Danuta Szaflarska(ur. 1915 - zm. 2017)
Aktorka, łączniczka w powstaniu warszawskim. Zagrała w ponad pięćdziesięciu filmach i ponad stu spektaklach teatralnych. Była związana ze wszystkimi najważniejszymi polskimi teatrami: Starym Teatrem, Teatrem Narodowym, Ateneum, Współczesnym, Rozmaitości. Odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Danuta Szaflarska
Myślę do przodu
Czy o czymś pani myśli dziś zupełnie inaczej niż wtedy, gdy Pani była młoda?
Proszę pani. Wojna zmieniła wszystko. Zaczęłam inaczej widzieć życie.
Wie pani, ja bardzo dużo czytałam, od dziecka, po prostu bez czytania nie mogłam żyć. I po wojnie wzięłam do ręki jedną z tych moich ulubionych książek, żeby sobie coś przypomnieć - to było Colas Breugnon Rollanda - i ja to rzuciłam, bo to już było dla mnie zupełnie nieciekawe. Okazało się, że to mnie w ogóle nie interesuje!
Wojna była wstrząsem.
Wszystko przewartościowała.
Wszystko! Ja pani mówię o książkach, ale zmieniło się wszystko. Sens życia. Doceniłam jego wartość. Ale strasznie mi siadło zdrowie po tym. Miałam takie stany apatyczne. To była reakcja na to, że mi się ciągle wszystko przypominało... Siedziałam i nic mi się nie chciało.
Takie odrętwienie.
Ja do dziś pamiętam ten transport, jak nas po powstaniu wyrzucali z Warszawy. Jechaliśmy w takich lorach i było tyle ludzi, że trzeba było prawie cały czas stać. Trzydzieści sześć godzin. Pamiętam, że było mi zimno, był już październik. Nie będę tego opowiadać, bo to są okropne historie.
Nie musi pani opowiadać...
Ja całe trzydzieści sześć godzin trzymałam na rękach Marysię, która strasznie kasłała, bo była okropnie zaziębiona. Jakiś człowiek siedział w kucki i powiedział, żebym mu siadła z tym dzieckiem na kolanach. Mówię mu, że on tak długo nie wytrzyma, a on na to: niech się pani nie martwi, to są protezy. On potem wyskoczył z tego wagonu. A później usłyszeliśmy strzały.
Pamiętam też wszy. Wszędzie.
To wszystko jest bardzo żywe w Pani pamięci.
Tego się nigdy nie zapomni, do śmierci. Ani wojny, ani tych bomb, ani trupów. Tych strasznych rzeczy się nie zapomina. Sześćdziesiąt trzy dni spało się na podłodze. Nie przebierałam się, nie myłam, nie było gdzie. Nie chcę o tym opowiadać, bo mi to szkodzi, źle się potem czuję.
Ja nie chcę dopytywać, tylko się zastanawiam, jak z pamięcią o takich rzeczach można dalej żyć?
Można, można cudownie! Ja mam tyle radości w sobie!
No właśnie, jak pani to robi?
Odkładam, nie myślę. Choć sama pani widzi, czasami to wraca i wtedy pamiętam wszystko, każdy szczegół. To są takie obrazy malarskie. O jednym pani opowiem.
Chce pani?
W czasie okupacji, to był czterdziesty drugi rok, tak się złożyło, że udało nam się do Mszany Dolnej pojechać, bo tam mieliśmy przyjaciół, na wakacje. Jednego dnia coś potrzebowałam załatwić w magistracie i kiedy schodziłam po schodach, zobaczyłam na półpiętrze otwarte okno z widokiem na przepiękny ogród. Stanęłam w zachwycie. Był sierpień, jabłonie w tych cudownych jabłkach, ogród w kwiatach, lilie, wszystko miało takie piękne kolory w słońcu, cudowny obraz. Ale zauważyłam, że część lilii jest połamanych i że one są żółte. I kiedy się przyjrzałam, zobaczyłam, że w niektórych miejscach są chmary much. I wtedy zobaczyłam kałuże, cztery ogromne kałuże krwi.
Ja tych barw, tego obrazu nigdy nie zapomnę. Okazało się, że tam zamordowano dziewięć Żydówek, Niemcy je zamordowali. I proszę sobie wyobrazić, jak oni je mordowali, że pozostały cztery kałuże, ogromne kałuże krwi...
........
Ja mam doskonałą pamięć wzrokową i wszystko mam zanotowane, co się wydarzyło.
Bardzo poruszający obraz.
Tak... Ja miałam życie bardzo różnorodne i bogate. I wie pani, jaka korzyść z tego? Mam ogromny materiał do swojej pracy zawodowej. Właściwie nic nie jest mi obce.
Brzmi pięknie, ale i przerażająco.
To są straszne historie, ale w tych strasznych czasach zdarzało nam się też śmiać... Pamiętam podwórze na Poznańskiej, pod jedenastką. Tam była studnia i długa kolejka po wodę. Na tym podwórzu były też groby. To się siadało na takim grobie i opowiadało dowcipy. Żeby sobie skrócić czekanie. Wie pani, to były czasy pełne makabry, ale myśmy byli młodzi. Musieliśmy się śmiać... Śmierć z początku nas szokowała, a potem przywykliśmy. Bo była wszędzie dookoła. Ale niech się pani nie boi, ja mam też wiele pięknych wspomnień. Miałam cudowne dzieciństwo, jak z bajki, i ono najsilniej we mnie siedzi.
Jak pani o tym zaczyna mówić, to się pani oczy śmieją.
Wie pani, dlaczego to dzieciństwo było takie zaczarowane? To było za pierwszej wojny. Galicja, góry na granicy Słowacji: Piwniczna-Zdrój i Kosarzyska. Dzika wieś, tam żyli jak za Piasta. Nikt nie znał liter, nie pisali, nie czytali. Zamiast lekarza - znachorka.
Nie mieliście prądu, prawda?
No nie, i z naftą też był kłopot. Prawie po ciemku siedzieliśmy, były takie małe lampki naftowe. Ja się tam urodziłam, tam się chowałam. Rodzice byli nauczycielami. Zanim wybudowano piękną drewnianą szkołę (jak miałam pięć lat, w dwudziestym roku), uczyli w ciemnej izbie: parę ławek na klepisku, na ścianie tablica. Dzieci nie miały zeszytów, tylko tabliczkę i rysik. Mama uczyła je liter.
Dzieciństwo było zaczarowane. Absolutnie! Miałam nieustanny kontakt z naturą. W domu jadłam i spałam, poza tym byłam na dworze. I cały czas z dziećmi - przy krowach, w lesie, nad potokiem. Mnóstwo było zajęć, mnóstwo rozrywek szalonych, dzikich zabaw... Mówiłam gwarą, do dziś ją pamiętam.
Wierzyło się w różne rzeczy. Był wodnik w potoku - nie weszłabym do tej wody, bobym się bała, że on mnie wciągnie. Był rycerz na czarnym koniu, co to o północy łańcuchami dzwonił koło folusza. Mnóstwo było strachów, dziwów różnych... Widziałam, jak odczyniali uroki; jak kogoś głowa bolała, to asystowałam przy odczynianiu. Sama wędrowałam po lesie. Moją największą rozrywką było łapanie zaskrońców. Nie zabijałam ich, ale złapać je to nie jest taka łatwa sprawa. Nauczyłam się tego od kota, bo obserwowałam, jak on łapie myszy.
Siedzi przy dziurze przyczajony?
Nie, troszkę dalej i w ogóle się nie interesuje. Obojętny. Jak mysz wyjdzie, też jest z początku obojętny, dopiero jak ją ma na jeden skok, to wtedy. I tak robiłam z zaskrońcami. Nie będę pani opowiadać, bo pani nie będzie łapać myszy, ale jak pani chce, mogę panią nauczyć.
Wie pani, w tym dzieciństwie były też trudne chwile. Ojciec umarł, jak miałam dziewięć lat. Ukochany brat zginął w 1939 roku, był w kawalerii. Moje życie nie jest usłane samymi różami, dużo się nacierpiałam.
Mówią, że cierpienie wzbogaca...
Nie, ono niszczy. Wie pani, jak ojciec umarł, to mama przeniosła się do Nowego Sącza, bo trzeba było dzieci kształcić. I to zetknięcie z miastem było okropne. Przede wszystkim musiałam chodzić w butach na co dzień, a na wsi chodziło się boso. Na dworze od kwietnia do listopada, a w domu cały rok. Buty wkładało się do kościoła. Jak potem, już jako dorosła, poszłam ze znajomymi na Turbacz, to zdjęłam buty i dalej szłam boso.
Skąd te chochliki u pani w oczach?
Bo się cieszę wszystkim. Mam dziewięćdziesiąt siedem lat, ale myślę do przodu: robię plany, pracuję, gram w teatrze...
A co jest w aktorstwie takiego fantastycznego?
To jest jak bakteria, którą się człowiek zaraża!
To jest pani chora na teatr?
Tak jest w każdym artystycznym zawodzie. Samo tworzenie czegoś, czego przed chwilą jeszcze nie było, jest fascynujące. Zbudować rolę od samego początku. Choć potem samo granie, wychodzenie wieczór w wieczór na scenę bywa męczące. Wie pani, z nami, aktorami, jest taki kłopot, że jak nie gramy, to się martwimy, ale jak za dużo gramy, to też nie jest lekko. To jest duży wysiłek, fizyczny i psychiczny. Ja jestem po spektaklu zmęczona. Trzeba, grając, o wszystkim pamiętać - o tekście, o partnerze, o widowni. Czasem partner się zgubi albo ja się zgubię, a on mnie ratuje... To wymaga ogromnej koncentracji. Jak u kierowcy, który musi widzieć, co dzieje się z przodu, z tyłu i z boku... A jeszcze trzeba pamiętać tekst i być tą postacią. I nie można pomyśleć o niczym prywatnym! Jak pomyślę o czymś prywatnie, to już nie ma postaci. Znika. Bo ja z niej wychodzę.
Kiedy gram, to jakbym nałożyła inną sukienkę. Inaczej chodzę. Wchodzę w innego człowieka. A przy tym jestem świadoma, że jestem na scenie.
Skoro to jest takie wyczerpujące, to skąd ta radość?
Z tworzenia postaci. I bycia nią. Grania. Ja mogę grać w kilku sztukach naraz i to mi się nie plącze. Mnie strasznie cieszy to, że pracuję. Uważam, że praca jest błogosławieństwem, a emerytura dobra jest chyba dla tych, którzy nie lubili swojego zawodu. Żeby być szczęśliwym, trzeba wybrać zawód, który się kocha.
I teraz mam ogromne szczęście, bo gram u Grzegorza Jarzyny! Mało tego, ja jestem u niego na etacie, czy pani uwierzy? Poprosił mnie na etat. Jak miałam siedemdziesiąt lat, poszłam na emeryturę, nie chciałam już dłużej pracować w Dramatycznym. A teraz gram w Narodowym, gram u Grzegorza. Uwielbiam to.
Pani nic nie mówi o smutku, tym smutku związanym z przemijaniem, upływem czasu.
Najtrudniejsze dla kobiety jest, jak kończy trzydzieści lat. To jest najgorsze. Bo ona wtedy wie, że opuszcza młodość. Tak było ze mną. A potem to już była zabawa! Pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, dziewięćdziesiąt!
Niczego nie brakuje?
Nie, nie, mnie to bawi. A najbardziej by mnie bawiło, żeby skończyć sto lat.
To już niedługo!
No, to jeszcze trzy lata. Nie wiem, czy się uda, bo jednak człowiek jest coraz słabszy...
Umówimy się, że się uda.
Wie pani, ja nie uznaję jubileuszy. Bo na urodzinach jest tak samo jak na pogrzebie. Wszyscy mówią o człowieku tylko dobrze. A jubilat siedzi i przyjmuje te hołdy. Albo jest w trumnie. Przecież to nie może być szczere.
Wie pani, ja się wiekiem nie przejmuję. Nie robiłam żadnych operacji, nie chodzę do kosmetyczek... Kupuję jakieś tam kremy, ale wiem, że to i tak nic nie pomoże. Nie lubię patrzeć na siebie w lustrze, nie podobam się sobie, ale trudno, mówię. Ślepnę - no trudno, głuchnę - no trudno, tak to się już robi z wiekiem. Oczywiście trzeba dbać o zdrowie, trzeba czasem iść do lekarza. Wie pani, ja jestem chora na serce, mam niewydolność, ale się tym nie przejmuję. Mam swoją lekarkę i biorę lekarstwa, które mi przepisuje, a prowadzi mnie przeszło dwadzieścia lat! Wspaniały kardiolog.
Dobrze panią prowadzi.
Tak, z tym że ja nie słucham jej rad. Ona jest przerażona moimi wyczynami. Na scenie i tym, że latam po świecie. Choć do tego już się przyzwyczaiła, bo ja uwielbiam latanie.
Nie boi się pani?
Dlaczego się mam bać, bardziej można się bać samochodu, bo tylu idiotów jeździ po szosach. I pijaków. Miałam wypadek i wiem, ile się nacierpiałam. Mam uszkodzenia kręgosłupa, ale też się tym nie przejmuję, bo co mam zrobić.
To, czego nie mogę zmienić, muszę przyjąć i dalej się cieszyć, że żyję.
Coś jeszcze sprawia pani radość?
Zbudowałam domek w Kosarzyskach. Uwielbiam tam odpoczywać, chociaż martwię się, że tak strasznie zniszczyli te lasy. Bo obsypywali je trucizną z samolotów, żeby zniszczyć robactwo. Zamiast zostawić tę robotę dzięciołom. I doszło do tego, że zaczęły padać dziki, sarny... A rysie zeszły do wsi, mimo że ryś unika człowieka. Ja też się zetknęłam w lesie z rysiem, jak zbierałam grzyby. Ciągle ktoś koło mnie chodził. Z początku to mi nie przeszkadzało, ale potem zastanowiło mnie, że nie słychać żadnych trzasków, że te gałązki tylko tak smyżą. I pomyślałam: to jakieś zwierzę chyba. Przykucnęłam i naprzeciwko zobaczyłam mordkę rysia. Jak się wystraszyłam, jak skoczyłam, to strasznie się zakotłowało - on też uciekł.
Jak się dowiedziałam, że w Kosarzyskach zrobili asfaltową szosę przez wieś, to przez osiemnaście lat tam nie pojechałam. Bo wiedziałam, że przyjadą ludzie z miasta i będzie hałas, chuligaństwo, pijaństwo. To była porządna wieś, domów nie zamykano. Na szczęście nie jestem przy samej drodze, tylko w lesie, i bardzo lubię tam być. A najbardziej sama.
Sama?
Tak jak tu, w mieście, mieszkam sama.
Nie z rodziną?
Nie mogłabym. My się odwiedzamy, córki, wnuki do mnie przychodzą codziennie, ale nie mogłabym mieszkać z kimś. Przyzwyczaiłam się. Mówiła mi mama, że jak dorosnę, to będę mieszkać sama. To trochę jak z pszczołami w ulu. Nowa królowa zakłada nowe gniazdo. Dwie w jednym ulu się nie zmieszczą. A trutnie, jak są już niepotrzebne, to się je zabija. Ja to wiem, bo u nas w Kosarzyskach była pasieka.
Miałaby pani jakąś radę dla młodych, co dopiero wchodzą w życie?
Żeby wybrali zawód, który będą kochać. To jest najważniejsze. Jeżeli nawet się pomylą, to warto jeszcze zmienić. Ja to wiem, bo moja mama była nieszczęśliwa, że była nauczycielką. Marzyła, żeby być aktorką, i jej marzenie spełniło się we mnie.
To ważniejsze niż dobrze wybrać partnera życiowego?
Och, mnie się nie udało, dwukrotnie wychodziłam za mąż i nie udało mi się. Uważam, że się nie nadaję. Mężczyźni nie rozumieją tej pracy, a poza tym są zazdrośni. Mój pierwszy mąż był pianistą. Pianista musi mieć żonę, która się nim opiekuje i dba o niego.
Pewnie przede wszystkim o te ręce?
Musiałam robić wszystko. Nosić, wszystkie ciężkie roboty wykonywać, ale to nie o to chodzi nawet, tylko mąż po wojnie zażądał, żebym rzuciła zawód. I rozstaliśmy się, ale przyjaźnimy się do dziś. Dobrze mieć przyjaciela całe życie, tyle że do tego nie trzeba wcale brać ślubu.
A w czym pani gra teraz?
Gram u Jarzyny w Między nami dobrze jest. Ja marzyłam o takim teatrze! Moja postać nazywa się "osowiała staruszka na wózku inwalidzkim". Ja tam mówię językiem przedwojennym, na przykład: "raźno stukotały na bulwarze moje pantofelki z ciemnej skórki, już na naszym byłam podwórku, już rozwarłam bramę, już stałam u drzwi naszej kamienicy, już dłonie wyciągając do młodszego rodzeństwa, gdy wtem się spostrzegłam, że podczas nadrzecznej przechadzki coś niefortunnie przyczepiło mi się do obcasika pantofelka...".
Albo mówię "serce tłukło się w piersi, jak słowiczek schwytany", a na to "wnuczka" mówi "w słoiczek", wnuczka mówi dzisiejszym językiem, ja mówię o Wiśle, kąpielach, jak cudowne to było przed wojną, a ona mówi: "ja też lubię się kąpać, jak wychodzę, parskając benzyną, i potem mam odrę".
To jest o spotkaniu różnych światów. Pani rozumie język swoich wnuków?
Oczywiście! Jestem w wielkiej przyjaźni z wnukiem i wnuczką. Wnuk już jest dorosły, ma dwadzieścia osiem lat. Jak miał trzy lata, uczyłam go na nartach jeździć. Nie ma bariery między nami. Ja zresztą gram u Grzegorza z młodymi ludźmi i wszyscy mówimy sobie na ty mimo różnicy wieku. Oni mnie traktują jak rówieśnicę, a przy tym się mną opiekują. To jest cudne.
Nie mają poczucia, że pani jest z innego świata?
Nie. Uważają, że jestem aktorką współczesną. Koniecznie musi pani to zobaczyć. Jestem szczęśliwa, że tam gram!
Jak to zrobić, żeby być w dziewięćdziesiątym siódmym roku życia tak radosną?
Szczęście daje to, że się żyje. Muszę trochę spraw przygotować ze względu na śmierć, ale to są rzeczy bardziej urzędowe. Muszę się zabezpieczyć, bo moje dzieci nie będą mnie miały za co pochować. O wszystkim muszę myśleć.
Tym się ZUS zajmuje, jest zasiłek pogrzebowy.
Chodzi o miejsce. Ja już je wykupiłam, tylko muszę płytę zrobić dla dziesięciu urn. Nie uznaję trumien, one tylko miejsce zajmują. Poza tym jest lęk.
Lęk?
No tak, że obudzę się w tym grobie.
W dzisiejszych czasach to chyba się nie zdarza.
Owszem. Znałam kiedyś takiego reżysera, on zawsze był ubrany na czarno, nawet bieliznę nosił czarną. Dlaczego? Dlatego, że kiedyś prawie umarł... No ale wtedy na szczęście nie zamrażali w szufladach, tylko były stoły w kostnicy, i on leżał na takim stole. Przynieśli ubranie, żeby go ubrać do trumny, i okazało się, że on żyje.
Jest lęk przed obudzeniem się w trumnie, a lęk przed samą śmiercią?
Każdy się boi śmierci, ale ja o tym nie myślę. Po co mam myśleć, skoro to jest nieuniknione. Ja myślę o życiu, a o tym - no trudno, przyjdzie, to wtedy będę się bała, jeżeli zdążę zauważyć. Bo może spadnę z samolotem?
Jakoś mnie ta wizja nie śmieszy... Czy wiara w Boga pomaga?
Ja byłam wychowana religijnie, bo na wsi ksiądz cały czas opowiadał o tych diabłach, jak będą nas w smole smażyć, jak ten Pan Bóg karze za wszystko. Więc ja nie lubiłam Pana Boga, bo był taki groźny. Lubiło się Jezuska i Anioła Stróża. Mama przed śmiercią nie bardzo się chciała wyspowiadać, ale w końcu się zgodziła, tylko poprosiła, żeby ten ksiądz, co przyjdzie do niej, był wesoły. Ale potem miałam taki czas, że czterdzieści lat nie chodziłam do kościoła...
I dopiero w czasie stanu wojennego, zaraz na początku, jak byłam w Komitecie Prymasowskim, to na jednym procesie, w sądzie (bo ja chodziłam na procesy) usiadł koło mnie młody człowiek i przedstawił się: jestem księdzem, Popiełuszko się nazywam. I w przerwie on mówi do mnie: idziemy na kawę? O, myślę sobie, to już dobrze. No i na kawie się okazało, że to bardzo sympatyczny człowiek. Któregoś dnia on mówi: mam do pani prośbę, ja takie msze za ojczyznę odprawiam i czy pani by się zgodziła przeczytać w kościele wiersz? Ja mówię, że ja nie chodzę do kościoła, że jestem niewierząca. A on mówi, nie szkodzi, to chodzi tylko o przeczytanie wiersza. No i poszłam tam, przeczytałam wiersz, potem drugi i zaczęłam chodzić na te msze. Ale cały czas on wiedział, że ja jestem niewierząca. Tylko w ogóle mu to nie przeszkadzało. I w osiemdziesiątym trzecim czy osiemdziesiątym czwartym roku, już nie pamiętam, ja mówię: wiesz co, chciałabym się wyspowiadać, ale po czterdziestu latach... A on mówi: eee, hurtem to będzie łatwiej! Miał ogromne poczucie humoru! I on mi wrócił wiarę. Nigdy słowem mnie nie nawracając.
I teraz z tą wiarą jest łatwiej?
Mało tego! Ja mam z nim kontakt. Dwa razy już mnie ocalił, raz ozdrowił, a raz ustrzegł przed śmiercią. Każdą rolę dostaję od niego. I to, że Dorota napisała scenariusz do Pora umierać, też jemu zawdzięczam... Przecież dzięki temu ja mam zakończenie swojego życia dobre. Początek był wspaniały. I zakończenie też.
kwiecień 2012