Miłość kąsa. Ród Argeneau, tom 2 - Lynsay Sands

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Pudge zmru­żył oko i spoj­rzał przez celow­nik kara­binu. I to nie byle jakiego. Trzy­mał w dło­niach Tac­ti­cal Ope­ra­tions Tango 51, jeden z naj­lep­szych kara­bin­ków snaj­per­skich. Broń ważyła nie­całe 5 kilo­gra­mów, mie­rzyła 112 cen­ty­me­trów i cha­rak­te­ry­zo­wała się pre­cy­zją tra­fień rzędu 0,25 minuty kąto­wej. Za kolbą znaj­do­wała się śred­niej sze­ro­ko­ści ostroga ręko­je­ści... Pudge prze­rwał cichą recy­ta­cję danych z kata­lo­go­wej spe­cy­fi­ka­cji kara­binu i zer­k­nął na trzy­mane w rękach cudo. Nie był do końca pewien, którą część sta­nowi rze­czona ostroga ręko­je­ści, nie­mniej jed­nak opis rynsz­tunku zde­cy­do­wa­nie roz­bu­dzał wyobraź­nię. Śred­niej sze­ro­ko­ści ostroga ręko­je­ści. Ostroga ręko­je­ści. Ostroga. Ręko­jeść. Cóż za ponętne okre­śle­nia! W dodatku broń była wypo­sa­żona w "podwójne wybrzu­sze­nia pod dło­nie". Choć nie wie­dział, gdzie ich szu­kać, od razu sko­ja­rzyły mu się z pier­siami. Nic dziw­nego. W końcu więk­szość rze­czy koja­rzyła mu się z dam­skim biu­stem.

Ach! Miał w dło­niach "ostrogę ręko­je­ści", sąsia­du­jącą bez­po­śred­nio z "podwój­nymi wybrzu­sze­niami pod dło­nie". Wspa­niale.

Na ostry dźwięk klak­sonu Pudge pode­rwał się ner­wowo i nie­mal wypu­ścił kara­bin z rąk. Opie­kuń­czym ruchem przy­ci­snął go do piersi i spoj­rzał w dół, w ciem­ność ulicy. Zaczaił się na dachu, z któ­rego miał naj­lep­szy widok na par­king po dru­giej stro­nie, ale nie prze­wi­dział, że może spę­dzić tu kilka godzin na mro­zie, i nie zadbał o osłonę. Jeśli Etienne zaraz się nie zjawi, on, Pudge, zamar­z­nie na śmierć. Ile czasu ten osioł może tam sie­dzieć? Jest już dobrze po pół­nocy...

- O, cho­lera! - zaklął, wypusz­cza­jąc wyka­łaczkę z ust. Wycze­ki­wana ofiara wyszła z budynku naprze­ciwko i ruszyła przez par­king. Etienne Arge­neau we wła­snej oso­bie. Kom­plet­nie sam.

Pudge na chwilę zastygł bez ruchu, po czym przy­jął postawę strze­lecką. Przy­tknął oko do celow­nika i wziął męż­czy­znę na muszkę. Zawa­hał się; czuł, że jego oddech nie­na­tu­ral­nie przy­śpie­szył. Męż­czy­zna dyszał ciężko, jakby wła­śnie poko­nał bie­giem kilka kilo­me­trów. Choć była wyjąt­kowo mroźna noc, pot pły­nął mu wartką strużką po ple­cach. Nor­man "Pudge" Ren­ber­ger miał za chwilę zabić czło­wieka. I to nie byle kogo. Etienne'a Arge­neau, swo­jego naj­gor­szego wroga.

- Dupek - mruk­nął pod nosem. Wykrzy­wił usta w zło­wro­gim uśmie­chu i skie­ro­wał lase­rowy celow­nik kara­binu na pierś ofiary. Bez­gło­śnie pocią­gnął za spust. Jego wspa­niałe tango było wypo­sa­żone w tłu­mik Tac Ops 30. Nocną ciszę zakłó­cił jedy­nie dys­kretny świst poci­sku. Gdyby broń nie pod­sko­czyła mu w dło­niach, Pudge nie odczułby nawet odda­nego strzału.

Pośpiesz­nie przy­tknął oko do celow­nika. Etienne stał bez ruchu i przy­glą­dał się wła­snej piersi. Tra­fiony czy nie? Przez chwilę Pudge oba­wiał się, że spu­dło­wał, lecz na koszuli męż­czy­zny na dole poja­wiła się plama krwi.

Etienne Arge­neau pod­niósł głowę. Jego sre­brzy­ste oczy zatrzy­mały się na kra­wę­dzi dachu. Przez moment przy­glą­dał się bacz­nie, lecz znie­nacka oczy zaszły mu mgłą i osu­nął się na chod­nik.

- Uff - ode­tchnął Pudge i uśmiech­nął się lekko. Drżą­cymi dłońmi roz­ło­żył broń i nie­wpraw­nymi ruchami upy­chał czę­ści w fute­rale. Tango 51, cacko z podwój­nymi wybrzu­sze­niami pod dło­nie i ostrogą ręko­je­ści, kosz­to­wało go pra­wie pięć tysięcy dola­rów, lecz warte było każ­dego centa.

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Idę po kawę, Rachel. Masz na coś ochotę?

Rachel Gar­rett wypro­sto­wała się nad sto­łem i nie zdej­mu­jąc ręka­wiczki, prze­su­nęła dło­nią wzdłuż czoła. Odkąd dwie godziny temu poja­wiła się w pracy, drę­czyły ją na zmianę chłodne dresz­cze i gorączka. W tej chwili czuła siódme poty, zarówno na czole, jak i na krę­go­słu­pie, z któ­rego spły­wał cien­kim stru­mycz­kiem. Jej orga­nizm wal­czył zażar­cie z jakimś wred­nym wiru­sem.

Zer­k­nęła na ścienny zegar; docho­dziła pierw­sza. Dwie godziny z głowy, zostało jesz­cze sześć. Led­wie powstrzy­mała jęk. Sześć godzin! Jeśli to świń­stwo będzie roz­wi­jało się w dotych­cza­so­wym tem­pie, będzie miała szczę­ście, jeśli prze­trwa połowę zmiany.

- Rachel, dobrze się czu­jesz? Wyglą­dasz jak ostat­nia cier­pięt­nica.

Asy­stent pod­szedł do niej i poło­żył jej dłoń na czole, a ona skrzy­wiła się paskud­nie. Ostat­nia cier­pięt­nica? Męż­czyźni naprawdę potra­fią być nie­tak­towni.

- Mokre. - Zmarsz­czył brwi. - Masz gorączkę i dresz­cze?

- Nie. Wszystko w porządku, Tony. - Rachel ode­pchnęła jego dłoń, zawsty­dzona i poiry­to­wana jed­no­cze­śnie, po czym się­gnęła do kie­szeni po drobne. - Może przy­niósł­byś mi jakiś sok albo coś innego do picia?

- Wszystko w porządku, aku­rat!

Rachel usły­szała kpinę w jego gło­sie i jed­no­cze­śnie spo­strze­gła się, że nie­przy­tom­nie sięga pod kitel i do kie­szeni spodni dło­nią w zakrwa­wio­nej ręka­wiczce. Fan­ta­stycz­nie.

- Może powin­naś...

- Wszystko w porządku - powtó­rzyła z naci­skiem. - Nic mi nie jest. Idź już.

Tony spoj­rzał na nią pyta­jąco i wzru­szył ramio­nami.

- Jak chcesz. Ale może usiądź i odpocz­nij, dopóki nie wrócę.

Rachel zigno­ro­wała rady asy­stenta i jak tylko zamknęły się za nim drzwi, nachy­liła się z powro­tem nad zwło­kami. Dobry czło­wiek z tego Tony'ego, cho­ciaż miewa swoje dzi­wac­twa. Na przy­kład upar­cie mówi z akcen­tem mafiosa z Bronksu, choć ni­gdy nie opu­ścił rodzin­nego Toronto. Nawet nie miał wło­skich korzeni. Na dokładkę "Tony" nie było jego praw­dzi­wym imie­niem; facet przy­szedł na świat jako Teo­do­zjusz Schwe­in­ber­ger. Rachel dosko­nale rozu­miała, czemu wolał posłu­gi­wać się wygod­niej­szym skró­tem, lecz nie mogła pojąć upodo­ba­nia do strasz­li­wego akcentu.

- Dobry wie­czór!

Popchnięte od zewnątrz drzwi do głów­nego pomiesz­cze­nia kost­nicy sta­nęły otwo­rem. Rachel prze­rwała pracę i odło­żyła na bok skal­pel, zsu­nęła latek­sową ręka­wiczkę z pra­wej dłoni i ruszyła w kie­runku dwóch męż­czyzn, któ­rzy pchali przed sobą nosze ze zwło­kami. Dale i Fred, ratow­nicy i sym­pa­tyczne chło­paki. Rachel rzadko ich widy­wała. Naj­czę­ściej roz­wo­zili po szpi­ta­lach ludzi oca­la­łych z wypad­ków. Nie­które ofiary prze­no­siły się na łono Abra­hama już na ostrym dyżu­rze, a wtedy sani­ta­riu­sze zwy­kle jechali do kolej­nego wezwa­nia. Naj­wy­raź­niej ten pacjent zmarł im w dro­dze.

- Witaj, Rachel! Ależ... eee, dobrze wyglą­dasz!

Przy­wi­tała się, tak­tow­nie pusz­cza­jąc mimo uszu waha­nie w gło­sie Dale'a. Tony nie pozo­sta­wił jej złu­dzeń.

- Co my tu mamy?

Dale wrę­czył jej plik doku­men­tów.

- Rana postrza­łowa. Gdy zabie­ra­li­śmy go z miej­sca zbrodni, wyda­wało się nam, że czu­jemy puls, ale mogli­śmy się mylić. Ofi­cjal­nie zmarł w dro­dze. Dok­tor Westin potwier­dził zgon i kazał przy­wieźć go tutaj. Trzeba będzie zro­bić sek­cję zwłok, wydo­być pocisk i tak dalej.

- Hm. - Rachel odło­żyła doku­menty i prze­szła na drugi koniec sali, gdzie stał ruchomy stół sek­cyjny ze stali nie­rdzew­nej. Prze­pchnęła go do sani­ta­riu­szy.

- Prze­łóż­cie go tutaj, pro­szę. W mię­dzy­cza­sie pod­pi­szę pro­to­kół.

- Robi się.

- Dzię­kuję.

Zosta­wiła męż­czyzn i poszła po dłu­go­pis do biurka usta­wio­nego w rogu pomiesz­cze­nia. Pod­pi­sała doku­menty, a tym­cza­sem sani­ta­riu­sze upo­rali się z cia­łem. Zdjęli z niego prze­ście­ra­dło, któ­rym było okryte pod­czas trans­portu przez szpi­talne kory­ta­rze. Rachel sta­nęła nad dena­tem i przyj­rzała mu się uważ­nie.

Naj­śwież­sze zwłoki w kost­nicy oka­zały się nale­żeć do przy­stoj­nego ciem­nego blon­dyna, na oko poni­żej trzy­dziestki. Przy­glą­da­jąc się jego rzeź­bio­nej, bla­dej twa­rzy, Rachel poża­ło­wała, że nie poznała nie­bosz­czyka za jego życia. Była cie­kawa, jakie miał spoj­rze­nie. Rzadko zda­rzało jej się myśleć o cia­łach, nad któ­rymi pra­co­wała, jak o nie­gdyś żywych i oddy­cha­ją­cych isto­tach. Gdyby zbyt czę­sto widziała w zwło­kach dawne matki, braci, sio­stry czy dziad­ków, nie byłaby w sta­nie wyko­ny­wać zawodu, tych tutaj jed­nak nie potra­fiła potrak­to­wać bez­oso­bowo. Wyobra­ziła sobie męż­czy­znę roze­śmia­nego. Miał srebrne oczy. Ni­gdy takich nie widziała.

- Rachel?

Zamru­gała i spoj­rzała nie­przy­tom­nym wzro­kiem na Dale'a. Z zamy­śle­nia ock­nęła się w pozy­cji sie­dzą­cej, co zdzi­wiło ją nieco. Naj­wy­raź­niej sani­ta­riu­sze przy­su­nęli fotel od biurka i posa­dzili ją na nim wygod­nie, a teraz stali nad nią, wyraź­nie zanie­po­ko­jeni.

- Zlą­kłem się, że zaraz zemdle­jesz - powie­dział Dale.

- Jesteś blada jak ściana i ledwo się trzy­masz na nogach. Jak się czu­jesz?

- Och. - Rachel zaśmiała się ner­wowo i zama­chała dło­nią. - Dobrze. Naprawdę. Ale macie rację, coś mnie chyba bie­rze. Mam na zmianę dresz­cze i gorączkę. - Wzru­szyła ramio­nami.

Dale przy­ło­żył grzbiet dłoni do jej czoła i zmarsz­czył brwi.

- Może powin­naś pójść do domu? Jesteś cała roz­pa­lona. Ponow­nie prze­su­nęła dło­nią wzdłuż czoła i nie­chęt­nie przy­znała mu rację. W duchu miała nadzieję, że wirus okaże się rów­nie szybki, co nie­groźny, a prze­bieg cho­roby - wbrew wszel­kim symp­to­mom - łagodny. Nie zno­siła być chora.

- Rachel?

Tak? - Spoj­rzała na prze­ję­tych ratow­ni­ków i siłą woli pod­nio­sła się z fotela. - Och, prze­pra­szam. Chyba fak­tycz­nie pójdę wcze­śniej do domu. Zacze­kam tylko na Tony'ego. Tu macie wszystko pod­pi­sane - oznaj­miła, wrę­cza­jąc im plik papie­rów.

Dale się­gnął po teczkę i wymie­nił z Fre­dem poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Czuli, że nie powinni zosta­wiać Rachel samej.

- Naprawdę nic mi nie jest - mity­go­wała ich. - Tony wyszedł tylko na chwilę, po kawę. Zaraz wróci. Jedź­cie już.

- No, dobrze. - Nie­chęt­nie zgo­dził się Dale. - Tylko wyświadcz nam tę przy­sługę i do jego powrotu nie wsta­waj z fotela. Jeśli zemdle­jesz i upad­niesz...

Rachel ski­nęła głową.

- Umowa stoi. Sio. Dopóki Tony nie wróci, ni­gdzie się nie ruszam.

Choć Dale wyraź­nie jej nie dowie­rzał, nie miał wyboru.

Ruszyli z Fre­dem w stronę drzwi.

- Pora na nas.

- Do zoba­cze­nia - dodał Fred.

Rachel odpro­wa­dziła ich wzro­kiem i przez chwilę, zgod­nie z obiet­nicą, posłusz­nie sie­działa na fotelu, szybko jed­nak ogar­nęło ją znie­cier­pli­wie­nie. Bez­czyn­ność nie leżała w jej natu­rze. Zer­k­nęła na świeżo dostar­czone zwłoki. Ofiara postrzału snaj­pera, rzadki przy­pa­dek. Powinna potrak­to­wać ofiarę prio­ry­te­towo. Poli­cja na pewno będzie chciała jak naj­szyb­ciej prze­ba­dać pocisk, a to ozna­cza, że powrót Tony'ego z kawą wcale nie zwolni Rachel z poste­runku. O powro­cie do domu pomy­śli naj­wcze­śniej, gdy wydo­bę­dzie nabój z piersi ofiary. Sek­cja zwłok może zacze­kać do rana, lecz przy­go­to­wa­nie poci­sku do oglę­dzin należy do obo­wiąz­ków koro­nera na noc­nej zmia­nie.

Rachel się wypro­sto­wała, wstała i pode­szła do stołu ope­ra­cyj­nego. Spoj­rzała na denata.

- Wybra­łeś sobie pechową noc na postrzał, mój drogi - mruk­nęła.

Uważ­nie przyj­rzała się jego twa­rzy. Cóż, kawał przy­stoj­niaka i naprawdę szkoda, że przy­szło mu zgi­nąć... Choć z dru­giej strony, żal towa­rzy­szy śmierci każ­dego czło­wieka. Rachel odgo­niła ponure myśli wzru­sze­niem ramion, się­gnęła po sto­lik z instru­men­tami i przy­su­nęła go bli­żej. Zer­k­nęła ostatni raz i wzięła się do pracy.

Ratow­nicy roze­rwali koszulę denata na wyso­ko­ści rany, lecz pomi­ja­jąc to poje­dyn­cze roz­dar­cie, ubra­nie było w jak naj­lep­szym porządku. Męż­czy­zna miał na sobie bar­dzo ele­gancki, mar­kowy gar­ni­tur, ewi­dent­nie z gór­nej półki.

- Cie­kawy czło­wiek... Wyra­fi­no­wany i zamożny - rze­kła pod nosem Rachel, podzi­wia­jąc krój i ukryte pod tka­niną pięk­nie rzeź­bione ciało. - Nie­stety, muszę pana pozba­wić tych pięk­nych ubrań, drogi panie - dodała.

Wzięła nożyce ze sto­lika z instru­men­tami i zde­cy­do­wa­nym ruchem roz­cięła naj­pierw mary­narkę, a potem koszulę. Gdy mate­riał opadł na pod­łogę, Rachel zatrzy­mała się w pół gestu i przyj­rzała uważ­niej odsło­nię­tym frag­men­tom zwłok. Zazwy­czaj w tym momen­cie prze­cho­dziła bez cere­gieli do usu­nię­cia spodni i bie­li­zny, lecz gorączka pozba­wiła ją sił. Ręce miała jak z waty i led­wie była w sta­nie utrzy­mać narzę­dzie w drżą­cych dło­niach. Uznała, że odmiana w ruty­nie nie zaszko­dzi. Zamiast wal­czyć z odzie­niem zasła­nia­ją­cym dolną połowę ciała ofiary, zare­je­struje obser­wa­cje doty­czące obra­żeń w czę­ści gór­nej. Przy odro­bi­nie szczę­ścia wkrótce zjawi się Tony i pomoże roze­brać męż­czy­znę do końca.

Rachel odło­żyła nożyce, usta­wiła lampkę oraz mikro­fon nad klatką pier­siową denata i włą­czyła nagry­wa­nie.

- Zwłoki ofiary ziden­ty­fi­ko­wa­nej jako... A niech to!

- Wyłą­czyła mikro­fon i zaczęła ner­wowo prze­glą­dać dostar­czony przez ratow­ni­ków pro­to­kół. Zmarsz­czyła brwi. Na żad­nym doku­men­cie nie było nazwi­ska! Nie­zi­den­ty­fi­ko­wane zwłoki dosko­nale ubra­nej ofiary strze­la­niny. Przez głowę prze­le­ciało jej, że być może zabójca zwy­czaj­nie rąb­nął ofie­rze port­fel. Spoj­rzała smutno na męż­czy­znę. Naprawdę szkoda, że zgi­nął z tak try­wial­nego powodu. Przy­szło nam żyć w cho­rym świe­cie, pomy­ślała.

Pani koro­ner odło­żyła plik doku­men­tów i ponow­nie włą­czyła mikro­fon.

- Sek­cję nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych zwłok prze­pro­wa­dza dok­tor Gar­rett. Denat to biały męż­czy­zna, wzrost około 190 cen­ty­me­trów. - Osza­co­wała ostroż­nie, odkła­da­jąc dokładne pomiary na póź­niej. - Wygląda na spraw­nego i zdro­wego. Wyłą­czyła mikro­fon i pokrę­ciła głową. Okre­śle­nie

"sprawny i zdrowy" w tym przy­padku było dość zacho­waw­cze. Męż­czy­zna miał posturę atlety. Pła­ski brzuch, sze­roka klatka pier­siowa i umię­śnione ramiona. I jesz­cze te szla­chetne rysy! Rachel pod­nio­sła jedno, a następ­nie dru­gie ramię denata w poszu­ki­wa­niu ewen­tu­al­nych obra­żeń na ich spodniej stro­nie. Odsu­nęła się z nachmu­rzoną miną. Na skó­rze nie było żad­nych blizn i zna­mion, żad­nych zna­ków szcze­gól­nych. Poza raną postrza­łową tuż nad ser­cem, ciało ofiary było bez skazy. Nawet palce miał dosko­nałe.

- Dziwne - mruk­nęła pod nosem. Zazwy­czaj pod­czas oglę­dzin odkry­wała co naj­mniej kilka uszko­dzeń, choćby ślad po wycię­ciu wyrostka robacz­ko­wego. Ten męż­czy­zna był jed­nak bez skazy. Nie miał nawet odci­sków ani odgniot­ków na dło­niach. Bogaty ary­sto­krata? Rachel w zamy­śle­niu prze­nio­sła wzrok na jego twarz. Bar­dzo kla­syczna uroda, lecz bez śladu opa­le­ni­zny. A tacy ele­ganccy milio­ne­rzy zazwy­czaj z dumą obno­sili przy­wie­zioną z dale­kich podróży opa­le­ni­znę lub regu­lar­nie bywali w sola­rium.

Rachel posta­no­wiła nie mar­no­wać dłu­żej czasu na domy­sły. Pokrę­ciła głową i włą­czyła z powro­tem mikro­fon. - Poza raną postrza­łową ofiara nie ma zna­ków szcze­gól­nych ani blizn na prze­dzie gór­nej czę­ści ciała. Zgon naj­praw­do­po­dob­niej nastą­pił wsku­tek utraty krwi spo­wo­do­wa­nej wcze­śniej wspo­mnianą raną.

Nie zawra­ca­jąc sobie głowy wyłą­cza­niem mikro­fonu, się­gnęła po szczypce. W końcu dyk­ta­fon włą­czał się i wyłą­czał auto­ma­tycz­nie. Reago­wał na dźwięk i zapi­sy­wał wyłącz­nie głos pra­cu­ją­cego przy zwło­kach koro­nera. Na pod­sta­wie nagra­nia spi­sze się póź­niej pro­to­kół i usu­nie z niego wszel­kie zbędne i przy­pad­kowe komen­ta­rze.

Rachel zmie­rzyła ranę postrza­łową i zapi­sała na kartce wynik oraz jej umiej­sco­wie­nie na ciele ofiary. Następ­nie ostroż­nie wsu­nęła szczypce w otwór i pene­tro­wała go powoli i deli­kat­nie, tak aby nie naru­szyć sąsied­nich tka­nek. Zaci­snęła klesz­cze na poci­sku i wycią­gnęła go przez szcze­linę w skó­rze.

Z trium­fal­nym "Aha!" wypro­sto­wała się, z dumą obej­rzała nabój i odwró­ciła się, by wrzu­cić go do rynienki. Naczy­nia nie było pod ręką. Poiry­to­wana, wyrzu­ca­jąc sobie w duchu złą orga­ni­za­cję pracy, ode­szła od stołu i roz­po­częła prze­szu­ki­wa­nie sza­fek i szu­flad.

W trak­cie poszu­ki­wań prze­mknęła jej przez głowę myśl, że nie­obec­ność Tony'ego podej­rza­nie się prze­ciąga. Z szyb­kiego wyj­ścia po kawę zro­biło się już pra­wie dwa­dzie­ścia minut. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym sprawcą opóź­nie­nia była pewna miła pie­lę­gniarka z pią­tego pię­tra. Przy­pa­dła Tony'emu do gustu na tyle, że znał już na pamięć plan jej dyżu­rów. Sta­rał się orga­ni­zo­wać sobie prze­rwy tak, by pokry­wały się z jej gra­fi­kiem, a jeśli natknął się na dziew­czynę pod auto­ma­tem z kawą, to zapewne zarzą­dził czas wolny. Rachel nie miała nic prze­ciwko temu. Ona wkrótce pój­dzie do domu, a Tony pozo­sta­nie sam na placu boju do końca noc­nej zmiany.

Zna­la­zła wresz­cie rynienkę i nabój zagrze­cho­tał meta­licz­nie. Następ­nie pode­szła z naczy­niem do biurka, aby przy­go­to­wać ety­kietkę; w dowo­dach rze­czo­wych musi pano­wać porzą­dek. Zajęło jej to kilka dobrych minut i zdą­żyła się dwa razy pomy­lić, zanim wresz­cie wszystko było jak należy. To już kolejny znak, że nie jestem w naj­lep­szej for­mie, pomy­ślała, i że opusz­cze­nie zmiany przed cza­sem wcale nie jest złym pomy­słem. Przy wro­dzo­nym per­fek­cjo­ni­zmie Rachel nawet drobne pomyłki skut­ko­wały u niej iry­ta­cją, a nie­rzadko zawsty­dze­niem.

Osła­biona i zła na sie­bie, przy­kle­jała wła­śnie ety­kietkę do rynienki, gdy kątem oka zare­je­stro­wała ruch. Zasty­gła na chwilę, po czym odwró­ciła się w kie­runku drzwi, spo­dzie­wa­jąc się ujrzeć w nich Tony'ego, ale kost­nica była kom­plet­nie pusta. W pomiesz­cze­niu znaj­do­wała się tylko ona i nie­zi­den­ty­fi­ko­wany męż­czy­zna na stole sek­cyj­nym. Naj­wy­raź­niej gorączka spo­wo­do­wała przy­wi­dze­nia.

Rachel pokrę­ciła głową i wstała zza biurka, choć led­wie była w sta­nie utrzy­mać się na drżą­cych nogach. Na jej roz­pa­lone czoło wystą­piły kro­pelki potu, a zamiast żołądka i wątroby miała dwa roz­grzane do czer­wo­no­ści piece. W mgnie­niu oka zimne dresz­cze zmie­niły się w ude­rze­nia gorąca.

Usły­szała tajem­ni­czy sze­lest i ponow­nie spoj­rzała na stół. Czy prawa dłoń denata nie prze­su­nęła się przy­pad­kiem? Rachel mogłaby przy­siąc, że po bada­niu poło­żyła ją grzbie­tem do góry, a teraz opuszki pal­ców wska­zy­wały sufit.

Wzrok Rachel powę­dro­wał z dłoni na twarz ofiary. Gdy męż­czy­zna został przy­wie­ziony do kost­nicy, jego twarz była nie­mal zupeł­nie pozba­wiona wyrazu - zasty­gła jak maska - i zdra­dzała jedy­nie łagodne zasko­cze­nie, teraz zaś malo­wał się na niej gry­mas bólu. Może to począ­tek halu­cy­na­cji?, pomy­ślała Rachel. Mam zwidy, jak nic, prze­cież ten czło­wiek jest mar­twy. A mar­twi ludzie nie ruszają rękami i nie robią min.

- Za dużo nocek bie­rzesz - mruk­nęła do sie­bie pod nosem. Powoli pode­szła do stołu ope­ra­cyj­nego. Trzeba jesz­cze pozbyć się reszty ubra­nia i prze­ba­dać to, co poni­żej pasa.

Bez pomocy Tony'ego nie zdoła prze­wró­cić nie­bosz­czyka na brzuch i obej­rzeć jego ple­ców. Z dolną czę­ścią ciała od frontu też mogłaby zacze­kać na powrót asy­stenta, lecz posta­no­wiła zacząć bez niego. Im szyb­ciej wyj­dzie z kost­nicy i wróci do domu, tym lepiej. Naj­roz­sąd­niej będzie, jeśli teraz zro­bię tyle, ile jestem w sta­nie, pomy­ślała, się­ga­jąc po nożyce, by roz­ciąć spodnie. I zorien­to­wała się, że nie doko­nała jesz­cze oglę­dzin głowy.

Praw­do­po­dob­nie nie znaj­dzie tam dru­giej rany postrza­ło­wej, a przy­naj­mniej nic na to nie wska­zuje. Zresztą Fred i Dale nie omiesz­ka­liby wspo­mnieć o czymś takim, w końcu twier­dzili, że w ambu­lan­sie wyczuli u męż­czy­zny puls, który póź­niej ustał. Było to o tyle mało wia­ry­godne, że ofiara naj­pew­niej zgi­nęła w chwili, gdy pocisk prze­szył jej serce. Rachel odło­żyła nożyce i przy­stą­piła do bada­nia czaszki, a zoba­czyw­szy piękne i silne blond włosy męż­czy­zny, poża­ło­wała, że jej rude loki nie są nawet w poło­wie tak zdrowe. Na gło­wie denata nie odna­la­zła żad­nych ska­le­czeń ani otarć. Deli­kat­nie uło­żyła ją z powro­tem na stole i ponow­nie się­gnęła po instru­ment.

Dwu­krot­nie ciach­nęła w powie­trzu, przy­mie­rza­jąc się dokład­nie do roz­kro­je­nia spodni ofiary na wyso­ko­ści pasa. Co cie­kawe, wcale jej się nie śpie­szyło. Dziwne. Stu­dia medyczne sku­tecz­nie wyprały ją ze wstydu oraz pozba­wiły wszel­kich opo­rów w obco­wa­niu z męską nago­ścią i nie miała poję­cia, co ją teraz spe­szyło.

Ponow­nie łyp­nęła na klatkę pier­siową denata. Rety, on naprawdę ma fan­ta­styczną syl­wetkę! I nogi pew­nie tak samo wyspor­to­wane, pomy­ślała i stwier­dziła z zakło­po­ta­niem, że odczuwa coś wię­cej niż zwy­kłą cie­ka­wość. Może stąd wła­śnie wynika jej waha­nie? Ni­gdy wcze­śniej nie miała podob­nych myśli pod­czas bada­nia zwłok. Co też ta gorączka wyczy­nia z jej głową!

Tajem­ni­czy męż­czy­zna, choć mar­twy i blady, wyda­wał jej się cał­kiem atrak­cyjny. Poza tym nawet nie­żywy wyglą­dał cał­kiem zdrowo w porów­na­niu z cia­łami, które zwy­kle tra­fiały na jej stół. Spra­wiał wra­że­nie pogrą­żo­nego w głę­bo­kim śnie.

Oczy pani koro­ner zabłą­kały się w oko­lice jego twa­rzy. Naprawdę się jej podo­bał, a to już było wysoce nie­po­ko­jące.

Pociąg fizyczny do nie­bosz­czyka suge­ro­wał poważne zabu­rze­nie, ale Rachel szybko zna­la­zła wymówkę, że świad­czy to wyłącz­nie o jej ubo­gim życiu towa­rzy­skim. Praca na nocną zmianę sku­tecz­nie eli­mi­no­wała wszel­kie moż­li­wo­ści scha­dzek. Czas, który więk­szość ludzi prze­zna­czała na spo­tka­nia i roz­rywkę, ona spę­dzała w kost­nicy. Nocki nie sprzy­jały rand­ko­wa­niu.

Prawdę mówiąc, Rachel ni­gdy nie miała szcze­gól­nie buj­nego życia uczu­cio­wego. Jesz­cze przed okre­sem doj­rze­wa­nia przy­było jej kilka cen­ty­me­trów wzro­stu i przez całe liceum była wyż­sza od rówie­śni­ków. Z natury nie­śmiała i nie­pewna sie­bie, jako nasto­latka naj­czę­ściej pod­pie­rała ściany na impre­zach. Teraz praca dodat­kowo utrud­niała jej kon­takty towa­rzy­skie, ale jed­no­cze­śnie sta­no­wiła dosko­nałe wytłu­ma­cze­nie, gdy zna­jomi dopy­ty­wali się o jej nie­ist­nie­jące miłostki. Bez trudu mogła się zasła­niać obo­wiąz­kami.

Musi być z nią naprawdę nie­do­brze, skoro zdra­dza nekro­fil­skie skłon­no­ści. Całe szczę­ście, że nie­dawno zaczęła sta­rać się o zmianę gra­fiku, bo samotne godziny w kost­nicy i w domu zda­wały się mieć na nią zgubny wpływ.

Zmu­siła się do ode­rwa­nia wzroku od nie­po­ko­jąco przy­stoj­nej twa­rzy i zer­k­nęła na przy­go­to­wane instru­menty. W duchu zasta­no­wiła się, co ją popchnęło do wybra­nia takiego zawodu. Odkąd pamięta, pałała szczerą nie­chę­cią do wszyst­kiego, co zwią­zane z leka­rzami i wizy­tami w szpi­ta­lach, a w jej sen­nych kosz­ma­rach w głów­nej roli potra­fiły wystę­po­wać igły. Wszelki ból fizyczny zno­siła fatal­nie i uwa­żała się za naj­więk­szego mię­czaka na pla­ne­cie. Natu­ral­nie, w związku z tym zde­cy­do­wała się na zosta­nie koro­ne­rem, jakby tutaj igły i inne przy­kre narzę­dzia nie sta­no­wiły chleba powsze­dniego. Rachel uznała to za prze­jaw pod­świa­do­mego buntu - nie chciała pozwo­lić, by jej wła­sne lęki ogra­ni­czały ją w jaki­kol­wiek spo­sób.

Nie powstrzy­mała się przed kolej­nym spoj­rze­niem na tors bada­nego i zatrzy­mała na chwilę wzrok na ranie postrza­ło­wej. Czy ona się przy­pad­kiem nie zmniej­szyła? Rachel przyj­rzała się dokład­niej i zamru­gała. Mogłaby przy­siąc, że klatka pier­siowa denata lekko unosi się i opada.

- No ład­nie. Znów przy­wi­dze­nia z gorączki - mruk­nęła i zmu­siła się do ode­rwa­nia oczu od klatki pier­sio­wej ofiary. Prze­cież przed chwilą wycią­gnęła mu nabój z serca! Facet był mar­twy bez dwóch zdań, a mar­twi ludzie nie oddy­chają. Rachel posta­no­wiła jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć bada­nie, by móc wresz­cie zamknąć zwłoki w chłodni i raz na zawsze wyrzu­cić z głowy absor­bu­ją­cego tru­po­sza. Usta­wiła się wygod­nie i wsu­nęła dolne ostrze nożyc pod mate­riał.

- Wybacz. Naprawdę szkoda mi nisz­czyć te wspa­niałe spodnie, ale... - Wzru­szyła ramio­nami i prze­cięła mate­riał.

- Ale co?

Rachel zamarła i prze­nio­sła wzrok na twarz męż­czy­zny, który wła­śnie otwo­rzył oczy. Krzyk­nęła i odsko­czyła od stołu jak opa­rzona. Nogi miała jak z waty, na jej twa­rzy zaś malo­wały się jed­no­cze­śnie prze­ra­że­nie i nie­do­wie­rza­nie. Zwłoki przy­glą­dały się jej badaw­czo.

Zamknęła oczy. Otwo­rzyła je z powro­tem, ale denat nie prze­sta­wał się gapić.

- Nie­do­brze - stwier­dziła.

- Co nie­do­brze? - zain­te­re­so­wał się nie­bosz­czyk.

Głos drżał mu lekko, lecz zwa­żyw­szy jego stan, mówił nad­zwy­czaj wyraź­nie. Rachel pokrę­ciła głową, pozo­sta­jąc pod wra­że­niem wła­snych maja­ków.

- Co nie­do­brze? - Nie dawał za wygraną.

- Mam halu­cy­na­cje - wyja­śniła grzecz­nie Rachel i zawie­siła głos, zafa­scy­no­wana spoj­rze­niem nie­zna­jo­mego. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała rów­nie egzo­tycz­nych oczu. Miały nie­ty­powy kształt i srebr­no­błę­kitne tęczówki. Dokład­nie takie, jak w jej wyobra­że­niach sprzed chwili, choć dobrze wie­działa, że z medycz­nego punktu widze­nia taki kolor nie ma prawa ist­nieć.

Ostat­nia myśl uspo­ko­iła ją nieco. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała srebr­nych oczu; ich barwa zaprze­czała natu­rze. Aha, jej umysł na pod­sta­wie wcze­śniejszego wyobra­że­nia wyge­ne­ro­wał halu­cy­na­cję, gorączka naj­wy­raź­niej rosła. Musi być ze mną naprawdę nie­do­brze, pomy­ślała.

Tym­cza­sem domnie­many nie­bosz­czyk zdą­żył usiąść.

Przy­glą­dał się uważ­nie.

- Masz gorączkę? To by wiele tłu­ma­czyło...

- Tłu­ma­czyło? Niby co? - spy­tała Rachel, zanim zdała sobie sprawę, że oto wdaje się w dywa­ga­cje z wytwo­rem wła­snej wyobraźni. Skrzy­wiła się. Choć jed­no­cze­śnie, nie­wiele się to róż­niło od roz­mów ze zmar­łymi, które ostat­nio zda­rzały się jej regu­lar­nie. Co wię­cej, ten nie­bosz­czyk miał bar­dzo miły głos, głę­boki i aksa­mitny, jak doj­rzałe wino. Och, miód, goź­dziki, cyna­mon i wino... Tak, dobry grza­niec z pew­no­ścią posta­wiłby ją na nogi i poło­żył kres wszel­kim przy­wi­dze­niom. Lub przy­naj­mniej spra­wiłby, że prze­sta­łaby się nimi mar­twić. Oba roz­wią­za­nia były dobre.

- Nie chcesz podejść bli­żej?

Rachel łyp­nęła w kie­runku stołu. Nie­spo­dzie­wane zapro­sze­nie zupeł­nie nie miało sensu, lecz kto powie­dział, że halu­cy­na­cje mają być logiczne? Spró­bo­wała nego­cja­cji.

- Niby po co? Prze­cież nie jesteś praw­dziwy i wcale tutaj nie sie­dzisz.

- Nie jestem praw­dziwy?

- Nie. Jesteś wytwo­rem mojej cho­rej wyobraźni. W rze­czy­wi­sto­ści leżysz mar­twy na sta­lo­wym bla­cie, a mi się tylko wydaje, że sie­dzisz i że sobie kon­wer­su­jemy.

- Hm. - Uśmiech­nął się sze­roko. Uśmiech też miał ładny. - A skąd to wiesz?

- Ponie­waż mar­twi ludzie nie sia­dają i nie mówią - wyja­śniła cier­pli­wie. - Pro­szę, połóż się już. Zaczyna mi się krę­cić w gło­wie.

- A jeśli nie jestem mar­twy?

Pyta­nie na moment zbiło Rachel z pan­ta­łyku, lecz szybko przy­po­mniała sobie o gorączce i kate­go­rycz­nie stwier­dziła, że ten męż­czy­zna nie ma prawa się ruszać. Posta­no­wiła empi­rycz­nie dowieść sobie słusz­no­ści tego rozu­mo­wa­nia. Zro­biła krok naprzód i wysu­nęła przed sie­bie rękę, spo­dzie­wa­jąc się, że jej dłoń prze­tnie powie­trze, ta jed­nak z impe­tem wylą­do­wała na pod­bródku męż­czy­zny. Zasko­czony nie­bosz­czyk krzyk­nął z bólu, lecz Rachel już go nie usły­szała - wrza­snęła w nie­bo­głosy i odsko­czyła od stołu jak opa­rzona. Dłoń pul­so­wała z bólu, lecz ona, prze­jęta krzy­kiem, pra­wie nie zwra­cała na to uwagi. Na jej stole sek­cyj­nym sie­dział trup!

Pomiesz­cze­nie nagle zaczęło wiro­wać i Rachel zoba­czyła mroczki przed oczami.

- Kurde, chyba zaraz zemdleję - stwier­dziła prze­ra­żona, po czym dodała, nie­mal prze­pra­sza­jąco. - Ja ni­gdy nie mdleję. Naprawdę.

Etienne pozwo­lił rudo­wło­sej osu­nąć się na pod­łogę, po czym ześli­znął się ze stołu i rozej­rzał dokoła. Kost­nica. Skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Jak żył trzy­sta lat, nie spo­dzie­wał się, że kie­dy­kol­wiek trafi w takie miej­sce.

Wzdry­gnął się i przy­klęk­nął. Już miał dotknąć czoła zemdlo­nej, gdy znie­nacka zakrę­ciło mu się w gło­wie. To na pewno osła­bie­nie, pomy­ślał. Stra­cił zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo krwi, naj­pierw wsku­tek zra­nie­nia, a póź­niej rege­ne­ra­cji tka­nek. Trzeba uzu­peł­nić uby­tek, ale nie z tej kobiety. Na pierw­szy rzut oka było widać, że bie­dac­two cho­ruje i z jej krwi będzie nie­wielki poży­tek. Muszę zna­leźć innego żywi­ciela, pomy­ślał, i to szybko, bo zaraz dopadną mnie potężny głód i wyczer­pa­nie. A mam do zro­bie­nia jesz­cze kilka waż­nych rze­czy.

Etienne odsu­nął pukle rudych wło­sów z czoła nie­zna­jo­mej i odsło­nił pobla­dłą twarz. Przy upadku głowa kobiety, ude­rza­jąc o zie­mię, wydała głu­chy odgłos, więc widok siniaka i otar­cia na jej czole wcale go nie zdzi­wił. Na szczę­ście obra­że­nia nie wyglą­dały groź­nie, choć rudą cze­kała pobudka ze strasz­nym bólem głowy. Uspo­ko­jony, posta­no­wił teraz zadbać, by nie przy­po­mniała sobie momentu dostar­cze­nia go do kost­nicy. W prze­ciw­nym razie mogłaby zacząć zada­wać roz­ma­ite pyta­nia, a te były ostat­nią rze­czą, któ­rej potrze­bo­wał. Etienne spró­bo­wał wyson­do­wać jej umysł. Bez­sku­tecz­nie. Dziwne, wyglą­dało na to, że nie ma wstępu w jej myśli.

Tego się nie spo­dzie­wał. Umy­sły więk­szo­ści ludzi były dla niego jak otwarte książki; ni­gdy wcze­śniej nie miał trud­no­ści z ich prze­ni­ka­niem. No, może z wyjąt­kiem Pudge'a, pomy­ślał z cie­niem żalu. Ni­gdy nie potra­fił prze­bić się przez cier­pie­nie i zamęt w jego gło­wie, dostać się do jego myśli i wyma­zać z nich wszelką wie­dzę o rodzi­nie Arge­neau. W prze­ciw­nym razie sprawy nie zaszłyby tak daleko.

Miał żal do sie­bie, gdyż uznał to za oso­bi­stą porażkę. Ostat­nie pół roku życia Pudge'a nazna­czone było cier­pie­niem ponad ludz­kie siły. Stra­cił Rebekę, kobietę, którą kochał i z którą był zarę­czony. Etienne ją znał; miała nie­zwy­kle żywy umysł i pro­mie­nio­wała rado­ścią. Była osobą wyjąt­kowo łagodną i cie­płą, niczym sło­neczny, letni dzień. Zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym, a jej śmierć wstrzą­snęła świa­tem Pudge'a. Wkrótce po Rebece zmarła też jego matka, co popchnęło męż­czy­znę na kra­wędź sza­leń­stwa. Etienne'owi zabra­kło sił, by zmie­rzyć się z jego bólem.

Raz wpraw­dzie spró­bo­wał, lecz poczu­cie pustki i straty zale­wa­jące myśli Pudge'a dotknęło go do głębi, bar­dziej niż byłby skłonny przy­znać. Nie wie­rzył, że można przejść taki kosz­mar i pozo­stać przy zdro­wych zmy­słach; wystar­czyło led­wie otrzeć się o chorą psy­chikę, by nawet to krót­kie spo­tka­nie pozo­sta­wiło piętno gory­czy i smutku. A Pudge obco­wał ze swo­imi demo­nami nie­ustan­nie, przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Etienne nie dzi­wił się nawet, że Pudge po odkry­ciu jego nad­przy­ro­dzo­nych zdol­no­ści, odna­lazł w nich na nowo sens życia. Stały się jed­no­cze­śnie jego obse­sją i tar­czą chro­niącą przed roz­pa­czą.

Doświad­cze­nie bólu Pudge'a spra­wiło, że Etienne zre­zy­gno­wał z wdzie­ra­nia się do jego umy­słu i mody­fi­ka­cji

wspo­mnień. Tym samym uczy­nił z sie­bie łatwy cel, zbyt łatwy, jak wyka­zała dzi­siej­sza próba zabój­stwa. Naj­wyż­sza pora zmie­nić tak­tykę. Pro­blem w tym, że Etienne zupeł­nie nie miał planu. Naj­prost­sze wyj­ście sta­no­wiła likwi­da­cja źró­dła pro­ble­mów, lecz do takich roz­wią­zań jego rodzaj posu­wał się jedy­nie w osta­tecz­no­ści. Poza tym sama myśl o zabi­ciu kogoś, kto tak wiele wycier­piał, była dla Etienne'a nie do przy­ję­cia. W jego odczu­ciu byłoby to kopa­nie leżą­cego. Zbył przy­kre roz­my­śla­nia wzru­sze­niem ramion i zajął się rudo­włosą. Zasta­na­wiało go, dla­czego nie może prze­nik­nąć jej myśli. Nie wyczu­wał głę­bo­kich ran uczu­cio­wych i cier­pie­nia popy­cha­ją­cego na skraj obłędu. Cecho­wało ją raczej poczu­cie doj­mu­ją­cej samot­no­ści, towa­rzy­szą­cej zresztą i jego życiu.

To na pewno sku­tek mojego osła­bie­nia, zawy­ro­ko­wał. Cóż, może gorączka i uraz głowy utwier­dzą tę kobietę w prze­ko­na­niu, że miała przy­wi­dze­nia? W końcu, gdy była jesz­cze przy­tomna, usil­nie wma­wiała mi, że jestem wytwo­rem jej wyobraźni. Może to wystar­czy.

Ostroż­nie poło­żył jej głowę z powro­tem na pod­ło­dze i zauwa­żył na swo­ich pal­cach ślady krwi. Po chwili waha­nia przy­su­nął dłoń do nosa i obwą­chał, roz­ko­szu­jąc się słod­kim zapa­chem, po czym poli­zał ostroż­nie. Zmarsz­czył brwi. Bie­dac­two, miała chyba nie­do­bór wita­min albo innych mikro­ele­men­tów. Albo skrajna ane­mia, albo cał­kiem poważna infek­cja.

Mimo­wol­nie zaha­czył wzro­kiem o jej szyję; choć potwor­nie głodny, Etienne ode­gnał pokusę zato­pie­nia w niej kłów. Potrze­bo­wał krwi, lecz chory żywi­ciel na nic mu się nie przyda. Poło­żył dłoń na czole kobiety. Skórę miała roz­pa­loną, twarz zaś nabie­głą krwią. Jej zapach budził w nim naj­niż­sze instynkty i wywo­ły­wał skur­cze żołądka. Naj­wy­raź­niej gło­dowi stan zdro­wia poten­cjal­nego żywi­ciela nie robił róż­nicy. Doma­gał się krwi.

Etienne stłu­mił w sobie zew natury i pod­niósł się, nie­pew­nie chwy­ta­jąc za skraj stołu do sek­cji. Sta­rał się utrzy­mać rów­no­wagę, ale pomiesz­cze­nie znów zako­ły­sało się nie­bez­piecz­nie. Posta­no­wił zacze­kać, aż pew­niej sta­nie na nogach, gdy nagle za jego ple­cami otwo­rzyły się drzwi. Etienne powoli odwró­cił głowę. W progu kost­nicy zastygł w pół kroku męż­czy­zna.

- Kim...? - Prze­niósł wzrok z Etienne'a na omdlałą kobietę, po czym zatrzy­mał spoj­rze­nie na nagim, zakrwa­wio­nym tor­sie nie­zna­jo­mego. - O, stary...

Ku roz­ba­wie­niu Etienne'a, intruz rozej­rzał się w panice, po czym wycią­gnął przed sie­bie kubek z gorącą kawą, jakby chciał się przed nim zasło­nić.

- Co zro­bi­łeś Rachel? Skąd się tu wzią­łeś?

- Rachel? - Etienne spoj­rzał na roz­cią­gniętą na pod­ło­dze rudo­włosą. Ładne imię i ładna kobieta. Ładna rekon­wa­le­scentka, popra­wił się. Powinna teraz leżeć w łóżku.

- Ty też jesteś chory? - spy­tał nie­spo­dzie­wa­nego gościa.

- Chory? - Męż­czy­zna wypro­sto­wał się i spoj­rzał zasko­czony. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się takiego pyta­nia. - Nie.

Etienne ski­nął głową.

- To dobrze. Podejdź bli­żej.

- Ja... - Głos uwiązł obcemu w gar­dle. Intruz opu­ścił ręce wzdłuż ciała i jak zaklęty postą­pił naprzód (oczy­wi­ście, Etienne maczał w tym palce) z sokiem poma­rań­czo­wym w jed­nej dłoni, a paru­ją­cym kub­kiem w dru­giej. Uczy­nił tak kilka kro­ków i zatrzy­mał się posłusz­nie.

- Potrze­buję odro­biny two­jej krwi. W zasa­dzie to potrze­buję ogrom­nej ilo­ści krwi, ale od cie­bie wezmę tylko tro­chę - wyja­śnił mu Etienne. Nie miało to zresztą więk­szego zna­cze­nia, gdyż i tak nie zamie­rzał pytać o zgodę. Nie­zna­jomy mil­czał i stał bez ruchu, patrząc przed sie­bie nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

Etienne nagle nabrał wąt­pli­wo­ści. Upły­nęło cał­kiem sporo czasu, odkąd ostatni raz kogoś ugryzł. Całe lata. Wraz z upo­wszech­nie­niem się ban­ków krwi, jego rodzaj coraz bar­dziej nie­chęt­nie zezwa­lał na takie prak­tyki, nie­mniej jed­nak teraz sytu­acja była wyjąt­kowa. Stra­cił dużo krwi i był bar­dzo osła­biony. Musiał poży­wić się choć tro­chę, by o wła­snych siłach wró­cić do domu.

Rzu­cił swej ofie­rze prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie i odchy­lił jej głowę na bok, odsła­nia­jąc szyję. Męż­czy­zna spiął się i zapro­te­sto­wał słabo, gdy kły Etienne'a prze­biły mu skórę, lecz rów­nie szybko roz­luź­nił się i jęk­nął, kiedy wam­pir zaczął go ssać. Krew miał cie­płą, gęstą i pożywną, znacz­nie smacz­niej­szą niż chłodny płyn z tore­bek z banku krwi; wywo­łała ona u Etienne'a falę wspo­mnień daw­nych, dobrych cza­sów. Zamy­ślił się nie­chcący i wypił z ofiary nieco wię­cej, niż zamie­rzał. Zmu­sił się do prze­rwa­nia posiłku dopiero, gdy osła­biony żywi­ciel nie­mal na nim zawisł. Usa­dził męż­czy­znę na biu­ro­wym krze­śle obok omdla­łej kobiety i upew­nił się, czy nie spo­wo­do­wał u niego nie­od­wra­cal­nych szkód. Na szczę­ście nie.

Z ulgą stwier­dził mia­rowy i spo­kojny puls, Etienne wyczy­ścił żywi­cie­lowi wspo­mnie­nia, wypro­sto­wał się i zer­k­nąw­szy na sto­jącą na biurku rynienkę, bły­ska­wicz­nie roz­po­znał jej zawar­tość. Nabój kara­bi­nowy. Odru­chowo prze­su­nął dło­nią po wciąż otwar­tej ranie na piersi, po czym uniósł naczy­nie do oczu i prze­czy­tał opis.

Trzy­mał w dłoni pocisk, który zatrzy­mał akcję jego serca. Na szczę­ście ta kobieta usu­nęła kulę, co umoż­li­wiło rege­ne­ra­cję. W prze­ciw­nym razie Etienne wciąż leżałby nie­przy­tomny na stole sek­cyj­nym. Musiał zabrać stąd pocisk, by nie zosta­wić po swo­jej byt­no­ści w tym miej­scu żad­nych śla­dów.

Wsu­nął nabój do kie­szeni i szybko rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu. Natra­fił na pozo­sta­wiony przez ratow­ni­ków pro­to­kół, który uświa­do­mił mu, że trzeba będzie ich odna­leźć i usu­nąć z doku­men­tów oraz wspo­mnień obu męż­czyzn całe zaj­ście. Praw­do­po­dob­nie incy­dent z postrze­le­niem zna­lazł się rów­nież w poli­cyj­nym rapor­cie. Cóż, zatar­cie śla­dów będzie wyma­gało dużo zachodu i raczej nie obej­dzie się bez pomocy. Etienne aż się skrzy­wił. Będzie musiał zwró­cić się do Bastiena, co ozna­cza, że o wszyst­kim dowie się rodzina. Trudno, nie ma rady. Teraz należy, przede wszyst­kim, wyma­zać naj­mniej­sze ślady zda­rze­nia z pamięci świad­ków.

Etienne z rezy­gna­cją zebrał z pod­łogi strzępy koszuli i mary­narki i po raz ostatni rozej­rzał się po kost­nicy. Narzu­cił na sie­bie jeden z kitli zawie­szo­nych na haczyku przy drzwiach, scho­wał nabój oraz znisz­czone odzie­nie do pla­sti­ko­wej torebki i szyb­kim kro­kiem opu­ścił pomiesz­cze­nie. Trzeba popro­sić Bastiena, by przy­słał kogoś do posprzą­ta­nia, i mieć nadzieję, że star­szy brat nie piśnie ani słowa ich matce. Mar­gu­erite zezło­ści­łaby się nie na żarty. Gdy wyczuła u Etienne'a namiastkę cier­pie­nia Pudge'a tuż po pró­bie odczy­ta­nia myśli nie­szczę­śnika, górę wzięło współ­czu­cie. Zgo­dziła się wpraw­dzie, że Pudge nie zasłu­żył sobie na śmierć, nie zapro­po­no­wała jed­nak żad­nego roz­wią­za­nia i była zła na syna, że on sam nie przed­sta­wił roz­sąd­nej alter­na­tywy.

Etienne skrzy­wił się, opusz­cza­jąc ener­gicz­nym kro­kiem pod­zie­mie szpi­tala. Nie zno­sił pora­żek.

Rozdział 2

ROZ­DZIAŁ 2

Co za depre­syjna sztuka - stwier­dził Etienne, pro­wa­dząc rodzinę przez tłum przy wyj­ściu z teatru.

- To miała być kome­dia - powie­działa prze­pra­sza­jąco Mar­gu­erite. - Tak przy­naj­mniej twier­dzili kry­tycy...

- Jeśli to było zabawne, to ja jestem wil­ko­łak! - Etienne klep­nął Bastiena w łopatkę. - Ale nie szko­dzi. Wszyst­kiego naj­lep­szego, bra­ciszku!

- Dzię­kuję.

Bastien nie wyglą­dał na szcze­gól­nie ura­do­wa­nego, lecz Etienne nie miał mu tego za złe. Gdy się ma ponad czte­ry­sta lat, świę­to­wa­nie uro­dzin może się znu­dzić. On sam liczył ich sobie nieco ponad trzy­sta, a nie miałby nic prze­ciwko zawie­sze­niu obcho­dów. Wie­dział jed­nak, że tak samo jak Bastiena jakaś forma świę­to­wa­nia go nie omi­nie. Matka każ­dego roku nale­gała na cele­bro­wa­nie uro­dzin potom­stwa. Mar­gu­erite Arge­neau kochała swoje dzieci, cie­szyła się, że przy­szły na świat, i uwa­żała, że każda rocz­nica tego wyda­rze­nia jest warta mszy. Etienne z bie­giem lat doszedł do wnio­sku, że jej zaan­ga­żo­wa­nie spra­wia mu przy­jem­ność. Rodzina to dobra rzecz.

- O rety. Roz­pa­dało się - stwier­dziła Mar­gu­erite, gdy dołą­czyli do tłumu stło­czo­nego pod teatralną mar­kizą. Widzom wcale się nie uśmie­chało wycho­dze­nie na deszcz.

- Hm... - Rozej­rzał się odru­chowo Etienne. Poto­czył nie­obec­nym wzro­kiem po prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dach i nagle zastygł na widok wozu zapar­ko­wa­nego po dru­giej stro­nie ulicy. Roz­po­znał go od razu. Dokład­nie takim samym wozem Pudge potrą­cił go kilka tygo­dni przed postrza­łem. Wtedy Etienne dosłow­nie wyczoł­gał się spod kół. Zła­mana kość udowa i pęk­nię­cia czaszki zro­sły się w kilka chwil, a świad­ków ataku i bły­ska­wicz­nej rege­ne­ra­cji szczę­śli­wie nie było.

Kie­rowca uru­cho­mił sil­nik, bły­snęły świa­tła mija­nia i wóz włą­czył się do ruchu. Led­wie Etienne zdą­żył ochło­nąć, a z tyłu dobiegł go głos matki.

- Czy to był on?

Natych­miast spiął się na nowo. Cóż, Mar­gu­erite Arge­neau wie­działa wszystko, a od czasu postrzału drżała o bez­pie­czeń­stwo dziecka. Etienne, kil­ku­krot­nie wypy­ty­wany o pomy­sły na pozby­cie się prze­śla­dowcy, musiał przy­znać nie­chęt­nie, że nie ma żad­nych. Pró­bo­wał zała­go­dzić sytu­ację zapew­nie­niami, że będzie ostroż­niej­szy i że cała ta sprawa jest w zasa­dzie zabawna, lecz matka nie wyglą­dała na prze­ko­naną. Pudge z dnia na dzień poważ­niej zatru­wał mu życie.

- Nie, poznał­bym go - odparł uspo­ka­ja­jąco i posta­no­wił tak­tycz­nie uchy­lić się przed kolej­nym mat­czy­nym wykła­dem. - Zacze­kaj­cie tutaj, przy­pro­wa­dzę samo­chód. Odwró­cił się i odszedł, zanim zdą­żyli zapro­te­sto­wać.

Teatr nie dys­po­no­wał par­kin­giem dla gości, lecz Etienne szczę­śli­wie zna­lazł wolne miej­sce rap­tem pół prze­cznicy od budynku. Bar­dzo był z sie­bie dumny, zwłasz­cza teraz, gdyż wywi­nął się w związku z tym od kolej­nych pouczeń rodzi­cielki. Odma­sze­ro­wał w ulewę. Mija­jąc budkę straż­nika, ski­nął mu poro­zu­mie­waw­czo głową, po czym pod­szedł do wozu i pilo­tem otwo­rzył drzwi. Następ­nym guzi­kiem uru­cho­mił sil­nik (zamon­to­wał ten gadżet zale­d­wie tydzień wcze­śniej, w ramach przy­go­to­wań do nad­cho­dzą­cej zimy). W Kana­dzie ta pora roku potrafi być bar­dzo mroźna, a nie­wiele jest rze­czy rów­nie nie­przy­jem­nych, co wsia­da­nie do wychło­dzo­nego auta.

Tego wie­czoru ope­ro­wał z odle­gło­ści mniej wię­cej metra, a rękę do klamki wycią­gnął dopiero po kilku chwi­lach i to ura­to­wało mu życie. Gdyby znaj­do­wał się wewnątrz samo­chodu, eks­plo­zja mogłaby zabić go na miej­scu, ale podmuch wybu­chu odrzu­cił go kilka metrów w tył. Etienne naj­pierw poczuł zapach spa­le­ni­zny, po czym prze­szył go potworny ból. Stra­cił przy­tom­ność.

- O, jak miło widzieć cię ponow­nie!

Rachel pod­nio­sła wzrok znad zale­głych doku­men­tów i uśmiech­nęła się do Freda i Dale'a, któ­rzy aku­rat wta­czali do kost­nicy nosze z cia­łem szczel­nie otu­lo­nym prze­ście­ra­dłem. To była jej pierw­sza noc w szpi­talu po zwol­nie­niu lekar­skim, po tym, jak stra­ciła przy­tom­ność pod­czas dyżuru. Gdy się obu­dziła, klę­czał nad nią blady i osła­biony Tony, twier­dząc, że zła­pał od niej wirusa grypy.

Rachel nie pamię­tała ostat­nich chwil przed omdle­niem. Jak przez sen powra­cało do niej wspo­mnie­nie dostar­cza­ją­cych ciało do kost­nicy ratow­ni­ków, lecz nic ponadto. Kiedy odzy­skała przy­tom­ność, w pomiesz­cze­niu nie było żad­nych zwłok, więc zło­żyła zwidy na karb gorączki. Posta­no­wiła wró­cić do domu i zadzwo­niła po zastęp­stwo. Spy­tała Tony'ego, czy powinna wezwać dwóch zmien­ni­ków, lecz jej asy­stent poczuł się lepiej i posta­no­wił zostać w pracy.

Ona nato­miast cho­ro­wała przez cały tydzień. W gorącz­ko­wych maja­kach nie­ustan­nie powra­cały do niej dziwne sny, w któ­rych przy­stojny, srebr­no­oki nie­bosz­czyk znie­nacka pod­no­sił się ze stołu sek­cyj­nego i wda­wał się z nią w roz­mowę. Wizje ustały jed­nak wraz z ustą­pie­niem gorączki i po raz pierw­szy, odkąd została zatrud­niona w kost­nicy, Rachel z zado­wo­le­niem poszła do pracy.

Nie była jed­nak w pełni szczę­śliwa, bo z natury naj­le­piej czuła się o poranku i szcze­rze nie zno­siła pracy na nocki. Lubiła świa­tło dnia, a odsy­pia­nie zmian dzia­łało jej na nerwy i psuło humor. Ni­gdy nie uda­wało jej się zdrzem­nąć po połu­dniu i wie­czo­rem. Była w sta­nie zasnąć tylko wcze­snym ran­kiem, gdy wycień­czona docie­rała do domu. Nie był to satys­fak­cjo­nu­jący wypo­czy­nek - miała płytki sen i czę­sto się budziła.

- Sły­sza­łem, że strasz­nie się roz­cho­ro­wa­łaś. Na powi­ta­nie mamy w pre­zen­cie, nie­stety, ciężki przy­pa­dek - oznaj­mił Dale, gdy Rachel usta­wiała stół obok noszy.

- Co tu mamy? - zain­te­re­so­wała się.

- Przy­pa­lony kotlet. - Fred jed­nym ruchem zerwał prze­ście­ra­dło i odsło­nił zwę­glone zwłoki.

- Pożar? - skrzy­wiła się Rachel.

- Wybuch samo­chodu. Gość obe­rwał falą ude­rze­niową - odparł Dale.

- No. - Fred przyj­rzał się zwło­kom i pokrę­cił głową.

- Dziwne, ale na początku wyda­wało mi się, że wyczu­wam u niego puls. W karetce akcja serca ustała, po czym w poło­wie drogi nagle znów poja­wiło się tętno. Pacjent chyba nie mógł się zde­cy­do­wać, czy jesz­cze żyje, czy już nie. Gdy doje­cha­li­śmy, lekarz ofi­cjal­nie stwier­dził zgon.

Zacie­ka­wiona Rachel zer­k­nęła na ciało i wzięła od Dale'a papiery.

- A gdzie jest Tony? - spy­tał ratow­nik, gdy pod­pi­sy­wała pro­to­kół.

- Na zwol­nie­niu. Cho­ruje.

- Pew­nie się zara­ził od cie­bie - zachi­cho­tał Fred.

- Nie ode mnie, tylko od zna­jo­mej pie­lę­gniarki. - Rachel przy­glą­dała się, jak chłopcy prze­kła­dają zwłoki na meta­lowy stół. Oddała im doku­menty.

- Ptaszki ćwier­kają, że twój śliczny uśmiech nie będzie już ozdobą noc­nej zmiany - powie­dział Dale. - Gra­tu­la­cje!

- Z jakiej oka­zji? - zdzi­wiła się Rachel.

- Awan­so­wa­łaś na asy­stentkę głów­nego koro­nera. Tony ma długi ozór.

Rachel aż otwo­rzyła usta.

- Naprawdę?

Fred i Dale wymie­nili spoj­rze­nia.

- Eee... Tony twier­dził, że Bob miał ci o tym powie­dzieć, jak tylko wró­cisz z urlopu. - Odwa­żył się Fred. - Chyba już się z nim widzia­łaś?

Rachel nie odpo­wie­działa. Bob, czyli Robert Clay­ton. Pra­co­wał w dzień, lecz czę­sto w pracy zasta­wał go począ­tek noc­nej zmiany. Prze­ka­zy­wał wtedy zmien­ni­kom instruk­cje i odbie­rał raporty, dziś się jed­nak nie poja­wił.

- Jenny powie­działa, że też się roz­cho­ro­wał. Teraz jego kolej - stwier­dziła.

- O rany, zepsu­li­śmy ci nie­spo­dziankę!

Rachel znów nic nie odpo­wie­działa, tylko roz­cią­gnęła usta w mimo­wol­nym uśmie­chu. Asy­stentka głów­nego koro­nera! Żegnaj nocna zmiano!

- Chło­paki! - zaczęła entu­zja­stycz­nie, lecz opa­no­wała się szybko. - Mówi­cie serio, prawda? To nie jest jakiś żart? - zapy­tała poważ­niej.

Ratow­nicy jak na komendę potrzą­snęli gło­wami.

- Nie. Masz tę robotę. Tylko pro­szę, spró­buj pouda­wać zasko­czoną, gdy Bob już ci o tym powie. Nie chcę, żeby Tony miał przez nas kło­poty.

Dale aż stęk­nął, gdy Rachel rzu­ciła mu się na szyję.

Przy­tu­liła się do niego z całej siły i roze­śmiała wesoło.

- Będę pra­co­wać na dzien­nej zmia­nie! Dzię­kuję, super, że mi powie­dzie­li­ście! To świetna wia­do­mość! Koniec z sie­dze­niem po nocach! Koniec z pró­bami zaśnię­cia, gdy sąsiad obok aku­rat kosi traw­nik. Odzy­skam życie towa­rzy­skie! Wspa­niale!

- Rozu­miem, że jesteś zado­wo­lona? - roze­śmiał się Fred, gdy Rachel wypu­ściła Dale'a i zaczęła obści­ski­wać i jego.

- Och, z tym ni­gdy nie wia­domo - powie­działa roz­pro­mie­niona. - Ale szcze­rze nie­na­wi­dzę nocek.

- Będzie nam cie­bie bra­ko­wało - powie­dział Dale.

- Ale cie­szymy się razem z tobą.

- Święte słowa. Tylko nie zapo­mnij udać zasko­cze­nia - popro­sił ponow­nie Fred i pokle­pał Rachel po ramie­niu. Zer­k­nął na kum­pla. - Powin­ni­śmy wra­cać do pracy.

Rachel postała jesz­cze chwilę z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy, po czym odwró­ciła się do stołu sek­cyj­nego. Trzeba zdjąć z denata resztki rze­czy, które prze­trwały wybuch, roze­brać go, ozna­ko­wać i umie­ścić w jed­nej z szu­flad w chłodni. Sama nie da sobie z tym rady, będzie potrze­bo­wała pomocy przy prze­no­sze­niu ciała.

Spoj­rzała na zega­rek; pra­wie pół­noc. Wkrótce powinna dotrzeć tu Beth. Zatrud­niona na pół etatu, zastę­po­wała osoby na zwol­nie­niach, w ciągu ostat­nich kilku tygo­dni nie mogła narze­kać na brak zajęć. Beth była nie­za­wodna - przy­cho­dziła do pracy przed cza­sem i zosta­wała po godzi­nach, lecz aku­rat dziś nawa­lił jej samo­chód i uprze­dziła Rachel, że się spóźni. Cze­kała wła­śnie, aż przy­ja­ciółka zabie­rze ją z domu i pod­rzuci do pracy.

A to ozna­czało, że dotrze do kost­nicy za pół godziny i wtedy razem roz­biorą denata. Tym­cza­sem Rachel posta­no­wiła pozbie­rać jego oso­bi­ste przed­mioty i ozna­ko­wać zwłoki. Spoj­rzała na nie­szczę­śnika i zamarła. Nie wyglą­dał tak źle, jak na pierw­szy rzut oka. Wyglą­dał dużo lepiej. Ratow­nicy przy­wieźli do kost­nicy nie­mal zupeł­nie zwę­glone zwłoki, z nie­licz­nymi prze­świ­tami nie­tknię­tego ciała, a teraz znaczna część opa­rze­lin po pro­stu zni­kała. Rachel zauwa­żyła, że przy­pa­lona skóra odcho­dzi pła­tami i ląduje na meta­lo­wym stole. Prze­su­nęła dło­nią po twa­rzy nie­bosz­czyka i zafa­scy­no­wana obser­wo­wała, jak zwę­glony naskó­rek złusz­cza się i odsła­nia zdrową skórę. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała niczego podob­nego. Popa­rzony zrzu­cał skórę jak wąż wylinkę.

Wypro­sto­wała się i przyj­rzała się bli­żej zwło­kom z biją­cym ser­cem. Jak to moż­liwe? Czy to się dzieje naprawdę?

Może to wcale nie była zwę­glona skóra, tylko jakaś spa­lona sub­stan­cja, która oble­piła tego czło­wieka pod­czas eks­plo­zji? Może wcale nie był tak bar­dzo popa­rzony, jak to wyglą­dało na pierw­szy rzut oka? Rachel czuła, że to mało praw­do­po­dobne, bo Dale i Fred znali się na swoim fachu. Mimo­wol­nie poszu­kała pulsu, ale zwę­glona skóra zaczęła łusz­czyć się pod jej pal­cami i Rachel uznała, że to utrudni jej wyczu­cie tętna. Przy­ło­żyła ucho do klatki pier­sio­wej nie­szczę­śnika. Z początku czuła się śmiesz­nie, szu­ka­jąc oznak życia u nie­bosz­czyka, lecz znie­nacka usły­szała bicie serca. Zasko­czona unio­sła głowę, po czym opu­ściła ją z powro­tem. Przez dłuż­szą chwilę pod most­kiem pano­wała cisza, po czym serce ude­rzyło ponow­nie.

Nagle trza­snęły drzwi.

- Odsuń się od niego natych­miast! To wam­pir!

Rachel wypro­sto­wała plecy i odwró­ciła się z ustami otwar­tymi ze zdzi­wie­nia. Intruz wyglą­dał na sza­leńca. Miał na sobie woj­skowy mun­dur polowy, ukryty pod prze­past­nym tren­czem; z jed­nego ramie­nia zwi­sał mu kara­bin snaj­per­ski, z dru­giego zaś sie­kiera. Dziki wzrok i wypi­sane na twa­rzy opę­ta­nie dopeł­niały wize­runku. Wypisz wyma­luj zbieg z cięż­kiego wię­zie­nia.

Obrzu­ciła przy­by­sza nie­uf­nym spoj­rze­niem i pod­nio­sła dłoń.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki