Miłość i seks w starożytnym Rzymie - Adam Zamoyski

-
Proszę czekać

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Por. Katullus, carmen 5, przeł. Grzegorz Franczak, w: tenże, Poezje wszystkie, Kraków-Tyniec 2013, s. 233. [wróć]

Por. Marcjalis, ks. VI, epigr. 34, w: M. Waleryusa Marcyalisa epigramów ksiąg XII, przeł. Jan Czubek, Kraków 1908, s. 179. [wróć]

Apulejusz, Metamorfozy albo Złoty osioł, ks. VI, 8, przeł. Edwin Jędrkiewicz, Warszawa 1953, s. 131. [wróć]

Katullus, carmen 99, przeł. Grzegorz Franczak, w: tenże, Poezje wszystkie, dz. cyt., s. 513. [wróć]

Waleriusz Maksymus, Czyny i powiedzenia godne pamięci w dziewięciu księgach, 6.3.9, przeł. Ignacy Lewandowski, Poznań 2019, s. 397. [wróć]

M. Waleryusa Marcyalisa epigramów ksiąg XII, dz. cyt., ks. II, epigr. 21, s. 53. [wróć]

Gajusz Pliniusz Cecyliusz Młodszy, Panegiryk czyli mowa dziękczynna na cześć Trajana wygłoszona w Senacie w 100 r., 71, przeł. Piotr Gruszka, Gdańsk 1996, s. 133. [wróć]

Lucjusz Anneusz Seneka, O gniewie, ks. II, 24, w: tenże, Dialogi, przeł. Leon Joachimowicz, Warszawa 1998, s. 269. [wróć]

Owidiusz, Amory, I 8, w. 95-98, przeł. Łukasz Berger, Kraków 2024, s. 104. [wróć]

Minucjusz Feliks, Oktawiusz, 2, 4, przeł. Marian Szarmach, w: Apologie, Warszawa 1988, s. 21. [wróć]

M. Waleryusa Marcyalisa epigramów ksiąg XII, ks. I, epigr. 3, dz. cyt., s. 3. (Tłumacz epigramu objaśnia tu: "Brawa - głośne okrzyki sophos!, na które prelegent rzucał od ust całusy" - przyp. red.). [wróć]

Antologia Palatyńska. Epigramy wotywne, VI, 345 (przekład mój - TK). Wszystkie dalsze cytaty nieoznaczone przypisami są w moim tłumaczeniu - TK. [wróć]

Marcjalis, Epigramy. Wybór, ks. IV, epigr. 29, przeł. Stanisław Kołodziejczyk, Warszawa 1998, s. 58. [wróć]

M. Waleryusa Marcyalisa epigramów ksiąg XII, ks. VII, epigr. 89, dz. cyt., s. 230. [wróć]

Historycy cesarstwa rzymskiego, Żywoty cesarzy od Hadriana do Numeriana [Historia Augusta], przeł. Hanna Szelest, Warszawa 1966, s. 274. [wróć]

Wprowadzenie

Jak kochali starożytni Rzymianie? Co mówili do siebie mężczyzna i kobieta, spoglądając sobie głęboko w oczy? Czy na randkę przynosili czerwone róże? Jak dwoje rzymskich kochanków uprawiało miłość? Ileż to razy zadawaliśmy sobie te pytania...

Gdy patrzymy na malowidła i freski w Pompejach lub eksponaty wystawione w muzeach, pierwsze, co nam przychodzi na myśl, to: "Przecież oni nie różnili się od nas!". A potem, kiedy oglądamy film lub serial telewizyjny o starożytnym Rzymie albo słyszymy słowa przewodnika, zmieniamy zdanie: "Ależ oni byli perwersyjni!".

W tej książce chcemy odkrywać prawdę o miłości w czasach starożytnych Rzymian. Chcemy się dowiedzieć, czy rzeczywiście kochali tak swobodnie jak my i czym się od nas w tej kwestii różnili. Pragniemy poznać zasady zalotów, łóżkowe tabu, preferencje dotyczące ideału piękna fizycznego, a także jak oni "to" robili.

Zobaczycie, jak zdumiewający okaże się ich świat. Choć od lat piszę książki o świecie rzymskim i nagrywam reportaże oraz programy telewizyjne na jego temat, byłem zaskoczony tym, co odkryłem.

Dlatego zapragnąłem napisać książkę, którą sam chciałbym znaleźć w księgarniach, a nigdy nie mogłem, książkę o miłości w starożytnym Rzymie we wszystkich jej aspektach.

Znajdziecie wiele znakomitych publikacji o tej tematyce. Moja książka nie pretenduje do miana najlepszej. Ma jednak cechę, która ją wyróżnia - podejście "śledcze": nie koncentruję się w niej na jednym konkretnym aspekcie, ale analizuję wszystkie.

Naszą przewodniczką będzie ciekawość. Postaramy się odpowiedzieć na najczęstsze pytania: o rodzaje pocałunków, o środki antykoncepcyjne, o bieliznę rzymskich matron, o strategie uwodzenia płci przeciwnej oraz utrzymywania partnerów przy sobie, o zdrady, amulety szczęścia, akrobatyczne pozycje w łóżku, afrodyzjaki poprawiające "wydajność", napisy na murach, a także o zasady zawierania małżeństwa i przeprowadzania rozwodu.

Jak udało się połączyć te bardzo różne tematy w ramach jednego opracowania? Dzięki pewnej sztuczce. Wyobraźcie sobie, że cofacie się w czasie i stoicie na jakimś rzymskim placu. Widzicie spacerujących ludzi, jest typowy rzymski dzień 115 roku naszej ery. A teraz spróbujcie "zamrozić" ten obraz, tak jakbyście naciskali przycisk "pauza" i zatrzymywali projekcję filmu. Przyjrzyjcie się uważnie tym ludziom: arystokrata z żoną, zakochana dziewczyna i chłopiec, gladiator rzucający spojrzenie młodej arystokratce, chłopak opierający się o kolumnę, eunuch, ojciec z synem, bogaty patrycjusz ze swoim młodym kochankiem, kurtyzana, aktorka, może prostytutka i tak dalej.

Czy te kilkanaście osób zebranych przypadkowo na placu może nam powiedzieć, czym była miłość w starożytnym Rzymie? Otóż tak. Wystarczy zwolnić przycisk pauzy, puścić scenę "w ruch", a potem przez cały dzień podążać za tymi ludźmi. Sami pokażą nam świat miłości i seksu w starożytnym Rzymie i zdradzą "swój" sposób ich doświadczania.

Każdy i każda z nich będzie pociągnięciem pędzla na tym wielkim fresku, któremu na imię miłość, ponieważ to miłość jest naszą główną bohaterką, a nie ludzie, których będziemy śledzić.

Jak odkryć miłosne sekrety tak odległej epoki? Skąd czerpać wiadomości? To prawda, że ani pocałunek, ani szept miłosnego wyznania nie pozostawiły śladów na stanowisku archeologicznym... a jednak inskrypcje, posągi albo sceny erotyczne przedstawiane na lampach oliwnych i freskach zachowały się w nienaruszonym stanie, chociażby w Pompejach.

Podróż, w którą wspólnie wyruszamy, jest zatem owocem długiego procesu zapoznawania się z odkryciami, badaniami, opublikowanymi esejami i studiami na temat miłości w starożytnym Rzymie. Jest rezultatem wnikliwych badań w bibliotekach, instytutach i na uniwersytetach, wywiadów z ekspertami z różnych dziedzin, wzbogaconym o doświadczenie wynikające z wielu lat nagrywania programów telewizyjnych bezpośrednio na stanowiskach archeologicznych i w muzeach rozsianych po całej śródziemnomorskiej Europie.

Swój udział w tej książce mają też sami starożytni, którzy "odpowiedzieli" na nasze pytania, "wyjaśnili" swoje zwyczaje i opisali czasy, w których żyli, na kartach własnych dzieł. To Owidiusz, Marcjalis, Juwenalis, Katullus i inni.

Ta książka jest tak obszerna również dzięki pracy, jaką wykonał Emilio Quinto, mój kolega dziennikarz i niestrudzony badacz, poszukujący źródeł w bibliotekach i na uniwersytetach, a przy okazji imiennik słynnego dowódcy pretorianów, który ponad 1800 lat temu położył kres szalonym rządom cesarza Kommodusa (czarnego charakteru z filmu Gladiator).

Niejednokrotnie wkroczymy do rzymskiego świata przez fikcyjne opowieści. Aby jeszcze głębiej zanurzyć się w mentalności starożytnych Rzymian, starałem się używać pióra jak kamery i dać czytelnikowi poczucie, że naprawdę znajduje się on pośród starożytnych Rzymian, na ulicach, na bankietach lub w alkowach.

Gladiatorzy walczący w Koloseum, których zobaczymy, są tacy sami jak w pierwszej mojej książce - Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki - ale zostaną pokazani z innej perspektywy, pomagającej wyjaśnić scenę miłosną. Pomysł polega na tym, że ta sama scena może prowadzić do dwóch całkowicie odmiennych historii i stać się punktem styczności między dwoma przeciwstawnymi światami, takimi jak śmierć i miłość. Tak więc, podczas gdy w pierwszej książce siedzieliśmy na trybunach i obserwowaliśmy walkę, tutaj podążamy za bogatą kobietą, która opuszcza pełną ludzi widownię i schodzi do mrocznych podziemi na miłosne spotkanie z gladiatorem, zwycięzcą w walce.

Krótko mówiąc, styl tej książki jest mieszany. Łączy w sobie trzy gatunki: esej archeologiczny (ze względu na treść), dzieło popularyzatorskie (ze względu na gatunek) i powieść, co pozwala "zanurzyć się" w ówczesnym świecie.

Po Jednym dniu w starożytnym Rzymie i drugiej książce - Imperium. Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety - ta, którą trzymacie w rękach, stanowi w moim zamyśle trzecią część serii, badającą prawdziwe rzymskie "imperium zmysłów" (taki też byłby jej tytuł, gdybym raz jeszcze miał go wybrać).

Praca ta została napisana ze szczególną troską o czytelniczki, również w kwestii stylu, ponieważ to one najlepiej znają zasady miłości, są na nią bardzo wrażliwe i także dziś, podobnie jak dwa tysiące lat temu, wprawiają w obroty jej niezwykłą karuzelę.

Miłej lektury, vale

Alberto Angela

Rzym, 20 października 2012 roku

Prolog

Imperium zmysłów

Jej czarne oczy wpatrują się w nas w półmroku. Spojrzenie ma głębokie, intensywne, a pogodny uśmiech potęguje siłę zaproszenia. Im bliżej podchodzimy, tym wyraźniej dostrzegamy inne szczegóły tej niezwykłej twarzy. Jej uroda zajmuje każdą naszą myśl: blask wpatrzonych w nas oczu, pełne wargi, miękka skóra, wyraźne kości policzkowe, burza ciemnych włosów i oblicze jakby stworzone jedynie z miękkiego światła.

Jesteśmy bardzo blisko, nasz oddech pieści jej twarz, nagle jednak spojrzenie kobiety gdzieś ucieka, wydaje się gasnąć... ale już po chwili wraca z tą samą głęboką pewnością siebie. Co się stało? To był tylko podmuch wiatru, od którego zamigotał płomień kaganka stojącego obok niej. Wiatr nadal bawi się płomieniem, zmieniając jasność jej oczu. Lecz ona nie reaguje. Jakżeby mogła, nie jest żywą osobą! To twarz Wenus namalowana na fresku. W ciemności zdawała się prawdziwa.

Blask oliwnego płomienia stworzył na ścianie wyspę światła, a w jej centrum - Wenus, samotną w tym pomieszczeniu pełnym ciszy i zapachów letniej nocy. Idziemy kilka kroków dalej. Teraz jesteśmy w korytarzu rozjaśnionym księżycową poświatą. W jego głębi widzimy jeszcze jedno pomieszczenie. Oddech wiatru porusza cieniutką zasłonę falującą z wolna. Jest tak przejrzysta, że widać za nią dwoje objętych kochanków, jakby wyrzeźbionych przez blask księżyca, który igra na ich ciałach, pokazując, lecz nie ujawniając. Przypomina nocne morze, kiedy jedynie taniec białych grzebieni świadczy o ruchach wody. I rzeczywiście, po drugiej stronie zasłony faluje prawdziwe morze namiętności: niespieszne pieszczoty, długie uśmiechy, dłonie zatapiające się we włosach, usta sunące po skórze lśniącej od poświaty księżyca. Aż w końcu pocałunki i jęki połączone z głębokimi westchnieniami stopniowo robią się coraz głośniejsze, zdają się wspinać niczym niewidzialne pnącza po ścianach pokrytych freskami.

Teraz kobieta przejmuje inicjatywę. Pieści smukłymi palcami szerokie plecy i ramiona mężczyzny, a potem wpatruje się w napięte żyły, jakby wyrzeźbione na jego rękach. Nie opiera się dłużej: ściska ręce mężczyzny tak, jak chwyta się lejce przed ruszeniem w galop, wspina się na niego i rozpoczyna długą jazdę w noc. Księżyc, jakby rozumiał, otacza niebieskim światłem to zmysłowe ciało, które porusza się niczym płomień kołysany wiatrem. Niczym wytrawny malarz rysuje kobietę w ciemności kilkoma pociągnięciami światła: oto kołyszące się piersi, profil bioder, na które dłonie mężczyzny opadają jak szpony, i oto twarz, taka sama jak oblicze Wenus na fresku: otwiera pełne usta i stopniowo zwraca się ku gwiazdom, płonie wewnętrznym ogniem, który pożera ją wśród coraz głośniejszych westchnień i jęków. Aż wreszcie kobieta zamyka oczy, jej twarz zastyga po intensywnym, długim, rozkosznym wysiłku miłości i drżenie przebiega przez całe ciało.

Czy Rzymianie kochali tak samo jak my? To pytanie zadają sobie wszyscy, zwłaszcza kiedy patrzą na freski w Pompejach czy posągi w muzeach. Nawiasem mówiąc, dwa tysiące lat temu pozycja kobiety "na górze" miała własną nazwę: "kobieta jadąca konno" (mulier equitans), i celowo wprowadziliśmy ją już na początku naszej opowieści. Jeśli bowiem chcecie poznać status kobiety i to, jakim szacunkiem cieszyła się w starożytnym społeczeństwie, posłuchajcie ekspertów, a wielu z nich powie wam, że często wystarczy spojrzeć na pozycje erotyczne przedstawione na wazach lub freskach. Podczas gdy Greczynka pokazana jest zawsze w pozycji "pasywnej", jako poddana działaniom mężczyzny i przedmiot jego posiadania, Rzymiankę przedstawiano w pozycjach, które często sugerują równość, a nawet (wprawdzie rzadko) przewagę nad mężczyzną. Jednak zawsze jest ona uczestniczką gry miłosnej.

Ta relacja między mężczyzną a kobietą, która nie ma precedensów w przeszłości i występuje właściwie tylko w naszej epoce i w społeczeństwie Zachodu, jest jedną z niespodzianek rzymskiego świata. Oczywiście zachodzą tu różnice, wciąż bowiem mówimy o starożytnym społeczeństwie, w którym rządzi mężczyzna. Ale już na tym jednym przykładzie możemy zobaczyć, jak "nowoczesna" była w wielu przypadkach relacja ich dwojga.

Czy zatem starożytni Rzymianie kochali tak jak my? Odpowiedź poznamy podczas naszej podróży po starożytnym Rzymie. Wyobraźcie sobie, że spacerujecie jego zaułkami i wychodzicie na niewielki plac. Tutaj spotkamy jedną z postaci, o której wspomnieliśmy już wcześniej, we wprowadzeniu, chłopaka opierającego się o kolumnę. I tu zaczyna się nasza podróż po świecie miłości. Jest zwykły dzień w stolicy imperium, jakiś wtorek w 115 roku naszej ery.

I

"Daj pocałunków tysiąc"

Całowanie po rzymsku

Na środku placu rosną dwa drzewa. Szukają światła, wyciągają zielone ramiona ku błękitnemu niebu, które lśni nad potężnymi budynkami, ale sięgają tylko do połowy wysokości dużych domów mieszkalnych (insulae) - które były najbardziej rozpowszechnioną formą budownictwa w starożytnym Rzymie. Poruszane wiatrem gałęzie wydrapały na tynku półkoliste ślady, niczym więźniowie na dnie lochu. Naszą uwagę przykuwa jednak co innego: postać chłopaka, który chodzi nerwowo tam i z powrotem, nie opuszczając cienia rzucanego przez wysokie domy. Potem nieruchomieje.

Patrzy na dwie kobiety wychodzące z jednego z budynków. To dziewczyna i jej gruba niewolnica, zapewne dawniej niania, jeśli weźmie się pod uwagę różnicę wieku. Jak to czasami bywa, opiekuje się dziewczyną także w okresie dojrzewania. Szeroko otwartymi oczami chłopak spogląda na kręcone, kruczoczarne włosy dziewczyny, lśniące w promieniach słońca. Jej głowę częściowo osłania błękitny szal (palla), spływający miękko na ramiona. Czarne oczy patrzą w ziemię, jakby się bała wzroku przechodniów. Teraz jednak z wolna podnosi głowę i niczym strzałą wypuszczoną z łuku przeszywa chłopca długim, intensywnym spojrzeniem.

Świat nieruchomieje. Istnieją tylko oczy tych dwojga. W ciągu kilku sekund ich źrenice się rozszerzają, oddech staje się ciężki, rytm serca przyspiesza, przygotowując ich ciała... Potem wszystko się rozpływa, niania daje znak, że trzeba iść dalej i kobiety ruszają. Chłopak wychodzi z cienia i podąża ich śladem. Mijają pracownie rzemieślnicze i zakłady fryzjerskie, ale on nie zwraca na to uwagi. Jego zielone oczy śledzą bez przerwy jeszcze nieśmiałe, ale już kobiece ruchy dziewczyny. Po kilku minutach dziewczyna i jej opiekunka wchodzą do sklepu. Chłopak dociera do wejścia zastawionego po bokach koszami pełnymi daktyli i suszonych fig, wślizguje się do środka.

Nagle z półmroku wyłania się niania i zastępuje mu drogę niczym niedźwiedź broniący wejścia do gawry. Przez dłuższą chwilę patrzą sobie w oczy. W końcu kobieta odsuwa się i pozwala mężczyźnie przejść ukradkiem za zasłonę oddzielającą pomieszczenie na tyłach sklepu. Wszystko zostało umówione. Chłopak pochodzi z bogatego domu i sowicie opłacił nianię. Wie, że jeśli pojawią się problemy z rodziną dziewczyny, która nie jest tak zamożna, pieniądze załatwią sprawę - nawet gdyby doszło do gwałtu, jak to wykazały liczne badania nad prawem w świecie rzymskim, prowadzone między innymi przez profesora Jensa-Uwe Krausego z Uniwersytetu Ludwika i Maksymiliana w Monachium. Ale tutaj mamy prawdziwą miłość, taką, która naznacza człowieka na całe życie, a niania zaaranżowała spotkanie tych dwojga, teraz zaś pilnuje wejścia do sklepu, rozmawiając z właścicielem, jej krewnym.

Co dzieje się za zasłoną?

Są objęci. Ich twarze dzieli zaledwie kilka centymetrów i szepczą sobie miłosne wyznania. To normalna scena, myślimy; ileż to razy, idąc do pracy, na zakupy lub wracając do domu, widywaliśmy takie pary? Tyle tylko, że jesteśmy w epoce rzymskiej; jak w takiej sytuacji zachowują się ludzie? Jakie słowa mówią sobie kochankowie? Trawestując wyznania spisane przez starożytnych - choćby Katullusa czy Marcjalisa - możemy je ponownie usłyszeć.

- Miłości, daj pocałunków tysiąc, stu nie wzbraniaj i jeden jeszcze tysiąc1 - szepce chłopak, zbliżając się coraz bardziej do twarzy dziewczyny.

- Ile? - pyta uśmiechnięta, rozchylając pełne usta i przymykając oczy.

- Ile? Miłości moja, to jakby prosić o policzenie fal w oceanie, muszli na plażach, pszczół latających z kwiatu na kwiat2, głosów, które właśnie mówią: kocham cię, lub rąk, które pieszczą ciała kochanków. Wiedz, moja słodka Wenus, że ten, kto prosi tylko o kilka pocałunków, umie je policzyć. Ale ja chcę stracić rachubę, kiedy zatracam się w twoich oczach.

Powieki się przymykają, usta łączy długi pocałunek.

No właśnie. Czy Rzymianie całowali się tak jak my? Tak, całkiem tak samo. Choć istniały różnice. Nie wszystkie pocałunki były takie same. Rzymianie rozróżniali trzy kategorie pocałunków (wkrótce je odkryjemy). Ponadto w przestrzeni publicznej należało się zachowywać zgodnie z jasno określonymi zasadami.

Czy rzymska młodzież całowała się publicznie?

W przeciwieństwie do tego, co widzimy dzisiaj, na ulicach starożytnego Rzymu nie zobaczylibyście całującej się pary. Kłóciłoby się to z panującymi wówczas zasadami moralnymi. Źle widziano publiczne pocałunki, uznawano je za sprzeczne ze skromną powściągliwością (pudicitia), która winna zawsze charakteryzować Rzymiankę. Tak więc nigdy nie dostrzeglibyście matrony całującej swojego męża na oczach wszystkich (ani też dotykanej przez mężczyznę w miejscu publicznym). Dziewczyna z arystokratycznego rodu również nie zachowałaby się w ten sposób.

A ponieważ obyczaje klasy arystokratycznej stanowiły wzorzec do naśladowania dla nowobogackich, czyli rodzin niższego pochodzenia, które przez zdobyte niedawno majątki dążyły do podniesienia swego statusu, jest bardzo prawdopodobne, że także dziewczęta należące do tej warstwy społeczeństwa przyswajały sobie sposób bycia wyższych sfer.

No dobrze, bogaci nie całowali się publicznie. A co z resztą? Oni też nie. Namiętny uliczny pocałunek zaręczonej pary uznawano za rzecz skandaliczną i niemoralną, trochę tak jak we Włoszech w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku. Ile pocałunków zobaczylibyście na ulicach Rzymu zaraz po wojnie? Słynne są czarno-białe zdjęcia z tamtej epoki, przedstawiające ubraną nowocześnie Amerykankę, gdy spaceruje włoską ulicą, przeszywana spojrzeniami mężczyzn, którzy oceniają, przyglądają się, pożądają. Czyli rzymska, "starożytna" moralność była obecna u nas aż do przedwczoraj. Dlatego tych dwoje młodych, za którymi podążamy, schowało się na sklepowym zapleczu, by tam się całować. Tak samo powściągliwie musieli zachowywać się niewolnicy. Inaczej było oczywiście w przypadku prostytutek, które rozdawały pocałunki na ulicy, aby przyciągnąć klientów.

Starożytny Rzym skrywał przed wzrokiem postronnych namiętne gesty, które dziś widujemy na naszych ulicach, przy stolikach barowych lub pod szkolnymi murami. Ukrywano pocałunki, pieszczoty czy namiętne uściski. Istnieje tylko kilka przedstawień (erotycznych, ale nie wyłącznie) z epoki rzymskiej, na których widać całującą się parę. (Być może najpiękniejszym z nich jest mozaika z willi w sycylijskiej miejscowości Piazza Armerina, ukazująca całujących się kochanków. Suknia kobiety, widocznej od tyłu, opada, odsłaniając pośladki). W tamtych czasach nikt nie zrobiłby zdjęcia podobnego do słynnej fotografii Roberta Doisneau, który uchwycił parę całującą się namiętnie na paryskiej ulicy przy całkowitej obojętności przechodniów.

Jakie rodzaje pocałunków rozróżniali Rzymianie?

Tak samo jak my, Rzymianie znali różne kategorie pocałunków, w zależności od okoliczności. Jak wskazała profesor Eva Cantarella, istniały na przykład: żołnierski pocałunek powitalny, pocałunek pożegnalny, pocałunek pogrzebowy, pocałunek pojednania, pocałunek związany z gratulacjami.

I oczywiście pocałunki miłości. Tu czeka nas niespodzianka. Jeśli nasza kultura zna właściwie tylko jeden miłosny pocałunek mężczyzny i kobiety, Rzymianie używali trzech różnych nazw, aby odróżnić pochodzenie, cechy i cele pocałunków.

OSCULUM: to pocałunek z zamkniętymi ustami, pozbawiony namiętności. Pochodzi od słowa os - usta - i jest zdrobnieniem, być może dotyczącym ust ściągających się podczas pocałunku. To najstarszy termin. Oznaczał czyste pocałunki, składane w obecności innych osób lub podczas ceremonii. Był to jedyny rodzaj pocałunku dozwolony kobiecie w przestrzeni publicznej, a w domu stanowiący nawet jej obowiązek; każdego dnia żona musiała w ten sposób pocałować męża (a nawet innych krewnych), zgodnie z żelazną zasadą ius osculi, o której wkrótce opowiemy.

SAVIUM: to prawdziwy, namiętny, erotyczny pocałunek, z użyciem języka, pocałunek kochanków. Pochodzi od słowa suavis - słodki, delikatny. Dziś moglibyśmy go nazwać pocałunkiem francuskim. Apulejusz pisze o nim w Metamorfozach, kiedy przytacza słynny mit o Erosie i Psyche. Wenus, matka Erosa, zazdrosna o Psyche, która przerażona uciekła z pałacu Erosa, obiecuje nagrodę temu, kto pierwszy ją znajdzie: "[...] otrzyma od samej Wenery siedem słodkich pocałunków, a jeden najsłodszy, bo z pieszczotliwym języka przytknięciem"3 (ab ipsa Venere septem savia suavia et unum blandientis adpulsu linguae longe mellitum).

Istnieje również zdrobnienie tego terminu: saviolum. Przykładem niech będzie fragment z Katullusa. Poeta, zwracając się do chłopca, którego kochał, pisze:

Skradłem ci, Juwencjuszu, w słodki czas zabawy

całusa [saviolum], który słodszy był nad ambrozyje4.

I wreszcie:

BASIUM, od którego pochodzi włoskie słowo bacio. Termin ten narodził się względnie późno (na kilkadziesiąt lat przed naszą erą) i był używany jako synonim savium, a z czasem całkiem go zastąpił. Początkowo oznaczał pocałunek erotyczny, ale w okresie późnego cesarstwa zaczął się odnosić do pocałunku czułego, który daje się żonie i dzieciom.

Co ciekawe, jako jedyne spośród tych trzech terminów epokę rzymską przetrwało właśnie określenie basium, a wraz z nim czasownik basiare (całować), którego Rzymianie używali, nie rozróżniając wszelkiego rodzaju pocałunków (erotycznych i innych), tak samo jak my. Ciekawostka: na murach Pompejów słowo basium jest zapisywane przez "v", a więc vasium - tak z pewnością je wówczas wymawiano. Coś z tego pozostało aż do dziś. W Neapolu, gdy chce się poprosić ukochaną lub ukochanego o pocałunek, mówi się: Damme 'nu vase.

Całowanie męża w usta? Wymagane przez prawo

Istniał wśród Rzymian pewien ciekawy obyczaj. Mąż miał legalnie ustanowione "prawo do pocałunku" (ius osculi). Innymi słowy, żona była prawnie zobowiązana do codziennego całowania męża w usta. I nie tylko jego, ale także wszystkich krewnych (własnych i męża) aż do kuzynów drugiego stopnia, kiedy spotkała ich tego dnia po raz pierwszy.

Skąd wziął się ten wywołujący w nas konsternację zwyczaj? Jego początki sięgają niepamiętnych czasów, może nawet samego zarania Rzymu, czasów Romulusa, a praktykowano go przez wiele wieków, nawet w czasach cesarstwa. Główny cel był prosty: sprawdzić, czy kobieta przypadkiem nie piła alkoholu!

A dlaczego to robiono? Starożytni Rzymianie całkowicie zakazywali kobietom picia wina, mąż miał prawo do zabicia żony, jeśli potajemnie piła je bez rozcieńczenia. Wiemy, że chociaż sam zakaz stracił moc prawną jeszcze przed nastaniem cesarstwa, to nadal bywał w tym czasie praktykowany. Przewidzianą karą za jego złamanie było zasadniczo oddalenie żony, ale wiemy również, że mąż nierzadko ją zabijał, zamykając w pokoju (tym samym, w którym zostałby ukarany kochanek złapany na gorącym uczynku) i pozostawiając na śmierć głodową. A żyjący w początkach naszej ery historyk Waleriusz Maksymus relacjonuje, że niejaki Egnatiusz Mecenniusz zatłukł swoją żonę kijem na śmierć za upijanie się winem.

Skąd takie zacietrzewienie? Otóż picie wina utożsamiano ze zdradą małżonka. Pocałunek stał się po prostu alkomatem wierności. Wnioskowanie było proste. Picie to przedsionek do cudzołóstwa. Żona pod wpływem alkoholu traciła nad sobą kontrolę i mogła łatwo popełnić zdradę lub, bardziej ogólnie, zachować się w sposób niegodny. "Bo doprawdy, kobieta, która lubi pić w nadmiarze wino, zamyka drzwi dla wszystkich cnót i otwiera dla wszystkich grzechów"5, komentuje wspomniany dziejopis.

Oczywiście, podobnie jak w przypadku badania dopingu we współczesnym sporcie, wymagane było "powtórne badanie" i zapewniali je krewni męża. Wąchając, przeprowadzali drugi test, aby potwierdzić oskarżenie męża lub je odrzucić. Lub też ocalić honor rodu, gdyby mąż się nie zorientował.

Jednakowoż ius osculi miało też swoją ciemną stronę: ryzyko zarażenia opryszczką (labialis). Codzienne pocałunki były przyczyną rozprzestrzeniania się tej choroby, aby więc zwalczyć jej istną epidemię, cesarz Tyberiusz ostatecznie zakazał ius osculi, zwłaszcza podczas publicznych ceremonii.

Inne pocałunki w rzymskim stylu

Zostawmy teraz naszą zakochaną parę, która obdarza się pocałunkami i wyznaniami za kotarą na zapleczu, i wróćmy do wejścia do sklepu, oprzyjmy się ramieniem o framugę i przyjrzyjmy się temu, co dzieje się na ulicy (niania stoi obok nas - ona także obserwuje ulicę, ale bardziej zatroskanym wzrokiem).

Jakie jeszcze pocałunki dawano w codziennym życiu antycznego Rzymu? Widzimy je u przechodniów. Oto spotkanie młodzieży. Takie same sceny znamy z włoskich ulic: młodzi ludzie podają sobie ręce i całują się w policzek na znak przyjaźni i powitania. Jeśli namiętny pocałunek jest skandaliczny, to "normalny" pocałunek między przyjaciółmi (i między przyjaciółkami) jest zwyczajowy. Podobnie jak w czasach współczesnych, także w starożytnym Rzymie istniał zwyczaj wymiany pocałunków. O tym, że całowanie się ludzi na ulicy było powszechne, świadczy również dowcipny epigram Marcjalisa, łacińskiego poety żyjącego na przełomie I i II wieku naszej ery:

Ściskasz albo całujesz, witając, Postumie,

I pytasz, co bym wolał: dłoń, to się rozumie!6

Pocałunki były powszechne nie tylko na ulicy, ale także w senacie. We fragmencie Panegiryku, napisanego w epoce, o której mówimy, Pliniusz Młodszy zwraca się do cesarza Trajana, chwaląc go za sposób, w jaki gratuluje kandydatom do urzędu konsula: "po każdorazowym odczytaniu nazwiska nominata, zszedłszy w dół, przystępowałeś do kandydatów, aby na równi z nimi wymienić uściski oraz pocałunki, zmieszany w tłumie niczym jeden z gratulantów"7. Wymiana pocałunków była domyślnym sposobem uznania równej godności pozdrawianej w ten sposób osoby. W przypadkach znacznych różnic klasowych - takich jak między niewolnikiem a arystokratą - nie obdarzano się pocałunkami, a w każdym razie nigdy publicznie. Opisany przez Pliniusza epizod z Trajanem można zatem odczytać w ten sposób: cesarz gratulował nowym konsulom, traktując ich jak równych sobie, jak współobywateli, bez uwidaczniania społecznej wyższości, jaką nadał mu urząd cesarza.

A jeśli ktoś nie odwzajemniał pocałunku? Brak odpowiedzi na powitalny pocałunek postrzegano jako brak szacunku i gest wrogości. Na dowód tego możemy przytoczyć fragment z dialogu O gniewie (De ira) Seneki, gdzie filozof wzywa do napiętnowania tych, którzy nie odwzajemniają pozdrowienia pocałunkiem "Ten a ten nie ucałował mnie dosyć serdecznie" (ille osculo meo non adhaesit)8, ale jednocześnie zaleca, aby nie złościć się nadmiernie z powodu takich uchybień.

Rączki całuję...

Bogaty Rzymianin kroczy majestatycznie ulicą. Śnieżnobiała toga owija jego masywne ciało, starannie udrapowana tkanina spływa aż do sandałów. Poprzedza go niewolnik odpychający każdego, kto zbliży się zanadto, a za plecami wielmoży ciągną ludzie niczym głodne psy za parującą pieczenią. Ten dziwny orszak posuwa się ulicą tak uroczyście, jakby to pannę młodą prowadzono do ołtarza. Jesteśmy świadkami prawdziwej demonstracji siły i władzy, typowej dla rzymskiego społeczeństwa. Bogacz, właściciel licznych posiadłości (sklepów i całych insulae, które tworzą tkankę Rzymu), jest uważany w dzielnicy za potężnego człowieka. Wielu rzemieślników, sklepikarzy i klientów natychmiast go rozpoznaje i wita z szacunkiem. Niektórym udaje się przebić przez barierę stworzoną przez niewolnika torującego drogę i ucałować dłoń wielmoży. Dominus podaje ją do pocałunku, demonstrując złote pierścienie i obojętną, niemal znudzoną twarz. Ci ludzie to nie są zwykli wolni obywatele - ci uznaliby ten gest za sprzeczny z rzymską mentalnością i prawdziwe upokorzenie - ale niewolnicy i wyzwoleńcy.

Czy zatem również w epoce rzymskiej istniał zwyczaj całowania rąk możnych? Tak. I to stamtąd gest ten rozprzestrzenił się w społeczeństwie europejskim. Niemniej w epoce, w której się znajdujemy, nie był on jeszcze rozpowszechniony. Wielu uczonych uważa, że został przejęty przez Rzymian ze wschodniej części imperium za czasów Nerona lub Domicjana, a upowszechnił się w nowszych czasach rzymskiej historii, zwłaszcza w późnym okresie cesarstwa. Także wtedy całowanie dłoni miało bardzo szczególne znaczenie: był to gest uniżenia i poddania. Jest całkiem prawdopodobne, że każdego ranka, gdy potężny dominus otwierał swój dom dla tłumu petentów i ludzi przychodzących prosić o przysługi (salutatio matutina), spotkania z najbardziej potrzebującymi mogły się zaczynać od pocałunku w dłoń. A ściśle mówiąc: nie w dłoń, lecz w sygnet, który dominus nosił na palcu.

O tym, że w czasach rzymskich uważano taki pocałunek za gest uniżenia, świadczy fragment wspomnianego wyżej Panegiryku, w którym Pliniusz Młodszy, wymieniając zalety cesarza, wspomina, że Trajan nie miał w zwyczaju odpowiadać na powitania tłumu wyciąganiem ręki do pocałunku. Kolejne świadectwo wyjątkowości tego cesarza, słabo pamiętanego, ale być może najbardziej nowoczesnego ze wszystkich. (Dodajmy, że to za jego panowania ekspansja terytorialna Rzymu osiągnęła swój szczyt).

Wiemy także o dzieciach całujących rękę ojca. Praktykuje się to zresztą do dziś w wielu krajach, gdzie młody mężczyzna (a więc już nie dziecko) na znak szacunku wobec swojego ojca całuje go na powitanie w rękę. Sam przed laty byłem świadkiem tego zwyczaju w jednym z krajów Afryki Północnej, kiedy mój przyjaciel, absolwent medycyny, powracający do domu z długiej podróży, całował dłoń swojego ojca siedzącego na poduszkach w głównej sali domu. Mimo że nie widzieli się od pewnego czasu i łączyło ich bliskie uczucie, rodzic nie wstał, aby objąć syna, a jedynie wyciągnął upierścienioną dłoń, by syn ucałował jego sygnet. Ojciec był osobą ciepłą i przyjazną, ale w relacjach z dziećmi zachowywał takie same zasady i taki sam emocjonalny dystans, jaki rządził relacjami w antycznym świecie rzymskim (a pamiętajmy, że jeszcze kilka pokoleń temu był normą także i u nas).

Całowanie dłoni w naszym społeczeństwie stało się rzadkością i poza kontekstem religijnym, gdy całuje się ręce osób duchownych, jest obecnie tylko świadectwem pewnego wychowania i klasy. Niektórzy zapominają również, że cmoknięcie, które było tak mile widziane dwa tysiące lat temu, dziś stało się jedynie oznaką wulgarności - kiedy mężczyzna całuje dłoń kobiety, jego usta nigdy nie powinny jej dotykać, co najwyżej musnąć.

Czy praktykowano "malinki"?

Odpowiedź brzmi: tak - i chociaż nie dorobiły się konkretnego terminu, wiemy ze starożytnych tekstów, że były całkiem powszechne.

Oto fragment z Owidiusza, słynnego poety elegijnego, żyjącego i tworzącego na przełomie er:

Szukaj mu konkurenta, unikaj stagnacji -

długo związek nie przetrwa bez kłótni przyczyny.

Niech znajdzie w łóżku ślady innego amanta

i namiętne na szyi wykwitłe malinki9.

Ne securus amet nullo rivale caveto;

non bene, si tollat proelia, durat amor.

Ille viri videat toto vestigia lecto

factaque lascivis livida colla notis.

Rada Owidiusza, gdyby została wykorzystana przez współczesną kobietę, wywołałaby u niemal każdego dzisiejszego mężczyzny taką falę zazdrości, że zapewne doprowadziłaby do gorzkiego rozstania. Daje ona jednak wgląd w subtelne strategie rzymskich kobiet stosowane w grze miłosnej. Do tego tematu jeszcze powrócimy i niejedno nas zaskoczy.

Gest, który dotarł do naszych czasów: posyłanie pocałunków

Wśród gestów, które przetrwały do dzisiaj, a były znane w starożytnym Rzymie, jest całowanie na odległość. Bardzo rozpowszechnione we Włoszech, Hiszpanii i ogólnie w południowej Europie oraz w Ameryce Łacińskiej polega na zbliżeniu palców zamkniętej dłoni do ust, naśladowaniu pocałunku i natychmiastowym ponownym otwarciu dłoni. Rzymianie wykonywali go tak samo i nazywali "rzucaniem pocałunków" (iacere oscula lub iacere basia).

Skąd wziął się ten zwyczaj? Nie wymyślili go Rzymianie. Jest jednym z najstarszych w historii cywilizacji: Rzymianie przejęli go od Greków, a podobny gest istniał już wcześniej u Sumerów, Asyryjczyków i Babilończyków.

Co ciekawe, pocałunek na odległość wywodzi się ze sfery religijnej. W starożytności, także w świecie rzymskim, zabraniano fizycznego całowania podobizn bóstw, dlatego podczas ceremonii religijnych ludzie wysyłali "pocałunki na odległość" w stronę posągu boga lub innej jego symbolicznej reprezentacji.

Wykonywano taki pocałunek jednak nieco inaczej niż dziś - nie używano całej dłoni, a jedynie kciuka i palca wskazującego. Co do reszty, był taki sam jak współcześnie. Według uczonych "pocałunek na odległość" miał być jednym ze zwyczajowych sposobów oddawania czci bóstwom zarówno w Grecji, jak i w Rzymie.

Pliniusz Starszy, słynny przyrodnik, dowódca floty na Morzu Tyrreńskim, zmarły podczas erupcji Wezuwiusza, która zniszczyła Pompeje w sierpniu 79 roku naszej ery, w swojej Historii naturalnej dodaje pewien szczegół: pocałunek wysyłany bóstwu musiał być wykonany prawą ręką. Możemy sobie też wyobrazić, jak wyglądały takie pocałunki, czytając starożytne teksty, na przykład relację Minucjusza Feliksa, prawnika i pisarza pochodzenia afrykańskiego, który żył w Rzymie na przełomie II i III wieku naszej ery. W dziele Oktawiusz opisuje on gest pewnego poganina wykonany przed posągiem Serapisa: "Cecyliusz, spostrzegłszy posąg Serapisa, podniósł zwyczajem zabobonnego tłumu rękę do ust, by przesłać mu pocałunek"10.

Nie dziwi tu użycie przymiotnika "zabobonny". Tak właśnie chrześcijanie myśleli o poganach. Minucjusz Feliks był chrześcijaninem, a jego Oktawiusz jest dziełem zdecydowanie jednostronnym; ten umiejscowiony w Ostii dialog trzech postaci: Oktawiusza, Minucjusza (obaj nawróceni na chrześcijaństwo) oraz poganina Cecyliusza, kończy się nawróceniem na chrześcijaństwo tego ostatniego, przekonanego argumentacją tytułowego bohatera utworu.

Ale pocałunek na odległość, pierwotnie pogański, został w końcu "ochrzczony". Jakiś czas później chrześcijanie zaczęli wysyłać "pocałunki na odległość" w kierunku przedstawienia Chrystusa na krzyżu.

Łatwo sobie wyobrazić, że z czasem gest ten opuścił świątynie i wszedł do codziennego życia jako oznaka serdeczności, ale także pochwały, wdzięczności i uznania - to samo znaczenie ma do dziś. Zagościł również na scenie. Jeśli dziś widzicie piosenkarzy pod koniec występu lub piłkarzy po zdobyciu gola, jak posyłają pocałunki publiczności albo kibicom, to możecie być pewni, że Rzymianie robili to samo po występach już w I wieku naszej ery. Marcjalis poświadcza to w jednym ze swoich epigramów:

Brawa! - Rzucasz całusy [basia iactas]. - Nie ufaj tym głosom:

Wnet huśtaną jak ptaszka śmigną ku niebiosom!11

Ale nie wszyscy to robili, bo choć zwyczaj był bardzo częsty, publiczne posyłanie pocałunków uważano za gest "nikczemny", to znaczy niegodny arystokraty. Tacyt, historyk żyjący na przełomie I i II wieku naszej ery, zdecydowanie krytykował cesarza Otona, który w 69 roku naszej ery posyłał publiczności pocałunki podczas ceremonii wstąpienia na tron. W oczach dziejopisa był to służalczy gest niegodny cesarza.

Czy wychodziło się na kolację z dziewczyną?

Po tej długiej dygresji zostawiamy naszą parę oddającą się czułościom na sklepowym zapleczu i ruszamy dalej w naszą podróż po starożytnym Rzymie w poszukiwaniu miłości. Wychodzimy na ulicę i staramy się wmieszać w tłum. Rzymska moralność, jak wspomnieliśmy, nie pozwala na swobodne okazywanie uczuć na ulicy i dlatego usuwa z naszego widoku sceny, które w codziennym życiu dzisiejszego świata są naturalne - nie widzimy par trzymających się za ręce albo całujących się na ławce. Nie ma też w tym świecie zwyczaju zabierania dziewczyny do restauracji.

Rzymianie nie znali zaproszeń na romantyczne kolacje, na przykład jako pierwszego kroku do bliskości po poznaniu się pary. I nie jest to tylko kwestia etyki - po prostu nie istniały wtedy restauracje odpowiednie do takich spotkań. Starożytny Rzymianin nie zdołałby wskazać wam żadnego romantycznego lokalu ze świecami. Prosperowały tylko podrzędne bary i gospody z kelnerkami-prostytutkami lub po prostu z prostytutkami wabiącymi klientów do środka. Do bywalców tych przybytków należeli często pijacy, złodzieje, hazardziści albo woźnice rydwanów, szukający seksualnego rozładowania lub bójki. Te miejsca miały taką samą atmosferę i gościły taką samą klientelę, jak saloons znane nam z westernów. Panowie, czy zabralibyście dziewczynę do takiej knajpy na pierwszą romantyczną kolację? Na pewno nie. Nie były to miejsca odpowiednie dla porządnej dziewczyny.

Czy kochankowie trzymali się za ręce lub okazywali sobie czułości?

Cóż, życie zakochanej pary w czasach starożytnych napotykało bez porównania więcej trudności niż dzisiaj. Nie można było publicznie się całować ani wyjść razem na kolację. A czy można było chociaż trzymać się za ręce, idąc ulicą, i wymieniać czułe gesty? Absolutnie nie. Podobnie jak w przypadku pocałunków, każdy rodzaj fizycznego kontaktu w miejscu publicznym uważano za skandaliczny i sprzeczny ze wspomnianą już pudicitia. Pomyślcie, że nawet pary małżeńskie (przynajmniej te z wyższych sfer) nie mogły w miejscach publicznych trzymać się za ręce. Wyjątki były niezmiernie rzadkie, na przykład rytuał zaślubin przewidywał splot dłoni.

Dotyk nie zdarzał się nawet w teatralnych komediach. Świadczy to o rygorystycznym sformalizowaniu relacji między mężczyzną a kobietą, które we współczesnych zachodnich społeczeństwach odeszło w niepamięć, choć było jeszcze wyraźnie obecne w czasach naszych dziadków. Jednym z bardzo rzadkich przypadków opisanych w literaturze łacińskiej, gdy kobieta bierze mężczyznę za rękę, jest sztuka Plauta Amfitrion: w jednej ze scen Alkmena bierze męża za rękę i go całuje; czyni to jednak na osobności, a nie na środku ulicy.

Oczywiście takie były ogólne zasady życia u Rzymian; nie możemy wiedzieć, czy przez tyle wieków trwania tej cywilizacji wszyscy ich przestrzegali, zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa, gdzie - inaczej niż w rodzinach arystokratycznych - panowały zwyczaje bardziej elastyczne. Być może na ulicach plebejskich dzielnic, takich jak na przykład Suburra, tolerowało się przelotny kontakt ciał (dyskretne pieszczoty, uściski, co najwyżej pocałunek), ale należy pamiętać, że w rzymskim świecie konsekwencje czyjegoś zachowania nie spadały tylko na jednostkę, ale wpływały na postrzeganie całej rodziny. Logiczne jest zatem założenie, że wszyscy starali się zachowywać zgodnie z zasadami i moralnością.

Prawo przeciw stalkingowi

Na Rzymiankach, zwłaszcza należących do wyższych klas, matronach i virgines (jeszcze niezamężnych dziewczętach), ciążyły niezwykle rygorystyczne zakazy. Wiemy od Waleriusza Maksymusa, że żaden mężczyzna nie mógł publicznie dotknąć matrony, ponieważ w ten sposób skalałby pudicitia kobiety, jej godność. Zakaz ten miał zaskakujące i zawstydzające reperkusje. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, na przykład, mieli związane ręce - skoro nie można dotknąć matrony, w jaki sposób ją aresztować, gdy trzeba? Ale jak wyjaśnia badaczka Danielle Gourevitch, matronie nic nie "uchodziło na sucho", ponieważ jej sprawę przekazywano rodzinie i kobieta musiała stawić czoła gniewowi ojca lub męża za zhańbienie rodzinnego nazwiska. Możecie sobie również wyobrazić trudności, z jakimi borykali się celnicy, gdy na granicach (były w każdej prowincji imperium, a w Italii na całej linii łuku Alp) pojawiała się matrona, którą podejrzewali o ukrywanie pod szatami pereł lub cennych towarów, których nie chciała zadeklarować. Przeszukanie jej lub zmuszenie do opuszczenia wozu byłoby istnym świętokradztwem.

Chroniona była nie tylko fizyczna, ale i moralna nietykalność matrony. Około 200 roku przed naszą erą ogłoszono prawo (Lex de adtemptata pudicitia), które w najszerszym zakresie chroniło godność Rzymianki. Chociaż pełny tekst nie przetrwał do naszych czasów, uczonym udało się zrekonstruować jego treść z innych źródeł. Prawo to strzegło czci trzech kategorii kobiet: mężatek (nuptae), wdów (viduae) i dziewic (virgines), a także niedorosłych chłopców.

Kary przewidziano nie tylko dla każdego, kto dotykał kobiety (celowo lub w sposób napastliwy), ale także dla tego, kto zwracał się do niej (appellare) obraźliwymi słowami lub składał nieprzyzwoite propozycje. Jurysta Ulpianus (z przełomu II i III wieku naszej ery) wyjaśniał, że przez "zwracać się do kogoś" (appellare) należało rozumieć, że w stosunku do kobiety zabronione były nie tylko przekleństwa czy wulgaryzmy, ale także "normalne" słowa używane do zwyczajnego podrywu na ulicy, które jednak w ostatecznym rozrachunku miały na celu zachęcenie matrony do niemoralnego zachowania. Innymi słowy, karany był także mężczyzna, który naprzykrzał się jej przez presję psychiczną lub zaczepki na ulicy. W tym sensie Lex de adtemptata pudicitia, które obowiązywało przez cały okres cesarstwa, przypomina nasze prawo przeciwko stalkingowi.

Prawo to przewidywało sankcje w szczególności wobec tych, którzy zalecali się do matrony i natarczywie próbowali namówić ją na seks - takie zachowania uznawano za przestępstwo. W czasach rzymskich bałamutnicy musieli postępować ostrożnie: prób "podrywania" oczywiście nie karano, ale jeśli ktoś wybrał niewłaściwą kobietę (wysoko postawioną matronę) lub złą metodę i zalecał się w wulgarny lub natarczywy sposób, to mógł być ścigany z całą surowością prawa. Przestępstwem była również sytuacja, gdy ktoś, chcąc zyskać swobodę prowadzenia zalotów, próbował usunąć niewolnika towarzyszącego kobiecie jako ochrona.

Zasądzano kary pieniężne, które różniły się w zależności od pozycji społecznej kobiety. Im wyższą pozycję zajmowała jej rodzina, tym pokaźniejszą sumę odszkodowania musiał zapłacić przestępca.

Lex de adtemptata pudicitia obowiązywało w całym imperium i chroniło wolne obywatelki Rzymu o nienagannej reputacji. Kobiety o nadwerężonej opinii lub skazane kiedyś za cudzołóstwo, a także niewolnice, nie mogły z niego skorzystać. Nie wiemy, do jakiego stopnia prawo to było stosowane w praktyce. Jeśli weźmiemy pod uwagę koszty procesu, wydaje się bardzo prawdopodobne, że sprawy były wytaczane przede wszystkim przez matrony należące do zamożniejszych rodzin.

Nie mamy także pewności, czy w prowincjach, które często posiadały autonomiczne ustawodawstwo obok prawa rzymskiego, prawo to było stosowane, a jeśli tak, to w jakim zakresie. Pewne jest natomiast, że i tam chroniło ono rzymskie matrony, na przykład żony urzędników administracji lub wojskowych.

Być może również z powodu możliwych zaczepek szanujące się kobiety nigdy nie wychodziły same na ulice. Zawsze eskortował je i ochraniał zaufany niewolnik lub domownik (comes). Zaufany... owszem, ale przede wszystkim był on zaufanym męża, który kontrolował żonę, czy nie dochodzi do żadnych skoków w bok. Dlatego też szanująca się kobieta, której nie towarzyszył comes, była bardzo źle postrzegana i groziło jej, że zszarga honor własnej rodziny - mogła zostać wzięta za niewolnicę lub, co gorsza, za prostytutkę. Taka sama etykietka przylgnęłaby do niej, gdyby pozwoliła sobie na pocałunki, pieszczoty czy inną wylewność.

Czy dawało się kwiaty kobiecie?

No dobrze, nie całowano się na ulicy, nie trzymano się za ręce, nie wychodziło się razem na kolację, ale czy przynajmniej dawało się kwiaty ukochanej? Kolejne rozczarowanie. Nie, ówcześni mężczyźni nie dawali wybrankom serca ani czerwonych róż, ani innych kwiatów. Po prostu nie znali takiego zwyczaju.

A przecież Rzymianie i Rzymianki kochali kwiaty, ich barwy i zapachy, ale wiązali je bardziej ze światem religii i ceremonii albo też z upiększaniem domostwa. Ktoś mógł przynieść kwiaty, aby zaskoczyć ukochaną, ale był to wyjątek, któremu nie nadawano takiego znaczenia jak dzisiaj.

Żeby to łatwiej zrozumieć, wyobraźcie sobie świecę. Jakiemu celowi dziś służy? Widzicie ją w kościele (miejsce religijne), na torcie urodzinowym (święto) lub na świeczniku, aby upiększała pokój lub tworzyła odpowiednią atmosferę (wystrój wnętrza). Nikt nie wpadłby na pomysł przyniesienia ukochanej świecznika z zapalonymi dwudziestoma jeden świecami, tak jak robimy to dzisiaj z czerwonymi różami. To po prostu nie jest nasza tradycja. Tak samo myśleli o kwiatach starożytni Rzymianie. Z kilkoma wyjątkami, które zaraz poznamy.

Kontynuujemy nasz spacer. Zakochana para wciąż ukrywa się na sklepowym zapleczu - los zadecyduje, jaka będzie przyszłość tych dwojga. A my podążamy teraz za dwiema zajętymi rozmową rzymskimi matronami. Przed każdą z nich idzie comes, osobisty ochroniarz, który toruje drogę i pilnuje, by nikt zanadto nie zbliżył się do jego pani. Na marginesie - gdy słyszymy termin matrona, instynktownie przychodzą nam na myśl brzydkie, grube, mocno dojrzałe panie obwieszone złotem. Tymczasem w epoce rzymskiej matrona to kobieta szlachetnie urodzona; mogła być młoda, piękna i szczupła - jak te dwie, za którymi idziemy. Kobiety skręcają za róg i nagle pojawia się imponująca lektyka. Powoli sunie środkiem ulicy. Trudno nam sobie to wyobrazić, nie jesteśmy przyzwyczajeni do podobnego widoku, jedynymi współczesnymi porównaniami byłyby: kondukt pogrzebowy z trumną albo procesja religijna ze świętą figurą osłoniętą baldachimem i niesioną przez ludzi na własnych ramionach. Bo w istocie lektyka, którą widzimy, jest niczym więcej jak przykrytym baldachimem łóżkiem z noszami dźwiganymi przez ludzi. Niesie ją ośmiu jednolicie ubranych niewolników, trzymając na barkach długie drążki tych noszy. Ich nogi poruszają się synchronicznie, nadając lektyce wygląd owada, dużej stonogi posuwającej się po chodniku. Po chwili nas mijają. Spoglądamy na twarze niewolników: są napięte, na czołach nabrzmiewają im żyły, po skroniach i policzkach spływają krople potu. Pewnie mają już za sobą długą drogę, ale przede wszystkim dokucza im ciężar lektyki! Jest masywna, pokryta zdobieniami ze złoconego brązu oraz rzeźbami z kości słoniowej i drewna - to odpowiednik antycznego Rolls-Royce'a. Wykonano ją nie po to, by łatwo się ją niosło, lecz by imponować bogactwem. To symbol statusu. Sądząc po wysiłku niewolników, nie bez znaczenia jest również waga niesionej osoby; ciężkie, misternie wykonane zasłony (odpowiednik przyciemnianych okien w naszych luksusowych samochodach) uniemożliwiają nam dostrzeżenie, kto leży w środku.

Widzieliśmy takie nosze w wielu scenach filmowych, ale jest jeden szczegół, którego na filmie nie widać, a którego za chwilę doświadczymy "na żywo". Po przejściu lektyki w powietrzu rozchodzi się niezwykły zapach: mieszanka aromatu szlachetnego drewna (zawsze wykorzystywanego w luksusowych meblach w domach bogaczy, także w ich lektykach), perfum pasażera oraz orientalnych olejków, którymi skropiono poduszki i materac (starożytny odpowiednik choinek zapachowych dyndających pod lusterkami wstecznymi wielu naszych samochodów). W końcu w nasze nozdrza wdziera się gryzący zapach potu niewolników. Jakie to robi wrażenie, widać wyraźnie na twarzach obu matron: najpierw przyjemność, później przechodząca w obrzydzenie. Na szczęście już po chwili ogarnia nas inny z ulicznych zapachów. Uwalniają go doniczki z kwiatami ustawionymi na balkonach i w oknach insulae. Pomimo surowości życia ich mieszkańcy dbają o drobne przyjemności, przejawiające się choćby w takich szczegółach jak kwiaty. Ulica jest dobrze znana i lubiana w dzielnicy właśnie ze względu na kwiaty, kolory i zapachy, dziś powiedzielibyśmy, że jest jak z obrazka.

Nic w tym dziwnego. Kwiaty były bardzo powszechnym elementem codziennego życia Rzymian. Wystarczy pomyśleć, że wszystkie domy bogaczy były otoczone ogrodami (horti), w których uprawiano kwiaty, a w wielkich willach istniały nawet specjalne obszary (ambulationes, nazwa pochodzi od ścieżek wykorzystywanych głównie do spacerów po posiłkach), przeznaczone wyłącznie do uprawy kwiatów, czasami w donicach, czasami bezpośrednio w ziemi.

A jakie były najpopularniejsze kwiaty Rzymian? Nade wszystko róże, także fiołki (wielu odmian), lilie, irysy, krokusy, maki, żonkile, mieczyki, goździki, szarłaty, wiciokrzewy i wiele, wiele innych.

Skoro nie dla żywych, to dla zmarłych

Ciekawe, że w starożytnym Rzymie nie było zwyczaju dawania kwiatów osobom żywym, za to ofiarowywano je zmarłym. Ostatniego dnia (Feralia) święta poświęconego zmarłym (Parentalia), obchodzonego między 13 a 21 lutego, Rzymianie przynoszą na groby swoich bliskich dary, a wśród nich bardzo często kwiatowe girlandy (zwykle czerwono-fioletowe). Czasami nie są one wykonane z prawdziwych kwiatów, ale - aby były bardziej trwałe - z czerwonawych kulek wykonanych z ciasta ugniecionego z dodatkiem kwietnych płatków. Takie girlandy mogą też być dostępne poza sezonem, kiedy trudno o świeże kwiaty.

Kwiaty są tak powszechnie wykorzystywane do ozdabiania grobów, że istnieją nawet święta zmarłych związane wyłącznie z kwiatami. Na przykład Violaria pod koniec marca albo Rosaria (lub Rosalia) na przełomie maja i czerwca, kiedy to krewni ucztują na grobach, dekorując je - odpowiednio, w zależności od święta - fiołkami lub różami.

Kwiaty są również obecne podczas wielkiej ceremonii, która jest świętowaniem życia: zaślubin. W tym przypadku symbolizują szczęście i dobrobyt. A najbardziej poszukiwanymi kwiatami na tę okazję są róże. Tysiące róż! Jak w przypadku ślubu syna Dionizji. Posłuchajcie tej historii.

Dwa tysiące ślubnych róż

W znalezionym w Oksyrynchos w Egipcie papirusie pochodzącym z czasów rzymskich, a dokładniej z interesującego nas okresu (II wiek naszej ery), czytamy o dwojgu kwiaciarzach, Apoloniuszu i Serapii, którzy szukali sposobu na udobruchanie kobiety imieniem Dionizja, ponieważ nie udało im się dostarczyć wszystkich kwiatów, które zamówiła na ślub swojego syna. Kobieta nie szczędziła grosza i zażądała dwóch tysięcy róż i dwóch tysięcy żonkili! Jednak kupcom udało się zebrać "zaledwie" tysiąc róż, zaproponowali więc, że dodadzą do nich nawet cztery tysiące żonkili. Nigdy się nie dowiemy, co odpowiedziała Dionizja ani jak potoczyły się sprawy. Jedno jest jednak pewne: zarówno wtedy, jak i teraz miłość świętowano różami.

Ten papirus sygnalizuje nam jeszcze inny szczegół. Wiemy też z różnych źródeł, że za zakup kwiatów oraz wina była odpowiedzialna rodzina pana młodego, a do rodziny panny młodej należała cała organizacja i, co nie mniej ważne, doręczanie zaproszeń.

Jak znaleźć kwiaty poza sezonem

Widzieliśmy, że nie było zwyczaju, aby kochanek dawał róże swojej ukochanej. A nawet gdyby chciał to zrobić, to poza sezonem napotykał przeszkodę nie do pokonania: nie było szklarni i upraw przemysłowych takich jak dziś, zdolnych do dostarczania róż czy innych kwiatów niezależnie od pory roku.

Owszem, istniały małe szklarnie i chyba to właśnie Rzymianie je wynaleźli (przynajmniej tak mówią nam znane źródła historyczne), by móc uprawiać rośliny przez cały rok. Z pism Pliniusza Starszego wiemy, że cesarz Tyberiusz uwielbiał ogórki. Aby mieć je na stole o każdej porze roku, kazał skonstruować ruchome szklarnie. Były to obudowane płytkami ze szkła skrzynie na kółkach, które przesuwano w taki sposób, by zapewnić roślinom ciepło i słońce, dzięki czemu dało się uprawiać ogórki nawet w zimie.

Był to jednak wyjątek. W tamtych czasach nie istniały jeszcze szklarnie przemysłowe. I nikt, z wyjątkiem cesarza, nie mógł pozwolić sobie na warzywa, owoce lub kwiaty poza sezonem. Znano tylko jeden sposób na rozwiązanie tego problemu: sprowadzić je z odległych krajów, gdzie akurat rosły.

Dziś nikt z nas nie zwraca już na to uwagi, ale za roślinami, które widzimy w kwiaciarniach, kryje się ogromny handel obejmujący całą planetę. Róża, którą mężczyzna przynosi na romantyczne spotkanie, lub kwiaty, które kobieta kupuje z okazji kolacji w domu lub u przyjaciółki, często pochodzą z bardzo odległych krajów. I trafiają do nas przez miasto Aalsmeer niedaleko Amsterdamu, gdzie każdego ranka odbywa się największa na świecie aukcja kwiatów. To tam hurtownicy kupują je, by dotarły świeże do waszej dzielnicy. W czasach rzymskich nie istniały Boeingi ani Airbusy zdolne przetransportować świeże kwiaty z różnych kontynentów do wybranego miasta w ciągu paru godzin. A jednak Rzymianie wymyślili system bardzo podobny i równie skuteczny, kierując się chęcią imponowania bogactwem.

Najwspanialszy prezent: zimowe róże z Egiptu

W przeciwieństwie do ludu, któremu musiały wystarczyć kwiaty dostępne lokalnie, rzymska elita mogła - w wyjątkowych okolicznościach - pozwolić sobie na prawdziwe klejnoty, za które trzeba było zapłacić kolosalne sumy: "zimowe róże" z Egiptu.

Dzięki klimatowi, cieplejszemu w tej prowincji imperium, róże mogły kwitnąć tam wcześniej. Fakt ten wykorzystali ludzie obdarzeni żyłką do interesów i zorganizowali transport drogą morską, pakując kwiaty na statki płynące do Rzymu. Te róże były odpowiednikiem diamentów i wręczano je jako prezenty na specjalne okazje, jak mówi nam grecki poeta erotyczny Krynagoras z Mityleny, który przybył do Rzymu jako ambasador za czasów Augusta i wszedł do kręgu nadwornych poetów.

Krynagoras podarował cesarskiej siostrzenicy Antonii Młodszej w dniu jej urodzin bukiet niezwykle rzadkich zimowych róż z Egiptu wraz z następującą dedykacją: "Wiosną niegdyś kwitłyśmy, a teraz już pośrodku zimy otwieramy nasze purpurowe kielichy, uśmiechając się radośnie do świtu Twych urodzin, tuż obok Twojego ślubnego łoża. Lepiej być owiniętym wokół skroni najpiękniejszej z kobiet niż czekać na nadejście wiosennego słońca"12.

Dość łatwo można ustalić datę tego podarunku. Wiemy, że Antonia Młodsza, córka Oktawii (siostry Augusta) i Marka Antoniusza, urodziła się 31 stycznia. Poecie udało się zatem zdobyć róże w środku zimy, kiedy nawet żegluga była zawieszona z powodu sztormów. Jak róże z Egiptu dotarły do Rzymu, pozostaje zagadką, także dlatego, że towar był bardzo delikatny i łatwo się psuł. Mimo że od października do marca-kwietnia wielkie szlaki na Morzu Śródziemnym pustoszały, to najwyraźniej niektórzy kapitanowie w zamian za spore sumy decydowali się na ryzyko. Być może wybierali dłuższe, ale bezpieczniejsze trasy wzdłuż wybrzeża i zapuszczali się na otwarte akweny tylko tam, gdzie to było konieczne.

W czasach cesarskich żeglugę oficjalnie "otwierano" obrzędem Navigium Isidis, było to święto - opisane między innymi przez Apulejusza pod koniec Metamorfoz - poświęcone Izydzie, które obchodzono 5 marca. Wraz z nadejściem jesieni (październik) żegluga handlowa na ogół się kończyła. Praktykowano tylko mały kabotaż wzdłuż wybrzeży. Płynąc od portu do portu, przewożono wiele towarów aż do Rzymu, co oczywiście wiązało się z wyższym ryzykiem i dłuższym czasem transportu.

To pozwala nam zrozumieć wartość tych róż. By je dostarczyć, ludzie ryzykowali życie i czasem naprawdę ginęli. Dlatego były tak cennym darem. Mówi o tym również Marcjalis w jednym ze swoich epigramów, gdy podkreśla, że zimowe róże tak się podobają, ponieważ są rzadkie, a także dlatego, że są bardzo drogie:

Rzadkość nęci. Najbardziej lubimy wszak owe

Wczesne jabłka, a róże najdroższe - zimowe.

Chciwe dziewki tym milsze, że ulec nieskore,

Nie kuszą nas drzwi ciągle stojące otworem13.

Jak twierdzą niektórzy badacze, lukratywność tego interesu i stałe zapotrzebowanie na zimowe róże sprawiły, że Rzymianie próbowali doskonalić techniki uprawy w Italii i już w epoce odpowiadającej narodzeniu Chrystusa zaczęli hodować te kwiaty, zwłaszcza w rejonie Paestum, które w czasach cesarskich stało się słynnym ośrodkiem hodowli silnie pachnących czerwonych róż. Współczesny nam historyk Mario Mello twierdzi, że w tamtejszych ogrodach różanych (rosaria) hodowano różnorodne odmiany, kwitnące dwa razy w roku: wiosną i późną jesienią. Rzymianie odkryli pomysłowe techniki poprawy produkcji róż, o czym donosi Pliniusz Starszy: "aby wcześniej rozkwitły [...] wystarczy wykopać głęboki na stopę dół wokół korzenia i wlać do niego gorącą wodę, kiedy pąk róży zaczyna kiełkować".

Produkcja róż w Paestum była jednak ograniczona i niezwykle kosztowna, więc i wyhodowane tam kwiaty wciąż stanowiły ekskluzywny podarunek. A jeśli do róż dodawano wiersz, jak w przypadku nadwornego poety Krynagorasa z Mityleny, był to prezent doskonały. Wśród zamożnych klas podarowanie komuś dzieła literackiego uważano za gest o wielkim znaczeniu.

Wiersze i róże dla kobiety... dziś motyw romantyczno-sentymentalny lub erotyczny nasuwałby się sam. Ale w czasach rzymskich nie było to tak oczywiste. Kobiety często dostawały takie prezenty z dwóch prostych powodów; po pierwsze, uważano je za "muzy inspiratorki" poezji; po drugie zaś, gdyż często, jak w przypadku Krynagorasa z Mityleny, obdarowana była również sponsorką jego życia i literackiej aktywności.

Krótko mówiąc, bardziej niż miłość, to względy praktyczne i chęć zadziwienia napędzały zimowy rynek róż w starożytnym Rzymie. Ale wraz z powrotem ciepłej pory roku róża ponownie zaczynała odgrywać, tak jak dziś, rolę związaną z życiem, szczęściem i miłością. Mówi nam o tym Marcjalis. Dla niego róża jest kwiatem miłości par excellence (nawet jeśli nie dla kobiety, lecz dla mężczyzny, którego darzył wielkim szacunkiem, ponieważ był jego przyjacielem i "sponsorem"), który należy nosić jako koronę we włosach:

Idź, szczęsna różo, i cudne twe kwiecie

Apolinara niech włosy oplecie;

W późnej starości ozdabiaj skroń siwą,

Za to Wenerę miej zawsze życzliwą14.

Jakie prezenty dawali sobie narzeczeni

Naszą uwagę przykuwa dźwięk zdecydowanych, niemal wojskowych kroków odbijających się echem od murów ukwieconej ulicy. Odwracamy się i widzimy postawnego mężczyznę o wydatnych kościach policzkowych i małych, głęboko osadzonych oczach. Idzie zdecydowanie, jakby był właścicielem tego miejsca. Po jego zachowaniu i stroju wnioskujemy, że należy do wysokiej klasy społecznej, jest przyzwyczajony do wydawania poleceń i przyjmowania oznak szacunku. Kiedy przechodzi, dwóch niewolników odsuwa się, opuszczając głowy. Gdy nas mija, uderza nas jego zapach, bardzo intensywny, który sprawia, że na chwilę zapominamy o smrodzie zaułka. Ta postać wzbudza ciekawość. Kim jest mężczyzna i dokąd zmierza? Skręcamy z nim za róg i wychodzimy na jedną z najbardziej wystawnych ulic w dzielnicy, pełną podobnych mu osób, bogato ubranych i dbających o szczegóły stroju. Blask złota i barwy szlachetnych tkanin kontrastują z matowymi kolorami (szarymi, brązowymi, brudnobiałymi) ubrań, które widać na biedniejszych ulicach. Ludzie tutaj wydają się nie zauważać tych, którzy nie należą do ich klasy społecznej. To ulica, po której chodzą bardziej po to, by być widzianymi, niż po to, by patrzeć.

Do naszych uszu dobiega rytmiczny stukot małych młotków. Mężczyzna kieruje się wprost do sklepu, z którego dochodzą te nieustanne, irytujące dźwięki, i znika w środku. Podążamy za wonią jego perfum. Co to za sklep? Zatrzymujemy się przed wejściem i patrzymy na szyld. Przedstawia dwa eleganckie złote naszyjniki z perłami oraz pierścienie, na których wyróżniają się zielone i niebieskie prostokąty, najwyraźniej szmaragdy i szafiry. To warsztat złotnika! Taberna gemmaria, jak nazywają go Rzymianie. Zgodnie ze zwyczajem, zawsze znajduje się na eleganckiej ulicy i do dziś takie same miejsca wybierają najsłynniejsi jubilerzy. Mężczyzna, jak się domyślamy, wszedł, aby zamówić prezent dla swojej kobiety; nie wiemy, czy jest jego żoną, kochanką, konkubiną czy narzeczoną. Jedno jest pewne: Rzymianie, tak samo jak my, dawali swoim kobietom prezenty. Tak, ale co dawali?

Wiemy, że podczas uczty zaręczynowej przyszli małżonkowie wymieniali się prezentami (do tematu zaręczyn wrócimy w dalszej części książki). Był to bardzo stary zwyczaj i najwięcej prezentów otrzymywała narzeczona: stroje, meble, biżuterię, pudełka z kosmetykami czy przybory toaletowe. Oczywiście każdy dawał prezenty odpowiednio do zawartości swojej kieszeni. (Aczkolwiek kieszenie jeszcze nie istniały i prawdopodobnie zostały stworzone później przez przyszywanie do spodni - przejętych od barbarzyńców - skórzanych lub materiałowych sakiewek, które zwykle noszono przy pasku; takie praktyczne rozwiązanie chroniło też przed kradzieżą). Łatwo sobie wyobrazić, jak hojne były dary, gdy zaręczali się ludzie z klas rządzących. A w jednym przypadku nawet nie musimy sobie tego wyobrażać. Chcecie wiedzieć, co syn cesarza dał swojej narzeczonej? Maksyminus Młodszy, syn Maksymina Traka (który żył w III wieku naszej ery), podarował swojej Junii Fadylli, jak donosi Juliusz Kapitolinus w Historia Augusta: "dziewięć sznurów białych pereł, siatkę do włosów z jedenastoma szmaragdami, cztery bransolety z zameczkiem z ametystów, ponadto szaty przetykane złotem [...] i inne dary będące oznakami zaręczyn"15.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki