Miłość bez scenariusza - Denise Hunter

Kup ebooka

47.90 zł
39.51 zł (39,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W świe­cie, w któ­rym nie­spo­dzianki nie za­wsze były miłe, Chloe An­der­son wo­lała cie­szyć się chwilą. Wła­śnie to so­bie po­my­ślała, gdy zo­ba­czyła swoją de­biu­tancką po­wieść na wy­sta­wie księ­garni. Jej li­te­rac­kie dziecko. Na­wet po roku od pre­miery na jej wi­dok czuła ra­dość i wdzięcz­ność.

Dźwięk dzwo­neczka po­wi­tał ją, kiedy we­szła do sklepu. Cie­pły żar wdzięcz­no­ści tłu­miła w niej tylko tro­ska o naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Po­de­szła pro­sto do lady, za którą Me­ghan roz­ma­wiała przez te­le­fon. Jej dłu­gie blond loki, za­zwy­czaj opa­da­jące fa­lami na smu­kłe ra­miona, dzi­siaj były zwią­zane w ni­ski ku­cyk, a na ustach nie było na­wet śladu szminki. Jed­nym sło­wem: kło­poty miała wy­pi­sane na twa­rzy.

Chloe miała na­dzieję, że w księ­garni bę­dzie ci­cho, i tak było, nie li­cząc roz­mowy pro­wa­dzo­nej przez Me­ghan.

- Przy­kro mi, pani Eve­lyn. Je­śli przy­nie­sie pani tę książkę, wy­mie­nimy ją na inny eg­zem­plarz... - Me­ghan za­uwa­żyła Chloe i po­ma­chała do niej pal­cami, jed­no­cze­śnie wy­wra­ca­jąc oczami. - Przy­kro mi... Nie, nie wie­dzia­łam, że po­trze­buje ją pani na dys­ku­syjny klub książki. To mało czasu, ale pani szybko czyta, więc na pewno... Tak, ro­zu­miem. Odłożę eg­zem­plarz pod ladę, więc je­śli mnie nie bę­dzie... Jesz­cze raz prze­pra­szam za kło­pot... W po­rządku, do wi­dze­nia, pani Eve­lyn. Pro­szę po­zdro­wić mamę.

- Co znowu? - spy­tała Chloe, gdy tylko przy­ja­ciółka się roz­łą­czyła.

Pani Eve­lyn była znana z tego, że zwra­cała każdą ku­pioną książkę, na­wet je­śli już ją prze­czy­tała.

- Tym ra­zem miała słuszną skargę. W książce bra­kuje ca­łego pierw­szego roz­działu.

- Co? To w ogóle moż­liwe? Dzięki Bogu, że o tym nie wie­dzia­łam.

Chloe od­cho­dziła od zmy­słów i za­mar­twiała się każ­dym szcze­gó­łem przed pre­mierą swo­jej po­wie­ści - jak się oka­zało, zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie.

Me­ghan wy­jęła smart­fon i za­częła stu­kać w ekran.

- Jak się czu­jesz? - spy­tała Chloe. - Po­trze­bu­jesz cze­goś? Cze­ko­lady? Al­ko­holu? Cy­janku? Dla niego, nie dla sie­bie.

- Na­prawdę nie mu­sisz co­dzien­nie spraw­dzać, co u mnie - po­wie­działa Me­ghan, nie uno­sząc wzroku znad te­le­fonu. - Wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku.

- Wiem. Ale ro­zu­miem też, ja­kie to trudne, i chcę być przy to­bie.

Trzy lata temu po utra­cie pracy mąż Me­ghan, Kyle, snuł się po domu i pił, pod­czas gdy Me­ghan ha­ro­wała w księ­garni Be­ach­front, żeby opła­cić ra­chunki. Po dwóch la­tach bez­sku­tecz­nego na­kła­nia­nia go, by za­się­gnął pro­fe­sjo­nal­nej po­mocy, wnio­sła o se­pa­ra­cję. Dała mu jesz­cze rok, żeby się za sie­bie wziął, ale nic z tego. W ze­szłym ty­go­dniu roz­wód zo­stał sfi­na­li­zo­wany.

- Do­ce­niam twoją tro­skę, ale na­prawdę nic mi nie jest. Mu­szę tylko przez to przejść, aż na­staną lep­sze dni.

- Po­wiedz mi, że nie sie­dzisz znowu w tej apce - od­parła Chloe.

Me­ghan wciąż wle­piała wzrok w ekran.

- Nie sie­dzę znowu w tej apce.

- Kłam­czu­cha!

Me­ghan trzy­mała się cał­kiem nie­źle, do czasu, kiedy pół roku temu od­kryła, że Kyle za­pro­sił swoją dziew­czynę z cza­sów li­ceum, by się do niego wpro­wa­dziła. Wtedy Me­ghan przy­po­mniała so­bie o apli­ka­cji w te­le­fo­nie, która po­zwa­lała zdal­nie ste­ro­wać ter­mo­sta­tem w sta­rym domu Kyle'a.

- Dzi­siaj w domu mo­jego by­łego bę­dzie go­rąca at­mos­fera - po­wie­działa. - Może tak z dwa­dzie­ścia dzie­więć stopni...

Chloe nie mo­gła wi­nić Me­ghan za jej zgorzk­nie­nie, ale miała na­dzieję, że szybko jej przej­dzie.

- A co z tymi "lep­szymi dniami"? Masz piękną księ­gar­nię... I mnie. Czego jesz­cze ci po­trzeba?

Me­ghan ostatni raz stuk­nęła w ekran i scho­wała te­le­fon do kie­szeni, uśmie­cha­jąc się trium­fal­nie.

- I ot tak, od razu czuję się le­piej. A je­śli już mó­wimy o to­bie, to czy wi­dzia­łaś moją wy­stawę? Twoja książka stoi z przodu na sa­mym środku i na­dal sprze­daje się jak świeże bu­łeczki.

- Och, je­steś dla mnie zbyt do­bra. - Me­ghan nie tylko była jej naj­więk­szą fanką; to ona w ogóle za­chę­ciła Chloe do na­pi­sa­nia po­wie­ści. - Po­win­nam do­pi­sać twoje na­zwi­sko na okładce.

- Wzmianka w po­dzię­ko­wa­niach w zu­peł­no­ści wy­star­czyła. Po­ka­zuję ją każ­demu, kto wcho­dzi do księ­garni.

- I do­brze!

Me­ghan wy­szła zza lady.

- Kiedy wyj­dzie film, po­win­ny­śmy znowu zor­ga­ni­zo­wać spo­tka­nie z roz­da­wa­niem au­to­gra­fów.

Bo ow­szem, książka Chloe miała zo­stać ze­kra­ni­zo­wana. Nie dla te­le­wi­zji czy Net­flixa, tylko jako praw­dziwy ki­nowy film. Na wiel­kim ekra­nie. Chloe po raz nie wia­domo który po­czuła się przy­tło­czona wła­snym szczę­ściem i wy­cią­gnęła rękę do Me­ghan, która po­słusz­nie ją uszczyp­nęła.

- Kie­dyś to do cie­bie do­trze.

- Ale nie dziś. To wszystko za­wdzię­czam to­bie. - Uści­skała przy­ja­ciółkę.

- Co ty ple­ciesz? To twój suk­ces. To ty na­pi­sa­łaś mi­ło­sną hi­sto­rię, którą chce prze­czy­tać każda ko­bieta.

- Stwo­rzy­łam bo­ha­tera, o któ­rego ist­nie­niu wszyst­kie ma­rzą.

- Ra­cja. Led­ger Ford jest tak bar­dzo wart wiel­kich unie­sień, że to aż nie­do­rzeczne. Je­śli spo­tkasz jego od­po­wied­nik w praw­dzi­wym ży­ciu, przy­ślij go do mnie.

Serce Chloe zmię­kło. Ni­czego tak nie pra­gnęła, jak znowu zo­ba­czyć ra­do­sny uśmiech na twa­rzy przy­ja­ciółki. Taki szczery.

- Za­ła­twione.

- Chodź, po­dzi­wiaj moje dzieło.

Chloe po­de­szła za Me­ghan do okna wy­sta­wo­wego. Trzy lata temu la­men­to­wały nad bra­kiem bo­ha­te­rów z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Chło­pak, z któ­rym Chloe cho­dziła pra­wie rok, zdra­dził ją i zła­mał jej serce. Evan był ostat­nim z ca­łej se­rii ro­man­tycz­nych roz­cza­ro­wań. Me­ghan na­le­gała, żeby Chloe w końcu prze­lała na pa­pier tę po­wieść, którą od za­wsze pra­gnęła na­pi­sać. Chloe po­czuła na­tchnie­nie - wresz­cie mo­gła sama wy­kre­ować bo­ha­tera we­dług wła­snych wy­tycz­nych. Je­śli ide­alny fa­cet nie ist­niał, mo­gła stwo­rzyć go ze słów! I wła­śnie tak zro­biła.

Epicka hi­sto­ria mi­ło­sna opo­wia­dała o mło­dej wdo­wie, która wraca do swo­jego ro­dzin­nego mia­steczka nad mo­rzem i po­now­nie spo­tyka dawną mi­łość - czło­wieka, który wiele lat wcze­śniej zła­mał jej serce. Z po­mocą agenta Chloe sprze­dała prawa wy­daw­nic­twu Ro­se­wood Press.

Led­ger Ford spodo­bał się czy­tel­nicz­kom ro­man­sów tak bar­dzo, że Chloe na­wet o tym nie śniła. W ciągu kilku mie­sięcy od pre­miery wy­dawca udzie­lił li­cen­cji na jej hi­sto­rię du­żemu pro­du­cen­towi fil­mo­wemu. Czy to coś dziw­nego, że Chloe wciąż mu­siała się szczy­pać?

- Ja­kieś wie­ści z ca­stin­gów? - spy­tała Me­ghan.

Da­isy Hu­ghes miała za­grać rolę Cate - co we­dług Chloe było do­sko­na­łym wy­bo­rem.

- Nic no­wego ostat­nio nie sły­sza­łam. Tak się de­ner­wuję tym, kogo wy­biorą do roli Led­gera. To klu­czowa sprawa, je­śli ta ad­ap­ta­cja ma być udana.

- Na­dal li­czę na Chrisa Evansa.

- Wspo­mnia­łam o nim, ale zo­ba­czymy. Mam na­dzieję, że ak­tor, któ­rego wy­biorą, ma do­brą re­pu­ta­cję.

- Ja­sne, ale ak­tor i po­stać to nie to samo.

- Wiem. Po pro­stu nie chcę, żeby ja­kiś pa­skudny skan­dal spla­mił do­bre imię Led­gera.

- Je­steś kon­sul­tantką pro­du­centa, więc masz coś do po­wie­dze­nia. Ale wiem, ja­kie to jest dla cie­bie ważne. I oso­bi­ste.

To dla­tego, że Led­ger był bo­ha­te­rem serca Chloe. Czło­wie­kiem, któ­rego pra­gnęła spo­tkać gdzieś w praw­dzi­wym ży­ciu. Tym, który ją po­ko­cha, bę­dzie wo­bec niej lo­jalny i jej nie po­rzuci. Była go­towa, a na­wet bar­dzo chętna, to wszystko od­wza­jem­nić.

- Fak­tycz­nie o wszyst­kim mnie in­for­mują i słu­chają, co mam do po­wie­dze­nia, ale to nie jest tak, że mam ostat­nie słowo. - Sta­nęły przy wy­sta­wie. - Skąd masz cały ten pia­sek?

- Z plaży, rzecz ja­sna. To dziwne, że brat ci o tym nie wspo­mniał.

- A co ma do tego Sean?

- Po­pro­si­łam go, żeby po­ży­czył mi pick-upa, a skoń­czyło się na tym, że mi po­mógł. Prze­go­nili nas ja­cyś dzia­ła­cze z ochrony śro­do­wi­ska, ale zdą­ży­li­śmy zwę­dzić dość pia­sku na wy­stawę. Nie­zła za­bawa.

Chloe zmarsz­czyła brwi, wi­dząc uśmie­szek na ustach Me­ghan i błysk w jej oku. Chloe ko­chała brata, na­prawdę. Ale jej przy­ja­ciółka była w bar­dzo trud­nej sy­tu­acji, a Sean miał w so­bie pe­wien urok, który zła­mał już wiele ko­bie­cych serc. Oba­wiała się, że ni­gdy się nie ustat­kuje.

- Czy wia­derka to prze­sada?

- Nie, są su­per. Je­steś bar­dzo kre­atywna. - Chloe za­wie­siła wzrok na okładce ja­kiejś po­wie­ści hi­sto­rycz­nej i się­gnęła po nią. - Wy­gląda cie­ka­wie. Fajne, sto­no­wane ko­lory.

- Ak­cja to­czy się w Chi­cago w la­tach dwu­dzie­stych ubie­głego wieku. Bo­ha­terka to ama­torka cze­ko­lady, która otwiera sklep z cze­ko­lad­kami.

- Będę mo­gła się z nią utoż­sa­mić. - Chloe wci­snęła książkę pod ra­mię i po­de­szły do kasy. - Mu­szę wra­cać do domu i prze­brać się do pracy.

Ra­zem z bra­tem pra­co­wali w re­stau­ra­cji Do­ck­si­ders, na­le­żą­cej do mamy.

Kiedy Me­ghan ka­so­wała książkę, za­dzwo­nił te­le­fon Chloe. Na ekra­nie zo­ba­czyła na­zwi­sko pro­du­centki wy­ko­naw­czej filmu. W ży­łach dziew­czyny od razu za­bu­zo­wała ad­re­na­lina.

- To Si­mone Jack­son.

- No­winki fil­mowe! Od­bierz.

Z ser­cem w gar­dle Chloe prze­su­nęła pal­cem po ekra­nie i przy­wi­tała się z ko­bietą.

- Cześć, Chloe - od­po­wie­działa Si­mone. - Jak się mie­wasz, ko­chana?

- Świet­nie. Do­brze. A co u cie­bie?

Me­ghan stuk­nęła pal­cem w swoją dłoń, bez­gło­śnie mó­wiąc: "Gło­śnik!". Chloe włą­czyła tryb gło­śnego mó­wie­nia i księ­gar­nię wy­peł­nił głos Si­mone.

- Mam dla cie­bie do­sko­nałą wia­do­mość i nie mo­głam cze­kać, mu­sia­łam do cie­bie za­dzwo­nić.

Me­ghan ci­cho kla­snęła w dło­nie.

- A ja nie mogę się do­cze­kać, aż ją usły­szę. Wy­da­jesz mi się pod­eks­cy­to­wana.

- Ty też bę­dziesz. Wiesz, że przez ostat­nie dwa mie­siące pra­co­wa­li­śmy nad ca­stin­giem. Co po­wiesz na to, że Led­gera za­gra nie kto inny, jak... Liam Ha­mil­ton!

Chloe spoj­rzała w roz­sze­rza­jące się oczy Me­ghan. Liam Ha­mil­ton był wiel­kim gwiaz­do­rem. Ale też naj­więk­szym pod­ry­wa­czem, ja­kiego wi­działo Hol­ly­wood. Sławę kilka lat temu przy­nio­sła mu rola w ulu­bio­nej ko­me­dii ro­man­tycz­nej Chloe, w któ­rej grał męż­czy­znę zdra­dza­ją­cego na­rze­czoną z jej druhną. I za­grał tę po­stać cał­kiem prze­ko­nu­jąco!

W praw­dzi­wym ży­ciu był rów­nie nie­wierny i nie­po­korny. To ko­bie­ciarz. Może nie był dia­błem wcie­lo­nym, ale na pewno był anty-Led­ge­rem!

Si­mone się za­śmiała.

- Wi­dzę, że z szoku ode­brało ci mowę.

Chloe za­częła cho­dzić, żeby coś zro­bić z ener­gią, która bu­zo­wała w niej jak prąd elek­tryczny. Mu­siała coś po­wie­dzieć. W imie­niu Led­gera, wszyst­kich jego fa­nek, dla do­bra filmu. Si­mone przy­jęła jej ko­men­ta­rze i uwagi do sce­na­riu­sza. Może to były dro­bia­zgi, ale Chloe była au­torką tej książki! Ona stwo­rzyła Led­gera Forda. Na pewno po­winna mieć coś do po­wie­dze­nia w kwe­stii tego, kto za­gra rolę po­staci, którą nie­któ­rzy fani (i Pu­bli­shers We­ekly) okrzyk­nęli naj­lep­szym książ­ko­wym aman­tem w hi­sto­rii!

Chloe za­trzy­mała się przed Me­ghan. "Po­wiedz coś!" - pod­su­nęła przy­ja­ciółka bez­gło­śnie.

- Chloe? - ode­zwała się Si­mone.

- Ekhm, tak, je­stem tu. I rze­czy­wi­ście je­stem za­sko­czona. Cho­dzi o to, że... - Słowa za­bul­go­tały w niej i wy­ki­piały. - Na­prawdę nie przy­cho­dzi mi do głowy nikt, kto mniej pa­so­wałby do roli Led­gera Forda. To bo­ha­ter w każ­dym sen­sie tego słowa. Jest do­sko­nały. Ma ce­chy, któ­rych w part­ne­rze szuka każda ko­bieta. A Liam Ha­mil­ton...

- Chloe...

- On nie ma żad­nej z tych cech i cho­ciaż wi­dzia­łam go tylko w jed­nym fil­mie, to jego re­pu­ta­cja...

- Liam jest...

- ...mówi sama za sie­bie. A ak­to­rzy na pewno prze­no­szą te ce­chy na plan zdję­ciowy. Po pro­stu nie uwa­żam, że on jest...

- ...tu­taj.

- ...wła­ści­wym wy­bo­rem do tej roli. Prze­pra­szam, co mó­wi­łaś?

- Liam. Jest tu­taj, ze mną. Te­raz. Słu­cha nas.

- Cześć, Chloe - ode­zwał się ni­ski głos z lek­kim na­pię­ciem.

Chloe spoj­rzała na Me­ghan, któ­rej brą­zowe oczy były tak sze­roko otwarte, że w in­nych oko­licz­no­ściach wy­da­łoby się to ko­miczne. Ale nie te­raz.

- Wła­ści­wie to Liam wła­śnie pod­pi­sał kon­trakt! - Głos Si­mone dźwię­czał en­tu­zja­stycz­nie. W słu­chawce coś za­sze­le­ściło i ko­bieta cią­gnęła da­lej, przy­ci­szo­nym to­nem. - Ode­szłam od stołu. To było na­prawdę nie­zręczne.

- Czy on...? - Głos Chloe za­brzmiał pi­skli­wie, więc od­chrząk­nęła i za­py­tała: - Czy on sły­szał wszystko, co po­wie­dzia­łam?

- Tro­chę za późno wy­łą­czy­łam gło­śnik.

Chloe jęk­nęła i oparła głowę na la­dzie.

- O nie. Prze­pra­szam. - A po­tem przy­po­mniała so­bie, co po­wie­działa Si­mone. - Cze­kaj. Pod­pi­sał kon­trakt?

- Umowa za­warta.

Och. Chloe za­kryła dło­nią twarz. Czy jej się to po­do­bało, czy nie, Liam Ha­mil­ton miał za­grać Led­gera. Och, dla­czego nie za­py­tali jej o zda­nie? Roz­ma­wiali o ca­stingu i na­zwi­sko Ha­mil­tona nie po­ja­wiło się ani razu!

- My­śla­łam, że bę­dziesz za­do­wo­lona. Do­wie­dzie­li­śmy się, że Chris Evans nie jest dys­po­zy­cyjny, a Liam jest do­brze znany w stu­diu i do­sko­nale pra­cuje. Wszy­scy tu­taj się cie­szą, że przy­jął tę rolę. Są świa­domi pro­blemu z jego złą prasą, ale będą się przy­glą­dać sy­tu­acji. Fak­tycz­nie, mamy z tym tro­chę pracy. Ale za­ufaj mi, stu­dio so­bie z tym po­ra­dzi, a on przy­cią­gnie wielką pu­blicz­ność. Prze­cież wła­śnie tego chcemy. Wiem, co ro­bię, Chloe. Nie masz się czym mar­twić.

Chloe zi­gno­ro­wała uczu­cie ogrom­nego cię­żaru w żo­łądku. Niech bę­dzie. Klamka za­pa­dła. To była ko­bieta, która od­po­wia­dała za pro­duk­cję jej filmu. Pora być dużą dziew­czynką. Wy­si­liła się na odro­binę en­tu­zja­zmu.

- Na pewno masz ra­cję. Je­steś eks­pertką. A ja tylko pi­sarką.

- Nie­sa­mo­witą pi­sarką. Ale mu­sisz mi za­ufać. Liam bę­dzie do­sko­nały u boku Da­isy. Bę­dzie mię­dzy nimi nie­zła che­mia, zo­ba­czysz. Stu­dio chce, żeby po­stać Led­gera zdo­była taką po­pu­lar­ność jak ty. Ro­zu­mieją, jak ważny jest suk­ces tego filmu, więc zro­bimy wszystko, żeby prze­nieść urok two­ich słów na wielki ekran.

- Oczy­wi­ście. Na pewno wam się uda.

- Wszystko idzie zgod­nie z pla­nem i za­czy­namy zdję­cia w czerwcu. Po­trwają ja­kieś trzy mie­siące. Krę­cimy w Stil­l­wa­ter Bay, tam, gdzie to­czy się ak­cja książki.

- Nie wie­rzę, że to już za kilka mie­sięcy.

- Bę­dzie su­per, zo­ba­czysz. - W słu­chawce roz­legł się sze­lest. - O kur­czę. Mu­szę wra­cać do Liama. Chyba tro­chę go zde­ner­wo­wa­łaś.

Chloe się skrzy­wiła.

- Jesz­cze raz bar­dzo za to prze­pra­szam.

- Ak­to­rzy i te ich de­li­katne ego. Nie przej­muj się. Ugła­skam go.

Chwilę póź­niej Chloe się roz­łą­czyła, a jej ciało zwię­dło jak od­wod­niona be­go­nia w let­nim słońcu.

- To ko­niec. Mój film jest zruj­no­wany.

- Och, skar­bie. Nie za wcze­śnie na ta­kie oceny? Może nie bę­dzie tak źle. W Po­rzu­co­nej był bar­dzo prze­ko­nu­jący.

Chloe po­słała Me­ghan oschłe spoj­rze­nie.

- Jako ko­bie­ciarz.

- No cóż... To prawda.

- Czy­ta­łaś o tym naj­now­szym skan­dalu? Po­dobno zdra­dził Brit­t­ney Bloom z Ka­tie Simp­son. Z nim za­wsze coś.

- Te plotki nie za­wsze są praw­dziwe, wiesz?

- Ha! Może cza­sem tu i tam trafi się ja­kaś plotka, ale eska­pady Liama mają stałą ru­brykę! - Za­kryła twarz. - Na­prawdę, nie mo­gli wy­brać gor­szego ak­tora do tej roli. Co Si­mone so­bie my­ślała?

- Hmmm... Wa­sza re­la­cja nie za­częła się naj­le­piej.

- Dzięki za pod­su­mo­wa­nie.

Me­ghan uśmiech­nęła się li­to­ści­wie i po­kle­pała ją po ręce.

- Bę­dzie do­brze. Spodo­bał ci się ak­tor wy­brany do roli mło­dego Led­gera.

- To prawda. - Duża część hi­sto­rii uka­zy­wała Led­gera i Cate za cza­sów, gdy byli na­sto­lat­kami. - Jest ide­alny do tej roli. A ak­torka gra­jąca młodą Cate to strzał w dzie­siątkę. Ale prze­cież... ja wła­śnie znie­chę­ci­łam ak­tora, który ma grać do­ro­słego Led­gera!

- Kiedy Liam tu przy­je­dzie, prze­ko­nasz go do sie­bie. I kto wie? Może Si­mone ma ra­cję - stwier­dziła. - Może cię za­sko­czy i mimo wszystko udźwi­gnie tę rolę.

Za­no­siło się na wielką ka­ta­strofę. Wszyst­kie jej na­dzieje i ma­rze­nia o tym, że zo­ba­czy, jak Led­ger ożywa na du­żym ekra­nie, zo­stały po­grze­bane przez je­den tra­giczny te­le­fon.

Liam Ha­mil­ton! Okrop­ność!

- Przy­naj­mniej jest przy­stojny - pod­su­nęła po­tul­nie Me­ghan.

Chloe od­po­wie­działa dłu­gim, ża­ło­snym wes­tchnię­ciem.

Rozdział 2

Stil­l­wa­ter Bay nie­źle nada­wało się na miej­sce ucieczki. Liam Ha­mil­ton ścią­gnął da­szek czapki z logo Bra­ve­sów ni­żej nad oku­lary prze­ciw­sło­neczne i wszedł w tłum na głów­nej ulicy. Z jed­nej strony cią­gnęła się pro­me­nada, na któ­rej spa­ce­ro­wi­cze mo­gli po­dzi­wiać za­pie­ra­jący dech wi­dok sma­ga­nej wia­trem plaży. Po dru­giej stro­nie re­stau­ra­cje dum­nie ob­no­siły się wol­nymi miej­scami na pa­tio, a przed skle­pi­kami z mar­ki­zami wy­sta­wiono sto­jaki z ubra­niami. W to sło­neczne nie­dzielne po­po­łu­dnie lu­dzie prze­glą­dali wie­szaki z to­wa­rem na wy­prze­daży.

On jed­nak nie przy­je­chał tu na za­kupy, broń Boże. Był tu­taj, żeby wy­ba­dać miej­sce, w któ­rym miał na­krę­cić swój naj­now­szy film. I ow­szem, chciał też uciec z Hol­ly­wood przed ostat­nim skan­da­lem.

Za­bu­czał jego te­le­fon. Dzwo­nił Spen­cer. Skoro już mowa o ostat­nim skan­dalu, jego me­ne­dżer i za­ra­zem naj­lep­szy przy­ja­ciel przez cały dzień pró­bo­wał się do niego do­dzwo­nić. Liam od­rzu­cił po­łą­cze­nie, scho­wał smart­fon do kie­szeni i ro­zej­rzał się wo­kół.

Mia­steczko miało fajny, wy­lu­zo­wany kli­mat. Cał­ko­wi­cie róż­niło się od ka­li­for­nij­skiego wy­brzeża. Nie było tu tylu zna­nych ma­rek i chu­dych dziew­czyn pra­gną­cych zo­stać ak­tor­kami. Wię­cej co­dzien­nych stro­jów, na­tu­ral­nych twa­rzy i po­łu­dnio­wych uprzej­mo­ści. Liam czuł, że mógłby się do tego przy­zwy­czaić.

Spa­ce­ro­wał pro­me­nadą przez kilka mi­nut, a na­stęp­nie prze­szedł na drugą stronę ulicy i ru­szył po za­tło­czo­nym chod­niku. Te­le­fon znowu za­wi­bro­wał. Spoj­rzał na ekran. Za­stygł, a po­tem wy­szedł z tłumu i scho­wał się w cie­niu mię­dzy bu­ti­kiem i pie­kar­nią.

- Cześć, mamo. Co sły­chać?

- Wszystko po sta­remu. Wła­śnie czy­ta­łam so­bie ga­zetę.

Na pewno prze­glą­dała ogło­sze­nia o nie­ru­cho­mo­ściach taty.

- Je­stem te­raz na Wschod­nim Wy­brzeżu, w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. Pięk­nie tu.

- Sły­szę ocean. Ach, ty to masz ży­cie. A ja my­śla­łam, że bę­dziesz mu­zy­kiem.

Było wcze­sne po­po­łu­dnie, a ona już lekko prze­cią­gała słowa.

- Może kie­dyś za­gram mu­zyka w fil­mie.

Mama za­śmiała się zbyt gło­śno.

- Tak do­brze ci idzie. Gdyby tylko udało się coś zro­bić, żeby te ta­blo­idy prze­stały o to­bie plot­ko­wać.

- Obie­ca­łaś, że prze­sta­niesz je czy­tać.

- Nic ta­kiego nie ro­bi­łam.

Po­my­ślał o ostat­nim skan­dalu i dwu­let­nim zdję­ciu, które mu to­wa­rzy­szyło. Wy­wró­cił oczami.

- Ni­kogo nie zdra­dzi­łem, prze­cież wiesz.

- Oczy­wi­ście, że wiem. A skoro mowa o zdra­dach, masz ja­kieś wie­ści od ojca? - W jej gło­sie po­brzmie­wała na­dzieja i Liam miał ochotę nią po­trzą­snąć... A ojcu po­rząd­nie przy­ło­żyć.

- Ra­czej nie. Jest za­jęty pracą.

Oj­ciec był wzię­tym po­śred­ni­kiem nie­ru­cho­mo­ści w Ri­ver­side w Ka­li­for­nii, ro­dzin­nym mie­ście Liama. Te­raz jego roz­wie­dzeni ro­dzice miesz­kali na jego prze­ciw­le­głych koń­cach.

- Na­dal spo­tyka się z tą rudą?

- Z tego, co wiem, to tak.

Mama wes­tchnęła. Mi­nęło wiele lat, od­kąd oj­ciec po­rzu­cił ją dla blon­dynki o dwa­dzie­ścia lat młod­szej od sie­bie. Od tam­tej pory zmie­niał dziew­czyny jak rę­ka­wiczki. A mama wciąż ro­biła so­bie na­dzieję.

Mu­siała w końcu za­mknąć ten roz­dział i żyć da­lej. Może wtedy prze­sta­łaby pić i zna­la­złaby so­bie in­nego part­nera. Była atrak­cyjną pięć­dzie­się­cio­latką i za­słu­gi­wała na ko­goś lep­szego niż jego oj­ciec - jak każda ko­bieta zresztą.

- Do­brze, nie za­trzy­muję cię już. Od­pocz­nij so­bie i na­ciesz się urlo­pem.

Po­że­gnał się i scho­wał te­le­fon, wzdy­cha­jąc z ulgą, że nie po­pro­siła o pie­nią­dze. Ostat­nio zda­rzało się to co­raz czę­ściej. Za­wsze jej je da­wał. Może nie była Matką Roku, ale za­wsze miał wszystko, czego po­trze­bo­wał. Zno­siła jego prze­cią­ga­jącą się fazę buntu i etap pun­kowca, gdy za­ło­żył ze­spół, z któ­rym ćwi­czył w ga­rażu obok domu. Nie skar­żyła się, kiedy trzy dni po ukoń­cze­niu li­ceum oznaj­mił, że wy­jeż­dża do Hol­ly­wood, żeby zo­stać gwiazdą. (Tak na­prawdę zo­stał kel­ne­rem i ba­ri­stą, a w pew­nym mo­men­cie rów­nież świ­nią tań­czącą na ulicy, by wa­bić klien­tów do knajpy Bar­ny­ard Joe's BBQ).

Na­gle jego wzrok spo­czął na ko­bie­cie sto­ją­cej przy jed­nym ze skle­pów i prze­glą­da­ją­cej wie­szaki na ulicz­nej wy­prze­daży. Jej brą­zowe włosy opa­dły, kiedy schy­liła się, żeby spoj­rzeć na metkę. Gdy od­wie­siła ubra­nie, lśniąca kur­tyna się unio­sła, od­sła­nia­jąc zna­jome sze­ro­kie nie­bie­skie oczy i łu­ko­wate brwi. Miała zbyt sze­ro­kie usta i zbyt kwa­dra­tową twarz, ale ja­kimś cu­dem to po­łą­cze­nie da­wało ładny efekt.

Na­prawdę ładny.

Ze zgro­ma­dzo­nych ostat­nio in­for­ma­cji do­wie­dział się, że Chloe An­der­son była au­torką tylko jed­nej książki, która oka­zała się osza­ła­mia­ją­cym suk­ce­sem. W wy­wia­dach elo­kwent­nie opi­sy­wała pro­ces twór­czy i swoje ży­cie w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej. Była bli­sko zwią­zana z ro­dziną (ro­dzi­cami i bra­tem) i w od­róż­nie­niu od Liama miała nie­ska­zi­tel­nie czy­stą re­pu­ta­cję.

Jej książka też była nie­ska­zi­telna - ow­szem, prze­czy­tał ją, kiedy przy­jął tę rolę - a jed­no­cze­śnie re­ali­styczna i wcią­ga­jąca.

Po kilku ty­go­dniach czy­ta­nia o Chloe An­der­son nie był w sta­nie zna­leźć żad­nego po­wodu, by jej nie lu­bić, i to go iry­to­wało.

Nie po­do­bała mu się jed­nak jej opi­nia na jego te­mat. Spo­sób, w jaki za­re­ago­wała na wie­ści od Si­mone, był uwła­cza­jący, mimo jej uro­czego po­łu­dnio­wego ak­centu.

Chloe prze­glą­dała sto­jak z ja­skra­wymi ha­waj­skimi ko­szu­lami, kiedy za­bu­czał jej te­le­fon. Zer­k­nęła szybko na ekran i po­wi­tała brata.

- Co po­wiesz na jajka na­dzie­wane ostrym so­sem sri­ra­cha? - spy­tał Sean bez wstę­pów.

- Mmm... Mu­szę skosz­to­wać.

- Wła­śnie chło­dzą się w lo­dówce.

- Pra­cu­jesz w nie­dzielę?

- Two­rze­nie no­wych dań to nie praca.

Jej brat, szef kuchni, odzie­dzi­czył po ma­mie wszyst­kie ku­char­skie geny. Pla­no­wali do­dać nową przy­stawkę do let­niego menu. Wci­snęła te­le­fon mię­dzy ra­mię a ucho i unio­sła ko­szulę. Za długa na jej krótki tu­łów.

- Spró­buję ju­tro, jak wpadnę.

- Mo­gła­byś być go­dzinę wcze­śniej, żeby po­móc z przy­go­to­wa­niami? Mamy braki w ob­słu­dze.

Kiedy po­de­szła do ko­lej­nego sto­jaka, jej wzrok spo­czął na męż­czyź­nie sto­ją­cym w wą­skiej alejce mię­dzy skle­pami. Czy to...? Za­mru­gała, wpa­tru­jąc się w niego.

To na pewno Liam Ha­mil­ton.

Miał na so­bie prze­bra­nie za­re­zer­wo­wane do miejsc pu­blicz­nych, czyli czapkę z dasz­kiem i ciemne oku­lary. Przez ostat­nie trzy mie­siące Chloe wi­działa wszyst­kie jego nie­po­zo­wane zdję­cia i czy­tała wszyst­kie spro­śne ar­ty­kuły na jego te­mat. Wszę­dzie roz­po­zna­łaby te do­sko­nałe ostre rysy twa­rzy.

Czy on się na nią ga­pił? Trudno było po­wie­dzieć przez te oku­lary, ale na pewno pa­trzył w jej stronę. Obej­rzała się za sie­bie. Mógł przy­pa­try­wać się ko­mu­kol­wiek, nie­ko­niecz­nie ko­bie­cie, która utarła mu nosa przez te­le­fon.

- Chloe? - ode­zwał się Sean. - Je­steś tam?

Liam ru­szył w jej stronę!

- Mu­szę koń­czyć! - pi­snęła.

Schy­liła się, żeby jej nie zo­ba­czył, i ro­zej­rzała się za kry­jówką. Okrą­gły sto­jak z ubra­niami. Za­nur­ko­wała do środka, stu­ka­jąc wie­sza­kami. Je­den z nich spadł na zie­mię u jej stóp. Do­piero kiedy bez­piecz­nie, choć nie­pew­nie ku­cała na chod­niku, do­tarło do niej, że Liam nie miał po­wodu, by ją roz­po­znać. Żad­nego!

No cóż. Po­sta­no­wiła prze­cze­kać, aż so­bie pój­dzie. Co on w ogóle ro­bił tu­taj tak wcze­śnie? Ak­to­rzy mieli przy­je­chać do­piero w przy­szłym ty­go­dniu na próby. Zdję­cia miały się za­cząć ty­dzień póź­niej. Wtedy bę­dzie mu­siała wi­dy­wać Liama pra­wie co­dzien­nie.

Ubra­nie, które wi­siało przy jej twa­rzy, miało do­szyte pióra. Bar­dzo ła­sko­czące pióra. Po­nie­waż rę­kami pod­pie­rała się o chod­nik, żeby nie upaść, dmuch­nęła, by je od­su­nąć. Jedno z piór wró­ciło mści­wie jak po­cisk sa­mo­na­pro­wa­dza­jący i tra­fiło wprost do jej dziurki w no­sie.

Kich­nęła. A po­tem znowu.

Na chod­niku tuż przed nią po­mię­dzy ubra­niami po­ja­wiła się para kla­pek Bir­ken­stock.

- Cześć, Chloe.

Kurde. Za­mknęła oczy, przez krótką chwilę uda­jąc sama przed sobą, że w ten spo­sób uda jej się znik­nąć. Ale znowu zbie­rało jej się na kich­nię­cie. Cho­lerne pióra! Za­ci­snęła usta i wstrzy­mała od­dech.

- Po­trze­bu­jesz po­mocy?

- Aaa... psik!

- Na zdro­wie.

Wyj­rzała nie­śmiało spo­mię­dzy ubrań i po­wio­dła wzro­kiem w górę, wzdłuż umię­śnio­nych nóg, szor­tów z ni­ską ta­lią i ob­ci­słego T-shirtu aż do twa­rzy męż­czy­zny, z któ­rym miała prze­cież sta­nąć oko w oko do­piero za ty­dzień, je­śli nie dwa.

- O, cześć! Ty je­steś Liam. Ja wła­śnie... - Go­rącz­kowo ob­ma­cała zie­mię i jak ostat­nią de­skę ra­tunku zła­pała ja­kiś za­po­dziany wie­szak. - Upu­ści­łam coś... I wła­śnie to pod­no­si­łam.

Wzięła się w garść i jak gdyby ni­gdy nic wy­szła ze środka sto­jaka na ubra­nia, pro­stu­jąc się do peł­nego me­tra sześć­dzie­się­ciu. Liam był wyż­szy, niż są­dziła - za­pewne dla­tego, że zwy­kle to­wa­rzy­szyły mu ak­torki o po­stu­rze po­są­gów.

- Mam! - Unio­sła ura­to­wany wie­szak. - Przez przy­pa­dek upu­ści­łam moje nowe...

- Sznu­recz­kowe bi­kini?

Oszo­ło­miona spoj­rzała na to, co trzy­mała w dłoni. Ow­szem. Z wie­szaka zwi­sały ja­skra­wo­żółte stringi - wła­ści­wie bar­dziej wstążka niż ubra­nie.

Bez góry do kom­pletu.

- To bę­dziesz no­sić na pla­nie?

W ży­ciu by tego nie za­ło­żyła!

- Po prze­my­śle­niu... - Od­wie­siła ko­stium ką­pie­lowy z po­wro­tem na wie­szak. - To jed­nak nie mój ko­lor.

Na­cią­gnęła pa­sek to­rebki na ra­mię, za­darła pod­bró­dek i sta­rała się wy­glą­dać rześko i spo­koj­nie. Przez te oku­lary trudno było po­wie­dzieć, co Liam so­bie my­ślał, ale jego po­stawa ciała i py­szał­ko­waty uśmie­szek ja­sno wy­ra­żały aro­gan­cję.

- My­śla­łam... Co tu­taj ro­bisz już te­raz?

- Lu­bię przy­jeż­dżać wcze­śniej i zro­bić roz­po­zna­nie te­renu.

Nie wie­działa, co to zna­czy. Ale źle za­częli tę zna­jo­mość - i to już drugi raz. A Chloe kilka ty­go­dni temu do­szła do wnio­sku, że je­śli ist­niała jesz­cze ja­kaś na­dzieja na ura­to­wa­nie tego filmu, to w ca­ło­ści spo­czy­wała w nim.

Może bę­dzie umiał oży­wić Led­gera, je­żeli po­zna go tak do­brze, jak ona. A to bę­dzie moż­liwe tylko, je­śli się do­ga­dają.

Pora prze­łknąć dumę.

- Po­słu­chaj, na­wet się cie­szę, że na cie­bie wpa­dłam.

Po­nad oprawką jego oku­la­rów po­ja­wiła się zmarszczka wy­ra­ża­jąca scep­ty­cyzm. No tak. Na­dal się na nią gnie­wał.

- Chcę cię prze­pro­sić za moją po­chopną re­ak­cję, kiedy Si­mone za­dzwo­niła do mnie kilka mie­sięcy temu. - W jego oku­la­rach od­bi­jała się jej spięta (i wy­krzy­wiona) twarz. Nic nie od­po­wie­dział, dla­tego do­dała: - A więc prze­pra­szam, że zra­ni­łam twoje uczu­cia, czy coś.

Prze­chy­lił głowę na bok i na­stała nie­zręczna ci­sza, która wy­peł­niła całą prze­strzeń mię­dzy nimi. Pu­chła jak pod­mor­ska fala. Na­ra­stała i na­ra­stała...

- Cho­dzi o to, że wi­dzia­łam cię w Po­rzu­co­nej i oczy­wi­ście na­tknę­łam się na ar­ty­kuły o to­bie w ta­blo­idach i... wiem, że nie bez po­wodu na­zywa się je szma­tław­cami, ale no wiesz... Nie ma dymu bez ognia. - Jej ner­wowy śmiech za­wisł w po­wie­trzu mię­dzy nimi, a po­tem upadł i roz­kwa­sił się u jej stóp.

- A więc nie apro­bu­jesz mo­jego stylu ży­cia.

Jego mo­no­tonny głos nie zdra­dzał praw­dzi­wych emo­cji.

- Hmmm... "Nie apro­buję", jak to po­waż­nie brzmi. Ja po pro­stu... - Zmień te­mat! Od­chrząk­nęła. - Po­słu­chaj, chcę tylko wy­ja­śnić, że po­stać, którą grasz, jest naj­waż­niej­sza w ca­łej tej hi­sto­rii. Za­tem moje gra­tu­la­cje! - Znowu ner­wowy śmiech. - Wi­dzisz, cała ta hi­sto­ria opiera się na Led­ge­rze. To dzięki niemu książka zy­skała tylu czy­tel­ni­ków i my­ślę, że mo­głoby ci po­móc... wejść w rolę... gdy­byś ją prze­czy­tał... Bo chyba nie czy­ta­łeś?

- A więc sce­na­riusz też ci się nie po­doba?

Ni­czego nie uła­twiał! Jej po­liczki za­pło­nęły ża­rem.

- Sce­na­riusz jest cu­dow­nie na­pi­sany, ale to tylko dia­logi i su­che wska­zówki. Po­wieść po­zwala ci wejść w głowę bo­ha­te­rów. Po­zna­jesz ich my­śli i uczu­cia i do­piero wtedy ich czyny stają się dla cie­bie ja­sne, wiesz? - Na­wet je­śli te­raz się do tego nie przy­znał, wie­działa, że nie prze­czy­tał jej książki. Mó­wił o tym w Va­nity Fair.

- To brzmi, jak­byś mi dyk­to­wała, jak mam wy­ko­ny­wać swoją pracę.

Po­wstrzy­mała się, żeby nie tup­nąć nogą.

- Ce­lowo za­cho­wu­jesz się jak głu­pek. Nie cho­dzi o twoje umie­jęt­no­ści ak­tor­skie...

- Sama wspo­mnia­łaś o Po­rzu­co­nej.

- Mar­twię się o tę kon­kretną po­stać, a po­nie­waż to ja stwo­rzy­łam Led­gera, znam go le­piej niż kto­kol­wiek inny. Ty grasz go w fil­mie, więc może mógł­byś prze­czy­tać książkę i wszyst­kiego się o nim do­wie­dzieć, po­znać po­wody, dla któ­rych mi­lion czy­tel­ni­czek się w nim za­ko­chało.

Prze­stą­pił z nogi na nogę, a jego twarz po­zo­sta­wała za­gadką. Och, zdej­mij te durne oku­lary!

- A ty? - spy­tał.

- A ja co?

- Też za­ko­cha­łaś się w Led­ge­rze?

Otwo­rzyła usta. I za­raz je za­mknęła. Oso­bi­ste py­ta­nie, co, waż­niaku? Coś jej mó­wiło, że rów­nież pod­chwy­tliwe.

- Ja... Stwo­rzy­łam go z mi­ło­ścią w swoim umy­śle i prze­la­łam na pa­pier z wła­snymi łzami, krwią i po­tem. Zdaję so­bie sprawę, że dla cie­bie to po pro­stu ko­lejna fik­cyjna po­stać, ale dla wielu ko­biet to naj­lep­szy li­te­racki amant i to ważne, że­byś...

- Li­te­racki amant?

Prych­nęła.

- To ter­min ozna­cza­jący...

- Ro­zu­miem jego zna­cze­nie, dzięki. I do­ce­niam to, że film ma go­tową wi­dow­nię w po­staci two­ich czy­tel­ni­ków. Po­sta­ram się ich nie za­wieść. A te­raz nie za­trzy­muję cię już. Wra­caj do... - Zer­k­nął na stringi. - ... za­ku­pów. Do zo­ba­cze­nia na pla­nie.