Rozdział 2
Zaczarowany autobus
Miłość często pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Daje o sobie znać w marginalnym wydarzeniu i bez żadnej zapowiedzi.
Janusz Leon Wiśniewski, Narodziny
Ateny, 1999
To miejsce, ten pokój, ta kamienica były pierwszymi obrazami, jakie utrwaliłam z mojego pobytu w Atenach latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. Przyjechałam na wakacje do mojego najlepszego przyjaciela z lat szkolnych, Maksa, który niespodziewanie odnalazł się za granicą po wieloletnim milczeniu.
Maks zajmował wtedy właśnie tę niewielką garsonierę. Nie było w niej warunków do przyjmowania gości, więc zakwaterował mnie na pierwszym piętrze, w jednym z mieszkań, wynajmowanych przez amerykańskich studentów, a zwolnionym przez nich na czas letniej kanikuły. Było to naprawdę miłe z jego strony i niekrępujące.
Mimo iż Maks był gościnny, to jednak zupełnie nie nadawał się na przewodnika turystycznego. Ani plaże, ani zabytki kompletnie go nie interesowały. Wolny czas najchętniej spędzał albo w nocnych barach, albo chrapiąc na kanapie. Powierzył więc moje towarzystwo swojej przyjaciółce, Barbarze, która ochoczo oprowadzała mnie po mieście i jego największych atrakcjach turystycznych. Pokazała mi także piękną, piaszczystą plażę w Varkizie, nadmorskiej miejscowości, leżącej trzydzieści kilometrów na południe od Aten.
Wieczorami spacerowałyśmy po Ogrodach Narodowych, które pierwotnie były prywatnymi ogrodami królewskimi. Ten rozciągający się za gmachem Parlamentu rozległy park z gęsto rosnącymi drzewami, które zapewniały przyjemne schronienie przed letnimi upałami i wielkomiejskim smogiem, obsadzony był niezliczonymi gatunkami rzadkich, egzotycznych roślin przywiezionych ze wszystkich niemal zakątków naszego globu. Ich kwiaty o niezwykle intensywnej woni najpiękniej pachniały po zachodzie słońca.
Moje pierwsze greckie wakacje były fantastyczne. Tamtego lata poznałam Ateny i zachwyciłam się Grecją. Tamtego lata Maks wyznał mi, że jest gejem. Ukrywał to w Polsce przed rodziną, przyjaciółmi, a nawet przed samym sobą, bo to była wtedy sprawa wstydliwa i powszechnie potępiana. Otworzył się dopiero w Grecji. Tu mógł czuć się swobodnie. Hellada bowiem od czasów antycznych po dzień dzisiejszy uświęcała związki homoseksualne. Tamtego lata moje życie było pełne obietnic. Był to szalony czas, kiedy wszystko było możliwe, ale najważniejsze miało wydarzyć się dopiero w drodze powrotnej.
Był początek sierpnia. Wracałam do domu z biurem podróży, które przewoziło turystów najbardziej zdezolowanym autokarem, jakim zdarzyło mi się kiedykolwiek podróżować. Bez siedzeń lotniczych z zagłówkami, bez klimatyzacji, bez projekcji wideo, bez zasłonek w oknach i bez toalety. Gruchot jechał najgorszą trasą, jaką można sobie wyobrazić. Po wertepach i bezdrożach Rumunii i Bułgarii. A pilot dla zabicia czasu pił przez całą drogę, podobnie jak większość pasażerów.
Zwróciłam na niego uwagę, gdy tylko wszedł do tego autobusu. Usiadł tak blisko, że dzieliło nas jedynie wąskie przejście. Przypatrywałam mu się ukradkiem. Nie wiem dlaczego nie mogłam oderwać od niego wzroku. Przez całą drogę nie zdejmował z twarzy słonecznych okularów. Jakby chciał ukryć się za ciemnymi szkłami. Było to w równym stopniu intrygujące, co irytujące. Zdawało się, że na nikogo nie patrzył. Może był pogrążony w myślach. A może po prostu spał.
Niespodziewanie podszedł do mnie na postoju i poczęstował mnie kawą w plastikowym kubku. Kupił ją dla mnie, gdy byłam zajęta rozmową telefoniczną. Zaskoczył mnie tym miłym gestem. Zamieniliśmy kilka zdań. A potem zupełnie nieoczekiwanie wydarzyło się coś dziwnego. W środku czarnej jak smoła nocy, gdzieś na terenie Bułgarii nasz zdezelowany autobus nagle zaczął się palić. Wysadzono nas wszystkich pod jakąś wiejską knajpą.
Siedzieliśmy kompletnie zdezorientowani na trawniku w nieprzeniknionych ciemnościach. Nie wiedzieliśmy ani gdzie jesteśmy, ani co się dalej wydarzy.
- Napijesz się? - zagadnął, przysiadając się z butelką rakii, którą kupił w pobliskim barze.
- Czemu nie - odparłam beztrosko. - Chciałam go poznać. I miałam ochotę się z nim napić. A cóż lepszego można było zrobić w tej sytuacji?
Powiedział, że mieszka w Atenach i jedzie na urlop do rodziców. Był środek wakacji, boom turystyczny. Nie dostał biletu na samolot. Wsiadł więc do pierwszego lepszego autobusu, w którym znalazł wolne miejsce. Był drobny i niewysoki. Miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy, smukłe, proste nogi, wąskie biodra i pięknie umięśnione ramiona. W krótkich płóciennych spodenkach w pastelową kratkę, w białym, bawełnianym podkoszulku, podkreślającym mocną opaleniznę, i w trampkach Adidasa na bosych stopach wyglądał na studenta.
Siedzieliśmy na trawie i rozmawialiśmy. I nagle całe moje ciało przeszyło mrowienie. Niby przypadkiem dotknął mojej dłoni. Miałam wrażenie, że wywołane tym nieśmiałym gestem dreszcze przenikają mi do krwioobiegu. Więc to ty - pomyślałam ni stąd, ni zowąd, jakbym czekała na niego całe życie. Poczuliśmy oboje dokładnie to samo w momencie, gdy spotkały się nasze spojrzenia. I nie wiadomo dlaczego zakochaliśmy się w sobie do szaleństwa. Tam, na tamtym trawniku, w środku bezkresnej nocy, podczas tamtej niezwykłej podróży tym dziwnym autobusem.
Bułgarska śliwowica była wyborna. Nie wiem ile czasu upłynęło, zanim ruszyliśmy w dalszą drogę. Zapragnęłam nagle poczuć jego bliskość. I przytuliłam się do tego nieznajomego chłopaka. On także chciał mnie przytulić. I chciał całować się ze mną. W tamtym autobusie przydarzyło nam się dużo więcej. Nigdy nie przeżyłam czegoś równie szalonego. Przegadaliśmy całą drogę. Nie było czasu na sen.
Odnaleźliśmy się w tamtej podróży. Na tę jedną jedyną dobę zapomnieliśmy o naszej prozaicznej codzienności. I wszystko to, co się wtedy wydarzyło, wydawało się takie nierzeczywiste. Była w tym magia i szaleństwo. Możecie w to nie wierzyć, ale takie rzeczy naprawdę się zdarzają.
Żyliśmy w dwóch różnych krajach. On na południu, ja na północy Europy. W dwóch odmiennych światach. Zajęci własnymi sprawami, nie przeczuwaliśmy nawet wzajemnie swojego istnienia. I nagle, wsiadając do jednego zwariowanego autobusu, zostawiliśmy za sobą całe nasze dotychczasowe życie. Poczuliśmy się oboje absolutnie wolni od wszystkiego, co nas dotąd więziło. I nic więcej już się nie liczyło. Tylko tamte niezwykłe chwile. Wtedy jeszcze nic o sobie nie wiedzieliśmy. Czuliśmy tylko instynktownie, że nie mogła to być jedynie przelotna znajomość. Krótka historia płomiennego pożądania, które w tych warunkach nie mogło zostać zaspokojone.
W autobusie panował okropny zaduch. W nieruchomym powietrzu unosił się rozgrzany pył. Pot spływał po nas ciurkiem, a ubrania lepiły się do skóry. Ale nic nas to nie obchodziło. Upojeni sobą jak w narkotycznym odurzeniu zdawaliśmy się lecieć razem w chmurach. Chciałam, żeby ten przedziwny lot nigdy się nie skończył.
Ledwo się poznaliśmy, a już wiedziałam, że nie będę umiała się z nim rozstać. Choć przecież niczego sobie nie obiecaliśmy. Każdego dnia mijamy wielu ludzi, przechodząc obok nich całkiem obojętnie. I nagle spotykamy tę jedną jedyną osobę i wszystko zmienia się na zawsze. Tamta podróż odmieniła całe moje życie.
Wysiadł w Krakowie. Długo żegnaliśmy się na postoju, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia współpasażerów. A potem autobus powiózł mnie dalej, w kierunku Dolnego Śląska.
Ale tydzień później spotkaliśmy się znowu, dokładnie tam, gdzie się rozstaliśmy - w Krakowie. W połowie odległości dzielącej nas wtedy od siebie w Polsce. Na jeden szalony weekend. Spędziliśmy go w milczącym uniesieniu. Mało ze sobą rozmawialiśmy, dając się ponieść namiętności. Dwa dni kompletnego odurzenia sobą, totalnej burzy hormonów, absolutnego szaleństwa. A potem znowu rozstaliśmy się, smutno i trochę niezręcznie, oboje przebywając już myślami gdzie indziej.
- Spotkamy się za kilka miesięcy - powiedział, gdy staliśmy objęci na peronie.
- Nie wytrzymam tego - szepnęłam.
- Nawet się nie obejrzysz i znów będziemy razem - zapewniał. - Czas tak szybko leci.
No właśnie - pomyślałam. - Czas upływa zbyt szybko. A ja nie chciałam roztrwonić już ani jednego dnia.
- Przyjadę na święta - obiecał. - To tylko cztery miesiące.
- Aż cztery miesiące - poprawiałam. Dla zakochanych to całe wieki. Całe lata świetlne.
Pocałował mnie na pożegnanie. A potem ze łzami w oczach patrzyłam przez okno odjeżdżającego pociągu, jak znika mi z pola widzenia. Nie chciałam się z nim rozstawać.
Stojąc przy oknie w wagonie kolejowym i patrząc, jak oddala się powoli z peronu, uświadomiłam sobie, że znajdujemy się w dwóch diametralnie różnych światach. On zaprzątnięty teraz swoim urlopem w rodzinnych Bieszczadach, a więc na drugim krańcu południowej Polski, skąd za chwilę wyjedzie w odległy zakątek Europy. Ja przybita świadomością, że oto kończy się krótka, szalona przygoda i muszę znowu zmierzyć się z moją rzeczywistością. Kiedy zniknął mi z pola widzenia, ogarnął mnie wielki żal. Z trudem powstrzymywałam łzy. Nie chciałam go stracić.
Odtąd żyłam jak we śnie. Nic nie miało już znaczenia. Liczyła się tylko tamta podróż i tamten weekend. Pragnęłam go aż do bólu. A dzieliły nas dwa tysiące kilometrów.
Rozdział 4
Nadciąga totalna katastrofa
Jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie.
Artur Bloch, Prawa Murphy'ego 2000
Polanica, 1999
Nadszedł w końcu niecierpliwie wyczekiwany koniec grudnia. Wiele sobie obiecywaliśmy po tym spotkaniu. Wspólne noce i poranki ze śniadaniem w łóżku. Niespieszne, czułe i tak przez nas wytęsknione przez cztery długie miesiące. Nasz pierwszy wspólny sylwester. Zapragnęliśmy spędzić go niebanalnie, najlepiej w góralskiej chacie z drewna, jak w romantycznych filmach - z kominkiem, puchatą skórą na podłodze, wygodną kanapą i dobrze zaopatrzonym barkiem.
Świat tymczasem zmierzał właśnie do swego nieuchronnego końca, zapowiadanego na dwutysięczny rok. I lepiej byłoby siedzieć na dupie w domu. Ale nie! Wchodziliśmy przecież nie tylko w nowy wiek, ale i w nowe millenium. Taka noc, która zdarza się raz na tysiąc lat, nie mogła być banalna i do innych podobna. I bez wątpienia taka nie była.
Obdzwoniłam niemal wszystkie ośrodki turystyczne i górskie schroniska w promieniu stu kilometrów, także w ościennych Czechach, ale nigdzie, niestety, nie było już wolnych miejsc. Marzenie o góralskiej chacie pod zasłoną śniegu poszło się paść.
Przyjechał po świętach Bożego Narodzenia, które spędził u rodziców w Bieszczadach. Wsiedliśmy w auto i trzydziestego grudnia spontanicznie wyjechaliśmy na poszukiwanie wrażeń do Polanicy Zdroju.
Na miejscu przywitały nas śnieżyca i siarczysty mróz. Okazało się, że nie tylko my chcieliśmy spędzić sylwestra w kurorcie. Wszystkie hotele bowiem wypełnione były bez reszty. Nigdzie nie było wolnych miejsc noclegowych. Znalezienie jakiegokolwiek pokoju bez uprzedniej rezerwacji graniczyło z cudem. Nie traciliśmy jednak nadziei. Rześkim krokiem obeszliśmy całe miasteczko i w końcu, już po zapadnięciu zmroku znaleźliśmy jeden jedyny wolny hotelowy pokój za niewyobrażalnie wygórowaną opłatą. Była to ostania wolna jedynka. W cenę wliczono śniadania i bal sylwestrowy.
- A co tam - ucieszyłam się. - W końcu raz się żyje.
Mieliśmy tam zabawić trzy dni.
Staś od progu oznajmił, że nie pójdzie na żaden bal. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wybranek mojego serca nie tańczy. Wymówił się brakiem stosownej garderoby.
A to ci niespodzianka! - pomyślałam z pewną dozą melancholii i rozczarowania. Recepcjonistce wyjaśniłam, że rezygnujemy z balu, ponieważ mamy inne plany na tę noc.
- Cóż, szkoda - skwitowała, nie ukrywając zdumienia i wręczyła nam klucz do pokoju.
Najważniejsze, że wreszcie jesteśmy razem - pocieszałam się. Pójdziemy do parku zdrojowego na plenerowy koncert i nocny pokaz fajerwerków. A w Nowy Rok wybierzemy się w góry i zafundujemy sobie kulig. Będzie fantastycznie!
Polanica tonęła w puszystym śniegu, cudnie skrzącym się w świetle latarni. Zima była jak z bajki. Kolację zjedliśmy w miejscowej pizzerii. W drodze powrotnej do hotelu kupiliśmy butelkę szampana. Mijaliśmy skulonych z zimna ludzi, śnieg skrzypiał pod butami, wokół wirowały delikatne białe płatki. Przeskakiwaliśmy przez zaspy, trzymając się za ręce. On roześmiany i nonszalancko rozchełstany.
Tamtej nocy oświadczył mi się niespodziewanie. W małym hotelowym pokoju w Polanicy, nie luksusowym, za to niebagatelnie drogim, z widokiem na ośnieżoną aleję w parku zdrojowym.
- Wyjdziesz za mnie? - zapytał ni stąd, ni zowąd.
Siedzieliśmy po turecku na podłodze wyłożonej dywanową wykładziną i piliśmy szampana. Pokój był brzydki i ciasny. Stało w nim wąskie, jednoosobowe łóżko i kwadratowy stolik z jednym tylko krzesłem. A nad oknem wisiał mały telewizor.
- Tak - odparłam bez namysłu. - Chcę się z tobą zestarzeć.
Ale wtedy nie myśleliśmy o starości. Byliśmy młodzi, zafascynowani sobą i życiem. I zakochani w sobie do nieprzytomności. Cały świat był nasz. Mieliśmy przecież przed sobą wspaniałą przyszłość.
- Ale za trzy lata - uściślił po chwili, czym ściągnął mnie natychmiast z obłoków na hotelową wykładzinę.
Zamurowało mnie z wrażenia.
- Za trzy lata? - powtórzyłam nieprzytomnie, kiedy odzyskałam zdolność mowy. - Nie rozumiem po co oświadczasz mi się z kilkuletnim wyprzedzeniem.
- Bo... - zaczął wyjaśniać, przeciągając sylabę - chcę jeszcze popracować przynajmniej ze dwa lata za granicą, żeby odłożyć trochę pieniędzy. No i postanowiłem sobie, że nie ożenię się do trzydziestego piątego roku życia. Ale nie chcę cię stracić, bo cię kocham.
- Aha. A ile ty masz lat? - zapytałam rzeczowo.
- Trzydzieści trzy - odpowiedział.
Byłam o cztery lata starsza. I w życiu nie słyszałam czegoś równie niedorzecznego.
- Ale ja nie chcę czekać na coś, co może nigdy się nie wydarzyć - zaoponowałam. - Ani widywać cię tylko dwa razy w roku.
- Czym są dwa, a najwyżej trzy lata wobec perspektywy spędzenia ze sobą całego życia? - wyszeptał mi do ucha. I odpłynęliśmy. Nadzy, ubrani tylko w zmysłowość, zanurzyliśmy się w falach namiętności. I poddałam się odurzona jego pocałunkami, obłaskawiona delikatną pieszczotą jego silnych męskich dłoni.
- Jeszcze będziemy cieszyć się sobą, podczas gdy inne pary będą sobą już dawno znudzone - powiedział potem. - Monotonia ani obojętność nigdy nas nie dopadną.
Nie zawsze ma się tyle czasu - pomyślałam intuicyjnie.
- Zaczekasz? - zapytał.
- Skoro to dla ciebie takie ważne - przytaknęłam, mimo iż wcale nie miałam ochoty czekać. Chciałam cieszyć się nim i czerpać przyjemność ze wspólnego życia tu i teraz. Nie obchodziły mnie jakieś wyimaginowane przez niego inne pary. Lecz Staś zawsze kierował się własną, zrozumiałą tylko dla siebie logiką. Jak już coś sobie postanowił, to trzymał się tego z determinacją godną pijawki. Bez względu na to, czy miało to jakikolwiek sens. Układał sobie przyszłość, robił wieloletnie plany, a życie i tak weryfikowało je po swojemu. Bo życia nie da się do końca zaplanować. Tak jak nie można przewidzieć przyszłości.
Rano nie wstał z łóżka. Na śniadanie zeszłam więc sama. Gdy wróciłam na górę z kubkiem gorącej kawy i tacą pełną różnych smakołyków, które zgarnęłam dla niego hojnie ze szwedzkiego stołu, przywitał mnie bez entuzjazmu. Nie miał apetytu. Nie wyglądał najlepiej. Dotknęłam jego głowy. Był rozpalony. Miał gorączkę. Ubrałam się więc i poszłam do miasteczka poszukać apteki. Był sylwester przełomu wieków i wszystko lada chwila miało zostać zamknięte. Wszyscy szykowali się na przywitanie nowego tysiąclecia. Śnieg wciąż skrzypiał pod stopami, w powietrzu nadal wirowały białe płatki, a ludzie, tak jak poprzedniego dnia, przemykali szybko skuleni z zimna.
Zanim wszystko pozamykano na głucho, a stało się to szybciej niż przewidywałam, zdążyłam kupić termometr, aspirynę i witaminę C, siatkę pomarańczy, herbatę i kilka chińskich zupek, które w ostateczności mogły imitować rosół, po zalaniu ich wrzątkiem.
I wtedy, wracając do tego beznadziejnego hotelowego pokoju, zrozumiałam jak głupim pomysłem był wyjazd w góry. Powinniśmy byli po prostu zostać u mnie w domu - wyrzucałam sobie brak przezorności - i cieszyć się czasem spędzonym razem, zamiast szukać dodatkowych atrakcji. W mediach ostrzegali przecież przez nadciągającą z Czech epidemią agresywnej grypy. Zlekceważyłam to zupełnie. On był równie niefrasobliwy, ubierając się na ten wyjazd elegancko i stylowo, ale nazbyt lekko i nieodpowiednio jak na tę porę roku w Polsce.
Po południu ze Stasiem było jeszcze gorzej. Miał już bardzo wysoką temperaturę i szkliste, nieprzytomne oczy. Podałam mu aspirynę, którą popił coca-colą. I zeszłam do recepcji w poszukiwaniu elektrycznego czajnika, żeby zaparzyć mu herbatę. Recepcjonistka znalazła tylko jeden, który, jak się okazało po powrocie do pokoju, był zepsuty, a do tego dziurawy.
Niedługo potem recepcja została zamknięta, a wstęp do hotelowej kuchni zabarykadowano. Wszyscy poszli na bal tysiąclecia. A Staś miał czterdzieści stopni gorączki. Gorzej już być nie mogło.
Nie wiedziałam, co robić. Wezwać lekarza? Ale gdzie go szukać? Wracać w środku nocy do domu? W taką śnieżycę, z nieprzytomnym chłopakiem? Ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepiej będzie pozostać w hotelu, próbując zbić tę gorączkę aspiryną.
- Nadciąga totalna katastrofa! - grzmiał w telewizji Nostradamus, epatując wizją końca świata w zbliżającym się właśnie dwutysięcznym roku. - Apokalipsa! Zagłada ludzkości! Armagedon! Tej ponurej przepowiedni towarzyszyły obrazy krwawych rzezi i przerażających klęsk żywiołowych.
- Też mi sylwestrowy program! - wzdrygnęłam się zdegustowana.
Staszek leżał na wpół przytomny, oddychał ciężko mokry od potu. Do rana czuwałam przy łóżku, siedząc skulona na podłodze. Wycierałam mu pot z czoła i patrzyłam posępnie w okno, za którym sypał lekki, miękki śnieg. Delikatne białe płatki wirowały w bladym świetle ulicznej latarni. Opadały na konary bezlistnego drzewa, które przybrane kolorowymi lampkami lśniło niczym bożonarodzeniowa choinka.
W ciszy padającego śniegu jest coś kojącego - pomyślałam, wpatrując się w ten niezwykle przyjemny spektakl natury.
Śnieg sypał cichutko przez całą noc. Na dole trwała zabawa sylwestrowa. W całym hotelu rozbrzmiewała radosna taneczna muzyka. A w telewizji nieprzerwanie emitowali wyłącznie złowieszcze przepowiednie rychłego końca świata, okraszone przerażającymi wizjami totalnej zagłady naszej planety.
Było to dojmujące przeżycie. Ominęło nas party, sylwestrowe szaleństwo i noworoczny kac. Tak samo jak lepienie bałwana, kulig, spacer po górskim uzdrowisku i cała ta tak długo wyczekiwana reszta.
Rano, na przekór fatalistycznym przepowiedniom, świat nadal istniał i miał się całkiem dobrze. W przeciwieństwie do Stasia.
Zaraz po śniadaniu, na które znowu poszłam sama, opuściliśmy hotel. Gorączka spadła mu o dwa stopnie. Rozsądek podpowiadał nam, że należy niezwłocznie wracać.
Staś jednak nie chciał zostać ze mną zbyt długo. Po noworocznym obiedzie, pokrzepiony domowym rosołem, postanowił natychmiast wrócić do swoich rodziców. I jak postanowił, tak zrobił. Pożegnał się i wyjechał, pozostawiając mnie w smutku i tęsknocie, z poczuciem żalu, niedosytu i niespełnienia. W zimowym majestacie nowego dwutysięcznego roku.
Rozdział 6
Cała para w gwizdek
Życie przeciekało przez palce albo w ogóle było gdzie indziej.
Michał Witkowski, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej
2001
Gdzie było wtedy moje życie? W snach o słonecznej Grecji. Tymczasem tu, w pochmurnej Polsce, było coraz trudniej. Tu już nie żyłam. Tu tylko pracowałam - od rana do nocy. Nie miałam czasu na życie prywatne. Nie miałam czasu na relaks. Miałam tylko targety, layouty, deadliny. A mój czas nieubłaganie przeciekał mi przez palce. I po co było to wszystko?
Byłam dziennikarką z powołania. Kiedy dostałam etat, początkowo w lokalnym tygodniku, a niedługo potem w dzienniku wojewódzkim, czułam się tak jakbym wygrała od życia los na loterii. Kochałam tę pracę, była spełnieniem moich marzeń. Nie każdemu dane jest robić w życiu to, co lubi, mieć z tego satysfakcję i zarabiać na tym pieniądze.
Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych dziennikarstwo prasowe miało sens. Było misją społeczną i sztuką słowa. Bawiliśmy się informacją. I cieszyła nas ta robota. W redakcji panowała nieskrępowana swoboda. Zespół był młody, pełen zapału i świeżych pomysłów. Zbawialiśmy świat. Ale każdy entuzjazm w końcu mija, gdy pojawiają się napięte terminy, te same tematy, znużenie, rutyna.
Kiedy wszyscy sprzedawali się zagranicznym koncernom, nastały trudne czasy także dla lokalnego dziennikarstwa. Rynek reklam zaczął się kurczyć, traciliśmy czytelników. Przejęcie udziałów w wydawnictwie przez obcy kapitał zapoczątkowało erę korporacyjnych idiotyzmów. Wszystko teraz było inaczej.
Dziennikarze jak zawsze szukali sensacji, bo taka jest ich rola. Bo czytelnicy lubią plotki i pikantne historie. Trup ożywia gazetę - mawiał mój pierwszy naczelny. Krew, łzy i sperma - wyznaczał nowe trendy kolejny szef. Ale przecież nie samą sensacją, negatywną informacją i horrorem człowiek żyje.
Gazeta jednak musiała dostosować się do nowych oczekiwań czytelnika, który nagle z niewiadomych powodów zszedł do poziomu półgłówka. Przestał myśleć, stracił zainteresowanie ciekawym reportażem, błyskotliwym felietonem, dobrą publicystyką. Teraz nasz czytelnik oglądał tylko obrazki. Czasami jeszcze zdołał przeczytać pierwszy akapit tekstu. Lubiany wcześniej, ambitny dziennik wojewódzki staczał się w stronę tabloidu. Tytuły upychaliśmy w moduły. Informacje pisaliśmy na wymiar. Produkowaliśmy teksty planowane. Zapełnialiśmy nimi mutacje terenowe, powiatowe, coraz liczniejsze wkładki tematyczne i dodatki.
- Czytelnik czyta tylko tytuł i podpis pod zdjęciem - utrzymywało nowe kierownictwo.
Dobrze, że w ogóle potrafi jeszcze czytać - ubolewałam w myślach.
Co tydzień spędzano nas na stresujące zebrania, na których dokonywano oceny i planowania. Staliśmy się trybikami w bezlitosnej maszynie, mającej generować zyski. Zaczęło się wyrabianie planów i walka o rynek prasowy, który nieustannie badano, by następnie przedstawiać nam ponure wyniki tych badań - statystyki i wykresy ze słupkami, uparcie wykazujące systematyczny spadek sprzedaży.
W ciągłej walce o czytelnika rozdrabnialiśmy się na lokalne dodatki i kolejne dodatki do tych dodatków. Taka działalność wymagała od nas coraz większego zaangażowania, wysiłku i pochłaniała coraz więcej czasu. Forma przerastała treść. Traciliśmy energię. Para szła w gwizdek. Honoraria tymczasem malały.
Zestresowana, zabiegana, przytłoczona nadmiarem obowiązków nie miałam siły na nic poza pracą ani wolnej chwili dla siebie. Do domu wracałam wieczorami, wykończona tempem minionego dnia, ze stertą notatek pod pachą, by po pospiesznym zjedzeniu kolacji do późnych godzin nocnych przygotowywać teksty na następny dzień. Notorycznie niedosypiałam. Jeśli nie miałam zebranego na zapas materiału, zasypiałam z trudem, w ciężkim stresie, bo o ósmej rano czekało mnie planowanie i zgłaszanie tematów do kolejnego wydania. Nie było miejsca na improwizację.
Było coraz gorzej, coraz ciężej. Lata pracy wykonywanej z pasją i przyjemnością zamieniały się w męczący kierat. Dziennikarstwo obywatelskie, ambitne, twórcze przestawało istnieć. Nie byliśmy już zespołem takim jak dawniej. Zabito w nas entuzjazm, koleżeństwo i wzajemne zaufanie. Przestaliśmy jeździć na spontaniczne weekendowe wypady w góry i na ogniska z piosenką i gitarą, przestaliśmy razem spędzać sylwestra.
Dziennikarze pracowali ponad siły, by nadążyć ze wszystkim na czas. Opuszczałam oddział terenowy ostatnia, gdy jako jego szefowa dopilnowałam całości i upewniłam się, że ogół tekstów i zdjęć do porannego wydania został zaakceptowany w centrali. Nikt już nie wychodził z redakcji przed godziną dwudziestą. "Nie mogę" poczytywano za odmowę, a tłumaczenie: "Jestem zmęczona" - za brak aktywności.
Na dodatek nadepnęłam na odcisk śląskiej mafii gospodarczej, której szef wytoczył mi proces sądowy, żądając niewyobrażalnie wysokiego odszkodowania za straty moralne. Sprawa ciągnęła się dwa lata i zakończyła się ugodą pomiędzy prezesem wydawnictwa a poszkodowanym, którego dobre imię naruszyłam na łamach gazety, ujawniając publicznie kulisy pewnego przedsięwzięcia. W ramach zadośćuczynienia miałam wystawić laurkę tamtemu bossowi. Nigdy nie zapomnę, jak stałam przed bramą zakładu produkcyjnego, który przejęła owa śląska spółka i płakałam z upokorzenia. Pod presją ze strony przełożonego, wbrew własnym zasadom moralnym, napisałam z obrzydzeniem lakoniczny tekst pochwalny. A miesiąc później tegoż rzekomo poszkodowanego skazano w innym toczącym się niezależnie procesie za przekręty gospodarcze i osadzono w kryminale.
Narastało we mnie coraz większe rozgoryczenie i zmęczenie.
Stasiu kochany!
Dlaczego to, czego najbardziej pożądamy, jest najmniej osiągalne? Strasznie za tobą tęsknię, za twoimi palcami na moich włosach, za twoim torsem, w który pragnę się wtulić, by poczuć bicie twojego serca, za zapachem twojej skóry, za twoimi miękkimi, wilgotnymi ustami na mojej szyi i za twoim kształtnym tyłeczkiem. Kręci mnie sama myśl o tobie. Kocham twój dotyk i twój zapach. Kocham twoją dobroć i wrażliwość. Kocham uśmiech i sposób, w jaki na mnie patrzysz.
Powiedz mi, dokąd i po co tak się codziennie śpieszymy? Dlaczego tak utrudniamy sobie życie, zamiast cieszyć się chwilą? Co byś zrobił, gdyby jutro miał być koniec świata? Poszedłbyś do pracy jak co dzień, a może wybrałbyś się na mecz albo nad brzeg morza, upiłbyś się czy może odwiedziłbyś tych, dla których nie miałeś czasu?
Każdy ma prawo do szczęścia, do radości, do sprawiania sobie przyjemności, a przede wszystkim do normalnego życia. A życie to nie tylko praca, bez względu na to, jak bardzo jest ona atrakcyjna i jak dobrze płatna. Jeśli zajmuje ci ona kilkanaście godzin dziennie, zabierając cały twój czas i energię, to w końcu zaczynasz się zastanawiać, jak długo tak można ciągnąć i czy w ogóle warto. A jeżeli twoja firma na dodatek nie szanuje własnych pracowników, próbując im udowodnić, że mogą wycisnąć z siebie jeszcze więcej i więcej, podczas gdy ty już nie możesz podołać jej nieludzkim wymaganiom, to zaczynasz się zastanawiać, co powinieneś zrobić zanim będzie za późno na ratowanie własnego zdrowia.
Kochałam tę robotę. Była moim powołaniem. Ba! Dziennikarstwo było dla mnie misją. Pędziłam do pracy jak na skrzydłach, naładowana energią. Zarywałam noce, ale czerpałam z tego satysfakcję. W firmie było fajnie, koleżeńsko, radośnie. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Obudziliśmy się nagle w środku korporacyjnego koszmaru, który sprawił, że dziś dostaję alergii na sam dźwięk słowa "redakcja". Jedyne, co od dłuższego czasu chcę zrobić, to rzucić na biurko szefa podanie o zwolnienie i zatrzasnąć za sobą drzwi.
Człowiek nie jest maszyną i potrzebuje odpoczynku. Mam dość wracania do domu w stanie skrajnego wyczerpania, tylko po to, żeby się przespać i znowu pracować od rana do nocy. Często nie mogę zasnąć ze zmęczenia, w głowie kotłuje mi się cały miniony dzień i strach przed następnym porankiem. Czuję się jak w klatce, w której mogę pić tylko kolejną kawę, by zmusić zmęczony umysł do koncentracji - samotna, przemęczona, rozdrażniona i przeciążona obowiązkami.
Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam, ale wiem, że nie mogę dłużej tak żyć, bo w końcu przypłacę to zdrowiem. Nie mam czasu na nic, ani na zakupy, ani na ugotowanie czegokolwiek. Żywię się byle czym i byle jak. Nie mam kiedy pójść do dentysty, nie pamiętam kiedy przeczytałam książkę, poszłam na spacer, odwiedziłam mamę, spędziłam beztroski weekend.
Twoja sfrustrowana Beata
Beatko najukochańsza!
Twój list dotarł do mnie dopiero po trzech tygodniach. Dobrze, że w epoce komputerów poczta w ogóle jeszcze funkcjonuje. Choć, jak widać, trochę kiepsko. Rzadko widuję listonosza w naszej dzielnicy. Jeśli już przychodzi, to tylko po to, by doręczyć rachunki za prąd, wodę i telefon.
Po świątecznej przerwie zastałem w zakładzie totalny burdel. Jorgos ze Steliosem tak wszystko porozpieprzali, że nie można niczego znaleźć i nie wiadomo za co się złapać. Nie dość, że zakład przypomina teraz złomowisko i z każdym dniem jest coraz gorzej, bo nikt nie ma czasu, by zaprowadzić tam względny ład, to jeszcze zapanował totalny chaos organizacyjny i nie wiadomo, gdzie będziemy pracować następnego dnia.
Koteczku, wiem, że niecierpliwie czekasz na mój list, ale wracam z pracy wieczorami, często między godziną dziewiętnastą a dwudziestą pierwszą, tak zmęczony, że nie mam siły ani czasu na napisanie czegokolwiek. Marzę wtedy tylko o ciepłej kąpieli, zjedzeniu czegokolwiek i wygodnym łóżku. Bo wiem, że następnego dnia będę musiał znowu wstać o szóstej rano i pracować dwanaście godzin.
Po powrocie z Polski długo nie mogłem dojść do siebie. Świąteczny urlop minął zbyt szybko. Przykro mi, że znowu musiałem cię opuścić i że ponad trzy miesiące będziemy czekać na tę następną chwilę, kiedy będę mógł znowu wtulić się w twoje śliczne ciało i kochać cię, kochać do szaleństwa. Często zadaję sobie pytanie, dlaczego nie spotkaliśmy się wcześniej. Przecież byliśmy sobie przeznaczeni. Wiedziałem to od chwili, w której cię ujrzałem. Mimo wszystko jestem szczęśliwy, że w końcu się spotkaliśmy i że dziś mam ciebie.
Och, będziemy jeszcze cieszyć się sobą i budować nasze wspólne życie, podczas gdy większość innych par będzie już znudzona swoimi związkami. Obiecuję, że nigdy już nie będziesz sama kładła się spać i nie będziesz już więcej wylewać łez nocami. Jeszcze tylko trochę....
Do zobaczenia
Staś
Beatko moja!
Jakże się cieszę, że spotkamy się w Grecji. Wyjazd wiosną na południe z pewnością poprawi ci samopoczucie, pozwoli odpocząć od codziennych obowiązków, rozświetli szarość, rozgoni twój smutek. A ja nie stracę znowu wielu dni na drogach i dworcach. Będzie cudownie!
Dziękuję ci za słodkie kartki urodzinowe i walentynkowe. Sprawiły mi wiele radości.
Nikos znalazł mi pokój do wynajęcia na Kesariani. Za chwilę spakuję mój skromny dobytek i przewieziemy wszystko na nowe miejsce. Zobaczysz, spodoba ci się. Nie będziemy już czuć się skrępowani. Nikt nie będzie nam już przeszkadzać. Będziemy mogli być sami.
Czekam na ciebie z utęsknieniem. Całuję cię. Do zobaczenia za miesiąc.
Staś