Miło było cię porwać - Eliza Dąbrowiecka

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

- Miło było cię po­rwać - wy­znał wy­soki bru­net. W swo­jej czar­nej pe­le­ry­nie wy­glą­dał jak ja­kiś czar­no­księż­nik. Miał szar­mancki ton głosu.

Magda le­żała w Do­lince Po­toku Bie­lań­skiego, w któ­rej obec­nie tylko spo­ra­dycz­nie po­ja­wia się woda. Spa­ce­ro­wiczka była za­sko­czona, praw­do­po­dob­nie do­piero te­raz od­zy­skała przy­tom­ność.

- Kim je­steś? - za­py­tała prze­stra­szona.

- Twoim ma­rze­niem - od­po­wie­dział męż­czy­zna z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Skąd wiesz, o czym ma­rzę?

- By­łem w two­jej gło­wie.

- I co tam zo­ba­czy­łeś?

- Nie­speł­nie­nie, nie­po­kój, nie­do­syt - wy­mie­nił bru­net jed­nym tchem. Po­chy­lił się nad le­żącą w do­li­nie ko­bietą. Nie­groź­nie i nie­na­tar­czy­wie. Może chciał jej po­móc, a może... zo­sta­wić nie­do­syt.

Magda przy­po­mniała so­bie oglą­dany ja­kiś czas temu film Być jak John Mal­ko­vich Spike'a Jon­zego. Główny bo­ha­ter po­dej­muje pracę urzęd­nika na Man­hat­ta­nie. Pew­nego dnia w swoim biu­rze od­krywa za szafką ta­jem­ni­czy ko­ry­tarz. Za­in­try­go­wany wcho­dzi do środka. Oka­zuje się, że jest to przej­ście do... mó­zgu zna­nego ak­tora - Johna Mal­ko­vi­cha.

- Je­steś Czło­wie­kiem z Mo­jej Głowy? - Magda za­py­tała swo­jego po­ry­wa­cza.

Od­po­wie­działo jej ski­nie­nie.

Miało się wra­że­nie, że wer­sję tę po­twier­dza rześki wiatr, który na­gle za­czął tań­czyć z li­śćmi. Nie­po­kor­nie, bun­tow­ni­czo wy­gięte ga­łę­zie także zda­wały się przy­ta­ki­wać. Las wy­krzy­wio­nymi, ar­tre­tycz­nymi dłońmi za­sło­nił niebo i choć miał być dla Magdy bramą do wol­no­ści, nie­ocze­ki­wa­nie za­mie­nił się w za­mkniętą prze­strzeń, ro­dzaj ja­kie­goś wię­zie­nia. Fan­ta­zyjne esy-flo­resy i grube pnie sta­rusz­ków drzew stały się kra­tami. Poza tym graby, je­siony, ro­bi­nie i ol­chy wy­raź­nie zmarsz­czyły brwi. O ile wcze­śniej ten las la­tem przy­po­mi­nał Mag­dzie zie­loną bi­żu­te­rię lub ob­raz im­pre­sjo­ni­sty, o tyle te­raz ko­bieta miała wra­że­nie, że zza rogu, zza gru­bego pnia stu­let­niego dębu lub po­tęż­nej so­sny wyj­dzie ja­kiś czar­no­księż­nik.

Jed­nego już zresztą miała tuż nad sobą.

Po­sta­no­wiła wstać, aby wi­doczne z do­linki po­toku pa­górki zo­ba­czyć z tro­chę in­nej per­spek­tywy.

Tak na­prawdę nie wie­działa te­raz do końca, czy żyje, czy nie żyje. Tro­chę się w tym wszyst­kim po­gu­biła. Chwi­lowo stra­ciła pa­mięć. Świa­do­mość po­szła gdzieś do kąta. Zdaje się, że Magda utra­ciła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Na­prawdę była w le­sie...

Zresztą, czym jest ludz­kie ży­cie? To tylko link, który kie­dyś wy­ga­śnie.

Ale tylko czy aż? Ile można zmie­ścić na na­szej stro­nie? Czy po­winno być wszyst­kiego dużo czy mało? "Bło­go­sła­wieni ubo­dzy w du­chu"... Czy wy­gra skrom­ność, czy skrom­no­ści brak?

Czy mię­dzy drze­wami jest coś wię­cej, niż to, co je­ste­śmy w sta­nie zo­ba­czyć?

Męż­czy­zna w ciem­nym płasz­czu za­py­tał:

- Do­kąd chcesz pójść?

- Co za py­ta­nie! Do domu, do Bartka i Amelki, za­łożę się, że cze­kają na mnie. Bar­tek pew­nie się obu­dził i jest zdez­o­rien­to­wany. Która go­dzina? Dla­czego nie da­jesz mi przejść? Czy to ja­kaś gra? Kim ty tak na­prawdę je­steś? - Magda wy­rzu­cała z sie­bie py­ta­nie za py­ta­niem.

Ta­jem­ni­czy męż­czy­zna mil­czał. Jed­nak ko­bieta za­częła w jego ry­sach twa­rzy roz­po­zna­wać lu­dzi, któ­rzy chcieli być jej mi­ło­ścią, tylko że ona nie za­mie­rzała kon­ty­nu­ować tych hi­sto­rii. Serce jej mó­wiło, że po­winna za­cze­kać. Bar­tek oka­zał się sta­ło­ścią, wieczną obec­no­ścią, uko­je­niem i przy­sta­nią.

Ale czło­wiek nie po­trafi do­ce­niać wła­snego szczę­ścia. Czło­wie­kowi wszę­dzie do­brze, gdzie go nie ma.

W in­te­re­su­ją­cych ry­sach twa­rzy Czło­wieka z Głowy Magdy były też jej ma­rze­nia. Wła­ści­wie męż­czy­zna sta­no­wił mie­szankę wspo­mnień z ma­rze­niami. Nie­do­koń­czone z nie­za­czę­tym zna­la­zło uj­ście w jego oso­bie. To, co było, po­łą­czyło się z tym, co mo­głoby się wy­da­rzyć. Cza­so­prze­strzeń za­krzy­wiła się i przy­brała ludzki kształt.

- Ni­g­dzie nie pój­dziesz. Mu­sisz naj­pierw wy­ko­nać trzy za­da­nia - po­wie­dział Czło­wiek z Głowy Magdy.

Las za­szu­miał ma­ni­fe­sta­cyj­nie, oka­zu­jąc apro­batę. Nie bro­nił Magdy, trzy­mał stronę przy­stoj­nego czar­no­księż­nika. Spa­ce­ro­wiczka czuła to każ­dym swoim ner­wem.

Je­ste­śmy w sta­nie wiele zro­bić, aby wró­cić do na­szych bli­skich, aby z po­wro­tem zna­leźć się w domu, co­kol­wiek to zna­czy, bo prze­cież nikt jesz­cze nie za­brał swo­jego ziem­skiego domu tam, do­kąd osta­tecz­nie po­szedł.

- Ja­kie za­da­nia? - ska­pi­tu­lo­wała Magda, bo wie­działa, że nie wy­gra z Czło­wie­kiem ze Swo­jej Głowy.

- Za­mknij oczy.

- Dla­czego?

- To ko­nieczne. Za­mknij oczy.

- Do­brze.

Przy­stojny czar­no­księż­nik wziął za rękę Dziew­czynę z Za­mknię­tymi Oczami. Stę­że­nie ta­jem­nicy się­gnęło ze­nitu. Ręka Magdy drżała. Uścisk męż­czy­zny był do­syć mocny. To nie mógł być duch. To nie mógł być sen.

Ciem­ność pod za­mknię­tymi po­wie­kami nie do­da­wała śmia­ło­ści.

- A te­raz mu­simy znik­nąć - po­wie­dział wy­soki bru­net w czar­nej pe­le­ry­nie.

"Nie!!!" - pro­te­sto­wało coś w środku Magdy.

Mimo za­mknię­tych oczu ja­kąś czę­ścią sie­bie wi­działa, jak Las Bie­lań­ski w od­po­wie­dzi na jej bunt zzie­le­niał ze zło­ści.

Nowi spa­ce­ro­wi­cze i ro­we­rzy­ści nie wi­dzieli tego dnia (ani żad­nego in­nego) Czło­wieka z Głowy Magdy i Dziew­czyny z Za­mknię­tymi Oczami. Nie sły­szeli żad­nych dziw­nych roz­mów. Ale czy prawdę o świe­cie mó­wią ludz­kie zmy­sły?

IV

Ka­ro­lina po­wi­tała czerw­cowy po­ra­nek du­żym zdzi­wie­niem. Za oknem wi­dać było mgłę, do­menę po­ran­ków li­sto­pa­do­wych. Tym ra­zem mleczne ob­łoki od­wie­dziły War­szawę w sło­necz­nym czerwcu. Za­sło­niły niebo, jed­nak nie roz­po­ście­rały się zu­peł­nie ni­sko. Wła­ści­wie w miej­scu po­zba­wio­nym wie­żow­ców ta mgła praw­do­po­dob­nie w ogóle nie zo­sta­łaby ode­brana jako mgła. Tego dnia w War­sza­wie dra­pa­cze chmur mo­gły rze­czy­wi­ście cze­goś do­tknąć...

