Prolog
PROLOG
DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ
W ciągu dziesięciu lat, które minęły od publikacji książki El buen amor
en la pareja (Miłość, która wspiera), zauważyłem, że poruszane przeze
mnie kwestie są nadal aktualne, a problemy opisane w książce tylko się
pogłębiły. Obecny model miłości w związku nadal opiera się na dominacji
ja nad my. Wydaje się, że rozstania są na porządku dziennym, co zresztą
potwierdzają statystyki, tak jakby rozwiązaniem problemów w związku była
zmiana partnera. Chociaż czasami tak właśnie jest, to jednak nie zawsze.
Prawdą jest, że dwie osoby razem tworzą jeden organizm, ale prawdą jest
również, że organizm ten jest plastyczny i potencjalnie zmienny oraz że
możemy nad nim pracować, zanim go porzucimy. Kilka lat temu, podczas
promocji niniejszej książki, wziąłem udział w programie telewizyjnym, do
którego zaproszono również pewną starszą parę. Kiedy prezenter zapytał
ich, jaki jest sekret ich długoletniego związku, oboje odpowiedzieli
zgodnie: "Wytrwałość". Była to naprawdę zabawna i wzruszająca chwila. W dzisiejszych czasach nie wyobrażamy sobie wytrwałości jako drogi i nie
będę tego bronił. Niemniej jednak warto, aby każda decyzja była
poprzedzona głęboką introspekcją, zanim przełoży się ją na działanie.
Niektórzy twierdzą, że brakuje nam cierpliwości, podczas gdy już święta
Teresa napisała, że to właśnie dzięki cierpliwości można osiągnąć
wszystko. W tym sensie mędrzec suficki Ibn Arabi twierdził, że
najwyższym szczytem duchowym, do którego człowiek może dążyć, nie jest
przeniesienie się do takiego czy innego stanu świadomości. Najwyższym
stopniem, jaki można osiągnąć, jest według niego cierpliwość w małżeństwie! Cytuje to Faouzi Skali w swojej książce Serce sufizmu, a jego słowa przywracają nam pewność, że to właśnie w rzeczywistości
codziennego życia tkwi najgłębsza tajemnica i że kiedy szukamy nasycenia
się nieograniczoną namiętnością, w rzeczywistości często oddalamy się od
umiarkowanego centrum naszej istoty. Refleksje z innej epoki, ale z pewnością nie straciły na aktualności.
Kiedy na prośbę redakcji piszę te słowa, aby uczcić dziesięciolecie
wydania książki Miłość, która wspiera, przychodzą mi na myśl te
właśnie spontaniczne przemyślenia. Niniejsza książka stała się, jak mi
mówią, longsellerem: dziełem, które sprzedaje się latami, niczym
krople deszczu, które nawilżają ziemię po przejściu początkowego
ulewnego impulsu, podlewając ludzi zrozumieniem miłości i relacji
uczuciowych. Jak to dobrze! Czuję, że moja duma jako autora zostaje
podbudowana, i, poza ego, dostrzegam również chęć pomocy, która skłoniła
mnie do napisania tej książki.
W książce znajdziecie to, czego nauczyłem się podczas pracy jako
terapeuta i jako osoba wspierająca, ale także chęć pomocy sobie
samemu, ponieważ moje zrozumienie nie czyni mnie mniej wrażliwym na
brak miłości, burzliwość związków, stratę lub samotność.
Jednak bezsprzecznie cieszy mnie fakt, że mam tak wielu czytelników i otrzymuję tak wiele miłych e-maili. Odbieram mnóstwo informacji
zwrotnych na temat pozytywnego wpływu, jaki lektura tej książki wywiera
na ludzi; lektura, a może raczej praca, do jakiej doprowadziła, ponieważ
wiele osób przyznaje, że książka wywarła na nich ogromny wpływ,
skłaniając do refleksji, samopoznania i przemiany. Niektórym pomogła
zbliżyć się do partnera, innych z kolei zniszczyła i poddała procesowi
bezlitosnej rewizji. Nie brakuje też par, które czytają ją razem i rozwijają się, debatują, dyskutują, kochają się, kłócą, poznają, płaczą,
zgłębiają, obejmują, rozpaczają, pocieszają się, rozumieją, znajdują
drogę, a wszystko to robią razem. Jak to dobrze!
"Jak to dobrze" to wyrażenie, którego używam coraz częściej, prawie
nieświadomie, a teraz, kiedy je piszę i o nim myślę, przypomina mi o imperatywie czynienia dobra, o wartości rzeczy i zaletach uprzejmości, o tym, co przekazuje miłość, co prowadzi do rozkwitu i radości. "Razem" to
kolejne magiczne słowo, które dodaje życia. Wierzę, że niniejsza książka
wnosi coś z tego "jak dobrze" i "razem" do życia osób, które ją czytają,
i właśnie dlatego jest interesująca. Nie jest to oczywiście poradnik, bo
nie zawiera list tego, co właściwe, a co nie, ani porad i wskazówek
dotyczących postępowania. Niniejsza pozycja raczej wypuszcza strzały i zaraża impulsami, które trafiają w sedno tego, co najważniejsze w związku i jego szerszym kontekście: rodzinie i systemach uczuciowych, z których pochodzimy.
Ta książka pomogła wielu osobom znaleźć własną drogę. Ręka do góry, kto
może z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że nie potrzebuje kompasu na
tak świętym terytorium, jakim jest miłość we wszystkich swoich formach,
namiętnościach i tańcach, wspólnych lub odmiennych projektach,
seksualności i kreatywności, dzieciach lub ich braku i wielu innych
sprawach? Wracając do metafory deszczu: kto nie odczuwa czasem pustki i dezorientacji w swoich związkach? Kto jest wolny od trudnych pytań i konfliktów lojalności? Kto nie szuka i nie cierpi z pragnienia miłości i istnienia, do tego stopnia, że odrzuca krople deszczu o świcie lub
delikatny deszcz jesienią? Jak dobrze więc, że to, co przekazuje ta
książka, ma w sobie coś nawilżającego, odżywczego, miękkiego...
Moja najgłębsza i najświętsza miłość nadal kieruje się ku dzieciom: w okresie wczesnego dzieciństwa są one istotami czystymi, a z czasem,
niestety, ich beztroska i spontaniczność zamieniają się w mechanizmy
obronne ego, którym towarzyszą pancerze, sztuczki, sojusze i manipulacje, mające na celu stawienie czoła temu, co moglibyśmy nazwać
"złym wychowaniem" kultury oraz, niestety, traumom i emocjonalnemu
bólowi rodzin, a dokładniej rodziców. Powszechnym zjawiskiem jest zmiana
osobowości i charakteru, a także utrata integralności. Wszyscy zostajemy
wygnani z raju i doświadczamy upadku. Niektórzy niestety doświadczają w efekcie poważnych zaburzeń psychicznych, wahań nastroju, dziwacznych
zachowań, rozmaitych problemów... Brakuje bezpiecznych sieci miłości, a cierpienie dzisiejszego świata jest ogromne i niekończone: aby to
dostrzec, wystarczy delikatnie podrapać dziecięcą powłokę serca dowolnej
osoby. Możemy jednak złagodzić negatywne skutki tego upadku poprzez
bezpieczne przywiązanie do rodziców oraz solidną więź emocjonalną, pełną
obecności. Dziecko jest zawsze największym skarbem, nosicielem
najbardziej płodnego ziarna przyszłości. Nie wypaczajmy go. Niech jego
osobowość będzie przejawem wyjątkowych predyspozycji, a nie
koniecznością, która chroni je przed bólem.
Mam nadzieję, że dzięki pomocy, jaką zapewni rodzicom, niniejsza książka
posłuży również dzieciom. Nie przesadzę, mówiąc, że co najmniej połowa
cierpienia dzieci wynika z toksycznej relacji między rodzicami. W mojej pracy z ludźmi widzę to cierpienie na każdym kroku. Dlatego
ogromne szczęście mają te dzieci, których rodzice pozostają w dobrych
stosunkach i tworzą zgrany zespół, niezależnie od tego, czy są razem,
czy się rozstali. Nie ma chyba potrzeby przypominania, że rodzice się
nie rozstają; co najwyżej może rozpaść się ich związek. Kiedy rodzice są
na swoim miejscu, szanują się, cenią i współpracują ze sobą, zapewniają
dzieciom dobre samopoczucie. Dzieci są wtedy wolne od niezdrowych
relacji typu trójkąt, nieodpowiednich koalicji, przemocy pośredniej lub
po prostu poważnego braku bezpieczeństwa i miłości. Jak ujęła to poetka
Emily Dickinson: "Jeśli mogę zapobiec cierpieniu serca, nie będę żyć na
próżno; jeśli mogę złagodzić ból życia, uleczyć ranę lub pomóc omdlałemu
rudzikowi odnaleźć gniazdo, nie będę żyć na próżno". Moim najgłębszym
pragnieniem jest, aby nie żyć na próżno i aby nikt nie żył na próżno,
aby dobroć i współczucie zagnieździły się w sercach wszystkich i kierowały naszymi krokami w związku i odgrywaniu roli rodziców. Niech
przeważa zdrowa miłość, która czyni dobro innym i nam samym.
Kiedy wchodzimy w związek, wnosimy do niego nie tylko nasze dziecięce
rany i tańce przywiązania do rodziców, ale także całą naszą biografię,
historię życia i losy rodziny. To dobrze, ponieważ ten bagaż jest
również rodzajem arsenału zasobów z przeszłości, które służą jako
wsparcie dla przyszłości. Potrzebujemy wszystkich tych doświadczeń, aby
oświetlić i przejść przez labirynt życia i miłości. Jednak wśród zasobów
i doświadczeń znajdujemy ciężary, cierpienia i nieporozumienia: jak
wielbłądy dźwigamy "zobowiązania" i automatyzmy, natrętne namiętności,
zaległe zadania i lojalność wobec rodziny, rany trójkąta miłosnego.
Wielkie rzeczy osiąga się jednak wtedy, gdy związek nie jest jedynie
sceną namiętności i spraw do załatwienia, ale wspina się nieco w kierunku świata duchowego, większej świadomości, w którym dwoje ludzi
poddaje się muzyce istnienia, a nie muzyce odgrywania ról, i zostaje
uniesionych na rękach przez coś większego od nich samych. Wtedy być może
spontanicznie doświadczą szacunku i uznania.
Droga pary jest również drogą ducha, ponieważ nasze ego z pewnością nie
zawsze będzie zadowolone i zmagać się będzie z wyzwaniami, jakie stawia
przed nim prawdziwa miłość, której, miejmy nadzieję, ulegnie. Wydaje mi
się, że izolacja nie jest czymś ludzkim. Już Schopenhauer uczył nas, że
najstraszliwszą karą, jaką można sobie wyobrazić, byłaby niewidzialność
i, co najgorsze, wieczne życie. Czy może być coś bardziej bolesnego i nie do zniesienia? Jest to krajobraz braku relacji, w którym nikt nie
chce żyć. Zaciekłym wrogiem piękna i rozkwitu człowieka jest izolacja, a nie samotność, z którą powinniśmy być w stanie po prostu żyć, a nawet
traktować ją jako dar, gdy nas spotyka. Szukajmy towarzystwa, dotyku,
uścisku, wspólnej drogi i pamiętajmy, że ta droga, przemierzana z uwagą,
prowadzi nas poza nas samych, pozwala nam wznieść się w duchu i dotrzeć
być może dalej, niż gdybyśmy pozostawali zamknięci w samotnej jaskini,
aby medytować.
Coraz więcej osób postrzega drogę pary jako drogę nauki, a nawet jako
duchową i świadomą ścieżkę, która, jak wielokrotnie wyjaśniałem, pozwala
nam wznieść się ponad ludzkie namiętności uwarunkowane naszą biografią i narracją, aby ostatecznie osiągnąć łaskę wyjścia poza granice naszego
małego ja. Być może nic nie zmusza nas do tak intensywnej pracy nad sobą
jak życie miłosne i bycie w związku: jest to bez wątpienia szkoła
rozwoju.
A skoro tak bardzo poszukujemy szczęścia w związku, chciałbym zalecić,
abyśmy przestali pragnąć szczęścia i zaczęli cieszyć się życiem, które
prowadzimy w każdej chwili. Pragnienie szczęścia jest wrogiem bycia
szczęśliwym. A bycie szczęśliwym nie oznacza bycia zadowolonym lub
radosnym, ale cieszenie się życiem, które mamy tu i teraz. W niniejszej
książce wielokrotnie podkreślam, że nikt nie może uczynić nas
szczęśliwymi i, zgodnie z tą samą logiką: nikt nie może uczynić nas
nieszczęśliwymi. Chociaż wielkie szczęście nie jest tak bardzo zależne
od tego, jak nam się powodzi, łatwiej się rozwija, gdy wspierają nas
bogate, piękne i owocne relacje. W sferze związku, kiedy doświadczamy
słodyczy przynależności, zaufania wynikającego z towarzystwa,
kreatywności dzieci lub innych wspólnych projektów, głębi i radości
płynącej z cieszenia się ciałami i przyjemności seksualności,
delikatności, czułości i troski, drżenia i podziwu wobec wielkości
drugiej osoby, spokoju bycia kochanym i rozumianym oraz rozumienia i kochania, kiedy taniec, który tańczymy razem, prowadzi nas do
doświadczenia dobrego samopoczucia i spokoju w ciele, a wreszcie, kiedy
w spotkaniu z drugą osobą słuchamy i szanujemy tego wewnętrznego
daimona, który wie, co jest właściwe w każdej chwili.
Legenda głosi, że Sokratesowi opowiedziano historię o kimś, kto wyruszył
w podróż i niczego się nie nauczył, na co mędrzec powiedział, że stało
się tak dlatego, że ów człowiek wybrał się w podróż ze sobą. To samo
dzieje się podczas ekscytującej podróży pary. Z jednej strony
nieuchronnie zabieramy ze sobą samych siebie, a z drugiej strony
niewiele się uczymy, jeśli trwamy w naszym ja. Uczenie się i rozwój to w końcu wyjście poza siebie, a nic tak temu nie sprzyja jak podróż pary.
Para to coś, co powstaje, gdy dwie lub więcej osób mówi, że są parą, a formy, jakie może to przybierać, są nieskończone: ze wspólnym
zamieszkaniem lub bez, z dziećmi lub bez, związek może być otwarty lub
zamknięty. To skłania nas do tego, by ten daimon lub wewnętrzny głos
przemówił z mocą, abyśmy mogli dobrze rozróżnić, kto nam odpowiada,
porusza nas i otwiera nasze serca oraz z kim możemy z powodzeniem
realizować nie tylko swój sposób bycia w związku i w świecie, ale także
tej osoby.
Na początku tego tekstu zaznaczyłem, że oprócz przekazywania tego, czego
się nauczyłem, piszę bez wątpienia po to, aby samemu się uczyć. Tematyka
życia w związku była dla mnie najbardziej zagadkowa i wymagająca w całym
moim życiu; doprowadziła mnie do wielkich, często trudnych procesów,
pytań i refleksji.
Nie wykluczając tego, jak wiele nauczę się w przyszłości, w tej zawsze
tak zaskakującej podróży życia i miłości, wydaje mi się, że dostrzegłem,
choćby na krótką chwilę, kontynent spokoju i otwartości, na którym można
intonować mantrę miłości o szerokości relacji:
Ja jestem tutaj (pełen, prawdziwie).
Ty jesteś tutaj (pełna, prawdziwie).
On jest tutaj (w tajemnicy, która nas otacza, pełen, prawdziwie).
My jesteśmy tutaj (razem tworzymy jeden organizm,
jedyny, niepowtarzalny, i szanujemy go w pełni i prawdziwie).
Wy jesteście tutaj (nasze rodziny, nasi przyjaciele, ta sieć, która nas
chroni i wspiera, w pełni i prawdziwie).
Oni są tutaj (grupa, społeczeństwo, świat, do którego należymy, w pełni
i prawidziwie).
Joan Garriga
Wprowadzenie
WPROWADZENIE
Jak to często bywa w sprawach dotyczących życia i miłości, wszystko
zaczęło się od przypadkowego i nieco nieoczekiwanego wydarzenia. Był rok
2000, kiedy zaproszono mnie do Buenos Aires, abym wraz z dyrektorką
Centrum Bert Hellinger w Argentynie poprowadził warsztaty dla par oparte
na konstelacjach rodzinnych. Pomimo wielu lat pracy jako terapeuta i szkoleniowiec terapeutów nie byłem ekspertem w terapii par. Tak więc
początkowo stawiałem opór, ale musiał być on zbyt słaby, ponieważ
ostatecznie poprowadziłem warsztaty. Było to interesujące, głębokie i poruszające doświadczenie dla uczestników, a także bardzo cenne dla
mnie.
Od tego momentu rozeszła się wieść, że znam się na związkach. Zacząłem
podróżować po świecie i prowadzić warsztaty, podczas których
wykorzystuję technikę konstelacji rodzinnych, aby pomóc rozwiązywać
najróżniejsze problemy, zwłaszcza te związane z miłością. Pracuję
zarówno z parami, jak i osobami samotnymi, pozostającymi w związku
małżeńskim, samotnymi lub w jakiejkolwiek innej sytuacji życiowej.
Nie uważam się za guru ani wzór do naśladowania w tej dziedzinie. W zasadzie traktuję czas, jaki dzieli mnie od tych pierwszych warsztatów,
jako nieustanną drogę osobistego rozwoju, jako akt oddania się innym,
ale jednocześnie jako rozwój na mojej własnej drodze emocjonalnej.
Podobnie jak większość ludzi, kochałem i kocham, ożeniłem się, rozstałem
się, cierpiałem, doświadczyłem radości i bólu, popełniłem błędy i prawdopodobnie osiągnąłem kilka sukcesów. Miałem kilka długotrwałych
związków, dwoje dzieci, dwa rozwody i inne relacje, które pozostawiły we
mnie ślady o różnym natężeniu. W rzeczywistości czasami z przymrużeniem
oka podejrzewam, że Wszechwiedzący powierzył mi prowadzenie warsztatów
dla par, aby sprawdzić, czy nauczę się tego, czego sam potrzebuję... Bez
wątpienia prawdą jest, że chętnie uczymy tego, co sami musimy jeszcze
przepracować i opanować, a temat par i ich tajemnic jest niewyczerpany.
W każdym razie nie chodzi o opowiadanie mojej historii, ale o dzielenie
się tym, czego nauczyłem się podczas prowadzonych przez siebie
warsztatów, ponieważ niniejsza książka opiera się na doświadczeniu ponad
dziesięciu lat pracy z osobami i parami, obejmującej ich relacje
partnerskie i konstelacje.
Chociaż nie jest to książka o konstelacjach, warto pokrótce wyjaśnić, na
czym one polegają. Trudno to streścić, ale mogę powiedzieć, że jest to
terapia opracowana przez niemieckiego psychoterapeutę Berta Hellingera,
która zajmuje się problemami relacji wszelkiego rodzaju, przy
zastosowaniu podejścia systemowego, czyli biorąc pod uwagę cały system
rodzinny danej osoby i całą jej sieć powiązań (lub powiązań każdego z członków pary, gdy terapia dotyczy dwojga ludzi). Jest to doświadczenie,
które porusza, wzburza wewnętrznie i pozwala nam nawiązać kontakt z delikatnymi i głębokimi ruchami duszy. Ujawnia również wzorce, dynamikę
i rzeczywistość, które oddziałują na daną osobę z ukrycia. Jest to
technika, która pozwala szybko zobaczyć, jak każdy z nas buduje relacje
i jak one pomagają nam iść naprzód w życiu lub nas w tym ograniczają,
jak otwierają nam drzwi lub je zamykają, jak prowadzą nas do szczęścia
lub unieszczęśliwiają, jak nas leczą lub trują, jak stwarzają nam
problemy lub je rozwiązują. I jak nasze więzi miłosne z osobami z przeszłości, zwłaszcza rodzicami, podtrzymują nasze więzi miłosne z osobami z przyszłości, w pewnego rodzaju precyzyjnej geometrii relacji
międzyludzkich.
W dalszej części pokażę kilka przykładów ilustrujących sytuacje, których
doświadczyłem podczas moich warsztatów, i jestem pewien, że dzięki temu
lepiej zrozumiecie, czym są konstelacje i jak mogą pomóc w zrozumieniu i usprawnieniu relacji. Jednak tym, którzy nie znają działania konstelacji
rodzinnych, warto wyjaśnić, że są one reprezentacją naszej rodziny lub
innych istotnych systemów, do których należymy, takich jak firma,
relacje przyjacielskie lub inne. W tym celu spośród uczestników
warsztatów wybiera się kilka osób, które będą reprezentować ojca, matkę,
partnera lub byłego partnera, urodzone dzieci, dzieci, które nie
przyszły na świat, dziadków, szefa... w zależności od problemu, który ma
zostać rozwiązany, lub celów, które chce się osiągnąć. Następnie wybrane
osoby zajmują swoje miejsca w przestrzeni, wyrażając nasz wewnętrzny
obraz systemu, sposób jego funkcjonowania i relacje między jego
członkami. Kolejnym krokiem jest przeprowadzenie konstelacji w taki
sposób, aby wyjaśnić problematyczne dynamiki danego środowiska i sprawić, by stały się one funkcjonalne i skuteczne. Klient internalizuje
w ten sposób obrazy i ruchy emocjonalne, które w ramach rozwiązania
przenosi do rzeczywistości swojego życia. Chociaż zazwyczaj są one
silniejsze i skuteczniejsze w grupie, konstelacje można również
przeprowadzać indywidualnie za pomocą narzędzi reprezentacyjnych, które
pozwalają zrozumieć strukturę naszych wzorców i ich konsekwencje, a także wprowadzać zmiany, gdy jest to konieczne.
Książka ta nie mówi o tym, co należy robić, a czego nie. Nie mówi o idealnych modelach relacji, ale o różnorodnych związkach, z ich własnymi
wzorcami i stylami funkcjonowania. Aby jednak była przydatna, porusza
również kwestie, które zazwyczaj sprawiają, że relacja między partnerami
funkcjonuje lub się psuje, oraz czynniki, które ułatwiają lub utrudniają
budowanie i utrzymywanie dobrego związku. W tym sensie daje wskazówki,
dzięki którym każdy może znaleźć własną formułę, model i sposób.
Żyjemy w czasach otwartości, ale jednocześnie niepewności co do tego,
jak powinny wyglądać relacje między partnerami. W tym sensie to, co
proponuję, co zostanie przedstawione w dalszej części książki, opiera
się na perspektywie wolności i szacunku, na zasadzie "żyj i pozwól żyć".
Ludzie nie muszą zgadzać się z żadnymi dogmatami i nie powinni czuć się
winni, że tego nie robią. Zbyt wiele osób cierpi z powodu tego, że nie
pasują do schematu rzekomej normalności.
Kilka lat temu napisałem: "Wyobraźmy sobie świat, w którym na przykład
starość, choroba, nieśmiałość, śmierć, nieuniknione cierpienie byłyby
dobrze postrzegane i stanowiłyby szanowaną część życia w takim samym
stopniu, jak ich przeciwieństwa, czyli młodość, zdrowie, ekspresja,
witalność i nieunikniona radość. Zbyt wiele osób nadal odczuwa presję,
by dopasować się do tego, co uznaliśmy za dobre, ale kto jest w stanie
stwierdzić, że jedna rzecz jest lepsza od drugiej, że na przykład jedno
życie jest lepsze od drugiego?". Na szczęście życie jest bardzo bogate i różnorodne, a każdy ma inne predyspozycje i jest wyjątkowy. Niektórzy
ludzie są stworzeni do tego, aby spędzić całe życie z tą samą osobą,
inni do tego, aby mieć dziesięcioro kochanków jednocześnie, a jeszcze
inni do tego, aby zostać mnichami lub mniszkami. Niektórzy są
zainteresowani osobami tej samej płci, a inni osobami płci przeciwnej.
Każdy powinien szanować swoją pierwotną naturę, łącznie z własnymi
lękami lub uwarunkowanymi skłonnościami, nawet jeśli pracuje nad ich
zmianą, i nie próbować za wszelką cenę dopasować się do idealnego modelu
związku. Ważna jest pełna miłości akceptacja siebie samego i własnej
wyjątkowości. Każdy może czerpać radość z poszanowania własnej natury i być szczęśliwym, podążając za nią. Pewnego razu spotkałem
benedyktyńskiego mnicha, który opowiedział mi, że od najmłodszych lat
czuł powołanie do życia zakonnego. Przez lata odwiedzał psychologów, aby
znaleźć traumę, która -?jak sądził -?sprawiła, że chciał zostać mnichem.
Jednak po pewnym czasie i wielu sesjach na kozetce jego pragnienie się
nie zmieniło, więc postanowił wstąpić do klasztoru. I pozostaje tam do
dziś, ciesząc się życiem zakonnym i wspólnotowym.
Dzisiaj nie mamy już jednego modelu, mamy za to swobodę tworzenia
własnego modelu. Nie ma modeli, są tylko pragnienia: wszyscy pragniemy
(i potrzebujemy) kochać i być kochani, cieszyć się stabilnością
emocjonalną, poczuć więź, przynależność i, jeśli to możliwe, dać życie
lub mu służyć, lub w jakiś sposób o nie dbać. Ale tę tęsknotę można
realizować zarówno poprzez małżeństwo na całe życie, jak i poprzez
living apart together (bycie razem, ale mieszkanie każde we własnym
domu). Tak naprawdę po wiekach jasnego modelu opartego na dualizmie
mężczyzna/kobieta w sferze uczuciowej i społeczno-ekonomicznej, obecnie
na nowo definiujemy relacje partnerskie. Dzisiaj najczęściej spotykanym
zjawiskiem jest monogamia sekwencyjna, czyli posiadanie w ciągu życia
kilkorga stałych partnerów, jednego po drugim, podobnie jak częste
okresy bez stałego partnera. Wszystko to niesie ze sobą zarówno wolność,
jak i stres oraz niepewność w związkach.
Kultura, która wyznacza kanały i formy związków miłosnych, do których
staramy się dostosować, współistnieje z naturą i nie powinniśmy
zapominać, że pochodzimy od plemion łowców-zbieraczy liczących około stu
pięćdziesięciu członków, w których więzi seksualne i rodzinne cechowała
duża swoboda form, co kontrastuje z obecnymi modelami miłości, tak
indywidualistycznymi, patriarchalnymi, zaborczymi i paternalistycznymi.
Nie jest moim celem zagłębianie się w antropologiczną wizję pary, ale
jedynie wskazanie konfliktu między umysłem a instynktem, cywilizacją a predyspozycjami, kulturą a naturą, którego doświadcza wiele osób, oraz
wynikających z tego akrobacji umysłowych i społecznych, które próbujemy
wykonywać, aby zadowolić wymagania obu stron.
Moje doświadczenie podpowiada mi, że w związkach miłosnych nie ma
dobrych i złych, winnych i niewinnych, sprawiedliwych i grzeszników. Są
tylko dobre i złe relacje: relacje, które nas wzbogacają, i relacje,
które nas zubażają. Jest szczęście i nieszczęście. Jest dobra, zdrowa
miłość i zła miłość. Miłość nie wystarczy, aby zapewnić dobre
samopoczucie: potrzebna jest zdrowa miłość. Rozpoznajemy ją, ponieważ
sprawia, że jesteśmy dokładnie tacy, jacy jesteśmy, i pozwalamy drugiej
osobie być dokładnie taką, jaka jest, ponieważ jest to relacja
zorientowana na teraźniejszość i przyszłość, zamiast przywiązywać nas do
przeszłości, a przede wszystkim dlatego, że zapewnia dobre samopoczucie
i daje poczucie spełnienia.
Na koniec chciałbym zaznaczyć, że jest to prosta książka poruszająca
złożone i głębokie kwestie, niekiedy niewidoczne dla oczu umysłu, a dostrzegalne jedynie oczami serca. Jej celem jest rzucenie nieco światła
na tę tematykę, aby ludzie -?zarówno ci pozostający w związkach, jak i samotni -?mogli znaleźć, jeśli to możliwe, większe poczucie dobrostanu w swoich sprawach uczuciowych. Mam nadzieję, że uda mi się osiągnąć coś z tego, co zamierzam.
Każdy powinien szanować swoją pierwotną naturę, łącznie z własnymi
lękami lub uwarunkowanymi skłonnościami, nawet jeśli pracuje nad ich
zmianą, i nie próbować za wszelką cenę dopasować się do idealnego modelu
związku.
Rozdział 1. Życie w miłości
Rozdział 1
Życie w miłości
Struny, które najbardziej intensywnie wibrują w nas przez całe życie, to
bez wątpienia struny miłości i rozstania, przywiązania i straty,
ekspansywnych ruchów serca i ich przeciwieństwa, czyli wycofania.
Tańcząc w rytm ich muzyki, doświadczamy pełni lub pustki, ogromnej
radości lub chłodu niezadowolenia i braku równowagi. Tacy właśnie
jesteśmy: ssaki, czyli istoty potrzebujące i stadne.
Pragnieniem, które nie zawsze udaje się w pełni zaspokoić i które jest
nieodłącznym elementem życia człowieka, jest życie w miłości z drugim
człowiekiem, a raczej z wieloma osobami. W dzieciństwie są to nasi
rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i inni krewni, a w dorosłym życiu przede
wszystkim nasz partner i dzieci. Oczywiście na różnych etapach życia
towarzyszą nam także inni członkowie rodziny, przyjaciele, partnerzy,
nauczyciele, uczniowie czy kochankowie. Nie ma większej kary dla
człowieka niż samotność i brak miłości. Schopenhauer twierdził, że
największym okrucieństwem i największą karą, jaką można sobie wyobrazić
dla człowieka, byłoby bycie jednocześnie niewidzialnym i nieśmiertelnym.
Brzmi to strasznie i nieludzko.
Musimy odpędzić "drżącą samotność" i żyć w znaczących społecznościach,
abyśmy zawsze byli gotowi zainwestować w cud prawdziwego spotkania z innym człowiekiem, w tę iskrę życia, w której drugi człowiek jaśnieje, a my razem z nim, w którym przez chwilę mamy go w pełni, a tym samym mamy
też w pełni siebie, w którym dochodzi do prawdziwej wymiany między
dawaniem a braniem, w którym w końcu, przy odrobinie szczęścia, nasze
serce się otwiera i doświadczamy jedności, prawdziwej intymności i stajemy się dla siebie przeznaczeniem. Tak właśnie czasami dzieje się
w związku i doświadcza się tego jako szczęścia.
Szukamy jedności, zagubionej gdzieś w naszej świadomości, kiedy jako
dzieci zaczęliśmy dzielić rzeczywistość na fragmenty myśli i nadawać im
nazwy, oddalając się od czystej i prawdziwej istoty, którą byliśmy i za
którą wciąż tęsknimy. I szukamy jej, słusznie lub nie, w innych.
Pragniemy odnaleźć wewnętrzną ciszę, odpoczywając po prostu w naszej
prawdziwej obecności i obecności innych. Nieustannie patrzymy w oczy
naszego wiecznego brata, aby uchwycić pełnię życia, jak wyjaśnia
opowiadanie Stefana Zweiga o tym samym tytule, co oznacza, że w prawdziwym i pełnym miłości spotkaniu z drugim człowiekiem osiągamy
głębokie poznanie siebie: jeśli patrzę na ciebie i widzę, że jesteś
również mną, coś w moim wnętrzu się uspokaja. Tak więc jednym ze
składników ziemskiego szczęścia, którego z pewnością możemy doświadczyć
w tym życiu, jest poczucie jedności i nawiązanie relacji bogatych,
płodnych, braterskich, opartych na współpracy i miłości.
Bądźmy szczerzy: z pewnością w żadnej dziedzinie życia nie ma tak wielu
oczekiwań i obietnic jak w dziedzinie miłości w związku (z wyjątkiem być
może innych wielkich fałszywych Świętych Graali, takich jak bogactwo,
władza czy pragnienie sławy) i prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że
przypisujemy jej potencjał powrotu do utraconego raju pierwotnej
jedności z rodzicami lub przeniesienia nas do ziemi obiecanej, pełnej
obfitości, w której nasze lęki znikną, a egzystencjalna samotność stanie
się mniej zimna i bezdenna, a może nawet zniknie.
I bez wątpienia związek daje nam coś z powyższego, ale czy może uczynić
nas szczęśliwymi lub nieszczęśliwymi?