Wstęp
Wstęp
Kilka dni po samobójczej śmierci Leszka Millera juniora przychodzę do
redakcji "Super Expressu", układając w myślach pytania do jego ojca.
Tragedią byłego premiera i jego najbliższych żyją wszystkie media w Polsce.
Planuję rozmowę, choć wiem, że może nie odebrać telefonu albo po prostu
rzucić słuchawką. Zrozumiałbym. W obliczu takiej tragedii wszystko staje
się mało ważne. Bijąc się z myślami, postanawiam jednak spróbować. Byłby
to pierwszy wywiad po śmierci jego syna. Dzwonię. Słyszę tylko sygnał.
Nikt nie odbiera. Trudno, myślę. Chcę już przerwać połączenie, gdy w słuchawce odzywa się głos. Zimny, poważny, jeszcze niższy niż zwykle.
Gryzę się w język i nie mówię "dzień dobry".
Po złożeniu kondolencji tak delikatnie, jak tylko umiem, zadaję pytanie
Leszkowi Millerowi, czy zechciałby wspomnieć syna. Zgadza się, choć
czuję, że przechodzi piekło. W trakcie rozmowy z byłym premierem szukam
słów, by nazwać to, co przeżywa, czego doświadcza. Szok, dramat, ogromna
strata brzmią jakoś banalnie. Leszek Miller jest tak przybity, że z trudem wypowiada kolejne słowa. Jest mu ciężko, ale czuję, że chce
mówić. Wyrzucić z dna duszy ogrom cierpienia, które przeżywa. Przyznaje
w którymś momencie, że wraz ze śmiercią syna umarła także część jego.
Rozmawiam z zupełnie innym człowiekiem niż ten sprzed kilku dni. Nie z wpływowym, niezłomnym, twardym, a jak trzeba - i cynicznym politykiem,
tylko z ojcem, który musi się zmierzyć ze śmiercią jedynego, ukochanego
dziecka. Mówi: "Chciałbym, aby śmierć syna była tylko sennym koszmarem".
Chwilę milczymy. Potem były premier wraca do tamtego dnia i wiadomości
od szwagra, do którego zadzwoniła partnerka Leszka Millera juniora z informacją o jego śmierci. Nie uwierzył w to, co usłyszał. Sam musiał to
potwierdzić. Usłyszeć to od niej.
Millerowie z wnuczką Moniką spędzali wtedy urlop w Grecji. Trzygodzinny
lot do Warszawy ciągnął się dla nich w nieskończoność. Gdy pytam o ostatnią rozmowę z synem, Leszek Miller na chwilę milknie, by pozbierać
myśli. Słyszeli się cztery dni przed tragedią. Ojciec mówił synowi, jak
bardzo podoba mu się miejsce, w którym wypoczywają. Tym chętniej, że to
właśnie Leszek junior rekomendował rodzicom ten grecki hotel. Tyle
pamięta były premier. A ostatnie miesiące, tygodnie? Ich relacja?
Wspólny czas? Było tego mnóstwo. Rower, piesze wycieczki, narty, filmy,
książki, obiady, marzenia, rozmowy o planowanych, 50. urodzinach syna...
Jego nagła i tak niespodziewana śmierć wszystko przerwała. Czy byli
przyjaciółmi? Na pewno byli ze sobą zżyci. Choć - jak to w życiu bywa -
chwile radosne przeplatały się z tymi mniej przyjemnymi. Ale w takim
momencie jak teraz tych gorszych już się nie pamięta. Albo stara się je
wyrzucić z pamięci.
Gdyby można było cofnąć czas... Miller zrobiłby wszystko, żeby tak właśnie
się stało. Żeby uratować syna. Pomóc mu. Żałuje, że do Grecji nie
wybrali się we czwórkę, ale Leszek Miller junior ponoć nie mógł...
Rozmawiając z Millerem, czułem nie tylko jego emocjonalny ból, lecz
także wielki bunt wobec tragedii, jaka go spotkała. Tym silniejszy, że
śmierć juniora była też ciosem dla jego córki, Moniki.
Choć Leszek Miller jest niewierzący, telefon z Watykanu od kardynała
Konrada Krajewskiego był dla niego ważny. Kardynał w imieniu papieża i swoim zadeklarował, że będą się modlić w intencji Leszka Millera
juniora. To bardzo poruszyło byłego premiera. Wyrazy wsparcia i słowa
pocieszenia nadeszły także ze wszystkich stron polskiej sceny
politycznej: od Beaty Szydło, Mateusza Morawieckiego, Andrzeja Dudy,
Donalda Tuska, Aleksandra Kwaśniewskiego. Polityczne podziały na chwilę
odeszły na dalszy plan.
Moja wydrukowana na łamach "Super Expressu" rozmowa z Leszkiem Millerem
została opatrzona tytułem "Czuję, że sam umarłem".
Rozdział 1
Lesio, czyli bardzo trudne początki
Środa, 3 lipca 1946 roku, jest dniem wyjątkowo upalnym. Temperatura
dochodzi do niemal 40 stopni Celsjusza. Słońce wzejdzie o 4.18, a zajdzie o 21.01. Nazajutrz, 4 lipca, rozegra się kielecki pogrom Żydów,
a w Gdańsku na szubienicach zawiśnie 11 nazistowskich oprawców z obozu
koncentracyjnego Stutthof. Egzekucję obejrzy 200 tysięcy osób. Ludzie,
którym zakłady pracy dały tego dnia wolne i zwoziły na miejsce kaźni,
wchodzą na drzewa i dachy, bo z góry lepiej widać egzekucję. Polska z rąk niemieckich trafia w szpony Moskwy. Choć wojna się skończyła, nie
jest to łatwy czas na wychowywanie dzieci.
I właśnie 3 lipca 1946 roku pół godziny po północy Anna z domu
Dudkiewicz rodzi w żyrardowskim szpitalu chłopca. To jej pierwsze i -
jak się później okaże - jedyne dziecko. Leszek waży 2900 gramów, mierzy
prawie 50 centymetrów. Poród nie jest łatwy, a matka obawia się o życie
dziecka. Lekarze nie mają dobrych wieści, ale noworodek jakimś cudem
wyszarpuje życie. Już wtedy "walka" to było jego drugie imię. Mały
Leszek niemal od urodzenia cierpi z powodu przeziębień, gorączek, bólów
głowy. To dla niego przerażające doświadczenia. Często słyszy słowa
matki, że syn może długo nie pożyć. I stale żyje w strachu.
- Mama walczyła o mnie jak prawdziwa lwica, bym w ogóle przeżył... Byłem
bardzo chorowity. Grypy, zapalenia płuc, oskrzeli - wszystko, co możliwe
- znosiłem z trudem. Ale dzięki temu w końcu się uodporniłem i później
już nie chorowałem - wspomina Leszek Miller.
Czasem czarujący, czasem zimny i niedostępny. Taki jest Leszek Miller,
gdy spotykamy się i rozmawiamy o jego życiu. Spacerujemy ulicami
Żyrardowa. Panuje zimowa mroźna aura. Z okna jednej z kamienic wychyla
się kobieta i przywołuje dziecko do domu. Leszek Miller przystaje.
Zamyśla się. Czy przypomina sobie, jak matka wołała go, gdy przed laty
sam bawił się na jednym z tutejszych podwórek? Nie pytam, nie chcę
zakłócać mu tej chwili.
Mijamy szpital przy ulicy Limanowskiego, w którym przyszedł na świat
przyszły premier. Niecały rok później zostanie ochrzczony, a do kościoła
tłumnie zejdzie się cała rodzina od strony matki. Ojciec zostawi ich,
gdy Leszek będzie miał zaledwie pół roku. Czy przyszedł na chrzciny
dziecka? Czy stał w kącie kaplicy, chowając się przed niechętnymi
spojrzeniami byłej żony i jej bliskich? Jeśli tak było, wiedziała o tym
tylko matka Leszka.
Zanim jednak odbędą się chrzciny, po tygodniach spędzonych w szpitalu
wreszcie wróci do matki. Tyle że nie mają dachu nad głową. Dokąd pójść?
Tułać się po ulicach? Czy kobieta ma oddać synka do przytułku, a sama
ruszyć w świat za chlebem? W głowie młodej matki kołacze się pytanie: co
dalej?! Na ojca Leszka liczyć nie mogą. Florian Miller, z zawodu
krawiec, zostawił żonę z niemowlakiem, by układać sobie przyszłość z inną kobietą. Miller nigdy mu tego nie wybaczy. Na szczęście Anna, z zawodu szwaczka, ma braci, którzy przygarniają ją z dzieckiem.
Do 1953 roku będą się gnieździć w drewnianej chałupinie we wsi Teklin
tuż pod Żyrardowem. Małym Lesiem opiekują się bliscy, gdy jego mama
dzień w dzień od rana do wieczora haruje w Spółdzielni Pracy
"Żyrardowianka". Leszek Miller wspomina:
- Zostaliśmy przygarnięci przez krewnych mamy, choć wszyscy mieli
przecież swoje dzieci. W sumie z dorosłymi było nas dziesięcioro. Może
mieliśmy ciasno, ale było wesoło. Złapałem świetny kontakt z trzema
siostrami ciotecznymi i ciotecznym bratem. Jedna wielka zabawa od rana
do nocy.
Ojca zastępują mu wtedy matka, wujowie i ich żony, dla Leszka - ciotki.
Tworzą jedną wielką rodzinę. Lesiowi nikt nie daje odczuć, ani dorośli,
ani dzieci, że jest kimś gorszym, bo wychowuje się bez ojca.
- Ojciec nie był mi wówczas do niczego potrzebny - kwituje dziś Miller.
Lesia, bo tak na niego wołano, wszystko na wsi zajmuje. Gdy trochę
podrośnie, będzie biegał do oddalonej o kilkadziesiąt metrów sadzawki z ręcznikiem i szarym mydłem. Codziennie rano. W domu brakuje toalety,
jest tylko skromny wychodek za stodołą.
Leszek jest ciekawy świata. Poznaje przyrodę, pomaga w polu - wszystko
na miarę jego kilkuletnich możliwości. Dni upływają mu na bieganiu po
łąkach, kąpielach w sadzawce, spacerach po lesie, zbieraniu jabłek w sadzie. Nie zraża go zapach chlewika, lubi patrzeć na świnie zajadające
paszę. Gania za kurami, zagląda do studni, która stoi na środku
podwórka. Ot, typowe zajęcia dziecka w wiejskiej zagrodzie. Dom, w którym wychowywał się Miller, stoi do dziś. Choć teraz jest już
całkowicie przebudowany. Mieszka tam jeden z ciotecznych braci premiera.
Od małego Lesio, wychowywany w duchu katolickim, modli się co wieczór z całą rodziną. Dziesięć osób punktualnie o godzinie 19 gromadzi się pod
świętym obrazem, wszyscy klękają i odmawiają pacierz. Proszą Boga, by
tylko nie było gorzej, niż jest. I jeszcze, żeby plony się udały tego
lata.
- Modlitwa wynikała u mnie bardziej z presji rodziny, nakazu i obyczaju
niż z potrzeby serca i wiary w metafizyczne bóstwo - mówi mi dziś
Miller.
Mimo biedy ich życie było względnie beztroskie. Wieczorami w soboty i niedziele dorośli mogli zasiąść do stołu i spokojnie pogawędzić.
Popijali wódkę, ale z umiarem. Jedli, śmiali się, bawili. Zwykłe
wiejskie uciechy. Młodszym domownikom udziela się ta atmosfera, razem
raźniej, w kupie siła! Tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem,
miesiąc za miesiącem.
- Choć w domu się nie przelewało, było tam sporo książek. Rodzina mojej
mamy to ludzie ciężkiej pracy. Gdy wracam pamięcią do tamtych czasów,
podziwiam ich za to.
W długie zimowe wieczory kilkuletni Leszek siada przy piecu i wraz z innymi domownikami z zapartym tchem słucha opowieści najstarszych o nieboszczykach powstających z grobów i snujących się po cmentarzu. Przez
te historie Lesia ogarniał paniczny strach, zwłaszcza gdy w jesienno-zimowe wieczory musiał maszerować do jednej z ciotek
mieszkającej nieopodal żyrardowskiego cmentarza. Kiedy przechodził tuż
obok mogił, jego wyobraźnia kazała mu wierzyć, że trupy za chwilę chwycą
go za ręce i nogi. W myślach powtarzał, że to tylko jego wybujała
fantazja, ale nie pomagało. W końcu zaczął wybierać dłuższą drogę do
ciotki, żeby tylko nie przechodzić obok cmentarzyska.
Matka Leszka (odeszła w 1983 roku) urodziła się w bardzo biednej
chłopskiej rodzinie w Miedniewicach, ukończyła cztery klasy szkoły
elementarnej. Później rodzina przeprowadziła się do podżyrardowskiego
Teklina, dziś to dzielnica tego miasta. Miller:
- Gdy moja mama poszła do pracy w żyrardowskiej szwalni, stała się
członkinią klasy robotniczej - wspomina z dumą. - Przez całe życie byłem
bardzo emocjonalnie związany z mamą, nadal jestem. Bardzo mi jej
brakuje.
Matka była jego bohaterką, siłaczką. Łączyła w sobie siłę i odwagę z łagodnością, altruizmem i empatią. To ona wbijała do głowy małemu
Leszkowi, że jeśli chce być kimś, musi chodzić do szkoły, uczyć się i czytać książki. Za największą zdobycz powojennej Polski uważała właśnie
oświatę, szansę na edukację dla każdego dziecka bez względu na jego
pochodzenie.
- W miarę dojrzewania pochłaniałem więc wiele książek, odwiedzałem
wszystkie biblioteki w Żyrardowie, uwielbiałem książki przygodowe.
Zaczytywałem się choćby w Jacku Londonie, uwielbiałem jego Martina
Edena.
Czasy były wtedy ciężkie. Tak naprawdę mama pracowała na dwóch etatach:
w szwalni i w polu. Brała mnie za rękę i szliśmy na wieś. Dzięki czemu
koszty życia były mniejsze, bo mieliśmy żywność.
Anna, która była dla Lesia jednocześnie matką i ojcem, ze względu na
syna nigdy już nie wyszła za mąż. Całą miłość przelała na jedynaka. Żyła
tylko dla Lesia. Była nadopiekuńcza, to jednak Millerowi wyszło tylko na
dobre. Harowała od rana do nocy, byleby tylko mały Lesio wyrósł na ludzi
i nie skończył jako chuligan, bezdomny czy kryminalista.
- Dziś Żyrardów to, można powiedzieć, luksus. Kiedyś było tu zupełnie
inaczej. Gdybyśmy chodzili tymi uliczkami jakieś sześćdziesiąt lat temu,
spotkalibyśmy element przestępczy lub żuli, którzy w miejscowym parku
godzinami pili bełta czy jabola. Bylibyśmy zapewne też świadkami, jak
jeden drugiemu obija mordę. Takie były czasy. Miałem to szczęście, że
moja mama trzymała mnie dość twardą ręką, ale i otaczała wielką
miłością. Dzięki niej się nie stoczyłem, a sprzyjających okoliczności i pokus, by zejść na złą drogę, było wtedy od groma - opowiada Miller.
Miller wspomina o chorobie matki.
- Mama przewlekle chorowała na astmę, potem przyplątały się schorzenia
płuc. Nie dawała sobie rady, zarabiała niewiele, a ja byłem coraz
starszy, miałem też większe potrzeby. Mieszkaliśmy razem i starałem się
być maksymalnie pomocny. Między innymi właśnie dlatego wybrałem szkołę
zawodową - żeby jak najszybciej znaleźć zatrudnienie i zarabiać.
Chciałem odciążyć mamę. Miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy przekroczyłem
bramę zakładu pracy. Gdyby nie jej bardzo poważna choroba, wybrałbym
Marynarkę Wojenną. Zawsze chciałem pływać na okrętach, być na morzu -
mówi.
*
Następnym razem spotykam się z Leszkiem Millerem późnym latem niedaleko
gmachu Sejmu. Jest sobota, zjawiam się 10 minut przed czasem. Zamawiam
dla nas piwo bezalkoholowe, przygotowuję dyktafon, notatnik, długopis. W tle słychać gwar rozmów, w pobliskim barze grają Chłopaki nie płaczą
zespołu T.Love. Z parku wyjeżdża rowerzysta. Nie wierzę własnym oczom,
ale tak - to Leszek Miller! Krótkie spodenki, koszulka, kolarskie
rękawiczki, okulary przeciwsłoneczne - były premier wygląda jak
profesjonalny kolarz. Takiego go jeszcze nie widziałem. Zsiada dziarsko
z roweru, zajmujemy miejsce w kawiarnianym ogródku.
Gawędzimy trochę o polityce, tej polskiej i unijnej. Miller opowiada o pracy w Brukseli. Jest w dobrej formie, uśmiechnięty, żartuje, śmiejemy
się. Dzisiaj nie ma jednak dla mnie zbyt wiele czasu, dlatego szybko
przechodzę do sedna.
Pytam go o rodziców. O ojcu i jego rodzinie - w przeciwieństwie do
historii rodziny mamy - wie niewiele. Kilka lat temu dostał anonimową
przesyłkę - ktoś wsunął do koperty kopię aktu chrztu Floriana Millera,
jego ojca.
- Wykaligrafowanym rosyjskim pismem sporządzono dokument, z którego
wynikało, że ojciec został ochrzczony w kościele św. Aleksandra na placu
Trzech Krzyży w Warszawie. Ale skąd rodzina ojca przywędrowała? Nie mam
pewności, najpewniej byli to Niemcy z Moraw. I zapewne szybko
spolszczyli nazwisko.
Ojca uważa za tchórza, który zdezerterował w obliczu rodzinnych
trudności.
- Leszek półsierota, tak można powiedzieć. Ojciec zostawił nas dla innej
kobiety - mówi mi Miller.
I mimo że rozmawiam z 75-letnim mężczyzną, do tego przecież politykiem o niebywale grubej skórze, byłym premierem, przywódcą lewicy, to w Leszku
coś pęka, gdy pytam go o wczesne koleje losu.
O ojcu Leszek Miller nic ciepłego nie powie. Nigdy go nie poznał, nie
zamienił z nim ani słowa. Zresztą matka zabroniła mu się kontaktować z Florianem, mimo że nadal mieszkał w Żyrardowie.
Kiedyś nadarzyła się nawet okazja do spotkania, ale matka Leszka, widząc
byłego męża idącego chodnikiem, mocno chwyciła siedmiolatka za rękę,
zasłoniła mu oczy i przeszła na drugą stronę ulicy. Tyle widział się z ojcem.
Leszek Miller opowiada:
- Ojciec był dla mnie kimś abstrakcyjnym, zmarł, gdy miałem 11 lat,
chociaż dla mnie nie żył od zawsze. Spoczął na żyrardowskim cmentarzu,
ale nie byłem na jego pogrzebie, nie wiem nawet, kiedy dokładnie umarł,
chyba w 1957 roku.
Patrzyłem na ojca oczami mojej mamy, a ona bardzo emocjonalnie
podchodziła do tego tematu. Nie wiedziałem i nie rozumiałem, dlaczego
ojciec od nas odszedł. Niemal codziennie obserwowałem ból mamy, nie
mogła się z tym wszystkim uporać i pogodzić. Wiedziałem, że czuje się
skrzywdzona do szpiku kości, było mi z tego powodu bardzo przykro.
Nienawidziłem ojca i nadal go nienawidzę. Nigdy mu nie wybaczę, że przez
niego mama tyle wycierpiała.
Nigdy też ojca nie szukałem. Nie chciałem się z nim kontaktować i nawiązywać żadnych relacji, bo byłoby to przecież sprzeniewierzeniem się
mamie. Gdy w rodzinnym albumie oglądałem zdjęcia ślubne moich rodziców,
ojciec był dokładnie wycięty nożyczkami ze wszystkich fotografii.
Brak ojca wcale mi nie doskwierał. Jedna z moich znajomych zauważyła
ostatnio, że opowiadam się przeciwko adopcji dzieci przez pary
jednopłciowe, choć przecież sam byłem wychowywany w jednopłciowej
rodzinie, na czele z mamą i ciotkami - i wyrosłem na porządnego gościa.
Można się więc wychować bez ojca i nie wylądować w kryminale czy
zakładzie poprawczym.
W tamtym czasie mały Leszek zrobi dla matki wszystko. Dla niej i ciotek
będzie co niedzielę zakładał białą komżę, by stanąć przy ołtarzu. Dla
najważniejszych kobiet w swoim młodym życiu jest w stanie dużo
ścierpieć.
- Moja religijna rodzina bardzo chciała, bym jak najwcześniej został
ministrantem, a ja się nie opierałem, choć powołania nie czułem. Jednak,
gdy po raz pierwszy służyłem do mszy i zobaczyłem w kościele w pierwszym
rzędzie te rozentuzjazmowane miny ciotek, nie mówiąc już o mamie, to
pomyślałem: "Dobrze, niech wam będzie, zostanę ministrantem".
- Dziś jestem agnostykiem, od religii i Kościoła odchodziłem stopniowo,
po wielu dyskusjach i przeczytaniu rozmaitych książek.
Zostałem, oczywiście, ochrzczony, byłem bierzmowany, jako ministrant
służyłem do mszy, wziąłem nawet ślub kościelny, bo moja żona jest
wierząca, a w młodości co niedzielę chodziłem do kościoła na godzinę 9,
bo w żyrardowskiej świątyni była o tej porze msza dla młodzieży. Później
jednak oddalałem się od Kościoła.
W wieku 14 lat był świadkiem zdarzenia, które na zawsze odcisnęło na nim
piętno i spowodowało, że całkowicie zwątpił w religię, wiarę i księży.
- Przypadkowo zobaczyłem moją cioteczną siostrę, również 14-latkę, w przedziwnej, gorszącej pozie z naszym dobrym znajomym księdzem na
kanapie na plebanii. Absolutnie dwuznaczna sytuacja. Leżeli na kanapie,
a ja nie wierzyłem własnym oczom. Nic nie powiedziałem, chyba nawet mnie
nie zauważyli. Trzasnąłem drzwiami i wybiegłem. Wtedy pomyślałem: "Dość
tego, moje mnożące się wątpliwości dotyczące wiary i Kościoła właśnie
się wyczerpały". Był to dla mnie szokujący widok. Na pewno zrozumieli,
że ktoś ich widział, że ktoś wszedł do pokoju, ale nie wiedzieli, kto
ich nakrył. Nigdy na ten temat z siostrą nie rozmawiałem.
Ten ksiądz zapraszał młodzież na plebanię, graliśmy w ping-ponga,
jeździliśmy na wycieczki rowerowe. Ale ja, na szczęście, nie miałem
żadnych sytuacji z tym duchownym. Interesował się raczej kobietami i wszystko wskazuje na to, że w dodatku, niestety, zbyt młodymi.
Gdy Leszek ma kilka lat, matka zabiera go już ze sobą do Żyrardowa -
sama idzie do pracy, a syna zostawia w tym czasie w Ochronce, jednej z pierwszych tego typu instytucji socjalnych i pomocowych powstałych
jeszcze za czasów Królestwa Polskiego. Budynek został ufundowany w 1875
roku przez niemieckiego przemysłowca Karola Augusta Dittricha na
terenach dawnej osady fabrycznej, a dziesięć lat później zmodernizowany.
Uczęszczały tam dzieci od trzeciego roku życia. Początkowo było ich 360,
a kilka lat później niemal czterokrotnie więcej.
Wkrótce obok przedszkola wybudowano Babiniec, czyli dom, w którym
mieszkało około 30 przedszkolanek. Ochronka usytuowana przy placu Jana
Pawła pełniła funkcję wczesnego przedszkola dla dzieci robotników
zatrudnionych w tamtejszej fabryce lnu. W czasie I i II wojny światowej
w Ochronce zorganizowano szpital wojskowy. Do swej pierwotnej funkcji
wróciła tuż po 1945 roku. Dziś mieści się tu Miejskie Przedszkole nr 9.
Kim był wspomniany Karol August Dittrich? Urodził się 30 września 1819
roku w Lipsku w rodzinie przemysłowców. Po ojcu odziedziczył smykałkę do
interesów. Był agentem handlowym i inwestorem. W 1857 roku ze
wspólnikiem kupił fabrykę lnu w Żyrardowie i rozbudował ją do tego
stopnia, że 30 lat później zakłady były jednymi z najnowocześniejszych w Europie - zajmowały świetną pozycję na rynku produkcji tkanin lnianych.
Jego syn, Karol Dittrich junior, kontynuował rodzinny interes. Ukończył
Politechnikę w Dreźnie, a praktyki odbywał m.in. w zakładach w Anglii.
Pod koniec życia ojca przejął kierowanie fabryką, stając się de facto
twórcą potęgi żyrardowskich zakładów lniarskich.
- To wybitna postać tego miasta, jeśli nie najwybitniejsza - mówi dziś o nim Miller.
Leszek Miller - jako jedynak - dostał się do Ochronki bez większych
przeszkód. Nie wszystkie rodziny miały tyle szczęścia. Na ogół rodzice
musieli dzieci zabierać ze sobą do pracy lub zostawiać pod opieką
starszego rodzeństwa. Mały Leszek nie miał źle w przedszkolu.
Wychowawczynie codziennie sprawdzały higienę maluchów. Na porządku
dziennym była wszawica czy po prostu brud. Wszy wyczesywano specjalnym
grzebieniem z włosów dzieci tak, żeby spadały wprost do miski z siarką.
Lesio na wsi kąpał się w sadzawce, w Ochronce miał dostęp do urządzeń
sanitarnych.
Ale najlepszy czas dla dzieci i ich rodzin nadchodził przed świętami
Bożego Narodzenia. Z tej okazji Dittrichowie fundowali dary pracownikom
zakładu - najczęściej odzież i jedzenie. Dziewczynki cieszyły się więc z sukienek czy fartuszków, a chłopcy ze spodni i koszul. Pracowników i ich
rodziny obdarowywano też m.in. ciastkami, jabłkami czy struclą. Na
najbiedniejsze dzieci, najczęściej sieroty, czekały buty. Po otrzymaniu
podarków wychowankowie Ochronki ustawiali się w szeregu, by uroczyście
odśpiewać piosenkę na cześć Karola Dittricha.
- To był 1949 rok, może 1950... Budynek był otoczony pięknym ogrodem. Do
dyspozycji mieliśmy też plac zabaw, uwielbiałem się tam bawić z innymi
dziećmi. Pamiętam też uroczyste akademie na cześć Dittrichów i wspomnienia o obydwu przemysłowcach (Dittrich junior umarł w 1918 roku).
Zostawił jednak po sobie wielkie dzieło - tłumaczy po latach Miller.
Pierwszym mężczyzną, który wywarł na prawie 10-letniego Leszka niemały
wpływ, był wuj, u którego wraz z matką zamieszkali w żyrardowskiej
klitce. Nazywał się Jan Dudkiewicz i był muzykiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki