1.
Po raz pierwszy spotkali się na przedstawieniu opery "Nieśmiertelna Godzina", którą dawano wówczas w odległej dzielnicy King's Cross przed pustą niemal widownią. Nie wiedzieli, że się spotykają. Ale przegląd obecnych był tak ułatwiony ze względu na ich znikomą ilość i na obszar sali, że nieliczni a zagorzali bywalcy małego teatru wkrótce znali się wszyscy z widzenia i skłonni byli do wzajemnej życzliwości. Wyrażało się to w uśmiechu i skinieniu głowy. Między innymi uśmiechali się do siebie Krzysztof i Katarzyna.
Ona go zauważyła pierwsza, a było to za piątą z kolei jej bytnością na owej operze. Przed podniesieniem kurtyny usłyszała za sobą rozmowę. Jedna osoba mówiła z dumą: "Ja już słucham tej muzyki po raz jedenasty", na co druga rzekła niedbale: "O, ja tu już jestem po raz trzydziesty drugi". W odpowiedzi na to oświadczenie rozległ się głos męski: "Ach! Taak?", z akcentem tak intensywnego podziwu, z takim sykiem balonu, z którego szybko ulatnia się powietrze, że Katarzyna nie mogła oprzeć się ciekawości i zwróciła nieznacznie głowę w tę stronę. Świadomie po raz pierwszy ujrzała wtedy Krzysztofa a i on zobaczył ją równocześnie.
Potem widywali się z daleka w ciągu następnych trzech przedstawień tejże opery, a kiedy ona znalazła się na tym widowisku po raz dziewiąty, a on po raz trzydziesty szósty (entuzjaści "Nieśmiertelnej Godziny" skrzętnie liczyli ilość przedstawień, na które uczęszczali), usiedli przypadkowo w tym samym rzędzie krzeseł. Dzieliło ich tylko dwanaście pustych miejsc. Kiedy spuszczono kurtynę po pierwszym obrazie aktu pierwszego, on przybliżył się do niej o sześć krzeseł, a kiedy skończył się akt, po owej scenie miłosnej, która niezmiennie doprowadzała nieliczną gromadkę wiernych do istnego paroksyzmu mistycznej rozkoszy, Krzysztof, przesunął się jeszcze o sześć krzeseł i zajął miejsce tuż obok niej.
Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, pogodnie.
- To takie piękne - rzekł tonem człowieka, który przeprasza za swą śmiałość.
- Skończenie piękne - odrzekła; a po chwili dodała: - ja tu jestem po raz dziewiąty.
- A ja po raz trzydziesty szósty - odrzekł.
- Wiem - rzekła.
- Skąd pani wie? - zapytał.
- Bo słyszałam, gdy pan mówił do kogoś, że jest pan po raz trzydziesty drugi na tej operze, a od tej pory liczyłam, ile razy pana tu widzę.
W ten sposób zawarta została znajomość. Krzysztof był zdania, że nigdy jeszcze nie widział u nikogo tak słodkiego uśmiechu, w niczyim głosie nie słyszał tak miłego, dziwnego gruchania.
Drobna była; drobna kobietka w małym kapelusiku, którego nigdy nie zdejmowała w teatrze, bo nikt za nią nie siedział, a przy tym nawet duży kapelusz nie mógłby przeszkadzać na osobie o tak nikłym wzroście. Zawsze nosiła ten sam kapelusz, tę samą suknię. Jakkolwiek strój ten był ładny, bardzo ładny, niemniej Krzysztof zdawał sobie sprawę, że chyba ona nie jest zamożna; czuł też instynktownie, że jest starsza od niego, troszeczkę starsza, niewiele, szczegół bez znaczenia; z kolei zaczął przeczuwać, że jest ona zamężna.
Kiedy owładnęło nim to przeczucie, zdziwił się, że jest z tego powodu taki niezadowolony. Co mu się stało? Czyżby się zakochał? A przecież nie wiedział nawet, jak ona się nazywa. Było to za jej czternastą, a jego czterdziestą ósmą bytnością w teatrze; od chwili poznania jej uczęszczał na operę częściej niż dawniej w nadziei, że ją zobaczy. Tak, owego wieczora wślizgnęło się to złowieszcze przeczucie do jego pogodnego, spokojnego serca, zakłócając mu równowagę duchową; a przecież nie dostrzegł na jej palcu obrączki ślubnej, bo nie zdejmowała nigdy tych swoich głupiutkich, maleńkich rękawiczek. Ale, hm, było w niej coś niewieściego, coś nie - dziewczęcego.
Byłby chciał ująć to w słowa, ale nie umiał; to było coś nieokreślonego. Nie umiałby nawet powiedzieć, czy to coś polegało na linii jej ciała, mniej sportowej, niż dzisiejsze postacie dziewcząt o chłopięcych kształtach, czy też na treści jej rozmowy; nie umiałby tego określić, choćby mu zagrożono karą śmierci. Może po prostu wynikało to wrażenie z jej postawy dość pewnej siebie, z tego wielkiego spokoju, cechującego kobietę, która dziś poznaje tego lub owego młodzieńca, a jutro zapomina o nim, bo myśli jej należą do jednego mężczyzny, do męża.
Ale może to nieprawda? Zawsze bywa tu sama. Mężowie przeważnie zjawiają się, wcześniej, czy później. Mąż takiej uroczej kobiety nie pozwalałby jej wychodzić tak często wieczorem, i to samej, myślał Krzysztof. Tak, on się chyba myli. Niebardzo się zna na kobietach. Jego przelotne stosunki z kobietami były wysoce niewystarczające, niepomyślne i nie mogły być miarodajne.
Faktem jest, że siadywali teraz stale jedno obok drugiego na przedstawieniach "Nieśmiertelnej Godziny" i gawędzili niezmordowanie o muzyce, o wykonaniu, o artystach, o legendach celtyckich w ogóle (oboje byli entuzjastami), a w końcu ona uśmiechała się tym słodkim uśmiechem, który go oczarował, po czym żegnała go skinieniem głowy i odchodziła lekkim, posuwistym krokiem. Wiedział o niej po całym szeregu takich rozmów nie więcej, niż pierwszego wieczora.
- Proszę pani - zwrócił się do niej nagle, kiedy się spotkali w teatrze następnym razem (już teraz uważał za rzecz wysoce naturalną ich bezpośrednie sąsiadowanie w krzesłach) ja się nazywam Monckton, Krzysztof Monckton. Czy zechce mi pani powiedzieć swoje nazwisko?
- Chętnie - odrzekła - ja się nazywam Cumfrit.
Cumfrit? Zabawne nazwisko. Ale milutkie, podobnie jak ona: zabawne, a milutkie.
- Tylko tyle? - tu wstrzymał oddech - Cumfrit?
Roześmiała się.
- Na imię mam Katarzyna - dodała.
- Lubię to imię. Ładne. Pełne uroku. Razem to brzmi dźwięcznie: Katarzyna Cumfrit. Pani wygląda na to imię i nazwisko.
Znów się roześmiała.
- Chyba nie na oba - rzekła - ponieważ jedną połowę, a mianowicie: Cumfrit, zawdzięczam Jerzemu.
- Jerzemu? - wyjąkał.
- On dopiero dostarczył mi miana Cumfrit. Ja się postarałam tylko o tę drugą cząstkę, czy też pierwszą, jak pan woli, o Katarzynę.
- A zatem... pani jest mężatką?
- Czyż nie jest to rzeczą zwykłą, a nawet powszechną?
- Nie, na Boga - krzyknął. - Jest nienawistną rzeczą! Śmieszne! Związać się z kimś po wsze czasy! To ma być zwykłe! Nie uważam. Powszechne? Ja nie jestem żonaty.
- Pan jest za młody - rzekła, ubawiona.
- Za młody? A pani?
Rzuciła mu szybkie spojrzenie, pełne podejrzliwości. Ale wyraz ten ustąpił momentalnie zdumieniu, skoro zobaczyła, jak szczerze to było powiedziane. Ona ma twarzyczkę trójkątną, jak kotek, myślał Krzysztof. Byłby ją chciał pogłaskać. Z pewnością jest aksamitna i miękka jak kotek. A tu macie! Ten Jerzy!
- Czy on... czy mąż pani nie lubi muzyki? - spytał, chcąc przerwać milczenie. Właściwie nie obchodziło go to bynajmniej, czy ten przeklęty Jerzy lubi muzykę, czy nie.
Zawahała się.
- Nie wiem... rzekła - chyba niebardzo.
- No, bo nigdy tu nie bywa.
- Jakże by mógł tu bywać obecnie?
Urwała i dodała ciszej:
- Biedak nie żyje.
Serce w nim zatrzepotało. A więc wdowa. Ta wojna bestia zrobiła przynajmniej coś dobrego: usunęła ze świata Jerzego.
- Ogromnie mi przykro - zawołał z powagą, siląc się na uroczysty wyraz twarzy.
- O, już dawno umarł - rzekła, chyląc lekko głowę pod natłokiem wspomnień.
- Tak bardzo dawno to być nie może.
- Dlaczego?
- Bo w pani życiu nie może istnieć nic bardzo dawnego. Nie zdążyłoby.
Znowu rzuciła mu przelotne spojrzenie i znów przekonała się, że jest szczery. Siedziała przez chwilę w milczeniu. Rozmyślała. Uśmiech przemknął po jej twarzy. "Jakież to miłe!"
Ileż on ma lat? Dwadzieścia pięć, sześć, nie więcej z pewnością. Cóż to za piękna rzecz młodość! Jaka szlachetna, jaka entuzjastyczna w podziwie i w wierze!
Krzysztof był wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem o rudych włosach i rumianych, nieco wystających, policzkach. Długie czerwone ramiona wyłaniały się z przykrótkich rękawów, gdy tak siedział, podparty i patrzył na scenę miłosną, zaciskając nerwowo pięść, tym mocniej, im więcej i im goręcej śpiewano o miłości. Oczy miał osadzone głęboko, czoło ładnie zarysowane, wysokie, usta szerokie, dziecięce. Cały tchnął młodością; młody był jego gniew, jego zachwyt, młoda była jego radość, następująca bezpośrednio po wybuchach niezadowolenia.
Katarzyna stłumiła lekkie westchnienie i rzekła, śmiejąc się:
- Widuje mnie pan tylko wieczorem. Niech pan zaczeka z sądem, aż mnie pan ujrzy przy dziennym świetle.
- Czy wolno mi będzie ujrzeć panią kiedyś za dnia? - spytał śpiesznie.
- Czy pan nigdy nie uczęszcza na "poranki?"
Wiedziała, że nie.
- Aha, poranki! Nie, nie mogę uczęszczać na poranki, rzecz jasna. Ślęczę po całych dniach w biurze, a w sobotę jeżdżę do mego wuja i grywam z nim w golfa. Wuj zostawi mi z czasem cały swój majątek.
- Rozumiem, musi go pan otaczać względami.
- Jestem wzorowym siostrzeńcem i dotychczas przychodziło mi to z łatwością. Ale krzyżuje mi to nieznośnie wszystkie moje plany, skoro je mieć zaczynam.
Przyjrzała mu się. Był zasmucony. Nagle rozjaśnił się.
- W niedzielę - zawołał - jestem wolny. Wuj jest bezkonkurencyjnym anglikaninem i nie grywa w golfa w niedzielę. Może wtedy...
- W niedzielę niema poranków - odrzekła.
- Ale może wolno mi będzie panią odwiedzić?
- Cicho! - szepnęła, podnosząc rękę do góry ostrzegawczym gestem: orkiestra rozpoczęła właśnie przygrywkę do aktu drugiego.
I tym razem również nie zdążył powrócić do tego tematu, bo, kiedy walczył ze swym płaszczem, nie mogąc trafić w otwór rękawa, skinęła mu głową i jak cień wyślizgnęła się z sali.
Następnym razem zdobył się na większą stanowczość i odwagę: przystąpił odrazu do najważniejszego tematu. Zdawało mu się, że myśli o tej kobiecie bezustannie, a przecież niedorzecznością jest myśleć o kimś, o kim się nie wie nic oprócz imienia i nazwiska. No i tego dowiedział się jeszcze, że mąż jej już nie żyje. Był to pewien krok naprzód, niezaprzeczenie, do niedawna nie wiedział i tego. A świadomość, że ten mąż nie żyje, przyniosła mu taką ulgę, że go to zastanowiło i doprowadziło do całkiem słusznego wniosku: najwidoczniej jest zakochany. Mężowie powinni umierać, myślał, są to zawalidrogi, żywe przeszkody. Co by to było, gdyby Jerzy żył jeszcze? On, Krzysztof, byłby ją utracił bezpowrotnie, byłby jej się wyrzekł natychmiast, byłby się starał zapomnieć. A tymczasem ona jest samotna, taka samotna! I taka jest... ach, czym-że ona nie jest! Jest taką, jaką sobie wymarzył kobietę od lat wielu, jest uosobieniem słodyczy, ciepła, dobroci, ukojenia, miłości.
A zatem, kiedy się zjawiła następnym razem, przysiadł się niezwłocznie do niej i zaczął mówić. Chciał po prostu zapytać, kiedy może przyjść do niej i zanotować jej adres. Ale tego wieczora przybył do teatru później niż zwykle i ledwo zdążył otworzyć usta, zgaszono światła, a ona podniosła palec i szepnęła: "Cicho!"
Nie próbował nawet wyjawić jej szeptem swej prośby, bo nieliczni wierni żarliwi byli i nie tolerowaliby najlżejszego szmeru wśród kościelnej ciszy, panującej stale na tej widowni. Dręczyła go myśl, że i ona zapewne woli muzykę, niż jego szept i niż rozmowę w ogóle.
Siedział ze skrzyżowanymi ramionami i czekał. Czekał do końca aktu, bo skoro w przerwie między obrazami usiłował jej wyłuszczyć przedmiot swych marzeń, rozległo się niezwłocznie: "Pst! Pst" publiczności, pragnącej słuchać w skupieniu przygrywki orkiestrowej.
I ona szepnęła "cicho", podnosząc paluszek do góry.
Krzysztof zaczynał mieć dosyć "Nieśmiertelnej Godziny". Nareszcie akt się skończył. Rozbłysły światła. Zwróciła ku niemu rozpromienioną twarzyczkę, w oczach jej widniał zachwyt, upojenie. Zawsze miała ten wyraz, zawsze błyszczały jej oczy i rumieniły się policzki, ilekroć rozgrywała się wielka scena miłosna. I on doznawał silnego wstrząsu, gdy patrzył na tych dwoje zakochanych, całujących się na scenie. Boże mój, tak być całowanym... Całą duszą tęsknił do miłości.
- Czy to nie cudne? - wyszeptała Katarzyna.
- Czy pani pozwoli mi złożyć sobie wizytę? - spytał Krzysztof, nie tracąc już tym razem ani sekundy.
Spojrzała na niego ze zdumieniem. Usiłowała przez chwilę zebrać myśli.
- Naturalnie - odrzekła wreszcie. - Niech pan przyjdzie. Chociaż...
Urwała nagle.
- Niech pani dokończy - prosił.
- Chciałam powiedzieć, czyż nie widujemy się i bez tej formalności?
- Ale nieczęsto, niedługo.
- Trzy, czy cztery razy na tydzień.
- Ale to są przypadkowe, dorywcze spotkania. Zdarza się, że pani przyjdzie, a potem pani znika. A czasami zdarza się, że pani nie przyjdzie, a wtedy...
- Cóż wtedy? - spytała i dokończyła śpiesznie: - wtedy ma pan wyłącznie dla siebie rozkosz tych cudnych tonów. Czy nie uważa pan, że ta muzyka jest bodaj piękniejsza dzisiaj, niż kiedykolwiek? Może dlatego, że wykonanie jest szczególnie natchnione. Artyści przeszli dziś samych siebie...
I tak snuła w dalszym ciągu rozważania na temat przedstawienia, a zanim on zdążył dojść do słowa powtórnie, rozległy się pierwsze tony orkiestry i znów ktoś z wiernych zasyczał: "Pst!".
Entuzjazm też winien mieć granice, myślał Krzysztof. Zapomniał, że z początku jego entuzjazm przewyższał jej własny. Znowu skrzyżował ramiona, co oznaczało silenie się na cierpliwość i czekał. Kiedy po skończonym przedstawieniu, Katarzyna obdarzyła go zwykłym banalnym uśmieszkiem na dobranoc i wyślizgnęła się szybko z sali, on pośpieszył za nią, nie tracąc czasu na walkę z płaszczem; przerzucił go przez ramię.
Trudno było nie zgubić jej w tłoku. Prześlizgiwała się z łatwością tam, gdzie on się nie mieścił. O mały włos byłby stracił jej ślad, ale zdołał dogonić ją wreszcie i pochwycić jej rękę.
Spojrzała, zdziwiona. Światło latarni padało jaskrawo na jej twarz. Zdziwiony był wyrazem zmęczenia, jaki dostrzegł u niej po raz pierwszy. Zbyt silne wrażenie wywiera na niej ta muzyka, pomyślał, wygląda jak człowiek wyczerpany.
- Proszę pani - zaczął znowu - niech pani tak nie ucieka. Deszcz leje. Zaczeka pani tutaj, pod dachem, a ja sprowadzę taksówkę.
- Ależ ja zawsze jeżdżę kolejką podziemną - odrzekła, przysuwając się do niego, bo tłum potrącał ją niemiłosiernie.
- Dzisiaj nie może pani jechać kolejką podziemną. Cóż za ulewa! A pani wygląda na bardzo zmęczoną.
Spojrzała na niego dziwnie i roześmiała się z cicha.
- Czyżby? - spytała - a wcale nie jestem zmęczona. Ani trochę. I z łatwością mogę pobiec do stacji kolei podziemnej. A tam już nie zmoknę.
- Mowy o tym być nie może. Niech pani tu zaczeka, a ja idę po taksówkę.
Odszedł.
Przez chwilę miała zamiar uciec stąd i pobiec, jak zwykle, do kolejki, wrócić do domu, nie będąc narażoną na kosztowny przejazd taksówką. Ale po namyśle doszła do wniosku, że to byłoby nieszlachetnie z jej strony. "Muszę być gentlemenem", szepnęła sama do siebie i czekała cierpliwie.
- Jaki mam mu podać adres? - spytał Krzysztof, sprowadziwszy taksówkę i usadowiwszy w niej Katarzynę. Nie miał odwagi zapytać, czy wolno mu ją odwieźć.
Wskazała adres: 90a Hertford Street. Zastanowiło go to: jak może osoba, mieszkająca w tej dzielnicy, tuż przy Park Lane, nie mieć własnego samochodu i jeździć kolejką lub tramwajem.
- Może pana podwieźć? - spytała, pochylając się naprzód, kiedy samochód miał ruszyć.
W mgnieniu oka znalazł się w taksówce.
- Miałem nieśmiałą nadzieję, że może pani to powie - rzekł, zarumieniony, zatrzaskując drzwiczki z taką siłą, że kilka kropel z niedomkniętej szyby padło na jej suknię.
Wytarł je starannie; doznawał przykrości, bo miał w kieszeni dziś właśnie chusteczkę ze starego tuzina. Ona siedziała bierna, wyprostowana i rozważała głośno wrażenia tego wieczoru: omawiała śpiew, grę artystów, przypominała niektóre momenty, opisywała je, a on uświadomił sobie ostatecznie, że ma zupełnie dosyć "Nieśmiertelnej Godziny". Niechże ona przestanie mówić na chwilę, na jedną chwilę! On musi z nią pomówić, musi dowiedzieć się czegoś więcej o niej samej. Pragnął z całej duszy dowiedzieć się czegoś, zanim ta piekielna taksówka zajedzie przed jej bramę. A pani Cumfrit rozpływa się uparcie w zachwycie i wspomnieniach.
- Może by pani przestała na sekundę zachwycać się? - zaproponował.
- Zachwycać się? - powtórzyła, zdziwiona.
- Czy nie przemiękły pani buciki? Kiedy pani przechodziła przez chodnik do taksówki, mogły przemięknąć. Z pewnością ma pani mokre stopy...
Schylił się i zaczął wycierać chusteczką jej obuwie i nogi.
Była coraz bardziej zdumiona, ale nie stawiała oporu. Otóż i to, młodość! Brukać czystą białą chusteczkę o zabłocone obuwie obcej kobiety, nie namyślając się ani przez sekundę. Zauważyła, kiedy tak siedział schylony, że Krzysztof ma nader rzadkie włosy. Zapomniała, że i na młodych głowach bywają rzadkie włosy, bo od dawna patrzyła na same stare głowy, przeważnie łyse.
Jemu w półmroku taksówki wydawała się Katarzyna ziszczeniem snów młodzieńczych, tych gorących, uroczych snów, jakie snują wiecznie mózgi samotników. Przestał nagle wycierać jej nogi. Pragnął uklęknąć w taksówce i ucałować jej stopy, ale obawiał się, że nie zdobędzie tym czynem jej uznania, przeciwnie, rozgniewa ją bodaj i nie zobaczy jej nigdy więcej.
- Zabrudził pan chusteczkę - zauważyła.
- Dla mnie jest ona czysta teraz dopiero - odburknął, patrząc przed siebie i siedząc sztywno w swych kącie. Obawiał się śmiertelnie samego siebie, nie dowierzał swej sile woli. Czy zdoła wytrwać w poprawności aż do końca tej jazdy?
Krzysztof był już całkiem pewien, że jest żakochany, prawdziwie zakochany. Czuł się niewypowiedzianie szczęśliwy, bo kochał się po raz pierwszy w życiu. Dotychczas miał same błahe przeżycia, raczej przygody, które pozostawiły mu tylko niesmak. Pragnął od dawna pokochać kogoś głęboko, całym sercem, kogoś kulturalnego, inteligentnego, kogoś, kto by zasługiwał na wielkie uczucie. A ona zasługuje na wszystko, co dobre i piękne na Bożym święcie.
Ukradkiem spojrzał na nią z podełba. Już nie wyglądała na osobę zmęczoną. Te ciemne taksówki są idealnym wynalazkiem, zwłaszcza, gdy jedno z jadących jest zaślepione miłością. Czy też pani Cumfrit zakocha się w nim kiedykolwiek? Czy zdolna jest do ponownej miłości, czy też pochowała wszelkie żywsze uczucia wraz z tym antypatycznym Jerzym? Nazwała go biedakiem. Ale umarłych zwykle nazywamy biedakami i kochamy ich coraz więcej w miarę ich oddalania się od nas, a tym samym od tych czasów, kiedy żyli i przeszkadzali innym żyjącym.
- Dokąd pana podwieźć? - spytała
- Już minęliśmy moją ulicę - odrzekł. - Zresztą nie byliśmy w pobliżu. Mieszkam przy Wyndham Place. Odwiozę panią do domu i pojadę do siebie.
- Bardzo pan uprzejmy - rzekła - ale pozwoli pan, że zapłacę moją część taksówki.
- Nie odpowiedziała mi pani jeszcze - zaczął szybko, bo zbliżali się do celu i minuty stawały się cenne - czy wolno mi panią odwiedzić i kiedy. Tak bym pragnął panią zobaczyć, tyle mam pani do powiedzenia, a raczej tyle pragnę usłyszeć wyrazów z ust pani. A my rozmawiamy wyłącznie o tej piekielnej "Nieśmiertelnej Godzinie".
- Co? Przecież pan tak lubił tę operę!
- Przepadam za nią, ale ona nie jest dla mnie wszystkim. I poświęciliśmy jej dosyć czasu, nie uważa pani? Niech mi wolno będzie panią odwiedzić i porozmawiać z panią! Jeżeli pani nie pozwoli...-chciał dodać: umrę, ale spostrzegł się w porę, że to może jej się wydać przesadnym ujęciem kwestii i że nie będzie całkiem zgodne z prawdą. Dodał więc szybko: - Pozostaję w Londynie przez cały dzień niedzielny.
Wjeżdżali w Hertford Street. Zanim dokończył zdania, już stali przed numerem 90a. Samochód zatrzymał się raptownie. Krzysztof pomyślał, że nigdy jeszcze nie jechał z taką szybkością ulicami Londynu. Pech! Mógł przecież z łatwością trafić na flegmatycznego szofera, na starą maszynę, toczącą się po bruku wielkomiejskim z godnością, w patriarchalnym tempie. A ten pędził tak, jakgdyby czekał ich obiad proszony, albo jakgdyby pociąg miał odejść za chwilę.
- Czy mogę przyjść w nadchodzącą niedzielę? - spytał, otwierając drzwiczki powoli, bo widział, że ona ma zamiar otworzyć je bez jego pomocy. - Niech pani nie wysiada - dodał śpiesznie. - Po cóż ma pani stać na tej wilgoci? Ja wysiądę i zadzwonię na dozorcę...
- Ależ ja mam klucz od bramy - rzekła - a przy tym nocny dozorca jest w pobliżu.
Istotnie nocny dozorca, słysząc odgłos zatrzymującego się motoru, pośpieszył w tym kierunku i już otwierał bramę.
- A zatem co ma być w niedzielę? - spytał Krzysztof z uporem rozpaczy, pomagając jej wysiąść.
- Dobrze, niech mnie pan odwiedzi - odrzekła przyjaźnie, ze swym uroczym uśmiechem. Poczuł się w siódmym niebie. - Tylko nie w tę niedzielę - dodała, a on momentalnie spadł z niebios na ziemię.
- Dlaczego? - spytał - będę wolny przez cały dzień.
- Ale ja nie - rzekła ze śmiechem, gdyż bawił ją ten chłopiec. - A przynajmniej nie jestem pewna, czy mi coś nie wypadnie...
Ściągnęła brwi, usiłując sobie coś przypomnieć.
- Ależ tak! - rzekła - Stefan! Przyrzekłam, że z nim wyjdę.
- Stefan?
Serce mu bić przestało na sekundę. Jerzy jest przekreślony zupełnie, bezapelacyjnie, aż tu, o nieszczęście! mamy Stefana!
Wtem, gdy zatrzasnęła się za nią brama, padł snop światła na jego zamroczony umysł. Stefan jest jej synem, naturalnie! Jej małym synkiem, jej jedynym synkiem. Przykra myśl: Jerzy żyje nadal w tej drobnej istotce, w ślicznym chłopaczku, rezultacie idiotycznej woli mężczyzny (każdego niemal!) uwiecznienia swego nazwiska.
- Rozumiem - zawołał z za bramy, trzymając jeszcze kapelusz w ręku, nie zważając na swe mokre włosy - pójdzie pani z nim do ogrodu Zoologicznego,
Tak, Stefanek niechybnie lubi jeździć w niedzielę do "Zoo", Dobrze, on, Krzysztof, też tam pojedzie, będą oglądali razem rozkoszne małpki.
- Do Zoo? - rozbrzmiął jej zdumiony głos.
I w tejże chwili rozległ się jej śmiech.
Przekręciła klucz i wychyliła się z bramy.
- Ciekawa jestem - rzekła, rozweselona - dlaczego według pana Stefan musi być w ogrodzie zoologicznym. Biedak (znowu biedak! jeszcze jeden! ale tym razem żyjący) jest przecież w moim wieku.
W jej wieku. Stefan.
Machnęła wesoło ręką na pożegnanie.
- Niech pan przyjdzie w inną niedzielę! - zawołała, zamykając ciężkie drzwi.
Stał przez chwilę, nieruchomy. Po czym odszedł wolnym krokiem i szedł w stronę swego domu ze spuszczoną głową. Z zadumy tej zbudziło go energiczne nawoływanie szofera taksówki, który z oburzeniem przypomniał mu o obowiązku płacenia za lokomocję. Westchnął i wsiadł co rychlej, aby wynagrodzić "poczciwcowi" chwilę strachu.