Miłość bez konia - Marcin Krzesiński

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Z tego co mi wiadomo, z książkami przygodowymi jest jak z głazem toczącym się po pochyłości. Na początku głaz wprawiony w ruch, na pierwszy rzut oka powolny, toczy się niemrawo, by dopiero po czasie nabrać szybkości. Powinienem więc najpierw rozbujać ten głaz, wprowadzając czytelników w okoliczności, przedstawiając bohaterów, uwypuklając tło historyczne, by potem pędzić wraz z akcją na złamanie karku, członka, czy czego tam...

Ta opowieść zaczyna się od głośnego ryczenia. To nie krowa, ni bawół. Tak ryczał powieszony za genitalia - alfons, właściciel knajpy, właściwie burdeliku, w którym świętowaliśmy cudowne spotkanie ożywieńców. Beda, Prokreator, Edwin, Burak, Madamme Dobre Wychowanie i oczywiście ja; niedopici, niedorobieni, zmierzaliśmy bez żadnego planu przed siebie.

To właśnie alkohol znieczulił nas i na histeryczne wołanie alfonsa reagowaliśmy śmiechem. Niech sobie wisi, prędzej czy później wacek nie wytrzyma i facet runie na glebę - myślałem odurzony nie tylko winem, ale niespodziewaną wolnością. Nasz zakon bowiem został napadnięty i zajęty przez Wikingów, a my niczym krówki stajni pozbawione, ruszyliśmy łacno w pełnym rozbryku w świat.

Szliśmy w rozhoworach radosnych zanurzeni, nie zauważyliśmy nawet zbliżającej się nocy. Trwało jednak lato, więc perspektywa nocy spędzonej pod chmurką nie robiła wrażenia.

Kiedy Edwin i Beda rozpalali ognisko, ja z Prokreatorem poszliśmy zorganizować jakiś alkohol. Burak i Dobre Wychowanie szykowali legowiska z paproci i mchu. Spanie na mchu to wspaniałe doświadczenie. Miękkość, zapach, szelest, paprociowa kołderka. W takich warunkach sen nadchodzi szybko, obciążając powieki jedwabną materią, materią ciężką i lekką jednocześnie.

Kiedy skręciliśmy z głównej dróżki w lewo, wleźliśmy w chaszcze mokre od deszczu, który godzin temu dwie spadł na ziemię niczym korale Matki Boga. Brnęliśmy niestrudzenie pod małą górkę

Do Rozbrykanego Kucyka nie zamierzaliśmy wracać. Postanowiliśmy znaleźć jaką chałupinkę i tam ewentualnie popytać dobrych ludzi o udostępnienie nam wina, tylko że jak na złość żadnej chałupinki nie było.

Szliśmy i szliśmy. Gdy Prokreator zaczął marudzić, sprzedałem mu pięć deko słodkich kłamstw. Zauważyłem, iż w chwilach krytycznych Prokreator gubił gdzieś swoją wrodzoną bezczelność i pychę. Łykał farmazon jak tłusty kocur mysz.

W końcu ujrzałem za jeżynowym krzewem daszek słomiasty. Ruszyliśmy tam, pokonując grządki jakieś, potem dość wysoką trawę, dziury będące zapewne rodzajem prymitywnej pułapki.

Jak się okazało, krzew otaczał chałupkę ze wszech stron. Wyglądało to jakby gospodarz za pomocą jeżynowego obwarowania dbał, może ciut przesadnie, o swoje bezpieczeństwo. Hesperyjski sad to, czy ki czort - rozkiełbaszałem w pracującym non stop mózgu. Po krótkiej naradzie z Prokreatorem powstał plan, takoż prymitywny. Otóż zakładał on, ten plan, że na tak zwanego chama wejdziemy w krzaki. Byliśmy cali w krwawych kreskach kiedyśmy wyszli, ale miast oglądać swe pokiereszowane ciała, wgapiliśmy się w domisko. Drzwi stały otworem. Wchodzić czy nie wchodzić? Szeptaliśmy z Prokreatorem, toczyliśmy cichutką awanturę. Prokreator nie chciał wchodzić do domku, ja natomiast chciałem.

W końcu ruszyliśmy. W środku panował zapach dziwaczny, jakby dymny. Podług Prokreatora był to smród obrzydliwy, ale według mnie zapach ten stanowił pewną egzotyczną nowość. Szliśmy korytarzem niepewnie, wołając czy ktoś tu jest, lecz nikt nam nie odpowiadał. Korytarz kończył się czymś w rodzaju izby kuchennej. Jako że byliśmy nieco styrani, padliśmy na krzesełka. Zawołałem: hej, jest tu kto? Cisza jak makiem czy innym cholerstwem zasiał. Prokreator zaczął bębnić palcami w blat stołu, ja zaś ziewnąłem. I wtedy z mrocznego pomieszczenia z lewej strony wyłoniła się postać. Blask świec nie pozwalał nam na dokładne odczytanie twarzy przybyłej osoby. Kiedy ten tajemniczy ktoś powiesił na haku płaszcz, usiadł między mną a Prokreatorem, zdobiąc twarz zębicznym uśmiechem. Dopiero wtedy mogłem ujrzeć gębę. Gęba należała do dziadka, bo zmarszczki orały twarz niczym chłop pole.

Błyskawicznie objaśniłem dziadkowi cel naszej niespodziewanej wizyty. Dodałem jeszcze, że gdy dostaniemy wino, to zaraz stąd spadamy. Starszy pan o mlecznych włosach, brwiach, wąsach i skórze rzekł, że owszem da nam wino, ale pod jednym warunkiem. Jakim? - zapytał tracący cierpliwość Prokreator. Musicie wysłuchać mojej historii, burknął dziadzinka. Zatem opowiadaj dziadek, ponaglał Prokreator.

A więc brzdące moje niesforne - mówił ten staruszek, niby do wnuków swych, których pewnie nigdy nie miał - opowiem ja wam historię o miłości. Otóż żył sobie na świecie parobek o imieniu Maślak. Był to chłopiec niesamowicie pracowity, dlatego gospodarze prawie bili się o niego. Maślak bowiem pracował sumiennie, rzetelnie oraz szybko. Pewnego razu wezwał go bogaty właściciel ziemski i tak mu rzecze: powierzam tobie młody człowieku moje gospodarstwo. Ja wyjeżdżam do dalekich krajów robić tak zwane interesy. Gdy wrócę i zobaczę, że wszystko jest na swoim miejscu, że panuje ład i porządeczek - wówczas dostaniesz w prezencie koniczka.

Maślak aż podskoczył z radości. Wiedział jednak też, że przed nim ogrom pracy, bo ów właściciel ziemski był to nie lada obszarnik. Zakasał rękawy młody chłopiec i ruszył do roboty z pieśnią na ustach. Pracował dniami i nocami, bywało, że bez przerwy, sypiał godzinę, może czasem dwie, lecz sen był to płytki. Bywały dni, że zmęczenie odbierało Maślakowi rozum: doświadczał wówczas zawieszenia, oderwania od rzeczywistości, lecz trwało to zwykle jakieś pięć minut.

Najgorsze przykrości nadeszły w porze zimowej. Głód nastał taki, że aby zwierzyna oborniana przeżyła, musiał Maślak oddawać jej swój przydział spożywczy. W lutym chłopak wyglądał niczym chodzący szkielet. Ile cierpień, ile wyrzeczeń, ile trosk doznał w tamtym czasie, wie tylko on. Nikomu bowiem się nie skarżył, zawsze z uśmiechem na ustach. Ludzie na wsi gadali, że to anioł, że to Boży dar dla ludzi taki człek pozytywny. No i w końcu właściciel ziemski powrócił. Z tej okazji zorganizowane zostało wielkie przyjęcie. Na stoły wjechały takie jadła, że o Boże przenajświętszy! A alkohole jakie, słodkości jakie! Co wtedy robił Maślak? Ano ślinkę jeno łykał. Ustawiony w kącie patrzał jak panowie ucztują, jak kości za plecy wyrzucają, jak psy o te kości bój ze sobą toczą. Był to dla Maślaka najboleśniejszy czas. Najdotkliwszy. Tak patrzeć i konać, albo w alternatywnym świecie z wyobraźni utkanym jeść i pić do syta.

Po onej uczcie tłustej jak sam pasibrzuszny poborca podatkowy, poszedł właściciel ziemski do stajni, do miejsca gdzie spał Maślak. Obudziwszy chłopca, tak mu rzekł: Kochany Maślaku. Zrobiłem obchód, popytałem innych pomagierów, chłopów uczciwych co kłamstwem brzydzą się niczym dziecko wątróbką. I wiesz co rzekli? Żeś pracował w pocie czoła dniem i nocą. Głowa twa wszystko ogarnęła, a było co ogarniać! Wczorajsza uczta to był test najważniejszy. Bo ludzie zawżdy gdy wykonają prośbę, albo gdy włożą dużo wysiłku i czasu w pracę, stają się niecierpliwi, łapczywi, źli, czekając na zapłatę. Psioczą wtenczas na chlebodawcę, a gdy ten zorganizuje bal, oni są gotowi, mimo że nie zaproszeni, wbić się na ów bal i żreć z michy aż do ulania się zupki z ichniejszych ust. Tyś tego nie uczynił. Stałeś w rogu i cierpiałeś, nie ruszając nawet okruszka ni puszka. Brawo dla ciebie, jesteś wyjątkowym parobkiem. Oto twoja nagroda: zza winkla wybiegł cudowny kasztan; konik zbliżył się do parobka i nastąpił pierwszy kontakt fizyczny. Gdy chłopiec dotknął czarnej grzywy, to aż zaiskrzyło. To był początek wielkiego uczucia wiążącego człowieka i konia. Albowiem nie ma większej rzeczy na tym świecie od prawdziwej miłości. Chłopiec dawał uczucie zwierzęciu, a koń dawał uczucie chłopcu. I tak mijały lata. Jak możecie się domyślić ten dzieciak w pewnym momencie swego życia stanął przy tak zwanej smudze cienia. Chłopiec przestał być chłopcem. Śmierć moi kochani deptała mu po piętach. Co zrobi biedny koń, kiedy jego pan odejdzie? Otóż, żeby nie przedłużać, tym chłopcem jestem ja. Wierzę, że Bóg zesłał mi was, abym mógł oddać wam konia. Oczywiście koniem może opiekować się jeno jedna osoba. Dlatego wybieram ciebie (tu dziadek wskazał na mnie), dostrzegam bowiem w panu wielką chęć miłowania.

Gdy pan starszy przestał gadać, zaprowadził nas do obory. Stał tam koń, na moje oko młody, choć spodziewałem się zniszczonego pracą i życiem, styranego zwierzaka. Dziadek rzekł wówczas, iż koniś ten jest zaklęty w wiecznej młodości. Jest nieśmiertelny. Zabić go może jedynie nienawiść.

Gdym podszedł do konia, nastąpiło coś do opisania trudnego. Tak jakby fala miłości przeszła przez plecy moje. Doznałem rozkosznego ciepła. Prokreator zaniemówił. Czyżby też doznał owego zbawczego ciepełka?

Mlecznowłosy pan rzekł: bierzcie tego konia. Ja zaraz umrę... może nawet dziś. No, idźcie już.

A wino, panie Maślak? - rzucił Prokreator, lecz dziadek zatrzasnął za sobą drzwi i tyle go widzieliśmy.

Rozdział 2

Wróciliśmy do naszych kompanów z koniem.

- A gdzie wino? - zapytał Burak.

- Wina niestety nie mamy, ale jest koń - rzekłem tamując buzującą we mnie radość.

Ognisko buchało prostym słupem, legowiska z gałęzi i paproci były już gotowe. Beda i Edwin obserwowali nas bacznie, lecz nie odezwali się żadnym słowem. Pani Dobre Wychowanie leżała sobie na plecach, podziwiając nocne niebo. Musiała być bardzo zmęczona, bo nawet nie zwróciła uwagi na nowego gościa - konia.

Prokreator położył się na zielonym posłaniu i zachrapał.

Ja zaś pomyślałem, iż Bóg zainterweniował zsyłając mi takiego zwierzaka. Przecie zawsze chciałem mieć bratnią duszę. Wystarczyło przywołać historię z budyniem. Otóż stwarzając budyniowca chciałem przelać na niego swą miłość. Był jednak budyń swoistym chamem, bucem nawet, nie umiałem kochać takiego cymbała, który non-stop wnerwiał mnie zbytnią pewnością siebie i bezczelnością. Jak w ogóle zrobiłeś gadającego budyniowca - zapytacie pewnie moi zakonni czytelnicy. Owóż na początku musiałem wniknąć w rzeczywistość molekularną. Musicie bowiem wiedzieć, kochani moi, że od zawsze interesowało mnie to co najmniejsze. To co stanowi podstawę budulcową świata, czyli atomy. Często rozmyślałem na przykład o złocie, o węglu, że substancje te są zapatrzone w siebie, szukają bliźniaków by z nimi się połączyć, tworząc pierwiastki. Albo atomy gazów. Te dopiero są arcyciekawe. Nie lubiąc innych atomów wybierają samotność. To gazy szlachetne.

Badałem na przykład wodę zbudowaną z jednego atomu tlenu i dwóch atomów wodoru. Badałem ją palcem, badałem ją językiem. Albo dwa atomy tlenu i jeden atom węgla. Tak zwany dwutlenek węgla, kochani moi. Też badałem swoistą organoleptycznością. Tak tak, wiem, może deczko popłynąłem, lecz pragnę pokazać, że nie jestem takim tępakiem. Bo ja widziałem fragmenty książki Bedy, którą zatytułował roboczo "Imię storczyka" i widziałem w jaki sposób mnie tam opisał. Jako tępaka jakiego! Pisał, że niby czyściłem gardło widelcem. Śmiechu warte. Dlatego między nami nastąpiła kosa. Kosa ostra i krwi żądna. Ale do rzeczy.

Kiedy odkryłem pierwiastek, nową substancję chemiczną - budynil, zacząłem pracować jak najęty. Tak między nami to sam nie wiem jak doszło do tego, że budyń ożył, że przejął cechy ludzkie i zainstalował je w swym galaretowatym ciele. Chociaż nie, galareta a budyń to dwie różne rzeczy. Otóż galareta ma inną strukturę, inne połączenia atomowe uniemożliwiające działania w kierunku ożywienia. Budyń ma ciało... budyniowe. Gęste, drgające, zwarte. Ale jest jedno ale, moi najukochańsi. Zrobiony przeze mnie budyń przywdziewał kożuch kiedy było mu zimno, a zrzucał go w momentach upalnych. Ostatecznie został zjedzony przez druida, który przewodził wikingowskiej tłuszczy.

Jeśli mam szczerością zabłysnąć niczym jakiś święty z obrazka, to nie żal mi mojego klasztoru. Napisałem "mojego", bowiem to ja od podstaw zbudowałem ten dom boży, ja wznosiłem mury, ja pasowałem na zakonników ludzi zagubionych i biednych.

Mam jednak żal do Bedy Czcigodnego. Bo wraz z przyjściem tego człowieka wszystko zaczęło się psuć. Tak jak napisałem, fakt iż klasztor padł nie zasmucił mnie. Zasmuciło mnie to, iż Beda podważał mój autorytet. Zrobił ze mnie wieśniaka, który nie potrafi zarządzać zakonną społecznością i te jego brednie, że z szatanem my konszachtujemy. Bzdura, powiadam, bzdura okropna!

Ognisko dogasało, a reszta naszej świty, świty, którą nazwałem Karmelową - spała sobie w najlepsze. Mój koniś stał śpiąc. Ległem blisko niego i nagle doznałem czegoś tak intensywnego, że szok. Coś porywało ciało me, coś ciepłego, słodkiego, ożywczego, ogromnego. To miłość.

To było tak rozbrajające, iż nie potrafiłem odreagować, odwdzięczyć się za ten niespodziewany podarunek miękkiej, pluszowej miłości. To ten koń wysyłał fale, fale zagarniające. Wstałem, przytuliłem go, pocałowałem czule w oko, pogłaskałem po pyszczku, szeptałem mu do ucha słodkości, miodne cudności, chociaż koń ten miał już sporo własnego miodu usznego.

Co to jest miłość? Pytanie to wyleciało ze mnie, gdy już leżałem na paprociowym legowisku. Czyżby miłość była lejem do którego wpływają wszelkie dobroci tego świata? Bo jeżeli miłością jest jeno Bóg, to jakże my maluczcy mamy mieć miłość? Aby poznać te uczucie musimy dosłownie wskoczyć do Boga, zatopić się w Nim, wniknąć w Niego. Ale teraz, tu na ziemi? Co to za uczucie co zalało mnie w całości? A może to co mają ludzie i w tym wypadku ten niezwykły koń, to co unosi nas na wyżyny szczęścia, bliskości z drugą osobą, to co wiąże na przykład kobietę i mężczyznę miłym węzłem przyjemności, to może wcale nie jest miłość? Więc co to jest, ktoś zapyta. Według mnie to szczyt ludzkiego dobrodziejstwa, nazwany przeze mnie przedszkolem miłości.

Lecz nie! To co doznałem można spokojnie wysłać do Watykanu w postaci listu, listu, w którym by stało, iż Bóg dał mi miłość poprzez konia. Bo tak w istocie było! Bóg zamieszkał w koniu!

Ległem pod samiutkim koniem. Jak go nazwać? Może Śliwaczek? Tak, niechaj będzie Śliwaczek!

Zasnąłem.

Śnił mi się budyń czekoladowy. Siedział - odziany w miseczkę - na tronie. Budyń nie posiadał facjaty. Jego głos wydobywał się z czeluści czekoladowej bulgotliwości. Powiedział:

- Ty żałosny człowieczku. Myślisz, iż koń da ci więcej niż ja? Że koń posiada wiedzę olbrzymią? Nic podobnego, głupi Burczyfiucie! Koń to zwierzę przeznaczone do ciężkiej pracy, koń jest zresztą głupi jak but! Po co ci taki głupiec?

Rzekłem tedy:

- Zamilcz budyniowy bluźnierco! Czyżbyś zapomniał kto cię stworzył? W każdej chwili mogę cię zlikwidować!

- No i co z tego! Usamodzielniłem się do tego stopnia, że mogę klonować, prowadzić komórkowy podział. Wchłonąłem całą wiedzę fizyczną, chemiczną, biologiczną i matematyczną. Moim celem jest teraz czysta, bezinteresowna nienawiść. Zniszczę twego konia nienawiścią!

- Nieee!

- Twoja histeria spływa po moim budyniowym ciałku. Nie histeryzuj, bądź mężczyzną, ćwoku mazgajski!

- Skąd u ciebie takie bezbrzeżne zło, takie okrutne, podłe, nikczemne?

- Stworzyłeś potwora, Burczyfiucie, teraz spijasz śmietankę, zrozum to!

- Ochłoń budyniu, kompotu się napij zimnego, może zaczniesz gadać z sensem!

- Kompot? Ja sobie popijam drinka z palemką, kompot jest dla plebsu, czyli dla ciebie!

- Odpuść już i zostaw mojego konia!

- Nigdy! Twój kochany przyjaciel skona, bo rzucę na niego spojrzenie pełne nienawiści!

- Ty bezwzględniku okrutny!

- Tak, taki właśnie jestem, dawaj dalej!

- Chyba jesteś szatanem, skoro tak gadasz, alboś wysłannikiem jego!

- Nie zapominaj, żeś mnie stworzył. Będę permanentnym trucicielem twego marnego życia!

- Żałuję... żałuję z całego serca...

- Za późno głupi Burczyfiucie, za późno, hahahahaha!

Obudziłem się z krzykiem na ustach. Gdy uświadomiłem sobie, że to był sen jeno, głaz zleciał z serca mego. Dookoła rozbłyskiwały szlachetne jaskrawości poranka.

Rozdział 6

Opływanie Szkocji od północy stanowiło rodzaj okrutnego doświadczenia, bowiem ziąb odbierał nam zdolność funkcjonowania. Okutani gałgankami, kocami, pieluszkami, gówienkami przeróżnymi, podziwialiśmy parę ustną, chuchaliśmy i łapaliśmy przedziwne twory chuchowskie. Aby nie zamarznąć na śmierć, postanowiłem zrobić coś fajnego. Otóż wskoczyłem na Stefana (tak nazywałem chwilowo konisia) i robiliśmy swoiste wiśta wio po łodzi. Łódź była mała, zbyt mała aby biegać na koniu po drewnianym, chwiejnym podłożu. Mimo wszystko odbyłem odmrażającą galopadę. Załoganci klnęli, stukali się po czole, próbowali powstrzymać biegającego Stefka, lecz nie udawało się to. W końcu narobiłem dziadostwa. Koń stąpnął zbyt mocno i w dnie łodzi powstała mała dziura. Zlazłem prędko ze zwirza, zdjąłem z siebie gałgankowy nadmiar i zatkałem ową dziurę. Przez tę krótką chwilę wody nawaliło tyle, iż głowina mała. Wylewaliśmy ją za burtę, a mi w trybie natychmiastowym wyparowywały z głowy głupie pomysły. Siadłem zmęczony koło King of wandsa. Zagadałem:

- No co tam?

- A nic.

- Zupełnie nic?

- Zupełnie.

Nienawiść jaka zatruwała serce me. No bo jak to tak można gadać? Ja kulturalnie pytałem: no co tam a on, że nic. Bucefał jeden.

Wstałem i do Bedy poszedłem. Ten akurat czytał wiersze Wergiliusza. Zagaiłem:

- No co tam?

- A nic.

Wstałem i wypłaciłem Bedzie soczystego liścia. Facet aż do tyłu fiknął. Rzekłem:

- Nie może być tak, że bosmana, szefa łajby traktuje się niczym śmiecia! Opanujcie się gówniarze!

Załoganci wstali i orzekli unisono:

- Wznosimy bunt! Precz z Burczyfiutem i jego koniem!

Poczułem ogromny lęk. Ludziska zbliżali się, aby mnie pochwycić. Mój koń zmalał jakby i zaczął wydawać dźwięki cierpienia. Huknąłem:

- Stop! Koń ten bardzo źle reaguje na nienawiść. Nienawiść bowiem może go w każdej chwili zabić! Zostawcie konia! Weźcie mnie!

Załoganci zrozumieli. Biedny zwierzak zerknął w moją stronę. Jakieś obezwładniające ciepełko zaczęło zalewać wnętrzności me. To miłość konia do mnie. Kocham cię - wyszeptałem. Były to ostatnie słowa wypowiedziane na wolności. Zostałem bowiem błyskawicznie związany i przywiązany do masztu. Narobiłem sobie bidżosu - pomyślałem.

- Dajcie mi czapkę, bo zimno w uszy - poprosiłem.

- Nie dostaniesz czapeczki, zacny Burczymucho - powiedział King of wands. - Pocierpisz deczko za twe głupie przewinienia.

Trząsłem się więc jak jakiś zmarznięty Burczyfiut do słupa przywiązany. Czasem podchodziła Pani Dobre Wychowanie i karmiła mnie, łygę z kaszą do ust wtryniając. Ta dama ma gołębie serce, rozmyślałem. Korzystając z faktu że mam usta knebla wyzbyte, tak grzmotnąłem na całą łajbę:

- Kochani zakonni zabobonni! Rozwiążcie mnie natychmiast! To nie może tak być, żeby kapitan okrętu padł ofiarą bezmózgostwa załogi!

Karmelowa Świta w ogóle nie słuchała. Jedynie wspomniana Pani Dobre Wychowanie okazywała mi trochę miłosierdzia. Zacząłem sądzić, że popełniłem błąd sprowadzając na łódź tego całego maga. Mag był bowiem kumplem Prokreatora, a wszystko co związane z tym dumnym intelektualistą pachniało podstępem.

Tymczasem płynęliśmy. Kiedy nadeszła noc ogrzewał mnie koniś. Uczucie powstałe między nami sięgało gwiazd. Bo prócz poświęceń konia wobec mnie, ja też czyniłem co w mej mocy, aby zwierzakowi było najlepiej. I co najważniejsze: nasza miłość nie zatrzymała się na jakimś poziomie, ona rosła osiągając kolejne levele. Wiedziałem ponadto, że nadejdą czasy próby. Miłość nie poddana takim, powiedzmy sobie testom, to miłość (jeśli w ogóle można wówczas mówić o miłości) słaba.

Dziwne, że dopiero w czasach, które nie sprzyjają rozwijaniu miłości, ja zacząłem poznawać jej meandry. Bo przecież w okresie klasztornym nie zagłębiałem tematu, ważniejsze były wieczory biesiadne, toczenie sporów z interlokutorami, wywyższanie się i pogardzanie.

Właśnie - pogarda. Zauważyłem, że od jakiegoś czasu Prokreator stanowił dla mnie coś w rodzaju zwierciadła. Nie ukrywajmy, byliśmy pod względem dumy, pychy, samouwielbienia, podobni jak dwie krople moczu, jednak od jakiegoś czasu postanowiłem odróżniać się, być inny, lepszy, ale w tę drugą stronę. Otóż zapragnąłem być właśnie gorszy niźli Prokreator, a przy tym pełen pokory i niechęci wobec własnego ja. W tym wszystkim bardzo pomagał mi koń, a konkretnie jego miłość. Oczywiście miałem w tym czasie swoje wzloty i upadki, lecz zawsze przyświecało mi jedno: miłować i być miłowany.

Nastał dzień. Według sprawozdania Edwina zaczęliśmy opływać Szkocję od strony wschodniej. Jako że część prowiantu zamarzła na kość, musieliśmy zlokalizować odpowiednie miejsce do zejścia na ląd w celu nałapania zajączków oraz kupienia trunków wszelakich.

Długo płynęliśmy wzdłuż poszatkowanego brzegu Szkocji, nim zdecydowaliśmy się wpłynąć w wąskie i długie wcięcie w ląd, które z czasem uległo znacznemu zawężeniu. Gdyśmy tak płynęli, Pani Dobre Wychowanie rozkneblowała mnie. Przemówiłem wówczas:

- Załoganci! Rozwiążcie mnie! Przecie wpływamy właśnie na tereny Szkocji, a skąd pewność, że ludność tutejsza przychylnie patrzy na intruzów? A jeśli Szkocja wzorem Irlandii opanowana jest przez Wikingów? Dlatego rozsądniej będzie, abyśmy w tej chwili jedno stanowili. Nie zapominajcie, żem dowódcą waszym jest.

Beda noszący do mnie wyjątkowy uraz, rzekł:

- Dobrze, uwolnimy cię Burczyfiucie, lecz proszę w imieniu załogi, abyś pożegnał się raz na zawsze z durnymi pomysłami i abyś nie wyładowywał swej frustracji agresją wobec nas. Czyś zrozumiał?

- Owszem.

Po minucie stałem rozwiązany. Jakie to miłe uczucie, gdy po godzinach skrępowania sznurami w mrozie przenikliwym, możesz chodzić swobodnie i rozcierać obolałe przeguby dłoni.

Postanowiliśmy zachować totalną ciszę i wnikliwie obserwować ląd. W wyższych partiach skaliste wybrzeże porastała iglasta roślinność. Teren był to surowy, zdecydowanie surowszy niż ten do którego przyzwyczailiśmy się w Irlandii. Podmyte przez fale klify przypominały kształty rodem z baśni o cholernych potworach. Mag King of wands wysunął się na dziób łodzi niczym jaki rasowy żeglarz i dłonią zasłaniając twarz od słońca patrzył gdzieś w dal. Wnerwiał mnie ten jegomość, przecie ja tu szefem jestem nie zaś ten karierowicz, myślałem.

W końcu znaleźliśmy miejsce o stosunkowo łagodnym zboczu i tam właśnie skierowaliśmy naszą łajbę. Wyskoczyliśmy zeń z wielką radością. Jakże dziwnie było łazić po nieruchomym gruncie, gruncie twardym, pewnym, niewzruszonym. Pani Dobre Wychowanie zatoczyła się i padła jak długa.

Kiedyśmy wepchnęli łajbę na kamienisty brzeg, ruszyliśmy przed siebie. Konik, który nosił tymczasowe imię Henryk skakał i brykał. Wskoczyłem na niego i pogalopowaliśmy deczko.