1.
HANNAH
Watford. Miasto znane głównie z profesjonalnej drużyny piłkarskiej oraz studia Warner Bros, w którym znajduje się muzeum filmów o Harrym Potterze. Tutaj urodził się Elton John. Liczący ponad sto tysięcy mieszkańców dystrykt oddalony od centrum Londynu o zaledwie dwadzieścia siedem kilometrów, jak podają różne źródła. Jest dobrze skomunikowane z "city", zarówno pociągiem, jak i metrem. Z ostatniej (albo pierwszej, jak kto woli) stacji, trasą znaną jako "Metropolitan line", można dojechać do samego centrum Londynu. Prawie pod pałac królowej... Króla. Już króla. (God save the king!) Żartowałam.
A tak poza tym... Miasto całkiem przyjemne do życia, nie za duże, nie za małe, niemal wszędzie blisko, praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie, pod ręką: centrum handlowe wielkości kolejnego miasta, bary, restauracje, parki, szkoły, boiska, place zabaw, barki, kanały rzeczne... Te akurat były moją zmorą. Zwłaszcza wieczorami i nocą. A właśnie o takich porach zwykle wracałam tamtędy do domu ze stacji metra. Czasem wysiadałam w Croxley Green, ale wtedy nadrabiałam drogi, więc zwykle kierowałam się poziomem zmęczenia albo tym, czy Doug wyjdzie po mnie na przystanek. Dzisiaj niestety nie mógł. Nie wiem, z jakiego powodu, bo nie odpisał na wiadomość, gdy o to grzecznie zapytałam, nie odebrał też telefonu. Na pewno nie był w pracy, bo wyrzucili go tydzień temu. Dziwne, ale tym razem jakoś nie bardzo mnie to obeszło. Może dlatego, że stracił trzecią posadę w ciągu pół roku, i znów za to samo: niesubordynację? Trzeba przyznać, że to ładne określenie na antyspołeczne zachowanie w pracy i grubiaństwo. Doug uważał po prostu, że jest najmądrzejszy, wszystko wie lepiej, a szef (każdy kolejny, bez wyjątku), to skończony idiota, głąb i pewny siebie cwaniak, któremu dostała się ciepła posadka i o ciężkiej pracy wie tyle, co kot napłakał. Tak jakby on sam latami harował. Prawda była taka, że mój chłopak, od kiedy wyrzucili go ze studiów, o czym oczywiście nie powiedział rodzicom, by nadal płacili mu czesne, nie zagrzał miejsca w żadnej pracy dłużej niż trzy miesiące. Czy to w magazynie, gdzie za zadanie miał jedynie segregować paczki do wysyłki, czy to w markecie budowalnym, gdzie nawet nie stał przy kasie, tylko wykładał towar na półki, czy w końcu w restauracji, w której był odpowiedzialny za sektor sanitarny (tak błyskotliwie określał zmywak). Nabierałam przekonania, że on po prostu nie chciał nic robić, najwygodniej było mu czerpać pieniądze na utrzymanie ze źródełka zwanego rodzicami, bez najmniejszego wysiłku czy zaangażowania w jakiekolwiek inne zajęcie poza ślęczeniem przed komputerem. Zaczynało mnie to coraz bardziej irytować, bo z ambitnego chłopaka, który chciał podbijać światowe giełdy po studiach, na których się poznaliśmy (a miał zdolności analityczne i giełdziarską intuicję), nie było już śladu. Jakby stał się zupełnie innym, zupełnie obcym człowiekiem.
I dzisiaj, kiedy wróciłam do mieszkania, byłam naprawdę bliska wybuchu. Nie zrobiłam awantury tylko dlatego, że Chris, przyjaciel Douga, który z nami mieszkał, miał gościa.
Ostatni odcinek drogi ze stacji metra, przez park, a później przy kanale, przemierzyłam niemal biegiem, tak bardzo się bałam. Doug doskonale o tym wiedział, a mimo to ważniejsze dla niego było skończyć kampanię w jakiejś idiotycznej gierce on-line!
- Przepraszam, kochanie, ale naprawdę nie mogłem, toczy się gra o ogromną wygraną! Puchar narodów! - rzucił nabuzowany, nawet nie podnosząc na mnie wzroku, gdy weszłam do naszego pokoju.
- Gdyby gra toczyła się o jakąś pensję, może byłabym to w stanie zrozumieć - syknęłam, a potem wymownie trzasnęłam drzwiami i zeszłam do kuchni.
Pewnie nawet nie usłyszał tego, co powiedziałam, pochłonięty swoją strategią, więc nie miałam zamiaru strzępić sobie języka jakimiś dłuższymi wywodami. Zresztą wszelkie słowa i argumenty i tak trafiały w próżnię. Zawodził mnie ostatnio na każdym kroku. Każdym takim posunięciem zniechęcał mnie do siebie coraz bardziej. Zdenerwowana, ale przede wszystkim rozczarowana, nastawiłam wodę na herbatę. Włożyłam do uszu słuchawki, żeby ukoić nerwy ulubioną soulową składanką, ale przede wszystkim, żeby zagłuszyć galopujące myśli. Włączyłam playlistę w telefonie. Selah Sue zaczęła śpiewać, a ja, czekając, aż zagotuje się woda, wpatrzyłam się w widok za oknem. Zwykle skutecznie koił moje nerwy, choć nie był jakoś szczególnie zachwycający. Mieszkaliśmy w szeregowcu, więc naszym ogrodem był kawałek zabetonowanego placu za domem, na który wychodziło właśnie okno z kuchni. W oddali też nie było widać nic ciekawego, jedynie ciemne, zarośnięte mchem dachy i mury kolejnych szeregówek, ciągnących się tutaj rząd za rzędem i raz po raz wyrastające spomiędzy zabudowań drzewa, których liście zaczęły już jesiennie żółknąć. I zawsze szare, zachmurzone niebo, które ja, w przeciwieństwie do większości mieszkających tu ludzi, naprawdę lubiłam. Miało w sobie coś wyjątkowego, tajemniczego i nostalgicznego. Bardzo wpisywałam się w ten klimat, mimo że nie byłam Brytyjką z krwi i kości.
- Woda ci się zagotowała. - Chris wyciągnął mi z ucha jedną słuchawkę i przesunął po blacie kubek z zaparzoną herbatą, a potem podał mi mleko.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się do niego niemrawo i dolałam mleka do herbaty, po czym oddałam mu butelkę.
- Co, ten palant znowu zalazł ci za skórę? - zapytał z troską.
Nie odpowiedziałam, tylko spuściłam wzrok, skupiając się na kubku, a potem znów wyjrzałam za okno. Nieraz było mi głupio, że kłócimy się z Dougiem przy Chrisie, bywało, że zawstydzona przepraszałam go za krzyki i awantury, zwykle uśmiechał się ze zrozumieniem, jak gdyby nic się nie stało, co pomagało mi wrócić do równowagi. Był naszym współlokatorem, najlepszym przyjacielem Douga i jedynym powodem, dzięki któremu jeszcze tutaj nie zwariowałam. Tak naprawdę ostatnimi czasy to na niego mogłam liczyć bardziej niż na Douga: kiedy zepsuł się piec od centralnego ogrzewania czy kiedy mieliśmy awarię wody, gdy zapomniałam kluczy do domu albo spóźniłam się na metro. To Chris zadzwonił do fachowców, zajął się naprawą, urwał się z pracy, by otworzyć mi drzwi, i podrzucił mnie autem na kolejny przystanek, bym zdążyła na następny odjazd. Od jakiegoś czasu to do niego częściej zwracałam się o pomoc niż do własnego chłopaka. Doug w każdej z tych sytuacji był zajęty, raz za razem zderzałam się z wymówkami, zawsze miał "coś ważniejszego albo pilniejszego do ogarnięcia", w pewnym momencie po prostu przestałam prosić go o cokolwiek. Zresztą jemu to nawet było na rękę, nie musiał przerywać sobie gry.
- Wiesz, jak jest. - Uśmiechnęłam się niemrawo i zerknęłam na Chrisa przelotnie.
- Niestety, nie jestem ślepy. Jeśli chcesz, to z nim pogadam...
- Nie, nie chcę cię mieszać w nasze sprawy jeszcze bardziej. Już i tak musisz nas słuchać, chyba zapadłabym się pod ziemię, gdybyś jeszcze między nami mediował. Jakoś musimy to ogarnąć sami.
- Jak uważasz. W każdym razie moja propozycja jest ważna bezterminowo, jeśli tylko zmienisz zdanie, wiesz, gdzie jest mój pokój. Chętnie nakopię temu idiocie.
- Jeśli już, to wolałabym bez przemocy - zaśmiałam się, widząc determinację Chrisa, i pogładziłam go po ramieniu. - Ale dziękuję, dobrze mieć w tobie przyjaciela.
- Do usług, Han. I nie zamartwiaj się już przez niego. Wolę cię uśmiechniętą.
Uniosłam wtedy nieznacznie kąciki ust, a następnie upiłam łyk herbaty. Kolejny dowód na to, że byłam Brytyjką bardziej, niż mi się wydawało. Kiedyś nie tknęłabym tej mikstury. Picie herbaty z mlekiem wydawało mi się równie obrzydliwe, jak jedzenie kanapki z chipsami w środku. Nie do przełknięcia. Teraz, nie dość że herbatę piłam już tylko w takiej formie, to moją ulubioną przekąską była właśnie bułka z Walkersami. Cóż poradzić, wiele lat spędzonych w Wielkiej Brytanii, w zasadzie to tu się wychowywałam, ukształtowało moje nawyki i upodobania.
- W takim razie przygotuj dla mnie pudding czekoladowy, a obiecuję, że nie zobaczysz więcej tej gnuśnej miny. - Wygięłam usta w podkówkę, a potem odważniej się uśmiechnęłam, gdy Chris teatralnie zakasał rękawy. Nie spuszczając ze mnie wzroku, wyciągnął z szafki rondelek i tabliczkę czekolady Cadbury. Och, tej u nas też nie brakowało. Była lekiem na całe zło i Chris musiał się naprawdę uwijać, jeśli chciał zdążyć z przygotowaniem deseru, zanim cała tabliczka zniknie.
I tak jak obiecałam, całe popołudnie byłam pogodna. Obejrzeliśmy z Chrisem powtórkę Britain's Got Talent, a potem włączyliśmy serial na Netfliksie. Starałam się nie myśleć o Dougu. O dziwo, w tym przypadku nawet ułatwił mi sprawę, bo przez kilka godzin w ogóle nie pojawił się na dole. Tylko raz usłyszałam, że wyszedł do toalety, szybko jednak wrócił do pokoju, zapewne by skończyć rozgrywkę. Zerknęłam wtedy niechętnie w stronę schodów. Chris musiał to wyłapać, bo odchrząknął i powiedział:
- Wiesz, gdybyś potrzebowała mnie znaleźć w moim pokoju nie tylko po to, żebym nakopał Dougowi, ale na przykład, żebym cię przenocował... Też nie ma problemu.
Wbiłam w niego zaskoczone spojrzenie, a potem mlasnęłam zniesmaczona i skrzywiwszy się, zażartowałam:
- Nigdy nawet nie usiądę na tym łóżku, przewinęła się przez nie połowa cheerleaderek waszej drużyny.
- Bez przesady, przeceniasz mnie. Były tylko... - udał, że liczy w myślach - Jen, Angie, Cheryl i Diana. - Zliczył palce. - To nawet nie jest jedna trzecia - dodał z powagą.
- A Claire i Edith?
- One nie są cheerleaderkami - sprostował.
- A, w takim razie przepraszam, to zmienia postać rzeczy.
- Czyli mogę się ciebie spodziewać? Zmienię pościel. - Jego twarz zajaśniała radością.
Uśmiechnęłam się rozbawiona jego szczerością.
Miałam na końcu języka, że nie wiem, co powiedziałby na to Doug, gdybym spędziła noc w pokoju jego przyjaciela, gdy dotarło do mnie, że prawdopodobnie nawet nie zauważyłby mojej nieobecności. Na moment spoważniałam, ale w ułamku sekundy przywołałam nienaganny, choć sztuczny już uśmiech.
- Ta kanapa też jest całkiem wygodna. - Klepnęłam w siedzisko.
- Widzisz, kanapa ci nie przeszkadza, a na niej też...
- Co?! - przerwałam mu gwałtownie, gdy już szczerzył się do mnie wymownie. - No chyba sobie żartujesz! - Rzuciłam w niego poduszką.
- Nie bądź taka pruderyjna! Ja tam nie wnikam, gdzie i jak uprawiacie seks z Dougiem, bo musiałbym na przykład nie brać prysznica albo ekhm... Nie korzystać z blatu w kuchni.
Rozchyliłam lekko usta, czując jednocześnie, jak palą mnie policzki. Byłam pewna, że są już czerwone, jakbym miała z czterdzieści stopni gorączki. Naprawdę Doug opowiadał Chrisowi takie rzeczy...?! Bo przecież to oczywiste, że to od niego wiedział, byliśmy wtedy sami i... Spuściłam zawstydzona wzrok i zaczęłam nerwowo skubać rąbek koca.
- Hej, Han. - Chris dotknął wtedy mojej dłoni. - Daj spokój, to nie powód do wstydu - dodał całkiem swobodnie.
- Nie o to chodzi. Po prostu... Nie sądziłam, że Doug dzieli się takimi intymnymi szczegółami.
- Faceci już tak mają. - Chris wzruszył ramionami, jakby chciał rozładować atmosferę. - Serio, nie przejmuj się tym. Jeśli poprawi ci to humor, to ja jemu też opowiadam o swoich podbojach. Czasami.
- No właśnie. O podbojach. Bez urazy, ale zwykle jednorazowych. A ja... - Znów zabrakło mi słów. - Cholera, Chris, mieszkamy razem!
- I myślisz, że nigdy nie słyszałem, jak baraszkujecie? Nawet jeśli staraliście się być bardzo cicho...
- Jeśli nawet, to było bardzo dawno temu - rzuciłam z przekąsem. - Dobra, nieważne, skończmy ten temat. Jest żenująco głupi.
- A ty chyba zaraz założysz habit. Wyluzuj, Han, to normalna rzecz, że jak się jest ze sobą, to się uprawia seks. Byłem tego świadom, decydując się na mieszkanie z wami. - Znów chciał żartem załagodzić sytuację, ale mnie ukłuło coś innego.
Nie, nie przeszkadzało mi to gadanie. Słowa Chrisa uświadomiły mi dobitnie bolesną prawdę: my już od dawna z Dougiem ze sobą nie sypialiśmy. Już miałam coś powiedzieć, gdy oboje usłyszeliśmy odgłos ciężkich kroków dochodzący ze schodów, a potem w salonie pojawił się Doug.
- Nawet nie zauważyłem, że już zrobiło się ciemno. - Przeciągnął się. - Co oglądacie? Zrobiliście może coś do jedzenia?
Mimo że siedziałam, ściął mnie z nóg. Popatrzyłam na niego niedowierzająco. Naprawdę mieliśmy jeszcze myśleć o jedzeniu dla niego, na wypadek gdyby zaczęło mu burczeć w brzuchu i łaskawie wyszedłby ze swojej nory?
- Ty, stary, nie przesadzasz trochę? - skrzywił się Chris.
- O co ci chodzi? - odparł Doug zaskoczony jego nastawieniem.
- Ile ty masz lat, dwanaście? Siedzisz i grasz na kompie, a w przerwie oczekujesz żarcia podsuniętego pod nos?
- Ja tylko zapytałem, czy jest coś do jedzenia, o co ta afera?
- A zadbałeś o to, żeby coś było? Zrobiłeś jakieś zakupy? Przygotowałeś cokolwiek? - włączyłam się do rozmowy.
Popatrzył na mnie złowrogo.
- Przecież wiesz, że...
- Że miałeś inne, ważniejsze zajęcia. Tak, widziałam. Jakieś cztery godziny temu.
- Chodziło mi raczej o to, że mam przejściowe problemy finansowe, więc nie zrobiłem zakupów.
- Jest pewien sposób na to, by pozbyć się tych problemów. Znaleźć pracę. - Wbiłam w niego wzrok. - I się w niej utrzymać.
- Poza tym może twoje przejściowe problemy finansowe byłyby mniejsze, gdybyś pieniędzy od rodziców nie inwestował w te - zająknął się Chris, lecz urwał w połowie zdania, gdy Doug zgromił go spojrzeniem.
Wtedy zrozumiałam.
- Słucham? To ty jeszcze płacisz za te rozgrywki?!
- To chyba normalne, płacę za dostęp - wycedził, wciąż patrząc na Chrisa krzywo.
Najwyraźniej to miało się nie wydać.
- Nie chcę nawet wiedzieć ile... - Uniosłam ręce zrezygnowana i wstałam z kanapy. - Brak mi słów, Doug, naprawdę, brak mi słów... Wiesz, że nie mamy kasy, że wyrabiam nadgodziny, żeby pomóc ci w twojej kolejnej przejściowo beznadziejnej sytuacji, wpieram cię finansowo, płacę twoją część rachunków i opłat za dom, bo tak się umówiliśmy, a ty wydajesz pieniądze od rodziców na jakieś głupie gry?! To przechodzi ludzkie pojęcie, Doug! - Podniosłam głos, choć wcześniej obiecałam sobie, że nie dam się wyprowadzić z równowagi.
- Serio, jesteś na utrzymaniu Hannah? - wtrącił się Chris, wyraźnie zdziwiony. - Przecież ostatnio mówiłeś, że udało ci się odłożyć, stąd kasa na mieszkanie.
- I do tego kłamiesz. - Pokręciłam głową zrezygnowana, widząc jego zdezorientowaną minę. Opuściły mnie wszelkie siły. - Nie wracaj do pokoju, śpisz w salonie. Albo gdziekolwiek indziej. Zorganizuj sobie coś - dodałam i pomaszerowałam na górę.
- Han, skarbie, proszę cię... - usłyszałam za plecami jego głos, ale nie odwróciłam się.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi pokoju, upadłam na fotel i oparłam głowę o zagłówek. Z dołu dobiegał mnie podniesiony głos Douga, zarzucał Chrisowi, że zamiast stanąć po jego stronie, jak na przyjaciela przystało, zachowuje się tak, jakby chciał go pogrążyć. Istotnie, też odnosiłam ostatnio takie wrażenie, ale Doug po prostu i jego zaczął irytować swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, może Chris chciał mu po prostu utrzeć nosa. Nie bardzo mnie to jednak obchodziło, straciłam już wiarę w to, że jakoś się między nami poukłada.
Rano, gdy się przebudziłam, zauważyłam, że Doug uszanował moje zdanie i nie próbował się położyć ze mną. Na szczęście nie przyszedł też wieczorem, zanim poszłam spać. Znał moje miękkie serce i nie raz próbował czułymi słówkami sprawić, bym przestała się na niego gniewać. Zwykle mu wychodziło. Przychodził, przytulał się, przepraszał, obiecywał, że się poprawi. Z tym że od pewnego czasu te zapewnienia nic już dla mnie nie znaczyły. I nie chodziło nawet o to, że mu nie wierzyłam. Po prostu zaczynała ogarniać mnie obojętność, powoli docierało do mojej świadomości, że chyba znajduję się w "procesie odchodzenia". Niedawno gdzieś usłyszałam to stwierdzenie jako określenie podświadomie podjętej decyzji o odejściu od partnera, zanim to się faktycznie dokona, i teraz powtarzałam to sobie w myśli, gdy tylko między mną a Dougiem dochodziło do kolejnych sprzeczek. Wtedy myślałam już tylko o tym, by go zostawić. Nie miałam jednak pewności, kiedy będę miała tyle odwagi, by podjąć ostateczną decyzję. Bo przecież nie wszystko było czarne czy białe, a ja nie potrafiłam z dnia na dzień odciąć się od, bądź co bądź, dobrej, wspólnej przeszłości.
- Ziemia do Han. - Obróciłam głowę, wyrwana z zamyślenia, i uśmiechnęłam się do Sam.
Pracowałyśmy razem w administracji londyńskiego szpitala św. Tomasza, zajmując się głównie sprawami kadrowymi. Jeszcze na studiach odbywałam tutaj praktyki, a później udało mi się zdobyć stałe zatrudnienie. I tak poznałam Samanthę, moją przełożoną, pięćdziestoletnią singielkę, która w krótkim czasie stała się moją najlepszą przyjaciółką. Prawdę mówiąc, jej wiek wcale mi nie przeszkadzał. Mimo sporej różnicy szybko znalazłyśmy wspólny język. Może dlatego, że Sam była pozytywnie zakręconą indywidualistką, farbującą włosy na wszystkie kolory tęczy, która wciąż powtarzała, że co roku obchodzi swoje dwudzieste piąte urodziny, bo właśnie na tym etapie zatrzymał się jej proces dojrzewania (i starzenia się), co zwykle podkreślała. Uwielbiałam ją za to beztroskie podejście i często jej go zazdrościłam. To właśnie Sam pierwszego dnia wprowadziła mnie w obowiązki i to ona dostrzegła we mnie potencjał, polecając mnie później kierownictwu szpitala. Od początku roztoczyła nade mną swoje opiekuńcze skrzydła, może właśnie dlatego traktowałam ją nie tylko, jak koleżankę z pracy, przyjaciółkę, ale też jak starszą siostrę, której nigdy nie miałam.
- Mówiłaś coś? - zapytałam zdezorientowana i zamrugałam szybko.
- Pytałam, czy idziemy dzisiaj na cotygodniowe piwo.
- A coś się zmieniło? Ja nie odwoływałam.
- Ale jesteś jakaś nieobecna. - Sam wstała zza swojego stanowiska naprzeciwko i oparłszy się o blat mojego biurka, założyła ręce na piersi. - Coś się stało? - Spojrzała na mnie z troską.
Westchnęłam cicho i potarłam palcem skroń, po czym popatrzyłam wymownie na Samanthę.
- Nic nowego. Pokłóciłam się z Dougiem. - Wzruszyłam ramionami i spuściłam zawstydzona wzrok, by nie widzieć, jak Sam przewraca oczami.
Od czasu do czasu zwierzałam się jej ze swoich problemów w związku, choć tak naprawdę otworzyłam się przed nią dopiero wtedy, gdy rozmowy i sprzeczki z Dougiem zaczęły mnie przerastać i z bezsilności chciało mi się już tylko usiąść i płakać. Sam przyznała się, że dawno zauważyła, że coś jest nie tak i że według niej Doug zwyczajnie mną manipuluje. Doskonale znałam jej zdanie - powinnam od niego odejść jak najszybciej, bo duszenie się w takim toksycznym związku nie miało żadnego sensu ani przede wszystkim przyszłości.
- O co tym razem? - zapytała spokojnie Sam.
- Szczerze... To nawet nie wiem. Chyba o to, że zamiast wyjść po mnie na stację, wolał grać. Przepraszam, musiał grać, nie mógł sobie przerwać arcyważnej rozgrywki o puchar narodów. A potem okazało się, że on jeszcze sporo inwestuje w tę grę, a ode mnie pożycza na mieszkanie i w ogóle na życie. Na granie pewnie też. I wiesz, nie chodzi o pieniądze, choć tak naprawdę wcale nam się nie przelewa, ale głównie o to, że nie dość, że nic nie robi, to jeszcze kłamie, a ja... Już nawet nie mam ochoty czegokolwiek z tym robić. - Wzruszyłam ramionami, nie siląc się na więcej niż obojętny ton.
- There are plenty of fish in the sea. - Sam pogładziła mnie po ramieniu. - Ale jeśli chcesz wylać swój żal i tak po prostu sobie ulżyć, to wiesz, że jestem. Jesteśmy. I w takim razie dzisiejsze piwo jest bardziej obowiązkowe niż zwykle. - Posłała mi pokrzepiający uśmiech.
Uniosłam lekko kąciki ust i niemo jej podziękowałam.
- Tylko wiesz, nie jestem pewna, czy chcę wtajemniczać Charl i Josha w aż tak pikantne szczegóły mojego związku. - Wysiliłam się na uśmiech. - Nie chcę zaprzątać im głowy swoimi problemami. Zwłaszcza w piątkowy wieczór. Rozumiesz?
- Jasne. Bez ckliwych rozmów, pocieszania i złotych rad. Idziemy się napić i poprawić sobie humor po ciężkim tygodniu pracy. - Sam wyprostowała się zadowolona.
- Tak będzie najlepiej. Moje problemy i tak nie znikną w jeden wieczór, więc nie ma co psuć nimi nastroju innym.
- Myślę, że ani Charl, ani Josh nie pomyśleliby, że psujesz im nastrój, ale to ty masz się czuć dobrze. W każdym razie cieszę się, że mimo wszystko z nami pójdziesz.
- Nie jestem typem osoby, która miałaby się użalać nad sobą w domu. Sto razy bardziej wolę pójść z wami, niż wrócić i oglądać pochłoniętego grą Douga. - Wzdrygnęłam się.
Sam pochwaliła mnie za takie podejście, a potem wróciła na swoje miejsce, zostawiając mnie znów samą z własnymi myślami. Bo te mimo wszystko nie zniknęły. Właściwie dzień po dniu stawały się coraz głośniejsze, jakby coraz bardziej domagały się mojej uwagi, gotowe przebić się na powierzchnię. Najbardziej dręczące było pytanie, dlaczego wciąż z nim byłam... Zadawałam je sobie kilka razy dziennie, czasem nawet wtedy, gdy byliśmy razem. Czemu trzymałam się związku, który nie przynosił mi ani szczęścia, ani spełnienia? Właściwie zamiast radości wnosił w moje życie frustrację i niepewność. Może to poczucie lojalności, bo byliśmy razem kilka ładnych lat. Ale czy warto trwać w związku tylko ze względu na staż? A może to wygoda i strach przed zmianą, przed samotnością? Dobrze wiedziałam, że Sam ma rację: to lepsze, niż być w toksycznym związku, w którym traci się wiarę w siebie. Cóż, czasem wydawało mi się, prawdę mówiąc, wstyd się do tego przyznać, że jestem z Dougiem głównie dlatego, że nie stać mnie na samodzielne mieszkanie. Choć tak naprawdę, będąc z nim, płaciłam dwa razy więcej, za siebie i za niego. Od kilku miesięcy pożyczał ode mnie pieniądze i nigdy nie oddawał. Niemniej dom, w którym mieszkaliśmy, był wynajęty naprawdę po okazyjnej cenie i nawet ta podwójna stawka była dużo niższa, niż gdybym chciała wynająć w okolicy jedynie pokój... Nie mówiąc już o cenach, jeśli zdecydowałabym się na lokum bliżej centrum Londynu. Poza tym dom był duży i komfortowy, a przeniesienie się do małego pokoju i współdzielenie mieszkania z obcymi ludźmi jakoś nie napawało mnie optymizmem, bardziej przypominało mi studenckie czasy niż dorosłe, odpowiedzialne życie, które sobie wymarzyłam. W końcu miałam dwadzieścia siedem lat, pragnęłam już pewnej stabilizacji. Co nie znaczyło, że nie było to dobre rozwiązanie... Od dawna chodziło mi to po głowie i złościłam się na siebie, że nie potrafię podjąć tej jednej, kluczowej decyzji, która pozwoliłaby mi wreszcie pozbyć się tej uciążliwej kuli u nogi. Bo niestety, ostatnio tylko w ten sposób potrafiłam myśleć o Dougu.
Dlatego tak bardzo potrzebowałam wyjść dzisiaj z przyjaciółmi - by przestać myśleć w kółko o swoim nieudanym związku, skupić się na jakichś pozytywach, na miłym wieczorze albo zupełnie błahych rozmowach. Od sześciu miesięcy, odkąd pracuję w szpitalu, co piątek spotykaliśmy się w czwórkę w pubie The Wetherspoon's, niedaleko stacji metra Victoria. Wybraliśmy to miejsce głównie ze względu na mnie, bym miała jak najbliżej do metra, po czym ustaliliśmy, że to będzie nasza copiątkowa tradycja, by widywać się właśnie tam. Charlotte i Josh też pracowali w szpitalu św. Tomasza, z tym że Charl pracowała jako asystentka w sekretariacie dyrekcji, a Josh w archiwum. Śmialiśmy się, że jako kadra niemedyczna zarządzamy całą placówką, w końcu cała biurokracja była na naszej głowie. No i jeszcze kilka innych osób, ale już nie tak skorych do wspólnej integracji, jak nas czworo. Samantha była z nas najstarsza, Josh miał trzydzieści pięć lat, a Charlotte była moją rówieśniczką, obie zostałyśmy zatrudnione w tym samym naborze. Przez chwilę nawet ze sobą konkurowałyśmy, ale kiedy okazało się, że przyjęto nas obie, zawarłyśmy przyjacielski pakt i postanowiłyśmy, bez względu na wszystko, trzymać się razem. I wiedziałam, że co jak co, ale na tę trójkę zawsze mogę liczyć. I choć z Sam łączyła mnie najsilniejsza więź, to za każdym z nich wskoczyłabym w ogień, podejrzewam, że z wzajemnością. Byli moimi przyjaciółmi, moją brytyjską rodziną.
- Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że ten tydzień mamy już za sobą! - westchnęła Charlotte, gdy w końcu zajęliśmy nasz ulubiony stolik w pubie, i zmęczona padła na swoje krzesło. - Chyba pobiliśmy rekord przyjęć, w dodatku to rozpoczęcie konferencji dotyczącej badań klinicznych w poniedziałek! Wszyscy oszaleli na tym punkcie, nie mówiąc już o dyrekcji, która wspina się na wyżyny, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. No i cały czas wdrażamy to nowe oprogramowanie do szpitalnego systemu.
- Nic dziwnego, przyjeżdża sporo znanych lekarzy. Nie tylko z Europy, ale też ze Stanów, kierownictwo nie chce kompromitacji - odparła Sam.
- Ale czy to wszystko musi być okupione takim stresem? A raczej fundowaniem go wszystkim dookoła?
- Ja tam nie czuję się zestresowany - wtrącił swobodnie Josh, a wtedy wszystkie trzy popatrzyłyśmy na niego, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Wiesz, na ten czas chętnie bym się z tobą zamieniła stanowiskiem i zaszyła w tej twojej norze, by trochę poarchiwizować - rzuciła rozbawiona Charlotte.
- Mam wrażenie czy umniejszasz moje obowiązki? Wbrew temu, co wam się wydaje, mam tam naprawdę sporo pracy. Każdy wypis, każdy zgon... Wszystko trzeba odpowiednio udokumentować, opisać... - zaczął tłumaczyć.
Josh był nieco przewrażliwionym na swoim punkcie, wychuchanym synem nadopiekuńczej matki, z którą nadal mieszkał, ale przede wszystkim - najżyczliwszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam. Człowiekiem gołębiego serca.
- Wiemy. - Dotknęłam jego dłoni. - I nikt nie umniejsza twojej pracy. Jest ważna, o ile nie najważniejsza. I nikt tak jak ty nie zna się na tych wszystkich szpitalnych systemach.
- Fakt, od kiedy wszystko zinformatyzowano... - zaczął, ale kiedy wszystkie trzy tym razem łypnęłyśmy na niego groźnie, od razu się wycofał. Uwielbiał rozmawiać o pracy, nawet poza nią. - Racja, koniec rozmów o robocie. Jest piątkowy wieczór, zajmijmy się ciekawszymi tematami - zreflektował się w porę, po czym z uśmiechem zaproponował, że pójdzie po pierwszą kolejkę piw.