylko z partnerami, którzy sami doświadczyli, co znaczy wolność. Wtedy będą mogli zbudować związki partnerskie oparte na wolności bycia sobą.
Wzorce miłości
Wzór dla miłości czerpiemy z własnego dzieciństwa. Właściwie nie ma w nich wzorców miłości bezwarunkowej. Może istnieją one w pierwotnej formie we wczesnym niemowlęctwie, gdy obdarowujemy dziecko miłością, za to, że jest jakie jest, a nie za to, co robi. Ten wzorzec ulega jednak radykalnej przemianie wraz z pojawianiem się ewidentnych zachowań dziecka, których nie akceptujemy, lub gdy dziecko zaczyna nas denerwować z powodu swoich zachowań (np. płacze, a my mamy już tego dość. Kontaktujemy się wtedy z własnymi komunikatami słyszanymi kiedyś dawno, skierowanymi do nas od naszych opiekunów i jak automat, zupełnie nieświadomie je kopiujemy. Ponieważ pamięć-myśl wywołuje (wyzwala) konkretne skojarzenia z przeżytymi kiedyś emocjami. Jak na zawołanie pojawia się w nas odpowiedź na reakcję dziecka w postaci rozwiązania: jak osiągnąć zamierzony skutek, aby dziecko podporządkowało się czemuś. I tu pojawiają się komunikaty typu: jak dziecko zje zupkę..., posprząta pokój..., zrobi cokolwiek, co jest zgodne z wymogami rodzica na daną chwilę... to będzie on (mama) je kochał..., przytuli, pocałuje..., da..., kupi. I tak powstają uwarunkowania, którymi jesteśmy uwikłani ze wszystkich stron, także w szkole. Początek wszystko bierze z uwarunkowanej miłości, jako fundamentu miłości, która jest jednak z samej natury istotą istnienia, bez warunków. I zarówno dziecko jak i dorosły oddałby za nią wszystko..., nawet zaparł się siebie, jakim jest ze swej istoty, autentyczny.
A potem życie przynosi kolejne sytuacje, gdy zaczynamy grać role (zwykle cudze) i wymagamy od innych spełniania jakiś warunków im podporządkowanym i przestajemy lub gubimy prawdziwy obraz bycia sobą, stając się kimś innym. Ten obraz pojawia się w nas jednak na chwilę w momencie zakochania, gdy zaczynamy wyrażać to wszystko, co w nas najlepsze i najpiękniejsze..., aż do chwili, gdy już obiekt miłości staje się naszą własnością (uwłaszczamy go). Wtedy zapominamy o istocie naszego istnienia, a zaczynamy powielać uwarunkowania kochania za jedną sprawę czy zachowanie, a za co innego przestajemy. Ale w głębi siebie wiemy jacy jesteśmy naprawdę, gdyż pojawia się to wielokrotnie, gdy zakochujemy się ponownie lub ktoś nas o coś oskarża, że jesteśmy bez serca. My dobrze wiemy jacy jesteśmy wewnątrz i jacy chcielibyśmy być ..., ale bywa, że to jakoś nie wychodzi, bo okoliczności..., uwarunkowania..., bariery..., coś..., ktoś..., inni ludzie wymagają od nas czegoś innego.
I tak tworzymy nowe oblicze miłości, nieadekwatne do tego, jacy jesteśmy i co chcielibyśmy ofiarować. I widzimy na zewnątrz w naszym życiu i związkach kolejne porażki. Jeśli bylibyśmy autentyczni, każdy byłby taki i darzylibyśmy nasze dzieci i swoich partnerów bezwarunkową miłością, to jak by wyglądały rodziny, relacje, społeczeństwa, cały świat? Przecież, jeśli zasiewamy róże nie wyrastają kąkole? Jeśli zasiewalibyśmy nieustannie miłość, podlewalibyśmy ją miłością w wielu jej pięknych odcieniach - to wyrastałaby tylko miłość. A dlaczego tak nie jest? Co stoi na przeszkodzie, aby tak było? Bo zasiewamy stale stare wzorce, a nie odkopujemy siebie ze środka, ze swej istoty. To jest codzienna, żmudna praca kultywowania miłości w swoim życiu - tak jak pielęgnowanie ogrodu oraz docenianie i włączanie do niej innych, ich wkładu, tego, że są, jacy są i stają się coraz lepsi i lepsi, aby wyrażać miłość, będącą pełnią siebie. Tu nie można się usprawiedliwiać, że nie mam czasu, że partner..., ktokolwiek i cokolwiek, bo budujemy swoje związki, swoją przyszłość i przyszłość naszych dzieci. Cena miłości jest najwyższą ceną i największą wartością dla każdego i warto jej dedykować tę pracę.
Klęska miłości
Miłość czerpana z wadliwego wzorca jest ułomna. Fascynacja drugą osobą, odczuwana na początku zaistnienia związku nie zapowiada późniejszej klęski. Mówi się zresztą, że "miłość jest ślepa", bo tak jest istotnie - w zauroczeniu nie widzimy nie tylko ułomności w wyrażaniu drugiej osoby, a tym bardziej własnych. Ta pierwsza miłość wydaje się jak pierwsze pąki, wróżące wspaniałe zakwitanie i wydanie owoców. Ale nie widać w niej od razu tego, co pod spodem, na jakim fundamencie jest budowana. Jeśli fundament jest nieprawidłowy, nie ma możliwości pięknego rozkwitu. Wkrótce wkrada się jak echo to, co jest jej podstawowym modelem - wynurza się to z samej głębi - miłość wyniesiona z domu, głównie matczyny wzorzec. Kopiujemy bowiem jak przez kalkę nasze wczesne, często nieświadome doświadczenia i reakcje na otrzymywanie miłości lub jej zaspokajanie. Także nieświadome sposoby jej pozyskiwania.
W dorosłym życiu bywa podobnie. Potrzebujemy usilnie czucia bliskości drugiego człowieka - partnera, męża/żony. Szczególnie z upływem lat i własnego przyzwyczajenia, w natłoku codziennych spraw i problemów, zapominamy o okazywaniu sobie wzajemnego zainteresowania. Mężczyźni angażują się w pracę zawodową, często dla osiągnięcia sukcesu wpadają w pracoholizm. Kobiety, zwłaszcza zajęte pracami domowymi i życiem rodzinnym (z konieczności lub potrzeby) zaczynają czuć się opuszczone, pozbawione męskiego wsparcia i opieki. W rodzinie nie potrafimy o tym mówić. Dom rodzinny zwykle nie przygotowywał nas do rozmawiania o uczuciach, więc kryjemy je w sobie, szukając jednak innych sposobów dla zainteresowania partnera. Bywa, że zaczynamy symulować chorobę, złe samopoczucie, ból głowy czy inne dolegliwości. Pod tym kryje się "wołanie o miłość". Ale tego nie dostajemy - tylko usługę, współczucie lub zaledwie łaskę. Gdy sytuacja się powtarza, a nasze potrzeby nadal nie są zaspokojone, zwielokrotniamy działania... i wywołujemy prawdziwe symptomy. "Programowana choroba" ujawnia się w rzeczywistości. Ale wywołuje zupełnie odwrotny skutek - zaniechanie pomocy, a często ucieczkę w jeszcze intensywniejszą pracę, izolację lub poszukiwanie zdrowego partnera, poza związkiem. Od tego trudno już szukać odwrotu.
Znany jest mi przykład, gdy z powodu trudnego porodu pewna matka nie mogła przez wiele lat życia wybaczyć córce, która była tego powodem. Robiła to zupełnie nieświadomie, niemniej nie przytulała jej w dzieciństwie, jedynie dbała, aby miała to, czego normalnie dziecko potrzebuje do zabezpieczenia podstawowych potrzeb fizycznych. Przez wiele lat, gdy córka - już jako dorosła osoba opowiadała jej o sobie, swoich osiągnięciach, matka zawsze zmieniała temat na osiągnięcia syna, chwaląc jego, pozostawiając jej opowiadania bez komentarza lub znajdując przysłowiową "dziurę w całym". Córka usiłowała dociec, co było tego przyczyną, niemniej każde spotkanie z matką powodowało u niej wielkie cierpienie.
Psychologiczna praca nad problemem uwidoczniła części ciała córki (szczególnie ramiona i plecy, czyli te części, które są obejmowane najczęściej u dziecka), które były dla niej obce, jakby drętwe. Gdy je "zasymilowała", integrując je jako części siebie, uwolniła ogromny ból tkwiący w niej latami. Proces wybaczania, jako uwolnienie tego dramatu, zlikwidował zupełnie jej problem "odrzuconych części ciała", jak również uzdrowił relacje z matką.
Przemiana miłości
Miłość w życiu niektórych zmienia swoją twarz w nienawiść. Nie zostaliśmy bowiem nauczeni właściwej komunikacji z innymi ludźmi, wyrażania swoich emocji w zdrowy i konstruktywny sposób, pytania i proszenia o wyjaśnienie sytuacji, rozumienia funkcjonowania ich, a szczególnie innej płci.
Zwykle umiemy jedynie bronić się przez "atak", a tym samym ranimy drugą osobę, sami dostając rany w zamian. Tym samym nawarstwiają się pretensje i żale i okopywanie się w gromadzonej złości do przeciwnika, a tym samym zacietrzewienie w nich i niechęć do wzięcia części odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. W tej sytuacji jest niemożliwym przesunięcie się w kierunku ugody, przyznania się do błędnej oceny osoby i sytuacji, a tym samym zrobienia kroku w kierunku wybaczenia.
Bywa, że niektóre osoby nie chcą słyszeć o wybaczeniu komukolwiek, lub wprost przeciwnie uważają, a nawet są przekonane, że wybaczyły już drugiej osobie lub jakiemuś członkowi rodziny, którego nie akceptowali. Życie przynosi jednak doświadczenia, które przeczą zupełnie temu przekonaniu: albo są nadal samotne po rozstaniu z parterem/partnerką lub nadal relacje z osobą, do której miały pretensje są nadal napięte lub ich nie ma wcale. Jest to ewidentny dowód, że proces wybaczania nie został zakończony, a nawet, że w ogóle nie zaistniał.
Nie wystarczy bowiem powiedzieć sobie czy komuś, że mu się wybacza (niektórzy tak mówią, że już wybaczyli), ponieważ jest to "proces", przez który należy przejść, aby uzyskać ewidentny efekt - a jest nim uzdrowienie relacji. On dzieje się również w rzeczywistości, choć sam proces jest naszym indywidualnym głębokim doświadczeniem. A potem trzeba "wybaczyć sobie".
Konflikt z drugą osobą powoduje nagromadzenie negatywnych emocji, które są skumulowane w organizmie i zdeponowane w nim w różnych miejscach. Tym samym wywołują one negatywne skutki w postaci autoagresji, a w konsekwencji autodestrukcji. Dlatego wybaczenie jest koniecznością dla nas samych, aby nie doprowadzać do własnej zagłady i ewidentnych fizycznych skutków nagromadzonej złości, wściekłości, gniewu, żalów, pretensji, w postaci dolegliwości bólowych i niszczenia komórek i tkanek własnego organizmu.
Gdy po latach noszenia tych negatywnych energii w sobie zostaje zdiagnozowana jakaś groźna choroba, ludzie pytają: Dlaczego mnie to akurat dotknęło? Nie mają świadomości, że to oni nic z tym nie zrobili, aby sobie pomóc natychmiast, gdy doszło do jakiejś konfliktowej sytuacji. Narazili się sami na skumulowanie negatywnej energii, która dokonała spustoszenia, aktywując procesy metaboliczne, prowadzące do autodestrukcji. W taki sposób to miłość przetransformowana w nienawiść i nagromadzona w organizmie staje się "ładunkiem ze spóźnionym zapłonem", prowokującym przewlekłe, postępujące choroby.
Dopóki nie zaczniemy procesu odkodowywania nagromadzonych zapasów negatywnej energii, nie zrozumiemy wkładu we własną zagładę.