Millennium (tom 8). Rysie pazury - Karin Smirnoff

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

jest noc. Kilka stopni poni­żej zera, cho­ciaż maj zdą­żył zago­ścić na dobre. Zmro­żona trawa trzesz­czy pod nogami, gdy męż­czy­zna obiera drogę przez las, mając przed sobą cel znaj­du­jący się parę­set metrów w górę rzeczki Njak­kaure. Prze­pływa ona obok zamknię­tej kopalni Gas­skas, przez tutej­szych zwa­nej Dziurą.

W świe­tle księ­życa budynki i pię­trzące się hałdy odpa­dów kopal­nia­nych przy­po­mi­nają opusz­czoną wio­skę alpej­ską. Ze swego miej­sca męż­czy­zna nie widzi samej Dziury, zresztą nie w tym rzecz.

Prze­cho­dzi go lekko ner­wowy dreszcz, ale prze­cież ma swoje lata i wie, co robi, tylko naj­pierw musi tro­chę odpo­cząć. Ściąga ple­cak, roz­kłada sto­łe­czek i z ple­caka wyła­wia ter­mos.

Po wypi­ciu paru kub­ków kawy odzy­skuje siły. Tętno jest mia­rowe, powie­trze przy­jemne.

Z kry­jówki pod świer­kiem wyciąga kajak, który leżał tam od zeszłego roku. Nie zro­bił nim zbyt wielu wycie­czek. W grun­cie rze­czy tylko jedną. Teraz wypa­truje, czy znaj­dzie na dnie jakieś uszko­dze­nia. Następ­nie ściąga kajak na wodę i przy­wią­zuje na chwilę do drzewa, żeby wyrów­nać oddech.

Woda chlu­pie lekko przy kadłu­bie, gdy odpy­cha­jąc się wio­słem, męż­czy­zna wypływa na rzeczkę. Teraz może przez parę­set metrów spo­koj­nie sunąć z prą­dem do mostu.

Histo­ria tego mostu sięga ponoć XVIII wieku. Pod koniec lat 40. zeszłego stu­le­cia, gdy uru­cho­miono kopal­nię, most wzmoc­niono żela­znymi bel­kami, które pozwo­liły wytrzy­mać zała­do­wane do pełna wagony wio­zące rudę w stronę wybrzeża. Od spodu widać frag­menty sta­rej kon­struk­cji kamien­nej. Ide­al­nie przy­le­ga­jące do sie­bie pro­por­cjo­nalne kawałki gra­nitu z cza­sów, gdy jesz­cze cenione było piękno.

Męż­czy­zna zatrzy­muje kajak. Powoli, aby nie stra­cić rów­no­wagi, zacze­pia szelki ple­caka na pordze­wia­łej żela­znej pętli i zabez­pie­cza go, owi­ja­jąc kilka razy gru­bym dru­tem. Powi­nien unieść dwa­na­ście kilo. Pew­nie tysiąc dwie­ście rów­nież.

Nawet nasto­let­nie dzie­ciaki z mło­do­cia­nych gan­gów wie­dzą, jak się robi bombę. Nie­mniej chyba nie wie­dzą za wiele o sile raże­nia danej ilo­ści mate­riału wybu­cho­wego. Jeden gram takiego mate­riału może razić w pro­mie­niu dwu­dzie­stu metrów. Ten dzi­siej­szy ładu­nek jest ponadwy­mia­rowy, bo dosto­so­wany do otwar­tej prze­strzeni. Skutki wybu­chu w samo­cho­dzie czy zamknię­tym pomiesz­cze­niu są więk­sze, a męż­czy­zna chce mieć pew­ność, że most naprawdę wyleci w powie­trze.

Chciałby móc obser­wo­wać eks­plo­zję z pew­nej odle­gło­ści, ale wybił to sobie z głowy. Gdyby przy oka­zji zgi­nął, to wła­ści­wie nic by się nie stało, bo już się nażył. Jed­nak ma jesz­cze kilka spraw do zała­twie­nia, zanim pośle swą duszę w nie­biosa.

Pod­nosi rękę z zegar­kiem pod świa­tło swo­jej czo­łówki. Dwa­dzie­ścia po trze­ciej. Robi kilka ruchów wio­słem, żeby nadać szyb­kość kaja­kowi, a potem pły­nie po wio­sen­nej wodzie o tem­pe­ra­tu­rze dwóch stopni aż do miej­sca, skąd most za jego ple­cami będzie nie­wi­doczny.

Ponow­nie ukrywa kajak pod drze­wem. Byłoby dobrze przy­kryć go gałę­ziami świer­czyny, ale już nie ma siły. Na ostat­nim odcinku drogi do samo­chodu musi kilka razy przy­sta­wać. Oddech nie jest nawet sapiący, wręcz zanik­nął.

Chłodne prze­ście­ra­dła doty­kają spo­co­nego ciała. Poranna gazeta, przy czy­ta­niu jesz­cze jedna fili­żanka kawy. Męż­czy­zna popra­wia poduszki za ple­cami i wyj­muje tele­fon na kartę.

Kwa­drans po czwar­tej to dla miesz­kań­ców Gas­skas dobra pora na pobudkę przy odgło­sach wybu­chu następ­nej wojny świa­to­wej. Jego wła­snej wojny. Męż­czy­zna odkłada tele­fon, odwraca się do ściany i słu­cha odle­głego baso­wego pomruku.

Szkoda tego dobrego ter­mosu. To jego ostat­nia myśl przed zaśnię­ciem.

A może w ogóle nie spał? Wró­cił ból.

Przez moment wyda­wało mu się, że jest wolny. Sku­pił się na czymś innym. Stan pobu­dze­nia stę­pił ostrze bólu, a kaszel zwi­nął się w kłę­bek jak syte koci­sko.

Teraz znowu rwie go w środku. Po kwa­dran­sie udaje mu się powlec do toa­lety. Sika, przy oka­zji się goli -?ni­gdy nie był nie­chlu­jem - nasta­wia sobie kolejny dzba­nek kawy i czeka na lokalne wia­do­mo­ści o siód­mej.

Kwa­drans po czwar­tej rano doszło do potęż­nej deto­na­cji sły­szal­nej i odczu­wal­nej przez miesz­kań­ców znacz­nej czę­ści Gas­skas. Według poli­cji był to bar­dzo silny ładu­nek wybu­chowy, który uszko­dził mię­dzy innymi most nad Njak­kaure, wcze­śniej wyko­rzy­sty­wany przez samo­chody trans­por­tu­jące rudę z kopalni.

"Na tę chwilę sta­ramy się zorien­to­wać w oko­licy i upew­nić się, czy nikt nie został poszko­do­wany w wybu­chu. Dopóki nie zosta­nie usta­lona jego przy­czyna, kwa­li­fi­ku­jemy go jako atak zagra­ża­jący bez­pie­czeń­stwu powszech­nemu" -?mówi Hans Faste z poli­cyj­nego wydziału prze­stęp­czo­ści prze­ciwko życiu i zdro­wiu.

Zawsze to dobry począ­tek, stwier­dza męż­czy­zna i scrol­luje inter­ne­towe wyda­nie "Gaskas­sen". Mimo wszystko zapo­wiada się przy­jemny dzień.

2

czyj to pomysł?

Svali, i to z paru powo­dów.

Pierw­szy to Ester Södergran, która jest nowa w redak­cji "Gaskas­sen" i szuka jakiejś cie­ka­wostki. Drugi powód jest taki, że Svala Hirak odbywa w redak­cji szkolną obo­wiąz­kową prak­tykę orien­ta­cji zawo­do­wej i stara się jej pomóc. A trzeci to ten, że Lis­beth Salan­der przy­słała jej drona pod cho­inkę.

-?Znasz jakieś fajne opusz­czone domy? -?pyta Ester. -?Mogły­by­śmy na sobotę napi­sać repor­taż o nawie­dzo­nych miej­scach.

-?Opusz­czo­nych domów jest pew­nie sporo, ale nie wiem, czy w nich aku­rat stra­szy -?mówi Svala.

Spo­rzą­dzają listę i wybie­rają te naj­bar­dziej wido­wi­skowe. W gmi­nie takiej jak Gas­skas jest sporo nie­za­miesz­ka­nych domów. Więk­szość z nich to budy z płyt wió­ro­wych albo drew­niane chaty, które stoją puste z róż­nych przy­czyn. Na przy­kład wła­ści­ciel nie ma spad­ko­bier­ców albo jest mię­dzy nimi spór, lub też dom jest poło­żony przy ruchli­wej dro­dze, co kie­dyś było prak­tyczne, ale przez co dziś nie da się go sprze­dać nawet Holen­drom.

Ostatni dom na liście to sana­to­rium.

Jak wszyst­kie sana­to­ria, leży na ubo­czu, ład­nie poło­żone wysoko nad jezio­rem.

"W odróż­nie­niu od Sandträsk, gdzie podobną dzia­łal­ność pro­wa­dzono nie­mal pół wieku, obej­mu­jąc nią pra­wie 30 000 osób, sana­to­rium w Gas­skas zaj­muje raczej nie­zna­czące miej­sce w histo­rii szwedz­kiej medy­cyny".

Svala googluje i potem czyta gło­śno.

"Sana­to­rium z miej­scami dla trzy­dzie­ściorga pacjen­tów zbu­do­wano w 1945 roku głów­nie po to, by odcią­żyć Sandträsk przyj­mu­jące uchodź­ców cho­rych na gruź­licę. W 1963 roku ostatni pacjenci zostali prze­nie­sieni gdzie indziej. Następ­nie budy­nek słu­żył mię­dzy innymi jako pla­cówka lecze­nia uza­leż­nień, a pod­czas wojny w byłej Jugo­sła­wii jako ośro­dek dla uchodź­ców. Od prze­szło kil­ku­na­stu lat stoi pusty. Obec­nie, w związku z odlud­nym poło­że­niem obiektu i jego kiep­skim sta­nem, roz­wa­żana jest jego roz­biórka".

-?To musi być sprzed grud­nia dwa tysiące dwu­dzie­stego pierw­szego, bo potem podobno został sprze­dany. Jedziemy tam. Jeśli okaże się, że ktoś tam jest, to bar­dzo dobrze. Może będą wie­dzieli, czy stra­szy -?mówi Ester, nie pod­no­sząc się sprzed kom­pu­tera. Nie prze­staje pisać.

Svala patrzy na poważny pro­fil Ester, która jakby zasty­gła w jakiejś myśli i zawie­siła wzrok daleko za ścia­nami pokoju.

Pod­czas paru tygo­dni prak­tyki Svali zro­dziła się mię­dzy nimi przy­jaźń. Ona jest dla mnie jak sio­stra, myśli Svala. Star­sza sio­stra, z którą można poga­dać i pożar­to­wać. Słu­cha i odpo­wiada, nie szy­dząc ani nie poucza­jąc, jak inni doro­śli. Wie­czo­rem potrafi przy­słać ese­mesa z pyta­niem, co Svala pora­bia. I uczy ją, dzie­ląc się tym, co umie.

Svala wręcz zasysa to wszystko. Wymy­śla tytuły i składa wstępy do arty­ku­łów. Łowi słowa pasu­jące do cia­snego for­matu tek­stu.

-?O rany, wiesz co, Svala, ja raczej potra­fię pisać, ale ty... ty jesteś po pro­stu artystką słowa! -?wykrzy­kuje Ester.

Jed­nak naj­bar­dziej Svala syci się czym innym. Kiedy Ester mówi:

-?O, cho­lera, spójrz na to zdję­cie, które ci zro­bi­łam, czy ty masz poję­cie, jaka jesteś ładna?

W poczwarce, która wkrótce prze­obrazi się w motyla, coś się wtedy budzi.

W tym, jak sama sie­bie postrzega, i w tym, jak patrzą na nią inni, nastą­piła zmiana. Prze­stała być nie­wi­dzialna.

Zgod­nie ze wska­zów­kami GPS jadą przez wsie, brze­giem jezior i przez góry, wresz­cie docie­rają do kresu drogi.

Jest nawet tablica. Wła­ści­wie dwie. Jedna star­sza z nazwą miej­sco­wo­ści, druga nowo­cze­śniej­sza infor­muje gości, że to teren pry­watny pod nad­zo­rem kamer. W uzu­peł­nie­niu drogę prze­gra­dza szla­ban.

-?Co robimy? -?odzywa się Svala.

-?Par­ku­jemy i idziemy tam.

Dzie­dzi­niec z repre­zen­ta­cyj­nym nie­gdyś gazo­nem oko­lo­nym żywo­pło­tem z jarzę­biny i z fon­tanną spra­wia wra­że­nie rów­nie zapusz­czo­nego jak budy­nek. Nie ma pojaz­dów ani ludzi, żad­nych oznak, że coś się tutaj dzieje. Stara brzoza zła­mana przez zimę. Tak samo maszt. W zacie­nio­nych miej­scach wciąż utrzy­mują się zaspy śniegu.

-?Ani żywej duszy -?zauważa Svala.

-?Za to wię­cej koma­rów -?stwier­dza Ester, macha­jąc rękami.

Svala pozwala jed­nemu sie­dzieć na swoim ramie­niu, aż się napije do syta.

-?Teraz budzą się samice, które prze­zi­mo­wały -?mówi. -?Na pewno są głodne.

-?Całe szczę­ście, że są przy­ja­ciele zwie­rząt, na któ­rych mogą żero­wać - odpo­wiada Ester, zabi­ja­jąc kilka kolej­nych owa­dów.

Szar­pią zamknięte drzwi, obcho­dzą budynki gospo­dar­cze, ale i tam nie udaje im się wejść. Chwi­lami wydaje się, jakby ze środka docho­dziły jakieś odgłosy, lecz kiedy przy­stają, żeby posłu­chać, dobie­gają ich uszu jedy­nie nor­malne dźwięki przy­rody.

Idą dalej na tyły budynku. Okna na par­te­rze zostały zabite pły­tami wió­ro­wymi. Tu i ówdzie odpada tynk.

-?Trudno szu­kać duchów, kiedy nie można się do nich dostać. Pew­nie musimy się pod­dać, chyba że znaj­dziemy kogoś, kto nam otwo­rzy -?mówi Ester i nagle staje jak wryta. -?Sły­szysz, to samo­chód, prawda? Może nie powinni nas zoba­czyć. To w końcu teren pry­watny.

Bie­gną w stronę lasu i przy­stają dopiero po dotar­ciu do miej­sca, gdzie pry­watna droga prze­cho­dzi w publiczną.

Zza drzew widać samo­chód redak­cyjny. Obok niego stoi męż­czy­zna i roz­ma­wia przez tele­fon.

W grun­cie rze­czy nie ma w tej sytu­acji nic dziw­nego. Ester prze­ska­kuje rów i pod­cho­dzi do męż­czy­zny.

-?Hej, chce pan, żebym prze­sta­wiła auto?! -?woła.

Svala nie sły­szy odpo­wie­dzi. Sto­jąc za drze­wem, czeka, aż tam­ten się oddali.

3

-?wciąż nie mogę zro­zu­mieć, dla­czego był taki nie­przy­jemny -?mówi Ester parę dni póź­niej, gdy prze­glą­dają fotki róż­nych nawie­dzo­nych domów. - Nawet nie zdą­ży­ły­śmy zro­bić żad­nego zdję­cia. Może trzeba poje­chać tam jesz­cze raz.

Svala ma tro­chę inny pogląd. "Nie­przy­jemny" to nie­wła­ściwe okre­śle­nie.

Do tej pory się nie wypo­wie­działa w tej spra­wie. Nie roz­po­znała go jako kon­kret­nego czło­wieka, zresztą nie­ważne, bo cho­dzi o ten sam typ. Może ździebko wyżej od tego prze­grywa Pla­st­pe­dera, jej byłego ojczyma, który pozo­wał na praw­dzi­wego gang­stera.

Pla­st­pe­der był tro­glo­dytą, a gdyby, za prze­pro­sze­niem, użyć porów­na­nia z wymar­łymi rasami, to ten gość był nean­der­tal­czy­kiem. Zle­ca­ją­cym mu zada­nia. Kie­dyś, popra­wia się zaraz w myślach. Bo wpraw­dzie tamto ścierwo zostało wyeli­mi­no­wane, nie zna­czy to jed­nak, że nie ma ich wię­cej. Na liście Svali wciąż figu­rują nie­za­ła­twione nazwi­ska i sprawy. Osoby, które bez­po­śred­nio albo pośred­nio przy­czy­niły się do śmierci jej mamy. Svala odkre­śla rzędy przy linijce, kolumny ozna­cza krzy­ży­kami. Z pię­ciu ewen­tu­al­nych kolumn istotne są dwie: "Żyje" i "Nie żyje".

Nean­der­tal­czy­kami rzą­dzą inni. Mał­po­ludy, mary­narki klu­bowe, sygnety. Naj­wy­żej stoją gar­ni­tu­rowcy. Zin­te­gro­wani ze spo­łe­czeń­stwem, bo dzięki swoim pie­nią­dzom mogli wsko­czyć do pociągu zmie­rza­ją­cego ku indu­strial­nej przy­szło­ści. Zasia­dają w róż­nych pane­lach i wypo­wia­dają się w gaze­tach o zna­cze­niu mery­to­kra­cji. Mając na myśli, że mniej­szo­ści, czyli rdzenne narody, eko­lo­dzy i inni dogma­tyczni akty­wi­ści nie powinni prze­szka­dzać tym, któ­rzy wie­dzą, w jaki spo­sób powinna roz­wi­jać się Szwe­cja.

I w tym momen­cie poja­wia się pomysł Svali. Opo­wiada o dro­nie, który Lis­beth Salan­der przy­słała jej pod cho­inkę z dołą­czo­nym pozdro­wie­niem:

Od ciotki dla Svali. Przy­daje się do śle­dze­nia.

Svala opo­wiada, że zdję­cia robione z góry są naprawdę cool, zwłasz­cza w zapa­da­ją­cym zmierz­chu, i Ester połyka haczyk.

-?Mogła­bym pew­nie zacy­to­wać coś z innych arty­ku­łów na temat sana­to­rium. Albo zadzwo­nić do Eliny.

-?Eliny B?ng?

-?Wła­śnie, do wróżki z Ensamträsk, sama się tak nazwała. Nie­złe pseudo arty­styczne.

Tym razem wjeż­dżają na leśną drogę parę kilo­me­trów na zachód od sana­to­rium. Zamiar jest taki, aby je obejść, a potem wdra­pać się na pobli­ską górkę.

-?Mam nadzieję, że będzie to warte naszego wysiłku. Bo chyba wypró­bo­wa­łaś wcze­śniej ten dron? -?pyta Ester, gdy sapiąc, wcho­dzi pod górę.

Ow­szem, wypró­bo­wała, ale tylko na podwórku przed domem. Kilka kwe­stii domaga się wyja­śnie­nia, a prze­cież arty­kuł ma się uka­zać już następ­nego dnia. Ze skały jest widok na budy­nek sana­to­rium, to waru­nek, aby dron reago­wał na pole­ce­nia. Bo roz­bije się, jeśli kon­takt się urwie.

Poza tym sytu­acja wygląda korzyst­nie. Ostat­nie pro­mie­nie słońca two­rzą coś w rodzaju zło­tej kopuły nad dachem budynku, pod­czas gdy czerń ziemi będzie się odci­nać jak upiorny cień. Svala mogłaby opo­wie­dzieć co nieco o obec­no­ści zmar­łych i ener­gii, która ni­gdy nie opusz­cza uni­wer­sum, ale daje sobie z tym spo­kój. Aż tak dobrze się nie znają z Ester.

Dron star­tuje. Brzę­czący insekt leci w stronę celu.

Svala kie­ruje tak, by okrą­żył szybko gmach i wró­cił na skałę.

Obec­ność zmar­łych to jedno. Gorsi są żyjący.

Gdy Ester pro­po­nuje, żeby zejść i podejść do budynku, Svala odma­wia. Opusz­czone budynki nie mie­wają kamer moni­to­ringu ani krat za zabi­tymi oknami. Tutaj na pewno są ludzie.

-?Muszę wra­cać do domu, obie­ca­łam nakar­mić psy. Moi wujo­wie wycho­dzą wie­czo­rem.

Wra­cają do Gas­skas i potem do Björkavan. Svala zacho­dzi do psiarni i zabiera Kal­laka do swego pokoju. Naj­więk­szego i naj­bar­dziej złak­nio­nego piesz­czot. Pies układa się u jej nóg. Svala prze­nosi zdję­cia z pamięci USB do lap­topa. Wybiera dwa do publi­ka­cji i wrzuca do Pho­to­shopa.

Z dołu nie było widać okien w dachu. Ostrość jest dość kiep­ska i dopiero w powięk­sze­niu da się dostrzec syl­wetki ludzi.

Zamyka lap­top. Przez chwilę sie­dzi, tylko patrząc przez okno na podwórko. Życie Svali stało się pod wie­loma wzglę­dami lep­sze. Od jesieni mieszka u swo­ich wujów, w domu rodzin­nym Mamamärty. Dostała jej pokój i jej łóżko. Nocą wycho­dzi popa­trzeć na gwiazdy, na zorzę polarną, księ­życ i prze­lotne ruchome cie­nie nad podwór­kiem. Nie ma czego się bać, za to jest wiele tęsk­not.

Z początku czer­pała z tego jakąś pocie­chę. Ona wołała, Mamamärta odpo­wia­dała. Teraz jest odwrot­nie. Svala naj­czę­ściej nie odpo­wiada. Mamamärta to żałoba, którą należy kon­su­mo­wać po kawa­łeczku, bo łatwo się udła­wić.

Zro­biło się późno, ale Ester nie śpi i od razu odbiera, jakby cze­kała na jej tele­fon.

-?Jakość foto­gra­fii jest nie­stety zbyt kiep­ska -?mówi Svala. -?Będziesz musiała sko­rzy­stać ze zdjęć z domeny publicz­nej.

Sły­chać, że Ester pisze. Svala pyta ją, co takiego.

-?To jakaś chora sprawa, ale sana­to­rium jest wła­sno­ścią Mimer Mining.

Svala pyta, co to za jedni.

Sły­chać stuk kla­wi­szy, Ester odpo­wiada dopiero po chwili.

-?To spółka matka Sve­agruv AB, która ma zgodę na próbne odwierty przy nowej kopalni. Jeśli wysa­dzimy ich w powie­trze, to może nic nie wyj­dzie z ich pla­nów. E, żar­to­wa­łam, ale bar­dzo to cie­kawe, prawda?

-?Skąd masz tę infor­ma­cję? -?pyta Svala.

-?Od Antego, to mój kum­pel. Stu­diuje jakiś dziwny kie­ru­nek na poli­tech­nice w Lule? i jest dia­bel­nie dobrym hake­rem. Nawia­sem mówiąc - cią­gnie -?chyba przyj­dziesz na jutrzej­sze zebra­nie? Nie zapo­mnij trans­pa­rentu, będzie potrzebny w sobotę. Jeśli zechcesz, to potem pój­dziemy na pizzę. Mam pewien pomysł i chcia­ła­bym go obga­dać. Może nie jest naj­prost­szy, ale... zresztą zro­bimy to jutro. Przy­jem­nych snów, mój ty kwia­tuszku.

Mój ty kwia­tuszku. Svali robi się cie­pło od tych słów.

-?Wza­jem­nie -?odpo­wiada.

4

Zebra­nie u Petry o 18.00. Obec­ność obo­wiąz­kowa.

wia­do­mość na gru­pie cza­to­wej. Nie ma sensu wra­cać naj­pierw do domu. Svala siada w dys­kret­nym miej­scu w biblio­tece, wyj­muje notes i czyta swój ostatni tekst. Naj­pierw poja­wiają się poje­dyn­cze słowa, zapi­sane w wer­sach stały się wier­szem, a teraz prze­kształ­cają się w zda­nia, które dziew­czynka skleja w opo­wia­da­nia. Każde ma jakiś tytuł. Nikt poza nią nie czy­tał tego i pew­nie nie prze­czyta. Svala trak­tuje te zapi­ski jako rodzaj zabez­pie­cze­nia albo świa­dec­twa życio­wego.

Cze­kają do kwa­drans po szó­stej. Piją her­batę i jedzą her­bat­niki. Oprócz tej samej grupy co zwy­kle są jesz­cze trzy osoby, ale wciąż bra­kuje Ester Södergran. Svala spraw­dza komórkę. Nie ma żad­nego nowego ese­mesa.

-?Może ktoś do niej zadzwo­nić? -?pyta Petra, nale­wa­jąc her­batę do dzbanka.

Ester nie odbiera, więc zaczy­nają zebra­nie.

-?Jak widzi­cie, przy­szły posiłki. Simon i Levi, tylko się zetknę­li­śmy w kafejce, więc może się krótko przed­sta­wi­cie?

Levi Grundström mówi "hej" i podaje swoje imię i nazwi­sko. Potem dodaje, że jest sta­rym dzia­dem i uważa, że wyko­nują dobrą robotę. I jesz­cze, że może będzie mógł się jakoś przy­czy­nić. W jaki spo­sób -?to pozo­staje nie­ja­sne, a gdy już docho­dzi do kropki, wstaje ten drugi. Roz­gląda się, jakby chciał wywrzeć wra­że­nie na każ­dym z osobna, i zatrzy­muje wzrok na Svali.

-?Na imię mi Simon, w zeszłym roku wró­ci­łem w te strony, żeby w Lule? stu­dio­wać tech­no­lo­gie roz­woju ener­gii. Widzę w tym moż­li­wość prze­nik­nię­cia do samego serca świata prze­my­słu. Mam nadzieję, że moja wie­dza wam się przyda. Oso­bi­ście uwa­żam, że powin­ni­śmy prze­ciw­sta­wić się nisz­cze­niu przy­rody przez kapi­ta­li­stów. Jeśli trzeba, to nawet fizycz­nie.

Simon siada. Dostaje spon­ta­niczną owa­cję. Nale­wają mu wię­cej her­baty, a Svala rozu­mie ich, czyli Petrę i pozo­sta­łych. Spoj­rze­niami peł­nymi podziwu piesz­czą jego brą­zowe krę­cone włosy. Simon jest nie tylko przy­stojny, ma też cha­ry­zmę. I spo­sób bycia natu­ral­nego lidera, który prze­nosi ich z poziomu przed­szkola na poziom sali kon­fe­ren­cyj­nej zarządu. Gdy jego spoj­rze­nie znów zatrzy­muje się na jej oczach, Svala nie odwraca wzroku. Dostrzega w nim bliź­nia­czą duszę.

-?Pierw­szy punkt naszego zebra­nia to demon­stra­cja w week­end -?cią­gnie Petra. -?Tak jak posta­no­wi­li­śmy zeszłym razem, trzeba zro­bić coś wię­cej, niż tylko przy­wią­zy­wać się do drzew i roz­wie­szać trans­pa­renty. Nawet dzien­ni­ka­rzom nie chce się już przy­cho­dzić. Nam też ledwo, ledwo.

-?Mogę coś powie­dzieć? -?prze­rywa Simon.

Tym razem nie wstaje.

-?Wiem, że wyko­na­li­ście świetną robotę przy nowej kopalni. Dzięki waszym pro­te­stom oczy spo­łe­czeń­stwa skie­ro­wały się na Sápmi1, rów­nież w kon­tek­ście hodowli reni­fe­rów. Ta bitwa nie jest jesz­cze prze­grana, ale zanim ruszy budowa, pro­po­nuję sku­pić się na sta­rej kopalni zamiast na nowej.

-?Na Dziu­rze? -?pyta ktoś.

-?Wła­śnie. Przy Dziu­rze teraz się sporo dzieje. Ponoć i w tam­tej­szych hał­dach, i pod zie­mią jest całe mnó­stwo nie­wy­ko­rzy­sta­nych zaso­bów. Jeśli fak­tycz­nie zamie­rzają ponow­nie uru­cho­mić kopal­nię, to naprawdę będzie prze­ciwko czemu pro­te­sto­wać. Bo cały rejon jest tyka­jącą bombą eko­lo­giczną.

-?Zga­dzam się z tobą -?odzywa się Levi Grundström. -?Dość tych sza­leństw. Tę kopal­nię należy pod­dać sku­tecz­niej­szej reme­dia­cji, zamiast pogar­szać sytu­ację poprzez nowe drą­że­nie.

Svala słu­cha i roz­my­śla. Wszy­scy oni są od niej starsi. Sie­dzą w tym od dawna, pod­czas gdy ona jest przy nich jak pisklak pró­bu­jący swo­ich skrzy­deł.

-?To chyba dobrze, że wyko­rzy­stują ist­nie­jące już zasoby? -?pyta i spada na zie­mię. -?Mam na myśli, że zamiast uru­cha­mia­nia nowych kopalni?

Simon patrzy na nią tak, jak rodzic spo­glą­dałby na naiwne dziecko.

-?Tak, można by tak sądzić, tylko że nawet stare kopal­nie wyma­gają nowej infra­struk­tury. Obu­dzi­li­śmy się wszy­scy, kiedy most wyle­ciał w powie­trze. Nie ma mostu, nie ma pocią­gów towa­ro­wych z rudą. Teraz trzeba ją będzie trans­por­to­wać drogą lądową. Do tego drogi muszą stać się lep­sze i musi ich być wię­cej. W dniu, gdy powsta­nie ta infra­struk­tura, otwo­rzy się droga do budo­wa­nia nowych kopalń. Innymi słowy, Dziura nie ozna­cza końca, tylko nowy począ­tek. Co wy na to? Wysa­dze­nie w powie­trze mostu to genialne posu­nię­cie, prawda?

Zapada cisza.

Człon­ko­wie grupy -?jest ich dzie­wię­cioro, nie licząc Simona -?patrzą po sobie. To on?

-?Co pro­po­nu­jesz? -?odzywa się w końcu Petra.

-?Może zabrzmi to dra­stycz­nie, ale pomy­śl­cie tylko, w zasa­dzie mogli­by­śmy wysa­dzić w powie­trze cokol­wiek, co w spo­sób bez­po­średni lub pośredni zagraża kli­ma­towi, przy­ro­dzie albo nam, ludziom. Zama­chy tego rodzaju są rzad­kie, a więc nikt ich nie zakłada. Weźmy na przy­kład fabrykę bate­rii w Skellefte?. Naprawdę myśli­cie, że mają oko na każ­dego robot­nika z osobna albo sto­la­rza, elek­tryka czy urzęd­nika, który przy­cho­dzi tam do pracy i odcho­dzi? Tam jest zatrzę­sie­nie pod­wy­ko­naw­ców i innych firm, któ­rych per­so­nel pod­lega sta­łej wymia­nie.

-?Chcesz powie­dzieć, że mamy wysa­dzić w powie­trze fabrykę bate­rii? - pyta Petra.

Tego Simon nie mówi. Przy­naj­mniej nie teraz.

-?No, mam nadzieję -?mówi Petra i w odpo­wie­dzi dostaje od niego gniewne spoj­rze­nie. -?Jestem zda­nia, że możemy zro­bić coś wię­cej niż dotąd - cią­gnie Petra -?ale w żad­nym wysa­dza­niu w powie­trze nie będę uczest­ni­czyć. Mogliby zgi­nąć nie­winni ludzie. Grupą Baader-Mein­hof raczej nie jeste­śmy.

Po zebra­niu, na ulicy, wszy­scy się roz­cho­dzą.

Svala i Levi Grundström idą w tę samą stronę. Męż­czy­zna w pew­nym momen­cie się chwieje. Wydaje się, jakby go coś bolało. Svala wsuwa mu rękę pod ramię.

-?Ech, te cho­lerne oblo­dze­nia. A prze­cież mamy maj -?mówi.

Za nimi idzie ten cały Simon. Doga­nia ich. Pyta Svalę, czy wraca do domu. Levi skręca w inną stronę.

-?Mogę cię pod­rzu­cić -?mówi Simon.

Gdzie­kol­wiek, myśli Svala, ale odpo­wiada, że może się przejść. Roz­gląda się ostatni raz za Ester, która naj­wi­docz­niej zapo­mniała także o pizzy.

-?Wska­kuj -?mówi Simon, po czym wie­zie ich w kie­runku Björkavan, tak nazywa się druga strona Björkberget. To od wyżło­bie­nia, które rzeka zro­biła w skale tuż przed bystrzem.

Przez okno pach­nie świer­kiem. Skó­rzane sie­dze­nia są zimne. Simon włą­cza radio, kra­jo­braz prze­la­tuje, nie widać żad­nych szcze­gó­łów ani końca.

-?Skąd wiesz, gdzie miesz­kam? -?pyta Svala na wszelki wypa­dek.

-?Bo ja wiem pra­wie wszystko -?odpo­wiada Simon, mru­ga­jąc do niej. - Żar­tuję, spy­ta­łem Petrę.

Skręca z drogi na wjazd przed dom. Nad podwór­kiem świeci księ­życ. W kuchni pali się świa­tło. Svala chwyta za klamkę.

Kal­lak szczeka, a suka wyje.

Dziew­czyna mówi, że chyba już powin­nam i że dzię­kuję za pod­wie­zie­nie.

-?Ty masz w sobie coś -?odzywa się Simon.

Svala nie wie, co ma na to powie­dzieć.

-?Jesteś taka doj­rzała, mimo że mło­dziutka. Ile ty masz lat, szes­na­ście? Sie­dem­na­ście?

-?Nie­długo czter­na­ście -?odpo­wiada Svala i pogła­śnia radio.

My daddy was an astro­naut

That's what I was often tau­ght

My daddy went away too soon

Now he's living on the moon

-?Co to za grupa ta Baader-Mein­hof? -?pyta.

-?Nie­miecka skraj­nie lewi­cowa orga­ni­za­cja, któ­rej człon­ko­wie dla swo­ich prze­ko­nań byli gotowi poświę­cić zarówno sie­bie, jak i innych ludzi. W zasa­dzie to nie ina­czej niż ty i ja. Chyba że ty wola­ła­byś obej­mo­wać drzewa i machać fla­gami?

Nakrywa ręką jej dłoń. Svala nie wie, czy ma ją odsu­nąć, czy coś by przez to stra­ciła, czy cze­goś unik­nęła.

-?Tak czy ina­czej, widzimy się w sobotę -?mówi Simon. -?Czy ktoś poza mną ma samo­chód?

-?Ja mam -?odpo­wiada szybko Svala. -?To zna­czy, no tak, mam samo­chód.

Jest na tyle ciemno, że nie potrafi dostrzec, co Simon o niej myśli. Przy­pusz­czal­nie wydaje mu się śmieszna. Nie­spełna czter­na­sto­let­nia dziew­czynka, która pró­buje zaim­po­no­wać doro­słemu face­towi.

-?Dobrze -?odzywa się Simon. -?Może nam się przy­dać. Jutro do cie­bie zadzwo­nię.

Jeden z wujów sta­wia jej jedze­nie na stole. Pyta, gdzie była.

Svala, jedząc odgrzane pyzy, mówi mniej wię­cej, jak było.

Wuj prosi, aby się odzy­wała, gdy coś się dzieje. Pyta, kto ją przy­wiózł do domu.

Ten Simon, myśli Svala, gasząc lampę. Widzi go przed sobą. Jego ręce, któ­rymi gesty­ku­luje, gdy mówi. Spo­sób, w jaki na nią patrzy. Włosy opa­da­jące na czoło.

Zapala ponow­nie lampę i koń­czy pisać tekst. Składa kartkę w maleńki kwa­dra­cik i wtyka go do małpki, jej plu­szo­wego sejfu.

Jutro do cie­bie zadzwo­nię.

5

gdyby w osiem­dzie­się­cio­jed­no­let­nim życiu Kurta Vikströma szu­kać jakichś dobro­czyn­nych momen­tów, to może tego, że początki lata przy­nio­sły nieco cie­pła. Zima była długa i cho­ler­nie mroźna. Mało nie zamarzł.

Pospaw­szy chwilę, otwiera drzwi samo­chodu i powoli gra­moli się z fotela. Ból wędruje. Naj­gor­szy w tym momen­cie jest w pra­wej nodze.

Za parę godzin będzie się roz­ko­szo­wał codzien­nym gorą­cym posił­kiem. Męż­czy­zna jedzie do cen­trum osie­dla, korzy­sta z toa­lety na sta­cji ben­zy­no­wej OKQ8 i par­kuje przed Stad­sho­tel­let, potocz­nie zwa­nym Statt.

Choć zima roz­luź­niła swój chwyt dopiero co, to przy­po­mi­nają o sobie wybory, które odbędą się jesie­nią.

-?Obni­żymy akcyzę na paliwa, żeby zwy­czaj­nych ludzi było stać na dojazd do pracy wła­snym samo­cho­dem. Zmiany kli­matu to są mity socjal­de­mo­kra­tów. Nasi eme­ryci zasłu­gują na to, żeby było im co naj­mniej tak dobrze jak prze­stęp­com i imi­gran­tom. Jakość ochrony zdro­wia Szwe­dów musi mieć pierw­szeń­stwo przed zapo­mo­gami dla uchodź­ców.

Przy­ja­ciele Szwe­cji klasz­czą w ręce, a Kurt klnie.

-?Cho­lerni neo­na­ziole -?mru­czy i potyka się. Przy­da­łaby się laska. A nawet rola­tor.

Jego zwy­cza­jowa rundka mię­dzy koszami na śmieci na pie­szym trak­cie trwa dłu­żej niż zwy­kle, a przy­chód z niej oka­zuje się marny. Osiem puszek i dwie pół­li­trowe butelki to na pewno nie mają­tek. Nie wystar­czy na zatan­ko­wa­nie samo­chodu ani napeł­nie­nie żołądka, ale Kurt ni­gdy nie rozu­muje w ten spo­sób.

W swo­jej tor­bie na kół­kach umiesz­cza rze­czy, które dla innych są śmie­ciami. W jego oczach są to skarby, które sta­ran­nie układa, wypeł­nia­jąc torbę do ostat­niego miej­sca, i wtedy robi się pora, żeby wra­cać do samo­chodu.

Kwit par­kin­gowy wkłada do schowka, gdzie trzyma swoją księ­go­wość. Skarby wci­ska do pla­sti­ko­wej torby i kła­dzie na inne podobne, wypeł­nia­jące bagaż­nik i wszyst­kie sie­dze­nia z wyjąt­kiem fotela kie­rowcy z zagłę­bie­niem dosta­tecz­nie dużym dla jego ciała.

Nor­mal­nie Kurt robi w ciągu doby trzy takie kursy mię­dzy cen­trum i nie­czyn­nym już wysy­pi­skiem, gdzie obec­nie pomiesz­kuje, jed­nak dziś jest na to za bar­dzo zmę­czony. Zapada wie­czór, ale nie noc. Słońce, które w ciągu ostat­niego pół­ro­cza pra­wie wcale się nie prze­su­wało na hory­zon­cie, teraz swa­woli. Drze­mie przez parę godzin, by potem znów żywo zaiskrzyć.

Być może przy­snął na chwilę, uko­ły­sany miłym cie­peł­kiem powsta­ją­cym wtedy, gdy bak­te­rie i robaki prze­gry­zają się przez zawar­tość jego toreb. Nagle budzi go odgłos zbli­ża­ją­cego się samo­chodu, który wjeż­dża pod górkę.

Jego auto stoi za bara­ko­wo­zem, w któ­rym kie­dyś mie­ściło się biuro kie­row­nika wysy­pi­ska. To było dawno temu, ale dla Kurta Wikströma pra­wie jakby wczo­raj.

Auto, podob­nie jak Kurt, prze­żyło swoje. Widziało lep­sze czasy. Tu wta­pia się mię­dzy inne rupie­cie, które ludzie wciąż zwożą mimo zaka­zów. Kurt szybko wci­ska blo­kadę drzwi, osuwa się jak naj­ni­żej i nakrywa głowę tor­bami.

-?Fajna bryka.

To młody, pewien sie­bie głos. Kop­nię­cie w bla­chę. Szarp­nię­cie klamką.

-?Zostaw samo­chód, wycią­gnij ją, żeby­śmy już mieli to za sobą.

-?Chyba można się naj­pierw zaba­wić.

Naj­pierw? Scho­wany, na ile to moż­liwe, Kurt czuje mocny ucisk serca.

-?Chcemy tylko tro­chę poga­dać -?mówi jeden, gdy dziew­czyna pro­te­stuje.

Śmieją się. Fajna zabawa. Prze­cież to pią­tek. Chcą ją tylko tro­chę postra­szyć. Takie bojące się laski sma­kują naj­le­piej. He, he. Nie awan­tu­rują się i na wszystko się zga­dzają, ona też się nie awan­tu­ruje. Pod­trzy­my­wana przez silne mło­dzień­cze ramiona idzie posłusz­nie, powłó­cząc nogami.

Kur­towi przy­cho­dzi do głowy, że powi­nien. Może. Prze­szko­dzić im w tym, cokol­wiek robią. Zacho­wać się odpo­wie­dzial­nie. Cof­nąć czas. Napra­wić. A jed­nak nic nie robi. Jak zwy­kle. Odsuwa jedną torbę i sły­szy, jak odcho­dzą. Wyciąga głowę, żeby widzieć, i domy­śla się, dokąd idą. Pod­czas rekul­ty­wa­cji wysy­pi­ska doszło do osu­nię­cia ziemi. Przed urwi­skiem stoi teraz płot.

Podąża wzro­kiem za ich syl­wet­kami, za dziew­czyną, którą popy­chają do kra­wę­dzi.

Bra­kuje mu tlenu. Kurt maca dło­nią, szu­ka­jąc pokrę­tła, i opusz­cza szybę o cen­ty­metr.

Wra­cają odgłosy. Dłoń na sercu jest teraz jak nóż. Kurt znika, nasu­nąw­szy ponow­nie torby na głowę, i chowa się we wła­snych obra­zach. Kie­dyś był męż­czy­zną. Miał rodzinę. Dom, w któ­rym miesz­kali. I zaraz ten pożar. Kurt czuje dym, gorąco, pło­mie­nie. Pró­buje dostać się na pię­tro. Sły­szy krzyki. Woła do nich, żeby ska­kali. A sam się wyco­fuje, wydo­staje przez drzwi bal­ko­nowe. Pod­sta­wia dra­binę. Pło­mie­nie obej­mują pokój za poko­jem. Pękają szyby. Dziecko wyska­kuje. Dobry Boże, niech to będzie synek.

Kurt budzi się, gdy już jest widno. W pierw­szej chwili nie może wyma­cać blo­kady w drzwiach auta. Ogar­nia go panika. Rzuca tor­bami, wresz­cie udaje mu się otwo­rzyć i wypada na zie­mię.

Powie­trze jest przej­rzy­ste. On żyje, może oddy­chać. Tylko pęcherz ciśnie. Męż­czy­zna pod­pełza do przed­niego koła i udaje mu się wstać.

Czyżby strzą­sał z sie­bie sen? Nie ma pew­no­ści.

Pod­cho­dzi w stronę urwi­ska. Przy­ciąga go ogro­dze­nie. Kurt Vikström wpraw­dzie nie zawsze może pole­gać na swoim ciele, ale pamięć naj­czę­ściej mu nie szwan­kuje. Zoba­czył coś. Jest tego pra­wie pewien, ale naj­pierw musi się wysi­kać. Roz­pina roz­po­rek i śle­dzi stru­mień moczu spły­wa­ją­cego po stro­miź­nie.

Na samym dole jest ciało. Leży na brzu­chu, jakby wąchało pierw­sze kwiatki tej wio­sny.

Doga­nia go noc. Wraca ści­ska­nie w dołku i zsuwa się do nóg, gdy Kurt pró­buje wró­cić bie­giem do auta. Musi przy­sta­nąć, zła­pać oddech. Mogli zostać, mogą wró­cić, mogli go zauwa­żyć. Myśli czer­pią tlen ze stra­chu, z paniki. Prze­cież jest świad­kiem. Świad­ków należy się pozby­wać. Musi się stąd zabie­rać i teraz napły­wają łzy, wra­cają obrazy, które ni­gdy nie stra­ciły na ostro­ści. Wina i tchó­rzo­stwo, to on pono­sił winę za śmierć tam­tych. Dziew­czyna nad urwi­skiem, pło­nące dziecko, a on sam zawsze z boku, bez­pieczny.

Samo­chód zjeż­dża z pagórka do szosy na jało­wym biegu.

Tuż przed zjaz­dem do Gas­skas koń­czy mu się ben­zyna. Ostat­nie metry na pobo­cze jego ama­zon poko­nuje, krztu­sząc się i dła­wiąc.

Powie­trza. Trzeba mu powie­trza.

Zatrzy­muje się jakiś dobry czło­wiek. Pyta, czy Kurt potrze­buje pomocy. Pod­trzy­muje go ramie­niem. Ale zaraz je zabiera, gdy do niego dociera woń tam­tego.

-?Wilki na wysy­pi­sku -?chrypi Kurt. -?Wilki, wilki...

A potem mdleje.

6

wska­ku­jąc do radio­wozu, by jechać do miejsc niby podob­nych, a jed­nak zawsze innych, można odczuć pewną ulgę. Słońce stoi wysoko na nie­bie, a one stoją na par­kingu. Zwra­cają twa­rze ku słońcu, a ostre wio­senne pro­mie­nie padają na ich szarą "biu­rową" cerę.

Świat jest jed­nym wiel­kim i eska­lu­ją­cym nie­szczę­ściem, na które skła­dają się wojny, klę­ski żywio­łowe i Szwedzcy Demo­kraci, ale w tej chwili życie wydaje się dosko­nałe.

-?Chyba trzeba już jechać -?odzywa się Birna Gu?mundurdottir. -?Założę się, że Faste obser­wuje nas przez lor­netkę.

Faste, czyli Hans Faste, szef wydziału kry­mi­nal­nego. Lis­beth Salan­der napi­sa­łaby na jego wizy­tówce coś innego.

-?Niech se patrzy. Jesz­cze dwie minutki -?odpo­wiada Jes­sica Har­nesk. Roz­luź­nia barki, by pro­mie­nie słońca zmięk­czyły ćmiące powięzi.

Dzyń. Cho­lera. Dźwięk w komórce jest włą­czony, jesz­cze jedno dzyń. Przed wsko­cze­niem do radio­wozu Jes­sica połyka tabletkę ibu­pro­fenu wygrze­baną z kie­szonki na piersi. Jesz­cze tydzień w tej cho­ler­nej pracy i potem koniec.

-?To dokąd jedziemy? -?pyta, cho­ciaż już sły­szała zaczepny głos Fastego pod­czas poran­nej odprawy. Nie ma dnia, by nie myślała o odej­ściu z pracy. Na szczę­ście są tu inne osoby, choćby Birna. I może jesz­cze myśl o przy­szło­ści.

Prze­cież to dia­bel­skie nasie­nie pój­dzie kie­dyś na eme­ry­turę. Albo nagle pad­nie tru­pem. Nie pła­ka­łaby po nim, nawet by nie uda­wała. Trza­ski w nadaj­niku radio­wym.

-?Naj­pierw do Svar­tlu­ten -?odpo­wiada Birna, prze­bie­ra­jąc pal­cami po wyświe­tla­czu. -?Virkesvägen 7b. Nie­jaki Ivar Eriks­son zgło­sił dziwne odgłosy u sąsiada.

Dzwoni do niego.

-?Dzień dobry -?mówi, gdy ten odbiera. -?Co się stało?

-?Nic takiego, chyba się prze­sły­sza­łem.

Birna dopy­tuje, co sły­szał, męż­czy­zna nie odpo­wiada.

Birna powta­rza "halo, halo", ale tam­ten się roz­łą­cza.

Skrę­cają w Indu­stri­ga­tan i dalej w Virkesvägen. Birna zerka na Jes­sikę.

-?Nie mieszka tu przy­pad­kiem twoja matka?

-?Tak, ale na pewno się wypro­wa­dziła. Wydaje mi się, że parę lat temu dosta­łam zawia­do­mie­nie o zmia­nie jej adresu.

-?Jeśli chcesz, to mogły­by­śmy ją odwie­dzić -?mówi Birna.

-?Niby dla­czego mia­ła­bym chcieć? -?odpo­wiada Jes­sica, par­ku­jąc radio­wóz przed nume­rem 7b. -?To może jesz­cze poje­dziemy na Islan­dię, żeby odszu­kać twoją matkę?

Patrzą na sie­bie ze zło­ścią i dzwo­nią do drzwi Ivara Eriks­sona. Potem prze­cho­dzą pod numer 7a i tam też dzwo­nią. Prze­cho­dzą, jak prze­cho­dzą - prze­łażą przez jakieś rupie­cie leżące przed drzwiami. Kawałki kuchen­nego stołu, fotel pocięty nożem, wygar­nięte z domu kar­tony i inne graty, zwień­czone oponą samo­cho­dową i wor­kami ze śmie­ciami.

W odróż­nie­niu od sąsiedz­kich drzwi, które zostały wymie­nione albo przy­naj­mniej odma­lo­wane, te od lokalu 7a są ory­gi­nalne i wypa­czone po całych latach zma­gań z nie­po­godą i hała­sem.

-?Ty kurwo jedna, zabiję cię! -?krzy­czy ktoś za tymi drzwiami, a ktoś drugi odpo­wiada:

-?To zabij, impo­ten­cie pier­do­lony!

Birna szar­pie zaci­na­jące się drzwi. W końcu obie chwy­tają je przez powstałą szparę i otwie­rają.

Głosy docho­dzą z głębi domu i cho­ciaż obie wołają "halo" i "poli­cja", awan­tura trwa na całego.

Nie potra­fią oce­nić hała­sów, czy cho­dzi o głowę, którą ktoś wali o ścianę, czy o rzu­cane przed­mioty. Wła­ści­wie nic nad­zwy­czaj­nego. Pijac­kie awan­tury to dla nich rutyna. Zwłasz­cza w piątki po wypła­cie.

Bliź­nia­cze seg­menty przy Virkesvägen i Timmervägen zbu­do­wano na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych według jed­nego planu. Jest nie­duży przed­po­kój, a w kory­ta­rzu dwie sypial­nie i łazienka. Pomiesz­cze­nie gospo­dar­cze, kuch­nia i pokój dzienny oddzie­lone bar­kiem. Wyj­ście do ogródka i widok na miej­scowy zakład papier­ni­czy.

Gdyby ktoś nie chciał pamię­tać praw­dzi­wego powodu zabu­dowy na Svar­tlu­ten, czyli w sąsiedz­twie fabryki, to szybko by sobie przy­po­mniał, otwo­rzyw­szy okno. Smród nad osie­dlem jest jak od gni­ją­cej ryby. Zwłasz­cza w dni, gdy wieje wiatr z zachodu.

-?Pach­nie forsą. -?Chyba tak mówił Göran, to ścierwo, z któ­rym zamiesz­kała mama Jes­siki.

Zaraz po nim mama:

-?A tu jest pokój gościnny, mogła­byś tu kie­dyś prze­no­co­wać. Jak­byś chciała, toby­śmy coś zasa­dziły. Choćby tru­skawki. Prze­cież lubisz tru­skawki.

Co aku­rat było nie­prawdą. Miała na nie taką aler­gię, że wylą­do­wała na ostrym dyżu­rze po tym, jak matka prze­my­ciła tru­skawki do tortu uro­dzi­no­wego.

Pod nume­rem 7a są wciąż ory­gi­nalne tapety w zie­lone, różowe i żółte meda­liony i ciem­no­brą­zowa wykła­dzina dywa­nowa. Agent nie­ru­cho­mo­ści powie­działby, że dom "zacho­wał swój cza­ru­jący old­sku­lowy cha­rak­ter".

Obie idą tam, skąd docho­dzą głosy, i muszą krą­żyć mię­dzy ster­tami ciu­chów i wor­kami śmieci, któ­rym nie udało się poko­nać drogi do śmiet­nika na zewnątrz.

Birna otwiera drzwi do jed­nej z sypialni. Potem dru­giej i zaraz je szybko zamyka.

-?Kurde, co za fetor. Jakieś tru­chło, póź­niej się tym zaj­miemy.

Śmier­dzi jak pod­czas pierw­szego spo­tka­nia z Göranem.

"Pamię­taj, że to ja rzą­dzę w tym domu".

Naj­pierw widzą narożną sofę, ktoś na niej leży. Dalej męż­czy­znę, który stoi, i zaraz potem kobietę. Sie­dzi oparta o ścianę. Ma zakrwa­wioną twarz. Oczy to zale­d­wie wąskie szparki w jej poroz­bi­ja­nym obli­czu, za to usta są nie­na­ru­szone.

-?No to zabij, ty cha­mie, mendo jedna! A może nawet tego nie potra­fisz?! -?wrzesz­czy.

Męż­czy­zna trzyma coś w ręce. Jakieś narzę­dzie. Jes­sica nie pamięta nazwy, ale nie­ważne. Rzuca się na niego z boku w momen­cie, gdy ten unosi ramię i robi zamach. Narzę­dzie wypada z tra­jek­to­rii w stronę głowy kobiety i wyla­tuje przez okno, a teraz męż­czy­zna nie jest zły, lecz wście­kły. Odpy­cha Jes­sikę, wymie­rza nie do końca cel­nego kop­niaka w jej kolano i staje na nogi.

Nawa­lony jak sto­doła, a mimo to zwinny jak łasica łapie pełną petów popiel­niczkę w kształ­cie tłoka i wyma­chu­jąc nią, wali we wszystko co popad­nie: w lampy, obrazki, rośliny donicz­kowe i wresz­cie w swój oczy­wi­sty cel. Kobieta już nie krzy­czy, śmieje się. Śmieje się jak sza­lona.

-?Rzuć to, bo będę strze­lać! -?krzy­czy Birna, a męż­czy­zna zatrzy­muje się, jakby dopiero teraz ją usły­szał.

-?Rzuć to! -?krzy­czy po raz drugi i popiel­niczka spada z hukiem na pod­łogę. Tam­ten się odwraca. Pod­nosi ręce, jakby się pod­da­wał, ale coś jest w tych oczach, w jego spoj­rze­niu. Uśmie­cha się. Roz­gląda się, jakby szu­kał uzna­nia za swoje osią­gnię­cia. Spoj­rze­nie mówi: Mnie nie dacie rady. W tym domu rzą­dzę ja. Robi krok do przodu, potem jesz­cze jeden.

-?Stój! -?krzy­czy Birna, a męż­czy­zna jest tak bli­sko, że czuć smród z jego ust.

-?Za tobą! -?krzy­czy Jes­sica, ale za późno. Ciało z sofy wstało i łapie ramię Birny, która upusz­cza pisto­let, ale udaje jej się posłać go kop­nię­ciem pod kanapę.

Jes­sica w tej sekun­dzie podej­muje decy­zję. Odgłos pierw­szego strzału roz­cho­dzi się jak ude­rze­nie w bębenki w uszach i dalej w głąb. Potem drugi strzał.

Jedno ciało ląduje na sofie i rzyga. Inne zwija się w kłę­bek. Poli­cjantki nakła­dają im kaj­danki. W nadaj­ni­kach trzesz­czą głosy. Na miej­sce jedzie karetka, kole­dzy też i wkrótce zapewne media.

Dopiero gdy ciszę prze­ry­wają tylko poje­dyn­cze szlo­chy, sły­szą coś jesz­cze.

-?Jest tu jakieś dziecko? -?pyta Birna. Wło­żyła pla­sti­kowe ręka­wiczki i bada zakrwa­wioną kobietę, która przy­naj­mniej prze­stała się śmiać. Kobieta kręci głową.

Jes­sica zgina kolano parę razy, żeby prze­ko­nać się, czy da radę iść. Z dziur po poci­skach w sufi­cie sypią się tro­ciny. Jes­sica prze­łazi przez ciało męż­czy­zny na kana­pie, który prze­stał szlo­chać i być może zasnął.

Göran też zawsze w końcu zasy­piał. Naj­le­piej, gdy miał na knyk­ciach krew mamy.

-?Gdyby mnie tak nie bolało, tobym cię tak sko­pała, że by ci kiszki wywa­liło -?mówi, kule­jąc, gdy zmie­rza do kuchni. Pisk raz jest, raz go nie ma. Zza drzwi brud­nej kuchni wydaje się wyraź­niej­szy.

-?To chyba pies -?mówi Jes­sica, uchy­la­jąc drzwi. W pra­wie ciem­nym pomiesz­cze­niu jest jedy­nie szparka mię­dzy szybą a kocem, który zatrzy­muje świa­tło dnia.

Oczy jej łza­wią od woni sików i kału.

I od widoku skraj­nie zanie­dba­nego zwie­rzątka, które ledwo może unieść łepek.

Nie powinna, a jed­nak wyciąga rękę.

-?Już dobrze -?mówi, głasz­cząc uba­brane ucho szcze­nię­cia. -?Zaraz cię stąd zabie­rzemy.

Kobieta odjeż­dża karetką. Dwaj pozo­stali radio­wo­zem.

Opusz­cza­jąc osie­dle, Jes­sica i Birna naty­kają się na auto redak­cyjne "Gaskas­sen".

-?Chyba nie wszy­scy dzien­ni­ka­rze są bez­na­dziejni -?mówi Jes­sica w reak­cji na gry­mas Birny i szczy­pie ją w kolano. -?Odzy­wał się do cie­bie ten... jak mu tam? Blom­kvist. Mikael Blom­kvist, prawda?

-?Prze­stań, nic nie było mię­dzy nami.

-?Nie powie­dzia­łam, że było.

-?No to nie pytaj o niego -?mówi Birna. Imię Mika­ela zawi­sło w powie­trzu, jak zawsze, gdy o nim mowa. Poja­wił się. I się zmył. Ina­czej nie będzie.

Jadą do wete­ry­na­rza przy otwar­tych oknach w samo­cho­dzie. Fetor bijący od pie­ska jest nie do znie­sie­nia. Jes­sica zawi­nęła go w koc. Oby się oka­zało, że tylko śpi, bo może już nie żyje.

-?Co za cho­lerni ludzie -?odzywa się Jes­sica. -?Zabi­jają się, to niech im będzie, ale żeby tak trak­to­wać szcze­nię?

Birna kła­dzie rękę na jej ramie­niu i zosta­wia, to taka zapora prze­ciwko obra­zom, dźwię­kom, smro­dom i gło­som. Jesz­cze będą musiały prze­żu­wać cały ranek z tą hołotą, no i z sze­fem.

Hans Faste już dzwo­nił. Birna powie­działa, że nie mogą roz­ma­wiać, a więc dzwoni jesz­cze raz. I jesz­cze. Ledwo zdą­żyły wyjść spod prysz­nica, zmyć z sie­bie krew i odchody, a potem się ubrać, kiedy już stoi w ich pokoju i domaga się raportu. W cza­sie teraź­niej­szym, pro­szę!

-?Jedziemy na wezwa­nie, zasta­jemy awan­turę, powstaje groźna sytu­acja, męż­czy­zna miota groźby i przed­mioty, a więc Birna sięga po broń, ostrzega go, ale zostaje nie­spo­dzie­wa­nie zaata­ko­wana od tyłu przez czło­wieka, który wybija jej z ręki pisto­let -?mówi Jes­sica.

-?Z ręki -?odzywa się Faste i patrzy na Birnę -?nie trzy­masz broni obu­rącz?

-?E... tak, no trzy­mam, ale zasko­czył mnie ten czło­wiek za moimi ple­cami.

-?Kto to jest?

-?Gość, który spał na kana­pie.

-?Czyli jesteś tak zasko­czona, że upusz­czasz broń służ­bową? -?pyta szef.

-?Tak, ale udaje mi się wko­pać ją pod kanapę.

-?Pro­szę, jaka zręczna.

Jak zawsze sły­chać w jego gło­sie drwiący ton, Faste naj­wy­raź­niej już uznał, że fał­szy­wie oce­niły całą sytu­ację. Cze­pia się słów, pró­buje zna­leźć jakiś słaby punkt. Nic by go tak nie ucie­szyło, jak służ­bowe uchy­bie­nie z ich strony.

-?Birna działa pra­wi­dłowo -?odzywa się Jes­sica, a Faste znów patrzy na nią. -?W tym momen­cie oce­niam, że sytu­acja jest na tyle poważna, że dwu­krot­nie strze­lam w sufit.

-?Raz by nie wystar­czyło? A skąd pew­ność, że nikogo nie ma na pię­trze?

-?Bo to par­te­rowy dom.

Trwa słowna prze­py­chanka, wresz­cie Faste koń­czy obiet­nicą zba­da­nia tej sprawy.

-?Bar­dzo dobrze -?odpo­wiada Jes­sica -?może będzie szansa przed­sta­wić prze­bieg zda­rzeń komuś bez­stron­nemu.

Faste obcho­dzi biurka, pod­nosi papiery, pochyla się i przy­gląda się z bli­ska zdję­ciu Stu­rego, kota Birny, wresz­cie staje przed oknem i patrzy na rzekę.

-?Tylko cho­dzi o to -?odzywa się -?że podobno jed­nemu z nich gro­zi­łaś, kiedy znaj­do­wał się w sytu­acji przy­mu­so­wej.

-?Co? Co chcesz przez to powie­dzieć?

-?Gro­zi­łaś mu "sko­pa­niem, że by mu kiszki wywa­liło" -?odpo­wiada Faste i widać, że jest zachwy­cony.

Patrzy na nar­cyzy roz­kwi­ta­jące na nad­rzecz­nej pro­me­na­dzie i trzy­ma­jąc ręce sple­cione z tyłu, roz­ko­szuje się poczu­ciem wła­dzy. Powi­nien pocie­szać, współ­czuć, a przy­naj­mniej oka­zać soli­dar­ność, ale gdzie tam. I jesz­cze odwra­ca­jąc się do nich, nuci jakąś wesołą melo­dyjkę.

-?A więc dal­sze postę­po­wa­nie wykaże, co tam się wyda­rzyło naprawdę. Mała suge­stia z mojej strony: nie pomi­jaj­cie żad­nych szcze­gó­łów, bo zwy­kle i tak wycho­dzą na jaw.

Oddala się. Birna otwiera okno, żeby wywie­trzyć pokój po tym zgre­dzie.

-?Nucą tylko psy­cho­paci i gospo­dy­nie domowe -?mówi. -?A on to która kate­go­ria, jak uwa­żasz?

-?Ja już tego wytrzy­muję -?wzdy­cha Jes­sica. -?Skła­dam wypo­wie­dze­nie.

-?Prze­cież on wtedy wygra.

Jes­sica wie, że Birna ma rację, ale jed­nak. Przed­tem praca była dla niej jakimś wen­ty­lem. Miej­scem, gdzie mogła ode­tchnąć pełną pier­sią. Odkąd poja­wił się Faste, nie wia­domo, co jest gor­sze. Chore ese­mesy od ojca jej dzieci czy tak zwane kie­ro­wa­nie zespo­łem przez Fastego.

Dzwoni tele­fon. Żadna z nich się nie rusza, żeby ode­brać.

-?Chodź -?mówi Birna. -?Faste niech sobie mówi, co chce. Idziemy do Statt, zoba­czymy, czy już otwo­rzyli ogró­dek. Zabiorę lap­topa. Możemy na nim napi­sać raport.

-?To ty już idź, zaraz za tobą przyjdę -?odpo­wiada Jes­sica i odbiera.

7

samo­chód na pobo­czu. Czło­wiek w potrze­bie. Karetka już odje­chała. Według dzwo­nią­cego to nic groź­nego.

-?To dla­czego pan dzwoni? -?pyta Jes­sica trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego dobrego czło­wieka, Fre­drika Berga, który chrząka do słu­chawki.

-?Ten czło­wiek, Kurt-puszka, no wie pani, ten, co zbiera... no więc zasta­łem go nie­przy­tom­nego, ale potem się obu­dził i cią­gle powta­rzał, że widział wilki przy sta­rym wysy­pi­sku. Pomy­śla­łem, że powin­ni­ście wie­dzieć. Lapoń­czycy... zna­czy Saamo­wie aż za bar­dzo lubią strze­lać do dra­pież­ni­ków.

Jes­sica Har­nesk wzdy­cha w myślach. Faj­nie byłoby pójść na piwo, ale wilki w pobliżu mia­steczka to nie­cie­kawa sprawa. Tak więc dzię­kuje męż­czyź­nie za infor­ma­cję.

Tym razem to Birna czeka na rogu od strony rzeki.

-?Gdy­byś tylko wie­działa, jak ja mało słońca zazna­łam w życiu. Chmury popio­łów i wybu­chy wul­ka­nów to mój los.

Jes­sica uzmy­sła­wia sobie, jak mało wie o tej Islandce, cho­ciaż pra­cują ze sobą od paru lat. Podej­mują jakieś próby zbli­że­nia się. Idą we dwie do restau­ra­cji. Oglą­dają razem jakiś film, gdy dzieci poszły już spać. Dobrze im się roz­ma­wia ze sobą, ale zawsze w końcu gadają o pracy.

-?Jesz­cze tylko dwie minutki.

Jes­sica korzy­sta z oka­zji, żeby prze­czy­tać nie­chciane ese­mesy, maile, na które powinna dawno odpo­wie­dzieć. Spoj­rzeć na listę nie­ode­bra­nych tele­fo­nów od osób, z któ­rymi nie chce roz­ma­wiać.

Jadą na stare wysy­pi­sko i wtedy wra­cają wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Jes­sica spy­cha je tam, gdzie ich miej­sce. Czyli w więk­szo­ści na śmiet­nik.

Przy­sia­dają na schod­kach do daw­nego biura. Spo­kojne miej­sce. Owady brzę­czą, ptaszki ćwier­kają.

-?Cza­sem przy­jeż­dża­li­śmy tu z Göranem, żeby postrze­lać do szczu­rów.

-?Kto to jest Göran?

-?Jeden ze wspa­nia­łych face­tów mojej mamy, chcą­cych ubo­ga­cić nam życie.

Birna wstaje, obcho­dzi to miej­sce. Wyj­muje komórkę. Chowa ją ponow­nie.

-?Dobra, gdzie zaczniemy i czego szu­kamy?

-?Wil­ków. Tro­pów. Padłych reni­fe­rów i kru­ków.

Ślady opon i świeże śmieci, takie jak zgnie­cione puszki i opa­ko­wa­nia po ham­bur­ge­rach świad­czą o tym, że miej­sce jest wciąż nawie­dzane przez gości. Krążą obie, zbli­ża­jąc się do płotu. Pod­nisz­czone tablice ostrze­gają przed urwi­skiem, ale nie widać żad­nych tro­pów, ran­nych reni­fe­rów ani innych oznak obec­no­ści dra­pież­ni­ków.

Dostrze­gają ją jed­no­cze­śnie. Na kola­nach, jakby się modliła, ale dobrze widoczna u stóp stro­mi­zny.

-?O kurwa -?mówi Jes­sica, zakry­wa­jąc usta. Nie­do­brze jej się robi na myśl o tru­pie kobiety, a jesz­cze bar­dziej o sprawcy. Chcia­łaby odje­chać, prze­ka­zać sprawę komuś innemu, powie­dzieć to, czego jej nie wolno, czyli nie wytrzyma, nie potrafi. Wrzesz­czeć, że ma dość i chce do domu, do dzieci. Wtu­lić twarz w ich gład­kie szyjki. Zamknąć się z nimi w domu, przed świa­tem. Jed­nak obok stoi Birna z miną, jakby nic się nie stało. Może nawet jest tro­chę pod­eks­cy­to­wana? Dziw­nie nabu­zo­wana.

-?Ścią­gnij karetkę i posiłki -?mówi Birna. -?Ja pójdę po lor­netkę.

Twarz kobiety jest odwró­cona, więc nie da się stwier­dzić, czy jest mar­twa, czy tylko stra­ciła przy­tom­ność. Jeśli jest choćby mini­malna szansa, że jesz­cze żyje, to nie wolno jej zmar­no­wać. To nie tak, że nie wyczuwa stra­chu u Jes­siki albo że sama go nie czuje. Chwilę roz­waża za i prze­ciw, w końcu decy­duje, że się da.

-?Pój­ście naokoło zabra­łoby za dużo czasu -?mówi. Krzywy płot nie chroni na tyle, żeby nie dało się wyjąć z niego jed­nego słupka i prze­leźć na drugą stronę. -?Idziesz? -?pyta. -?Da się przy­zwy­czaić do wyso­ko­ści, byle nie patrzeć w dół. Można się przy­trzy­mać wysta­ją­cych gałęzi.

Nogi Jes­siki chcą zawra­cać i odbiec, ale robią krok w stronę urwi­ska. Odpada jakiś kamień. Jes­sica patrzy za nim, jak leci w dół, odbi­ja­jąc się od stro­mi­zny.

-?Ja uwa­żam, że powin­ny­śmy iść naokoło.

-?To idź -?odpo­wiada Birna i zaczyna się zsu­wać po zbo­czu.

W przy­pły­wie odwagi Jes­sica rusza za nią.

Przy­trzy­mują się mło­dych brzó­zek, korzeni i kamieni. Na ostat­nim odcinku zsu­wają się, aż w końcu stają na nogi.

Ciało jest nie­ru­chome. To młoda kobieta. Jes­sica szuka oznak życia. Brak jed­nego oka. Kruki ni­gdy nie odpo­czy­wają.

-?Czy to nie... -?Birna nie koń­czy zda­nia.

-?Masz na myśli... tę, jak jej tam.

-?Chciała robić z tobą wywiad, kiedy ostat­nio zatrzy­my­wa­ły­śmy paru z tych przy­tu­la­ją­cych się do drzew.

-?Chyba raczej demon­stru­ją­cych w spra­wie kopalni.

-?No tak, wszystko jedno. Tylko że wtedy nie była tam w cha­rak­te­rze repor­terki, ale brała udział w demon­stra­cji.

-?Potem do mnie dzwo­niła -?mówi Jes­sica. -?Pra­co­wała w "Gaskas­sen", chyba miała na nazwi­sko Södergran, i spy­tała, co sądzę na temat nowej kopalni.

-?Co jej powie­dzia­łaś?

-?Że nie­ważne, co ja sądzę.

-?Mogła­byś pra­co­wać na dwo­rze kró­lew­skim. -?Birna wyj­muje dłu­go­pis i kartkę.

Ślad na zbo­czu po zrzu­ce­niu ciała jest wyraźny. Gleba wokół wydaje się nie­na­ru­szona. Pokrzywy, perz i inne żywotne formy roślinne nabrały ener­gii, odkąd się ocie­pliło. Jes­sica odgar­nia włosy z czoła dziew­czyny. Jej poli­czek jest miękki jak uszko szcze­niaka.

-?Wszy­scy ci męż­czyźni nie­na­wi­dzący kobiet... skąd oni się biorą?

-?Co roku rodzą się nowi -?odpo­wiada Birna i dalej notuje. Przy­czyna śmierci nie­znana, pra­wie ramię leży pod nie­na­tu­ral­nym kątem, w tyle głowy spora rana, żad­nych innych oznak ura­zów powsta­łych wsku­tek prze­mocy. -?Nie zakła­dajmy od razu, że ktoś to zro­bił. Jakiś męż­czy­zna. Mogła spaść. Lub popeł­nić samo­bój­stwo.

Pot spływa jej po ple­cach. Birna ściąga kurtkę i przy­siada na jakimś kamie­niu.

-?Ten cały Göran -?zaczyna.

-?Masz, napij się wody -?mówi Jes­sica. -?Tu jest jak w kotle.

Dzień jest dłuż­szy od innych, a prze­cież jesz­cze się nie skoń­czył.

Adres. Dwa nazwi­ska. W domu jest tylko ojciec. Pies szczeka. Kot mru­czy. W przed­po­koju pach­nie pie­czo­nym chle­bem. Przy­no­szą tra­giczną wia­do­mość.

-?O, witam -?odzywa się męż­czy­zna. -?W piątki mam wolne. Zapra­szam do środka, już nasta­wiam kawę.

Ma ufne spoj­rze­nie. Świat, jak u więk­szo­ści ludzi, wydaje się pro­sty, bez­pieczny i prze­wi­dy­walny.

-?Może­cie też dostać kanapkę -?mówi, się­ga­jąc do lodówki.

-?Cho­dzi o Ester -?wtrąca Jes­sica.

-?Domy­śli­łem się. Mówiła, że pew­nie się zja­wi­cie zaraz po połu­dniu.

Wycho­dzi i już wraca, nio­sąc jakieś książki.

-?To chyba te.

Pod­suwa im te książki.

-?Panie Nil­sie -?mówi Jes­sica -?my jeste­śmy z poli­cji.

-?Mów­cie mi Nisse.

Męż­czy­zna wstaje. Otwiera pie­kar­nik. Odkrawa paru­jące kromki. Nalewa kawę i mówi "pro­szę bar­dzo".

Miły, przy­ja­zny i pach­nący chle­bem dom zamieni się zaraz w dom żałoby.

Jes­sica zmu­sza się do wypo­wie­dze­nia kilku słów.

Nie jest katem, ale jego posłań­cem.