ROZDZIAŁ 2
Po południu Ewa zaczęła wyrabiać ciasto na pierogi. Wykrawała niewielkie okręgi w rozwałkowanym cieście, a Marta nadziewała je twarogiem na przemian z mięsnym farszem. To była idealna okazja na siostrzane pogaduszki.
- Ciągle robisz te herbatki, obiadki, serniczki... Kiedy ostatnio byłaś na randce? - zapytała z ironią Marta.
- Na randce? Ja? - Ewa wybuchła krótkim śmiechem.
- A co? Dlaczego nie?
- Mam mnóstwo papierkowej roboty z fakturami w winiarni, a Ola wymaga teraz szczególnej uwagi - powiedziała, wykrawując kółka z ciasta ze zdwojoną energią.
- Ola już jest dużą dziewczynką. Od czasu twojego rozwodu minęły ponad cztery lata.
- Dzięki Robertowi mam awersję do mężczyzn. Ale ty jak najbardziej powinnaś zacząć się umawiać. - Ewa odbiła piłeczkę.
Marta pokiwała smętnie głową.
- Na razie chyba spasuję.
Pierogi wskakiwały do gotującej się wody. Ewa z dokładnością odliczała im czas, a Marta, podparłszy brodę dłonią, sprawdzała aktualności na tablicy facebookowej.
"Ewa!" - usłyszały donośny, męski krzyk. Po chwili ciszy powtórzył się głośniej.
Siostry spojrzały na siebie zaskoczone. Marta go nie poznawała, lecz Ewa natychmiast wiedziała kto to. W jej oczach pojawił się paraliżujący strach.
- Który dzisiaj jest? - Rzuciła drewnianą łyżką o blat i podbiegła do zawieszonego na ścianie kalendarza.
- Ewa? Co się dzieje? - Marta odłożyła telefon, widząc niecodzienne poruszenie siostry.
- Zupełnie zapomniałam, że to dzisiaj! - Ewa miała spocone ręce, zaczynała być coraz bardziej zdenerwowana.
Marta wstała, widząc jej niepokój.
Męski głos pod bramą krzyknął po raz trzeci.
Dźwięk z impetem uderzył w bębenki Ewy, docierając wprost do mózgu z informacją o zbliżających się problemach.
- To Robert - powiedziała, przełknęła głośno ślinę i zamilkła wpatrzona w Martę.
- To on nie jest w więzieniu?
- Dzisiaj wyszedł... - Ewa wypowiadała słowa z pewną trudnością.
- A zakaz zbliżania? Już go nie obowiązuje? Co on tutaj robi?
Marta była równie zdenerwowana, co jej siostra. Robert należał do tych osób, których pojawienie się zwiastowało tylko kłopoty. Obie wiedziały, że nie przyszedł tu z dobrymi intencjami. Marta gorączkowo próbowała zachować spokój.
- Porozmawiam z nim. - Ewa ruszyła do wyjścia.
- Idę z tobą!
- Nie! Pójdę sama.
Ewa odwróciła się na pięcie, była już opanowana, a przynajmniej taką włożyła zbroję. Jej serce waliło jak perkusista podczas rockowego koncertu.
Przed bramą ujrzała byłego męża. Miał niezbyt zdrowy wygląd i zmęczone oczy. Zataczał się, co sugerowało, że jest pijany.
- Co ty tu robisz? Miałeś się do nas nie zbliżać? - odezwała się cicho.
- Ewuniu! - Mężczyzna rozłożył ręce, jakby chciał ją przytulić.
Odskoczyła gwałtownie. Trochę ze strachu, a trochę z odrazy. Robert krótko po ślubie zaczął używać wobec niej przemocy. Kilka lat to znosiła, powołując się na przysięgę składaną przed Bogiem. Bała się rozwodu i bała się reakcji Roberta. Pięć lat temu uderzył nią o futrynę drzwi i tylko dzięki interwencji Juliana udało się uratować jej życie. Robert został skazany na trzy lata więzienia i dostał zakaz zbliżania się do niej i córki. Oczywiście Ewa otrzymała również rozwód.
- Idź stąd! - krzyknęła, próbując opanować strach. Była spięta do granic możliwości.
- Stęskniłem się - wyznał, próbując spojrzeć jej w oczy.
- Ja nie. Nie masz prawa tu być. Odejdź, proszę. - Zamachała rękoma.
- Chcę zobaczyć córkę - powiedział dość poważnie.
- Oli nie ma. Ty i tak masz zakaz zbliżania się do niej.
- To moja córka! Mam prawo ją zobaczyć! - Podniósł głos i zawołał głośno imię córki.
- Ola jest w szkole! Nie krzycz!
- Więc jedziemy po nią. Chcę zabrać córkę na lody.
Nagle zbliżył się do Ewy i złapał ją za nadgarstek. Ścisnął tak mocno, że natychmiast przypomniała sobie o całym bólu i wszystkich aktach przemocy, jakie stosował wobec niej w przeszłości.
Zmroziło ją, a pijany Robert pociągnął ją za sobą do taksówki, którą przyjechał.
- Zostaw ją! - Z bramy wybiegła Marta, dzierżąc w ręku drewniany wałek do ciasta.
- Oho! Kogo ja widzę? - Robert puścił byłą żonę i oparł się o auto.
Ewa pobiegła i schowała się za siostrą.
- Spieprzaj, albo... - Marta uniosła wałek do góry.
- Ej! Ej! - Spojrzał na wystraszoną Ewę, potem na wściekłą Martę. - Dobra, ale nie myślcie, że ja tak zostawię moją córkę. Jeszcze tu wrócę. - Otworzył drzwi do taksówki i zaczął nieudolnie do niej wsiadać.
- Ani się waż! Następnym razem wezwiemy policję - rzuciła jeszcze Marta.
Taksówka odjechała, a Marta odwróciła się do Ewy i ją przytuliła. Ewa rozpłakała się bezradnie. Łzy eksplodowały jak podczas erupcji wulkanu.
- On tu wróci. Ja to wiem, znam go - zamartwiała się, szlochając wtulona w Martę.
- Nic się nie martw. Nie pozwolę was skrzywdzić. - Marta próbowała ją uspokoić, choć sama chyba nie była pewna tego, co mówi.
Ewa przez resztę dnia była nieobecna. Obawiała się powrotu Romana. Traumatyczne wspomnienia wróciły niczym bumerang. Dopiero kolejnego poranka odetchnęła z większą ulgą, ale wciąż była czujna.
Marta uwielbiała nostalgiczne spacery po winnicach. Gdy mieszkała w Krakowie, właśnie tego jej brakowało. W zwiewnej sukience w kolorze dojrzałych piwonii i balerinach krzątała się późnym popołudniem między winoroślami, rozmyślając o przyszłości.
- Dzień dobry. - Z zadumy wyrwał ją niski głos, którego w pierwszej chwili nie poznała.
- Dzień dobry - odpowiedziała, gdy przed jej oczami pojawił się wysoki szatyn.
- Jak miło panią widzieć. Zwłaszcza w nieco innej sytuacji niż ostatnio.
- Jak dobrze wiedzieć, że tym razem mnie pan nie potrąci.
Rozbawiła go.
- Skończymy z tym oficjalnym językiem. Marcin jestem. - Wyciągnął do niej dłoń.
- Marta - odparła już nieco śmielej, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
Wyglądał modnie: proste dżinsy, idealnie skrojona marynarka w kolorze chabrowym, starannie odprasowana koszula, i trampki. Wyraz twarzy miał przyjacielski, więc Marta szybko zmieniła nastawienie. Potrafiła czytać ludzi jak instrukcje. W ludzkich oczach można było zobaczyć prawdę, smutek lub arogancję. Zazwyczaj się nie myliła, choć parę razy (jak w przypadku Dawida) zdarzyło się jej zbłądzić w ocenie.
- Co tu robisz? - spytała i ruszyła przed siebie krajobrazem niczym z Toskanii.
- Spaceruję. To moja ulubiona forma relaksu - odparł, dotrzymując jej kroku.
- Tak? A już myślałam, że motoryzacja - powiedziała ironicznie, dotykając krzewu winorośli.
- Odpuść mi. Chętnie ci wynagrodzę moją nieostrożność. Propozycja wspólnej kawy, lub wina, jeśli wolisz, jest nadal aktualna - odparł, uśmiechając się dość natarczywie.
Marta spojrzała na nowego znajomego i uznała, że ma dwie opcje do wyboru: zgodzić się i dać mu znać, że jest nim zainteresowana, lub odmówić i być może spisać na straty ciekawie zapowiadającą się znajomość. Wybrała trzecią i zmieniła temat.
- Mieszkasz tutaj? Nigdy wcześniej cię nie widziałam.
- Obecnie mieszkam w Warszawie.
- Czym się zajmujesz?
- Jestem lekarzem, pediatrą.
- Czyli przyjechałeś tu tylko na urlop?
- Tak, a właściwie to odwiedzić rodziców. Mieszkają tuż obok winnic. - Wskazał przeciwny kierunek do domu Marty.
Wzdrygnęła się. Skojarzyła fakty, bo Rowińscy od lat byli w konflikcie z jej rodziną.
Wszystko zaczęło się bardzo dawno. Julian, ojciec Marty, rozwijał swoją winiarnię. Fałszował dokumenty, dzięki czemu udało mu się szybko wzbogacić i zapewnić swojej rodzinie byt. O nielegalnych interesach wiedział tylko jego wieloletni przyjaciel, Stanisław. Kiedy fałszerstwa wyszły na jaw, pojawiło się podejrzenie, że to Stanisław mógł je zgłosić. Julian trafił do więzienia na kilka lat, zostawiając rodzinę samą z ogromnym winnym biznesem. I choć Stanisław zarzekał się i zapewniał przy każdej okazji, że nie zdradził Juliana, rodziny pozostały w niezgodzie.
- Jesteś synem Stanisława Rowińskiego? - zapytała z nadzieją, że chłopak zaprzeczy.
- Zgadza się. Znasz mojego ojca?
- Znam. - Nagle jej dobry nastrój prysł. - Przepraszam, muszę wracać do domu. - Spuściła głowę i szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
- Czekaj! Coś się stało? - Marcin uniósł brew ze zdziwienia.
- Nie powinniśmy więcej się spotykać.
- Jak to? Dlaczego? - zapytał z rozgoryczeniem.
Odwrócił się i złowił spojrzenie Marty. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, a potem schyliła głowę zawstydzona.
- Nasze rodziny... - zaczęła cicho.
- Tylko mi nie mów, że jesteś córką Burzyńskiego od tych winnic?
- Tak, jestem córką Juliana Burzyńskiego. Pójdę już.
- Czekaj! - Chwycił ją stanowczo za nadgarstek.
Spojrzała mu głębiej w oczy. Zrobiły się błyszczące i wędrowały nerwowo w prawo i lewo.
Uratował ją telefon. Zadzwonił w małej, kolorowej torebce z bawełnianej przędzy, którą miała zawieszoną na ramieniu.
- Halo?
- Marta?! Ola! Miała wypadek! - usłyszała zdenerwowany głos Dominika, pracownika winiarni.
- Spokojnie, jaki wypadek?! Co się stało?
- Nie wiem. Chyba spadła ze schodów. Znalazłem ją na dziedzińcu - mówił chaotycznie.
- Co?! Wezwałeś karetkę? - spytała, łapiąc się za czoło.
- Tak, ale nie wiem, co mam robić.
- Oddycha?
- Nie wiem.
- Co się stało? - wtrącił Marcin.
- Moja siostrzenica spadła ze schodów - odpowiedziała pobladła.
- Daj mi to! - Marcin oderwał jej telefon od jej ucha i wypytał Dominika o kilka istotnych szczegółów.
Marta patrzyła na mężczyznę, który spokojnie, lecz zdecydowanie dopytywał Dominika o oddech i puls Oli.
- Dobra. Słuchaj, nie mamy czasu. Musisz przeprowadzić resuscytację.
- Ale ja nie umiem. - Ze słuchawki dobiegł przerażony głos.
- O Boże! - krzyknęła Marta.
- Spokojnie. Włącz telefon na głośnik i umieść dłonie jedną na drugiej na środku klatki piersiowej dziewczynki - instruował Marcin spokojnie, lecz zdecydowanie. - Ramiona wyprostowane. Musisz uciskać trzydzieści razy. Będę odliczał. Gotowy?
- Tak. Chyba tak. - Dominik był przerażony.
Marcin zaczął odliczać do trzydziestu.
Marta była kompletnie roztrzęsiona. Powierzyła los Oli, swojej chrześniaczki, obcemu facetowi. W dodatku największemu rodzinnemu wrogowi, Rowińskiemu. W tej chwili nie miało to większego znaczenia. Teraz był dla niej przede wszystkim lekarzem.
- Oddycha? - zapytał, gdy doliczył do końca.
- Chyba nie.
- Odchyl jej głowę i zatkaj nos, a potem dwa razy wdmuchaj jej powietrze do ust. Jeśli to nie pomoże, powtarzaj te czynności na przemian. My z Martą już do was biegniemy!
Oddał Marcie telefon i ruszyli w stronę domu Burzyńskich.
W uszach wył im dźwięk syren ratunkowych. Marta miała nieodparte wrażenie, że biegną bez końca, a droga wcale się nie skracała. Przecież nie odeszli tak daleko. Dotarli na dziedziniec niemal równo z przyjazdem karetki.
Widok leżącej na betonie dziewięciolatki wywołał w Marcie płacz, który do tej pory skutecznie tłumiła, udając opanowaną.
Ratownicy natychmiast podbiegli do Oli. Dominik przerwał prowadzoną resuscytację i odskoczył. Otumaniony, złapał się za głowę.
- Panowie, co z nią? - spytał Marcin.
- Wróciło krążenie. Zabieramy ją do szpitala - powiedział jeden z ratowników, nie przerywając swojej pracy.
- Czy ona wyzdrowieje? - Zdenerwowana Marta podbiegła do mężczyzn.
- Tak. Dzięki temu panu. - Ratownik spojrzał na Dominika, którego szybka reakcja prawdopodobnie uratowała Oli życie.
Marcin poklepał go po plecach i zwrócił się do medyków:
- Do jakiego szpitala ją zabieracie?
- W Nowym Sączu. - Lekarz zapiął nieprzytomną Olę na noszach i skierował się w stronę karetki.
- Idę po auto. Zostań tu, pojedziemy razem. - Marcin spojrzał na Martę, która wyglądała, jakby była w transie.
- Okej - odpowiedziała tylko, wtulona w Dominika.
*
Szpitalny korytarz był wyjątkowo długi. Marta oparła się o ścianę tuż przy oknie. Mrugająca rytmicznie jarzeniówka drażniła jej spojówki. Rozkojarzona szpitalnym zamętem myślała jedynie o Oli. I choć lekarz zapewnił ją przed momentem, że jej stan został ustabilizowany, to nerwy jakby wyparły tę wiadomość.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział po raz kolejny Marcin, który krążył w pobliżu.
Marta tylko skinęła głową. Robiła wrażenie nieobecnej. W drodze do szpitala powiadomiła Ewę, która była na zakupach z ojcem.
Poczuła powiew chłodu, a potem gwar oddziału ratunkowego nieco umilkł. Zobaczyła, jak ogromne szklane drzwi się otwierają i zamykają, a kolejni ludzie w chaosie szukają recepcji.
Wśród nich była Ewa. Podbiegła do Marty, gdy tylko ją ujrzała.
- Co z Olą!? - zapytała, poprawiając skórzaną torebkę, która uporczywie zsuwała się z jej barku.
- Lekarze mówią, że jej stan się poprawił.
- Ale co się właściwie stało? - zapytał Julian.
- Prawdopodobnie spadła ze schodów.
- Co?! Boże... Jak to możliwe?! - Ewa chwyciła się za głowę, z trudem łapiąc powietrze.
- Nie wiem, jak to się stało! Dominik zadzwonił, byłam kompletnie roztrzęsiona... Gdyby nie Marcin... - Pokrótce opowiedziała, co się zdarzyło, dość nieskładnie i płaczliwie.
Marcin pojawił się za plecami Ewy.
- Dzień dobry - przywitał się.
Ewa i Julian obrócili się w tym samym momencie. Julian z uwagą przyjrzał się młodemu mężczyźnie.
- Proszę się nie martwić. Ola jest w dobrych rękach - zapewnił Marcin, czując na sobie świdrujący wzrok.
- Kim pan jest? - spytała zaniepokojona Ewa i spojrzała na siostrę. - Znasz go? - zwróciła się do Marty, ściszając głos.
- To Marcin. To on poinstruował Dominika jak reanimować Olę.
- Reanimować?! - krzyknęła Ewa.
- Tak. Niestety uderzyła głową o krawężnik. Na szczęście poradził sobie wzorowo - wtrącił Marcin z lekkim uśmiechem.
- Ja pana skądś znam. - Julian wciąż przyglądał mu się badawczo.
- Marcin Rowiński. - Chłopak wyciągnął rękę na powitanie.
- Syn Stanisława? - Julian zmarszczył brwi.
- Tak, zgadza się. - Marcin cofnął dłoń wiszącą w powietrzu, gdy zorientował się, że nikt jej nie uściśnie.
- Niech pan stąd idzie - powiedział Julian rozdrażnionym tonem, trzymając jeszcze emocje w ryzach.
- Tato, Marcin bardzo nam pomógł - wtrąciła Marta.
- Nie jest tu mile widziany. Do widzenia - rzucił Julian ostro i odwrócił się w stronę wyjścia.
Marcin odszedł onieśmielony. To nie były czas i miejsce na wyjaśnienie dawnych rodzinnych konfliktów. Rzucił Marcie wyjątkowo ciepłe spojrzenie.
Choć je odwzajemniła, było pełne wstydu.
Ola musiała zostać w szpitalu na obserwacji. Jej stan był już stabilny, odzyskała przytomność, ale była osłabiona i rodzina pozwoliła jej odpocząć.
- Tyle razy jej mówiłam, żeby nie bawiła się na schodach - wycedziła Ewa, siedząc przy ogromnym kuchennym stole i wyglądając na dziedziniec.
- Wystarczy chwila nieuwagi. Wiesz, jak to jest z dzieciakami... - Marta westchnęła.
- Dobrze, że nic poważnego się nie stało. Mogę spokojnie pójść spać. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nikt jej nie pomógł. Gdyby tam leżała do mojego powrotu - powiedziała Ewa jakby z pretensją do samej siebie.
- Dobrze, że Dominik był na miejscu, a Marcin potrafił go poinstruować - odparła Marta, zalewając gorącą herbatę.
- A ten Rowiński co tak naprawdę robił w szpitalu? - zapytała Ewa, gdy siostra wróciła do stołu z dwoma kubkami zielonej herbaty.
- Ach, spotkałam go przypadkiem w winnicy, a wtedy zaczęło się całe to piekło.
- On? W naszej winnicy?
- Spacerował - odpowiedziała krótko Marta.
- Dobrze, że ojciec o tym nie wie. - Ewa się zaśmiała, upijając łyk gorącej wciąż herbaty.
- Słuchaj... tato nadal jest w konflikcie z jego rodziną?
- Tak. Niezmiennie. Znasz ojca, musiałby stać się cud, aby wybaczył Rowińskiemu, że wpakował go do więzienia - wyjaśniła siostrze.
- Ale to było ponad dwadzieścia lat temu.
- Ojciec ma długotrwałą pamięć.
Marta spuściła wzrok i zatopiła go w ceramicznym kubku zielonej herbaty.
- Tylko mi nie mów, że wpadł ci w oko - rzuciła głośno Ewa.
- Nie! Coś ty.
- Jezusieńku! On ci się podoba - powiedziała Ewa, a Marta uśmiechnęła się wstydliwie.