Miłość bez recepty - Klaudia Leszczyńska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

R.

Uchy­li­łem lekko po­wieki, a do mo­ich oczu przedarły się ja­sne pro­mie­nie sło­neczne. Prze­tar­łem twarz i prze­cią­gle wes­tchną­łem. Bu­dzik jesz­cze nie wył, więc znowu obu­dzi­łem się przed cza­sem. Prze­wró­ci­łem się na drugi bok i po­now­nie za­mkną­łem oczy.

Nie mia­łem naj­mniej­szej ochoty zwle­kać się z wyra.

Czu­łem się chory, kiedy mia­łem iść do pracy. Nie­na­wi­dzi­łem tej ro­boty, by­łem wy­pa­lony za­wo­dowo i wy­ssany z ca­łej po­zy­tyw­nej ener­gii. Przy­tła­czało mnie wszystko - bzdurne prze­pisy, mo­no­to­nia i przede wszyst­kim pa­cjenci. Każdy dzień pracy z ludźmi utwier­dzał mnie w prze­ko­na­niu, żeby za nimi nie prze­pa­dać.

Po­sze­dłem do ła­zienki i wzią­łem szybki prysz­nic. Mia­łem to szczę­ście, że moje włosy ukła­dały się bez względu na to, w ja­kiej po­zy­cji spa­łem, więc ni­gdy nie mu­sia­łem nic z nimi ro­bić. Za­rost był dwu­dniowy, zno­śny, więc po­sta­no­wi­łem, że ogolę się wie­czo­rem, przed wyj­ściem do knajpy.

Całe szczę­ście, że dzi­siaj pią­tek i dwa dni od­pocznę od tego syfu. Zre­lak­suję się z kum­plami przy piwku i o wszyst­kim za­po­mnę, a w po­nie­dzia­łek wrócę z no­wym za­pa­łem do pracy i po­zy­tywną ener­gią.

Par­sk­ną­łem śmie­chem i na­rzu­ci­łem ra­mo­ne­skę na plecy.

Jed­nak za­nim na­stąpi błogi re­laks, mu­szę jesz­cze prze­trwać ten dzień. Nie­stety aku­rat dzi­siaj ma za­cząć pracę nowa sta­żystka. Przy­słali mi ja­kąś siksę le­dwo po stu­diach, nad którą jako kie­row­nik będę mu­siał spra­wo­wać opiekę. Nie mia­łem za­miaru niań­czyć ja­kiejś dziew­czynki, więc od razu wpa­dłem na po­mysł, że zaj­mie się nią jedna z pra­cow­nic, do któ­rej mia­łem naj­więk­sze za­ufa­nie. Nie wy­obra­ża­łem so­bie te­raz stać przy kimś i tłu­ma­czyć mu ob­sługę Kam­so­ftu1. Było dla mnie oczy­wi­ste, że każdy ma prawo się uczyć i na­bie­rać do­świad­cze­nia, jed­nak nie mia­łem ani grama cier­pli­wo­ści, żeby wdra­żać nową osobę w funk­cjo­no­wa­nie ca­łej ap­teki.

Wes­tchną­łem. Za osiem i pół go­dziny będę miał wszystko gdzieś. Obym prze­trwał.

M.

Nie­zno­śny ból brzu­cha obu­dził mnie ze snu. Już od wczo­raj mia­łam obrzy­dli­wie bo­le­sne skur­cze je­lit, które aku­rat nie miały związku z tym, że nie mo­głam nic prze­łknąć od dwóch dni. By­łam po pro­stu kosz­mar­nie ze­stre­so­wana. Dzi­siej­szy dzień był szcze­gólny - mia­łam za­cząć pracę w za­wo­dzie, o któ­rym ma­rzy­łam od dziecka.

Ukoń­czy­łam uni­wer­sy­tet me­dyczny na kie­runku ma­gi­ster far­ma­cji i by­łam pewna, że świat stoi przede mną otwo­rem. Chcia­łam po­ma­gać lu­dziom, być pierw­szą osobą, do któ­rej się uda­dzą, za­nim pójdą do le­ka­rza. By­łam prze­ko­nana, że moje po­rady nie­jed­no­krot­nie spra­wią, że wi­zyta w przy­chodni nie bę­dzie po­trzebna. Pra­gnę­łam do­ra­dzać, uśmie­rzać ból, pro­po­no­wać leki, dzięki któ­rym znikną wszel­kie do­le­gli­wo­ści i inne bo­lączki.

Na bie­żąco śle­dzi­łam no­winki me­dyczne i far­ma­ceu­tyczne. By­łam jedną z naj­lep­szych stu­den­tek na roku, a ty­tuł ma­gi­stra obro­ni­łam z wy­róż­nie­niem. Człon­ko­wie ko­mi­sji kla­skali z za­chwytu po tym, jak bez­błęd­nie i fa­chowo od­po­wie­dzia­łam na py­ta­nia w trak­cie obrony pracy ma­gi­ster­skiej. By­łam nudną ku­jonką za­fa­scy­no­waną far­ma­cją.

Prak­tyki w trak­cie stu­diów ro­bi­łam u prze­cu­dow­nej pani Bar­bary, która na­uczyła mnie pra­wie wszyst­kiego, co jest nie­zbędne w za­wo­dzie far­ma­ceuty. W mię­dzy­cza­sie po­ma­ga­łam jej także jako po­moc ap­teczna. Z bó­lem serca, jak stwier­dziła, mu­siała mi od­mó­wić po prak­ty­kach za­trud­nie­nia na eta­cie, po­nie­waż miała kom­plet pra­cow­ni­ków. Jej ap­teka była mała i przy­tulna, pra­co­wały w niej tylko dwie osoby. Dziel­nie bro­niła się przed sie­ciów­kami, a pa­cjenci cią­gnęli do niej, mó­wiąc, że u pani Basi czują się jak w domu.

By­łam cie­kawa, jak bę­dzie w no­wym miej­scu. Ogrom­nym plu­sem był fakt, że mia­łam pra­co­wać z We­ro­niką - moją zna­jomą ze stu­diów. Po­zna­ły­śmy się, kiedy ona była na ostat­nim roku, a ja na pierw­szym. Ku­po­wa­łam od niej książki i od słowa do słowa za­kum­plo­wa­ły­śmy się. To ona pod­su­nęła moje CV do kadr, dzięki czemu do­sta­łam się na staż.

Wy­szłam z łóżka i prze­cią­gnę­łam się. Było do­piero chwilę po szó­stej, ale wie­dzia­łam, że już nie zmrużę oka. Wy­ko­na­łam po­ranną to­a­letę, zja­dłam owsiankę na śnia­da­nie i za­czę­łam szy­ko­wać się do wyj­ścia. Tram­waj od­jeż­dżał za dzie­sięć mi­nut, sama trasa miała trwać dwa­dzie­ścia, więc po­win­nam być przed cza­sem. Nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na spóź­nie­nie w pierw­szym dniu pracy.

Tram­waj su­nął po to­rach, a jego kle­kot i war­kot dud­niły mi w uszach, do­pro­wa­dza­jąc mnie do szału. Pró­bo­wa­łam od­pły­nąć my­ślami i sku­pić się na mu­zyce do­bie­ga­ją­cej ze słu­cha­wek, jed­nak nie mo­głam. Mimo że ulu­bione utwory za­wsze po­zy­tyw­nie mnie na­stra­jały i mo­bi­li­zo­wały, tym ra­zem stres oka­zał się nie do okieł­zna­nia.

Kiedy sta­nę­łam przed ap­teką, nogi mia­łam jak z waty. Wi­dzia­łam przez szybę ko­bietę w śred­nim wieku, która wła­śnie koń­czyła ob­słu­gi­wać pa­cjenta. Uśmiech­nęła się do niego ser­decz­nie, a on ski­nął głową.

Ru­szy­łam przed sie­bie, a moje wej­ście zo­stało po­prze­dzone gło­śnym pip-pip! Nie spo­dzie­wa­łam się tego dźwięku, więc pod­sko­czy­łam ner­wowo, co nie uszło uwa­dze far­ma­ceutki.

- Dzień do­bry! Prze­klęty czuj­nik, prawda? Też go nie lu­bimy! - za­gad­nęła i mach­nęła ręką. Z jej ust nie zni­kał uśmiech, przez co ze mnie za­czął ulat­niać się cały stres. - W czym mogę pani po­móc?

Po­de­szłam do lady i wzię­łam głę­boki od­dech.

- Dzień do­bry, je­stem nową sta­żystką - po­wie­dzia­łam nie­śmiało, jed­no­cze­śnie przy­glą­da­jąc się mo­jej roz­mów­czyni. Była to ko­bieta w śred­nim wieku, o krót­kich czar­nych wło­sach i brą­zo­wych oczach. No­siła oku­lary. Zlu­stro­wała mnie wzro­kiem od góry do dołu, a po­tem po­now­nie ser­decz­nie się uśmiech­nęła.

- Wi­taj na po­kła­dzie, ko­chana!

Stres, który to­wa­rzy­szył mi, od­kąd się obu­dzi­łam, od­szedł w nie­pa­mięć. Na mo­ich ustach po­ja­wił się de­li­katny uśmiech.

Mi­nę­łam izbę eks­pe­dy­cyjną i ru­szy­łam za ko­bietą.

- Kie­row­nika jesz­cze nie ma, przy­cho­dzi punk­tu­al­nie o ósmej. - Za­trzy­mała się przed jed­nym z po­miesz­czeń i wska­zała na dużą szafę. - Tu­taj mo­żesz się prze­brać, scho­wać buty i kurtkę... A tak w ogóle to je­stem Re­nata - po­wie­działa i wy­cią­gnęła dłoń, którą na­tych­miast uści­snę­łam.

- Mal­wina Kwiat­kow­ska.

- Piękne imię! - od­parła, a po­tem za­częła da­lej opro­wa­dzać mnie po ap­tece. - Pracę za­czy­namy o siód­mej. Przy­cho­dzimy wtedy i wpro­wa­dzamy fak­tury, roz­kła­damy to­war, ro­bimy ewen­tu­alne zwroty do hur­towni i tak da­lej... Otwie­ramy o ósmej, cho­ciaż naj­czę­ściej i tak wcze­śniej wpusz­czamy pa­cjen­tów, bo do­bi­jają się, wi­dząc za­pa­lone świa­tło... - Wes­tchnęła i wy­wró­ciła oczami.

- Przez go­dzinę wy­ra­bia­cie się z tym wszyst­kim? - za­py­ta­łam zszo­ko­wana. Zna­la­zły­śmy się aku­rat w jed­nym z ma­ga­zy­nów, gdzie na pół­kach, się­ga­ją­cych pra­wie do su­fitu, po­usta­wiane były leki. Za­mru­ga­łam. Stu­dia przy­go­to­wały mnie teo­re­tycz­nie, moja wie­dza na te­mat każ­dej sub­stan­cji czyn­nej była dość ob­szerna, jed­nak re­alna praca ni­jak się miała do książ­ko­wych for­mu­łek. U pani Basi w ap­tece było zde­cy­do­wa­nie mniej spe­cy­fi­ków, a tu­taj wy­star­czyło, że spoj­rza­łam na jedną z pó­łek, a już zo­rien­to­wa­łam się, że nie­które na­zwy wi­dzę po raz pierw­szy.

Tym­cza­sem do­biegł mnie głos Re­naty:

- Nie ma szans, zwłasz­cza że cza­sami to­war przy­jeż­dża po ósmej, więc i tak wpro­wa­dzamy go w prze­rwach mię­dzy ob­słu­gi­wa­niem pa­cjen­tów. O, a tu reszta la­sek!

Z ostat­niego po­miesz­cze­nia wy­ło­niły się dwie dziew­czyny. Jedna trzy­mała w dło­niach cztery opa­ko­wa­nia leku prze­ciw­bó­lo­wego. Miała dłu­gie brą­zowe włosy i była bar­dzo wy­soka. Mo­gła być nie­wiele star­sza ode mnie.

- Hej, je­stem Ka­sia.

Zza jej ple­ców wy­ło­niła się We­ro­nika, moja ko­le­żanka ze stu­diów. We­rka sta­no­wiła prze­ci­wień­stwo Kasi - była niż­sza i bar­dziej krą­gła, a jej włosy miały ko­lor lnu.

- Hej, a ja Mal­wina.

- Cho­lera, już ósma? - mruk­nęła mi na przy­wi­ta­nie. - Mia­łam wyjść po cie­bie, ale się za­grze­ba­łam! Zje­chały do nas pa­kiety, nie ma gdzie palca wci­snąć.

Rze­czy­wi­ście. To małe po­miesz­cze­nie pod su­fit za­wa­lone było skrzyn­kami peł­nymi le­ków, a także pu­stymi kar­to­nami. We­ro­nika prze­kła­dała wła­śnie stos pa­pie­rów, za­pewne fak­tur, i wy­glą­dała na na­prawdę wku­rzoną.

- Dzień w dzień to samo - burk­nęła. - Za­ma­wiają nam góry to­waru, a te­raz do­dat­kowo za­częło się za­to­wa­ro­wa­nie pod se­zon zi­mowy. Zje­chało tego tyle, jakby miał być ko­niec świata.

- Dzień do­bry - usły­sza­ły­śmy ni­ski, głę­boki głos i od­wró­ci­ły­śmy się jak na ko­mendę. Do ap­teki wszedł wy­soki, do­brze zbu­do­wany bru­net. Miał na so­bie ra­mo­ne­skę, a w pra­wej dłoni trzy­mał biały ki­tel.

- Dzień do­bry, pa­nie Ro­ber­cie - za­śpie­wały dziew­czyny chó­rem. Nie zdą­ży­łam mu się le­piej przyj­rzeć, bo od razu znik­nął w swoim biu­rze, nie za­szczy­ca­jąc nas choćby spoj­rze­niem.

- To Ro­bert Ba­dow­ski, nasz kie­row­nik - szep­nęła po­sęp­nie We­ro­nika. - Mu­sisz na niego uwa­żać. Zresztą za­raz rzucę cię mu na po­żar­cie, bo mu­sisz się przed­sta­wić. Idź się prze­brać.

Po­pchnęła mnie w stronę szafy i po­dała wie­szak. Za­czę­łam po­spiesz­nie ścią­gać kurtkę i za­kła­dać na sie­bie biały far­tuch i laczki.

- Czemu mam uwa­żać? - wy­szep­ta­łam pół­gęb­kiem, ze­zu­jąc w stronę drzwi jego ga­bi­netu.

We­ro­nika wes­tchnęła.

- To gbur. I po­trafi być bar­dzo nie­przy­jemny - mruk­nęła. - Ale nie bój się, wszystko ci po­każę, wpro­wa­dzę cię jak naj­szyb­ciej, że­byś zbyt­nio od nas nie od­sta­wała. Nie bę­dzie się miał do czego przy­cze­pić, prawda? - Wy­glą­dała, jakby chciała prze­ko­nać samą sie­bie. - Już, go­towa?

Przej­rza­łam się w lu­strze wi­szą­cym obok szafy. Za­pię­łam far­tuch i prze­cze­sa­łam pal­cami dłu­gie blond włosy.

- Cie­kawe, czy nie przy­czepi się do roz­pusz­czo­nych wło­sów... - do­biegł mnie głos We­ro­niki. - To taki typ, że szuka dziury w ca­łym. No nic, ja­koś to bę­dzie.

I pchnęła mnie do przodu. Mi­nę­ły­śmy Re­natę, która po­ka­zała mi za­ci­śnięte pię­ści i wy­szep­tała:

- Trzy­mam kciuki.

Czu­łam, że nogi mam jak z waty. Mia­łam po­pro­sić We­rkę o chwilę na zła­pa­nie od­de­chu, jed­nak ona już pu­kała do drzwi. Usły­sza­ły­śmy krót­kie "pro­szę" i we­szły­śmy do środka.

W po­miesz­cze­niu znaj­do­wała się wielka szafa i re­gały na do­ku­menty, od góry do dołu za­wa­lone far­ma­ko­pe­ami2 i se­gre­ga­to­rami z naj­róż­niej­szymi pa­pie­rami. Nie chcia­łam się tak bez­czel­nie roz­glą­dać, więc sku­pi­łam się na swoim prze­ło­żo­nym.

- To na­sza nowa sta­żystka, Mal­wina.

Po­czu­łam ciarki na ca­łym ciele, kiedy kie­row­nik ob­jął mnie wzro­kiem. Miał przy­stojną, ale po­sępną twarz, wy­glą­dał, jakby był znu­dzony i zmę­czony jed­no­cze­śnie. Jed­nak jego oczy błysz­czały, z da­leka zda­wały się mieć barwę nieba - jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam ta­kiego błę­kitu. Prze­łknę­łam gło­śno ślinę i za­wie­si­łam wzrok na jego umię­śnio­nym ra­mie­niu prze­bi­ja­ją­cym się przez sztywny ma­te­riał far­tu­cha.

- Zo­staw nas na chwilę sa­mych - mruk­nął do We­ro­niki.

Za­drża­łam, tym­cza­sem We­rka ści­snęła mi przy­ja­ciel­sko rękę, chcąc do­dać otu­chy.

Drzwi za­mknęły się z ci­chym pstryk­nię­ciem, a ja pró­bo­wa­łam przy­wo­łać się do po­rządku.

By­łam prze­ra­żona.

Męż­czy­zna nie spusz­czał ze mnie wzroku. Nie mo­głam wy­czy­tać nic kon­kret­nego z jego spoj­rze­nia, ale z pew­no­ścią był mną za­in­try­go­wany.

- Ukoń­czy­łaś uni­wer­sy­tet me­dyczny, prawda? - ode­zwał się w końcu. Miał głę­boki, nieco szorstki głos, od któ­rego do­sta­łam cia­rek. - Nie wo­la­łaś iść na me­dy­cynę albo sto­ma­to­lo­gię? Gdy­bym mógł znowu wy­bie­rać, to na pewno nie po­szedł­bym na far­ma­cję.

Za­bra­kło mi ję­zyka w ustach, nie wie­dzia­łam, co mam mu od­po­wie­dzieć.

- Nie­ba­wem się prze­ko­nasz, że to bar­dzo nie­wdzięczny za­wód... - kon­ty­nu­ował po­nuro. - A to wszystko, co so­bie wy­obra­ża­łaś o nie­sie­niu po­mocy lu­dziom, ni­jak się ma do rze­czy­wi­sto­ści. Je­ste­śmy sprze­daw­cami, z tą róż­nicą, że sprze­da­jemy leki i su­ple­menty za­miast mięsa i chleba.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, jed­nak wo­la­łam się nie na­ra­żać w pierw­szym dniu pracy. Nie wie­dzia­łam, co mą­drego mo­gła­bym od­po­wie­dzieć na jego wy­wód.

Sta­ra­łam się nie przy­glą­dać Ro­ber­towi, jed­nak przy­cią­gał mój wzrok. Mógł być po trzy­dzie­stce, a na­wet star­szy. Miał ostre rysy, kwa­dra­tową szczękę i nie­sa­mo­wi­cie błę­kitne oczy. Jego brą­zowe włosy cu­dow­nie współ­grały ze śniadą kar­na­cją.

Był cho­ler­nie przy­stojny. Chyba jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam tak po­cią­ga­ją­cego fa­ceta.

- Bę­dziesz uże­rać się z nie­wdzięcz­nymi pa­cjen­tami, któ­rzy wolą wy­żyć się w ap­tece niż u le­ka­rza, u któ­rego byli chwilę wcze­śniej i sie­dzieli po­tulni jak ba­ranki. Bę­dziesz ska­zana na wy­zwi­ska, oszczer­stwa, obe­lgi, ma­ru­dze­nie...

- Chyba so­bie po­ra­dzę... - W końcu zdo­ła­łam wy­do­być z sie­bie głos.

Nie mo­głam po­jąć, jak taki przy­stoj­niak może być ta­kim zrzędą. Nie pa­so­wało to do niego. Wy­glą­dał, jakby był tu­taj za karę.

Par­sk­nął krót­kim, ostrym śmie­chem, a jego wy­raz twa­rzy zmie­nił się na jesz­cze bar­dziej zło­wrogi.

- Za­py­taj dziew­czyn. Wszy­scy je­ste­śmy wy­pa­leni za­wo­dowo. Czy pra­cu­jemy rok, czy dwa­dzie­ścia lat - mruk­nął. - Nie licz na to, że bę­dziesz tu­taj zba­wiać świat. Ten za­wód ma wię­cej cieni niż bla­sków.

- Chcia­ła­bym sama się o tym prze­ko­nać.

Wpa­try­wał się we mnie in­ten­syw­nie, aż zro­biło mi się go­rąco. Mia­łam wra­że­nie, że jego wzrok prze­pala mnie na wy­lot.

- By­łem tak samo na­iwny jak ty... - Uśmiech­nął się kpiąco. Chwy­cił od nie­chce­nia plik re­cept le­żą­cych na biurku i za­czął je prze­glą­dać. - Ale mniej­sza o to. Co ro­bi­łaś na prak­ty­kach? - za­py­tał na­gle.

Wie­dzia­łam, że te­raz jest mój mo­ment, żeby przed­sta­wić się w jak naj­lep­szym świe­tle. Ner­wowo po­pra­wi­łam włosy i za­czę­łam pa­plać jak na­jęta.

- Wpro­wa­dza­łam fak­tury i ko­rekty, spraw­dza­łam zgod­ność za­mó­wie­nia z fak­turą, wy­ko­ny­wa­łam leki re­cep­tu­rowe, a na­wet ob­słu­gi­wa­łam pa­cjen­tów przy pierw­szym stole - od­par­łam ży­wio­łowo na jed­nym od­de­chu. Tak na­prawdę ro­bi­łam wszystko, bo bar­dzo gar­nę­łam się do pracy.

- Okej - mruk­nął bez en­tu­zja­zmu.

Tylko tyle?

- Chcia­ła­bym jesz­cze do­dać, że sta­ram się być na bie­żąco z wszel­kimi prze­pi­sami i no­win­kami far­ma­ceu­tycz­nymi... - Pró­bo­wa­łam ja­koś ura­to­wać sy­tu­ację, jed­nak on prze­rwał mi w pół zda­nia.

- Faj­nie - po­wie­dział oschle, a mi zro­biło się cho­ler­nie przy­kro. Moje osią­gnię­cia i za­pał nie zro­biły na nim żad­nego wra­że­nia. - Ofi­cjal­nie je­steś pod moją opieką na stażu, ale wpro­wa­dzi cię Re­nata, bo mam do niej naj­więk­sze za­ufa­nie. Jest tech­ni­kiem far­ma­ceu­tycz­nym, pra­cuje tu naj­dłu­żej i śmiem po­ku­sić się o stwier­dze­nie, że jest naj­mą­drzej­sza z nas wszyst­kich... - Wes­tchnął. - Kiedy bez­względ­nie bę­dzie po­trzebny ma­gi­ster, będę się po­ja­wiał i ogar­niał sy­tu­ację.

Wpa­try­wał się we mnie tak in­ten­syw­nie, że aż po­czu­łam dresz­cze na ple­cach. Nie wie­dzia­łam, czy jego ostat­nie słowa miały ozna­czać ko­niec tej po­ga­wędki, czy jesz­cze cze­goś ode mnie chciał, za­tem chrząk­nę­łam ner­wowo.

- Ile masz lat? - za­py­tał, już o wiele ci­szej. Oparł po­li­czek na za­ci­śnię­tej dłoni i nie prze­sta­wał świ­dro­wać mnie wzro­kiem.

Za­mru­ga­łam zdez­o­rien­to­wana i, o zgrozo, za­pło­nę­łam ru­mień­cem. Co to w ogóle za py­ta­nie? Zu­peł­nie nie­zwią­zane z pracą, którą mia­łam wy­ko­ny­wać na sta­no­wi­sku sta­żystki.

- Nie­długo skoń­czę dwa­dzie­ścia sześć... - od­par­łam.

Po­krę­cił no­sem, jak­bym po­wie­działa coś, co spra­wiło mu za­wód. Czyż­bym i tym go roz­cza­ro­wała? Nie po­tra­fi­łam roz­gryźć tego fa­ceta - w jed­nej chwili był gbu­ro­waty, za chwilę przy­pa­try­wał mi się ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem, a po mi­nu­cie sta­wał się oschły i nie­miły.

Sta­łam jak słup i ma­rzy­łam o tym, żeby jak naj­szyb­ciej mnie od­pra­wił. Chyba umiał czy­tać w mo­ich my­ślach, bo usły­sza­łam jego głos:

- Mo­żesz już iść, Re­nata po­każe ci, co i jak.

Wy­strze­li­łam z jego biura jak z procy i ode­tchnę­łam głę­boko. Aż szu­miało mi w uszach, mu­sia­łam się wy­ci­szyć. Po tej roz­mo­wie by­łam pewna jed­nego - to bę­dzie bar­dzo trudny staż.

- I jak tam? - We­ro­nika po­słała mi pełne na­dziei spoj­rze­nie.

Wes­tchnę­łam prze­cią­gle i za­mknę­łam oczy.

- Po jego gadce ode­chciało mi się tej ro­boty na na­stępne sto lat - od­po­wie­dzia­łam po­sęp­nie. - To już strip­ti­zerka bar­dziej po­maga lu­dziom niż my!

- W su­mie... - We­ro­nika po­dra­pała się po bro­dzie i udała za­my­śloną. - Jakby na to spoj­rzeć...

- Bła­gam, nie do­bi­jaj mnie! - prze­rwa­łam jej, ale kiedy spo­strze­głam, że się uśmie­cha, sama par­sk­nę­łam i znacz­nie się roz­luź­ni­łam. - Ja­koś to bę­dzie, cho­ciaż czuję, że nie po­lu­bi­li­śmy się z pa­nem kie­row­ni­kiem.

- On ni­kogo nie lubi. - We­rka wzru­szyła ra­mio­nami. - Tylko sie­dzi w biu­rze, a jak wy­cho­dzi, to po to, żeby się do cze­goś lub ko­goś przy­cze­pić. Przy­wyk­niesz! A te­raz chodź, mu­sisz ogar­nąć, co gdzie leży.

Po­cią­gnęła mnie za ra­mię w stronę izby eks­pe­dy­cyj­nej.

Roz­dział 2

R.

Dwa­dzie­ścia sześć lat. Mło­dziutka, świeżo po stu­diach.

Mu­sia­łem przy­znać w du­chu, że ład­nie się ru­mie­niła. Kiedy była za­kło­po­tana, wy­glą­dała tak słodko, że chcia­łem zli­zać pur­purę z jej po­licz­ków.

A ten pie­przony far­tu­szek ide­al­nie ją opi­nał. Nie mo­gła do­piąć zamka na klatce pier­sio­wej, za­tem po­zo­sta­wiła dość głę­boki de­kolt. Resztka sa­mo­dy­scy­pliny nie po­zwo­liła mi ga­pić się bez­wstyd­nie na jej piersi. Nie miała or­dy­nar­nej, wy­de­kol­to­wa­nej bluzki, jed­nak to mi nie prze­szka­dzało. Moja wy­obraź­nia była już wy­star­cza­jąco po­bu­dzona.

Obu­dził się we mnie ja­kiś dziki zwierz, który do tej pory spał twar­dym snem zi­mo­wym.

Co mi od­je­bało?

Po­tar­łem twarz i po­dra­pa­łem się po gło­wie. Cze­kały na mnie re­cepty do spraw­dze­nia. W ciągu ty­go­dnia jesz­cze nie było tak źle, ale po week­en­dzie... Week­end zde­cy­do­wa­nie na­le­żał do nie­wy­ro­bio­nych eme­ry­tów, któ­rzy po­ja­wiali się w so­boty, żeby zre­ali­zo­wać re­cepty sprzed mie­siąca. By­łem w sta­nie zro­zu­mieć za­pra­co­wane osoby, które miały czas wpaść do ap­teki tylko wie­czo­rem albo w week­end, żeby wy­ku­pić leki. Ale tych sta­rusz­ków? Sie­dzą ca­łymi dniami w domu, łażą po skle­pach albo do ko­ścioła, a do ap­teki przy­cho­dzą na ostat­nią chwilę albo wtedy, kiedy jest tłum.

Jak so­bie po­my­śla­łem, że te­raz po so­bo­cie czeka mnie stos re­cept i wnio­sków do ogar­nię­cia, to mo­men­tal­nie po­czu­łem się wner­wiony.

Już wi­dzia­łem te tony ko­dów, mi­ni­mum po cztery na osobę, na każ­dym pięć le­ków po kilka opa­ko­wań... I do­dat­kowo starsi do­ku­po­wali kilka su­ple­men­tów na wszel­kie do­le­gli­wo­ści. Wy­star­czyło mniej i zdro­wiej żreć, a nie trzeba by było ku­po­wać ko­lej­nej bzdury na tra­wie­nie i od­chu­dza­nie. A oni brali wszystko jak leci. Na złą po­godę, na wi­rusa, na ból mię­śni, naj­tań­szy ma­gnez, sól fi­lo­zo­ficzna (uwiel­biali prze­krę­cać tę na­zwę!), maść na ból dupy...

Otwo­rzy­łem pierw­szą z brzegu re­ceptę. Osiem opa­ko­wań leku prze­ciw­cu­krzy­co­wego, daw­ko­wa­nie pra­wi­dłowe, jedno­ra­zowo wy­dano lek na pół roku sto­so­wa­nia... Na­stępna w ko­lejce in­su­lina, jed­nostki wy­pi­sane jak trzeba, czę­sto­tli­wość jest, czyli wszystko w po­rządku... Po­tem lek wziewny i oczy­wi­ście tu­taj po­ja­wił się pro­blem, po­nie­waż daw­ko­wa­nie wy­pi­sane przez le­ka­rza było prze­kro­czone i unie­moż­li­wiało wy­da­nie ilo­ści leku, którą za­pi­sał. Ale opa­ko­wa­nie za­wie­rało dwie­ście da­wek leku, a pa­cjent w ciągu pół roku zu­żyje ich sto osiem­dzie­siąt. Ale prze­cież, na chuja, nikt nie wyj­mie tych dwu­dzie­stu da­wek i nie od­li­czy ich pa­cjen­towi, i nie odłoży na półkę, bo się nie na­leżą!

I tak w koło Ma­cieju, aż do po­rzy­ga­nia. Mia­łem tego do­syć.

Spoj­rza­łem w bok na ka­merę, która po­ka­zy­wała izbę eks­pe­dy­cyjną. Nowa sta­żystka stała przy półce z ma­gne­zami i roz­ma­wiała o czymś z We­ro­niką. Od razu się zo­rien­to­wa­łem, że mu­siały się znać wcze­śniej. We­ro­nika la­tała jak z pę­che­rzem z CV i po­da­niem ja­kiejś swo­jej kum­pelki i jak wi­dać, jej wy­siłki się opła­ciły. Mę­czyła ka­dry dwa razy w ty­go­dniu. CV tak się spodo­bało (a może zdję­cie tej no­wej, kto wie), że szef ją za­trud­nił. Ale te­raz to ja będę mu­siał się z nią uże­rać.

Zmru­ży­łem oczy. Coś w tej dziew­czy­nie przy­ku­wało mój wzrok, ale nie wie­dzia­łem co.

Prych­ną­łem pod no­sem i wró­ci­łem do spraw­dza­nia re­cept.

I ko­lejny kwia­tek! Lek na­ser­cowy w ta­blet­kach, daw­ko­wa­nie do­po­chwowo dwa razy dzien­nie! I to jesz­cze dla fa­ceta! No ­za­je­bi­ście! Jak do­brze, że lek jest peł­no­płatny, bo ina­czej trzeba by było dzwo­nić do le­ka­rza i stę­kać, żeby po­pra­wił re­ceptę.

- Co to za ba­dzie­wie... - mruk­ną­łem sam do sie­bie.

Na­zwa leku lub su­ple­mentu kom­plet­nie nic mi nie mó­wiła. Ale wy­star­czyło za­py­tać wujka Go­ogle, który od razu mi pod­po­wie­dział, że to cu­downy pre­pa­rat wi­ta­mi­nowy za po­nad stówę. I na do­da­tek prze­pi­sany przez le­ka­rza, obłęd. A pa­cjent, chcący za­dbać o swoje zdro­wie, pój­dzie i kupi to gówno... Ko­lejna śmieszna re­cepta na lek psy­cho­tro­powy, dwa­na­ście opa­ko­wań, daw­ko­wa­nie wy­pi­sane na wy­rost, bo nikt nie żre tylu ta­ble­tek, ale aku­rat na­zwi­sko pa­cjenta było mi znane. Po­jawi się z na­stępną re­ceptą za nie­całe dwa mie­siące. Zu­żyje leki, które star­czy­łyby nor­mal­nej oso­bie na rok, a on je ze­żre przez pół­tora mie­siąca. Uza­leż­niony od psy­cho­tro­pów czter­dzie­sto­letni męż­czy­zna do tej pory miesz­ka­jący z ma­mu­sią. Zresztą, jego matka była uza­leż­niona od tra­ma­dolu. Po­pie­przona ro­dzinka.

Wes­tchną­łem i ob­ró­ci­łem głowę w bok. Mój wzrok sam ucie­kał w kie­runku ka­mery, która wska­zy­wała Mal­winę sto­jącą ra­zem z Re­natą przy jed­nym ze sta­no­wisk. Dziew­czyna ­od­rzu­cała wła­śnie włosy do tyłu, żeby jej nie prze­szka­dzały, kiedy bę­dzie na­chy­lać się do mo­ni­tora.

Chrząk­ną­łem. Chcia­łem z bli­ska zo­ba­czyć jej de­li­katne piegi na no­sie...

Nie, na­prawdę mnie po­grzało. Co się ze mną dzieje? Moje ciało samo pod­nio­sło się z krze­sła, jed­nak w tym mo­men­cie mój mózg za­czął od­bie­rać resztę bodź­ców i współ­pra­co­wać. Co ja wy­pra­wiam?

Prze­cież rzadko wy­nu­rza­łem się z biura, chyba że była taka ko­niecz­ność. A do tych ko­niecz­no­ści na­le­żała po­moc przy re­ali­za­cji re­cepty lub wnio­sku, je­żeli dziew­czyny so­bie aku­rat nie ra­dziły, wy­da­nie le­ków z wy­kazu A3 albo nar­ko­ty­ków, je­śli aku­rat żadna z ma­gi­ste­rek nie była pod ręką, albo roz­pra­co­wa­nie trud­nego pa­cjenta.

Trudny pa­cjent... te­mat rzeka! Było kilka ro­dza­jów: ma­ruda, cwa­nia­czek, wkur­wia­jący i agre­sywny. Tych ostat­nich lu­bi­łem naj­bar­dziej. Wy­star­czyło, że wy­sze­dłem z biura, a taki choj­rak na­tych­miast tra­cił od­wagę. Ła­two było drzeć się na ko­bietę i ma­chać ła­pami w jej stronę, zaś kiedy na ho­ry­zon­cie po­ja­wiał się fa­cet, to na­tych­miast mię­kły im ko­lana. Uwiel­bia­łem ten mo­ment, kiedy za­da­wa­łem py­ta­nie: "Może za­ła­twi pan to ze mną?", a ów piz­duś szu­kał ję­zyka w gę­bie i tra­cił na wzro­ście kilka cen­ty­me­trów.

Te­raz chcia­łem wyjść do izby eks­pe­dy­cyj­nej, ale za cho­lerę nie mo­głem zna­leźć po­wodu. Dziew­czyny za­pewne do­sta­łyby za­wału, gdy­bym sta­nął obok i ni stąd, ni zo­wąd za­czął z nimi ga­wę­dzić. W naj­lep­szym przy­padku we­zwa­łyby eg­zor­cy­stę. By­wały dni, że nie wy­nu­rza­łem nosa z biura, tylko twardo w nim tkwi­łem od ósmej do szes­na­stej.

Ża­ło­wa­łem, że prze­ka­za­łem Mal­winę pod opiekę Re­naty, mo­głem sam się nią za­jąć...

Za­jąć, o tak. To bar­dzo trafne słowo.

Dla­czego ża­ło­wa­łem? Po­zby­łem się prze­cież do­dat­ko­wej ro­boty. Żadna świe­żynka nie mu­siała mi zaj­mo­wać czasu i za­przą­tać głowy.

Drzwi za­skrzy­piały, jak tylko je otwo­rzy­łem. Uj­rza­łem zszo­ko­wane spoj­rze­nia dziew­czyn, zaś Mal­wina wpa­try­wała się we mnie wy­raź­nie prze­stra­szona. Lu­stro­wa­łem jej syl­wetkę i o se­kundę za długo za­wie­si­łem wzrok na jej ustach. Mo­men­tal­nie przy­wo­ła­łem się do po­rządku.

- Mal­wina, przyjdź jesz­cze do mo­jego biura - mruk­ną­łem, jak za­wsze chłodno i nie­przy­jem­nie. Od razu się od­wró­ci­łem i wró­ci­łem do sie­bie, żeby dać so­bie kilka chwil na ochło­nię­cie i przy­wo­ła­nie się do po­rządku.

Nowa sta­żystka sta­nęła w mo­ich drzwiach po kilku se­kun­dach. Wy­glą­dała na prze­jętą i wpa­try­wała się we mnie z lekką nie­pew­no­ścią, ale i de­li­kat­nym uśmie­chem. Jej po­liczki były po­kryte ru­mień­cami i znowu zbyt długo za­wie­si­łem na nich wzrok. Coś mi drgnęło w klatce pier­sio­wej.

- Słu­chaj, chciał­bym, że­byś uprząt­nęła ma­ga­zyn. - Z jej ust na­tych­miast znik­nął uśmiech, a ja zdu­si­łem chęć wal­nię­cia się w łeb. Nie­stety tylko to przy­szło mi na szybko do głowy. Chrząk­ną­łem i po chwili kon­ty­nu­owa­łem twardo: - Jest tam straszny nie­po­rzą­dek, leki nie są uło­żone al­fa­be­tycz­nie, su­ple­menty trzeba bę­dzie prze­nieść na inną półkę, a kurz był tam ście­rany chyba kilka lat temu.

- O-oczy­wi­ście.

W jej oczach błysz­czał za­wód i roz­cza­ro­wa­nie. Była am­bitna, chciała się roz­wi­jać, tym­cza­sem ja od­de­le­go­wa­łem ją do sprzą­ta­nia.

Za­pa­dła mię­dzy nami nie­zręczna ci­sza. Mal­wina wpa­try­wała się przed sie­bie i nie ura­czyła mnie na­wet spoj­rze­niem, tym­cza­sem ja wy­ko­rzy­sta­łem tę chwilę, żeby na­sy­cić oczy jej wi­do­kiem.

Czu­łem się jak na­sto­la­tek, który gapi się na pla­kat ulu­bio­nej mo­delki lub ak­torki. Dziwny, nie­zro­zu­miały za­chwyt nad tą dziew­czyną pró­bo­wał się prze­bić przez twardą sko­rupę mo­jego serca. Była śliczna i in­try­gu­jąca, dziew­częca i ko­bieca za­ra­zem...

- Za­tem za­bie­ram się do pracy - usły­sza­łem jej wy­peł­niony przy­gnę­bie­niem głos i wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści. Od­wró­ciła się i wy­szła z mo­jego biura, a drzwi za­mknęły się za nią z ci­chym trza­skiem.

M.

Ma­ga­zyn... Trzy wiel­kie po­miesz­cze­nia, od góry do dołu za­wa­lone kar­to­nami, le­kami, su­ple­men­tami, pie­lu­chami i pod­kła­dami na wnio­sek. Wy­so­kie re­gały i półki aż do su­fitu, leki po­upy­chane je­den na dru­gim...

Chciało mi się po pro­stu wyć z roz­pa­czy. Na pół­kach pa­no­wał to­talny chaos, nic nie było uło­żone al­fa­be­tycz­nie, tylko we­dług czy­je­goś wi­dzi­mi­się, a jak we­szłam na krze­sełko, by zer­k­nąć na samą górę, uj­rza­łam kłęby ku­rzu nie­ście­ra­nego chyba od stu lat.

Cóż, pan kie­row­nik nie­źle mnie urzą­dził. Chcia­łam mu za­im­po­no­wać swoim za­an­ga­żo­wa­niem, na­uką do­dat­ko­wych rze­czy, sta­ran­no­ścią, su­mien­no­ścią i od­da­niem, więc w na­grodę we­tknął mnie na sam tył ap­teki, unie­moż­li­wia­jąc ob­sługę pa­cjen­tów i chęć dal­szego roz­woju. W za­mian za by­cie am­bitną mia­łam nie być do­pusz­czona do eks­pe­dy­cji, tylko sprzą­tać ten syf.

We­szłam na dra­binkę i wzię­łam szmatkę do ręki. Spry­ska­łam po­wierzch­nię pły­nem do szyb i pró­bo­wa­łam ze­trzeć war­stwę ku­rzu, ale tylko ją roz­ma­za­łam, ro­biąc obrzy­dliwe smugi. Za­mknę­łam oczy i wark­nę­łam pod no­sem ze zło­ści.

- Słońce, jak się trzy­masz?

We­ro­nika stała w drzwiach i wpa­try­wała się we mnie z na­pię­ciem. Od­wró­ciła się i wyj­rzała na ko­ry­tarz, żeby zo­ba­czyć, czy nikt nie pod­słu­chuje, a po­tem z po­wro­tem prze­nio­sła na mnie wzrok.

- Nie­źle cię za­ła­twił... - wy­szep­tała ci­cho. - Nie są­dzi­łam, że za­goni cię do sprzą­ta­nia w pierw­szy dzień pracy.

- To sprzą­ta­nie zaj­mie mi z ty­dzień! - syk­nę­łam w jej stronę, wcale nie si­ląc się na by­cie ci­cho. Łzy zbie­rały mi się pod po­wie­kami, czu­łam się na­prawdę upo­ko­rzona. - On to zro­bił spe­cjal­nie! Wi­dział, jak mi za­leży na pracy i roz­woju, więc we­pchnął mnie na tyły, że­bym sprzą­tała ma­ga­zyn!

Dy­sza­łam ze zło­ści i żalu, a łzy pod po­wie­kami nie uła­twiały mi wy­ci­sze­nia się. By­łam roz­go­ry­czona. Nie uwa­ża­łam sprzą­ta­nia za uwła­cza­jącą czyn­ność, nie, ab­so­lut­nie nic nie mia­łam do sprzą­ta­nia! Jed­nak wie­dzia­łam, że mój kie­row­nik ce­lowo mnie tu wci­snął, żeby zga­sić mój za­pał i en­tu­zjazm. Sprzą­ta­nie na ty­łach ozna­czało brak kon­taktu z pa­cjen­tem, brak roz­woju, brak cze­go­kol­wiek. Chęci do ży­cia zwłasz­cza. Po tym, jak przed­sta­wi­łam mu sze­reg mo­ich za­let jako pra­cow­nika, on ze mnie za­kpił.

- To zło­śliwy du­pek - od­parła ci­cho We­rka, le­dwo ru­sza­jąc ustami. - Zwłasz­cza że tam nie było myte chyba od otwar­cia ap­teki.

- Czyli ile?

- Ap­teka działa od dwu­na­stu lat.

Za­śmia­łam się szy­der­czo i wró­ci­łam do swo­jego cu­dow­nego i am­bit­nego za­ję­cia. Wy­tar­łam za­le­d­wie dwie półki, ale to wy­star­czyło, że­bym była cała po­kryta ku­rzem, a mój biały far­tu­szek zy­skał szary na­lot. Świet­nie! Będę mu­siała go wy­prać po jed­nym dniu pracy, a w za­pa­sie mam jesz­cze tylko je­den. Zwa­żyw­szy na to, że będę po­trze­bo­wać pię­ciu far­tu­chów w ty­go­dniu, nie na­dążę z ich su­sze­niem.

We­ro­nika wró­ciła do izby eks­pe­dy­cyj­nej, tym­cza­sem w mo­jej kie­szeni za­wi­bro­wał te­le­fon. Spo­strze­głam, że dzwoni Ania. Ona, We­ro­nika i ja sta­no­wi­ły­śmy dość zgrane trio, mimo że cał­ko­wi­cie się od sie­bie róż­ni­ły­śmy. Anka była prze­bo­jowa, ży­wio­łowa i roz­ryw­kowa, z ko­lei ja i We­rka by­ły­śmy nud­nymi in­tro­wer­tycz­kami. Jed­nak to wła­śnie Ania po­tra­fiła wy­krze­sać z nas odro­binę sza­leń­stwa i w jej to­wa­rzy­stwie za­po­mi­na­ły­śmy, ja­kie z nas nu­dziary.

- I jak w pierw­szym dniu w pracy? - za­ga­iła we­soło, a ja po­czu­łam, że mój zły hu­mor po­woli wy­pa­ro­wuje. Jej po­zy­tywny spo­sób by­cia za­wsze do­brze mnie na­stra­jał.

- No cóż, mój kie­row­nik to mru­kliwy gbur! Ka­zał mi sprzą­tać ma­ga­zyn, któ­rego nikt nie ogar­niał od po­nad dzie­się­ciu lat. A poza tym to świet­nie!

Anię wy­raź­nie za­tkało, jed­nak po chwili wstrze­liła się z żar­tem, jak za­wsze w ta­kich oko­licz­no­ściach.

- Pew­nie to ja­kiś stary, ob­le­śny dziad - stwier­dziła rze­czowo, a po­tem się za­śmiała. - Na bank mu już nie staje i wy­ła­do­wuje fru­stra­cję w taki spo­sób, że wy­żywa się na swo­ich mło­dych i sek­sow­nych pra­cow­ni­cach.

- W su­mie... - za­czę­łam i w mo­men­cie urwa­łam. Nie mog­łam nie przy­znać sama przed sobą, że pan Ro­bert był przy­stojny. Ostre rysy twa­rzy, ciemna kar­na­cja, błę­kitne oczy... Na­wet to jego chłodne spoj­rze­nie było in­try­gu­jące. I na do­da­tek, jak na złość, ten du­pek był bar­dzo do­brze zbu­do­wany. Jed­nak jego spo­sób by­cia czy­nił go mało atrak­cyj­nym i tego mia­łam za­miar się trzy­mać. - Nie jest wcale taki stary.

Wła­śnie... Cie­kawe, ile miał lat. Z pew­no­ścią był po trzy­dzie­stce, może na­wet koło czter­dziestki. Zresztą, co mnie to ob­cho­dzi?

Ale on za­py­tał o twój wiek - przy­po­mniał mi ci­chy gło­sik w gło­wie. No wła­śnie, dla­czego? Może dla­tego, że siksą jest ła­twiej po­mia­tać!

- To du­pek - do­da­łam jesz­cze. - Cham­ski du­pek.

- Wy­cią­gam cię dzi­siaj do knajpy na drinka i dzi­kie tańce - po­wie­działa Anka i sły­sza­łam, że jej głos za­drżał z pod­nie­ce­nia. - Ro­ze­rwiemy się, a zwłasz­cza ty! Od­re­agu­jesz lipny po­czą­tek w pracy i na­bie­rzesz sił na dal­szy bez­na­dziejny staż, który bę­dzie trwał...

- Tak, pół roku - do­koń­czy­łam za nią i aż włos zje­żył mi się na gło­wie na samą myśl, że tyle czasu będę mu­siała się uże­rać z tym czło­wie­kiem. Je­żeli na­sza współ­praca cały czas bę­dzie wy­glą­dała tak jak dzi­siaj, to po skoń­czo­nym okre­sie stażu na pewno będę szu­kać pracy w in­nej ap­tece.

Tak jak przy­pusz­cza­łam, na sprzą­ta­niu spę­dzi­łam sie­dem go­dzin z jedną pięt­na­sto­mi­nu­tową prze­rwą na siu­siu i ka­napkę. By­łam za­ku­rzona od stóp do głów, a udało mi się uprząt­nąć za­le­d­wie dwie trze­cie jed­nego po­miesz­cze­nia, dwa re­gały zo­sta­wi­łam na na­stępny raz. Po­se­gre­go­wa­łam leki al­fa­be­tycz­nie, skoń­czy­łam na li­te­rze N, zaś wszyst­kie su­ple­menty prze­nio­słam na osobną półkę. Po­spraw­dza­łam przy oka­zji daty waż­no­ści i uło­ży­łam pre­pa­raty w taki spo­sób, żeby na po­czątku zna­la­zły się te kró­cej ważne.

By­łam wku­rzona, znie­chę­cona i przede wszyst­kim wy­koń­czona, za­tem z ulgą przy­wi­ta­łam go­dzinę pięt­na­stą pięć­dzie­siąt i po­sta­no­wi­łam za­cząć zbie­rać się do domu. Nie mia­łam za­miaru mar­no­wać ani se­kundy wię­cej i zo­sta­wać tu­taj nad­pro­gra­mo­wych mi­nut ani tym bar­dziej go­dzin. Sprzą­ta­nie mo­głam do­koń­czyć w po­nie­dzia­łek.

Punkt szes­na­sta by­łam już uszy­ko­wana do wyj­ścia. Na­rzu­ci­łam na sie­bie ra­mo­ne­skę i wy­szłam do przodu, do izby eks­pe­dy­cyj­nej. Biuro kie­row­nika omi­nę­łam sze­ro­kim łu­kiem - nie mia­łam za­miaru mó­wić mu "do wi­dze­nia", zresztą nie wie­dzia­łam, czy był jesz­cze w pracy. Spo­strze­głam dziew­czynę o czar­nych wło­sach, któ­rej nie wi­dzia­łam na po­ran­nej zmia­nie. Mo­gła być w moim wieku albo nie­wiele star­sza.

- Cześć, ty to pew­nie ta nowa - po­wie­działa chłodno na przy­wi­ta­nie. Na star­cie wy­czu­łam nie­chęć z jej strony, a może tylko mi się wy­da­wało? Jed­nak wpa­try­wała się we mnie z nie­zdro­wym za­cie­ka­wie­niem. Rzu­ciła spoj­rze­nie na mój umo­ru­sany od ku­rzu far­tuch, który mia­łam w dło­niach, i uśmiech­nęła się zna­cząco. - Je­stem Dag­mara.

- Mal­wina.

Nie wy­cią­gnęła dłoni, za­tem i ja nie mia­łam za­miaru tego ro­bić. Uśmiech­nę­łam się do niej ser­decz­nie, jed­nak ten uśmiech nie ob­jął mo­ich oczu. Może źle ją oce­ni­łam, ale wy­dała mi się mało uprzejma i fał­szywa. Nie za­pa­ła­łam do niej sym­pa­tią, w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych dziew­czyn, które po­lu­bi­łam od razu.

- Do zo­ba­cze­nia w po­nie­dzia­łek - rzu­ci­łam na od­chodne i gdy tylko wy­szłam z ap­teki, za­czerp­nę­łam świe­żego po­wie­trza i gło­śno wes­tchnę­łam.

Jak do­brze, że ta zmiana do­bie­gła końca.