Po­ezja splo­tła się z prozą, mimo że po­śpiech i znie­cier­pli­wie­nie jak za­wsze to­wa­rzy­szyły lu­dziom wy­cho­dzą­cym w go­dzi­nach szczytu ze sta­cji me­tra Rondo Da­szyń­skiego. To wła­śnie nie­opo­dal tej sta­cji mie­ściło się biuro Ka­ro­liny.

Nie­zły punkt ob­ser­wa­cyjny. Tego ranka nieco oni­ryczny i od­re­al­niony, ale ki­piący ner­wową ener­gią jak za­wsze. Trudno po­wie­dzieć, żeby można było od­na­leźć tu szczę­ście. Ale gdzieś trzeba pra­co­wać...

Ka­ro­lina sta­nęła i stu­dio­wała w mil­cze­niu świat przy za­tło­czo­nym wyj­ściu z me­tra. Mil­czące, sta­lowe wie­żowce gi­nęły w po­ran­nej mgle. Z dołu wy­glą­dały jak nie­do­bu­do­wane bu­dynki ury­wa­jące się w ja­kichś dwóch trze­cich. Niebo po­ło­żyło się na mie­ście osten­ta­cyj­nie. Świat skur­czył się, zmniej­szył, skar­lał. Dzień tak jakby nie do końca się za­czął. Nie można było po­czuć tu dzi­siej­szej sen­nej, nie­mal ba­śnio­wej at­mos­fery z wy­so­ko­ści pięt­na­stego pię­tra. Lu­dzie spie­szyli się do pracy, po­więk­sza­jąc go­rącz­kowo tłum wsia­da­ją­cych i wy­sia­da­ją­cych z me­tra. Teo­re­tycz­nie nie do­tarła dziś do nich mgła - ner­wowe ludz­kie mro­wi­sko tra­dy­cyj­nie kie­ro­wało się ku szkla­nym, asce­tycz­nym biu­row­com. Ko­lejne trans­porty ozna­czały nowe ła­wice. Sporo było tego na­rybku.

Cho­ciaż to zja­wi­sko at­mos­fe­ryczne można było do­strzec do­piero kil­ka­dzie­siąt me­trów nad zie­mią, miało się ta­kie nie­od­parte wra­że­nie, że wszy­scy po­ranni "bo­ha­te­ro­wie" ze sta­cji me­tra Rondo Da­szyń­skiego toną we mgle. Po­ru­szali się jak w tran­sie. Homo ro­bo­ti­cus. Hip­no­tyczny ta­niec ska­za­nych na ru­tynę. W szpo­nach sys­temu. W roli try­bika. W cze­lu­ściach kor­po­lan­dii. W sieci za­leż­no­ści. W łań­cu­chach, kra­tach, do­li­nach i doł­kach. W ry­zach, w po­trza­sku, w po­pło­chu. Ma­rze­nia za­mknięte na klucz, a klucz... gdzieś we mgle.

Ka­ro­lina ze­szła do pod­ziemi me­tra. Pły­nęła ra­zem ze wszyst­kimi w ano­ni­mo­wej, bez­i­mien­nej rzece. Po dro­dze spo­tkała kilka osób za­gu­bio­nych bar­dziej niż inni. Lu­dzie ci po­my­lili bramki w me­trze albo swoim ży­ciu. Pró­bo­wali wejść tam, gdzie było wyj­ście, i wyjść z miej­sca, w któ­rym ewi­dent­nie było wej­ście. Cza­sem jest tak, że chcemy wyjść, a do­piero we­szli­śmy.

Ką­tem oka Ka­ro­lina do­strze­gła jesz­cze jedno przej­ście, szary tu­nel, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie do­strze­gła. Po­my­ślała, że nie spie­szy się aż tak bar­dzo i mo­głaby obej­rzeć do­kład­nie swoje od­kry­cie.

We­szła do tu­nelu. Nie­mal od razu za­częła sły­szeć ja­kieś sze­le­sty. Tu­nel niósł w so­bie czyjś od­dech. I co­raz szyb­sze dźwięki kro­ków. Nie było w tym nic na­tu­ral­nego. Ka­ro­lina po­czuła, że jest śle­dzona.

Od­wró­ciła się. Coś w środku jej mó­wiło, że nie bę­dzie mieć drogi od­wrotu...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki