Miłość i zbrodnie w czasie wolnym - Dawid Kornaga

Kup ebooka

40.00 zł
33.20 zł (28,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ja, Wiktor

To będzie wyjąt­kowy pobyt w SPA.

Ale nie dla niego. Kom­plet­nie się nie spo­dzie­wał, że o tej porze, kiedy nale­żał mu się zasłu­żony, do tego solid­nie opła­cony relaks, cudze ręce się­gną po jego życie.

Na razie nic tego nie zapo­wiada.

Jest sobota, z tych póź­no­wio­sen­nych lub wcze­sno­let­nich. Wła­ści­wie bez zna­cze­nia w cza­sach gwał­tow­nych zmian kli­ma­tycz­nych, pod­stęp­nych wiru­sów i próby zapro­wa­dze­nia ruskiego miru, które pra­wie cały świat potra­fią zamie­nić w jeden wielki lock­down lub infla­cję. Pory roku nie­uchron­nie się do sie­bie upo­dab­niają, zanim raz na zawsze nas zawieje i zamie­cie, zaleje i zatopi.

Ale zanim ude­rzą kolejne plagi, zanim świat strzeli sobie kolejne kuku, a nowe fale nie­szczę­snych uchodź­ców zaleją sie­lan­kowe oko­lice jakiego takiego dobro­bytu, w pre­sti­żo­wym Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort prze­ży­jesz wyjąt­kowo każdy dzień, bo każdy dzień może być zja­wi­skowy, więc zapew­niamy rewe­la­cyjne baseny oraz sauny, indy­wi­du­alne pro­gramy rewi­ta­li­zu­jące, autor­ską kuch­nię, nie­po­wta­rzalne pokoje i apar­ta­menty, któ­rych pozaz­dro­ści­liby nie tacy ludzie suk­cesu, itd., itp. - brzmią pew­niacko wszel­kie AdWordsy, SEO, SEA i inne patenty rekla­mia­rzy na chwy­tliwy prze­kaz w wyszu­ki­war­kach. Nikt tak jak my dla cie­bie - dekla­ruje hasło ofi­cjal­nej strony inter­ne­to­wej Pałacu oraz jego pro­filu na Insta­gra­mie. Ten na Face­bo­oku jakiś czasu temu wyga­szono. Lajki się nie zga­dzały. Nie dla­tego, że mało zain­te­re­so­wa­nych. Po pro­stu goście zado­wo­leni z pobytu zamiast potem hoj­nie laj­ko­wać czy repo­sto­wać każdy świeży wpis z życia SPA, woleli tu wró­cić. To były ich realne lajki, mone­ty­zo­wane za pomocą płat­no­ści zbli­że­nio­wych. Zbli­że­nio­wych, bo poli­tyka Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort wyklu­cza jaką­kol­wiek gotówkę. Brzy­dzi się nią z zało­że­nia higie­niczno-laj­fstaj­lo­wego.

Z kolei goście roz­cza­ro­wani wszech­stronną ofertą Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort pozo­sta­wiali na wir­tu­al­nej, a jakże real­nej ściance nie­przy­jemne komen­ta­rze, które były nie do przy­ję­cia dla pana Siomy, kie­row­nika Resortu.

- Wiszą jak roz­kła­da­jące się zwłoki, nie­po­trzeb­nie znie­chę­ca­jąc poten­cjal­nych klien­tów do doko­na­nia rezer­wa­cji - oświad­czył na zarzą­dzie w skła­dzie on, księ­gowa, radca prawny i spe­cja­li­sta do spraw mar­ke­tingu. - Powiedz­cie temu naszemu con­tent wri­te­rowi, czy jak się tam nazywa ten inter­ne­to­wiec od tre­ści, żeby ska­so­wał konto, koniec tego fejsa - naka­zał kie­row­nik Sioma.

Spe­cja­li­sta do spraw mar­ke­tingu pró­bo­wał się prze­ciw­sta­wić, po co tak od razu wyga­szać, można pocze­kać, zapro­po­no­wał. Kie­row­nik Sioma poka­zał mu w odpo­wie­dzi dane z rezer­wa­cji w por­ta­lach zewnętrz­nych. Krzywa wyraź­nie spa­dała.

- Finito! - wydał wyrok nie­pod­le­ga­jący ape­la­cji.

Po spra­wie. Cyfrowe osta­teczne roz­wią­za­nie jest dzie­cin­nie łatwe, wbrew wszel­kim doro­słym pozo­rom. Z nie­zna­nego powodu na Insta­gra­mie mało kto bawił się w komen­ta­rze. Kry­tycz­nych to już w ogóle nie było, jakby pano­wał tu jakiś mur ber­liń­ski dla hej­te­rów, marud i pie­nia­czy. Insta­gram Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort lśnił jak jego pod­łogi, świe­cił jak wypu­co­wane buty jego boyów. Zde­zyn­fe­ko­wany do krańca swo­ich metrów kwa­dra­to­wych. Sam kie­row­nik Sioma jarzył się z zado­wo­le­nia, że miał - jak zwy­kle, jak zwy­kle! - rację, ukró­ca­jąc wszech­wła­dzę social mediów nad powie­rzoną mu jed­nostką rekre­acyjną.

Zatem jest sobota, tyk­nęło na popo­łu­dnie.

Na pod­jeź­dzie Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort jakby z nie­bytu wyła­nia się autko, jedno z tych, które widzi się na dro­dze, ale nie zapa­mię­tuje. Ni to sedan, ni to kombi, coś pomię­dzy, jakby stwo­rzone dla pasa­że­rów, któ­rzy po zatrzy­ma­niu się autka gro­mad­nie z niego wypa­dają.

Gro­mad­nie - to warte odno­to­wa­nia.

- Zwy­czajni ludzie jeż­dżą zwy­czaj­nymi samo­cho­dami, takie to ich CV, co dupy ani baku nie urywa - stwier­dza pod nosem sto­jący przy wej­ściu do pałacu Wik­tor, por­tier, boy i prze­ło­żony boyów.

Jak na niego to bar­dzo nie­winna, pełna tole­ran­cji uwaga.

Ale niech im będzie, mówią jego wszech­wi­dzące oczy. Z nie­chę­cią opusz­cza cień, pod któ­rego egidą tkwił na wach­cie.

Nie­zwią­zani ści­ślej z biz­ne­sem tury­stycz­nym nazy­wają go por­tie­rem, poma­gie­rem, wresz­cie po mię­dzy­na­ro­do­wemu boyem, choć ze względu na ogrom obo­wiąz­ków kwa­li­fi­kuje się na sta­no­wi­sko kon­sjerża. Bosze, co za chamy, ci wszy­scy recen­zenci cudzego życia! On ma trzy­dzie­ści jeden lat, żaden z niego boy. Doro­sły facet z jajami jak piłki lekar­skie. Ale niech im będzie, byle dawali te swoje napiwki za wycią­gnię­cie ich ohyd­nego, zaka­żo­nego nie wia­domo czym bara­chła z bagaż­nika. On żaden boy. On, super­man Wik­tor, wyra­sta ponad te try­wialne okre­śle­nia. Jest jak warta przy Gro­bie Nie­zna­nego Żoł­nie­rza, z tą róż­nicą, że soł­daty sobie mar­two leżą i nikomu nie prze­szka­dzają. On zaś, choć oto­czony pre­sti­żem budynku Ksią­żąt, musi peł­nić jakże upo­ka­rza­jącą posługę w Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive Sru­siw! Gdyby choć była dla nie­któ­rych ostat­nia. Dzień w dzień trzeba witać nowo przy­by­łych, kła­niać się im, dry­gać głową jak te kościelne aniołki za monetę wrzu­coną do ich brzusz­ków.

Boy Wik­tor wie: z tych zbli­ża­ją­cych się do niego postaci nic wyci­snąć się nie da. Prę­dzej to oni z niego - jego dobroć i pobła­ża­nie, jego czas i jesz­cze raz czas, łachu­dry 500+, bły­ska w gło­wie ciętą uwagą.

Ponie­kąd ma rację.

Boy Wik­tor mie­rzy pra­wie dwa metry. Nie­na­wi­dzi swo­jej wzro­sto­wej prze­wagi nad resztą gatunku ludz­kiego. Przez nią nikt nie trak­tuje go poważ­nie, para­dok­sal­nie. Skoń­czył stu­dia han­dlowe, mach­nął za cięż­kie pie­nią­dze jakieś public rela­tions na boku. Rezy­gnu­jąc z życia oso­bi­stego, Tin­dera i innych gówien, zro­bił w godzi­nach wie­czor­nych fakul­tety filo­zo­ficzne, bo zawsze cią­gnęło go do zasta­na­wia­nia się nad istotą tego wred­nego świata, jak sobie powta­rzał. Nic z tego, dyplomy nie zadzia­łały, cer­ty­fi­katy nie dały rady, gdzie­kol­wiek się poja­wiał, góru­jąc wład­czo nad prze­ciętną popu­la­cji, ci niżsi upar­cie pytali go, czy aby nie robi na boku jako koszy­karz, ochro­niarz, kto­kol­wiek, kto bli­żej sięga gwiazd niż inni, niżsi, pod­lejsi. Ste­reo­ty­powe zaczepki, które ruj­no­wały mu karierę, ska­zu­jąc na fuchy bazu­jące na prze­wa­dze jego postury, a nie inte­lektu. A prze­cież jego IQ jest rów­nie wyso­kie jak ciało. I z tej per­spek­tywy on, chudy bru­net z god­nym ary­sto­kra­tów nosem i ustami wąskimi jak ślady po uda­nym cesar­skim cię­ciu, patrzy dosłow­nie z góry na osa­cza­jącą go Rodzinkę 500+, ojciec, matka, trójka dzie­cia­ków, trudno osza­co­wać dokład­nie ich wiek, wszystko będzie przy­pusz­cze­niem. Boy Wik­tor wytęża pamięć, szuka we wspo­mnie­niach z imprez wła­snej rodziny, zumuje, sza­cuje, już wie, tak, ten na przo­dzie to sze­ścio­la­tek, za nim wyje nie­pełny jesz­cze pię­cio­la­tek, typek, co zaraz wsko­czył na zwol­nione miej­sce w macicy po star­szym bra­cie, na końcu jak nic trzy­latka. Nie­pewna malu­cho­wego kroku, ląduje z pła­czem tuż przy jego służ­bowo wypo­le­ro­wa­nym bucie.

Boy Wik­tor chce ją pod­nieść, pochyla się nad nią spraw­nie jak sezo­nowy zbie­racz tru­ska­wek, wyciąga swoje sze­ro­kie dło­nie, jest chrze­ści­jań­skim wóz­kiem widło­wym, który z zasady ogar­nie pro­ble­ma­tyczne dzie­cięce pudełka, pod­nie­sie je na duchu i w ogóle, a co!

Dobry uczy­nek psuje mu matka, chwyta małą i przy­tula do piersi.

Ups. Grrr.

Boy Wik­tor pro­stuje się, odno­to­wu­jąc z przy­kro­ścią strużki potu na swo­ich ple­cach. Na zewnątrz co naj­mniej trzy­dzie­ści stopni, wewnątrz niego co naj­mniej dwie­ście, chciałby wykrzy­czeć: Ja jebię, to ognie pie­kiel­nej iry­ta­cji! Ile można uda­wać głupka wobec jesz­cze gor­szych głup­ków?

Dobrze, spo­kój, pro­fe­sjo­na­lizm, może się myli, może ci bie­dacy, te nie­okieł­znane dzie­cio­roby, ci wła­ści­ciele kiep­skiego pojazdu pamię­ta­ją­cego kaden­cję jakie­goś byłego pre­zy­denta, o któ­rym zapo­mniał już elek­to­rat, może te płodne typki to kamu­flu­jący się boga­cze, teste­rzy usług, tacy inco­gnito wpły­wowi kry­tycy hote­lar­scy - co, jeśli im pod­pad­nie, wtedy kie­row­nik się zde­ner­wuje, oj, on potrafi się zde­ner­wo­wać, więc lepiej pochy­lić się nad przy­by­szami, poświę­cić im chwilę tak zwa­nej uwagi, pro­szę, zapra­szam. To nie takie pro­ste.

- No co? - pyta łaska­wie boy Wik­tor. To "no co" brzmi jak "no co" księ­dza spo­wied­nika skie­ro­wane do kolej­nego grzesz­nika z nie­koń­czą­cej się kolejki jemu podob­nych na kil­ka­na­ście godzin przed Wigi­lią.

- Panie, to tu? - Sprawca tej gro­madki, ojciec, krępy typek z kitką resz­tek wło­sów, łysiną na przo­dzie głowy i cał­kiem solid­nym brzusz­kiem wysłu­żo­nego biskupa lub innego poten­tata biz­ne­so­wego, pod­biega do niego z wymiętą kartką w ręce. Widać dzie­ciaki naj­pierw ją prze­żuły, połknęły, po czym zwy­mio­to­wały pro­sto na ręce taty. Boy Wik­tor brzy­dzi się ją prze­jąć.

- Nie wiem, czy dobrze tra­fi­li­śmy, tu pisze Pałac - ojciec wska­zuje na baner nad wej­ściem - a my mamy w rezer­wa­cji Pała­cyk, jakaś lite­rówka się wkra­dła czy co?

Boy Wik­tor wytęża wzrok. Nie musi. Żadne "pisze", chce powie­dzieć, adres wid­nieje na swoim miej­scu jak byk roz­pło­dowy w sto­dole: Pała­cyk Ksią­żąt i Księż­ni­czek. Janu­szowa pod­róba ory­gi­nału pod posta­cią dzie­się­cio­po­ko­jo­wego pen­sjo­natu kilo­metr stąd. Nawet nie pod­róba, czy­sty fejk. Taki kil­ka­krotny. Tu ogrody, stawy, pre­stiż. Tam chasz­cze, bajora, syfioza.

Tego boy Wik­tor nie mówi, mówi co innego, kon­kret jak osta­teczny wynik zezna­nia podat­ko­wego:

- Nie, nie wkra­dła.

- Zna­czy? - ojciec Rodzinki po trzy­kroć 500+ nie kryje nie­po­koju.

Boy Wik­tor nie może. No nie może. Wybu­cha śmie­chem. Ser­decz­nym dla samego sie­bie. Dla gości nie­ko­niecz­nie. Nawet dzie­ciaki zamie­rają, prze­ry­wa­jąc swoje harce pomię­dzy nogami rodzi­ców. Pię­cio­la­tek wkleja się w star­szego brata, dziew­czynka pod­nosi rączki w stronę mamy, doma­ga­jąc się wtu­le­nia w jej obję­cia.

- Jeście bar­dziej, mamu­siu!

Boy Wik­tor ma mętlik w gło­wie. Jak tu poli­tycz­nie się wypo­wie­dzieć, by doci­snąć, a nie zru­gać. By dopiec, lecz nie przy­piec. By wresz­cie kop­nąć w sam zad, uda­jąc, że ma się buciora z waty.

W końcu wypo­wiada jak naj­bar­dziej praw­dziwe słowo:

- Pomyłka.

- Że... że?

- Jak mówię, pomyłka.

Ojciec wga­pia się w kar­teczkę. Boy Wik­tor naj­chęt­niej wydarłby ją z łap tego czter­dzie­sto­latka i wło­żył mu w usta z tek­stem: Panie, czy­taj pan z uwagą, jak pan z uwagą dzieci se robił!

Choć czy rze­czy­wi­ście z uwagą, boy Wik­tor śmie w to wąt­pić. Zaga­lo­po­wał się pan ojciec zaraz po pierw­szym. Nie jest powie­dziane, że czwar­tego nie mach­nie, skoro taki z natury roz­ko­ja­rzony.

- Ja... w sen­sie...

Ojciec roz­gląda się dokoła bez­rad­nie, jakby szu­kał suflera, który włoży mu jakąś dodat­kową cwaną kwe­stię w usta. Nic z tego, sły­szy tekst tego wyso­kiego pana jak stąd do nieba, a nawet jesz­cze wyżej:

- Pomy­lili pań­stwo drogę. Tu jest Pałac. Wy zaś - tak, już nie pań­stwo, tylko wy - przy­je­cha­li­ście do jed­nego z naj­lep­szych, naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych ośrod­ków nie tylko w tym kraju, ale na tej sze­ro­ko­ści i dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej. - Boy Wik­tor wresz­cie mógł poczuć dumę, że choć edu­ka­cja go nie wywin­do­wała w hie­rar­chii spo­łecz­nej na jakieś zaszczytne sta­no­wi­sko, to jest we wła­ści­wym miej­scu, jako tako, ale jest. - Nie­stety, przy­je­cha­li­ście, lecz musi­cie wyje­chać, gdyż macie zare­zer­wo­wany pobyt gdzie indziej, mia­no­wi­cie w pobli­skim pen­sjo­na­cie, zwa­nym, jak pisze na tej kar­teczce, Pała­cy­kiem Ksią­żąt i Księż­ni­czek. - Tu boy Wik­tor chęt­nie by dodał: Zakąt­kiem Dzia­dów i Dzia­dówek. Sie­dli­skiem Pleb­sów i Dre­sów. Ustro­niem Pra­wie że Pato­lo­gii. Ponie­waż i tacy, łącz­nie z aktyw­nymi schi­zo­fre­ni­kami, potrze­bują wypo­czynku, relaksu i dystansu od swo­ich nie­cnych szajb, zwłasz­cza w tych nie­pew­nych cze­go­kol­wiek cza­sach, uważa z prze­ko­na­niem boy Wik­tor.

Ojciec Rodzinki chce coś odpo­wie­dzieć, chrząka, język mu się plą­cze, jed­nakże w końcu chwyta sens wypo­wie­dzi boya Wik­tora, opusz­cza wzrok, który ląduje na wymię­tej kar­teczce, być może na reszt­kach rzy­gów swo­ich dzieci, pokor­nieje po cało­ści, wzdy­cha, "Aha, no tak, wie­dzia­łem, nie nasze progi, z daleka już wyglą­dało na coś, naprawdę na coś, to my dzię­ku­jemy i prze­pra­szamy".

Boy Wik­tor może ode­tchnąć. Ledwo zaczął szychtę, a taki pro­blem. Szczę­śli­wie po nim. Prze­pro­ście i spie­przaj­cie.

Pro­blem w licz­bie dwoje doro­słych i trójka roz­wrzesz­cza­nych gnoj­ków pakuje się z powro­tem do swo­jej ruiny na czte­rech kół­kach o wię­cej niż praw­do­po­dob­nym prze­biegu trzy­sta tysięcy kilo­me­trów. Pakuje się i odjeż­dża, a boy Wik­tor wresz­cie zadziera głowę, widzi bez­chmurne niebo, czy­ste jak jego sumie­nie.

Nie jest złym czło­wie­kiem, to źli ludzie powo­dują, że się wkur­wia, iry­tuje i tak dalej. On pró­buje dzia­łać, stać na poste­runku, liczy wresz­cie na zasłu­żony awans, gdyż rozu­mie się z kie­row­ni­kiem Siomą. Oby­dwaj są rów­nie rośli, choć boy Wik­tor jesz­cze głowę wyżej, taki jego wąt­pliwy przy­wi­lej, tam się­gaj, gdzie inni ni­gdy nie dadzą rady.

Dobrze, dzia­dow­scy nie­do­szli goście odje­chali, za mniej wię­cej godzinę czas na praw­dzi­wych, god­nych pałacu, nie pała­cyku, jak jego, Wik­tora, CV, godne praw­dzi­wej kariery, a nie karierki, nie boy­owa­nia, ale zde­cy­do­wa­nego mene­dże­ro­wa­nia.

Kierownik

Mene­dże­ro­wa­nia na skalę Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort, gdzie zawsze coś się dzieje. A po ostat­niej prze­rwie, która mało co nie poło­żyła cywi­li­za­cji na łopatki, dzieje się jesz­cze wię­cej. Jak nie otwar­cie sezonu, to majówka, czerw­cówka, Boże Ciało, inne ciało, Dzień Dziecka, Dzień Seniora, Dzień Dnia, począ­tek lata, koniec lata, począ­tek jesieni, andrzejki, a nawet święto zmar­łych, zwane mar­ke­tin­gowo Dniami Zadumy, wtedy pokoje jesz­cze droż­sze, bo jak wia­domo, zaduma wymaga wię­cej, więc relak­sujmy się przed dołą­cze­niem kie­dyś do nich w nie­za­po­mnia­nej opra­wie mek­sy­kań­skich zadu­szek, a to kosz­tuje, świeczki, kukiełki, święte pier­dółki; święta takie, święta owa­kie, syl­we­ster, popra­winy cze­go­kol­wiek, ferie, sezon zimowy, sezon letni, wystawne wesela, jak choćby dziś, rocz­nice, ostat­nio uro­dziny kie­row­nika, każdy pre­tekst dobry, żeby tu bawić.

Dziś Wik­tor jest star­szym boyem, jutro wygry­zie siwo­wło­sego kon­sjerża z recep­cji. Nawet gryźć nie będzie, na luzie prze­sko­czy dziada, jak dzie­ciaczki w nowiuś­kich kalo­szach prze­ska­kują kałuże. Poju­trze zosta­nie prawą ręką kie­row­nika Siomy, mene­dże­rem z praw­dziwą wła­dzą zarzą­dza­nia tym überwyjątkowym SPA.

Boy Wik­tor patrzy na zega­rek. Docho­dzi czter­na­sta. Jak zwy­kle da z sie­bie wszystko, by zacho­wać nie­zmien­nie naj­wyż­szą jakość obsługi. To zna­czy kijem i batem, a naj­czę­ściej ostrą repry­mendą nad­zo­ro­wać pracę niż­szych rangą boyów, boy­ków-gnoj­ków, czło­wiecz­ków z doskoku, homo sapią­cych pod­czas pracy sezo­no­wej, pod­su­mo­wuje.

Na pod­jazd mniej wię­cej w dzie­się­cio­mi­nu­to­wych odstę­pach wjeż­dżają samo­chody pierw­szych gości. Prze­waż­nie full opszyn SUV-y. Takie, że gdy par­kują, trawa niczym sierść zestre­so­wa­nego kota stro­szy się z wra­że­nia. Zaczyna się nowa, week­en­dowa, więc znacz­nie bar­dziej inten­sywna od tygo­dnio­wej doba hote­lowa. Taka na dwa­dzie­ścia sześć godzin, dla boyów nawet trzy­dzie­ści. Księ­życ dawno chra­pie, a oni na­dal popier­da­lają, tak sobie z tego żar­tują.

Wszystko przy­go­to­wane. Oprócz pokoi całe ogromne zaple­cze, łącz­nie z par­kiem o powierzchni pra­wie dzie­się­ciu hek­ta­rów, któ­rego sporą część sta­no­wią trzy stawy pełne ryb, i te ryby rów­nież cze­kają. A nad nimi pośród gęsto nasa­dzo­nych drzew latają gaw­rony, kosy, gdzie­nie­gdzie pukają dzię­cioły, pomy­kają pło­my­kówki, kwi­czoły, muchówki szare, wilgi, sikorki modre, bogatki, nie mówiąc o kla­syce atlasu pta­ków jak sroki i gołę­bie grzy­wa­cze. Ten park, kom­po­zy­cją nawią­zu­jący do stylu angiel­skiego, to praw­dziwy skarb Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort. Park uwiel­biany przez kra­jowe i glo­balne sys­temy rezer­wa­cyjne, bo oprócz ptac­twa zapew­nia wytraw­nym poszu­ki­wa­czom sho­tów na Insta­gram szansę zoba­cze­nia wie­wió­rek, jeży, ryjó­wek, a nawet kuny leśnej czy nie­to­pe­rzy, takich łagod­nych, ani im w gło­wie wplą­ty­wa­nie się we włosy gości, pod­pa­dłyby mocno kie­row­nic­twu. Oj, bar­dzo.

Boy Wik­tor stoi dum­nie przed głów­nym wej­ściem pałacu, który repre­zen­tuje styl kla­sy­cy­styczny, roz­sze­rzony o naj­no­wo­cze­śniej­sze korekty archi­tek­to­niczne, jak zapew­nia strona inter­ne­towa ośrodka.

Boy Wik­tor czuje się bar­dzo dobrze na tara­sie czte­ro­ko­lum­no­wego toskań­skiego por­tyku, do któ­rego pro­wa­dzą łagod­nie uno­szące się schody, po bokach zaś sze­roki pod­jazd. Two­rzy on jajo­waty krąg wokół fon­tanny, sta­no­wią­cej prak­tycz­nie kopię gdań­skiego Nep­tuna, nieco mniej­szego, by unik­nąć zarzu­tów o pla­giat, za to rzę­si­ście oświe­tlo­nego w nocy, jakby mu sam Jowisz pusz­czał stro­bo­skopy.

Z pojaz­dów wycho­dzą pre­sti­żowi rezy­denci, jak kie­row­nic­two nazywa gości, nie­za­leż­nie, czy spę­dzają tu jedną noc, czy dwa tygo­dnie. Pod­biega do nich dwóch pod­wład­nych Wik­tora. On, zbli­ża­jąc się z god­no­ścią i wyuczo­nym kro­kiem pre­stiżu, podaje przy­by­łym rękę na powi­ta­nie, wypo­wia­da­jąc usta­loną for­mułkę:

- Witam pań­stwa w Pałacu Ksią­żąt and Exc­lu­sive SPA Resort. Nasi pra­cow­nicy wezmą pań­stwa bagaże i dostar­czą do wska­za­nego pokoju. Nato­miast pań­stwa zapra­szam do recep­cji, gdzie po zamel­do­wa­niu się otrzy­mają pań­stwo wszyst­kie nie­zbędne infor­ma­cje, które spra­wią, że pobyt tutaj będzie dla pań­stwa nie­za­po­mnia­nym prze­ży­ciem.

Pań­stwa, pań­stwo, pań­stwem, wie­cie, to macie! Tego nie powie, tego nawet nie pomy­śli, ina­czej dałby się zjeść natu­ral­nej depre­sji. Po pro­stu musi, pro­szę pań­stwa, tak na boku, pro­szę pań­stwa, odre­ago­wać.

Boy Wik­tor nawet obu­dzony o czwar­tej dwa­dzie­ścia osiem wypo­wie bez zająk­nię­cia powi­talną for­mułkę. Prę­dzej w Ojcze Nasz czy Zdro­waś Mario coś pomyli, no ale tamci w nie­bio­sach nie płacą, nie dają bonu­sów, wciąż cze­goś żądają za pośred­nic­twem swo­ich rzecz­ni­ków w sutan­nach, a tutaj na co dzień same kon­krety, zapłata w for­mie sta­łej, bonusy, mikro- lub makro­pre­mie dla tych, któ­rzy się sta­rają. Wik­tor, syn ziemi gró­jec­kiej, stara się za trzech, czte­rech nawet.

W każ­dym razie po tak dobit­nym powi­ta­niu przy­szli rezy­denci są nie­źle zakrę­ceni. W panice szu­kają w kie­sze­niach jakiej­kol­wiek gotówki, byle ure­gu­lo­wać napi­wek. A że z gotówką coraz trud­niej w tej digi­ta­li­zu­ją­cej się deka­dzie, gotówka prze­nosi brudy, bak­te­rie i wirusy, to jak na swoją złość goście wysu­płują zazwy­czaj wyso­kie nomi­nały, gdzieś zacho­wane na wypa­dek, gdy sieć pad­nie, a oni nie będą mieć dostępu do ban­ko­wo­ści inter­ne­to­wej, na doda­tek ban­ko­maty soli­dar­nie zastraj­kują.

W ramach podzię­ko­wa­nia bank­noty lądują więc na nie­dy­skret­nie wycią­gnię­tej dłoni boya Wik­tora. Wygląda tak, jakby upar­cie pod­trzy­my­wał nie­wi­dzialną wędkę na na pew­niaka tłu­ste ryby. Nie ma mowy, by goście wrę­czali potem napiwki tym mniej zna­czą­cym boyom od wno­sze­nia wali­zek. Wystar­czy, że prze­pła­cili na star­cie.

Ich prze­ło­żony, kiedy ma dobry humor, w akcie nie­zmie­rzo­nej dobroci potrafi pod koniec dnia odpa­lić mniej zna­czą­cym boyom po kilka dzie­sią­tek. Wyłącz­nie surowo wybra­nym przez sie­bie szczę­ścia­rzom.

Dziś na pewno jego łaska omi­nie tego nowego, zdaje się od tygo­dnia, zaraz, jak on się nazywa, boy Wik­tor zerka na jego pla­kietkę przy­piętą po lewej stro­nie klatki pier­sio­wej, tak, Jarek.

Jarek. Imię jak bździna, może nie z tyłka, jed­nak z ust, lecz bździna, pod­su­mo­wuje bły­sko­tli­wie boy Wik­tor.

Jarek, Bosze, Bosze! Jak on nie­dbale ładuje bagaże rezy­den­tów na wózek, co za fleja, bez­ta­len­cie. Jaki on skwa­szony, jakby był tu tylko awa­ta­rem, a jego praw­dziwy kor­pus bawił gdzieś w innej, znacz­nie cie­kaw­szej prze­strzeni. Jaki on poza tym dziwny, ni krępy, ni niski, ni wysoki, taki cał­ko­wi­cie pomię­dzy, ma krótko przy­cięte włosy, bru­net czy blon­dyn, nie wia­domo, nos zwy­czajny, oczy osa­dzone jak trzeba, ani zwę­żone, ale w roz­jeź­dzie, brwi zwy­czajne, usta zwy­czajne, czło­wiek jakich wielu, taki mógłby tu zwa­lić kupę na środku pod­jazdu, mało kto by pamię­tał, jak pre­zen­to­wał się nie­cny defe­ka­tor.

Boy Wik­tor tro­chę zazdro­ści nowemu tej nija­ko­ści. Fakt, daleko na niej nie zaje­dzie, będzie prze­ciętny, jak skrzynka pocz­towa podobna do innych skrzy­nek, jed­nakże nie wybija się ponad prze­cięt­ność jak on sam, Wik­tor, w swo­jej wyso­kiej oso­bie. Co czę­sto bywa kło­po­tliwe. Nie wybija się, więc choć zanosi się, że jeśli będzie w życiu popy­cha­dłem, to jakoś sobie pora­dzi, nijaki, nie­szko­dliwy, biedny, wręcz wzbu­dza­jący współ­czu­cie swoją nie­po­rad­no­ścią.

- Tak... - Boy Wik­tor uważ­nie obser­wuje krzą­ta­ją­cego się Jarka, o rany, jaką on ma pustą twarz, rów­nie dobrze mógłby teraz być gra­ba­rzem, nikt by się nie kap­nął, że cokol­wiek o czym­kol­wiek myśli. Już on będzie miał na oku tego prze­cięt­niaka.

Wik­tor wraca do swo­ich obo­wiąz­ków. I wtedy go zoba­czył. Gdyby był poetą, dobra, pro­za­ikiem, takim z pre­ten­sjami do poetyc­kiej frazy, napi­sałby, a przy­naj­mniej pomy­ślał, a przy­naj­mniej oddał pewien stan myśli, kiedy to słońce grzeje jesz­cze bar­dziej, świeci jesz­cze inten­syw­niej, niebo błę­kit­nieje o co naj­mniej dwa stop­nie na skali kolo­rów, rów­na­jąc się z tym nad Lazu­ro­wym Wybrze­żem, nawet je wyprze­dza­jąc swoją inten­syw­no­ścią, a co! Ptaki świer­go­czą gło­śniej, melo­dyj­niej, ptaki znad sta­wów i drzew Pałacu Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort, ryby praw­do­po­dob­nie weso­lutko machają ogo­nami, nie praw­do­po­dob­nie, ale na pewno, na tę oko­licz­ność, że oto na pod­jeź­dzie poja­wił się kie­row­nik Sioma.

Nikt nie zna jego imie­nia, kie­row­nik wymaga, by zwra­cać się do niego służ­bowo, per panie kie­row­niku, boy Wik­tor, jak to mądrala po stu­diach, wścib­ski i cie­kawy, wyba­dał u pani Basi z hote­lo­wej admi­ni­stra­cji, że podobno kie­row­nik Sioma nie jest zado­wo­lony ze swo­jego imie­nia, Euze­biusz czy Euge­niusz, któ­reś z tych na sto pro­cent, nie wia­domo dla­czego się cze­pia, oby­dwa brzmią nor­mal­nie, zwłasz­cza w zdrob­nie­niach, jed­nak kie­row­nik Sioma nie uznaje wyboru swo­ich rodzi­ców, tyle.

- Hej, ty, wła­śnie ty! - głos kie­row­nika Siomy nakie­ro­wany ze snaj­per­ską pre­cy­zją na boya robo­cia­rza ocze­kuje natych­mia­sto­wej reak­cji.

Nic z tego.

Unter­boy Jarek zajęty jest nie­chluj­nym upy­cha­niem kolej­nych toreb na wózku. Boya Wik­tora, który to obser­wuje, cały blady z ner­wów nawet w oko­li­cach łono­wych, ogar­nia ogromna iry­ta­cja, wzmoc­niona przez słowa prze­ło­żo­nego:

- Ja pana... Ja cię obser­wuję, panie, od dłuż­szego czasu i powiem, ma pan wspa­nia­łego prze­ło­żo­nego - kie­row­nik Sioma pusz­cza oko do roz­pro­mie­nio­nego Wik­tora - że pozwala na takie... Słów bra­kuje, ja go rozu­miem. On wie, że pan nowy, począt­ku­jący w wyma­ga­ją­cym fachu usług hote­lar­skich, w hotelu, jakich nie­wiele, lecz na Boga, panie Jarku, ogar­nij się pan jakoś, tak nie można, bagaże naszych gości to nie węgiel, nie zgrzewki wody, tak nie można, tam w ich środku czę­sto są cenne rze­czy, nie trzeba nam kło­po­tów, nie­praw­daż?

To ostat­nie słowo kie­row­nik Sioma wypo­wiada, pra­wie dmu­cha­jąc w twarz zasko­czo­nego Jarka.

- To jak, będzie pan deli­kat­niej­szy dla wali­ze­czek naszych rezy­den­tów? - pyta, przy­ta­ku­jąc sobie kie­row­nik Sioma.

Jarek zamiera jak co naj­mniej dwie żony Lota.

- Już dobrze, jak się pan postara, na pewno to uwzględ­nię - zapew­nia bóg, zna­czy kie­row­nik Sioma.

Jarek, naj­pierw prze­stra­szony, prze­ra­żony, pry­cha gdzieś w sobie. Następ­nie kaja się, choć tak dziw­nie, zauważa jego bez­po­średni prze­ło­żony, senior boy Wik­tor. Posy­puje sobie głowę popio­łem. Z pla­stiku, na pewno nie praw­dzi­wym, bo bez słowa, jakby nie chciał być zapa­mię­tany po tem­brze głosu. Podry­guje pokor­nie, z uni­że­niem jak gej­sza czy inna taka. W końcu się pro­stuje, jako tako dopro­wa­dza do opa­no­wa­nia. Mel­duje, wciąż bez słowa, uda­jąc dobrego wojaka Szwejka, boy Wik­tor dobrze wie, to cwa­niak jakich wielu, odgrywa pro­fe­sjo­nal­nie pokorę, jeden sezon ściemy, drugi sezon zakła­ma­nia, jakby mu Net­flix tan­tiemy pła­cił. A ten pra­cow­nik sezo­nowy od zale­d­wie tygo­dnia tłamsi gdzieś w sobie pogardę dla prze­ło­żonych, pluje na nich w myślach, wyżywa się na nich w snach, katu­jąc i masa­kru­jąc.

- Ja... Ja... - wresz­cie krztusi się i dusi boyek Jarek.

Kie­row­nik Sioma wzdy­cha. Tak po swo­jemu. Jak ktoś, kto zjadł wszyst­kie rozumy i wresz­cie po ich prze­tra­wie­niu puścił porząd­nego, peł­nego dystansu do wszyst­kiego bąka.

Boy Wik­tor nie ma wyj­ścia, kopiuje reak­cję szefa. Bez meta­fo­rycz­nego bąka. Trudno pod­ro­bić te meta­bo­liczne niu­anse. Wycho­dzi skrzek, nie wes­tchnię­cie. Szefa to roz­ba­wia, jest spo­strze­gaw­czą bestią, nic dziw­nego, że tu rzą­dzi. Nie ma to jak sko­pać zady pod­wład­nym, nie­praw­daż?, zdają się prze­ma­wiać jego wiel­kie oczy.

Pokle­puje boya Wik­tora po ramie­niu.

- Daj mu kre­dyt zaufa­nia, taki, wiesz, wysoko opro­cen­to­wany, żeby nie było, Wik­tor - mówi poufale. - Może się wyrobi. Wiesz, jak jest w naszej branży, trudno o dobrych pra­cow­ni­ków. Ow­szem, ogrom chęt­nych, lecz za wyso­kie progi, panie i pano­wie, powie­dział­bym im uczci­wie. A ja, a my wolimy, cokol­wiek by mówić, po licz­nych doświad­cze­niach, wolimy swo­ich, nawet takich nie­zdar­nych, lecz swo­ich, zamiast tej zakła­ma­nej swo­ło­czy ze wschodu, tej pazer­nej, zło­dziej­skiej sza­rań­czy, nie­praw­daż?

- Tak, sze­fie - potwier­dza boy Wik­tor. Nie raz, nie dwa gorzko się roz­cza­ro­wał najem­nymi pra­cow­ni­kami z mocno wschod­nim pocho­dze­niem. Kilka lat temu trzeba było ich zatrud­niać z braku chęt­nych na lokal­nym rynku. Ze świa­do­mo­ścią, że popra­cują, coś zakom­bi­nują, z dnia na dzień nagle znikną, a z nimi na przy­kład kil­ka­na­ście ręcz­ni­ków i szla­fro­ków. Aż sar­ka­stycz­nych słów bra­kuje na okre­śle­nie takiego zło­dziej­stwa. Potem, po zapa­ści w branży przez pan­de­mię i całą tę panikę, jakiej ni­gdy jesz­cze nie było, w chęt­nych do pracy w SPA można było prze­bie­rać. Co z tego, skoro więk­szość nada­wała się prę­dzej tam, gdzie poje­chała sobie rodzinka kil­ka­set plus.

- Świet­nie, zapo­wiada się pra­co­wity dzień. - Kie­row­nik Sioma odwraca się, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź pod­wład­nego, i kie­ruje się do wej­ścia. - Coś zała­twię i wrócę za mniej wię­cej godzinę, bądźmy tu wszy­scy. Wiesz, kto przy­je­dzie.

- Tak, sze­fie.

- Brawo. - Kie­row­nik Sioma znika za drzwiami.

Fak­tycz­nie jest niż­szy o tę regu­larną głowę od boya Wik­tora. Za to nie taki z niego patyk jak boy. Mocno zbu­do­wany facet. Budzący respekt samym swoim poja­wie­niem się. Nic dziw­nego, że nawet oko­liczne wró­ble na chwilę przy­sia­dły z wra­że­nia, podzi­wia­jąc enter tego kie­row­ni­czego smoka. Solidny pod­bró­dek pięć­dzie­się­cio­pię­cio­latka pozwala mu na dystans do życia, pobłaż­liwe spoj­rze­nie na ludzi chud­szych o kilo­gramy, lata oraz roczne dochody. Nie boi się wyzwań, jak i jego brzuch, pod­kar­miony solid­nie hote­lową pię­cio­gwiazd­kową kuch­nią. Codzien­nie od ósmej do dzie­wią­tej ćwi­czy na siłowni, choć efekty widoczne są chyba tylko w jego gło­wie. Zamiast sta­wać się jesz­cze więk­szym moca­rzem, staje się nie­od­wra­cal­nie misia­kiem. Na­dal dra­pież­nym, choć inten­syw­nie mięk­kim.

Boy Wik­tor dra­pie się po twa­rzy. Prze­sa­dził z tym gole­niem, prze­je­chał sobie chyba dość głę­boko po naskórku, żeby wyglą­dać porząd­niej niż porząd­nie. Skóra go swę­dzi, pół litra bal­sa­mów łago­dzą­cych nie pomo­gło.

Posta­na­wia się przejść aleją od pod­jazdu do bramy wjaz­do­wej.

Oddy­cha głę­boko. Jak tu dobrze. Co za hotel. Co za miej­sce, bajka w realu, real w bajce.

Po dro­dze mija lipy, za któ­rymi roz­ciąga się park. Jest mu dobrze, coraz lepiej. Docho­dzi do końca, do samego ogro­dze­nia, gdzie nad wjaz­dem łopo­cze wielki baner, tło białe, napisy zie­lone:

WITAMY W NAJ­LEP­SZYM SPA W KRAJU

Poni­żej firma even­towa zawie­siła dodat­kowy, mniej­szy, za to bar­dziej krzy­kliwy. Tło białe, napisy czer­wone:

CHAO M?NG B?N

Wik­tor sięga do wewnętrz­nej kie­szeni służ­bo­wej mary­narki, wyj­muje smart­fon i tapuje w apli­ka­cję tłu­ma­cza, by spraw­dzić, czy napis zga­dza się z prawdą, kiedy mija go volvo, pra­wie w niego ude­rza­jąc, a przy­naj­mniej ocie­ra­jąc się o jego lewe bio­dro luster­kiem.

- Nosz, kurwo, jak jedziesz! - mru­czy pod nosem boy Wik­tor.

Nor­mal­nie by go prze­je­chało, co za menda tam pro­wa­dzi?! Ogromne, sta­ro­dawne volvo kombi, pamię­ta­jące chyba zamach na pre­miera Olofa Pal­mego, na­dal sprawne jak wykra­dziona z muzeum łódź wikin­gów. Jedzie, jedzie, aż hamuje na pod­jeź­dzie z kla­sycz­nym piskiem opon i żenu­ją­cym jękiem roz­sądku.

- Kolejni zbla­zo­wani boga­cze w pojaz­dach vin­tage, w pogoni za mod­nym relak­sem - rzuca pod nosem ciętą uwagę, pra­wie mak­symę boy Wik­tor, wra­ca­jąc do tłu­ma­cza. Nie ma sensu się awan­tu­ro­wać, wypo­mi­nać stylu nie­prze­pi­so­wej jazdy. - Bosze, nie­udacz­nicy z was, wie­cie? A się cze­kuj­cie u kon­sjerża. - Boy Wik­tor macha ręką. - Niech wam ta pipa Jarek bagaże pogubi, dobrze wam to zrobi.

Z auta, które zdaje się zaraz roz­paść, wycho­dzą nowi rezy­denci.

Pasażerki

Rezy­denci? Wno­sząc po stro­jach i syl­wet­kach, rezy­dentki.

I to jakie rezy­dentki, tego Pałac Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort, choć week­end w week­end oble­gany przez tabuny z wła­snego wyświę­ce­nia influ­en­ce­rek, tego Pałac Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort jesz­cze nie widział. Może to deli­katna prze­sada i nie­po­trzebna zło­śli­wość, nie takie zja­wi­ska się tu roz­gry­wały, nie takie per­sony obja­wiały, wystar­czy przyj­rzeć się insta­gra­mo­wemu pro­fi­lowi Pałacu, jed­nak coś w powie­trzu wisiało nad poniż­szymi hek­ta­rami, co zamiesz­ku­jące oko­licę ptaki w lot pojęły.

Pierw­sza, od strony pasa­żera, poja­wia się Ania. Blon­dynka. Ma na sobie zwiewną błę­kitną sukienkę, pod którą wytrawny pod­glą­dacz spo­koj­nie doj­rzałby naj­now­sze trendy kobie­cej bie­li­zny.

Druga, od strony kie­rowcy, wyska­kuje Dorota. Rudo­włosa. Na górze koszulka, na dole spód­nica, jakby zszyta naprędce szmi­zjerka, bez jakich­kol­wiek pod­tek­stów czy pokręt­nych sko­ja­rzeń.

Blon­dynka Ania kro­czy jakby wybieg dla mode­lek zali­czała, miziana pochleb­stwami wia­tru sukienka domaga się sfo­to­gra­fo­wa­nia z każ­dej strony, z zakry­wa­nym przez sie­bie cia­łem cen­niej­szym niż wszyst­kie kre­acje razem wzięte. Ruda Dorota krąży wokół pojazdu ener­ge­tycz­nie, ner­wowo; ma werwę, żad­nego umi­zgi­wa­nia się do kogo­kol­wiek, zwra­ca­nia na sie­bie uwagi. Co wię­cej, pró­buje stłam­sić te zapędy u Ani, która zdaje się wypa­try­wać przy­cza­jo­nych w fon­tan­nie papa­raz­zich, na pewno pły­wają tam w stro­jach płe­two­nur­ków, cze­ka­jąc na dogodny moment zaata­ko­wa­nia swo­imi tele­obiek­ty­wami, mówią jej roz­ma­rzone, wiel­kie oczy. I nie tylko one, co zauważa Dorota.

- Ej, nie bły­skaj tu cyc­kami, ej! - Dorota wydaje roz­kaz, pstry­ka­jąc ostrze­gaw­czo pal­cami. Jej kciuk i palec środ­kowy, ten od kla­sycz­nych faków, wskrze­szają oczo­jebne pio­runy, z któ­rymi nie ma żar­tów. - Pssst! Wiesz?

- Wiem. - Ania pokor­nieje.

- Słu­chaj, zapo­mnia­łaś chyba... - Dorota nie kryje iry­ta­cji.

- Nie.

- Nie? - Dorota wzdy­cha, w odpo­wie­dzi Ania, bru­tal­nie przy­wo­łana do rze­czy­wi­sto­ści, wciąga swój biust 3+, udaje się jej przy oka­zji wcią­gnąć hoj­nie nabo­tok­so­wane usta. To nie­ła­twe, uwierz­cie, wy wszyst­kie wyta­tu­owane kró­lewny, marzące o świe­cie, który celowy fejk uznaje za spon­ta­niczny real. Super­wargi kosz­to­wały kilka tysięcy. Pro­blem w tym, że przed serią zastrzy­ków były cał­kiem, cał­kiem. Teraz przy­po­mi­nają komik­sowo spa­sione opony samo­chodu spor­to­wego. Ani z tym nie­swojo, tak, prze­gięła, prze­gięła jak zde­spe­ro­wane kur­wiątko, żądne uwagi świata, roze­źlona jak kil­ku­na­stu nawa­lo­nych kiboli, że to wszystko przez sław­nego, ja-pie­przę-nie-wia­domo-dla­czego-aż-tak-sław­nego Seba­stiana Lis­sow­skiego. Jej by do szczę­ścia jakiego takiego wystar­czyły cien­kie opony kolarki, gdyż nie ma złu­dzeń, męż­czyźni z natury ni­gdy nie zaspo­koją swo­ich pra­gnień. To praw­dziwi nie­szczę­śnicy, co wcale ich nie uspra­wie­dli­wia. Kobieta potrafi bez dra­ma­ty­zo­wa­nia odsta­wić scenkę z samo­wy­star­czalną wiel­błą­dzicą przed mor­der­czym star­tem na Saharę. Męż­czy­zna zaś, cokol­wiek dla niego zro­bisz, to gdy zechce sobie pobzy­kać na boku jakąś chętną, to to zrobi i tyle; nic tego nie zmieni, łącz­nie z two­imi fan­ta­stycz­nymi ustami, ślicz­notko, napom­po­wa­nymi cyc­kami i innymi bio­lo­gicz­nymi atrak­cjami. Z jed­nym wyjąt­kiem, uważa Ania: kiedy ów homo fiu­tus ma przy­jem­ność z nią samą, Anią zja­wi­skową od małego, prak­tycz­nie od kojca. Robiła wra­że­nie nawet na paniach pedia­trach, taka ładna, taka słodka.

Ania pomimo tego uwiel­bie­nia dla sie­bie samej wie, że nie powinna teraz robić teatru. Dorota ma rację. Dorota sły­nie z wyda­wa­nia roz­ka­zów. Już w pia­skow­nicy zawia­dy­wała, do któ­rego pudełka wrzu­cać wię­cej pia­sku.

Cóż, ona, Ania z twa­rzą jak z okładki "Vogue'a" (zło­śliwcy powie­dzą: z pro­filu Por­n­Hub), poświęci się i będzie odgry­wała jakąś "Kobietę i Życie" czy coś w tym zwy­czaj­nym rodzaju. Byle nie roz­sie­wać osten­ta­cji.

Ptaszki świer­go­czą.

Pałac Ksią­żąt & Exc­lu­sive SPA Resort zachęca.

Rezy­dentki otwie­rają bagaż­nik volvo, szep­czą coś do sie­bie, prze­bie­rają w baga­żach, upcha­nych nie­chluj­nie jeden na dru­gim, torebki, torby, tor­bisz­cza, w tym jedna ogromna, praw­do­po­dob­nie mie­ści kil­ka­dzie­siąt sukie­nek, spód­nic i blu­zek. Na sto osiem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent te próżne baby będą wkła­dać co pół godziny nową, byle się tu poka­zać, skwi­to­wałby boy Wik­tor.

Dobrały się dla zmyłki? Kto wie. Trzeba to zaak­cep­to­wać jak wyż­sze ceny za wywóz nie­po­se­gre­go­wa­nych śmieci. Pose­gre­go­wa­nych zresztą też.

Ania uwo­dzi urodą. Jest, jak wspo­mniano, blon­dynką, taką z mitów nor­dyc­kich lub pro­gre­syw­nych fil­mów dla doro­słych. Włosy, o la, la, nor­mal­nie roz­be­stwione kur­czaczki na impre­zie rave, rażą jak pro­mie­nie popo­łu­dnio­wego słońca, któ­remu marzą się śre­dnio­wieczne tor­tury na skó­rze roz­ne­gli­żo­wa­nych pla­żo­wi­czów. Ania, gdyby osa­dzić ją na osi czasu, raz baluje ze sto­krot­kowo-mlecz­nym wian­kiem na wło­sach pod­czas sło­wiań­skiego Dnia Kupały, raz sza­leje pod­czas nor­dyc­kiego Mid­som­mar. Ania skwier­czy od nad­miaru urody. Tej natu­ral­nej i tej chi­rur­gią pla­styczną pod­ra­so­wa­nej. To wcale nie jest takie dobre. Kiedy za bar­dzo się wyróż­niasz, wielu usi­łuje wyko­rzy­stać cię na różne spo­soby. Ani włosy się­gają do połowy ple­ców, roz­pusz­czone swa­wol­nie jak infla­cyjne ceny na rynku. Ania nie może więc być uła­go­dzoną misią, która prze­strzega ter­mi­nów. Ania musi się spóź­nić, bo tak ma. Ania stwo­rzona jest do roz­py­cha­nia się wszyst­kim, co w niej atrak­cyjne, bo tak ma. I ma gdzieś księ­gowe tego świata, nie dla niej moral­ność tabe­lek, biu­re­czek i gar­so­nek.

Dorota uwo­dzi postawą, co nie zna­czy, że nie przy­ciąga tak zwaną buzią. Dorota jest ruda kon­se­kwent­nie od pierw­szego dnia, kiedy poja­wiła się mię­dzy udami wrzesz­czą­cej rodzi­cielki. Położna aż pod­sko­czyła z wra­że­nia, ni­gdy jesz­cze nie widziała takiego pło­myka na gło­wie ose­ska. Jej mama podobna, star­sza kopia, włosy czy­ste pło­mie­nie, a pod­czas porodu, o Boże, o Bosze, pie­kielne pło­mie­nie. Dorota na dokładkę zain­fe­ko­wana jest set­kami pie­gów. Piegi oku­pują jej nos i czoło, skro­nie. Docho­dzą do uszu. Dorota ich nie­na­wi­dzi. Odbie­rają jej służ­bową powagę. Na wąt­pliwe pocie­sze­nie podo­bają się innym, kobie­tom i męż­czy­znom, nawet dzieci nie pozo­stają obo­jętne. Dorota wcale się z tego nie cie­szy. Opa­lać się nie może, nawet kro­pelki potu parzą, jakby roz­grzano je do stu stopni Cel­sju­sza. Dorota to rudzie­lec jakich mało, tylko w Szko­cji roz­pły­nę­łaby się pośród sobie podob­nych. Aż strach się do niej zbli­żyć, jesz­cze to lśnie­nie przej­dzie na cie­bie, w gło­wie ci pomie­sza. Dorota usi­łuje pomniej­szyć inten­syw­ność swo­jej zachłan­nej rudo­ści, ścina włosy do gór­nych kra­wę­dzi uszu, a że są gęste, jej aktu­alny fryz przy­po­mina jeden wielki mie­dziany kask, pod któ­rym Dorota miota się na prawo i lewo niczym tak zwana przez men­tal­nych pro­sta­ków męska les­bijka. Którą jak na złość nie jest. A nie­kiedy chcia­łaby; męż­czyzn czę­sto ma dość, choć na co dzień wzglę­dem nich jest na sze­roko roz­sta­wione och tak!

Kokota (Ania)

Tak, nie da się ukryć, Ania jest prze­śliczna. Można by tak do znu­dze­nia opi­sy­wać wszyst­kie jej atry­buty. By roz­pły­nąć się w końcu w bez­mia­rze lite­rac­kiego kiczu. Więc zmie­niamy track na bar­dziej ade­kwatny do tej nar­ra­cji. Ania bywa wredna, ego­tyczna i zako­chana w sobie jak sto księż­ni­czek na ziarnku gro­chu. Co by­naj­mniej nie prze­są­dza, że należy do słod­kich idio­tek. Wręcz prze­ciw­nie. Z bie­giem czasu nauczyła się, że choć pięk­nych trak­tują lepiej, to tak naprawdę gorzej. Byle przy­szpi­lić, aby się im w atrak­cyj­nych dupach nie poprzew­ra­cało.

Ania od małego zdo­bywa wszyst­kich swoim uro­kiem oso­bi­stym przy­pie­czę­to­wa­nym miłą oku twa­rzyczką. Spłaca za to ogromne raty.

Przed­szkole, Ania, wła­ści­wie Anka, latek cztery, bawi się lalką, inte­rak­tyw­nym hitem na miarę wcze­snych lat dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku, o który wal­czyły despe­racko wszyst­kie dziew­czynki, a i paru chłop­ców przy­łą­czyło się do tej gen­de­ro­wej kon­ku­ren­cji. Nagle cień pada na Ankę, zło­wrogi cień, który rzuca ogromna Zuzia, córka dwu­me­tro­wego kul­tu­ry­sty i sze­fo­wej restau­ra­cji Pod Tłu­stym Kogu­tem, o roz­mia­rze czter­dzie­ści cztery zarówno stopy, jak i krą­gło­ści. Zuzia, choć w tym samym wieku, co Anka, to o głowę od niej wyż­sza, jest groź­nym szczy­lem. Wyrywa lalkę Ance i już ma przy­tu­lić do sie­bie, kiedy para­li­żuje ją spoj­rze­nie Anki. Tak znie­nacka. Anki, która robi memowe oczy kota ze Shreka, choć jesz­cze wtedy dzie­liło ich kilka dobrych lat do pre­miery. Zuzia po raz pierw­szy w życiu czuje się obez­wład­niona pięk­nem innego czło­wieczka. Oczy Anki szklą się natu­ralną życz­li­wo­ścią. Mówią: Spójrz na mnie, nie widzisz, kim jestem? Jestem tym wszyst­kim nie­sa­mo­wi­tym, czym ty ni­gdy nie będziesz, wielka Zuzo, bo na pewno nie Zuziu. Dla­tego ciesz się tą chwilą, w któ­rej obda­rzam cię swoim spoj­rze­niem, wielka Zuzo. Oczy Anki obej­mują zesztyw­niałą Zuzię wszech­wład­nym dobrem. Nie­pro­szona o odda­nie inte­rak­tyw­nej lalki, Zuzia oddaje ją dobro­wol­nie i jesz­cze głasz­cze Ankę po jej cytry­no­wych wło­sach. Wymie­niają się uśmie­chami. Roz­ko­ja­rzona Zuzia wraca do swo­jego świata prze­mocy, w któ­rym po kil­ku­na­stu sekun­dach wyrywa misia innej dziew­czynce, a kiedy ta śmie zapła­kać, dostaje od Zuzi w poli­czek.

Inna scena, kil­ka­na­ście lat póź­niej. Kolejka do kasy. Ania się spie­szy. Wykrzy­wia zja­wi­skową buźkę, dodaje: "Brzuch mnie boli", wszy­scy zgod­nie ją prze­pusz­czają, nie­któ­rzy myślą, że może ta dwu­dzie­sto­kil­ku­latka jest w ciąży, nie­któ­rzy ule­gają jej obez­wład­nia­ją­cemu spoj­rze­niu.

Na pewno ulega mu jeden z naj­krwaw­szych wykła­dow­ców na uni­wer­sy­te­cie. Sesja, pro­fe­sor oprawca masa­kruje kolej­nych stu­den­tów. Mało kto zdaje, a jak zdaje, to ze stop­niem mizer­nym, uszczu­pla­ją­cym wszel­kie szanse na sty­pen­dium. Pro­fe­sor oprawca nie­na­wi­dzi swo­jej pracy, pół­tora roku temu miał zostać mini­strem edu­ka­cji, jed­nak wygryzł go bar­dziej cwany ugo­do­wiec. Pro­fe­sor oprawca ma dosyć uże­ra­nia się ze stu­den­tami. Poza tym zasłu­guje na rzą­dowe sta­no­wi­sko, co pod­kre­śla jego sze­roki doro­bek i bez­kom­pro­mi­sowa cha­ry­zma. Nie­stety, w świe­cie stu­den­tów zwą go Robe­spierre'em i ta zła fama przy­czy­niła się do utrą­ce­nia jego kan­dy­da­tury na pre­sti­żowe sta­no­wi­sko, pre­mier wyobra­ził sobie, że taki pro­fe­sor w końcu dobie­rze się do niego samego, skoro tak łatwo gilo­ty­nuje młod­szą brać. W tych strasz­nych oko­licz­no­ściach kolej na Anię. Przed nią z salki egza­mi­na­cyj­nej wycho­dzi zapła­kana stu­dentka, "Oblał?", pytają nie­po­trzeb­nie inni nie­szczę­śnicy. Wycie dziew­czyny potwier­dza oczy­wi­ste pyta­nie. Prze­ra­żona Ania o twa­rzy w kolo­rze mąki pszen­nej zamyka drzwi. Stu­denci, pełni Scha­den­freude, cze­kają na jej powrót. Nie­któ­rzy pozwa­lają sobie na docinki typu: "Po co takiej dupie stu­dia?", "Dokład­nie, i tak będzie utrzy­manką". Mijają minuty. Ania wycho­dzi. Cała roz­pro­mie­niona. Stu­denci patrzą na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo. "Zali­czone" - infor­muje przy­szłych pra­cow­ni­ków agen­cji public rela­tions. Napię­cie opada, wszy­scy roz­cza­ro­wani. W tle docinki, "Chyba zali­czona", i zadzi­wia­jąco łagodne "Co za kokota!".

Kokota. Czy­taj: kur­wota.

Kokota, mier­nota. Klą­twa działa, cokol­wiek tam za zamknię­tymi drzwiami się stało lub nie.

Ania zaczyna swoją pierw­szą pracę, bez sen­sa­cji, w agen­cji public rela­tions. Już pierw­szego dnia sfory męż­czyzn nie dają jej spo­koju, przy­po­mi­nają sek­su­al­nie nie­wy­żyte zom­biaki, każdy chce się z nią umó­wić, łącz­nie z sze­fem. Po mie­siącu Ania wyla­tuje, rze­komo z powodu nie­wy­wią­zy­wa­nia się z obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Do któ­rych, jak łatwo się domy­ślić, miały dojść sesje intymne w wyna­ję­tych na koszt firmy poko­jach hote­lo­wych.

I tak za każ­dym razem. Ledwo gdzieś się zaha­czyła, zaraz pro­blemy, nachalne zaloty, próby wymu­sze­nia spo­tkań. Hete­ro­nor­ma­tywny świat pro­po­zy­cji i kom­ple­men­tów, które z zasady ucho­dzą na sucho ich auto­rom. Ania na złość wszyst­kim nabrzmia­łym kuta­fo­nom pozo­sta­wała wtedy wierna swo­jemu chło­pa­kowi, jakie­muś tam Jar­kowi czy Jac­kowi. Który i tak tego nie doce­niał, pewny, że po prze­ku­pie­niu jej ser­duszka pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym ma na wła­sność Afro­dytę, więc dla uroz­ma­ice­nia może ją sobie zdra­dzać z mniej upo­sa­żo­nymi bogi­niami. Za to nie tak roz­wy­drzo­nymi.

Urok oso­bi­sty Ani na­dal działa. Bez pracy, bez pie­nię­dzy, za to z wsa­dem wła­snym zapra­szana jest na wszel­kie zna­czące eventy, wia­domo, bły­sko­tek ni­gdy za wiele. Ania czuje, że nie­uchron­nie zbliża się do jądra despe­ra­cji, że jeśli to nie zadziała, zazgrzyta zębami i "pokaże cycki", pró­bu­jąc zostać gwiazdą uni­wer­sum social mediów. Prze­raża ją jed­nak defi­ni­tywne zaszu­flad­ko­wa­nie, raz się obna­żysz, obna­żysz się na zawsze.

Na jed­nej z imprez w aktu­al­nie topo­wym klu­bie Ania, zmę­czona cią­głymi zaczep­kami, "Czy my się nie znamy, jesteś taka łał, może się spo­tkamy po tym wszyst­kim, co?", idzie do baru, drinki się jej dwoją, lecz jesz­cze nie troją, uczci­wie ma ochotę na wię­cej, by bez skru­pu­łów dać się nieść występ­nej nocy. Mniej wię­cej z pro­cen­tem i pół we krwi widzi jakieś zamie­sza­nie przy nale­wa­kach, bywalcy zacze­piają kogoś zna­nego, widocz­nie bar­dzo zna­nego, pra­wie każdy wyj­muje smart­fon i usi­łuje zro­bić sobie z tym kimś sel­fie. Tłum nie­sie Anię w stronę sławy. Nie ma mowy o zacho­wa­niu spo­łecz­nego dystansu, izo­la­cji, raz się żyje, obwiesz­cza chó­ral­nie tłum w swoim zachwy­cie nad obiek­tem tego zachwytu. Kil­ka­na­ście minut temu w dam­skiej toa­le­cie Ania sko­rzy­stała skwa­pli­wie z pro­po­zy­cji jakiejś roz­go­rącz­ko­wa­nej laski, "Chcesz niu­cha?", "Czemu nie". Koka nie­sa­mo­wi­cie ją odprę­żyła i roz­prę­żyła. Teraz jest jej cudow­nie wszystko jedno. Roz­po­znaje go, ten obiekt chęci dotknię­cia, zro­bie­nia z nim sel­fie, to cele­bryta-aktor, jako aktor na razie począt­ku­jący, dwie rólki, pięć dia­lo­gów w zna­nych spo­tach rekla­mo­wych, ogól­nie bez szału, jako cele­bryta - zaawan­so­wany w byciu zna­nym, influ­en­cer, tik­to­ker. Przede wszyst­kim tik­to­ker, z sar­ka­stycz­nymi odzyw­kami w tych swo­ich fil­mi­kach i innych uplo­adach. Kil­ka­dzie­siąt arty­ku­łów w głów­nych ser­wi­sach plot­kar­skich, kil­ka­dzie­siąt tysięcy komen­ta­rzy, to jego bilans bycia kimś wię­cej niż zwy­czajny śmier­tel­nik, co umrze jak szara myszka. Oczy boskiego celeba tra­fiają na oczy nie­zna­jo­mej. Pora­żone natych­miast tym czymś, co u Ani natu­ralne i zachłanne.

Na drugi dzień pudelki pełne są pew­nych swego domnie­mań: Kim jest nowa wybranka Seba­stiana Lis­sow­skiego (34 l.)? Nie mija mie­siąc, pudelki żerują na foto­gra­fiach zarę­czyn Seba­stiana z Anią (29 l.?). Przed­sta­wiana jako pra­cow­nica branży pia­rowo-even­to­wej (prawda), maskotka począt­ku­ją­cego aktora i tik­to­kera (28 963 ośmio­se­kun­dowce, skoń­czysz czy­tać ten aka­pit, nabije do 28 998). Tylko bez tej maskotki pro­szę. Seba­stian Lis­sow­ski nie może się uwol­nić od "napier­da­la­ją­cej sławy", jak ją okre­śla, sławy mają­cej początki w jego wcze­śniej­szej youtube'owej dzia­łal­no­ści, gdzie paro­dio­wał w nie­co­dzien­nych sytu­acjach innych zna­nych, po czym zwin­nie, choć już jako senior w tej branży, prze­szedł na rela­cje na Insta i Tik­Toku, tam dopiero namie­szał swoim pur­non­sen­so­wym poczu­ciem humoru. Zasły­nął gdzieś na mar­gi­ne­sie akcji cha­ry­ta­tyw­nej na rzecz zubo­ża­łych rodzin "covidowców19". Seba­stian, kame­leon prze­bie­ra­nia się i naśla­do­wa­nia, nie­co­dzienny talent poka­zu­jący w krzy­wym zwier­cia­dle inne talenty. Do tego z ser­cem, co szcze­gól­nie Tik­Tok zal­go­ryt­mo­wał na pozy­cjach jeden, dwa, trzy, ni­gdy cztery - za każ­dym Seba­stiana nowym fil­mi­kiem.

W oddali medial­nej zawistni byli stu­denci trium­fują, jak to traf­nie pod­su­mo­wali Ani przy­szłe życie.

Interwencyjna (Dorota)

Życie Doroty do łatwych nie należy. Ani w prze­szło­ści, ani obec­nie.

Ten sam dzie­się­cio­pię­trowy blok. Na pię­trze dru­gim rodzina Ani, na pią­tym Doroty. Ojciec Doroty pra­co­wał w zakła­dzie oczysz­cza­nia mia­sta. Zmarło mu się w ramach nie­od­wra­cal­nych powi­kłań wątroby na... jede­na­ście mie­sięcy przed jej naro­dze­niem. Więc sprawę poczę­cia ewi­dent­nie musiał prze­jąć ktoś inny. Matka Doroty utrzy­my­wała twardo, że córeczka jest pogro­bow­cem. Sąsie­dzi przy­ta­ki­wali, pew­nie, o tak, tak, któ­rejś nocy Fra­nek powstał z grobu i ostatni raz posta­no­wił roz­grzać mał­żeń­skie łoże. Dys­kret­nie tę uwagę pozo­sta­wiali dla sie­bie.

Co do roz­grze­wa­nia łoża. W pakie­cie z cał­kiem intry­gu­jącą fizycz­nie mamą robili to póź­niej różni wuj­ko­wie, młodsi, starsi, śred­nio co kwar­tał nowy. Z każ­dym było coś nie tak. Zazwy­czaj męż­czyźni po przej­ściach, takich dosłow­nych i meta­fo­rycz­nych. Prak­tycz­nie co dru­giego dotknął tak zwany smutny los. Nie­któ­rych roz­je­chał. Jak obli­czyła już doro­sła Dorota, na dwu­dzie­stu ośmiu kon­ku­ben­tów mamy ponad połowa wyka­zy­wała nie­zdrowe zain­te­re­so­wa­nie jej zja­wi­skową córeczką, jej "rudo­ścią"; roz­czu­lali się pie­gami, gła­skali po główce.

Żeby tylko.

Matka pod­upa­dała coraz bar­dziej na zdro­wiu. Praca w szkol­nej sto­łówce nie słu­żyła jej na dłuż­szą metę i depre­syjną setę plus sal­ce­son czy inną formę prze­two­rzo­nej fauny. Pot, tłuszcz i niska płaca pod­ko­py­wały jej pew­ność sie­bie. Co z tego, że obiady Dorotka miała za darmo, jak razem z nimi dosta­wała na deser mami­nych pato­kon­ku­ben­tów. Scenki ukła­dają się w repor­taż inter­wen­cyjny, w któ­rym zabra­kło poli­cji, więc Dorotka musiała radzić sobie sama.

Więc radziła.

Matka aku­rat w szpi­talu, jakieś tam kobiece sprawy. Nie­prawda. Dzie­wiąta z kolei abor­cja, bo piguły czy spi­rale to skom­pli­ko­wana sprawa, więc nic z tego, zło­rze­czyła matka na szpi­tal­nym łożu. Dorotka w miesz­ka­niu. Z wuj­kiem numer szes­na­ście. Dorotka się kąpie. Wybija godzina prze­zna­cze­nia. Wujek numer szes­na­ście wcho­dzi do łazienki, Dorotka zapo­mniała zamknąć drzwi, brała prysz­nic w wan­nie, naga, bez­bronna. Kuca momen­tal­nie, zakry­wa­jąc swoje dziew­częce łono, wujek uśmie­cha się do niej, Dorotka ma już krzyk­nąć, kiedy męż­czy­zna odwraca się w stronę muszli klo­ze­to­wej i bez zaże­no­wa­nia opróż­nia pęcherz po ostat­nim sze­ścio­paku. Długo sika. Roz­dy­go­tana ze wstydu i stra­chu dziew­czynka szy­kuje się na alar­mowy krzyk, zimno jej w tej wan­nie, naj­chęt­niej by się pod­to­piła. Wujek zapo­mina spu­ścić wodę, wali klapą (wtedy sedesy z wol­no­opa­da­jącą były rary­ta­sem jak pierw­sze komórki), beka­jąc prza­śnymi seriami z prze­pi­tej gar­dzieli wycho­dzi chwiej­nym kro­kiem z łazienki, o Jezu­sku, dzięki ci, świer­go­cze Dorotka. Wizja dobra­nia się do kolej­nego sze­ścio­paku jest dla wujka numer szes­na­ście bar­dziej kusząca niż wizja dobra­nia się do sze­ścio­latki.

Wujek numer dwa­dzie­ścia był bar­dziej zde­cy­do­wany. Udało mu się raz wło­żyć Dorotce palec, nie za głę­boko, ale jed­nak. Co jego, to jego. Wyko­rzy­stał jej cho­robę, gorącz­ko­wała, powie­dział, że postawi jej bańki, na osob­no­ści, i wtedy to się stało. Dorotka wydała z sie­bie pisk, prze­wró­ciła się na plecy, bańki pospa­dały na łóżko i pod­łogę, wuj­kowy palec wyśli­zgnął się siłą rze­czy z miej­sca mole­sto­wa­nego, mała otwo­rzyła buźkę, lecz nie krzyk­nęła, pod­nio­sła się i chap­nęła męż­czy­znę w pła­tek lewego ucha; tak, ugry­zła szu­brawca z całych sił jak mło­dziutki zom­bia­czek. "Ty mała kurwo!", zdą­żył krzyk­nąć, po czym uciekł raz na zawsze z miesz­ka­nia.

Ostatni kon­ku­bent matki osza­lał na punk­cie wów­czas dwu­na­sto­let­niej Dorotki. Zapo­wia­dała się z niej taka Lolita, że pac­nij, lite­ra­turo! Ale w wer­sji patolo. Nie dawał jej spo­koju ten wujo, cią­gle robił umi­zgi.

"Wiesz, ona sama mnie kusi, ta twoja córka to mała dia­blica", uspra­wie­dli­wiał się przed swoją roz­ko­ja­rzoną kon­ku­biną, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że prze­cho­dziła meno­pauzę i miała swoje humory, które, jak twier­dził, "nie pozwa­lały mu być stu­pro­cen­to­wym męż­czy­zną".

To był mistrz psy­cho­lo­gicz­nej roz­grywki i nie­wiele go dzie­liło od legal­nego, nor­mal­nie na oczach matki, roz­dzie­wi­cze­nia jej córki. Nale­żał do pedo­fi­lów-węd­ka­rzy, któ­rzy potra­fią zarzu­cić wędkę i cier­pli­wie cze­kać na oka­zję.

Późna let­nia noc, bezec­nik palił papie­rosa na bal­ko­nie, który trudno było nazwać bal­ko­nem, Dorotka nazy­wała go kuwetą dla pala­czy, sze­roki na dwie stopy do przodu, długi na dzie­sięć, naj­wy­żej dwa­na­ście.

Męż­czy­zna spo­glą­dał na księ­życ w pełni. Knuł plan, jak tu za parę godzin wydo­stać się z łoża cho­ro­wi­tej kon­ku­biny i bez­sze­lest­nie dobrać się do małej rudej. Czuł, że nad­szedł dzień zasłu­żo­nego połowu. Przy­po­mniał sobie, że zostało mu jesz­cze tro­chę tego magicz­nego środka, który nazy­wają pigułką gwałtu. Zacią­gnął się z przy­jem­no­ścią, tak, to jest jego metoda na młodą rybkę Dorotkę. Zrobi star­szej babie, jej mamie, her­batkę, dosy­pie pro­chy, kobita będzie spała jak kom­pa­nia karna po całym dniu harówy w kamie­nio­ło­mach. Ruda niu­nia może sta­wić opór, lecz on zna patenty na okieł­zna­nie tego kur­czaczka. Ech, będzie się działo, tego był pewny. Zaczął prze­cią­gać się nad balu­stradą. Cisnął petem w ciemną noc. Czuł się jak mar­cowy kot. Musi przy­go­to­wać mię­śnie na nocne wyzwa­nia. Bicepsy mają dzia­łać bez uste­rek, kiedy w razie czego zasłoni gów­nia­rze ryja, by się nie darła, jak jej wsa­dzi. O, jak jej wsa­dzi, do kresu jej mło­dej cipki. Aż go zate­le­pało z pod­nie­ce­nia.

Nagle ze śmia­łych marzeń wyrwało go "Hu-hu!". Odru­chowo pod­sko­czył ze stra­chu. Dorotka szybko wró­ciła do swo­jego poko­iku. Na drugi dzień wujka już nie było.

I żad­nego ni­gdy wię­cej.

Oca­lała.

Mijają lata. Dorota przy­kłada coraz więk­szą wagę do tego, by wszystko było w porządku.

Żad­nych uchy­bień od prawa. Przy­naj­mniej wokół niej.

Idzie do poli­cji. Jedni zostają stró­żami prawa, bo nie mają innego spo­sobu na życie, a sporo przy­zwo­ito­ści, którą chcą uczci­wie zmo­ne­ty­zo­wać. Dru­dzy czę­sto wybie­rają poli­cję za prze­szłe prze­winy, w ramach wyrzu­tów sumie­nia i moral­nej rekom­pen­saty. Dorota nie wie, która opcja pasuje do niej naj­bar­dziej.

Dla­tego szybko zostaje poli­cjan­tem ide­al­nym.

Jeden z pierw­szych patroli. Pędzi mistrz kie­row­nicy, prze­kra­cza pręd­kość o dwie­ście pro­cent. Dorota pod­cho­dzi do jego spor­to­wego samo­chodu. Mistrz łaska­wie opusz­cza szybę. Uka­zuje swoje obli­cze mło­dego, wylu­zo­wa­nego boga­cza. Na końcu języka ma utartą frazę: "Prze­cież to auto­strada, ponio­sło mnie, ale wyprze­dzam zgod­nie z prze­pi­sami". Chciałby przy oka­zji dodać: "Co wy tu robi­cie, psy? Spie­przaj­cie na drogi pod­po­rząd­ko­wane!". Dorota zdaje się go nie słu­chać. Wysta­wia man­dat. Młody, wylu­zo­wany bogacz, może aktor, może dzie­dzic for­tuny, opo­nuje. Wycho­dzi, zaczyna gesty­ku­lo­wać jak ste­reo­ty­powy Włoch, dmu­cha na chama poli­cjantce w twarz. Wydaje mu się taka nie­rze­czy­wi­sta, ruda jak z jakiejś bajki, a nie patrolu poli­cji. Alko­mat. Trzeźwy jak świ­nia, a mimo to świ­nia. Młody, wylu­zo­wany bogacz beka jej pro­sto w twarz. Dorota czuje odór jakie­goś wysu­bli­mo­wa­nego dania, bo jak­żeby innego przy docho­dach tego gnojka, jed­nak bar­dzo cierp­kiego. W odpo­wie­dzi sięga do kabury, "Na zie­mię! Ręce za głowę!". Młody, już niewylu­zo­wany bogacz wyko­nuje pole­ce­nie. Jest prze­ra­żony. Zaczyna dygo­tać, jakby zaczy­nała mu się padaczka. Wyce­lo­wany w niego pisto­let zdaje się gotowy do odpa­le­nia. Kie­rowca jęczy i błaga o zmi­ło­wa­nie. Pła­cze. Sika pod sie­bie. Traci prawo jazdy na kilka lat, koń­czy z wyro­kiem za naru­sze­nie nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej poli­cjanta. Dorota jest nie­prze­jed­nana, prawo jest po jej stro­nie.

Co wcale nie podoba się jej prze­ło­żo­nym. Ma ksywę Ruda Suka, nic na to nie pora­dzi. Nikt nie śmie wypo­wie­dzieć tego w jej pobliżu. Jedni ją lubią, dru­dzy jej nie zno­szą. Dorota na wszyst­kie spo­soby pró­buje osła­bić swoją "rudość". Naj­pierw zwią­zuje włosy, w końcu zaczyna je pod­ci­nać, nosi fryz chłop­czycy, męczą ją pyta­niami, czy nie jest lesbą, nie, nie jestem, musi się tłu­ma­czyć, szału dostaje, o far­bo­wa­niu nie ma mowy, za dużo pie­gów, wyglą­da­łaby jak strach na wró­ble uda­jący czło­wieka - wma­wia sobie, nie do końca prze­ko­nana o słusz­no­ści tego porów­na­nia.

Ale w ogól­nym roz­li­cze­niu jest nie tyle ile dobrą poli­cjantką, co coraz lep­szą. Nie inte­re­sują jej żadne awanse, uwiel­bia być na pierw­szej linii, inter­wen­cje, sta­no­wie­nie prawa i porządku w wer­sji nama­cal­nej, patrole, pościgi, man­daty, tysiące man­da­tów. W tym znaj­duje sens swo­jej pracy. Tu się speł­nia. Karać tych, któ­rzy ewi­dent­nie na to zasłu­żyli.

Nie speł­nia się za to na polu pry­wat­nym. Wszyst­kie związki jak klocki domino legły dotąd jeden na dru­gim. Na por­ta­lach rand­ko­wych, jesz­cze przed Tin­de­rem, trwała regu­larna wojna o jej względy. Każde odświe­że­nie pro­filu skut­ko­wało set­kami pro­po­zy­cji. Co z tego, skoro już po pierw­szej randce, kiedy tylko typ dowia­dy­wał się, że sie­dzi przed nim poli­cjantka, i to taka z patrolu inter­wen­cyj­nego 24 h, nie żadna tam z admi­ni­stra­cji, co wraca do domu po szes­na­stej, zaraz uda­wał nie­wi­niątko i zni­kał, albo po kola­cji, albo po pierw­szym i ostat­nim sto­sunku. Zda­rzało się czę­sto Doro­cie, że przy­ła­py­wała póź­niej nie­do­szłych narze­czo­nych za kół­kiem, wtedy dosta­wali zasłu­żony mak­sy­mal­nie man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści, paru skoń­czyło w aresz­cie przez pro­centy, a gdy pysko­wali, za naru­sze­nie nie­ty­kal­no­ści.

Tak że tak, z Dorotą nie było żar­tów, jeśli cho­dzi o kodeks wykro­czeń i wszelki inny kodeks.

Aż w końcu, jak to bywa, sama pod­pa­dła pod para­graf.

No, może bar­dziej kodeksu etycz­nego.

Kiedy Ania poznała słyn­nego Seba­stiana, jej przy­ja­ciółka Dorota uwi­kłała się w romans z innym poli­cjan­tem, z tych, któ­rzy zawsze ją lubili i ni­gdy nie nazwali Rudą Suką. Mirek wpadł jej z wza­jem­no­ścią w oko na szko­le­niu strze­lec­kim. Daleko od mia­sta, w jed­nym z mazur­skich ośrod­ków poli­cji. Nikogo nie dzi­wiło, że Ruda Suka jak jakiś auto­mat tra­fia w dzie­siątkę, faceci czuli wręcz respekt i prze­ra­że­nie, że ma tak dosko­nałe oko. Ich "honor" ura­to­wał Mirek, który w osta­tecz­nym pod­su­mo­wa­niu cel­nych strza­łów o dwa punkty wyprze­dził Rudą Sukę. Po wszyst­kim pod­czas zie­lo­nej nocy było ostre picie, były ostre żarty, trzy­dzie­stu chłopa, dzie­więt­na­ście kobiet, testo­ste­ron walił gdzie popad­nie z mocą Nia­gary, prze­ko­ma­rzanki, toa­sty, potem poważne pijac­kie roz­mowy przy ogni­sku, a potem, kto się dobrał w pary lub trój­kąty, nastą­piło to i owo w poko­jach ośrodka, jesz­cze przed lock­dow­nem numer trzy. Mirek i Dorota bez­sprzecz­nie też wpa­dli sobie w oko, wymie­rzyli w sie­bie i tra­fili, bar­dzo tra­fili.

Na drugi dzień Mirek powie­dział, pra­wie pła­cząc w koł­drę, którą zdarł z uda pół­śnią­cej, szczę­śli­wej jak ni­gdy Doroty:

- Wiesz, mam żonę, sie­dem lat jeste­śmy, ja jej już nie kocham, ona nauczy­cielka, wraca do domu, mnie nie ma, ona jest, ona chce dziecka, robi wszystko, by mnie usi­dlić, wiesz, ja jej nie tykam, muszę to zakoń­czyć, zwłasz­cza teraz, lepiej szyb­ciej, bo potem puści mnie w skar­pet­kach, ta, prę­dzej na bosaka.

W odpo­wie­dzi dostał od Doroty w poli­czek.

Przez kolejne mie­siące, aż pra­wie do teraz, spo­ra­dycz­nie ze sobą sypiają. Ale sypiają. Dorotę gryzą roz­terki, moral­niaki gor­sze niż wszyst­kie okresy razem wzięte, jakoś tak, sama już nie wie. Co z tego, skoro wystar­czy, że zoba­czy Mirka i zaraz jakoś tak mięk­nie, cała jej bojo­wość siada, ma ochotę usiąść na nim i ruszać bio­drami do samego doj­ścia. Cierpi. Wierzga. Dla­czego cudzy mężo­wie tak czę­sto oka­zują się naszymi męż­czy­znami życia, pyta co rusz nie­wi­dzial­nego psy­cho­te­ra­peutę. Usta­lają gra­fik spo­tkań na pod­sta­wie gra­fika służ­bo­wych dyżu­rów. Stop­niowo Dorota coraz bar­dziej ma dosyć swo­jego romansu, Mirek coraz bar­dziej się anga­żuje. Ona się odko­chuje, on się zako­chuje. Świa­domy, że ona jest wolna, on nie. On obie­cuje, że będzie. Ona nie wie­rzy. To wie­rzy. To znów nie.

Zorien­to­wała się, że choć pra­gnie go fizycz­nie, tak na zabój, to gdy widzi go służ­bowo, ma ochotę zapo­mnieć o nim i zło­żyć dymi­sję. Nie tak miało być po tych wszyst­kich wuj­kach, by ucie­kać od męż­czyzn i w efek­cie pako­wać się w tok­syczne związki, mamić się, że kolejne kłam­stwa wresz­cie zamie­nią się w prawdę.

Mirek bok­suje się z żoną, roz­waża kolejne kroki, jak odejść od niej. A może Mirek lgnie do żony. Kom­bi­nuje, jak sprze­dać swoje szczę­ście jako nieszczę­ście. Byle dzięki temu, na boku, pod­kar­miać tymi ście­mami atrak­cyjną, mało powie­dziane, rakietę kochankę. Doro­cie prze­cho­dzi ochota na bawie­nie się w detek­tywa. Dorota chce słu­żyć prawu, czy dla satys­fak­cji, czy dla zadość­uczy­nie­nia, bez kom­pli­ka­cji w miej­scu zwa­nym przez nią wszech­pie­prz­nie łóż­kiem. Spa­daj­cie wszy­scy kom­bi­na­to­rzy, żon­ko­sie, inni tacy, chce zawyć.

Ukryta (Jaga)

Zawyć chce, i to jak, Jaga. Zaraz nie wytrzyma. Co z nimi, laski pomarły czy co? Jeśli się nie ogarną, będzie po niej. Tu, w tej wiel­kiej tor­bie, w któ­rej się uło­żyła, kuląc się jak gril­lo­wana kre­wetka.

Ania i Dorota prze­rzu­cają swoje manatki na wózek do bagażu. Przy­tasz­czył im go jakiś chły­stek z obsługi, ina­czej okre­ślić go nie można, chło­pacz­ko­waty koleś ze służ­bową pla­kietką na lewej piersi, śla­ma­zarny w ruchach, pew­nie i w myśle­niu. Chciał pomóc, zawieźć do apar­ta­mentu.

- Pora­dzimy sobie, dzięki - Dorota powie­działa to tak, że męż­czy­zna pra­wie zasa­lu­to­wał, odwró­cił się i poszedł do swo­ich spraw.

Jako pierw­sza ląduje na wózku torba, w któ­rej ukryta jest Jaga. Zamiast fata­łasz­ków. Czuje się jed­nak jak jakaś szmata.

Narze­czona cele­bryty Ania i poli­cjantka Dorota prze­my­cają Jagę. Nie mają wyj­ścia, jeśli chcą spę­dzić czas wspól­nie, cie­szyć się po równi wszyst­kim, co na nie czeka. A czeka podobno wiele.

Jaga nie może uwie­rzyć, że dała się wcią­gnąć w tę wąt­pliwą zabawę. Jest jak prze­my­cana koka. Jak piąte, ba, siódme koło u wozu. Jak nikt, taki zupeł­nie nikt. Tylko dla­tego, że dziew­czyny ubz­du­rały sobie:

- Mamy pakiet full SPA all inc­lu­sive dla DWOJGA w apar­ta­men­cie Wiel­kiego Księ­cia, dopłata nie wcho­dzi w rachubę, to voucher, apar­ta­ment nie jest wynaj­mo­wany... zwy­kłym ludziom, wierz, nie wierz, więc musisz się w to jakoś wpa­so­wać, Jaga. Chyba nie odmó­wisz?

Nor­mal­nie dopła­ci­łaby za pokój obok, jakiś unte­ra­par­ta­ment, z lodówą, lecz bez pro­secco. Nor­mal­nie wszystko by było ina­czej. Ale nie mogło przez ostat­nie oko­licz­no­ści.

A tych się nazbie­rało, cho­lera, nazbie­rało, pod­su­mo­wuje z rzadką u sie­bie pokorą Jaga, zaczer­pu­jąc ochłap świe­żego powie­trza przez lukę w nie­do­mknię­tym zamku torby. O, gdy się tylko wydo­sta­nie, o, gdy się tylko wydo­sta­nie, zaraz komuś zaje­bie, tak zaje­bie, że nor­mal­nie masa­kra.

Jaga pocho­dzi, jeśli można tak to loka­li­za­cyj­nie pod­su­mo­wać, z pię­tra dzie­wią­tego tego samego bloku, gdzie na samym dole Ania, wyżej Dorota, ona zaś naj­wy­żej. Jej mama, dla prze­ciw­wagi niziutka, bar­dziej do par­teru pasu­jąca, to i jej, Jadze, nie­wiele się cen­ty­me­trów w pakie­cie na doro­słe życie dostało. Wyro­sła na miarę swo­ich skrom­nych moż­li­wo­ści. Nie­wy­soka (nawet jak na kobietę, bre­dzą męż­czyźni o kar­lich mózgach), za to z ogromną poryw­czo­ścią, równą moca­rzom. Tego nikt nie mógł jej odmó­wić.

Jaga sięga Doro­cie ledwo do ramie­nia, Ani do połowy ucha. Taka od małego wzro­stowa hie­rar­chia mię­dzy nimi, co prze­kłada się na hie­rar­chię ogólną. Od początku do teraz. One na zewnątrz, ona wewnątrz. Stłam­szona, upo­ko­rzona. Gdy się tylko wydo­sta­nie, wkle­pie komuś jak nic.

Przed­szkole. Kiedy wielka Zuzia pró­bo­wała ode­brać lalkę prze­słod­kiej Ani, ta ją pod­biła uro­kiem oso­bi­stym. Kiedy jakiś klon Zuzi pró­buje ode­brać lalkę Jadwisi (nie­na­wi­dziła tego imie­nia od zawsze, jej pierw­sze słowo to nie było mama czy papa, to było ja-ga), Jadwi­sia ani myśli kokie­to­wać opraw­czyni. Jadwi­sia chwyta agre­sorkę za rzad­kie kudły i zwy­czaj­nie po dzie­cię­cemu zaczyna ją skal­po­wać. Przed­szko­lanki bie­gną prze­ra­żone w stronę dwóch zwa­śnio­nych dziew­czy­nek. Roz­dzie­lają je, z korzy­ścią dla Jadwisi, tej mniej­szej, pokrzyw­dzo­nej. Zacho­wuje lalkę i tro­feum. Jadwi­sia zaci­ska piąstkę. Dopiero w domu ją roz­wiera, na dywan wysy­pują się wyrwane włosy prze­ciw­niczki. Na koń­ców­kach mają zakrze­płe dro­binki krwi.

Przy­go­to­wa­nia do pierw­szej komu­nii. Cała dzie­ciata część bloku poru­szona, dziew­czynki i chłopcy w kolej­kach do pierw­szej spo­wie­dzi. Ksiądz pyta Jadwi­się:

- Jakie grzeszki ukry­wasz przed Panem Bogiem, mała grzesz­nico?

Jadwi­sia dostaje zaćmy w oczach. Jaka z niej mała grzesz­nica? Ona, taka nie­wy­ro­śnięta, ledwo jest w sta­nie dupkę sobie pode­trzeć kró­ciutką rączką, a ten tu dziwny pan w dziw­nej drew­nia­nej basz­cie pakuje się przez kratkę w jej dziew­częce życie oso­bi­ste. Jadwi­sia ani myśli podą­żać za wska­zów­kami swo­jego Anioła Stróża, który zała­many zwija skrzy­dełka, główkę chowa w smu­kłych świę­to­bli­wie dło­niach. Dziew­czynka nabiera flegmy z wiecz­nie zaka­ta­rzo­nego nosa i cał­kiem spraw­nie opluwa księ­dza przez kratkę kon­fe­sjo­nału. Pogrą­żo­nych w modli­twach wier­nych wyrywa okropny wrzask z lewej nawy bocz­nej. Patrzą zszo­ko­wani, jak ksiądz spo­wied­nik cią­gnie za ucho małą dziew­czynkę, pró­bu­jąc w jakimś zapa­mię­ta­niu zmu­sić ją do pad­nię­cia krzy­żem przed ołta­rzem. Lolitka, roz­pła­kana i roz­hi­ste­ry­zo­wana, nagle wska­kuje mu na sutannę, roz­ciąga ją i przy­dep­tuje. Lolitka dia­be­łek. Kapłan traci rów­no­wagę, ląduje twa­rzą przed ołta­rzem. Z daleka wygląda to na pośli­zgnię­cie, na pewno coś chlap­nął przed wyczer­pu­jącą turą spo­wia­da­nia smar­ka­czy. Spo­wied­nik roz­wala sobie górną szczękę. Zęby w roz­sypce. Już ni­gdy nie zaśpiewa popraw­nie żad­nego psalmu. Król Dawid będzie nie­po­cie­szony. Jeb i płacz. Afera na całą para­fię. Nie chcą dopu­ścić Jadwigi do komu­nii. Biskup umiera ze śmie­chu, że mała dziew­czynka tak urzą­dziła poryw­czego dusz­pa­ste­rza. Dobrze mu tak, doigrał się jak prze­bita opona. W końcu władcy duszy­czek robią łaskę, wyba­czają pań­skim gestem, nie będzie kon­se­kwen­cji. Zwłasz­cza że na spo­wied­nika lecą oskar­że­nia rodzi­ców, któ­rym dono­szą pocie­chy, że zamiast o zwy­czajne dzie­cięce grzeszki typu zazdrość o nowy piór­nik kole­żanki czy okła­ma­nie mamy, że odro­biło się lek­cje, wypy­ty­wał je o pipy, dup­cie, żaden tam Pan Jezus, tylko palu­szek w dziurce go inte­re­so­wał, a w przy­padku chłop­ców docie­kał, czy mię­to­szą sobie "malut­kie, sło­dziut­kie siu­siaki".

Jadwi­sia, stop­niowo Jadwiga, wresz­cie Jaga, baba Jaga, roz­mi­ło­wuje się w oka­zy­wa­niu sprze­ciwu. Każ­demu, kto chce ją usta­wić. A że mikra na ciele, to prak­tycz­nie każ­demu. Czuje moc w zaci­śnię­tych pię­ściach. Można być niskim, lecz wystar­czy prawy sier­powy i prze­ciw­nik, nawet wyż­szy, pada na zie­mię i ave z nim na zawsze. Jaga zaczyna bok­so­wać. Praw­dziwa chłop­czyca się z niej robi, sza­ty­nowa ama­zonka. W osie­dlo­wym klu­bie spor­to­wym roz­wala każ­dego. Dziew­czyny w jej wieku nie mają z nią szans, chłopcy ledwo dają radę, po czym roz­kła­dają się na mate­racu, tra­fieni spryt­nie w szczęki czy pod­brzu­sza. Jadwiga "Jaga" ma oko do wyszu­ki­wa­nia czu­łych punk­tów na ciele prze­ciw­nika. Kolejni tre­ne­rzy chwalą ją i rów­no­cze­śnie drwią, nie ukry­wa­jąc podziwu jak na pro­fe­sjo­na­li­stów przy­stało: "Mike Tyson w spód­nicy". Jakiej tam spód­nicy, Jaga na myśl o jej wło­że­niu dostaje mdło­ści. Naj­le­piej czuje się w spoden­kach i spodniach. Apli­ku­jąc sobie tam­pon, marzy, że mizia po dro­dze penisa, swo­jego wła­snego penisa. Nie jest tran­sem, to wie. Coś wię­cej, coś ponad wszel­kie sza­cunki. Tra­fia do kadry. Zdo­bywa mistrzo­stwo mia­sta. Woje­wódz­twa. Kraju. Po wielu zwy­cię­skich tur­nie­jach, kil­ku­na­stu zło­tych i srebr­nych meda­lach, wresz­cie nie­dawno wyty­po­wana na jedyną repre­zen­tantkę kraju w naj­bliż­szych mię­dzy­na­ro­do­wych igrzy­skach olim­pij­skich. Wielki zaszczyt, nieco po cza­sie, poje­cha­łaby już na poprzed­nie, gdyby nie prze­dłu­ża­jące się kło­poty zdro­wotne i pan­de­mia, do tego astma, aler­gie, a jesz­cze kło­poty z byłą dziew­czyną, kło­poty z kło­po­tami, całe życie pry­watne w roz­sypce jak po bru­tal­nym nokau­cie.

Gdzie­kol­wiek się teraz poja­wia, wszy­scy ją roz­po­znają. Słynna bok­serka. Straszna lesba, szep­czą na boku. Patrz­cie na tę jej głowę ogo­loną na ban­dziora. Do tego zafar­bo­waną na nie­bie­sko. Albo czer­wono. Albo, jak teraz, na żółto, blondi w stylu kur­czaka. Niby baba, ale przy­je­bać potrafi jak paru macho. W tle nowi przy­ja­ciele, przy­ja­ciółki. Jaga nie ma złu­dzeń, wszy­scy zdają się jej oka­zjo­nalni. Praw­dziwe przy­ja­ciółki, stałe na zawsze, Ania i Dorota, to inna kate­go­ria. Są jej naj­bliż­sze od cza­sów bloku. Czyli od zawsze-kur­czę-no!, jak nazy­wają swoją wie­lo­let­nią przy­jaźń.

Zawo­dowo Jaga wznosi się i wznosi. Wywiady dla por­tali spor­to­wych, tele­wi­zja, twit­tery, wykopy, red­dity, buz­z­fe­edy. Nie ma dnia, żeby ktoś jej nie zacze­piał. Z prośbą o auto­graf dla córeczki na wózku inwa­lidz­kim. Dla synka marzą­cego o zosta­niu bok­se­rem. Dla sio­stry, by nie zbłą­dziła i nie się­gnęła po wynisz­cza­jące używki. Jaga na początku dawała z sie­bie wszystko, czego od niej ocze­ki­wali. Sio­stra łata. Ostat­nio jed­nak poczuła eks­tre­malny prze­syt. Niby ją akcep­to­wali, wyjąc rado­śnie, że oto stoi przed nimi przy­szła mistrzyni boksu kobie­cego. Ale kiedy docie­rało do nich, że w spra­wach łóż­ko­wych Jaga wcale nie jest oczy­wi­stym zawod­ni­kiem, nie potra­fili ukryć swo­jego roz­cza­ro­wa­nia. Czego się spo­dzie­wali, chciała prze­mó­wić ich języ­kiem Jaga, po bok­serce, jesz­cze takiej jak ona? Na przy­kład taki gość na impre­zie z oka­zji nowej ramówki topo­wego hol­dingu medial­nego. Jaga bawi się za wszyst­kie czasy, tań­czy, kiedy trefny gość przy­sta­wia się do niej, uśmiech odbiera jako zachętę do dal­szej poufa­ło­ści, kła­dzie jej dłoń na tyłku, co prawda, nie­wiele więk­szym od jej bicep­sów, ale zawsze. Jaga, nieco wsta­wiona, wypro­wa­dza cios ostrze­gaw­czy. Wydaje się jej, że deli­kat­nie pac­nęła natręt­nego komara. Jakie jest jej zdzi­wie­nie, kiedy nagle wokół sie­bie widzi nie­bie­skie świa­tła karetki prze­świ­tu­jące przez szyby klubu. Kładą deli­kwenta na noszach. Raczej jego resztki. Ma roz­trza­skany nos. Prze­su­niętą żuchwę. Napa­sto­wał, fakt. Ale żeby tak, pani Jago, odpo­wia­dać prze­mocą, wyko­rzy­stu­jąc swoją bok­ser­ską prze­wagę - zdają się grzmieć oskar­ża­jące spoj­rze­nia świad­ków - to my pani dzię­ku­jemy! Jaga nie może uwie­rzyć, że to dzieje się naprawdę, jakaś poro­niona wer­sja auto­bio­gra­fii w stylu bru­ko­wym. Dwa dni po zda­rze­niu aresz­tują ją w jej wła­snym apar­ta­men­cie. Zapada wyrok, trzy­na­ście mie­sięcy wię­zie­nia w zawie­sze­niu. W infos­fe­rze nagłówki biją po oczach: Jaga W. (29 l., czyżby, inne dane mówią o 28 l.) nie poje­dzie na igrzy­ska? Bok­serka jest zała­mana. Kto kogo obma­cy­wał? Pew­nie, nie musiała odpo­wia­dać mu cio­sem. Lecz cie­kawe, jak byś zare­ago­wała, gdyby cudza łapa, na doda­tek faceta, "wje­chała ci pro­sto w cipę!" - wykrzy­czała swój sprze­ciw w wywia­dzie dla zna­nego por­talu LGBT. Co wcale nie przy­nio­sło jej popar­cia fanów. Więk­szość ocze­ki­wała ide­ali­stycz­nie, że nie wyko­rzy­sta swo­jej bok­ser­skiej siły i pozwoli się dla świę­tego spo­koju obma­cać czy co tam sobie typek ubz­dura, zafun­duje jej pal­cówkę, pro­szę bar­dzo, uszczyp­nie w pośla­dek, a pro­szę bar­dzo, pro­szę pana, doma­gam się wię­cej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki