Rozdział I
Echo
Audrey
Nieraz zastanawiałam się, jak ludzie radzą sobie ze zmianami i czy też mają taki problem z przystosowaniem się do tego, co nadeszło i jest nieodwracalne. Liczyłam, że tak, bo mnie godzenie się z tym, co nieuniknione, nie szło zbyt dobrze.
Wstałam z kolan i otrzepałam spodnie z męczeńskim westchnieniem.
To chyba ostatnie - pomyślałam, spoglądając na sporych rozmiarów karton z moimi książkami.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym piętrzyły się całe stosy takich właśnie kartonów. Zabawne, że rzeczy jednego człowieka można spakować i wywieźć jakby nigdy nic, robiąc miejsce komuś nowemu.
- I jak ci idzie? - Usłyszałam za plecami głos mojego taty.
Automatycznie spojrzałam w jego kierunku. Stał, opierając się o futrynę. Bacznie mi się przyglądał. Skrzyżowałam ręce na piersiach i posłałam mu spojrzenie, którym raczyłam go i mamę od trzech miesięcy, a konkretnie od momentu, w którym radośnie oznajmili mi, że się przeprowadzamy.
Nie wiedziałam, skąd brał się ich entuzjazm, ale mnie myśl o tym, że mamy się wyprowadzić do całkiem obcego miasta w innym stanie, nie przynosiła nawet grama radości, którą oni promienieli. Jednak najgorszy w tym wszystkim był Kevin, który jak na młodszego brata przystało, powinien był trzymać moją stronę w tej nieszczęsnej sytuacji, ale nie. On się sprzedał za nową konsolę i tapetę z motywem z Minecraft w swoim nowym pokoju.
- Kochanie, wiem, że nie chcesz się przeprowadzać - powiedział, robiąc kilka kroków w moją stronę - ale to jest dla mnie wielka szansa i... - zamilkł, zastanawiając się, jak odpowiednio dobrać słowa - i chciałbym, żebyś to zrozumiała. Ten awans oznacza dla nas dodatkowe pieniądze.
- A ty ciągle tylko o jednym. Pieniądze to, pieniądze tamto - warknęłam, nie mogąc znieść systemu wartości mojego ojca. - Czy wszystko musi się wokół nich kręcić? Byliśmy szczęśliwi, mając mniej.
- Świat się wokół nich kręci, Au, i im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej. - Ominął mnie i wziął dwa kartony ze stosiku pod oknem. - Upewnij się, że wszystko spakowałaś.
Po tych słowach wyszedł z mojego pokoju, a ja trzasnęłam za nim drzwiami. Miałam ochotę coś rozwalić. Już zamierzałam zacząć krzyczeć, że ich nienawidzę, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że to nie jest prawda oraz że szybko pożałowałabym tych słów.
Nie widząc lepszego rozwiązania, rzuciłam się na łóżko, na którym jeszcze dziś rano spałam. Żywcem mnie nie wezmą.
Spojrzałam na sufit. Przedwczoraj wisiały tam zdjęcia moje, moich bliskich i przyjaciół. Były ich dziesiątki, a nawet setki. Przedstawiały moje życie od początków przedszkola aż po pierwszą klasę liceum; liczyłam, że je ukończę. A teraz nie było tam już nic, poza pozdrapywaną farbą i resztkami taśmy.
Pragnęłam tu zostać. To był mój dom. Jak miałam zostawić Tracy, Ethana, Sylvię, a przede wszystkim Logana. Statystycznie osiemdziesiąt pięć procent związków na odległość rozpada się już w pierwszych miesiącach. Czy i nasz był skazany na porażkę?
Nie chciałam, by tak się stało. Życie było niesprawiedliwe - to uniwersalna prawda, z którą pogodzić się nie potrafiłam, jak pewnie tysiące innych osób.
Drzwi pokoju otworzyły się. Tata stanął w progu z jakimś mężczyzną w uniformie z napisem "firma przeprowadzkowa". A więc ciężarówka już przyjechała. Za szybko. Obaj zabrali kilka kartonów, nic sobie nie robiąc z mojej obecności.
Po chwili usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Wyjęłam urządzenie z kieszeni jeansów.
Tracy: Przyjdziesz na chwilę w nasze miejsce?
Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią.
Ja: Zaraz będę.
Wstałam z łóżka i skierowałam się do wyjścia z pokoju. Na korytarzu wpadłam na rozentuzjazmowanego Kevina, który biegał w tę i we w tę.
- Au, spakowana? Ja tak, i już nie mogę się doczekać, aż zobaczymy nowy dom! - piszczał radośnie, a ja byłam coraz bardziej zdenerwowana.
Położyłam mu dłoń na czole i odsunęłam go na bok.
- Nie teraz, sprzedawczyku - skwitowałam, zbiegając po schodach.
Przebiegłam przez korytarz, a następnie przez salon, aż znalazłam się na dworze. Gdy stanęłam na tarasie, ta jedna stara deska zaskrzypiała. Zwykle mnie to irytowało, ale tym razem zdałam sobie sprawę z tego, że będzie mi jej niesamowicie brakować. Zeszłam po stopniach i już miałam udać się w stronę parku, kiedy zatrzymał mnie głos ojca wysiadającego z ciężarówki.
- A ty dokąd się wybierasz? Za godzinę wyjeżdżamy - powiedział, ocierając pot z czoła.
W tle kręciło się dwóch mężczyzn pakujących kolejne kartony.
- Spotkać się z Tracy - wycedziłam, siląc się na lodowaty ton. - Chyba mi nie zabronisz? Prawdopodobnie nigdy więcej jej nie zobaczę.
- Przecież będziecie mogły się odwiedzać w weekendy. - Pokręcił głową.
- Myślisz, że trzy i pół godziny drogi w jedną stronę zachęcają do częstych odwiedzin? Z tego czasu niewiele zostanie, nie mówiąc już o powrocie, no i wiadomo, zacznie się szkoła, trzeba będzie się uczyć, na pewno będziemy się odwiedzać. - Pokazałam mu kciuk w górę.
- To i tak nie jest drugi koniec świata. Masz pół godziny - odparł, po czym ponownie zniknął we wnętrzu ciężarówki.
Nie odpowiedziałam, po prostu ruszyłam przed siebie. Mijałam tak dobrze znane mi osiedle, zastanawiając się, co przyniesie mi przyszłość i czy naprawdę nie dane mi będzie zostać w tym miejscu na zawsze.
Kochałam to miasto, było niewielkie. Każdy tutaj każdego znał i wbrew temu, co się mówiło o zawiści i plotkach, nasze miasteczko nie było zepsute. Czułam, że jest to miejsce, w którym chciałabym zostać, do którego zaraz po studiach wróciłabym bez wahania. Nie było to miejsce, z którego chce się uciekać, to było miejsce, do którego chce się wracać.
Po pięciu minutach byłam już w parku. Zeszłam z głównej ścieżki, minęłam dwie wysokie sekwoje i tak znalazłam się tuż obok wielkiego kasztanowca, pod którym mieściła się stara żeliwna ławka i małe oczko wodne. Ku mojemu zaskoczeniu, Tracy nie była sama, były z nią wszystkie ważne dla mnie osoby. Kiedy tylko mnie zobaczyła, od razu rzuciła mi się na szyję. Oczywiście jej burza czarnych loczków przysłoniła mi niemal całą widoczność. Po chwili do naszego uścisku dołączyła jeszcze jedna osoba.
- Tak bardzo nie mogę uwierzyć w to, że wyjeżdżasz Au - wyjęczała smutno Sylvia.
Kątem oka widziałam jej blond kosmyki. Po chwili wyswobodziłam się z jej ramion.
- Ja też nie mogę w to uwierzyć, dziewczyny - odparłam, ocierając oczy rękawem od bluzy.
Zaraz po nich Ethan zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. Nie powiedział nic, jednak ten gest wiele dla mnie znaczył. Kiedy mnie puścił, zobaczyłam Logana - mojego chłopaka. Moją dziecięcą i nastoletnią miłość. Nasza piątka od zawsze trzymała się razem. Można powiedzieć, że wychowywaliśmy się na tym samym podwórku, bo w gruncie rzeczy spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, a na dodatek mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Tracy i Logan mieli po osiemnaście lat, byli o rok starsi ode mnie i Ethana i dwa lata starsi od Sylvii. Byliśmy niemalże w tym samym wieku, dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy.
- Czy i dla mnie znajdzie się przytulas? - zapytał Logan, przestępując z nogi na nogę.
Nie odpowiedziałam, po prostu do niego podbiegłam i uczepiłam się jego szyi jak małpka. Brunet szybko zrozumiał aluzję i objął mnie równie ciasno.
- Nie wiem, jak ja przeżyję bez ciebie - wyszeptał w moje włosy.
Wtuliłam się jeszcze bardziej w jego klatkę piersiową i poczułam, jak rozpadam się na małe kawałeczki.
- Nie chcę wyjeżdżać, tak bardzo nie chcę was zostawiać - wyznałam, a moje postanowienie o byciu silną odeszło w niepamięć.
Ja już nie płakałam, ja wyłam.
- Wiem, kochanie, wiem.
Zaczął gładzić mnie po plecach, a ja nie potrafiłam przestać płakać.
Tak bardzo nie chciałam, by to wszystko się skończyło. Zdawałam sobie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach jest wiele sposobów na utrzymanie kontaktu, istniały w końcu SMS-y, połączenia komórkowe, no i oczywiście FaceTime. Z tym że to nie będzie to samo.
Głos, który usłyszę w telefonie, nie będzie brzmiał tak samo, nie poczuję zapachu mięty, który zawsze otula mnie przy Loganie, nie poczuję szamponu waniliowego Tracy czy limonkowych perfum Sylvii. Nie będę mogła ich dotknąć, objąć, przytulić. Nie spotkamy się jak zawsze, by pójść na miasto. Nie pójdziemy razem zjeść naszych frytek w Karczmie U Bernsa. Nie obejrzymy filmu u Ethana, nie obrzucimy się popcornem i nie objemy się lodami ani żelkami. Nie urządzimy nocowania u Sylvii i nie posiedzimy u mnie w ogrodzie.
Już nic nigdy nie będzie takie samo.
Pewien etap się skończył.
Czułam to w kościach i za żadne skarby świata nie chciałam dopuścić tego do świadomości.
- Przyjedziemy do ciebie przed rozpoczęciem roku - powiedziała Tracy, kiedy odwróciłam się twarzą do nich, pozostając wciąż w objęciach Logana.
Brunet oparł głowę o moje czoło. Nawet za tym będę tęsknić, nieważne, że jest to niewygodne.
- Postanowione - dodała po chwili.
Popatrzyłam na brązowooką przyjaciółkę, siląc się na uśmiech.
- Będziemy się odwiedzać. Rozumiesz?
Skinęłam głową.
- Pogadamy z naszymi rodzicami i coś zorganizujemy, słowo - dodała Sylvia, podskakując, a jej blond kitka latała na wszystkie strony.
- Kocham was - powiedziałam, ścierając z twarzy łzy, które nie przestawały lecieć.
- My ciebie też, Au, i dobrze o tym wiesz - dodał Logan, całując mnie w głowę.
Rozluźnił uścisk, po czym odwrócił mnie do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały.
Przepadłam dla tych seledynowych oczu już dawno, a mimo to za każdym razem, kiedy w nie się wpatrywałam, czułam to samo.
- Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam - powiedział, po czym otarł mi łzy z policzka. - Przetrwamy to razem. - Położył mi dłonie na ramionach. - Pamiętasz nasz plan, tak?
Skinęłam głową.
- To tylko rok, Dri. Za rok kończysz szkołę, a ja od września pójdę do pracy na pełny etat. Odłożę pieniądze, tak jak planowaliśmy, i zamieszkamy razem w naszym mieście.
- Mhm - wydukałam.
Tak bardzo chciałam wierzyć, że ten plan się uda. Że ten rok nic między nami nie zmieni i znów będziemy mogli być razem. Spojrzałam na zegarek na moim nadgarstku.
Moje pół godziny minęło już dziesięć minut temu.
Będę miała przerąbane u taty, ale miałam to gdzieś.
Pokręciłam głową i ponownie wtuliłam się w klatkę piersiową Ethana, zaciągając się znajomym zapachem po raz ostatni.
- Muszę już iść.
- Nie myślisz chyba, że pojedziesz z pustymi rękami.
Sylvia poszła za drzewo i wyciągnęła wielką ramkę na zdjęcia w kształcie liścia.
Uśmiechnęłam się na ten widok. Leaflock - miasto liścia i drzew. Lepiej nie mogli trafić. A tak naprawdę była to ramka pełna mniejszych ramek, w których znajdowały się nasze zdjęcia; kilka miejsc zostało pustych.
- Tutaj jest miejsce na nasze kolejne wspomnienia - dodał Ethan, pokazując wolne okienka. - Bo jeszcze stworzymy nowe.
- Pięknie to ująłeś - powiedziała Tracy, obejmując swojego chłopaka. Po chwili puściła go i spojrzała na mnie. - Pora na ostatni przytulas przed kolejnym spotkaniem.
Na to hasło wszyscy objęliśmy się ten ostatni raz. Długo nie mogliśmy się rozstać, każdy pogrążył się w swoich myślach, lecz nikt nie chciał zwolnić uścisku.
- Dri, jeśli teraz nie pójdziesz, będzie jeszcze trudniej. Musisz iść - powiedział Logan, powoli wyłamując się z kręgu, a reszta zrobiła to samo. - Chcesz, bym cię odprowadził?
- Nie. Bo wtedy całkiem się rozkleję - powiedziałam automatycznie.
- Dobrze - odparł, podchodząc do mnie.
Przejechał kciukiem po moich ustach, a następnie złożył na nich pocałunek, który od razu odwzajemniłam.
- Kocham cię, pamiętaj o tym.
Skinęłam głową, powoli odsuwając się od niego. Chwyciłam ramkę i wzięłam głęboki oddech. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale wiedziałam, że każde kolejne słowo, które by padło, tylko pogorszyłoby sytuację.
Jedynie spojrzałam na każde z nich. Na zawsze roześmianą piegowatą twarz Sylvii, na barczystego koszykarza Ethana, na jego piękną czarnowłosą dziewczynę i moją najlepszą przyjaciółkę Tracy oraz na Logana, najprzystojniejszego wysokiego umięśnionego bruneta o pięknych seledynowych oczach, którego mogłam nazywać swoim. Od małego był moim oparciem, moim przyjacielem i kimś, kto zawsze mnie wysłuchał, na kogo mogłam liczyć w każdej sytuacji.
Łzy ponownie zaczęły piec mnie pod powiekami. Logan kiwnął głową.
A więc przyszła pora się pożegnać. Odwróciłam się szybko i zaczęłam biec przed siebie.
Nie odwracaj się, nie odwracaj się - powtarzałam w głowie jak mantrę, aby się nie rozsypać.
Wiedziałam, że nikt nie będzie w stanie mnie poskładać w nowym miejscu, jeśli przyjadę w kawałkach. Mógłby to zrobić Logan, ale to właśnie przez niego byłam w takim stanie i jego tam nie będzie.
Biegłam ulicą, a nim się spostrzegłam, byłam już pod domem. Przy chodniku nie stały już wozy przeprowadzkowe, jedynie nasz pick-up. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę drzwi. Kiedy weszłam do salonu, przywitała mnie pustka. Nie było nigdzie mebli, a od ścian odbijało się echo.
- Chodź, pora na nas - powiedział tata, schodząc po schodach.
Podszedł do mnie z ostatnim pudłem, a tuż za nim nogami powłóczył Kevin, gapiąc się w ekran swojego telefonu.
- To będzie nasz nowy początek.