Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Idę po kawę, Rachel. Masz na coś ochotę?
Rachel Garrett wyprostowała się nad stołem i nie zdejmując rękawiczki,
przesunęła dłonią wzdłuż czoła. Odkąd dwie godziny temu pojawiła się w pracy, dręczyły ją na zmianę chłodne dreszcze i gorączka. W tej chwili
czuła siódme poty, zarówno na czole, jak i na kręgosłupie, z którego
spływał cienkim strumyczkiem. Jej organizm walczył zażarcie z jakimś
wrednym wirusem.
Zerknęła na ścienny zegar; dochodziła pierwsza. Dwie godziny z głowy,
zostało jeszcze sześć. Ledwie powstrzymała jęk. Sześć godzin! Jeśli to
świństwo będzie rozwijało się w dotychczasowym tempie, będzie miała
szczęście, jeśli przetrwa połowę zmiany.
- Rachel, dobrze się czujesz? Wyglądasz jak ostatnia cierpiętnica.
Asystent podszedł do niej i położył jej dłoń na czole, a ona skrzywiła
się paskudnie. Ostatnia cierpiętnica? Mężczyźni naprawdę potrafią być
nietaktowni.
- Mokre. - Zmarszczył brwi. - Masz gorączkę i dreszcze?
- Nie. Wszystko w porządku, Tony. - Rachel odepchnęła jego dłoń,
zawstydzona i poirytowana jednocześnie, po czym sięgnęła do kieszeni po
drobne. - Może przyniósłbyś mi jakiś sok albo coś innego do picia?
- Wszystko w porządku, akurat!
Rachel usłyszała kpinę w jego głosie i jednocześnie spostrzegła się, że
nieprzytomnie sięga pod kitel i do kieszeni spodni dłonią w zakrwawionej
rękawiczce. Fantastycznie.
- Może powinnaś...
- Wszystko w porządku - powtórzyła z naciskiem. - Nic mi nie jest. Idź
już.
Tony spojrzał na nią pytająco i wzruszył ramionami.
- Jak chcesz. Ale może usiądź i odpocznij, dopóki nie wrócę.
Rachel zignorowała rady asystenta i jak tylko zamknęły się za nim drzwi,
nachyliła się z powrotem nad zwłokami. Dobry człowiek z tego Tony'ego,
chociaż miewa swoje dziwactwa. Na przykład uparcie mówi z akcentem
mafiosa z Bronksu, choć nigdy nie opuścił rodzinnego Toronto. Nawet nie
miał włoskich korzeni. Na dokładkę "Tony" nie było jego prawdziwym
imieniem; facet przyszedł na świat jako Teodozjusz Schweinberger. Rachel
doskonale rozumiała, czemu wolał posługiwać się wygodniejszym skrótem,
lecz nie mogła pojąć upodobania do straszliwego akcentu.
- Dobry wieczór!
Popchnięte od zewnątrz drzwi do głównego pomieszczenia kostnicy stanęły
otworem. Rachel przerwała pracę i odłożyła na bok skalpel, zsunęła
lateksową rękawiczkę z prawej dłoni i ruszyła w kierunku dwóch mężczyzn,
którzy pchali przed sobą nosze ze zwłokami. Dale i Fred, ratownicy i sympatyczne chłopaki. Rachel rzadko ich widywała. Najczęściej rozwozili
po szpitalach ludzi ocalałych z wypadków. Niektóre ofiary przenosiły się
na łono Abrahama już na ostrym dyżurze, a wtedy sanitariusze zwykle
jechali do kolejnego wezwania. Najwyraźniej ten pacjent zmarł im w drodze.
- Witaj, Rachel! Ależ... eee, dobrze wyglądasz!
Przywitała się, taktownie puszczając mimo uszu wahanie w głosie Dale'a.
Tony nie pozostawił jej złudzeń.
- Co my tu mamy?
Dale wręczył jej plik dokumentów.
- Rana postrzałowa. Gdy zabieraliśmy go z miejsca zbrodni, wydawało się
nam, że czujemy puls, ale mogliśmy się mylić. Oficjalnie zmarł w drodze.
Doktor Westin potwierdził zgon i kazał przywieźć go tutaj. Trzeba będzie
zrobić sekcję zwłok, wydobyć pocisk i tak dalej.
- Hm. - Rachel odłożyła dokumenty i przeszła na drugi koniec sali, gdzie
stał ruchomy stół sekcyjny ze stali nierdzewnej. Przepchnęła go do
sanitariuszy.
- Przełóżcie go tutaj, proszę. W międzyczasie podpiszę protokół.
- Robi się.
- Dziękuję.
Zostawiła mężczyzn i poszła po długopis do biurka ustawionego w rogu
pomieszczenia. Podpisała dokumenty, a tymczasem sanitariusze uporali się
z ciałem. Zdjęli z niego prześcieradło, którym było okryte podczas
transportu przez szpitalne korytarze. Rachel stanęła nad denatem i przyjrzała mu się uważnie.
Najświeższe zwłoki w kostnicy okazały się należeć do przystojnego
ciemnego blondyna, na oko poniżej trzydziestki. Przyglądając się jego
rzeźbionej, bladej twarzy, Rachel pożałowała, że nie poznała
nieboszczyka za jego życia. Była ciekawa, jakie miał spojrzenie. Rzadko
zdarzało jej się myśleć o ciałach, nad którymi pracowała, jak o niegdyś
żywych i oddychających istotach. Gdyby zbyt często widziała w zwłokach
dawne matki, braci, siostry czy dziadków, nie byłaby w stanie wykonywać
zawodu, tych tutaj jednak nie potrafiła potraktować bezosobowo.
Wyobraziła sobie mężczyznę roześmianego. Miał srebrne oczy. Nigdy takich
nie widziała.
- Rachel?
Zamrugała i spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na Dale'a. Z zamyślenia
ocknęła się w pozycji siedzącej, co zdziwiło ją nieco. Najwyraźniej
sanitariusze przysunęli fotel od biurka i posadzili ją na nim wygodnie,
a teraz stali nad nią, wyraźnie zaniepokojeni.
- Zląkłem się, że zaraz zemdlejesz - powiedział Dale.
- Jesteś blada jak ściana i ledwo się trzymasz na nogach. Jak się
czujesz?
- Och. - Rachel zaśmiała się nerwowo i zamachała dłonią. - Dobrze.
Naprawdę. Ale macie rację, coś mnie chyba bierze. Mam na zmianę dreszcze
i gorączkę. - Wzruszyła ramionami.
Dale przyłożył grzbiet dłoni do jej czoła i zmarszczył brwi.
- Może powinnaś pójść do domu? Jesteś cała rozpalona. Ponownie
przesunęła dłonią wzdłuż czoła i niechętnie przyznała mu rację. W duchu
miała nadzieję, że wirus okaże się równie szybki, co niegroźny, a przebieg choroby - wbrew wszelkim symptomom - łagodny. Nie znosiła być
chora.
- Rachel?
Tak? - Spojrzała na przejętych ratowników i siłą woli podniosła się z fotela. - Och, przepraszam. Chyba faktycznie pójdę wcześniej do domu.
Zaczekam tylko na Tony'ego. Tu macie wszystko podpisane - oznajmiła,
wręczając im plik papierów.
Dale sięgnął po teczkę i wymienił z Fredem porozumiewawcze spojrzenie.
Czuli, że nie powinni zostawiać Rachel samej.
- Naprawdę nic mi nie jest - mitygowała ich. - Tony wyszedł tylko na
chwilę, po kawę. Zaraz wróci. Jedźcie już.
- No, dobrze. - Niechętnie zgodził się Dale. - Tylko wyświadcz nam tę
przysługę i do jego powrotu nie wstawaj z fotela. Jeśli zemdlejesz i upadniesz...
Rachel skinęła głową.
- Umowa stoi. Sio. Dopóki Tony nie wróci, nigdzie się nie ruszam.
Choć Dale wyraźnie jej nie dowierzał, nie miał wyboru.
Ruszyli z Fredem w stronę drzwi.
- Pora na nas.
- Do zobaczenia - dodał Fred.
Rachel odprowadziła ich wzrokiem i przez chwilę, zgodnie z obietnicą,
posłusznie siedziała na fotelu, szybko jednak ogarnęło ją
zniecierpliwienie. Bezczynność nie leżała w jej naturze. Zerknęła na
świeżo dostarczone zwłoki. Ofiara postrzału snajpera, rzadki przypadek.
Powinna potraktować ofiarę priorytetowo. Policja na pewno będzie chciała
jak najszybciej przebadać pocisk, a to oznacza, że powrót Tony'ego z kawą wcale nie zwolni Rachel z posterunku. O powrocie do domu pomyśli
najwcześniej, gdy wydobędzie nabój z piersi ofiary. Sekcja zwłok może
zaczekać do rana, lecz przygotowanie pocisku do oględzin należy do
obowiązków koronera na nocnej zmianie.
Rachel się wyprostowała, wstała i podeszła do stołu operacyjnego.
Spojrzała na denata.
- Wybrałeś sobie pechową noc na postrzał, mój drogi - mruknęła.
Uważnie przyjrzała się jego twarzy. Cóż, kawał przystojniaka i naprawdę
szkoda, że przyszło mu zginąć... Choć z drugiej strony, żal towarzyszy
śmierci każdego człowieka. Rachel odgoniła ponure myśli wzruszeniem
ramion, sięgnęła po stolik z instrumentami i przysunęła go bliżej.
Zerknęła ostatni raz i wzięła się do pracy.
Ratownicy rozerwali koszulę denata na wysokości rany, lecz pomijając to
pojedyncze rozdarcie, ubranie było w jak najlepszym porządku. Mężczyzna
miał na sobie bardzo elegancki, markowy garnitur, ewidentnie z górnej
półki.
- Ciekawy człowiek... Wyrafinowany i zamożny - rzekła pod nosem Rachel,
podziwiając krój i ukryte pod tkaniną pięknie rzeźbione ciało. -
Niestety, muszę pana pozbawić tych pięknych ubrań, drogi panie - dodała.
Wzięła nożyce ze stolika z instrumentami i zdecydowanym ruchem rozcięła
najpierw marynarkę, a potem koszulę. Gdy materiał opadł na podłogę,
Rachel zatrzymała się w pół gestu i przyjrzała uważniej odsłoniętym
fragmentom zwłok. Zazwyczaj w tym momencie przechodziła bez ceregieli do
usunięcia spodni i bielizny, lecz gorączka pozbawiła ją sił. Ręce miała
jak z waty i ledwie była w stanie utrzymać narzędzie w drżących
dłoniach. Uznała, że odmiana w rutynie nie zaszkodzi. Zamiast walczyć z odzieniem zasłaniającym dolną połowę ciała ofiary, zarejestruje
obserwacje dotyczące obrażeń w części górnej. Przy odrobinie szczęścia
wkrótce zjawi się Tony i pomoże rozebrać mężczyznę do końca.
Rachel odłożyła nożyce, ustawiła lampkę oraz mikrofon nad klatką
piersiową denata i włączyła nagrywanie.
- Zwłoki ofiary zidentyfikowanej jako... A niech to!
- Wyłączyła mikrofon i zaczęła nerwowo przeglądać dostarczony przez
ratowników protokół. Zmarszczyła brwi. Na żadnym dokumencie nie było
nazwiska! Niezidentyfikowane zwłoki doskonale ubranej ofiary
strzelaniny. Przez głowę przeleciało jej, że być może zabójca zwyczajnie
rąbnął ofierze portfel. Spojrzała smutno na mężczyznę. Naprawdę szkoda,
że zginął z tak trywialnego powodu. Przyszło nam żyć w chorym świecie,
pomyślała.
Pani koroner odłożyła plik dokumentów i ponownie włączyła mikrofon.
- Sekcję niezidentyfikowanych zwłok przeprowadza doktor Garrett. Denat
to biały mężczyzna, wzrost około 190 centymetrów. - Oszacowała
ostrożnie, odkładając dokładne pomiary na później. - Wygląda na
sprawnego i zdrowego. Wyłączyła mikrofon i pokręciła głową. Określenie
"sprawny i zdrowy" w tym przypadku było dość zachowawcze. Mężczyzna miał
posturę atlety. Płaski brzuch, szeroka klatka piersiowa i umięśnione
ramiona. I jeszcze te szlachetne rysy! Rachel podniosła jedno, a następnie drugie ramię denata w poszukiwaniu ewentualnych obrażeń na ich
spodniej stronie. Odsunęła się z nachmurzoną miną. Na skórze nie było
żadnych blizn i znamion, żadnych znaków szczególnych. Poza raną
postrzałową tuż nad sercem, ciało ofiary było bez skazy. Nawet palce
miał doskonałe.
- Dziwne - mruknęła pod nosem. Zazwyczaj podczas oględzin odkrywała co
najmniej kilka uszkodzeń, choćby ślad po wycięciu wyrostka robaczkowego.
Ten mężczyzna był jednak bez skazy. Nie miał nawet odcisków ani
odgniotków na dłoniach. Bogaty arystokrata? Rachel w zamyśleniu
przeniosła wzrok na jego twarz. Bardzo klasyczna uroda, lecz bez śladu
opalenizny. A tacy eleganccy milionerzy zazwyczaj z dumą obnosili
przywiezioną z dalekich podróży opaleniznę lub regularnie bywali w solarium.
Rachel postanowiła nie marnować dłużej czasu na domysły. Pokręciła głową
i włączyła z powrotem mikrofon. - Poza raną postrzałową ofiara nie ma
znaków szczególnych ani blizn na przedzie górnej części ciała. Zgon
najprawdopodobniej nastąpił wskutek utraty krwi spowodowanej wcześniej
wspomnianą raną.
Nie zawracając sobie głowy wyłączaniem mikrofonu, sięgnęła po szczypce.
W końcu dyktafon włączał się i wyłączał automatycznie. Reagował na
dźwięk i zapisywał wyłącznie głos pracującego przy zwłokach koronera. Na
podstawie nagrania spisze się później protokół i usunie z niego wszelkie
zbędne i przypadkowe komentarze.
Rachel zmierzyła ranę postrzałową i zapisała na kartce wynik oraz jej
umiejscowienie na ciele ofiary. Następnie ostrożnie wsunęła szczypce w otwór i penetrowała go powoli i delikatnie, tak aby nie naruszyć
sąsiednich tkanek. Zacisnęła kleszcze na pocisku i wyciągnęła go przez
szczelinę w skórze.
Z triumfalnym "Aha!" wyprostowała się, z dumą obejrzała nabój i odwróciła się, by wrzucić go do rynienki. Naczynia nie było pod ręką.
Poirytowana, wyrzucając sobie w duchu złą organizację pracy, odeszła od
stołu i rozpoczęła przeszukiwanie szafek i szuflad.
W trakcie poszukiwań przemknęła jej przez głowę myśl, że nieobecność
Tony'ego podejrzanie się przeciąga. Z szybkiego wyjścia po kawę zrobiło
się już prawie dwadzieścia minut. Najbardziej prawdopodobnym sprawcą
opóźnienia była pewna miła pielęgniarka z piątego piętra. Przypadła
Tony'emu do gustu na tyle, że znał już na pamięć plan jej dyżurów.
Starał się organizować sobie przerwy tak, by pokrywały się z jej
grafikiem, a jeśli natknął się na dziewczynę pod automatem z kawą, to
zapewne zarządził czas wolny. Rachel nie miała nic przeciwko temu. Ona
wkrótce pójdzie do domu, a Tony pozostanie sam na placu boju do końca
nocnej zmiany.
Znalazła wreszcie rynienkę i nabój zagrzechotał metalicznie. Następnie
podeszła z naczyniem do biurka, aby przygotować etykietkę; w dowodach
rzeczowych musi panować porządek. Zajęło jej to kilka dobrych minut i zdążyła się dwa razy pomylić, zanim wreszcie wszystko było jak należy.
To już kolejny znak, że nie jestem w najlepszej formie, pomyślała, i że
opuszczenie zmiany przed czasem wcale nie jest złym pomysłem. Przy
wrodzonym perfekcjonizmie Rachel nawet drobne pomyłki skutkowały u niej
irytacją, a nierzadko zawstydzeniem.
Osłabiona i zła na siebie, przyklejała właśnie etykietkę do rynienki,
gdy kątem oka zarejestrowała ruch. Zastygła na chwilę, po czym odwróciła
się w kierunku drzwi, spodziewając się ujrzeć w nich Tony'ego, ale
kostnica była kompletnie pusta. W pomieszczeniu znajdowała się tylko ona
i niezidentyfikowany mężczyzna na stole sekcyjnym. Najwyraźniej gorączka
spowodowała przywidzenia.
Rachel pokręciła głową i wstała zza biurka, choć ledwie była w stanie
utrzymać się na drżących nogach. Na jej rozpalone czoło wystąpiły
kropelki potu, a zamiast żołądka i wątroby miała dwa rozgrzane do
czerwoności piece. W mgnieniu oka zimne dreszcze zmieniły się w uderzenia gorąca.
Usłyszała tajemniczy szelest i ponownie spojrzała na stół. Czy prawa
dłoń denata nie przesunęła się przypadkiem? Rachel mogłaby przysiąc, że
po badaniu położyła ją grzbietem do góry, a teraz opuszki palców
wskazywały sufit.
Wzrok Rachel powędrował z dłoni na twarz ofiary. Gdy mężczyzna został
przywieziony do kostnicy, jego twarz była niemal zupełnie pozbawiona
wyrazu - zastygła jak maska - i zdradzała jedynie łagodne zaskoczenie,
teraz zaś malował się na niej grymas bólu. Może to początek
halucynacji?, pomyślała Rachel. Mam zwidy, jak nic, przecież ten
człowiek jest martwy. A martwi ludzie nie ruszają rękami i nie robią
min.
- Za dużo nocek bierzesz - mruknęła do siebie pod nosem. Powoli podeszła
do stołu operacyjnego. Trzeba jeszcze pozbyć się reszty ubrania i przebadać to, co poniżej pasa.
Bez pomocy Tony'ego nie zdoła przewrócić nieboszczyka na brzuch i obejrzeć jego pleców. Z dolną częścią ciała od frontu też mogłaby
zaczekać na powrót asystenta, lecz postanowiła zacząć bez niego. Im
szybciej wyjdzie z kostnicy i wróci do domu, tym lepiej. Najrozsądniej
będzie, jeśli teraz zrobię tyle, ile jestem w stanie, pomyślała,
sięgając po nożyce, by rozciąć spodnie. I zorientowała się, że nie
dokonała jeszcze oględzin głowy.
Prawdopodobnie nie znajdzie tam drugiej rany postrzałowej, a przynajmniej nic na to nie wskazuje. Zresztą Fred i Dale nie
omieszkaliby wspomnieć o czymś takim, w końcu twierdzili, że w ambulansie wyczuli u mężczyzny puls, który później ustał. Było to o tyle
mało wiarygodne, że ofiara najpewniej zginęła w chwili, gdy pocisk
przeszył jej serce. Rachel odłożyła nożyce i przystąpiła do badania
czaszki, a zobaczywszy piękne i silne blond włosy mężczyzny, pożałowała,
że jej rude loki nie są nawet w połowie tak zdrowe. Na głowie denata nie
odnalazła żadnych skaleczeń ani otarć. Delikatnie ułożyła ją z powrotem
na stole i ponownie sięgnęła po instrument.
Dwukrotnie ciachnęła w powietrzu, przymierzając się dokładnie do
rozkrojenia spodni ofiary na wysokości pasa. Co ciekawe, wcale jej się
nie śpieszyło. Dziwne. Studia medyczne skutecznie wyprały ją ze wstydu
oraz pozbawiły wszelkich oporów w obcowaniu z męską nagością i nie miała
pojęcia, co ją teraz speszyło.
Ponownie łypnęła na klatkę piersiową denata. Rety, on naprawdę ma
fantastyczną sylwetkę! I nogi pewnie tak samo wysportowane, pomyślała i stwierdziła z zakłopotaniem, że odczuwa coś więcej niż zwykłą ciekawość.
Może stąd właśnie wynika jej wahanie? Nigdy wcześniej nie miała
podobnych myśli podczas badania zwłok. Co też ta gorączka wyczynia z jej
głową!
Tajemniczy mężczyzna, choć martwy i blady, wydawał jej się całkiem
atrakcyjny. Poza tym nawet nieżywy wyglądał całkiem zdrowo w porównaniu
z ciałami, które zwykle trafiały na jej stół. Sprawiał wrażenie
pogrążonego w głębokim śnie.
Oczy pani koroner zabłąkały się w okolice jego twarzy. Naprawdę się jej
podobał, a to już było wysoce niepokojące.
Pociąg fizyczny do nieboszczyka sugerował poważne zaburzenie, ale Rachel
szybko znalazła wymówkę, że świadczy to wyłącznie o jej ubogim życiu
towarzyskim. Praca na nocną zmianę skutecznie eliminowała wszelkie
możliwości schadzek. Czas, który większość ludzi przeznaczała na
spotkania i rozrywkę, ona spędzała w kostnicy. Nocki nie sprzyjały
randkowaniu.
Prawdę mówiąc, Rachel nigdy nie miała szczególnie bujnego życia
uczuciowego. Jeszcze przed okresem dojrzewania przybyło jej kilka
centymetrów wzrostu i przez całe liceum była wyższa od rówieśników. Z natury nieśmiała i niepewna siebie, jako nastolatka najczęściej
podpierała ściany na imprezach. Teraz praca dodatkowo utrudniała jej
kontakty towarzyskie, ale jednocześnie stanowiła doskonałe
wytłumaczenie, gdy znajomi dopytywali się o jej nieistniejące miłostki.
Bez trudu mogła się zasłaniać obowiązkami.
Musi być z nią naprawdę niedobrze, skoro zdradza nekrofilskie
skłonności. Całe szczęście, że niedawno zaczęła starać się o zmianę
grafiku, bo samotne godziny w kostnicy i w domu zdawały się mieć na nią
zgubny wpływ.
Zmusiła się do oderwania wzroku od niepokojąco przystojnej twarzy i zerknęła na przygotowane instrumenty. W duchu zastanowiła się, co ją
popchnęło do wybrania takiego zawodu. Odkąd pamięta, pałała szczerą
niechęcią do wszystkiego, co związane z lekarzami i wizytami w szpitalach, a w jej sennych koszmarach w głównej roli potrafiły
występować igły. Wszelki ból fizyczny znosiła fatalnie i uważała się za
największego mięczaka na planecie. Naturalnie, w związku z tym
zdecydowała się na zostanie koronerem, jakby tutaj igły i inne przykre
narzędzia nie stanowiły chleba powszedniego. Rachel uznała to za przejaw
podświadomego buntu - nie chciała pozwolić, by jej własne lęki
ograniczały ją w jakikolwiek sposób.
Nie powstrzymała się przed kolejnym spojrzeniem na tors badanego i zatrzymała na chwilę wzrok na ranie postrzałowej. Czy ona się
przypadkiem nie zmniejszyła? Rachel przyjrzała się dokładniej i zamrugała. Mogłaby przysiąc, że klatka piersiowa denata lekko unosi się
i opada.
- No ładnie. Znów przywidzenia z gorączki - mruknęła i zmusiła się do
oderwania oczu od klatki piersiowej ofiary. Przecież przed chwilą
wyciągnęła mu nabój z serca! Facet był martwy bez dwóch zdań, a martwi
ludzie nie oddychają. Rachel postanowiła jak najszybciej zakończyć
badanie, by móc wreszcie zamknąć zwłoki w chłodni i raz na zawsze
wyrzucić z głowy absorbującego truposza. Ustawiła się wygodnie i wsunęła
dolne ostrze nożyc pod materiał.
- Wybacz. Naprawdę szkoda mi niszczyć te wspaniałe spodnie, ale... -
Wzruszyła ramionami i przecięła materiał.
- Ale co?
Rachel zamarła i przeniosła wzrok na twarz mężczyzny, który właśnie
otworzył oczy. Krzyknęła i odskoczyła od stołu jak oparzona. Nogi miała
jak z waty, na jej twarzy zaś malowały się jednocześnie przerażenie i niedowierzanie. Zwłoki przyglądały się jej badawczo.
Zamknęła oczy. Otworzyła je z powrotem, ale denat nie przestawał się
gapić.
- Niedobrze - stwierdziła.
- Co niedobrze? - zainteresował się nieboszczyk.
Głos drżał mu lekko, lecz zważywszy jego stan, mówił nadzwyczaj
wyraźnie. Rachel pokręciła głową, pozostając pod wrażeniem własnych
majaków.
- Co niedobrze? - Nie dawał za wygraną.
- Mam halucynacje - wyjaśniła grzecznie Rachel i zawiesiła głos,
zafascynowana spojrzeniem nieznajomego. Nigdy wcześniej nie widziała
równie egzotycznych oczu. Miały nietypowy kształt i srebrnobłękitne
tęczówki. Dokładnie takie, jak w jej wyobrażeniach sprzed chwili, choć
dobrze wiedziała, że z medycznego punktu widzenia taki kolor nie ma
prawa istnieć.
Ostatnia myśl uspokoiła ją nieco. Nigdy wcześniej nie widziała srebrnych
oczu; ich barwa zaprzeczała naturze. Aha, jej umysł na podstawie
wcześniejszego wyobrażenia wygenerował halucynację, gorączka
najwyraźniej rosła. Musi być ze mną naprawdę niedobrze, pomyślała.
Tymczasem domniemany nieboszczyk zdążył usiąść.
Przyglądał się uważnie.
- Masz gorączkę? To by wiele tłumaczyło...
- Tłumaczyło? Niby co? - spytała Rachel, zanim zdała sobie sprawę, że
oto wdaje się w dywagacje z wytworem własnej wyobraźni. Skrzywiła się.
Choć jednocześnie, niewiele się to różniło od rozmów ze zmarłymi, które
ostatnio zdarzały się jej regularnie. Co więcej, ten nieboszczyk miał
bardzo miły głos, głęboki i aksamitny, jak dojrzałe wino. Och, miód,
goździki, cynamon i wino... Tak, dobry grzaniec z pewnością postawiłby ją
na nogi i położył kres wszelkim przywidzeniom. Lub przynajmniej
sprawiłby, że przestałaby się nimi martwić. Oba rozwiązania były dobre.
- Nie chcesz podejść bliżej?
Rachel łypnęła w kierunku stołu. Niespodziewane zaproszenie zupełnie nie
miało sensu, lecz kto powiedział, że halucynacje mają być logiczne?
Spróbowała negocjacji.
- Niby po co? Przecież nie jesteś prawdziwy i wcale tutaj nie siedzisz.
- Nie jestem prawdziwy?
- Nie. Jesteś wytworem mojej chorej wyobraźni. W rzeczywistości leżysz
martwy na stalowym blacie, a mi się tylko wydaje, że siedzisz i że sobie
konwersujemy.
- Hm. - Uśmiechnął się szeroko. Uśmiech też miał ładny. - A skąd to
wiesz?
- Ponieważ martwi ludzie nie siadają i nie mówią - wyjaśniła cierpliwie.
- Proszę, połóż się już. Zaczyna mi się kręcić w głowie.
- A jeśli nie jestem martwy?
Pytanie na moment zbiło Rachel z pantałyku, lecz szybko przypomniała
sobie o gorączce i kategorycznie stwierdziła, że ten mężczyzna nie ma
prawa się ruszać. Postanowiła empirycznie dowieść sobie słuszności tego
rozumowania. Zrobiła krok naprzód i wysunęła przed siebie rękę,
spodziewając się, że jej dłoń przetnie powietrze, ta jednak z impetem
wylądowała na podbródku mężczyzny. Zaskoczony nieboszczyk krzyknął z bólu, lecz Rachel już go nie usłyszała - wrzasnęła w niebogłosy i odskoczyła od stołu jak oparzona. Dłoń pulsowała z bólu, lecz ona,
przejęta krzykiem, prawie nie zwracała na to uwagi. Na jej stole
sekcyjnym siedział trup!
Pomieszczenie nagle zaczęło wirować i Rachel zobaczyła mroczki przed
oczami.
- Kurde, chyba zaraz zemdleję - stwierdziła przerażona, po czym dodała,
niemal przepraszająco. - Ja nigdy nie mdleję. Naprawdę.
Etienne pozwolił rudowłosej osunąć się na podłogę, po czym ześliznął się
ze stołu i rozejrzał dokoła. Kostnica. Skrzywił się z niesmakiem. Jak
żył trzysta lat, nie spodziewał się, że kiedykolwiek trafi w takie
miejsce.
Wzdrygnął się i przyklęknął. Już miał dotknąć czoła zemdlonej, gdy
znienacka zakręciło mu się w głowie. To na pewno osłabienie, pomyślał.
Stracił zdecydowanie zbyt dużo krwi, najpierw wskutek zranienia, a później regeneracji tkanek. Trzeba uzupełnić ubytek, ale nie z tej
kobiety. Na pierwszy rzut oka było widać, że biedactwo choruje i z jej
krwi będzie niewielki pożytek. Muszę znaleźć innego żywiciela, pomyślał,
i to szybko, bo zaraz dopadną mnie potężny głód i wyczerpanie. A mam do
zrobienia jeszcze kilka ważnych rzeczy.
Etienne odsunął pukle rudych włosów z czoła nieznajomej i odsłonił
pobladłą twarz. Przy upadku głowa kobiety, uderzając o ziemię, wydała
głuchy odgłos, więc widok siniaka i otarcia na jej czole wcale go nie
zdziwił. Na szczęście obrażenia nie wyglądały groźnie, choć rudą czekała
pobudka ze strasznym bólem głowy. Uspokojony, postanowił teraz zadbać,
by nie przypomniała sobie momentu dostarczenia go do kostnicy. W przeciwnym razie mogłaby zacząć zadawać rozmaite pytania, a te były
ostatnią rzeczą, której potrzebował. Etienne spróbował wysondować jej
umysł. Bezskutecznie. Dziwne, wyglądało na to, że nie ma wstępu w jej
myśli.
Tego się nie spodziewał. Umysły większości ludzi były dla niego jak
otwarte książki; nigdy wcześniej nie miał trudności z ich przenikaniem.
No, może z wyjątkiem Pudge'a, pomyślał z cieniem żalu. Nigdy nie
potrafił przebić się przez cierpienie i zamęt w jego głowie, dostać się
do jego myśli i wymazać z nich wszelką wiedzę o rodzinie Argeneau. W przeciwnym razie sprawy nie zaszłyby tak daleko.
Miał żal do siebie, gdyż uznał to za osobistą porażkę. Ostatnie pół roku
życia Pudge'a naznaczone było cierpieniem ponad ludzkie siły. Stracił
Rebekę, kobietę, którą kochał i z którą był zaręczony. Etienne ją znał;
miała niezwykle żywy umysł i promieniowała radością. Była osobą
wyjątkowo łagodną i ciepłą, niczym słoneczny, letni dzień. Zginęła w wypadku samochodowym, a jej śmierć wstrząsnęła światem Pudge'a. Wkrótce
po Rebece zmarła też jego matka, co popchnęło mężczyznę na krawędź
szaleństwa. Etienne'owi zabrakło sił, by zmierzyć się z jego bólem.
Raz wprawdzie spróbował, lecz poczucie pustki i straty zalewające myśli
Pudge'a dotknęło go do głębi, bardziej niż byłby skłonny przyznać. Nie
wierzył, że można przejść taki koszmar i pozostać przy zdrowych
zmysłach; wystarczyło ledwie otrzeć się o chorą psychikę, by nawet to
krótkie spotkanie pozostawiło piętno goryczy i smutku. A Pudge obcował
ze swoimi demonami nieustannie, przez dwadzieścia cztery godziny na
dobę. Etienne nie dziwił się nawet, że Pudge po odkryciu jego
nadprzyrodzonych zdolności, odnalazł w nich na nowo sens życia. Stały
się jednocześnie jego obsesją i tarczą chroniącą przed rozpaczą.
Doświadczenie bólu Pudge'a sprawiło, że Etienne zrezygnował z wdzierania
się do jego umysłu i modyfikacji
wspomnień. Tym samym uczynił z siebie łatwy cel, zbyt łatwy, jak
wykazała dzisiejsza próba zabójstwa. Najwyższa pora zmienić taktykę.
Problem w tym, że Etienne zupełnie nie miał planu. Najprostsze wyjście
stanowiła likwidacja źródła problemów, lecz do takich rozwiązań jego
rodzaj posuwał się jedynie w ostateczności. Poza tym sama myśl o zabiciu
kogoś, kto tak wiele wycierpiał, była dla Etienne'a nie do przyjęcia. W jego odczuciu byłoby to kopanie leżącego. Zbył przykre rozmyślania
wzruszeniem ramion i zajął się rudowłosą. Zastanawiało go, dlaczego nie
może przeniknąć jej myśli. Nie wyczuwał głębokich ran uczuciowych i cierpienia popychającego na skraj obłędu. Cechowało ją raczej poczucie
dojmującej samotności, towarzyszącej zresztą i jego życiu.
To na pewno skutek mojego osłabienia, zawyrokował. Cóż, może gorączka i uraz głowy utwierdzą tę kobietę w przekonaniu, że miała przywidzenia? W końcu, gdy była jeszcze przytomna, usilnie wmawiała mi, że jestem
wytworem jej wyobraźni. Może to wystarczy.
Ostrożnie położył jej głowę z powrotem na podłodze i zauważył na swoich
palcach ślady krwi. Po chwili wahania przysunął dłoń do nosa i obwąchał,
rozkoszując się słodkim zapachem, po czym polizał ostrożnie. Zmarszczył
brwi. Biedactwo, miała chyba niedobór witamin albo innych
mikroelementów. Albo skrajna anemia, albo całkiem poważna infekcja.
Mimowolnie zahaczył wzrokiem o jej szyję; choć potwornie głodny, Etienne
odegnał pokusę zatopienia w niej kłów. Potrzebował krwi, lecz chory
żywiciel na nic mu się nie przyda. Położył dłoń na czole kobiety. Skórę
miała rozpaloną, twarz zaś nabiegłą krwią. Jej zapach budził w nim
najniższe instynkty i wywoływał skurcze żołądka. Najwyraźniej głodowi
stan zdrowia potencjalnego żywiciela nie robił różnicy. Domagał się
krwi.
Etienne stłumił w sobie zew natury i podniósł się, niepewnie chwytając
za skraj stołu do sekcji. Starał się utrzymać równowagę, ale
pomieszczenie znów zakołysało się niebezpiecznie. Postanowił zaczekać,
aż pewniej stanie na nogach, gdy nagle za jego plecami otworzyły się
drzwi. Etienne powoli odwrócił głowę. W progu kostnicy zastygł w pół
kroku mężczyzna.
- Kim...? - Przeniósł wzrok z Etienne'a na omdlałą kobietę, po czym
zatrzymał spojrzenie na nagim, zakrwawionym torsie nieznajomego. - O,
stary...
Ku rozbawieniu Etienne'a, intruz rozejrzał się w panice, po czym
wyciągnął przed siebie kubek z gorącą kawą, jakby chciał się przed nim
zasłonić.
- Co zrobiłeś Rachel? Skąd się tu wziąłeś?
- Rachel? - Etienne spojrzał na rozciągniętą na podłodze rudowłosą.
Ładne imię i ładna kobieta. Ładna rekonwalescentka, poprawił się.
Powinna teraz leżeć w łóżku.
- Ty też jesteś chory? - spytał niespodziewanego gościa.
- Chory? - Mężczyzna wyprostował się i spojrzał zaskoczony. Najwyraźniej
nie spodziewał się takiego pytania. - Nie.
Etienne skinął głową.
- To dobrze. Podejdź bliżej.
- Ja... - Głos uwiązł obcemu w gardle. Intruz opuścił ręce wzdłuż ciała i jak zaklęty postąpił naprzód (oczywiście, Etienne maczał w tym palce) z sokiem pomarańczowym w jednej dłoni, a parującym kubkiem w drugiej.
Uczynił tak kilka kroków i zatrzymał się posłusznie.
- Potrzebuję odrobiny twojej krwi. W zasadzie to potrzebuję ogromnej
ilości krwi, ale od ciebie wezmę tylko trochę - wyjaśnił mu Etienne. Nie
miało to zresztą większego znaczenia, gdyż i tak nie zamierzał pytać o zgodę. Nieznajomy milczał i stał bez ruchu, patrząc przed siebie
nieprzytomnym wzrokiem.
Etienne nagle nabrał wątpliwości. Upłynęło całkiem sporo czasu, odkąd
ostatni raz kogoś ugryzł. Całe lata. Wraz z upowszechnieniem się banków
krwi, jego rodzaj coraz bardziej niechętnie zezwalał na takie praktyki,
niemniej jednak teraz sytuacja była wyjątkowa. Stracił dużo krwi i był
bardzo osłabiony. Musiał pożywić się choć trochę, by o własnych siłach
wrócić do domu.
Rzucił swej ofierze przepraszające spojrzenie i odchylił jej głowę na
bok, odsłaniając szyję. Mężczyzna spiął się i zaprotestował słabo, gdy
kły Etienne'a przebiły mu skórę, lecz równie szybko rozluźnił się i jęknął, kiedy wampir zaczął go ssać. Krew miał ciepłą, gęstą i pożywną,
znacznie smaczniejszą niż chłodny płyn z torebek z banku krwi; wywołała
ona u Etienne'a falę wspomnień dawnych, dobrych czasów. Zamyślił się
niechcący i wypił z ofiary nieco więcej, niż zamierzał. Zmusił się do
przerwania posiłku dopiero, gdy osłabiony żywiciel niemal na nim zawisł.
Usadził mężczyznę na biurowym krześle obok omdlałej kobiety i upewnił
się, czy nie spowodował u niego nieodwracalnych szkód. Na szczęście nie.
Z ulgą stwierdził miarowy i spokojny puls, Etienne wyczyścił żywicielowi
wspomnienia, wyprostował się i zerknąwszy na stojącą na biurku rynienkę,
błyskawicznie rozpoznał jej zawartość. Nabój karabinowy. Odruchowo
przesunął dłonią po wciąż otwartej ranie na piersi, po czym uniósł
naczynie do oczu i przeczytał opis.
Trzymał w dłoni pocisk, który zatrzymał akcję jego serca. Na szczęście
ta kobieta usunęła kulę, co umożliwiło regenerację. W przeciwnym razie
Etienne wciąż leżałby nieprzytomny na stole sekcyjnym. Musiał zabrać
stąd pocisk, by nie zostawić po swojej bytności w tym miejscu żadnych
śladów.
Wsunął nabój do kieszeni i szybko rozejrzał się po pomieszczeniu.
Natrafił na pozostawiony przez ratowników protokół, który uświadomił mu,
że trzeba będzie ich odnaleźć i usunąć z dokumentów oraz wspomnień obu
mężczyzn całe zajście. Prawdopodobnie incydent z postrzeleniem znalazł
się również w policyjnym raporcie. Cóż, zatarcie śladów będzie wymagało
dużo zachodu i raczej nie obejdzie się bez pomocy. Etienne aż się
skrzywił. Będzie musiał zwrócić się do Bastiena, co oznacza, że o wszystkim dowie się rodzina. Trudno, nie ma rady. Teraz należy, przede
wszystkim, wymazać najmniejsze ślady zdarzenia z pamięci świadków.
Etienne z rezygnacją zebrał z podłogi strzępy koszuli i marynarki i po
raz ostatni rozejrzał się po kostnicy. Narzucił na siebie jeden z kitli
zawieszonych na haczyku przy drzwiach, schował nabój oraz zniszczone
odzienie do plastikowej torebki i szybkim krokiem opuścił pomieszczenie.
Trzeba poprosić Bastiena, by przysłał kogoś do posprzątania, i mieć
nadzieję, że starszy brat nie piśnie ani słowa ich matce. Marguerite
zezłościłaby się nie na żarty. Gdy wyczuła u Etienne'a namiastkę
cierpienia Pudge'a tuż po próbie odczytania myśli nieszczęśnika, górę
wzięło współczucie. Zgodziła się wprawdzie, że Pudge nie zasłużył sobie
na śmierć, nie zaproponowała jednak żadnego rozwiązania i była zła na
syna, że on sam nie przedstawił rozsądnej alternatywy.
Etienne skrzywił się, opuszczając energicznym krokiem podziemie
szpitala. Nie znosił porażek.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Co za depresyjna sztuka - stwierdził Etienne,
prowadząc rodzinę przez tłum przy wyjściu z teatru.
- To miała być komedia - powiedziała przepraszająco Marguerite. - Tak
przynajmniej twierdzili krytycy...
- Jeśli to było zabawne, to ja jestem wilkołak! - Etienne klepnął
Bastiena w łopatkę. - Ale nie szkodzi. Wszystkiego najlepszego,
braciszku!
- Dziękuję.
Bastien nie wyglądał na szczególnie uradowanego, lecz Etienne nie miał
mu tego za złe. Gdy się ma ponad czterysta lat, świętowanie urodzin może
się znudzić. On sam liczył ich sobie nieco ponad trzysta, a nie miałby
nic przeciwko zawieszeniu obchodów. Wiedział jednak, że tak samo jak
Bastiena jakaś forma świętowania go nie ominie. Matka każdego roku
nalegała na celebrowanie urodzin potomstwa. Marguerite Argeneau kochała
swoje dzieci, cieszyła się, że przyszły na świat, i uważała, że każda
rocznica tego wydarzenia jest warta mszy. Etienne z biegiem lat doszedł
do wniosku, że jej zaangażowanie sprawia mu przyjemność. Rodzina to
dobra rzecz.
- O rety. Rozpadało się - stwierdziła Marguerite, gdy dołączyli do tłumu
stłoczonego pod teatralną markizą. Widzom wcale się nie uśmiechało
wychodzenie na deszcz.
- Hm... - Rozejrzał się odruchowo Etienne. Potoczył nieobecnym wzrokiem po
przejeżdżających samochodach i nagle zastygł na widok wozu zaparkowanego
po drugiej stronie ulicy. Rozpoznał go od razu. Dokładnie takim samym
wozem Pudge potrącił go kilka tygodni przed postrzałem. Wtedy Etienne
dosłownie wyczołgał się spod kół. Złamana kość udowa i pęknięcia czaszki
zrosły się w kilka chwil, a świadków ataku i błyskawicznej regeneracji
szczęśliwie nie było.
Kierowca uruchomił silnik, błysnęły światła mijania i wóz włączył się do
ruchu. Ledwie Etienne zdążył ochłonąć, a z tyłu dobiegł go głos matki.
- Czy to był on?
Natychmiast spiął się na nowo. Cóż, Marguerite Argeneau wiedziała
wszystko, a od czasu postrzału drżała o bezpieczeństwo dziecka. Etienne,
kilkukrotnie wypytywany o pomysły na pozbycie się prześladowcy, musiał
przyznać niechętnie, że nie ma żadnych. Próbował załagodzić sytuację
zapewnieniami, że będzie ostrożniejszy i że cała ta sprawa jest w zasadzie zabawna, lecz matka nie wyglądała na przekonaną. Pudge z dnia
na dzień poważniej zatruwał mu życie.
- Nie, poznałbym go - odparł uspokajająco i postanowił taktycznie
uchylić się przed kolejnym matczynym wykładem. - Zaczekajcie tutaj,
przyprowadzę samochód. Odwrócił się i odszedł, zanim zdążyli
zaprotestować.
Teatr nie dysponował parkingiem dla gości, lecz Etienne szczęśliwie
znalazł wolne miejsce raptem pół przecznicy od budynku. Bardzo był z siebie dumny, zwłaszcza teraz, gdyż wywinął się w związku z tym od
kolejnych pouczeń rodzicielki. Odmaszerował w ulewę. Mijając budkę
strażnika, skinął mu porozumiewawczo głową, po czym podszedł do wozu i pilotem otworzył drzwi. Następnym guzikiem uruchomił silnik (zamontował
ten gadżet zaledwie tydzień wcześniej, w ramach przygotowań do
nadchodzącej zimy). W Kanadzie ta pora roku potrafi być bardzo mroźna, a niewiele jest rzeczy równie nieprzyjemnych, co wsiadanie do
wychłodzonego auta.
Tego wieczoru operował z odległości mniej więcej metra, a rękę do klamki
wyciągnął dopiero po kilku chwilach i to uratowało mu życie. Gdyby
znajdował się wewnątrz samochodu, eksplozja mogłaby zabić go na miejscu,
ale podmuch wybuchu odrzucił go kilka metrów w tył. Etienne najpierw
poczuł zapach spalenizny, po czym przeszył go potworny ból. Stracił
przytomność.
- O, jak miło widzieć cię ponownie!
Rachel podniosła wzrok znad zaległych dokumentów i uśmiechnęła się do
Freda i Dale'a, którzy akurat wtaczali do kostnicy nosze z ciałem
szczelnie otulonym prześcieradłem. To była jej pierwsza noc w szpitalu
po zwolnieniu lekarskim, po tym, jak straciła przytomność podczas
dyżuru. Gdy się obudziła, klęczał nad nią blady i osłabiony Tony,
twierdząc, że złapał od niej wirusa grypy.
Rachel nie pamiętała ostatnich chwil przed omdleniem. Jak przez sen
powracało do niej wspomnienie dostarczających ciało do kostnicy
ratowników, lecz nic ponadto. Kiedy odzyskała przytomność, w pomieszczeniu nie było żadnych zwłok, więc złożyła zwidy na karb
gorączki. Postanowiła wrócić do domu i zadzwoniła po zastępstwo. Spytała
Tony'ego, czy powinna wezwać dwóch zmienników, lecz jej asystent poczuł
się lepiej i postanowił zostać w pracy.
Ona natomiast chorowała przez cały tydzień. W gorączkowych majakach
nieustannie powracały do niej dziwne sny, w których przystojny,
srebrnooki nieboszczyk znienacka podnosił się ze stołu sekcyjnego i wdawał się z nią w rozmowę. Wizje ustały jednak wraz z ustąpieniem
gorączki i po raz pierwszy, odkąd została zatrudniona w kostnicy, Rachel
z zadowoleniem poszła do pracy.
Nie była jednak w pełni szczęśliwa, bo z natury najlepiej czuła się o poranku i szczerze nie znosiła pracy na nocki. Lubiła światło dnia, a odsypianie zmian działało jej na nerwy i psuło humor. Nigdy nie udawało
jej się zdrzemnąć po południu i wieczorem. Była w stanie zasnąć tylko
wczesnym rankiem, gdy wycieńczona docierała do domu. Nie był to
satysfakcjonujący wypoczynek - miała płytki sen i często się budziła.
- Słyszałem, że strasznie się rozchorowałaś. Na powitanie mamy w prezencie, niestety, ciężki przypadek - oznajmił Dale, gdy Rachel
ustawiała stół obok noszy.
- Co tu mamy? - zainteresowała się.
- Przypalony kotlet. - Fred jednym ruchem zerwał prześcieradło i odsłonił zwęglone zwłoki.
- Pożar? - skrzywiła się Rachel.
- Wybuch samochodu. Gość oberwał falą uderzeniową - odparł Dale.
- No. - Fred przyjrzał się zwłokom i pokręcił głową.
- Dziwne, ale na początku wydawało mi się, że wyczuwam u niego puls. W karetce akcja serca ustała, po czym w połowie drogi nagle znów pojawiło
się tętno. Pacjent chyba nie mógł się zdecydować, czy jeszcze żyje, czy
już nie. Gdy dojechaliśmy, lekarz oficjalnie stwierdził zgon.
Zaciekawiona Rachel zerknęła na ciało i wzięła od Dale'a papiery.
- A gdzie jest Tony? - spytał ratownik, gdy podpisywała protokół.
- Na zwolnieniu. Choruje.
- Pewnie się zaraził od ciebie - zachichotał Fred.
- Nie ode mnie, tylko od znajomej pielęgniarki. - Rachel przyglądała
się, jak chłopcy przekładają zwłoki na metalowy stół. Oddała im
dokumenty.
- Ptaszki ćwierkają, że twój śliczny uśmiech nie będzie już ozdobą
nocnej zmiany - powiedział Dale. - Gratulacje!
- Z jakiej okazji? - zdziwiła się Rachel.
- Awansowałaś na asystentkę głównego koronera. Tony ma długi ozór.
Rachel aż otworzyła usta.
- Naprawdę?
Fred i Dale wymienili spojrzenia.
- Eee... Tony twierdził, że Bob miał ci o tym powiedzieć, jak tylko
wrócisz z urlopu. - Odważył się Fred. - Chyba już się z nim widziałaś?
Rachel nie odpowiedziała. Bob, czyli Robert Clayton. Pracował w dzień,
lecz często w pracy zastawał go początek nocnej zmiany. Przekazywał
wtedy zmiennikom instrukcje i odbierał raporty, dziś się jednak nie
pojawił.
- Jenny powiedziała, że też się rozchorował. Teraz jego kolej -
stwierdziła.
- O rany, zepsuliśmy ci niespodziankę!
Rachel znów nic nie odpowiedziała, tylko rozciągnęła usta w mimowolnym
uśmiechu. Asystentka głównego koronera! Żegnaj nocna zmiano!
- Chłopaki! - zaczęła entuzjastycznie, lecz opanowała się szybko. -
Mówicie serio, prawda? To nie jest jakiś żart? - zapytała poważniej.
Ratownicy jak na komendę potrząsnęli głowami.
- Nie. Masz tę robotę. Tylko proszę, spróbuj poudawać zaskoczoną, gdy
Bob już ci o tym powie. Nie chcę, żeby Tony miał przez nas kłopoty.
Dale aż stęknął, gdy Rachel rzuciła mu się na szyję.
Przytuliła się do niego z całej siły i roześmiała wesoło.
- Będę pracować na dziennej zmianie! Dziękuję, super, że mi
powiedzieliście! To świetna wiadomość! Koniec z siedzeniem po nocach!
Koniec z próbami zaśnięcia, gdy sąsiad obok akurat kosi trawnik.
Odzyskam życie towarzyskie! Wspaniale!
- Rozumiem, że jesteś zadowolona? - roześmiał się Fred, gdy Rachel
wypuściła Dale'a i zaczęła obściskiwać i jego.
- Och, z tym nigdy nie wiadomo - powiedziała rozpromieniona. - Ale
szczerze nienawidzę nocek.
- Będzie nam ciebie brakowało - powiedział Dale.
- Ale cieszymy się razem z tobą.
- Święte słowa. Tylko nie zapomnij udać zaskoczenia - poprosił ponownie
Fred i poklepał Rachel po ramieniu. Zerknął na kumpla. - Powinniśmy
wracać do pracy.
Rachel postała jeszcze chwilę z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym
odwróciła się do stołu sekcyjnego. Trzeba zdjąć z denata resztki rzeczy,
które przetrwały wybuch, rozebrać go, oznakować i umieścić w jednej z szuflad w chłodni. Sama nie da sobie z tym rady, będzie potrzebowała
pomocy przy przenoszeniu ciała.
Spojrzała na zegarek; prawie północ. Wkrótce powinna dotrzeć tu Beth.
Zatrudniona na pół etatu, zastępowała osoby na zwolnieniach, w ciągu
ostatnich kilku tygodni nie mogła narzekać na brak zajęć. Beth była
niezawodna - przychodziła do pracy przed czasem i zostawała po
godzinach, lecz akurat dziś nawalił jej samochód i uprzedziła Rachel, że
się spóźni. Czekała właśnie, aż przyjaciółka zabierze ją z domu i podrzuci do pracy.
A to oznaczało, że dotrze do kostnicy za pół godziny i wtedy razem
rozbiorą denata. Tymczasem Rachel postanowiła pozbierać jego osobiste
przedmioty i oznakować zwłoki. Spojrzała na nieszczęśnika i zamarła. Nie
wyglądał tak źle, jak na pierwszy rzut oka. Wyglądał dużo lepiej.
Ratownicy przywieźli do kostnicy niemal zupełnie zwęglone zwłoki, z nielicznymi prześwitami nietkniętego ciała, a teraz znaczna część
oparzelin po prostu znikała. Rachel zauważyła, że przypalona skóra
odchodzi płatami i ląduje na metalowym stole. Przesunęła dłonią po
twarzy nieboszczyka i zafascynowana obserwowała, jak zwęglony naskórek
złuszcza się i odsłania zdrową skórę. Nigdy wcześniej nie widziała
niczego podobnego. Poparzony zrzucał skórę jak wąż wylinkę.
Wyprostowała się i przyjrzała się bliżej zwłokom z bijącym sercem. Jak
to możliwe? Czy to się dzieje naprawdę?
Może to wcale nie była zwęglona skóra, tylko jakaś spalona substancja,
która oblepiła tego człowieka podczas eksplozji? Może wcale nie był tak
bardzo poparzony, jak to wyglądało na pierwszy rzut oka? Rachel czuła,
że to mało prawdopodobne, bo Dale i Fred znali się na swoim fachu.
Mimowolnie poszukała pulsu, ale zwęglona skóra zaczęła łuszczyć się pod
jej palcami i Rachel uznała, że to utrudni jej wyczucie tętna.
Przyłożyła ucho do klatki piersiowej nieszczęśnika. Z początku czuła się
śmiesznie, szukając oznak życia u nieboszczyka, lecz znienacka usłyszała
bicie serca. Zaskoczona uniosła głowę, po czym opuściła ją z powrotem.
Przez dłuższą chwilę pod mostkiem panowała cisza, po czym serce uderzyło
ponownie.
Nagle trzasnęły drzwi.
- Odsuń się od niego natychmiast! To wampir!
Rachel wyprostowała plecy i odwróciła się z ustami otwartymi ze
zdziwienia. Intruz wyglądał na szaleńca. Miał na sobie wojskowy mundur
polowy, ukryty pod przepastnym trenczem; z jednego ramienia zwisał mu
karabin snajperski, z drugiego zaś siekiera. Dziki wzrok i wypisane na
twarzy opętanie dopełniały wizerunku. Wypisz wymaluj zbieg z ciężkiego
więzienia.
Obrzuciła przybysza nieufnym spojrzeniem i podniosła dłoń.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki