PROLOG
- Jak mogłeś?! - krzyknęła Karolina z furią, a następnie uderzyła męża
całą siłą z otwartej dłoni w twarz, żałując, że swego czasu nie zapisała
się na jakiś sport, który sprawiłby, iż miałaby znacznie mocniejszą
rękę. Idealny byłby boks, ewentualnie rzut młotem albo kulą. Jakby tak
codziennie ćwiczyła kilka godzin miotanie czterema kilogramami żelastwa,
na pewno teraz jednym ciosem znokautowałaby na amen tego zdradzieckiego
cymbała. Co też i słusznie by mu się należało!
Mimo że cios nie był silny, Marcin wydał z siebie cierpiętniczy jęk i chwycił się za policzek, usiłując go rozmasować tak, jakby złapał go tam
skurcz, a nie tylko oberwał z tak zwanego liścia. Karolina bez chwili
namysłu strzeliła go w drugi policzek i zaczęła dumać, czy w brzuch
powinna go walnąć pięścią, czy raczej kopnąć. Wahanie owo sprawiło, że
na chwilę zamarła w bezruchu.
- Nie przesadzasz aby...? - Trzecia obecna w pokoju osoba, obserwująca jej
wyczyny z łóżka, najwyraźniej postanowiła wykorzystać ten moment na
interwencję.
Karolina skierowała na nią pełen nienawiści wzrok.
- Z tobą policzę się później! - zapowiedziała gniewnie, wpadając na
pomysł, żeby wymierzyć mężowi cios nie w brzuch, a nieco niżej, czyli
tam, gdzie każdy facet odczuwa ból najsilniej. No, może poza eunuchami.
Jej ślubny na pewno nim nie był.
Właśnie zabierała się za realizację swojego planu, kiedy usłyszała słowa
Marcina.
- Kochanie, to naprawdę nie jest teraz nasz najważniejszy problem.
Czując, że za chwilę rosnąca w niej z każdą sekundą furia doprowadzi do
tego, że padnie trupem na apopleksję albo jakąś inną nagłą cholerę,
Karolina jeszcze raz wymierzyła mu policzek.
- A co jest ważne, ty... - krzyknęła przy tym, usiłując pokonać wrodzoną
niechęć do przeklinania, po czym dokończyła - ...skończony wuju? Znaczy
się... chuju!
No proszę, nawet przeszło jej to przez gardło.
- Jeśli będziesz mnie wciąż biła, to się nie dowiesz - powiedział
Marcin, odskakując od niej na bezpieczną odległość.
- Co niby może być ważniejsze od końca naszego małżeństwa?! - Karolina
miała wrażenie, że ze stresu zmienił jej się głos. Ciekawe, czy kiedyś
odzyska własny, bo ten nowy, zachrypnięty i basowy, nadawał się jedynie
do dubbingowania filmowych alkoholiczek. - Od końca mojego życia?! Końca
naszego szczęścia?! Końca...
Zamilkła, nie mogąc ze zdenerwowania tak na poczekaniu wymyślić
kolejnego obrazowego określenia. Mimo wzburzenia słowa "końca świata"
nie wydawały jej się najbardziej trafione. Miała ponurą świadomość, iż
świat, niestety, będzie trwał w najlepsze, mając w nosie to, że ona
przeżywa właśnie swoją największą życiową tragedię. I to w dodatku
podwójną!
- Nie ma nic ważniejszego! - dokończyła.
- Owszem, jest - powiedział stanowczo Marcin.
Karolina mimo woli poczuła się zaintrygowana.
- Niby co? - zapytała zaskoczonym głosem.
Marcin zrobił dwa kroki w stronę stojącej vis-a-vis wejścia do pokoju
potężnej szafy. Skierował niepewne spojrzenie w stronę osoby leżącej na
łóżku. Ta wzruszyła ramionami i z nieodgadnioną miną pokręciła głową.
Marcin westchnął i z ciężkim westchnieniem otworzył drzwi szafy.
Śledząca z uwagą jego ruchy Karolina poczuła, że wszystko w jej środku
kamienieje. Potrzebowała dłuższej chwili, aby przegnać natrętną myśl, że
oto zamienia się wzorem żony Lota w słup soli.
- Czy on... - zaczęła niepewnie, nie wiedząc, jak dokończyć to zdanie.
- Owszem - Marcin smętnie pokiwał głową. - Nie żyje.
Karolina oparła się o ścianę i zaczęła głęboko oddychać, próbując
zgodnie z zaleceniem psychologów gwoli uspokojenia odliczać w myślach i łapiąc się na tym, że w obecnym stanie ducha nie wie, jaka liczba
następuje po siedmiu. Dziewięć? Jedenaście? A, pal licho tę matematykę!
Na nic jej się teraz nie przyda!
- Chcecie... mi... powiedzieć - zaczęła chrapliwie, łapiąc oddech między
wyrazami - że jesteście... nie tylko cudzołożnikami, ale i... mordercami?!
ROZDZIAŁ I
Tydzień wcześniej
- Ja tego nie przeżyję!
Karolina z niepokojem rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu
chusteczek. Szansa, że gdzieś tu leżą, była co prawda minimalna, ale i tak należało podjąć tę próbę, zanim jej siedząca na kanapie i szlochająca przyjaciółka zabrudzi wszystkie poduszki, jakimi kilka minut
wcześniej się obłożyła. Początkowo co prawda ocierała łzy rękawem swojej
bluzki, ale ponieważ ręce drżały jej tak bardzo, że błyskawicznie wylała
na nią wino, musiała się przebrać w T-shirt, z powodu krótkich rękawków
nijak nienadający się na bliski zamiennik chusteczek. W ten sposób w ruch poszły białe jaśki, które po każdorazowym zetknięciu z twarzą
Dzidki Jagłowskiej coraz bardziej wyglądały, jakby zostały ozdobione
dziełami jakiegoś zidiociałego impresjonisty.
- Jak on mógł mi to zrobić?! - zawyła sprawczyni metamorfozy poduszek,
chowając twarz w jedną z nich i nieco przytłumionym przez to głosem
wygłaszając kolejny komunikat o równie dramatycznej, co niepokojącej
treści. - Ja się zabiję!
Karolina rzuciła zaniepokojone spojrzenie na drugą ze swoich
przyjaciółek, Marzenkę Karpiniuk. Ta, ku jej oburzeniu, z niestosownie
do obecnej sytuacji zadowoloną miną sączyła wino i wydawała się
całkowicie niewzruszona tragedią, jaka rozgrywała się na jej oczach, a jeszcze bardziej w jej uszach.
- Skończony drań! - dobiegło zza poduszki.
Choć Karolina podzielała tę opinię, sama też uważając adresata owych
słów za wyjątkowej klasy krętacza i nicponia, to gwoli sprawiedliwości
musiała przyznać, że jej przyjaciółka też nie była ideałem partnerki. Bo
mimo że nie sposób jej było odmówić seksapilu, inteligencji i szlachetności, to wszystkie te zalety spychała w czarną otchłań
przypadłość umysłowa, figurująca w encyklopedii zdrowia pod hasłem
"zaburzenia urojeniowo-paranoiczne", na którą to Dzidka cierpiała, odkąd
tylko Karolina umiała sięgnąć pamięcią. Ponieważ zaś zaczęły się
przyjaźnić jako małe dziewczynki podczas zabawy w piaskownicy, przez
lata Karolina uzbierała sporo materiału dowodowego, świadczącego o tym,
że jej przyjaciółka zamiast kolejnych chłopaków powinna poszukać sobie
przede wszystkim dobrego psychiatry. Z każdym swoim "księciem z bajki"
Dzidka zaczynała przygodę z górnego "C", a kończyła na wielkim "D".
Każdy nowy adorator był w jej oczach na początku znajomości rycerzem na
białym koniu, bóstwem wcielonym, skarbnicą cnót wszelkich i nieskalanym
ideałem, co nie zmieniało faktu, że już po krótkim czasie zaczynała nie
dowierzać swojemu szczęściu oraz podejrzewać ukochanego o wszystkie
przestępstwa świata, łącznie z zamachem na World Trade Center. W wyniku
tego wcielała się w super-agentkę CBA i zaczynała delikwenta sprawdzać.
W slalomie między kolejnymi, zmieniającymi się jak w kalejdoskopie
mężczyznami, Dzidka zyskała umiejętności, których mógłby jej
pozazdrościć każdy prywatny detektyw, ewentualnie pracownik wywiadu.
Umiała w parę minut włamać się do zabezpieczonego hasłem komputera,
dzięki czemu odkryła, że jeden z jej ukochanych gustuje w puszystych
Afroamerykankach, w których towarzystwie rozbija się nocami po
stołecznych klubach, a kolejny wcale nie pojechał w podróż służbową z kolegą, tylko ze swoją szefową i to bynajmniej nie do "obskurnego hotelu
nad jakimś błotnistym bajorem", tylko do położonego nad malowniczym
Jeziorem Rożowskim Lemon Resort Spa, gdzie oboje oddawali się rozpuście
tudzież wykonywanym przez masażystki z Bali zabiegom Peptide Lift, o których Dzidka od dawna marzyła, tylko szkoda jej było pieniędzy.
Jagłowska umiała też prześwietlać telefony komórkowe, poznać szczegóły
rozmów prowadzonych za pośrednictwem komunikatorów internetowych,
zajrzeć do skrzynek mailowych, a nawet rozszyfrować hasła do bankowości
elektronicznej swoich chłopaków. To ostatnie ochroniło ją przez
stanięciem na ślubnym kobiercu z przystojniakiem, który miał
teoretycznie zabrać ją w podróż poślubną na Malediwy, choć zagadkową
kwestią pozostawało to, jak zamierzał ową eskapadę sfinansować, mając na
koncie sto trzydzieści złotych, a do spłacenia tysiąc razy większy
kredyt konsumpcyjny. Dzidka, będąc bogata z domu, w dodatku mając
perspektywę odziedziczenia po ojcu znakomicie prosperującej firmy
ochroniarskiej, stanowiła łakomy kąsek dla rozmaitego typu
hochsztaplerów i z czasem nauczyła się ich rozpoznawać na kilometr, już
po opadnięciu pierwszej fali zauroczenia, czyli z reguły gdzieś w okolicach trzeciej randki. Kiedy jednak na tapecie, a dokładnie rzecz
ujmując w szkole językowej, gdzie dawała lekcje angielskiego, pojawił
się zabójczo przystojny Seweryn, jej radar najwyraźniej uległ awarii.
Inna sprawa, że jeżdżący nowym BMW, ubrany w garnitury od Armaniego,
pachnący "1 Million" Paco Rabanne'a, do tego inteligentny i szarmancki
brunet wydawał się ucieleśnieniem jej marzeń. Dzidka zadurzyła się w nim
mniej więcej w połowie rozpoczynającego ich znajomość zdania: "Dzień
dobry, czy trafiłem do dobrej grupy? To angielski dla średnio
zaawansowanych, tak?" i już po tygodniu była w "poważnym związku", a po
kolejnym zakupiła bilety na Targi Sukien Ślubnych. Seweryn przypadł do
gustu też Marzence i tylko Karolina zachowała w stosunku do niego daleko
posuniętą rezerwę, wynikającą z faktu, że ktoś kiedyś powiedział jej, iż
ludzie kupujący BMW należą do jednej z trzech grup: nowobogackich,
którzy chcą zaimponować sąsiadom, blondi o IQ mniejszym niż obwód talii,
którym wmówiono, że auto to jest symbolem wysokiego statusu społecznego,
oraz gangsterów. Ponieważ Seweryn nijak nie wyglądał na nowobogackiego
ani tym bardziej na blondi, Karolina zaczęła w głębi ducha podejrzewać
go o konszachty ze światem przestępczym. Teraz okazało się, że po części
miała rację, bo w końcu prostytucja nie jest u nas zajęciem legalnym.
- Czy mi czegoś brakuje?! - Dzidka oderwała poduszkę od twarzy i popatrzyła pytająco na przyjaciółki. - Jestem jakaś upośledzona?
Zachowuję się, jak nie powinnam? Wyglądam odstręczająco?
Karolina w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby jej nie przytaknąć
i nie powiadomić, że w wyniku malowniczego rozmazania makijażu
przypomina kominiarza i to po całym dniu intensywnej pracy.
- Niczego ci nie brakuje - zapewniła ogniście, zastanawiając się
jednocześnie, czym najlepiej usuwa się plamy po makijażu z białej
bawełny. - I wyglądasz też dobrze...
- To dlaczego on się spotykał z tymi wszystkimi kobietami?! - Dzidka
popatrzyła na nią załzawionymi oczami. - Chyba po prostu nie jestem
seksowna...
Kolejna, a zarazem ostatnia jeszcze czysta poduszka poszła w ruch.
Karolina z rezygnacją pomyślała, że chyba ją coś opętało, kiedy
wybierała ich kolor. Trzeba było wziąć czarne. Z drugiej strony, jak
niby mogła przewidzieć, że niewierność jakiegoś pajaca z beemki będzie
miała rujnujący wpływ na stan elementów dekoracyjnych jej salonu?
Marzenka za to spokojnie dopiła wino i od razu uzupełniła sobie
kieliszek.
- Przestań już pierdolamentować! - rozkazała stanowczo Dzidce, po czym
napotkawszy zrozpaczony wzrok Karoliny i poprawnie go zinterpretowawszy,
dodała pocieszająco - Płyn do naczyń. Wylewasz go na plamy, trzymasz
przez minutę albo dwie, a potem wkładasz poszewkę do pralki i wrzucasz
na standardowy program do bawełny. Nie będzie śladu.
- Aż tak po mnie widać...? - zawstydziła się Karolina.
- Nie, ale jak wiemy, od lat jestem bardzo mądra i czytam ludziom w myślach, a nie tylko w telefonach - powiedziała ironicznie Marzenka, po
czym opróżniła jednym łykiem połowę zawartości kieliszka. - To mój dar.
Dzidka odsłoniła twarz, po czym z widoczną urazą odłożyła poduszkę na
zagłówek kanapy.
- I licz tu na czyjeś współczucie - stwierdziła, patrząc z wyrzutem na
Karolinę. - Jeśli chcesz, mogę zapłacić za pranie chemiczne. Ja tu
przeżywam życiową tragedię, a ty się martwisz tylko o jakieś głupie
poduszki! A ty - wskazała oskarżycielko palcem na Marzenkę - nie masz
racji. Wcale nie grzebałam mu w komórce!
- Tylko w laptopie? - Marzenka spokojnie wytrzymała jej oburzony wzrok.
- Czy po prostu przeszukałaś mu ciuchy?
- Być może... - Dzidka sięgnęła do swojej torebki, skąd wyciągnęła
szmatkę od czyszczenia okularów, którą demonstracyjnie przetarła sobie
twarz. - Proszę, nie ruszam tych twoich świętych jaśków. Przyznaję, że
może przez czysty przypadek poczytałam co nieco w laptopie Seweryna, co
nie zmienia faktu, że już więcej nie zamierzam robić takich rzeczy.
Postanowiłam skończyć z mężczyznami! Skoro kolejny okazał się pomyłką,
to widocznie muszę przyjąć do wiadomości, że świat nie ma mi w tej
kwestii nic do zaproponowania. Przynajmniej nic dobrego. Koniec z facetami. Do czasu, aż znajdę kogoś normalnego.
- Jak rozumiem, do tej pory szukałaś samych nienormalnych? - zaciekawiła
się Marzenka.
Dzidka pokazała jej język, po czym sięgnęła po swój kieliszek, który
Karolina dawno już zdążyła jej ponownie napełnić.
- Powiedziałam - powtórzyła twardo. - Koniec z facetami!
- I co? - Marzenka posłała jej ironiczne spojrzenie. - Przerzucisz się
na kobiety?
Dzidka wzdrygnęła się z wyraźnym obrzydzeniem.
- Nie żartuj! - żachnęła się stanowczo. - Świat może być piękny bez
mężczyzn, związków, seksu... Do tej pory ganianie za facetami zajmowało mi
pół życia. Może pora, żeby wreszcie ktoś pogonił mnie. To znaczy, jakoś
źle to zabrzmiało...
- Poganiał za tobą - poprawiła Karolina.
- O, właśnie! - zgodziła się Dzidka. - A jeśli nawet nikt nie będzie
chciał ganiać, to przynajmniej zyskam sporo wolnego czasu, który będę
mogła przeznaczyć dla jedynej osoby, która musi mnie kochać, bo nie ma
innego wyjścia.
- Chcesz spędzać więcej czasu ze swoją matką?! - zdziwiła się Karolina,
pomna tego, że skomplikowane relacje między przyjaciółką a jej
rodzicielką wyprowadziłyby z równowagi nawet samego Freuda. - Myślałam,
że ostatnio znów drzecie koty?
- Bo drzemy - potwierdziła gniewnie Dzidka. - Z nią też skończyłam!
Zadzwoniła do mnie parę dni temu i powiedziała, iż ostatnio na rodzinnym
spotkaniu doszły do wniosku razem z moją ciotką, że umrę jako samotna,
stara panna. W związku z tym dobrze byłoby, gdybym już teraz zapisała
swoje mieszkanie na moją siostrzenicę, którą notabene ostatni raz
widziałam na oczy osiem lat temu, gdy przystępowała do pierwszej
komunii. Czujecie? Moja matka już mnie pochowała. Za życia! Więcej się
do niej nie odezwę! Zaś mieszkanie zapiszę kościołowi, a nie jakiemuś
dziecku, którego matka od dziesięciu lat nie złożyła mi nawet życzeń
urodzinowych.
- Odkąd to ty się zrobiłaś taka religijna? - zdziwiła się Marzenka.
- Nie o to chodzi - Dzidka machnęła niecierpliwie ręką. - Najważniejsze,
co chcę powiedzieć, to że postanowiłam wreszcie zająć się sobą. Przez
całe życie robiłam dużo dla innych ludzi i niewiele dla siebie. A przecież to na siebie jestem skazana do końca życia. Muszę nauczyć się
kochać samą siebie. Nigdy tego nie potrafiłam i pewnie dlatego nie mogę
znaleźć faceta. Najpierw muszę pokochać siebie, żeby inni mogli mnie
pokochać.
- Czy ty nie przeczytałaś jednego numeru "Zwierciadła" za dużo? -
Marzenka dopiła wino, sięgnęła po butelkę, po czym stwierdziwszy, że
jest pusta, wstała i wyjęła z barku kolejną. Karolina popatrzyła na nią
z niepewnością.
- Nie ma tam już nic więcej? - zapytała. - Bo to jest jakiś sikacz z Lidla za dziewięć złotych. Kupiłam go, żeby dolewać do gulaszu. Nie
wiem, czy nadaje się do spożycia w innej postaci...
Marzenka zajrzała do barku.
- Masz tu jeszcze whisky, szampana, coś z obrzydliwym robalem na dole
butelki i czarną ciecz z podpisem "agonia" - zaraportowała. - To
trucizna?
- Sama jesteś agonia - Karolina wstała z kanapy i podeszła do barku. -
Aronia! Tylko się "r" rozmazało. Nalewka. Dostałam od mojej ciotki.
Znakomita na wzrok i system nerwowy.
- To ja poproszę - ożywiła się Dzidka. - Mogę od razu wypić całą!
- Liczysz na to, że gdy wtrąbisz tego cały litr, to wreszcie przejrzysz
na oczy? - zaciekawiła się Marzenka. - Proszę bardzo. Choć nie wiem, czy
to się powinno łączyć z winem.
- Na pewno nie - zawyrokowała Karolina. - Obalmy tego sikacza, a potem
wyskoczę do Biedronki po kolejne. Albo poproszę Marcina, żeby wyskoczył.
Poczekajcie...
Sięgnęła po telefon.
- Kochanie... - powiedziała po chwili do słuchawki. - Czy ty byłbyś tak
miły i przyniósł nam ze sklepu jeszcze ze dwa...
Marzena lekko chrząknęła.
- ...trzy - poprawiła się szybko Karolina. - Albo najlepiej od razu cztery
wina? I coś do przegryzienia?
- Nietuczącego - podpowiedziała grobowo Dzidka. - Jeśli mam się
pokochać, to nie mogę być gruba.
- Nietu... A, słyszałeś. Dziękuję... Co? A, też cię kocham!
Po dziesięciu minutach Marcin dostarczył im pięć butelek szlachetnego
półwytrawnego trunku, które do polskiego sklepu dojechały wprost z winnic w Porto, a do tego trzy duże opakowania chipsów z marchewki,
kilka dietetycznych batonów zbożowych i torbę pistacji.
- Zapewniono mnie, że wszystko to ma ujemną liczbę kalorii - powiedział
z czarującym uśmiechem. - To znaczy mają ich mniej niż potrzeba na
wykonanie czynności przeżucia i strawienia. Życzę smacznego. Jeśli nie
macie żadnych dodatkowych potrzeb, to nie przeszkadzam w sabacie, tylko
wracam do swojego świata.
Ukłonił się i po chwili już go nie było w salonie.
- Ech... - Dzidka sięgnęła po opakowanie marchewkowych chipsów. - Nie
wiem, jakim cudem udało ci się znaleźć taki ideał.
- Nie ma ideałów... - żachnęła się Karolina, nie do końca wierząc w to,
co mówi, bo faktycznie sama też nieraz łapała się na nieco niepokojącej
myśli, że jej małżonek nie ma wad. Był inteligentny, szarmancki,
obdarzony poczuciem humoru, wysportowany i zabójczo przystojny. Do tego
rewelacyjnie zarabiał, prowadząc od lat znakomicie prosperującą firmę
architektoniczną. Zasługiwał na miano "bohatera we własnym domu", bo
cała rodzina znała go jako "złotą rączkę" i fachowca na dobrą sprawę od
wszystkiego. W kuchni dokonywał takich cudów, że nawet Jamie Oliver
mógłby zzielenieć z zazdrości, a umiejętności łóżkowych pozazdrościłby
mu nawet i sam Don Juan, gdyby kiedykolwiek faktycznie istniał. - Marcin
też ma swoje wady...
- Naprawdę? - zaciekawiła się Marzenka. - To wymień choć jedną.
Karolina spróbowała sobie przypomnieć, czy było w jej mężu cokolwiek, co
ją kiedyś choć na moment zirytowało. Owszem, spóźnili się kiedyś na
seans do kina, bo Marcin uparł się pomóc jakiejś staruszce przejść przez
jezdnię, a potem, kiedy starsza pani zaczęła narzekać, że przesadziła z zakupami i ciężko jej teraz donieść je do domu, dotachał jej siaty pod
samo mieszkanie. Czuła jednak, że uczynienie z tego teraz zarzutu
fatalnie będzie świadczyć o jej charakterze.
- No właśnie... - skwitowała z przekąsem jej milczenie Marzenka. - Tak
myślałam...
- Swoją drogą to musi być straszne mieć przy sobie kogoś, kto jest
ideałem - stwierdziła Dzidka. - Nie wiem, czy wytrzymałabym coś takiego.
Przecież przy kimś takim wiecznie musisz udawać lepszą, niż jesteś...
Karolina zastanowiła się, na ile słowa przyjaciółki oddają stan
faktyczny. To prawda, że już na pierwszej randce z Marcinem złapała się
na tym, jak mało wie o tym, co dzieje się dokoła niej i to niestety
prawie w każdej dziedzinie. Na szczęście to on wtedy mówił więcej. W drodze powrotnej do domu, przerażona wizją, że na kolejnym spotkaniu
pada straszliwe pytanie: "A co ty o tym myślisz?", po którym następuje
kilkadziesiąt minut krepującej ciszy, zwieńczone chłodnym pożegnaniem i straszliwymi słowami: "To przy okazji musimy się zdzwonić", poczuła się
zmuszona kupić w kiosku z gazetami "Newsweek", "Focus", "KukBuk" i "Przegląd Sportowy". Pozwoliło jej to nieco później zabłysnąć wiedzą o przewidywanych skutkach Brexitu, najnowszych badaniach dotyczących tego,
w jaki sposób kolory chronią przed depresją i pobudzają umysł do pracy,
patentach na zastąpienie mięsa w burgerach boczniakiem albo burakiem
oraz wszystkich szczegółach skomplikowanego życia intymnego Cristiano
Ronaldo, bo z dwojga złego wolała czytać o tym, z kim jurny Portugalczyk
ma dzieci, niż ile zdobył goli dla drużyny Juventusu w bieżącym sezonie.
Jej przygoda z prasą miała dodatkowy aspekt, bo kiedy jej tata ogłosił
przy rodzinnym stole w czasie świętowania swoich urodzin, że zamierza w kolejnych wyborach kandydować do sejmu, Karolina zapytała, jak niby
zamierza pokonać kandydującą od zawsze z tego samego okręgu posłankę,
zwaną "żarłoczną Donatą". Ksywkę ową nadano tej niewieście po tym, gdy
pewnego razu przeszmuglowała na posiedzenie sejmu ogromną paczkę
kiełbasy wiejskiej podsuszanej, pół tuzina jajek na twardo i sos
czosnkowy, które to połączenie sprawiło, że ławy obok niej w mgnieniu
oka zaczęły świecić pustkami. Mimo mało chwalebnego przezwiska oraz
stałej formy wypowiedzi, sprawiającej wrażenie, jakby artykulacji języka
polskiego uczyła się na bazarze, Donata miała do tej pory pewne miejsce
w parlamencie, startowała bowiem w barwach partii, która i tak zawsze
wprowadzała w zasadzie wszystkich swoich kandydatów do parlamentu i to
nawet w wyborach, w których niby oficjalnie przegrała. Czyniła to
zresztą zupełnie niezależnie od stanu umysłowego czy jakiegokolwiek
innego owych kandydatów, z których znaczna część stanowiła perfekcyjną
ilustrację słowa "cymbał". I choć tata Karoliny na pytanie o swój patent
na zwycięstwo nie odpowiedział, to pełen uznania wzrok, jakim obdarzył
córkę, sprawił, że ta natychmiast poczuła się bardzo z siebie dumna, a następnego poranka zaprenumerowała trzy z kupionych wcześniej gazet.
"Przegląd Sportowy" sobie darowała, dochodząc do wniosku, że żaden
normalny mężczyzna nie będzie wymagał od swojej ukochanej wkuwania na
pamięć wyników Bundesligi i jeśli tylko będzie umiała odróżnić Roberta
Lewandowskiego od Grzegorza Krychowiaka, to i tak zostanie uznana za
ósmy cud świata. Jak pokazała przyszłość, nie pomyliła się w swoich
kalkulacjach.
- Trochę tak jest - przyznała niechętnie. - Ale z drugiej strony nie
widzę w tym nic złego. Jeśli się do kogoś podciągasz intelektualnie, z reguły wychodzi ci to potem na dobre.
- No, nie wiem - Dzidka nie wyglądała na przekonaną. - Dla mnie byłoby
to męczące.
- Dla mnie też - przytaknęła Marzenka. - Nie mówiąc już o tym, że
kłóciłoby się z moją filozofią...
Nie było potrzeby, aby rozszerzała swoją wypowiedź. Jeśli idzie o kwestie damsko-męskie była bowiem idealnym przeciwieństwem Dzidki. O ile
każdy poznany przez Jagłowską facet natychmiast stawał się potencjalnym
"mężczyzną jej życia", o tyle Marzenka przedstawicieli przeciwnej płci
traktowała jako zło konieczne, wszelkimi siłami starając się dać im do
zrozumienia, jak fatalne ma o nich mniemanie, tudzież wbijając im do
głowy, że to oni powinni walczyć o jej względy, a nie odwrotnie. Nie
czuła przy tym najmniejszej potrzeby sprawdzania ich, wychodziła bowiem
z założenia, że każde kłamstwo i tak samo wyjdzie na jaw. Łgarstw zaś,
nawet najbardziej niewinnych, nie wybaczała i nigdy nie szła na żadne
kompromisy. W efekcie takiego postępowania mężczyźni u jej boku
wytrzymywali góra kilka tygodni, zaś przez większość czasu Marzenka była
singielką i bynajmniej nie wydawała się z tego powodu specjalnie
przygnębiona.
- Swoją drogą... - Dzidka przełknęła chipsa - ...czy ty go kiedykolwiek
sprawdziłaś?
- Zaczyna się - mruknęła Marzenka.
Karolina zrobiła w duchu szybki rachunek sumienia.
- Nie, nigdy - przyznała uczciwie. - Po co miałabym go sprawdzać?
- Na wszelki wypadek - Dzidka wzięła do ręki opakowanie chipsów i na jej
twarzy pojawił się wyraz zdumienia. - Jakim cudem to może zawierać
śladowe ilości orzechów, glutenu i nie nadawać się dla osób mających
alergię na laktozę, skoro to teoretycznie jest sama marchewka?!
- Co ty gadasz? - zdziwiła się Karolina, odbierając jej opakowanie. -
Faktycznie. Marzenka?
Karpiniuk, która studiowała technologię żywności i żywienia człowieka,
zawsze obu swoim koleżankom wydawała się najlepszym ekspertem od spraw
związanych z zagadkami natury kulinarnej.
- Może napis został po jakimś poprzednim składzie? - zamyśliła się
Marzenka. - Pokażcie to! A nie, wszystko w porządku. Gdybyście nie
zauważyły, to są chipsy marchewkowe chili. Żeby osiągnąć taki smak,
producenci z reguły używają połowy tablicy Mendelejewa i na wszelki
wypadek potem dodają napisy ostrzegawcze, żeby było wiadomo, dlaczego po
zjedzeniu wszystko cię swędzi i się czochrasz.
- Kiedy mnie nic nie swędzi - zaprotestowała Dzidka.
- Spokojnie, zaraz zacznie - Marzenka machnęła lekceważąco ręką. -
Lepiej mów, dlaczego uważasz, że Karola powinna sprawdzać swojego
perfekcyjnego męża.
- Bo sama powiedziała, że nie ma ideałów, i ja się z nią zgadzam -
wyjaśniła Dzidka. - Poza tym lubię znać prawdę, nawet jeśli przez nią
czuję się potem do bani, tak jak teraz. Lepiej teraz niż za dziesięć
lat, gdy będę miała z kimś dzieci, kredyt i mnóstwo wspomnień.
- Wiemy, że lubisz - przytaknęła Marzenka. - Pytanie, czy Karola też...
- Co ja też? - nie zrozumiała Kocikowska. - Bo już się trochę pogubiłam
w tych waszych gadkach. Nie mówiąc już o tym, że wypiłam pięć kieliszków
i zaraz urwie mi się film.
- Nic ci się nie urwie, bo ten sikacz ma tylko dziesięć procent -
uspokoiła ją Marzenka - a poprzednio piłyśmy coś, co w ogóle miało
niecałe dziewięć. Mogłabyś wypić tego całą wannę i nadal nie miałabyś
problemu z tabliczką mnożenia.
- Z tabliczką to akurat mam i bez picia - zauważyła Karolina. - Więc, co
ja też?
- Czy też chciałabyś wiedzieć, że twój małżonek ma coś na sumieniu? -
wyjaśniła Marzenka. - Czy wolałabyś raczej żyć w błogiej nieświadomości?
Karolina zastanawiała się przez dłuższą chwilę.
- Chyba też wolałabym wiedzieć... - powiedziała wreszcie niepewnie.
W oczach Marzenki pojawiły się nieco szatańskie ogniki.
- No, to chyba nic trudnego... - rzekła z uśmiechem.
- Jak to?! - zdziwiła się Karolina.
- Dzidka akurat nie ma co robić, a jak doskonale wiemy, z prowadzenia
śledztwa mogłaby dawać korki nawet Sherlockowi Holmesowi. Niech
prześwietli twojego męża. Do boju!
Dzidka popatrzyła na nią nieco zbaraniałym wzorkiem, za to Karolina
nieco oprzytomniała.
- Nie sądzisz, że to lekka przesada... - zaczęła, ale Karpiniuk nie dała
jej dokończyć.
- To przecież tylko zabawa - wykrzyknęła radośnie - która przy okazji
pomoże Dzidce oderwać się od ponurych rozmyślań i zapomnieć o tym
zdradliwym gadzie.
- Faktycznie przydałaby mi się jakaś odskocznia... - zgodziła się
Jagłowska, rzucając proszące spojrzenie na Karolinę.
- Sama nie wiem - Kocikowska nadal nie wydawała się przekonana. -
Przecież jeśli Marcin kiedykolwiek się o tym dowie, to się śmiertelnie
na mnie obrazi i nawet nie będę mogła mieć o to do niego pretensji.
- Toteż, jeśli się zgodzisz, to zaraz wszystkie trzy złożymy uroczystą
przysięgę, że cała ta akcja zostanie na zawsze naszą tajemnicą -
powiedziała Marzenka. - Poza tym jestem pewna, że Dzidka i tak niczego
nie odkryje.
Po chwili przysięga została złożona, a następnie dość obficie opita. W wyniku tego ostatniego kilka godzin później kładąca się obok męża w łóżku Karolina, prawie już zasypiając, rzekła sennym głosem:
- Dobranoc, ko... cha... nie. A, i pil...nuj się, bo Dzi... dka będzie cię
prze... ouuuuch.. wiercała. To znaczy in... wentylowała... Żeby zo... ouuuuuch...
baczyć, czy mnie nie zdra... dzasz... Prze... jrzy... ci komórkę... I takie... tam
inne... Za... bawne, co nie?
Gdyby w tej samej chwili nie zasnęła i mogła zobaczyć swojego
ukochanego, byłaby zapewne bardzo zdziwiona. Na twarzy Marcina nie widać
było ani odrobiny rozbawienia. Królował na niej strach.
ROZDZIAŁ II
Jeszcze o poranku tego dnia, kiedy miał spotkać się z Donatą Gawłowską,
Wiesiek Mastalerz był pewny, że nie zobaczy już w życiu nic bardziej
odrażającego od dwudziestopięciokilogramowego, spożywającego mokrą karmę
i śliniącego się niczym przeziębiony bobas buldoga swojej siostry.
Wiesiek przetrzymał dzielnie ów widok przez całe dwie minuty, w czasie
których doszedł do wniosku, że François Rabelais, twórca postaci
żarłocznego potwora Gargantui, zapewne też musiał być właścicielem
czworonoga tej rasy, po czym przestał odwiedzać siostrę nawet w święta
Bożego Narodzenia. Kiedy jednak znalazł się przed obliczem Donaty
Gawłowskiej, tamto wspomnienie wydało mu się niewartym uwagi, a nawet
dość miłym. Zwalista, zaniedbana, ubrana jak bezdomna, kompletnie
pozbawiona uroku, wdzięku i poczucia humoru posłanka partii Tylko
Porządek siedziała przy stole w uwielbianej przez polityków restauracji
"U Bożydara" i jadła coś, co wyglądało jak błoto wymieszane z kocimi
bobkami. Robiła to żarłocznie, momentami nawet wydając z siebie coś w rodzaju chrumkania, a do tego tak szybko i niedbale, że większość owego
cudu kulinarnego spływała jej kącikami nieco wąsatych ust, ozdobionych w dodatku symetrycznie po obu stronach dwoma potężnymi wągrami, po czym
wpadała z powrotem do talerza. Już po kilkudziesięciu sekundach
kontemplowania tego widoku Wiesiek poczuł, że wszystkie spożyte dziś
posiłki mają ochotę opuścić jego żołądek, tyle że zamiast pokonywać
zwyczajową trasę, zmieniają kierunek i zaczynają mu podchodzić do
gardła. Równie odrażające było to, co w przerwach między pochłanianiem
kolejnych łyżek brei wydobywało się z ust Donaty.
- No więc, kurna, do tej pory zawsze tu wygrywałam - mówiła chrapliwym,
nieprzyjemnym głosem. - Bo nie miałam praktycznie żadnej konkurencji.
Gdybym startowała w Warszawie, to bym, kurna, przegrała, bo tam
mieszkają sami dewianci. Jakieś, kurna, feministki i tęczowi, a co
najgorsze ci cholerni weganie, rowerzyści i ekolodzy. Cała ta zielona
zaraza! Tfuuu...
Wiesiek, który przed spotkaniem przeczytał co nieco o programie Tylko
Porządku, wiedział, że likwidacja ścieżek rowerowych, "użytecznych tylko
dla patologicznej, znikomej mniejszości miłośników dwóch pedałów", oraz
obcięcie funduszy na walkę z "wyssanym z palca problemem smogu"
znajdowały się w pierwszej dziesiątce postulatów owego ugrupowania. Z programu partii wynikało też, że gdyby to zależało od niej, w Polsce
mieszkaliby wyłącznie mięsożerni mężczyźni oraz ich żony, pozbawione
jakichkolwiek ambicji poza przygotowaniem dobrego obiadu. Jedynymi
wyjątkami byłyby posłanki Tylko Porządku, pilnujące, aby reszta kobiet
się nie wychylała. Pomny tej lektury Wiesiek zachował teraz kamienną
twarz.
- Sam pan powiedz, kto to widział, żeby prawdziwy facet żywił się,
kurna, jakąś trawą? - Część cieczy z łyżki kapnęła posłance na szarobury
sweterek, wyglądający tak, jakby pochodził z odrzutów z lumpeksu, ale
Donata nawet nie zwróciła na to uwagi. - Patologia! Ja bym ich, kurna,
wysłała wszystkich na dwa lata do armii. Bez sensu lewactwo zniosło,
kurna, obowiązkową służbę wojskową. Jakby ci niby-faceci poganiali
trochę po okopach, to by im od razu wieprz i wół znów zasmakowały. To
przez nich tak nie lubię, kurna, przyjeżdżać do stolicy. Siedlisko
zboczeń i bezbożnictwa! Ale kiedyś i tu zrobimy porządek! No więc, jak
pan wie, startuję z wiochy pod Warszawą, bo tam ludzie, kurna,
mądrzejsi. Zawsze deklasowałam w tym miejscu wszystkich innych
kandydatów, ale w tym roku cholerne Stowarzyszenie Czystych Rąk
zgłosiło, kurna, tego całego Mazurkiewicza. I nagle okazało się, że
wszyscy chcą na niego głosować. To jest, kurna, jakiś obłęd!
Mastalerz pokiwał zgodnie głową, choć w duchu wcale się nie dziwił
popularności lekarza, który znany był w całym kraju, a nawet i za
granicą, jako jeden z najbardziej genialnych gastrologów. Do tego jako
człek błyskotliwy i obdarzony talentem krasomówczym często występował w roli eksperta w telewizji śniadaniowej i specjalistycznych audycjach
poświęconych medycynie, niedawno otworzył prywatny gabinet, a jakby tego
było mało, wraz ze swoim wspólnikiem prowadził hurtownię farmaceutyczną,
zaopatrującą w leki znaczną część aptek w regionie, z którego teraz
startował w wyborach.
- Przecież ja mam, kurna, takie zasługi! - Donata w końcu zauważyła
plamę na swetrze, sięgnęła po chusteczkę, splunęła na nią siarczyście i zaczęła trzeć po ubraniu, jeszcze bardziej rozmazując tłuszcz i brud. -
To dzięki mnie Stara Podkówka jako jedyne podwarszawskie miasteczko ma
komunikację miejską!
Przed oczami Wieśka stanął artykuł z pierwszej strony "Dziennika
Codziennego", zatytułowany "Wozi się za nasze!" i traktujący o tym, że w wyniku działalności Donaty pojawił się w Starej Podkówce autobus-widmo,
krążący niezbyt regularnie na krótkiej trasie: dom pani poseł - "Żabka"
- dom pani poseł, a kosztujący gminę tyle, iż taniej wyszłaby obsługa
wahadłowca "Ziemia-Mars".
- I rozumiesz pan. Trzeba, kurna, na tego patałacha coś znaleźć. -
Posłanka posłała mu w jej mniemaniu dyskretnie porozumiewawcze
spojrzenie. - Jakieś brudy, które mogłabym potem wykorzystać w kampanii.
- Ma pani coś konkretnego na myśli?
- Najpierw kombinowałam, że najlepiej byłoby, gdyby przyjął jakąś,
kurna, łapówkę od pacjenta - rozmarzyła się Donata. - Wtedy mogłabym go
nazwać złodziejem i rozgłosić, że wszystkie te swoje biznesy zbudował,
kurna, na ludzkim nieszczęściu. Albo jakby popełnił jakiś błąd i ktoś,
kurna, by umarł w wyniku jego leczenia. Zrobiłabym z niego mordercę i oszusta, który tylko udaje fachowca. Zamierzam też nasłać kontrolę na
jego firmę...
- To chyba nie jest moja działka... - próbował się wycofać Wiesiek.
- Wiem, wiem - Donata machnęła ręką z wyraźnym lekceważeniem dla
możliwości rozmówcy i dokończyła spożywanie brei. Mastalerz miał
nadzieję, że to zakończy jego wizualne męki, ale widok kelnera,
niosącego deser w postaci ogromnego kawałka tortu śmietanowego, rozwiał
jego optymistyczną wizję. - Powiedziałam przecież, że tak myślałam na
początku. Ale niestety ten dziadyga okazał się, kurna, jakimś cholernym
człowiekiem bez skazy. No i teraz muszę, kurna, pogrzebać głębiej.
Właśnie to będzie pana zadanie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki