Miłość aż po grób - Alek Rogoziński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

WIA­DO­MOŚĆ ZA SZYBĄ

Mie­siąc wcze­śniej

Róża z wes­tchnie­niem otwo­rzyła drzwi sa­mo­chodu swo­jego przy­ja­ciela, Ma­riu­sza Ko­ska, zwa­nego przez wszyst­kich Ma­rio.

- My­ślę, że zła­ma­łam mu serce - oświad­czyła smutno, sia­da­jąc na przed­nim fo­telu pa­sa­żera. - Pa­skudne uczu­cie.

- Je­steś pewna, że do­brze zro­bi­łaś? - za­py­tała ci­cho zaj­mu­jąca miej­sce z tyłu jej przy­ja­ciółka, au­torka po­wie­ści grozy, Miłka Wę­żow­ska, rzu­ca­jąc okiem na znaj­du­jącą się na głów­nym skwe­rze mia­steczka Mor­der­czo ławkę, na któ­rej z twa­rzą ukrytą w dło­niach sie­dział do nie­dawna jesz­cze na­rze­czony Krull, po­li­cyjny le­karz pa­to­log Piotr Kryń­ski.

- Nie - po­krę­ciła głową Róża - ale z dru­giej strony, nie czuję do niego tego, co po­win­nam. Nie chcę da­wać mu złud­nej na­dziei, że kie­dy­kol­wiek to po­czuję. Ani też oszu­ki­wać go, że wszystko jest w po­rządku. To by­łoby zbyt okrutne i w końcu do­pro­wa­dziło do ka­ta­strofy.

- Ale prze­cież cztery mie­siące temu... - za­częła Miłka, jed­nak przy­ja­ciółka nie po­zwo­liła jej do­koń­czyć.

- Mo­tyle w brzu­chu - wy­ja­śniła smęt­nym to­nem. - Tyle że one żyją bar­dzo krótko. Ważne jest to, co się sta­nie, kiedy ostatni z nich prze­sta­nie la­tać. Przez te cztery mie­siące zdą­ży­łam so­bie uświa­do­mić, że w na­szym przy­padku ozna­cza­łoby to ko­niec przy­gody. Więc le­piej ze­rwać te­raz, niż kiedy mu­sie­li­by­śmy iść z tym do sądu. Zresztą... Sama już nie wiem...

- Ru­szajmy! - za­de­cy­do­wał Ma­rio sta­now­czo. - Robi się za sen­ty­men­tal­nie i me­lo­dra­ma­tycz­nie jak na mnie. Ze­rwa­łaś to ze­rwa­łaś, nie ma co się roz­tkli­wiać. Zaj­miesz się czymś in­nym, a on już ju­tro znaj­dzie so­bie ja­kąś osiem­nastkę na po­cie­chę. No co? - za­py­tał, wy­ła­pu­jąc w lu­sterku pe­łen po­tę­pie­nia wzrok Wę­żow­skiej. - Młode la­ski lecą na dok­tor­ków. Na­wet tych od tru­po­szy. Dok­tor to za­wsze dok­tor.

- Ty to jed­nak nie masz taktu - wes­tchnęła Miłka. - Za grosz.

- Ani mo­ral­no­ści - po­parła ją Róża. - Dla cie­bie za­wsze wszystko jest ta­kie pro­ste.

- Bo jest! - wy­krzyk­nął Ma­rio. - Tego kwiatu jest pół światu. Oboje znaj­dzie­cie so­bie jesz­cze ko­goś do ła­pa­nia mo­tyli i to nie­raz. Trzeba tylko czę­sto pró­bo­wać.

- Tak czę­sto jak ty? - Róża po­pa­trzyła na niego iro­nicz­nie. - Jaki mia­łeś prze­rób w tym roku?

- Marny - wes­tchnął Ma­rio z wy­raź­nym ża­lem. - Sie­dem­na­ście la­sek, które za­cią­gną­łem do łóżka. Dwóch fa­ce­tów, któ­rzy pró­bo­wali za­cią­gnąć do łóżka mnie. Plus je­den ele­ment po­średni. Bez łóżka.

- Ele­ment po­średni...? - Róża po­pa­trzyła na niego py­ta­jąco.

- Na wa­ka­cjach w Taj­lan­dii - Ma­rio mach­nął ręką. - Szkoda ga­dać. Mam na­uczkę na przy­szłość, żeby nie pić wię­cej niż pięć drin­ków i nie mie­szać.

- Nie wni­kam - za­pew­niła Róża, po czym przez chwilę pa­trzyła na prze­su­wa­jące się za oknami domy Mor­der­czego. - Za­wsze mnie to fa­scy­no­wało, jak dużo się dzieje w ta­kich po­zor­nie spo­koj­nych, a na­wet sen­nych mia­stecz­kach.

- Bo lu­dzie są wszę­dzie tacy sami - rze­kła Miłka. - Ich men­tal­ność, pa­sje, na­mięt­no­ści, spo­sób my­śle­nia...

- Chęt­nie jesz­cze tro­chę bym tu zo­stała - przy­znała Krull.

- A ja się cie­szę, że stąd wy­jeż­dżamy - oświad­czył Pepe, od­ry­wa­jąc wzrok od swo­jego smart­fona. - Tym bar­dziej że mam dla cie­bie całą li­stę za­pro­szeń na ko­lejne im­prezy i spo­tka­nia z czy­tel­ni­kami. Mam wra­że­nie, że do­brze ci te­raz zro­bią.

- Być może... - rze­kła w za­my­śle­niu Róża, re­je­stru­jąc ką­tem oka, że coś prze­szka­dza jej w kon­tem­pla­cji mor­der­czych pej­zaży. - Ma­rio, skar­bie, co ty masz za wy­cie­raczką?

- Słu­cham? - Ko­sek ode­rwał wzrok od drogi i po­pa­trzył na wska­zane przez Krull miej­sce. - Fak­tycz­nie. Pew­nie ja­kaś ulotka. Po­cze­kaj, stanę i wyj­miemy...

Po kil­ku­na­stu me­trach za­trzy­mał się na przy­stanku dla au­to­bu­sów, które prze­jeż­dżały przez Mor­der­czo całe dwa razy na dobę. Pi­sarka otwo­rzyła drzwi i wy­cią­gnęła zza wy­cie­raczki kartkę.

- Bur­del czy usługi re­mon­towe? Bo to mam naj­czę­ściej - za­cie­ka­wił się Ma­rio, po czym po­pa­trzył ze zdu­mie­niem na wy­trzesz­cza­jącą oczy na kartkę Różę. - No, co tak za­mar­łaś? Co tam jest?

- "Li­ści się jako mied­nica, upadł ci jej ko­niec nosa, z oczu pły­nie krwawa rosa" - od­po­wie­działa Róża, nie od­ry­wa­jąc wzroku na trzy­ma­nego w dło­niach ka­wałku pa­pieru.

- Zwa­rio­wa­łaś?! - zdu­miał się Ma­rio. - Cóż to ta­kiego?

- O ile pa­mię­tam ze szkoły, to frag­ment "Roz­mowy mi­strza Po­li­karpa ze Śmier­cią" - wy­ja­śnił Pepe - ale mogę się my­lić...

- Nie my­lisz się - po­twier­dziła Miłka, która wpi­sała po­czą­tek ko­mu­ni­katu prze­czy­ta­nego przez Różę do wy­szu­ki­warki w swoim te­le­fo­nie, po czym po­pa­trzyła na Kwiatka z po­dzi­wem. - Ale ty masz pa­mięć...

- To nie pa­mięć - przy­znał nie­chęt­nie Pepe. - Tylko za­wsze przy tym frag­men­cie chciało mi się wy­mio­to­wać. Dla­tego za­pa­mię­ta­łem. I co to niby jest?

- Nie mam po­ję­cia - rze­kła oszo­ło­miona Róża. - Po­cze­kaj­cie, tam na dole jest coś jesz­cze... "Był sa­mo­chód, winda, ce­główka. Nie myśl, że to ko­niec. Twój Dawny Wiel­bi­ciel".

- Co to ozna­cza?! - zdu­miał się Ma­rio.

- Moje wy­padki sprzed i po fe­sti­walu opol­skim - rze­kła zdu­miona Róża. - Ja­kim cu­dem ktoś tu o nich wie?

- Może to dow­cip tego gnoja - pod­su­nął nie­pew­nie Pepe, ma­jąc na my­śli mor­dercę, któ­rego przy ich ogrom­nym udziale ujęto w Mor­der­czym.

- Aresz­to­wali go dwa dni temu - przy­po­mniała Róża. - A przez ten czas jeź­dzi­li­śmy do To­ru­nia i je­stem pewna, że tej kartki tu nie było!

- Po­wiem wię­cej - po­parł ją Ma­rio. - Dzi­siaj z rana, przed śnia­da­niem, my­łem szybę i też na sto pro­cent jej nie było.

- Czyli...? Jaki wnio­sek?

- Że masz Daw­nego Ci­chego Wiel­bi­ciela - rzekł Pepe. - I że tym ra­zem ra­czej nie trak­to­wał­bym tego pół żar­tem, pół se­rio i jak naj­szyb­ciej prze­ka­zał tę kartkę Dar­skiemu. Pro­szę, żad­nych wię­cej głu­pa­wych śledztw na wła­sną rękę!

- Oczy­wi­ście, masz ra­cję. - Krull po­ki­wała głową.

Pepe po­pa­trzył na nią po­dejrz­li­wie.

- Pro­szę, obie­caj mi, że nie po­peł­nisz ko­lej­nego kre­ty­ni­zmu - za­żą­dał gniew­nie. - Mo­żesz je zo­sta­wić dla swo­ich ksią­żek.

- Jak ka­żesz - zgo­dziła się po­kor­nie Róża, oczy­wi­ście ani my­śląc wy­ko­nać jego po­le­ce­nia. W końcu mu­siała się czymś za­jąć, żeby nie przy­znać się, że ła­miąc serce przy­stoj­nego dok­tora, przy oka­zji nieco też na­ru­szyła struk­turę wła­snego.

- Je­śli ci się bę­dzie nu­dziło, mo­żesz za­ło­żyć Tin­dera - po­ra­dził jej Ma­rio. - Tam jest sporo fa­nów pu­szy­stych kształ­tów...

- Wiem coś o tym... - mruk­nęła z re­zy­gna­cją Miłka, po­pra­wia­jąc poły swo­jej szaty, która, cy­tu­jąc myśl Kasi No­sow­skiej, "zo­stała za­ku­piona, żeby ka­mu­flo­wać man­ka­menty jej fi­gury, a te­raz za­częła przy­le­gać do ciała".

- Ma­rio! - obu­rzyła się Krull. - Po pierw­sze, to było nie­grzeczne. Po dru­gie, sek­si­stow­skie. Po trze­cie, body-sha­min­gowe. A po czwarte, mia­łam już kie­dyś Tin­dera i je­stem pewna, że jest to wy­na­la­zek sza­tana. Przez kilka dni pod­su­wało mi sa­mych In­dian!

- Kogo?! - zdu­miał się Ma­rio, o mało co nie prze­ocza­jąc wjazdu na au­to­stradę.

- Ona ma na my­śli Hin­du­sów - wy­ja­śnił li­to­ści­wie Pepe. - Znasz jej dur­notę w tym za­kre­sie. W końcu to ona na­pi­sała kie­dyś w książce, że z jed­nej strony zbli­żali się Bel­dzy, a z dru­giej Ho­len­dro­wie. A w in­nej, że fi­gura Chry­stusa stoi w Świe­bo­dzi­cach.

- Ła­ska­wie zejdź ze mnie - za­żą­dała Róża z wście­kło­ścią. - Poza tym Bel­gów i Ho­len­drów nie za­uwa­żyła na­wet moja pani re­dak­tor, więc to nie może być aż tak bar­dzo nie­po­prawne...

- Bo jak bie­daczka do­staje od cie­bie książki, w któ­rych jest wię­cej po­my­łek niż słów, to mu­sia­łaby być ro­bo­tem, żeby cze­goś w końcu nie prze­pu­ścić! Albo sztuczną in­te­li­gen­cją, skoro au­torce bra­kuje wro­dzo­nej.

- Sam je­steś po­myłka - obu­rzyła się Róża. - Na­tury!

- Na­tych­miast prze­stań­cie, za­nim znowu się roz­pę­dzi­cie! - roz­ka­zała Miłka, po czym po­pa­trzyła z cie­ka­wo­ścią na Różę. - Co złego jest w Hin­du­sach? Prze­cież są ład­niutcy!

- Może i są - zgo­dziła się Krull to­nem, w któ­rym nie sły­chać było wiel­kiego prze­ko­na­nia - ale aku­rat ci z Tin­dera byli wzro­stu sie­dzą­cego psa. Się­ga­liby mi do pępka.

- I kto tu upra­wia body-sha­ming? - Ma­rio rzu­cił jej iro­niczne spoj­rze­nie. - Poza tym nie wiesz, że małe jest piękne?

- Mó­wisz to w ra­mach au­to­pro­mo­cji? - za­py­tała Krull z dwu­znaczną miną, jed­nak po se­kun­dzie mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką. - Nie­ważne! Żadne Tin­dery nie wcho­dzą te­raz w ra­chubę. Mu­szę wresz­cie do­koń­czyć książkę, bo Wło­dzio już za­gro­ził, że wy­naj­mie ma­fię buł­gar­ską, żeby mnie po­rwała i za­mknęła w lo­chu do czasu, aż skoń­czę pi­sać.

- Wło­dzio ma ra­cję - po­parł ją sta­now­czo Pepe. - Uwa­żam, że w ka­te­go­rii le­ni­stwa po­bi­łaś już wszyst­kie re­kordy. Za mo­ment za­słu­żysz na miano żeń­skiej wer­sji Geo­rge'a R.R. Mar­tina!

- Jakby mi ktoś zro­bił taką ekra­ni­za­cję jak jemu, to nie mia­ła­bym nic na­prze­ciw, żeby so­bie jesz­cze tro­chę od­po­cząć - wes­tchnęła Krull, po czym zmarsz­czyw­szy brwi rzu­ciła przez ra­mię swo­jemu agen­towi py­ta­jące spoj­rze­nie. - A tak przy oka­zji, to jak się miewa moja ekra­ni­za­cja?

- Moim zda­niem eg­zy­stuje tylko w gło­wie two­jej wy­daw­czyni - stwier­dził sta­now­czo Pepe. - I nikt poza nią o niej nie wie. To jest ekra­ni­za­cja widmo. Po­ja­wia się na pięć mi­nut, kiedy trzeba ja­kąś ko­lejną na­iw­niaczkę two­jego po­kroju sku­sić do pod­pi­sa­nia umowy na książkę, a znika, gdy tylko za taką de­li­kwentką za­mkną się drzwi.

- Co ty opo­wia­dasz?! - ob­ru­szyła się Róża. - Prze­cież Mał­go­sia mó­wiła mi, że już za­trud­niła sce­na­rzy­stę. Tego... Nie pa­mię­tam... Jak mu tam? Oran­gu­tan?

- Or­gel­brand! - spro­sto­wał Kwia­tek, pa­trząc na nią z wy­rzu­tem. - Kro­ko­dyla w ró­żo­wej spód­niczce za­trud­niła, a nie Or­gel­branda. On te­raz pi­sze sce­na­riusz ja­kiejś ko­me­dii kry­mi­nal­nej. Też na pod­sta­wie książki, tyle że nie two­jej. O te­ścio­wych, o ile do­brze pa­mię­tam. A po­tem siada do ko­lej­nej czę­ści "Pro­ku­ra­tora" i nie ma siły, żeby coś jesz­cze przy­jął.

- A ty co? - Krull spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie. - Jego agent?

- Nie. Na wła­sne nie­szczę­ście tylko twój - wes­tchnął Pepe. - Od więk­szej liczby pi­sa­rzy z pew­no­ścią bym ze­świ­ro­wał. Na­wet ma­jąc tylko cie­bie pod opieką, cały czas za­sta­na­wiam się, czy nie po­wi­nie­nem być po stałą opieką psy­chia­try. A co do Or­gel­branda, to przy­jaź­nię się z jego córką i tak nam się ja­koś ze­szło na te­maty fil­mowe. Bar­dzo się zdzi­wiła, kiedy po­wie­dzia­łem, że zda­niem two­jej wy­daw­czyni jej oj­ciec ma te­raz pra­co­wać nad prze­ra­bia­niem two­jej po­wie­ści na me­ga­hit ekra­nowy. Za­pew­niła mnie, że to wy­klu­czone.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Czer­wone świa­tło dla pie­szych pa­liło się tak długo, że cze­ka­jący przed przej­ściem Pa­weł Kwia­tek, zwany przez wszyst­kich Pepe, za­czął po­dej­rze­wać, że nie zmieni się ono już ni­gdy. Ko­lejny raz ner­wowo po­ma­cał się po kie­szeni. Przed­miot, który cu­dem zdo­był kil­ka­dzie­siąt mi­nut wcze­śniej i który mógł za­pew­nić wol­ność jego pra­co­daw­czyni, Róży Krull, cią­gle się tam znaj­do­wał. Wy­star­czyło tylko do­star­czyć go do pod­ko­mi­sa­rza Je­rzego Grze­laka, aby pro­ku­ra­tor na­tych­miast pod­pi­sał na­kaz zwol­nie­nia, mo­dląc się, by mu po pen­sji nie po­le­cieli za jej nie­za­sadne tym­cza­sowe aresz­to­wa­nie.

Pepe nie mógł uwie­rzyć, jak mało bra­ko­wało, aby ów cenny do­wód zo­stał znisz­czony, co po­grą­ży­łoby Różę, no może nie na wieki wie­ków amen, ale na pewno na okres, po upły­wie któ­rego nie mo­głaby mieć już po­tom­stwa. A w końcu miał przez nią obie­cane, że zo­sta­nie oj­cem chrzest­nym jej dziecka, więc tym bar­dziej jego od­kry­cie było na wagę złota. Cóż to była za prze­dziwna sprawa...! Nic nie ukła­dało się zgod­nie z lo­giką. W któ­rymś mo­men­cie już na­wet on sam za­czął mieć wąt­pli­wo­ści, czy Róża aby na­prawdę nie zwa­rio­wała już do reszty i nie po­peł­niła czynu, który jej za­rzu­cono. Na szczę­ście szybko się ich po­zbył. Znał w końcu Krull na tyle do­brze, aby wie­dzieć, że nie jest ona w sta­nie skrzyw­dzić żad­nej istoty, na­wet je­śli ta za­szła jej za skórę i to głę­boko. A co do­piero po­zba­wić ko­goś ży­cia...! Raz przez przy­pa­dek, ja­dąc sa­mo­cho­dem, po­trą­ciła wy­ka­zu­jącą skłon­no­ści sa­mo­bój­cze gęś i po­tem mu­siał ją siłą po­wstrzy­my­wać przed pró­bami ra­to­wa­nia ofiary me­todą "usta-dziób", a na­stęp­nie wraz z nią cze­kać go­dzinę na po­myślny wy­nik ope­ra­cji nie­sfor­nego dro­biu, który i tak pew­nie dwa ty­go­dnie póź­niej tra­fił do ro­sołu. Nie, wy­klu­czone! Róża była nie­winna i tego na­le­żało się trzy­mać. Co in­nego jed­nak wie­rzyć w jej nie­win­ność, a co in­nego zdo­być na to do­wód. Jed­nak się udało! Na całe szczę­ście!

- Idziemy! - do­biegł do uszu Pepe cienki, jak się wy­da­wało, dam­ski głos.

"Wresz­cie", po­my­ślał Kwia­tek i od­ru­chowo zro­bił krok do przodu, a po­tem ko­lejny.

Uła­mek se­kundy póź­niej prze­raź­liwy ko­biecy krzyk, od­głos na­głego ha­mo­wa­nia sa­mo­chodu, wi­dok dziecka, wska­zu­ją­cego dło­nią przed sie­bie, oraz blask wciąż czer­wo­nego świa­tła na sy­gna­li­za­to­rze zmie­szały się w jego umy­śle w jedno...

- O Boże!!! - usły­szał jesz­cze, za­nim do­tarło do niego, co się stało.

I, co naj­dziw­niej­sze, nie po­my­ślał wtedy o so­bie, ale tylko o tym, że przez niego Róża spę­dzi kil­ka­na­ście naj­bliż­szych lat za krat­kami.

A po­tem wszystko za­mie­niło się w nie­koń­czącą się ciem­ność.

PO­STACI

Róża Krull - au­torka po­wie­ści kry­mi­nal­nych, która miała sku­pić się na pi­sa­niu no­wej książki, ale los miał wo­bec niej zu­peł­nie inne plany.

Pa­weł "Pepe" Kwia­tek - agent Róży, który po­cząt­kowo ba­ga­te­li­zo­wał fakt, że jego pra­co­daw­czyni do­ro­biła się stal­kera, czego po­tem długo nie mógł so­bie da­ro­wać.

Ma­riusz "Ma­rio" Ko­sek - szef agen­cji PR "360 stopni" i przy­ja­ciel Róży, prze­ko­nany, że au­torka sta­now­czo po­winna po­zo­stać przy po­ma­rań­czo­wych kre­acjach, na­wet kiedy opu­ści już areszt.

Miłka Wę­żow­ska - au­torka po­wie­ści grozy, mocno prze­ra­żona i lekko skon­fun­do­wana fak­tem, że przy­szło jej brać udział w wy­da­rze­niach o wiele bar­dziej mro­żą­cych krew w ży­łach niż te, które opi­suje na kar­tach swo­ich ksią­żek.

Ce­cy­lia Jo­dełka - go­spo­sia Krull, pewna, że je­dy­nym ra­tun­kiem dla Róży jest gor­liwa mo­dli­twa do Świę­tego Dyzmy, pa­trona ska­zań­ców, oraz wy­rzu­ce­nie na śmiet­nik wszyst­kich "zbe­reź­nych" ak­ce­so­riów na czele z ma­sa­że­rem.

Ma­lina Krull - matka Róży, wieczna kró­lowa dram, ukry­wa­jąca przed córką kilka istot­nych wy­da­rzeń ze swo­jej prze­szło­ści.

Wło­dzi­mierz Nie­zgoda - wy­dawca Róży, głę­boko prze­świad­czony o tym, że skoro tra­fiła ona za kratki, to wresz­cie ma czas, żeby na­pi­sać dla niego trzy za­le­głe po­wie­ści i kilka na za­pas.

Mi­chał Wy­rwiń­ski - spe­cja­li­sta do spraw pro­mo­cji w wy­daw­nic­twie Szkar­łatne Li­tery, ura­do­wany fak­tem, że może pra­co­wać z taką sławą jak Róża.

Kry­styna Malch­nik - spe­cja­listka do spraw pro­mo­cji w tej sa­mej fir­mie, w prze­ci­wień­stwie do swo­jego ko­legi uwa­ża­jąca Różę za "nie­do­rzeczne bab­sko z pie­kła ro­dem".

Ilona Kruk - dzien­ni­karka li­fe­sty­lo­wego por­talu Wir­tu­alna Moda, która przez przy­pa­dek od­kryła coś, co zmie­niło ży­cie przy­naj­mniej dwóch osób.

Ce­zary Ni­wiń­ski - pre­zes za­rządu wspól­noty miesz­ka­nio­wej, pra­gnący za wszelką cenę na­mó­wić Różę do współ­pracy i ma­jący przy tym ci­chą na­dzieję, że kiedy wi­ce­bur­mistrz zo­ba­czy w swoim ga­bi­ne­cie "ce­le­brytkę", od razu znaj­dzie fun­du­sze na re­mont ze­wnętrz­nych scho­dów w ich bloku, za­nim po­padną one w cał­ko­witą ru­inę i za­czną pod­nie­cać już tylko ar­che­olo­gów.

Sa­muel Krycki - są­siad Róży, po­dej­rze­wany przez nią o głu­chotę, nie mó­wiąc już o fa­tal­nym gu­ście mu­zycz­nym.

Ta­mara Musz­kow­ska - są­siadka Krull, wie­rząca, że po­zo­stali miesz­kańcy bloku zo­stali na nią na­słani przez siły nie­czy­ste.

Ma­rianna Musz­kow­ska - matka Ta­mary, która nie mo­gła zro­zu­mieć, co ta­kiego uczy­niła swo­jej córce, że ta urzą­dza jej pie­kło za ży­cia.

Le­opold Ma­terna - dawny ko­lega szkolny Róży i za­ra­zem jej pierw­szy chło­pak.

Krzysz­tof Dar­ski - ko­mi­sarz po­li­cji, prze­ży­wa­jący dy­le­mat, czy Róży na­leży po­móc, czy też - skoro już tra­fiła do aresztu - zo­sta­wić ją tam na tak długo, ile tylko się da, by w tym cza­sie móc wresz­cie od niej od­po­cząć.

Je­rzy Grze­lak - pod­ko­mi­sarz po­li­cji, pe­łen wy­rzu­tów su­mie­nia, że przy­szło mu za­pusz­ko­wać ko­bietę, z którą - jego zda­niem - Dar­ski i tak skoń­czy na ślub­nym ko­biercu.

Ra­do­mir Wi­ciak - pro­ku­ra­tor, który uparł się, że za­pusz­kuje Różę na dłu­gie lata, i był pewny, że do­pnie swego.