Miłość a kłamstwo. Samobójstwo - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

7.50 zł
6.45 zł (7,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SAMOBÓJSTWO.

 

Zakopią cię na rozdrożu

Gdy sam porzucisz świat

Tam rośnie kwiat błękitny

Biedny straceńców kwiat...

... Jam długo stał na rozdrożu

Noc głucha skryła świat

A w blasku księżyca chwiał się

Biedny skazańców kwiat...

 

(Heine)

 

Hen, w kącie, pod cmentarnym murem widnieje skromna mogiła. Na pół zapadła w ziemię kryje się, gdyby wstydząc, przed okiem przechodnia... To grób samobójcy, grób na który spoglądają z niepokojem i z ciekawością. Tak, powtarzam, z ciekawością - gdyż mimowolnie myśl się nasuwa: "co skłoniło cię do tego rozpaczliwego kroku, jaka była przyczyna żeś pogardził tem, co niemal każdy przeciętny za najwyższe dobro mieć mniema, żeś pogardził życiem, żeś uciekł po za granicę z kąd powrotu niema, czyś był bohaterem czy tchórzem? Takie refleksje się nasuwają każdemu mniej więcej, na myśl o człowieku, dobrowolnie pozbawiającym się życia.

A temat ten, tem bardziej jest aktualny, że nie tylko liczba samobójstw z dniem każdym niemal się wzmaga, spowodowana nader ciężkiemi warunkami w jakich żyjemy, lecz również dlatego, że jak powiedział któryś z filozofów, prawie niema człowieka, co w tym, lub innym momencie swego życia na dłużej, na krócej, choć na jeden moment, o podobnym straszliwym zakończeniu porachunków z życiem by nie myślał. Na dowód cytują, że wielki cesarz francuzów Napoleon, człowiek o istotnie granitowej woli, który o samobójstwie mawiał, iż jest największą małodusznością, sam trzykrotnie był nawiedzony tą myślą. Po raz pierwszy miało to miejsce po bitwie pod Tulonem. Zwycięzca powrócił do Paryża z masą sławy, lecz również z całym zapasem długów i golizny. Sytuacja finansowa była tak ciężka, iż Napoleon dnia pewnego zdecydował się na zupełnie niedwuznaczny spacer w kierunku Sekwany z zupełnie określonym zamiarem. W ostatniej chwili ktoś chwyta go za rękę. Jest nim niejaki Demassi, wzbogacony handlarz, który usłyszawszy o co chodzi wtyka przyszłemu cesarzowi 30 tysięcy franków i ucieka. Coprawda zrewanżował mu się później Bonaparte, gdyż oddał mu 300 tys. franków, oraz mianował głównym inspektorem rządowych ogrodów.

Po raz drugi nawiedziła Napoleona myśl o samobójstwie, gdy udawał się na podbój Egiptu. Egiptu miała bronić flota angielska - to też kiedy zbliża się do brzegów, na niewielkim statku, zdala widzi liczne okręty. Wielki wódz wyciągnął już flaszkę z trucizną ...na szczęście okazało się, iż były to statki neutralne.

Po raz trzeci Napoleon truł się na prawdę. Było to po przegranej kampanii w 1814 r. w Fontainebleau. Zażył silną dawkę. Lecz czy trucizna była zbyt słabą, czy też odmieniono mu flaszeczkę z toksykiem, którą stale przy sobie nosił - dość, że dostał tylko silnych kurczy żołądkowych i odratowano go z łatwością...

Tak, żelazny Bonaparte trzykrotnie chciał uciec przed życiem... tem niemniej w swych pamiętnikach, dyktowanych na wygnaniu, na wyspie Św. Heleny, mawiał: samobójstwo z miłości - to obłęd; z nędzy - małoduszność, z poczucia honoru - tchórzostwo. A żyć pomimo dokuczliwych złośliwości wroga i jego naigrawań - to męstwo.

Jak wiemy, miał tu siebie na myśli, bo strażnicy wielkiego cesarza - anglicy, a szczególniej gubernator sir Hudson Love nie szczędzili na wyspie św. Heleny żadnego upokorzenia, żadnej moralnej szpilki - więźniowi.

Jako więc dla przykładu, że niemal każdego z nas nawiedzać może myśl samobójcza, pozwoliłem sobie powołać się na genialnego, niezłomnego Napoleona tudzież zacytować jego zdanie. Lecz ze zdania tego nasuwałaby się myśl, że wielki Korsykanin aczkolwiek o samobójstwie myślał, jednak niem pogardzał, uważał je za coś niegodnego: za podłostkę...

Czyż tak jest istotnie, czy istotnie człowiek pozbawiający się życia jest tchórzem, na to pytanie należy się odpowiedź?

Więc zwróćmy się znów do historji, tej wielkiej nauczycielki, i mistrzyni życia. W różnych jej epokach różne były poglądy, a samobójstwa niejednokrotnie bynajmniej nie uważano za tchórzostwo, przeciwnie za bohaterstwo. Tedy w starożytności głębokiej, u Celtów, religja pochwala nawet pozbawianie się życia, w Szwecji starcy nie oczekiwali śmierci, lecz gdy dochodzili do pewnego wieku, rzucali się do morza (jakoby i u nas pośród górali podhalańskich ma panować ten zwyczaj i starcy wyruszają w góry, by zginąć z głodu lub rozszarpani przez dzikie zwierzęta - przynajmniej tak to opisał w jednej ze swych nowel Tetmajer); u Germanów według sag, sam bożek Odyn miał przy pomocy przebicia się oszczepem przewędrować w sfery wyższe.

Nic dziwnego, że u plemion pierwotnych, które wogóle życie ludzkie miały za nic i nie ceniły go zgoła, spotykamy się z takim poglądem. Lecz toż samo skonstatujemy u greków i rzymian. Słynny prawodawca spartański Likurg daje Sparcie prawa i prosi, by zachowywano je tak długo dopóki nie powróci - a chcąc, by obywatele stosowali się do nich wiecznie, odbiera sobie życie. Tak postępuje Likurg i wszyscy czczą go, jako bohatera. Lecz szukajmy dalej. Wyrocznia ogłasza królowi Aten - Kodrusowi, że ten naród w bitwie zwycięży, którego król zginie - i Kodrus zabija się przez gorącą miłość ojczyzny czczony za to rozumie się, i uwielbiany przez potomnych.

Wogóle w rozumieniu starożytnych, samobójstwo jest wprost niezbędną konsekwencją pewnych faktów, rozumie się samo przez się. Każdy zwyciężony wódz woli więc zginąć z własnej ręki, jako bohater, niż służyć za ozdobę triumfalnego pochodu przeciwnika. Słynny wojownik Hannibal (183 d. N. Ch.) truje się po przegranej bitwie, toż samo czyni nie mniej słynny Mitridates, toż samo tajemnicza a przepiękna królowa Egiptu Kleopatra, gdy widzi, że Oktawiusz nie ulegnie jej czarom a pragnie ją wieźć do Rzymu, by służyła za największe trofeum, jako ozdoba jego rydwanu. Toż samo uczynił poprzednio i jej kochanek Marek Antoniusz, po klęsce, czując iż niema co liczyć na względy zwycięzcy!

Rzeczy te rozumiały się same przez się i przeciwnie gdyby człowiek był żył dalej stałby się nieciekawym - przeżyłby samego siebie, nie liczonoby się z nim, umarłby okryty hańbą, podczas, gdy sam sobie zadany tragiczny koniec opromieniał go sławą nieśmiertelną.

W taki sam sposób zginął najsłynniejszy mówca Demostenes w obawie, iż ateńczycy wydadzą go macedońskiemu wodzowi Antypatrowi, w takiż sam sposób zginął i słynny Kato młodszy, po rozbiciu partji demokratycznej przez Juljusza Cezara. Uciekł do Attyki, gdzie miał posiadłości a przybywszy do swego domu najspokojniej położył się do łóżka. Wziął do ręki traktat Platona "O nieśmiertelności duszy" i przeczytał go od deski do deski, poczem przebił się mieczem. Na stuk upadającego ciała nadbiegli domownicy, starając się go odratować. Nałożono opatrunki. A gdy domownicy wyszli, złudzeni pozornym snem Katona, ten zerwał opatrunki i zmarł z upływu krwi.

Takie to samobójstwa uważano za bohaterstwa a rzymska maksyma głosiła "mori licet cui vivere non placet" oznaczając, że dobrowolna śmierć jest nieubłaganą konsekwencją pewnych postępków. Kiedy więc Lukrecja, żona Kollatyna, będąc zniewolona siłą przez syna króla Tarkwinjusza, wyznała ten fakt mężowi, błagając o zemstę, poczem odebrała sobie życie - postępek ten również uważano za naturalny i uważano ją za bohaterkę mimo że za sam fakt zniewolenia nie ponosiła ona żadnej winy. Dlatego ze spokojem popełniano samobójstwa, na rozkaz tyranów. Ze spokojem wypił czarę trucizny w więzieniu Sokrates, ze spokojem pozbawił się życia na rozkaz Nerona Seneka, a scena śmierci niezrównanego arbitra aelegantiarum Petroniusza, który rozciąwszy sobie żyły w wonnej kąpieli do ostatniej chwili dyskutował z przyjaciółmi o rzeczach wzniosłych i pięknych, czynić zawsze będą wstrząsające wrażenie. A gdy poczuł najwytworniejszy z wytwornych, że moment śmierci się zbliża, rozkazał zanieść Neronowi swój nieśmiertelny "Satiricon", w którym bezlitośnie wyszydzał tyrana. Takie były zapatrywania na samobójstwo w starożytności, takie poglądy - i nic też dziwnego, że na tem tle wyrodziła się specjalna filozofja, chwaląca czyny powyższe. "Mori licet cui vivere non placet". Więc Epikur, twórca szkoły epikurejczyków (280 r. d. Ch.), szkoły propagującej wykwint i jaknajwiększe użycie życia, powiada, że żyć należy dopóty dopóki używać można rozkoszy, a gdy nadejdą klęski, choroby, lub niepowodzenia, najlepiej umrzeć. Ideę tę rozwijał Hehesius: "szczęście to użycie, bieda to śmierć" wykładał, a czynił to z takim zapałem, że wielu, pod wpływem jego słów odbierało sobie życie.

Takiegoż samego zdania jest twórca drugiej szkoły filozoficznej - Stoików - filozof Zenon, choć wychodzi wręcz z odmiennego założenia: "Jeżeli życie się źle układa - to lepiej umrzeć." Najlepiej twierdzenie to swoje poparł Zenon przykładem, gdyż popełnił samobójstwo w 264 r. (d. Chr. P.) z tego powodu, iż złamał palec u nogi.

Nic dziwnego, że pod wpływem podobnej...................

MIŁOŚĆ I KŁAMSTWO.

 

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje

Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje

Dla tego rad śród ludzi zdania swoje szerzyć

By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć!

 

(Mickiewicz)

 

"Zdania i uwagi, wybrane z dzieł Jakóba Boehme,

Anioła Ślązaka i Saint Martina".

 

W ten to sposób pisze Mickiewicz o kłamstwie, przypisując mu pochodzenie szatańskie... Lecz zanim przystąpimy do samego tematu, do ustalenia związku, jaki pomiędzy miłością a kłamstwem zachodzi, wprzód musimy poświęcić słów parę samemu kłamstwu.

Co to jest kłamstwo?

Kłamstwo zwykle określane bywa, jako świadome mówienie nieprawdy.

W związku z tem na kłamstwo panują najróżnorodniejsze poglądy. Surowi moraliści uważają je za grzech, za występek wielki, twierdzą, jak między innemi filozof Kant, że kłamstwo nawet wtedy byłoby niedozwolone, gdyby od niego ocalenie całego świata zależało. Toż samo mówi Św. Augustyn, że kłamać nigdy nie wolno.

Ale już inni i to bardzo zaciekli filozofowie muszą z tego stanowiska czynić najprzeróżniejsze koncesje. Tak więc Wiktor Cathrein, w swej "Filozofji moralnej" (Bibljoteka dzieł Chrześcijańskich) opatruje powyższe zdanie Św. Augustyna następującym komentarzem: twierdzenie to zdaje się prowadzić do wielu trudności w życiu praktycznem, często bowiem dla jednostki, lub dla ogółu zachowanie tajemnicy jest konieczne.

Istotnie jeżeli zejdziemy z wyżyn wysokiej moralności a zwrócimy się do życia codziennego, to zobaczymy, że nie ma czynu bardziej pospolitego, jak kłamstwo; kłamią dzieci, kłamią dzicy, kłamią histerycy, a postępują tak nie tylko istoty, którym brak moralności, lecz ludzie zażywający jaknajwiększego szacunku.

Pisarz Ryttner poświęcił tej sprawie nawet nowelkę, bodaj zatytułowaną "Prawda":

Do salonu wchodzi szereg osób i każda z nich zmuszona jest mówić prawdę.

Poważny więc profesor zwraca się do swego niemniej poważnego kolegi "jak się masz stary durniu, ciągle ci się jeszcze zdaje, że twoje wykłady są coś warte".

Inna znów matrona, czule się uśmiechając, tak przemawia do jednej z wchodzących pań; "a toś się stara papugo umalowała a ta twoja suknia to pewnie wzięta na kredyt!"

Co się po tych wynurzeniach dziać poczęło - łatwo się domyśleć można - a mała ta próbka aczkolwiek przedstawiona w beletrystycznej formie, jest najlepszym dowodem tego, co w warunkach towarzyskich przy bezwzględnej prawdomówności by się stało.

Rzeczywiście o ile zastanowimy się głębiej, to przekonamy że nie jest to taki paradoks na jaki na pierwszy rzut oka wygląda: wypowiedzenie prawdy w wielu okolicznościach może przynieść daleko większą krzywdę niźli kłamstwo.

Całe nasze skomplikowane życie współczesne buduje się na kłamstwie: pomijając już, że ludzie okłamują się wzajemnie z potrzebą, lub bez potrzeby, kłamstwem jest polityka, kłamstwem jest dyplomacja, kłamstwem jest handel, kłamstwem są finanse, wielkim kłamstwem jest literatura i sztuka. Znakomity pisarz angielski Oskar Wilde pisał nawet w swych świetnych "Djalogach o sztuce" w fragmencie zatytułowanym "Znaki kłamstwa". "Zarówno kłamstwo jak poezja jest sztuką - sztuką o pokrewnym charakterze, jak określił był Plato - i wymagają najsumienniejszych studjów i bezinteresownego oddania... Jak poetę poznajemy po jego subtelnej melodji słowa, tak samo kłamcę po rytmicznym bogactwie wyrazu, a u żadnego nie wystarcza samo tylko przypadkowe natchnienie chwili, jak wszędzie tak i tu ćwiczenie poprzedza doskonałość..." Świetny swój błyskotliwy essey opatruje Wilde komentarzem, że "dziwna banalność współczesnej literatury nastąpiła na skutek zaniku kłamstwa, jako sztuki, umiejętności i przyjemności". Takie tedy mamy o kłamstwie najróżnorodniejsze zdania i sądy. Lecz jeśli każdy z nas na pierwszy rzut oka przyznać musi dopuszczalność w bardzo, a bardzo wielu wypadkach w naszych życiowych stosunkach kłamstwa, jako "malum necessarjum" - jako konieczności, to jakże rzecz się będzie miała z ustosunkowaniem świadomego mówienia nieprawdy do miłości.

 

Kochanko moja! na co nam rozmowa

Czemu chcąc z tobą uczucia podzielać

Nie mogę duszy prosto w duszę przelać

Za co ją trzeba rozdrabniać na słowa

Które nim słuch twój i serce dościgną

W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną.

 

Kocham, ach kocham, po sto razy wołam

A ty się smucisz i zaczynasz gniewać

Że ja kochania mojego nie zdołam

Dosyć wymówić, wyrazić, wyśpiewać;

I jak w letargu nie widzę sposobu

Wydać znak życia, bym uniknął grobu.

 

Strudziłem usta daremnem użyciem:

Teraz je z twemi chcę stopić ustami,

I chcę rozmawiać tylko serca biciem

I westchnieniami i całowaniami

I tak rozmawiać godziny, dni, lata

Do końca świata i po końcu świata

 

W miłości więc prawdziwej słów nawet nie potrzeba; dusza rozmawia z duszą, bo miłość prawdziwa, wielka, wzajemna polega na zlaniu się dwóch jednostek kompletnie, na tym wytworzeniu z dwojga osób jednej całości. Trudno teoretycznie z prawdziwą miłością pogodzić kłamstwo, trudno wyobrazić sobie jak para kochanków może się wzajem oszukiwać, może mówić to czego nie ma na myśli, skoro właśnie wielka, prawdziwa miłość polega na jaknajwiększej szczerości.

Tak zdawałoby się pozornie, cóż z tego kiedy życie, to przeklęte życie, które nami kręci, niby marjonetkami w wielkim teatrze kukieł decyduje zgoła inaczej, zgoła w inne warunki nas stawia.

Dla zilustrowania przytoczę ustęp z nowelki Srokowskiego "Szklanka kawy".

Poznali się; on był poetą, ona zaś, panna Dusia, sprzedawczynią w sklepie z czekoladkami. Poznali się i pokochali, jak para dzieciaków.

Spotykali się codziennie, obiady jadali razem, chodzili na długie spacery. Lecz razu pewnego, on skonstatował, że niema nawet paru groszy na obiad. - Przytaczam ustęp.

"Co począć? myślałem. Brak obiadu nie przerażał mnie wcale... ale co Dusia pomyśli, gdy nie przyjdę? Ostatecznie wymyśliłem dyplomatyczny sposób. Rano, zaraz po otwarciu sklepu, poszedłem i oznajmiłem jej, że matka moja ze wsi tylko na parę godzin przyjechała i muszę towarzystwa jej dotrzymywać. Wyszedłem. Cały dzień snułem się, jak błędna owca po mieście.

Z uderzeniem godziny ósmej przyszedłem po Dusię. Ona też była smutna i dziwnie zgnębiona... Szliśmy długo milcząc..

W końcu ona przemówiła:

- Wie pan? - i zamilkła.

- Co? - zapytałem.

- Wie pan, chciałam panu coś powiedzieć, tak jak przyjacielowi, ale mi wstyd i nie mogę...

Zacząłem nalegać.

Nic strasznego, o nie... tylko trudno powiedzieć.. Ale panu ufać mogę - nieprawdaż?

- Naturalnie - rzekłem tuląc jej ramię swoim ramieniem.

- No, to już powiem poprostu. Zdarzyło mi się tak głupio, że nie miałam dzisiaj na obiad, a i z tego samego powodu herbata mnie nie czeka i jestem bardzo głodna... Zadrżała bardzo silnie i przygarnęła się do mnie cała. Potem mówiła dalej.

- Wie pan co? Tu niedaleko jest cicha cukierenka. Pójdziemy na szklankę kawy... dobrze?

Słuchałem jej słów niemy, zrozpaczony... Nie miałem przecież złamanego grosza przy duszy! Przechodziliśmy właśnie pustym odludnym placem. Jakieś nawalne, ogromne uczucie wezbrało mi w piersi, czułem łzy w gardle.

- Dusiu, i ja nie mam grosza! Skłamałem... Powiedziałem, że matka przyjechała, bo nie miałem na obiad! Obojeśmy głodni, biedactwo ty moje.

I dotąd nie wiem jak się to stało... Uczułem nagle jej ramiona na mej szyi, uczułem jej drżące usta na mych ustach i łzy jej gorące polały się po mej twarzy i mięszały z zimnym dżdżem listopadowym - świat mi zawirował w oczach i staliśmy - para dzieciaków - w jedną istność zlani, nie zziębnięci, nie otuleni kirem nocy listopadowej, ale płonęły nam jasne słońca i przedziwne rosły nam kwiaty!

Głupie lata!

- Taki obrazek miłosny, połączony z kłamstwem - maluje nam Srokowski. Jakie to było niewinne kłamstwo! Lecz idźmy dalej.

Jak widzimy więc w najczystszej, najbardziej idealnej nawet miłości, kłamstwo, kłamstewko miejsce sobie znajdzie - a w innych wypadkach?

W innych wypadkach bywa bardzo różnie.

Pierwsza więc teorja głosi: niema miłości bez kłamstwa.

Tu zaraz wielką różnicę znajdziemy. Piękne panie zawołają: tak! bo urodzonym kłamcą jest mężczyzna, on nas okłamuje stale i zwykle, symulując miłość!

Na to bardzo energicznie panowie odpowiedzą: nie prawda, po trzykroć nieprawda - to wy, moje panie robicie sobie z nas igraszkę, wyznajecie nam wasze uczucia, by z nas tem lepiej się wyśmiać, tem lepiej nas poniżyć, tem lepiej nami wzgardzić!

Tak zawołają panie i panowie - panowie, naturalnie o ile tylko będą w liczniejszym gronie, bo w domu z tą tezą w cztery oczy wobec małżonki napewno wystąpić się nie ośmielą. Nasuwa się więc pierwsze pytanie: kłamstwo kobiety i kłamstwo mężczyzny. Kto większym jest kłamcą w sprawach miłości, kobieta czy mężczyzna. Groźny wróg kobiety a młodociany filozof Otto Weininger tak się w tej sprawie wypowiada: Kłamliwość, organiczna kłamliwość znamjonuje wszystkie kobiety. Jest to zupełnie błędne, jeżeli się mówi, że kobieta kłamie. Zawierało by to bowiem twierdzenie, że one niekiedy mówią prawdę. Jak gdyby szczerość pro foro interno et externo, nie stanowiła właśnie cnoty do której kobiety są absolutnie niezdolne, która dla nich jest zupełnie nie możliwa! Chodzi o to, ażeby zrozumieć, że kobieta w życiu swojem nie jest nigdy prawdomówna, nawet co więcej właśnie i wtedy nie, kiedy tak, jak histeryczka, niewolniczo jest posłuszna heteronomicznemu wymogowi prawdy i w ten sposób zewnętrznie przecież mówi prawdę. Nawet miłość jest kłamstwem. Miłość u kobiety jest tylko procesem duchowego napełniania się męskością pewnego mężczyzny i dla tego tylko u histeryczki możliwem; z właściwą miłością nie ma ona nic wspólnego.

Kobieta może dowolnie na żądanie śmiać się, płakać, rumienić, nawet źle wyglądać - kiedy tego chce, lub kiedy tego wewnętrzny przymus żąda. Dla takiej kłamliwości brak mężczyźnie widocznie także organicznych fizjologicznych warunków.

W taki to bardzo nieprzyzwoity sposób określa płeć piękną Otto Weininger.

 

Są kategorje i kategorje kobiet.

Kto mi powie, kto odgadnie

W głębi ocznych zwierciadełek

Co u niewiast siedzi na dnie

Czy aniołek czy djabełek?

 

Czy kłamstwo przybiera inne kształty u każdej z płci i czy wogóle jedna płeć bywa skłonniejsza od drugiej do kłamstwa? Pospolita miara jest pod tym względem nieprzychylną płci żeńskiej: w mężczyźnie widzi większą skłonność do lojalności, prawdomówności, szczerości niekiedy aż brutalnej, kobietę podejrzewa o popęd do kłamstw wszelkiego rodzaju, a mianowicie do ukrywania, udawania, kłamliwych wymysłów. Mówią, że kobieta z towarzystwa rzuca chętnie oszczerstwa na swe przyjaciółki, mówią że kobieta z ludu lubi potwarze, mówią, że zamiłowanie do stroju i błyskotek, które cechuje kobietę nie zgadza się z troską o prawdomówność - że kobiety niestałość umysłową posuwają do zupełnego braku zmysłu logiki - że kobieta unika wogóle pytań dokładnych i jasnych odpowiedzi. Krótko mówiąc kobiecość składa się z szalbierstwa mniej lub więcej bezwstydnego.

Wydając tak pesymistyczne sądy o kobiecie jesteśmy ofiarami licznych sofizmatów indukcji. Niektóre kobiety posuwają niezawodnie kłamstwo znacznie dalej, niż mężczyźni. Kobietę podstępną i szalbierczą spotykamy w historji, w życiu codziennym we wszystkich warstwach społeczeństwa; a spotykamy tem częściej, że może ona bezwstydnie otumanić głupców i zmistyfikować ludzi rozważnych. A kobieta staje się zwłaszcza niebezpieczną, gdy do władzy ukrywania, lub kłamliwych wymysłów, dodaje wiarę, wynikającą z miłości. W razie niebezpieczeństwa w obronie swego życia, honoru lub mienia, używa kłamstwa nie dla tego tylko, że jest słabszą, że ma delikatniejszą, niż mężczyzna kompleksję, ale dlatego, że może łatwiej wzbudzić wiarę, drażniąc namiętności połączone z instynktem płciowym.

Może najlepszym przykładem, tu będzie parę scen z komedji Arcybaszewa "Zazdrość", które pozwolę sobie przytoczyć.

Scena I. Mąż widzi jak jakiś obcy pan czule żonie nadskakuje a ta przyjmuje to z radością. Robi scenę. Ta odpowiada najspokojniej: czego chcesz, zwarjowałeś, coś ci się przywidziało.

Scena II. Mąż widzi jak obcy pan najspokojniej całuje żonę jego, a ta przyjmuje to z radością. Znów robi scenę gwałtowną. Żona mówi: czego chcesz, zwarjowałeś, ot tak pocałował mnie niechcący, cóż w tem złego.....

Scena III. Mąż przyłapuje żonę z obcym panem w sytuacji nie pozostawiającej żadnych wątpliwości. Teraz nie dziwimy się wcale. Robi scenę, że mury pękają. Żona na to najspokojniej: wiesz, dziwię ci się - siłą mnie wziął - miej pretensję do niego, nie do mnie.

Tu będziemy mieli kłamstwo posunięte do zenitu, kłamstwo artystycznie perfidyjne, które tak niemożebnem jest do udowodnienia, że klepki się mięszają i w tych wypadkach biedny mąż nie wie czy z niego żartują, czy zwarjował na czysto. Jest to kłamstwo, połączone z przewrotnością i bezwstydem, kłamstwo kobiety cudzołożnej, która w tej broni szuka jedynego wyjścia, jedynego ratunku.

Bardzo zbliżonym do tego rodzaju będą kłamstwa osób histerycznych. Chorobliwa cecha, nazywana histerją jest dosyć ciężka do określenia. Histeryków cechuje zwykle brak systematyzacji procesów psychicznych, wielka ruchliwość umysłu, zmienność, brak dokładnego namysłu, cechy - niepokojące bystrego obserwatora.

Zwykłem tego następstwem jest wielki pociąg do kłamstwa. Wszystkie histeryczki - mówi Azam - wyróżniają się subtelnością, przewrotnością i zamiłowaniem do kłamstwa; cechy te w nich są równie silne, jak chęć zwracania na siebie uwagi, zajmowania innych swoją osobą. Histeryk przejawia się przez ostre przeskoki umysłu, natychmiast zapomina o swych myślach, nie dba o sprzeczności, których nawet nie dostrzega. Histeryków cechuje to jeszcze, że w danym momencie wierzą oni w to, co robią, grają bardzo często komedję, którą przyjmują za istotną prawdę.

Najbardziej typowym okazem kobiety histerycznej będzie dla mnie bohaterka powieści Pierre Louysa p. t. "Kobieta i pajac". Bohaterka tej powieści Conchita kłamie, by wzbudzić zazdrość swego kochanka Matea. Opowiada mu o nieistniejących zdradach, by ten pod wpływem zazdrości bił ją, widocznie w myśl zasady, że skoro mąż niewiasty nie bije, to jej nie kocha, to jej wątroba gnije......................