PROLOG
LATEM W DZIELNICY pojawił się nowy żebrak. Nikt nie wiedział, jak się
nazywa, zresztą nikogo to nie obchodziło, chociaż młoda para, która
mijała go co rano, nazywała go szalonym karłem, co przynajmniej w połowie było niesłuszne. Bo w sensie medycznym nie był karłem. Miał sto
pięćdziesiąt cztery centymetry wzrostu i był proporcjonalnej budowy.
Natomiast rzeczywiście był chory psychicznie i czasem zrywał się, by
łapać kogoś, a potem mówił coś bez związku.
Przeważnie jednak przesiadywał na kawałku kartonu na Mariatorget tuż
obok fontanny z rzeźbą boga Thora i wtedy czasem nawet budził szacunek.
Podniesiona głowa i wyprostowana sylwetka nadawały mu wygląd wodza,
wprawdzie upadłego, lecz ten wygląd był jego jedynym kapitałem, dzięki
niemu rzucano mu jeszcze a to monetę, a to banknot. Ludziom wydawało
się, że rozpoznają w nim utraconą wielkość, i nie mylili się. Istotnie
był czas, kiedy nisko mu się kłaniano.
Jednak od dawna był pozbawiony wszystkiego, a jego sytuacji nie
poprawiała widoczna na policzku czarna plama, jakby sama śmierć
odcisnęła swój ślad. Uwagę zwracała właściwie tylko jego kurtka puchowa.
Niebieska i droga, Marmot Parka. Nie dodawała mu normalności, nawet nie
dlatego, że pokryta była brudem i resztkami jedzenia. Wyglądała na
arktyczną, a w Sztokholmie było lato. Nad miastem zalegał duszny upał, a kiedy po policzkach mężczyzny spływał pot, ludzie patrzyli z zakłopotaniem na kurtkę, jakby na sam jej widok upał stawał się jeszcze
dokuczliwszy. Mimo to mężczyzna nigdy jej nie zdejmował.
Był stracony dla świata, nie wydawało się prawdopodobne, aby mógł
stanowić zagrożenie dla kogokolwiek. Na początku sierpnia w jego
spojrzeniu pojawiła się wyraźniejsza świadomość celu, a jedenastego po
południu nabazgrał jakąś pogmatwaną historię na poliniowanej kartce A4,
którą wieczorem przykleił do wiaty przystanku autobusowego przy
Stockholms södra.
Był to fantasmagoryczny opis potwornej nawałnicy. Młodej lekarce
stażystce Else Sandberg, czekającej na autobus linii numer 4, udało się
mimo to odszyfrować fragment samego wstępu, zauważyła również, że został
w nim wymieniony pewien członek rządu. Przede wszystkim jednak skupiła
się na zdiagnozowaniu autora, według niej była to schizofrenia
paranoidalna. Dziesięć minut później wsiadła do autobusu i o wszystkim
zapomniała, zostało tylko trochę niemiłe uczucie. Jakby coś w rodzaju
klątwy Kasandry. Nikt temu człowiekowi nie uwierzył, ponieważ prawda,
którą sformułował, była tak zamotana w szaleństwo, że prawie nie dało
się jej dostrzec. Widocznie jednak przesłanie gdzieś dotarło, bo
następnego ranka podjechało niebieskie audi, z którego wysiadł facet w białej koszuli i zerwał kartkę.
W sobotnią noc piętnastego sierpnia żebrak udał się na Norra Bantorget
po wódkę z meliny. Spotkał tam drugiego pijaka, starego robotnika
fabrycznego Heikkiego Järvinena z Ostrobotni w zachodniej Finlandii.
- Cześć, bracie. Bardzo cię przypiliło? - spytał Järvinen.
Nie dostał odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Potem nastąpiła długa
perora, którą Heikki odebrał jako stek kłamstw i przechwałek, więc
warknął "gówno prawda" i dodał niepotrzebnie - co sam potem przyznał -
że gość wygląda jak "czing czong Chińczyk".
- Me Khamba-chen, I hate China! - ryknął żebrak.
Rozpętało się istne piekło. Pozbawioną palców pięścią grzmotnął
Järvinena i choć nie był to cios świadczący o jakimś przygotowaniu, nie
mówiąc o wyszkoleniu, była w nim moc i powaga. Heikkiemu leciała krew z ust i strasznie klął po fińsku, gdy zataczając się, schodził do
centralnej stacji metra.
Żebraka widziano potem w jego stałej okolicy, był bardzo pijany i wyraźnie źle się czuł. Z ust ciekła mu ślina, trzymał się za gardło i mamrotał pod nosem.
- Very tired. Must find a dharamsala, and an lhawa, very good lhawa. Do
you know?
Nie czekając na odpowiedź, lunatycznym krokiem przeciął Ringvägen,
wyrzucił półlitrówkę bez etykietki i zniknął wśród zieleni Tantolunden.
Nie bardzo wiadomo, co było dalej, ale wczesnym rankiem spadł niewielki
deszcz i wiało z północy. O ósmej wiatr ucichł, niebo się przejaśniło,
mężczyzna siedział na piętach oparty o pień brzozy.
Na ulicy trwały przygotowania do Biegu o Północy. W dzielnicy panował
nastrój zabawy. Żebrak był martwy, w powietrzu unosiła się radość i nikogo nie obchodziło, że miał za sobą życie pełne przygód i bohaterskich czynów, a jeszcze mniej, że kochał tylko jedną jedyną
kobietę, która również umarła w straszliwej samotności.
ROZDZIAŁ 1
15 SIERPNIA
PISARKA Ingela Dufva pierwsza odważyła się podejść do drzewa, gdzie
przekonała się, że mężczyzna nie żyje. Było wtedy wpół do dwunastej.
Wokół śmierdziało, roje much i komarów krążyły z głośnym brzęczeniem.
Ingela Dufva powiedziała później, że w siedzącej postaci było coś
wzruszającego, ale nie mówiła całej prawdy.
Przed śmiercią mężczyzna wymiotował i miał ostrą biegunkę. A więc raczej
nie poczuła wzruszenia, tylko obrzydzenie i lęk przed własną
śmiertelnością. Również przybyli kwadrans później funkcjonariusze
patrolu, Sandra Lindevall i Samir Eman, nie mogli traktować swego
zadania inaczej jak karę.
Obfotografowali ciało i przeszukali pobliskie zarośla, ale nie dotarli
do pochyłości poniżej Zinkens väg, gdzie leżała wyrzucona półlitrówka po
wódce z cienką warstewką osadu na dnie, i choć wydawało im się, że
"zdarzenie nie wygląda na zbrodnię", starannie obejrzeli głowę
nieboszczyka i klatkę piersiową. Nie znaleźli żadnych śladów przemocy
ani innych podejrzanych oznak, jeśli nie liczyć gęstej śliny, która
wyciekła mu z ust, więc po naradzie z przełożonymi postanowili nie
odgradzać miejsca taśmą.
Czekając na karetkę, która miała zabrać ciało, przeszukali kieszenie
niekształtnej kurtki puchowej. Było tam mnóstwo przezroczystych
papierków z kiosków sprzedających hot dogi, trochę monet, banknot
dwudziestokoronowy i kwit ze sklepu papierniczego na Hornsgatan, ale
żadnej legitymacji ani dowodu osobistego.
Mimo to byli przekonani, że ustalenie tożsamości tego człowieka, któremu
nie brakowało znaków szczególnych, będzie całkiem proste. Jak często
bywa, było to przekonanie błędne. W Zakładzie Medycyny Sądowej w Solnie,
gdzie przeprowadzono sekcję, wykonano też zdjęcia rentgenowskie zębów.
Jednak w policyjnych rejestrach nie było ani odpowiedników tych zdjęć,
ani odcisków palców, a więc po przesłaniu próbek do NFC, Narodowego
Centrum Ekspertyz Sądowych, lekarka sądowa Fredrika Nyman - mimo że nie
należało to do jej obowiązków - sprawdziła kilka numerów telefonów,
zapisanych na zmiętej karteczce z kieszeni spodni denata.
Jeden należał do Mikaela Blomkvista z pisma "Millennium". Przez kilka
godzin w ogóle o tym nie myślała. Jednak wieczorem, po wyjątkowo
przykrej kłótni z jedną ze swoich nastoletnich córek, przypomniała
sobie, że w ciągu ostatniego roku miała aż trzy sekcje zwłok, które
zostały pochowane bezimiennie, i wtedy sklęła swoją pracę, i ogólnie
życie.
Skończyła czterdzieści dziewięć lat, była samotną matką dwóch córek,
dokuczały jej bóle kręgosłupa i bezsenność, do tego zmagała się z poczuciem braku sensu życia; i choć sama nie wiedziała dlaczego,
zadzwoniła do Mikaela Blomkvista.
ZABRZĘCZAŁ TELEFON. Nieznany numer, Mikael postanowił nie zwracać uwagi.
Właśnie wyszedł z mieszkania i podążał w dół Hornsgatan w stronę Slussen
i Starego Miasta, ale bez celu. Ubrany w szare lniane spodnie i nieuprasowaną koszulę dżinsową, przez dłuższy czas krążył po uliczkach,
w końcu usiadł w jakimś ogródku piwnym na Österl?nggatan i zamówił
guinnessa.
Była siódma wieczorem, ale jeszcze ciepło, od strony Skeppsholmen
dochodziły śmiechy i oklaski, Mikael spojrzał w niebo, poczuł łagodną
bryzę od zatoki i próbował wmawiać sobie, że jednak życie nie jest złe.
Nie bardzo mu się to udawało, nie pomogło ani jedno piwo, ani drugie, w końcu mruknął coś pod nosem, zapłacił i ruszył do domu, żeby znów
popracować, a może zagłębić się w jakiś serial albo lekturę kryminału.
Po chwili jednak zmienił zdanie i pod wpływem impulsu ruszył w stronę
Mosebacke i Fiskargatan. Przy Fiskargatan 9 mieszkała Lisbeth Salander.
Mikael nie miał wielkich nadziei, że ją zastanie. Po pogrzebie swego
dawnego opiekuna Holgera Palmgrena podróżowała po Europie i tylko od
czasu do czasu odpowiadała na maile i esemesy Mikaela. Mimo to
postanowił zaryzykować i zadzwonić do jej drzwi, dlatego wszedł na
schody prowadzące z rynku i ze zdumieniem spojrzał na dom znajdujący się
naprzeciwko. Całą ścianę pokrywało nowe duże graffiti. Nie poświęcił mu
większej uwagi, chociaż rysunek był tego wart, pełen surrealistycznych
szczegółów, takich jak śmieszny człowieczek w spodniach w kratę, stojący
boso na zielonym wagonie metra.
Zamiast tego wystukał numer kodu mieszkania Lisbeth, potem wsiadł do
windy i łypnął w lustro. Blada twarz, zapadnięte oczy, nie było po nim
widać, że lato było gorące i słoneczne. Pomyślał o krachu na giełdzie,
nad którym pracował przez cały lipiec. Ważny temat, bez wątpienia, bo
krach był skutkiem nie tylko przeszacowania aktywów i zbyt dużych
oczekiwań, ale również ataków hakerskich i kampanii dezinformacyjnych.
Jednak w tym momencie zajmowali się tym wszyscy liczący się dziennikarze
śledczy i choć Mikaelowi udało się sporo wyszperać - między innymi
ustalić, która z rosyjskich fabryk trolli rozsiewała największe kłamstwa
- to teraz uznał, że świat poradzi sobie bez niego. Chyba powinien po
prostu wziąć urlop, zacząć ćwiczyć i może zaopiekować się lepiej Eriką,
która właśnie rozwodzi się z Gregerem.
Winda stanęła, Mikael rozsunął kratę i wysiadł na piętrze, coraz
bardziej przekonany, że przychodzenie tutaj jest bez sensu. Lisbeth na
pewno wyjechała i ma go gdzieś. Ale już w następnej chwili zaniepokoił
się. Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież i w tym samym momencie
odżył w nim dręczący go przez całe lato strach, że wrogowie w końcu ją
dopadną. Krzycząc "halo, halo", wpadł do środka, gdzie poczuł zapach
farby i środków czyszczących.
Nie wszedł daleko. Usłyszał kroki. Za jego plecami na schodach ktoś
sapał jak parskający byk, wtedy odwrócił się i zobaczył dwóch potężnie
zbudowanych mężczyzn w granatowych drelichach, którzy nieśli jakiś
wielki przedmiot. Mikael był tak rozemocjonowany, że nie docierało do
niego, na co patrzy.
- Co wy tu robicie? - spytał.
- A na co to wygląda?
Wyglądało na dwóch facetów od przeprowadzek, niosących niebieską
dizajnerską kanapę, a Lisbeth - o czym akurat wiedział bardzo dobrze -
nie interesowała się dizajnem ani urządzaniem wnętrz, więc właśnie miał
coś powiedzieć, kiedy usłyszał głos dochodzący z głębi mieszkania. W pierwszej chwili pomyślał, że to Lisbeth, i już się rozpromienił. Było
to jednak myślenie życzeniowe, bo głos nawet nie przypominał głosu
Lisbeth.
- Proszę, co za gość. Czym sobie zasłużyłam na ten zaszczyt?
Znów się odwrócił, stojąca na progu wysoka czarnoskóra kobieta około
czterdziestki obserwowała go z rozbawieniem. Ubrana w dżinsy i elegancką
szarą bluzkę, miała włosy zaplecione w warkoczyki i lekko skośne,
błyszczące oczy. Mikael poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany.
Czyżby ją skądś znał?
- Ja tylko... - mruknął.
- Tylko...
- Pomyliłem piętra.
- A może pan nie wiedział, że ta młoda dama sprzedała swoje mieszkanie?
Rzeczywiście nie wiedział, zrobiło mu się tym bardziej głupio, że
kobieta nadal się uśmiechała; prawie mu ulżyło, kiedy upomniała facetów
niosących kanapę, żeby nie obili framug, i weszła za nimi w głąb
mieszkania. Chciał się ulotnić, przetrawić tę informację i napić się
jeszcze guinnessa. A jednak stał jak wrośnięty, wpatrując się we
wrzutnię na listy, gdzie nie było już napisu V-kulla, tylko Linder. Kim,
u diabła, jest Linder? Wyguglował nazwisko na smartfonie i na
wyświetlaczu zobaczył jej zdjęcie.
Kadi Linder. Próbował przypomnieć sobie, co o niej wie, choć było to
niewiele: psycholożka i zawodowa członkini rozmaitych zarządów, przede
wszystkim jednak myślał o Lisbeth i ledwo zdążył się trochę pozbierać,
gdy Kadi Linder znów stanęła w drzwiach; teraz patrzyła nie tylko z rozbawieniem, ale również ze zdziwieniem, taksując go wzrokiem.
Szczupła, miała wąskie przeguby i wyraźnie zaznaczone kości obojczyka,
pachniała lekko perfumami.
- Niech pan się przyzna. Naprawdę pan pomylił piętra?
- Pominę to pytanie - odparł i od razu się zorientował, że to
niewłaściwa odpowiedź.
Sądząc po jej uśmiechu, przejrzała go, że chce się z tego możliwie
gładko wyplątać. Nic nie byłoby w stanie skłonić go do ujawnienia, że
Lisbeth mieszkała tu pod przybranym nazwiskiem, niezależnie od tego, co
na ten temat wiedziała Kadi Linder.
- Co raczej nie wpływa na zmniejszenie mojej ciekawości - skomentowała.
Zaśmiał się, jakby chodziło o jakąś błahostkę.
- Czyli nie przyszedł pan, żeby mi się bliżej przyjrzeć? - ciągnęła. -
Bo to mieszkanie bynajmniej nie jest tanie.
- Myślę, że dam pani spokój, chyba że podrzuciła pani komuś do łóżka
odcięty łeb koński.
- Nie pamiętam wprawdzie wszystkich szczegółów umowy, ale takiego zapisu
chyba nie było.
- Świetnie. W takim razie życzę wszystkiego dobrego - powiedział, udając
niefrasobliwość, i zamierzał pójść za wychodzącymi właśnie facetami od
przeprowadzki.
Jednak Kadi Linder najwyraźniej chciała jeszcze porozmawiać, nerwowo
przebierała palcami po bluzce, potem po warkoczach. Pomyślał, że to, co
wziął u niej za irytującą pewność siebie, w gruncie rzeczy miało
przykryć coś zupełnie innego.
- Znasz ją? - spytała.
- Kogo?
- Tę, co tu mieszkała?
Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- A ty?
- Nie - odparła. - Nawet nie wiem, jak się nazywa. I tak ją lubię.
- Dlaczego?
- Bo mimo chaosu, jaki wtedy panował na giełdzie, chętni na to
mieszkanie mocno się licytowali, nie miałam z nimi szans, więc
zrezygnowałam. Ale i tak je dostałam, ponieważ "młoda dama" - jak
powiedział o niej adwokat - tak sobie życzyła.
- Zabawne.
- Prawda?
- Może zrobiłaś coś takiego, co spodobało się tej młodej damie?
- Jestem znana raczej z tego, że wykłócam się z facetami w zarządach.
- Możliwe, że jej się to podoba.
- Możliwe. Zapraszam cię na przesiedleńcze piwo, może coś mi opowiesz.
Muszę powiedzieć, że... - Zawahała się. - Zachwycił mnie twój reportaż o bliźniakach. Niesłychanie poruszający.
- Dzięki. Miło mi, ale muszę iść.
Kiwnęła głową, Mikael wydusił z siebie "no to cześć". Poza tym ledwo
pamiętał, jak stamtąd wyszedł, tyle tylko, że był letni wieczór.
Zupełnie nie zwrócił uwagi na dwie nowe kamery monitoringu nad wejściem
do klatki schodowej, ani nawet na wielki balon unoszący się na niebie.
Przeciął Mosebacke, ruszył w dół Urvädersgränd i dopiero kiedy doszedł
do Götgatan, zwolnił trochę i poczuł, jakby całkiem zeszło z niego
powietrze, chociaż nie stało się nic ponad to, że Lisbeth się
wyprowadziła, z czego powinien się cieszyć. Będzie bezpieczniejsza.
Jednak zamiast się cieszyć, miał wrażenie, jakby dostał po pysku, co
oczywiście było zupełnie idiotyczne.
Taka właśnie była Lisbeth Salander. Mimo to poczuł się dotknięty.
Mogłaby chociaż dać mu coś do zrozumienia. Znów sięgnął do smartfona,
żeby wysłać do niej esemesa z pytaniem, jednak nie, zostawił to. Szedł w dół Hornsgatan, gdzie zobaczył, że najmłodsi uczestnicy Biegu o Północy
już ruszyli, zagrzewani okrzykami przez rodziców stojących na
chodnikach, co obserwował z pewnym zadziwieniem, jakby nie rozumiał ich
radości; musiał się dobrze postarać, żeby przejść przez ulicę, lawirując
między biegaczami. Na Bellmansgatan wciąż błądził myślami i przypominał
sobie swoje ostatnie spotkanie z Lisbeth.
Było to w restauracji Kvarnen, w wieczór po pogrzebie Holgera, ani jemu,
ani jej słowa nie przychodziły łatwo, co wcale nie było dziwne, więc
jedyne, co mu utkwiło w pamięci z tego spotkania, to jej odpowiedź na
pytanie:
- To co teraz zamierzasz?
- Być kotem, a nie myszą.
Kotem, a nie myszą.
Usiłował skłonić ją do wyjaśnień. Bez powodzenia. Przypomniał sobie, jak
potem odeszła, idąc przez Medborgarplatsen, ubrana w czarny spodnium
szyty na miarę, przypominała w nim podrostka, wściekłego, że musiał się
wystroić na uroczystość. Nie było to wcale tak dawno temu, w początkach
lipca, a jednak wydawało się całkiem odległe w czasie; idąc do domu,
właśnie rozmyślał o tym i o innych sprawach. Kiedy w końcu wszedł do
mieszkania i zasiadł na kanapie z butelką pilsnera, znów zadzwonił
telefon.
Była to lekarka sądowa, Fredrika Nyman.
ROZDZIAŁ 2
15 SIERPNIA
LISBETH SALANDER siedziała w pokoju hotelowym przy placu Maneżowym w Moskwie i na laptopie zobaczyła, jak Mikael wychodzi z bramy na
Fiskargatan. Jego postawa nie wyrażała zwykłej pewności siebie, wydawał
się zagubiony, aż ją od tego zakłuło w sercu, chociaż sama nie rozumiała
dlaczego i nie chciało jej się dociekać. Podniosła wzrok znad ekranu i spojrzała na lśniącą kolorami szklaną kopułę za oknem.
Miasto, wcześniej jej obojętne, zaczęło ją pociągać, zastanawiała się,
czy nie machnąć ręką na wszystko, pójść gdzieś i upić się. Nonsens.
Wiedziała, że musi się trzymać w ryzach. Niemal nie odchodziła od
laptopa i prawie nie spała. Paradoksalnie jednak od dawna nie wyglądała
tak porządnie. Świeżo ostrzyżone krótkie włosy. Nigdzie żadnych
kolczyków, ubrana w białą bluzkę i czarny spodnium, jak na pogrzebie,
nawet nie dlatego, by uhonorować Holgera, tylko zdążyła się do tego
stroju przyzwyczaić, zresztą w ten sposób wtapiała się lepiej w otoczenie.
Postanowiła, że zamiast czekać w jakimś kącie jak ścigana zwierzyna,
sama zada pierwsze uderzenie, dlatego znalazła się w Moskwie i dlatego
zadbała o zainstalowanie kamer monitoringu na Fiskargatan w Sztokholmie.
Cena, jaką za to płaciła, była wyższa, niż się spodziewała. Nie tylko
dlatego, że rozdrapała przeszłość i nie mogła spać po nocach. Wróg
ukrywał się za zasłonami dymnymi i arcyskomplikowanymi szyframi, więc
spędzała całe godziny na zacieraniu własnych śladów. Żyła jak zbiegły
więzień, szukała tego wroga i nic nie przychodziło jej łatwo, dopiero
teraz, po przeszło miesiącu pracy, znalazła się bliżej celu. Jednak
wciąż nie miała pewności i czasem się zastanawiała, czy wróg mimo
wszystko nie wyprzedza jej o krok.
Rozpoznając teren i przygotowując swoją operację, czuła się obserwowana,
a nocami nasłuchiwała niespokojnie odgłosów w korytarzu, zwłaszcza
kroków jednego mężczyzny - bo była pewna, że to mężczyzna - który
poruszał się z wyraźną dysmetrią i często zwalniał pod jej drzwiami,
jakby nasłuchiwał.
Jeszcze raz obejrzała nagranie. Mikael Blomkvist z miną smutnego psa
ponownie wyszedł z domu na Fiskargatan. Myśląc o tym, dopiła whisky i spojrzała w okno. Ciemne chmury przesuwały się nad siedzibą Dumy
Państwowej w stronę placu Czerwonego i Kremla, zbierało się na deszcz,
nawet na wielką burzę. Może i dobrze. Wstała, zastanawiając się, czy
wziąć prysznic czy kąpiel. Ostatecznie poprzestała na zmianie bluzki
koszulowej. Wybrała czarną. Uznała, że jest odpowiednia. Ze skrytki w walizce wyjęła swoją cheetah, berettę kupioną nielegalnie już drugiego
dnia po przyjeździe do Moskwy, włożyła ją do kabury pod żakietem i spojrzała na pokój.
Nie podobał jej się, zresztą hotel też nie. Za bardzo zbytkowny i wymyślny, a w pomieszczeniach na parterze poruszali się nie tylko
mężczyźni przypominający jej ojca, megalomańscy dranie, którzy
zachowywali się jak właściciele swoich kochanek i podwładnych. Stale
obserwowało ją wiele par oczu, jej słowa mogły zostać przekazane dalej
specsłużbom albo gangsterom, więc często siedziała tak jak teraz, z zaciśniętymi pięściami i gotowa do walki.
Poszła do łazienki i ochlapała sobie twarz wodą. Niewiele pomogło. Miała
czoło napięte na skutek bezsenności i bólu głowy. Czy powinna iść? Chyba
mogłaby już teraz? Chwilę nasłuchiwała, z korytarza nie dochodziły żadne
odgłosy, wyszła. Jej pokój znajdował się na dwudziestym piętrze, do
windy miała niedaleko. Stał tam mężczyzna około czterdziestu pięciu lat.
Elegancki, ostrzyżony, w dżinsach, skórzanej kurtce i czarnej koszuli,
jak ona. Już go widziała. Miał jakieś dziwne oczy - błyszczące i w różnym kolorze. Nie zawracała sobie tym głowy.
Spuściła wzrok i zjechała razem z nim na dół, wyszła do westybulu i potem na plac, gdzie spojrzała w stronę lśniącej w ciemności wielkiej
szklanej kopuły z obracającą się mapą świata. Pod nią znajdowało się
czteropiętrowe centrum handlowe. Na szczycie kopuły stał pomnik Świętego
Jerzego ze smokiem. Patron Moskwy, Święty Jerzy z uniesionym mieczem,
był obecny w całym mieście. Lisbeth czasem sięgała dłonią do łopatki,
jakby chciała ochronić swego osobistego smoka, a czasem dotykała miejsca
po starej ranie postrzałowej barku i blizny po nożu na biodrze. Może
chciała przypomnieć sobie, co ją bolało.
Wróciła myślami do pożarów i wypadków, do swojej mamy, ale cały czas
pamiętała, by nie znaleźć się w polu widzenia kamer monitoringu. Jej
kroki były nierówne i spięte, szła pospiesznie, nie zwalniając, w stronę
ulicy Twerskiej, szerokiego reprezentacyjnego bulwaru z parkami i ogrodami, aż doszła do Versailles, jednej z najelegantszych restauracji
w mieście.
Miejsce to wyglądało jak barokowy pałac z kolumnami, złotymi ornamentami
i kryształami, jeden wielki lśniący pastisz stylu XVII wieku, Lisbeth
najchętniej by stamtąd uciekła. Ale tego wieczoru miał się tam odbyć
bankiet dla największych moskiewskich bogaczy, z daleka widziała toczące
się w środku przygotowania. Na razie nie było innych gości poza stadkiem
pięknych młodych kobiet, zapewne zamówionych call girls. Personel uwijał
się, zaprowadzając ostatnie porządki. Lisbeth podeszła bliżej i wtedy
zobaczyła właściciela.
Władimir Kuzniecow w białym smokingu i lakierkach stał przy wejściu, nie
był stary, bo miał niecałe pięćdziesiąt lat, ale z białymi włosami,
brodą i pękatym brzuchem kontrastującym z chudymi nogami wyglądał jak
Święty Mikołaj. Według oficjalnej wersji był bohaterem wyidealizowanej
opowieści o byłym złodziejaszku, który się nawrócił i został znakomitym
szefem kuchni, specjalistą od pieczeni z niedźwiedzia i sosów
grzybowych. A w tajemnicy kierował kilkoma fabrykami trolli
produkującymi fałszywe informacje, często z antysemickim podtekstem.
Kuzniecow był nie tylko sprawcą rozmaitych zawirowań, mieszał również
przy wyborach i do tego miał krew na rękach.
Robiąc wielki biznes z hejtu, stworzył warunki do masowych morderstw. Na
sam jego widok przy drzwiach restauracji Lisbeth poczuła się umocniona w swoich zamiarach, dotknęła beretty i obejrzała się. Kuzniecow skubał
nerwowo brodę. Miał to być jego wielki wieczór, w środku już grał
kwartet smyczkowy, później miał go zastąpić jazzband Russian Swing.
Przed wejściem pod czarnym rozsuwanym daszkiem rozłożony był czerwony
dywan, wzdłuż odgradzających lin stali gęsto ochroniarze w szarych
garniturach, wszyscy uzbrojeni i z miniaturowymi słuchawkami w uszach.
Kuzniecow spojrzał na zegarek. Żaden gość się jeszcze nie pojawił, może
to rodzaj swoistej gry, bo nikt nie chce przyjść pierwszy.
Natomiast na ulicy już tłoczyli się gapie. Widocznie rozeszło się, że
zaraz zjawią się jacyś ważni ludzie. No i bardzo dobrze, pomyślała,
łatwiej będzie zniknąć w tłumie. Wtedy jednak spadł deszcz, najpierw w postaci mżawki, która po chwili przeszła w ulewę. W oddali błysnęło,
zagrzmiało i ludzie się rozeszli. Wytrwali nieliczni z parasolami, a wkrótce potem pojawiły się pierwsze limuzyny z gośćmi. Kuzniecow witał
ich, kłaniając się, a jedna ze stojących obok kobiet odhaczała ich w czarnym notesie; restauracja zapełniała się powoli mężczyznami w średnim
wieku i jeszcze większą liczbą młodych kobiet.
Lisbeth słyszała dochodzący stamtąd gwar mieszający się z muzyką zespołu
smyczkowego, co pewien czas migały jej osoby, na które natknęła się
podczas swojego rozpoznania, odnotowała zmiany w mimice i ruchach
Kuzniecowa w zależności od znaczenia i rangi przybywających. Obdarzał
ich uśmiechem i ukłonem, na jaki według niego zasługiwali, a tych
najważniejszych również żartem, chociaż śmiał się przeważnie sam.
Uśmiechał się i rechotał jak błazen, Lisbeth tymczasem stała zmoknięta i zastygła, obserwując ten spektakl, który chyba aż za bardzo ją wciągnął.
Jeden z ochroniarzy zwrócił na nią uwagę, kiwając głową koledze;
niedobrze, całkiem niedobrze, udała więc, że odchodzi, ale skryła się w bramie nieco dalej, gdzie zorientowała się, że ręce jej się trzęsą, choć
raczej nie z zimna i wilgoci.
Zdała sobie sprawę, że jest spięta do granic wytrzymałości, sięgnęła po
komórkę, by sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane jak trzeba. Atak
musi nastąpić w ściśle określonym momencie, wiedziała, że w przeciwnym
razie zginie, sprawdziła więc wszystko jeszcze raz, potem drugi i trzeci. Czas jednak płynął, a ją zaczęło ogarniać zwątpienie. Deszcz
wciąż padał, nic się nie działo, coraz bardziej wyglądało to na kolejną
straconą szansę.
Chyba wszyscy zaproszeni już przyjechali. Nawet Kuzniecow wszedł do
środka, wtedy wyszła ostrożnie i zajrzała do restauracji. Impreza trwała
na całego. Mężczyźni już zaczęli wlewać w siebie szoty i macać
dziewczyny. Lisbeth postanowiła wrócić do hotelu.
W tym samym momencie podjechała jeszcze jedna limuzyna, dama przy
drzwiach pobiegła po Kuzniecowa, który wypadł z restauracji z czołem
mokrym od potu i kieliszkiem szampana w ręce. Lisbeth postanowiła, że
jednak zostanie. Najwyraźniej gość był ważny, sądząc po twarzach
ochroniarzy i nerwowym poruszeniu, jak również po głupiej minie
Kuzniecowa. Lisbeth wycofała się do bramy, ale z limuzyny nikt nie
wysiadł.
Kierowca nie wybiegł w deszcz, by otworzyć drzwi. Samochód po prostu
stał, Kuzniecow poprawił ręką włosy i muchę, wytarł czoło, wciągnął
brzuch, opróżnił kieliszek; w tym momencie Lisbeth przestała dygotać. W spojrzeniu Kuzniecowa ujrzała coś aż nazbyt znajomego, więc już się nie
wahała, tylko uruchomiła swój atak hakerski.
Schowała komórkę do kieszeni, kody programujące pracowały już za nią,
rozejrzała się bacznie, notując starannie każdy szczegół w najbliższym
otoczeniu, mowę ciała ochroniarzy i ich dłonie blisko broni, odstępy, w jakich stali wzdłuż czerwonego dywanu, nierówności i kałuże na chodniku.
Stała nieruchomo, jak osłupiała, obserwując to wszystko, aż kierowca
wysiadł z limuzyny, rozłożył parasol i otworzył tylne drzwi. Wtedy
podeszła posuwistym krokiem jak kot, z ręką na pistolecie pod żakietem.
ROZDZIAŁ 3
15 SIERPNIA
MIKAEL MIAŁ NIECHĘTNY stosunek do swojej komórki, powinien dawno temu
zastrzec numer. Ciągle się przed tym wzbraniał, bo jako dziennikarz nie
chciał odgradzać się od społeczeństwa. Męczyły go jednak niekończące się
rozmowy, poza tym wyczuwał jakąś zmianę, i to tylko w ciągu ostatniego
roku.
Zmiana polegała na zdecydowanej brutalizacji. Dzwoniący wyzywali go,
krzyczeli do słuchawki albo opowiadali niestworzone historie. W zasadzie
przestał odbierać telefony z nieznanego numeru. Niech sobie komórka
brzęczy albo dzwoni; kiedy mimo to odbierał, jak teraz, krzywił się
podświadomie.
- Blomkvist, słucham - powiedział, wyciągając gwałtownie piwo z lodówki.
- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się kobiecy głos. - Może
zadzwonię później?
- Nie, skądże - odparł łagodniejszym tonem. - O co chodzi?
- Nazywam się Fredrika Nyman, jestem lekarką w Zakładzie Medycyny
Sądowej w Solnie.
Przeraził się.
- Co się stało?
- Nic się nie stało, poza tym co zwykle, na pewno nie ma to nic
wspólnego z panem. Ale przywieźli nam ciało...
- Kobiety? - przerwał jej.
- Nie, nie, mężczyzny, jak najbardziej. To znaczy, chyba dziwnie to
zabrzmiało? W każdym razie chodzi o mężczyznę około sześćdziesiątki,
może nieco młodszego, po strasznych przejściach. Faktem jest, że nigdy
nie widziałam czegoś podobnego.
- Może pani być tak miła i przejść do rzeczy?
- Przepraszam, nie chciałam pana zaniepokoić. Nie wyobrażam sobie, żeby
mógł go pan znać. Był bezdomny, to oczywiste, z samego dołu hierarchii,
nawet w tym środowisku.
- A więc co miał wspólnego ze mną?
- W kieszeni miał kartkę z pana numerem telefonu.
- Wielu ludzi go ma - zauważył z irytacją, ale zaraz zrobiło mu się
głupio.
Poczuł, że zachował się nietaktownie.
- Domyślam się - ciągnęła Fredrika Nyman. - Pewnie ciągle do pana
wydzwaniają. Ale ta sprawa nabrała dla mnie osobistego charakteru.
- W jakim sensie?
- Sądzę, że śmierć zasługuje na szacunek nawet w przypadku tych
najnędzniejszych spośród nas.
- To oczywiste - odparł z naciskiem, jakby chciał naprawić poprzednią
niezręczność.
- Właśnie - zauważyła - pod tym względem Szwecja zawsze była państwem
cywilizowanym. Jednak z roku na rok mamy coraz więcej bezimiennych
zwłok, co mnie bardzo martwi. Wszyscy mamy po śmierci prawo do swojej
tożsamości i do swojej historii.
- Prawda - powiedział z tym samym naciskiem, ale nie był już skupiony i mimowolnie podszedł do biurka z komputerem.
- Czasem identyfikacja zwłok jest bardzo trudna - ciągnęła. - Często
wynika to z braku czasu i środków albo - jeszcze gorzej - z braku woli.
W tym przypadku mam złe przeczucia.
- Dlaczego pani tak mówi?
- Bo w rejestrach nie znaleźliśmy dotąd żadnych śladów po tym zmarłym,
zresztą ten człowiek wygląda na kogoś absolutnie bez znaczenia. Z samych
dołów społecznych. Od którego najchętniej odwracamy wzrok, by zaraz o nim zapomnieć.
- To smutne - zauważył.
Przeszukiwał pliki, które w ciągu kilku lat zapisywał dla Lisbeth.
- Obym się myliła - powiedziała Fredrika Nyman. - Właśnie wysłałam kilka
próbek, więc może dowiemy się o nim czegoś więcej. A teraz po przyjściu
do domu pomyślałam, że mogłabym to przyspieszyć. Mieszka pan na
Bellmansgatan, prawda? To niedaleko miejsca, gdzie został znaleziony,
być może na siebie wpadaliście. Może nawet dzwonił do pana?
- Gdzie go znaleźli?
- Pod drzewem w Tantolunden, jeśli go pan widział, powinien pan
pamiętać. Ciemnobrązowa twarz o głębokich bruzdach, brudna. Rzadki
zarost. Na pewno przebywał zarówno na silnym słońcu, jak i na silnym
mrozie. Miał wiele odmrożeń, stracił większość palców u rąk i nóg.
Przyczepy mięśniowe noszą ślady skrajnego wysiłku. Przypuszczam, że
pochodził z Azji Południowo-Wschodniej. Kiedyś mógł być całkiem
przystojny. Regularne rysy, chociaż twarz zniszczona. Skóra żółtawa na
skutek uszkodzenia wątroby. Spora część tkanek na policzkach jest
martwa, pokryta czarnymi plamami. Wiek trudny do określenia w tym
wczesnym stadium, jak pan zapewne wie. Sądzę jednak, że był koło
sześćdziesiątki i długo przebywał na granicy odwodnienia. Wzrost niski,
nieco ponad sto pięćdziesiąt centymetrów.
- Sam nie wiem. Nic mi się nie przypomina - powiedział Mikael.
Szukał na ekranie wiadomości od Lisbeth, ale niczego nie znalazł. Chyba
nawet nie wchodziła do jego komputera. Jego niepokój się nasilił. Jakby
przeczuwał, że dziewczyna jest w niebezpieczeństwie.
- To nie wszystko - ciągnęła Fredrika Nyman. - Nie wspomniałam o najdziwniejszym, mianowicie o jego kurtce puchowej.
- A co z tą kurtką?
- Była tak gruba i ciepła, że musiała zwracać uwagę w tym upale.
- Jak pani sama powiedziała, zapamiętałbym.
Zamknął laptopa i spojrzał przez okno na zatokę Riddarfjärden. Znów
pomyślał, że Lisbeth miała cholernie dobry pomysł, żeby się wyprowadzić.
- Ale nie pamięta go pan.
- Nie... - odparł z ociąganiem. - Nie ma pani zdjęcia, żeby mi wysłać?
- Uważam, że to by było nieetyczne.
- A na co umarł, jak pani sądzi? - spytał, wciąż trochę nieobecny
myślami.
- Bezpośrednia przyczyna to zatrucie organizmu, tak się domyślam,
prawdopodobnie sam je spowodował, głównie przez alkohol. Śmierdział
wódką, ale to oczywiście nie wyklucza, że przyjął również coś innego. Za
kilka dni spodziewam się odpowiedzi w tej kwestii z Laboratorium Analiz
Sądowych. Zrobiłam mu testy przesiewowe obejmujące ponad osiemset
substancji. A pośrednie przyczyny to zaburzenia kolejnych organów i powiększone serce.
Mikael usiadł na kanapie, dopił piwo i chyba za długo milczał.
- Jest pan tam? - spytała lekarka.
- Jestem. Tak sobie myślę...
- O czym?
Myślał o Lisbeth.
- Może dobrze, że miał mój numer telefonu - powiedział.
- Dlaczego?
- Widocznie uważał, że ma mi coś do powiedzenia, co z kolei może
zmotywować policję do wysiłku. Czasem udaje mi się nastraszyć trochę
stróżów prawa.
Zaśmiała się.
- Rzeczywiście udaje się panu.
- Chociaż czasem ich wkurzam.
Czasem sam siebie wkurzam, pomyślał.
- W takim razie liczmy, że policja zostanie zmotywowana.
- Tak jest.
Już chciał skończyć rozmowę i wrócić do swoich myśli. Jednak Fredrika
Nyman wyraźnie chciała jeszcze porozmawiać, więc nie miał serca się
rozłączyć.
- Mówiłam, że to był taki gość, którego chciałoby się zapomnieć, prawda?
- kontynuowała.
- Tak pani powiedziała.
- Jednak nie do końca, w każdym razie jeśli chodzi o mnie. Odnoszę
wrażenie, jakby...
- Jakby co?
- Jakby jego ciało miało do opowiedzenia jakąś historię.
- W jakim sensie?
- Ten człowiek wygląda, jakby doświadczył zarówno mrozu, jak i ognia.
Chyba nigdy nie widziałam czegoś podobnego.
- Twardy zawodnik.
- Może i tak. Miał wiele obrażeń i był nieprawdopodobnie brudny. Cuchnął
przeraźliwie. Mimo to była w nim jakaś godność. Chyba to właśnie
chciałam powiedzieć. Jakby mimo całej tej nędzy było w nim coś budzącego
szacunek. Musiał się w życiu wiele natrudzić i nawalczyć.
- Dawny żołnierz?
- Nie miał ran po kulach, nic z tych rzeczy.
- Może pochodził z jakiegoś prymitywnego plemienia?
- Raczej nie. Miał leczone zęby i najwyraźniej umiał pisać. Na lewym
przegubie ma tatuaż przedstawiający buddyjskie koło życia.
- Rozumiem.
- Naprawdę?
- Rozumiem, że panią poruszył ten człowiek. Sprawdzę moją pocztę
głosową, może mi się nagrał.
- Dziękuję - powiedziała. Zapewne rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale
nie był pewien, rozkojarzył się.
Po rozłączeniu się Mikael siedział zamyślony na kanapie. Z trasy biegu
na Hornsgatan dochodziły okrzyki i oklaski. Przeciągnął ręką po włosach.
Minęły pewnie ze trzy miesiące, odkąd się strzygł. Powinien wreszcie
zrobić porządek ze swoim życiem. Może nawet cieszyć się nim, bawić jak
inni, zamiast wciąż pracować i spinać się do granicy wytrzymałości, może
również odbierać telefony i nie myśleć ciągle o swoich przeklętych
reportażach.
Poszedł do łazienki, co mu nie poprawiło nastroju. Suszące się ciuchy, w umywalce resztki pasty do zębów i pianki do golenia, w wannie włosy.
Kurtka puchowa, pomyślał, w środku lata? Szczególna rzecz, prawda? Jakoś
trudno było mu się skupić, miał gonitwę myśli. Przetarł umywalkę i lustro, poskładał ciuchy, potem wyjął komórkę i sprawdził pocztę
głosową.
Trzydzieści nieodsłuchanych wiadomości. Nie można mieć tylu
nieodsłuchanych wiadomości. Z męczeńską miną przesłuchał wszystkie.
Boże, co się dzieje z tymi ludźmi? Fakt, że wielu podpowiadało mu
tematy, ci byli uprzejmi i skromni. Jednak większość chciała tylko
wyrazić złość. Kłamiecie na temat imigrantów, krzyczeli. Ściemniacie na
temat muzułmanów. Chronicie Żydów i elity finansowe. Mikael miał
wrażenie, że zaraz utonie w tym bagnie, już był bliski wyłączenia
telefonu, dosłuchał jednak do końca i wtedy usłyszał coś, co nie było
ani jednym, ani drugim, tylko chwilą konsternacji.
- Hello, hello - odezwał się ktoś łamaną angielszczyzną, potem ciężki
oddech, a po chwili milczenia: - Come in, over.
Zabrzmiało to, jakby rozmawiał przez walkie-talkie, nastąpiło kilka
niezrozumiałych słów, może nawet w innym języku, ale wskazujących na
desperację i samotność. Czy to ten żebrak? Możliwe. Równie dobrze mógł
to być ktoś inny. Nie dało się tego ustalić. Mikael wyłączył telefon,
poszedł do kuchni i zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Malin Frode,
zresztą do kogokolwiek, kto wprawiłby go w lepszy humor. Jednak odsunął
od siebie tę myśl i zamiast tego wysłał do Lisbeth zaszyfrowanego
esemesa. Jakie ma znaczenie, że ona nie chce go znać?
Tak czy inaczej, jest z nią związany.
NA ULICY TWERSKIEJ padał deszcz, a Camilla, czy raczej Kira, jak się
teraz nazywała, siedziała w limuzynie z kierowcą i ochroniarzami,
patrząc na swoje długie nogi. Miała na sobie czerwone szpilki od
Gucciego, czarną suknię od Diora, a w naszyjniku nad wycięciem skrzył
się błękitem diament Oppenheimer.
Jej uroda była powalająca, o czym akurat sama wiedziała najlepiej, i przez chwilę odwlekała wyjście z samochodu. Lubiła ten widok: mężczyźni,
którzy na jej wejście aż podrygują, wielu z nich nie może przestać się
gapić, ani nawet zamknąć szeroko otwartych ust. Tylko nieliczni -
wiedziała o tym z doświadczenia - potrafią się zdobyć na komplement i patrzenie w oczy. Kira zawsze marzyła, by olśniewać jak nikt, a teraz w tym samochodzie przymknęła oczy, słuchając bębnienia deszczu o dach.
Spojrzała przez przyciemnione szyby. Niewiele było do oglądania.
Zaledwie garstka mężczyzn i kobiet dygoczących pod parasolami, wydawali
się mało zainteresowani tym, kto wysiądzie z limuzyny. Kira spojrzała ze
złością na restaurację. W środku tłoczyli się goście, przepijali do
siebie i rozmawiali, w głębi na niedużej estradzie stało kilkoro muzyków
grających na skrzypcach i wiolonczeli, a oto - o Boże - Kuzniecow ze
swoimi świńskimi oczkami i tłustym brzuchem. Pajac. Miała ochotę wysiąść
i po prostu go spoliczkować.
Musi jednak zachować spokój i niemal królewski blask, nawet jednym
spojrzeniem nie może zdradzić, że ostatnio czuła się, jakby wpadła w czarną dziurę; była wściekła, że jeszcze nie znaleźli jej siostry.
Myślała, że będzie to łatwe, kiedy już rozszyfrowali jej adres i legendę. Ale Lisbeth zniknęła i nawet znajomi Kiry z GRU - nawet Galinow
- nie potrafili wpaść na jej trop. Wiedzieli o przypisywanych jej
zaawansowanych atakach hakerskich na fabryki trolli Kuzniecowa i inne
cele. Nie wiedzieli jednak, które były dziełem Lisbeth, a które innych
osób. Pewne było tylko jedno: to się musi skończyć. Kira musi odzyskać
spokój.
W oddali grzmiało. Obok przejechał samochód policyjny, Kira wyjęła
lusterko i uśmiechnęła się do siebie, jakby zbierała siły. Podniosła
wzrok, Kuzniecow kręcił się, gmerając przy muszce i kołnierzyku.
Denerwuje się, idiota, i bardzo dobrze. Chciała, żeby się spocił i dygotał, zamiast opowiadać te swoje koszmarne kawały.
- Teraz - odezwała się. Kierowca Siergiej wysiadł i otworzył tylne
drzwi.
Podeszli ochroniarze. Niespiesznie upewniła się, że Siergiej rozłożył
parasol. Następnie wystawiła nogę, licząc jak zwykle na westchnienie, na
jęk zachwytu. Ale nie usłyszała nic oprócz deszczu, dochodzących ze
środka dźwięków muzyki smyczkowej i gwaru rozmów. Postanowiła być zimna
i wyniośle trzymać wysoko głowę, zdążyła tylko zobaczyć, jak Kuzniecow
rozpromienia się nadzieją, jak otwiera przed nią ramiona, a jednocześnie
poczuła coś innego: okropny strach paraliżujący całe ciało.
Coś nieuchwytnego działo się na prawo od niej, przy ścianie budynku;
spojrzała i zobaczyła ciemną postać, która zbliżała się, trzymając rękę
pod żakietem. Chciała krzyknąć do ochroniarzy albo rzucić się na ziemię.
Zamiast tego zastygła w totalnym skupieniu, jakby zdawała sobie sprawę,
że znalazła się w sytuacji, gdy najmniejszy ruch może ją kosztować
życie, i może już wtedy zrozumiała, kto to jest, chociaż dostrzegła
tylko zbliżający się cień albo kontur postaci.
Jednak coś w ruchach tej postaci, tak świadomych swojego celu, obudziło
w Kirze straszliwe przeczucie i zanim zdążyła je nazwać, zrozumiała, że
jest zgubiona.
ROZDZIAŁ 4
15 SIERPNIA
CZY KIEDYKOLWIEK miały szansę na porozumienie? Żeby nie były dla siebie
wrogami? Może nie było to całkiem wykluczone. Przez pewien czas łączyła
je przynajmniej nienawiść do ojca Alexandra Zalachenki i lęk, że pewnego
dnia zabije ich matkę Agnetę.
Mieszkały wtedy w Sztokholmie na Lundagatan, w pokoiku wielkości
schowka, i kiedy ojciec wracał do domu, cuchnący wódką i papierosami,
zaciągał matkę do sypialni i potem gwałcił, słyszały każdy krzyk, każdy
odgłos bicia i jęk. Chwilami Lisbeth i Camilla chwytały się za ręce,
jakby szukając w tym pocieszenia, wprawdzie na siłę, ale jednak...
dzieliły ze sobą strach i poczucie zagrożenia. Również to im odebrali.
Kiedy miały dwanaście lat, zarówno skala, jak i częstotliwość przemocy
nasiliły się. Zalachenko zaczął u nich pomieszkiwać, czasem gwałcił
Agnetę dzień w dzień. W relacji między siostrami nastąpiła nieuchwytna
zmiana, sygnalizowana jedynie błyskiem ekscytacji w oczach Camilli,
sprężystością kroku, kiedy szła otworzyć drzwi ojcu; to przesądziło.
Tuż przed tym, jak ich zmagania miały przerodzić się w śmiertelną walkę,
opowiedziały się po przeciwnych stronach i nie było już możliwości
pojednania, zwłaszcza odkąd Zalachenko tak skatował Agnetę, że już nie
wstała z kuchennej podłogi i pozostała z nieodwracalnym uszkodzeniem
mózgu, a Lisbeth rzuciła koktajl Mołotowa na auto ojca i przyglądała
się, jak ten płonie w swoim mercedesie. Od tamtej pory wszystko było
walką na śmierć i życie. Przeszłość stała się jak bomba, która tylko
patrzeć, jak wybuchnie; a dziś, wiele lat później, gdy Lisbeth Salander
wychodzi z bramy na ulicy Twerskiej, wydarzenia na Lundagatan przesuwają
się w jej głowie jak seria migawek.
Jest tutaj. Widzi dokładnie, którą lukę w ochronie wykorzystać do
oddania strzału i którędy potem uciekać. Pamięta nawet więcej, niż się
domyśla, więc posuwa się bardzo powoli. Dopiero gdy Camilla w czarnej
sukni wychodzi na czerwony dywan na swoich wysokich obcasach, Lisbeth
przyspiesza, chociaż nadal jest pochylona i milczy.
Z restauracji dochodzi dźwięk smyczków, brzęk kieliszków, a na zewnątrz
wciąż pada, krople szeleszczą, uderzając o ziemię. Lisbeth obserwuje
sunący jezdnią policyjny samochód i rząd ochroniarzy wzdłuż czerwonego
dywanu, zastanawia się, kiedy znów zwrócą uwagę na nią. Zanim strzeli
czy dopiero potem? Nie wiadomo, nie ma żadnych gwarancji. Ale wydaje
się, że jeszcze nie. Jest ciemno, mglisto, Camilla skupia na sobie całą
uwagę.
Olśniewa, jak zawsze, w oczach Kuzniecowa pojawia się błysk, zupełnie
jak kiedyś, dawno temu u chłopaków na szkolnym podwórku. Camilla
potrafiła sprawić, że życie się zatrzymuje. Urodziła się z tym darem.
Lisbeth rejestruje, jak siostra sunie naprzód, Kuzniecow prostuje się i otwiera ramiona w nerwowym powitalnym geście, a goście przy drzwiach
przepychają się, bo też chcą zobaczyć. Właśnie w tym momencie od strony
ulicy rozlega się głos, na który Lisbeth właściwie cały czas czeka:
Там, посмотрите. Tam, patrzcie, i jeden z ochroniarzy - blondyn ze
spłaszczonym nosem - rzuca spojrzenie w jej stronę, i ona już nie może
czekać.
Sięgnęła dłonią do kabury z berettą i zlodowaciała, jak wtedy, gdy
rzuciła na samochód ojca napełniony benzyną karton po mleku, zdążyła
tylko zobaczyć, jak Camilla zesztywniała ze strachu i jak trzej
ochroniarze, nie odrywając od niej wzroku, pewnym ruchem położyli dłonie
na pistoletach. Myślała, że zadziała błyskawicznie i bezlitośnie.
Mimo to zastygła, jakby nagle ogarnął ją paraliż, w pierwszej chwili
sama nie rozumiała dlaczego. Poczuła, jak ociera się o nią jakiś kolejny
upiór z dzieciństwa, i zrozumiała, że nie tylko straciła swoją szansę,
ale że stoi zupełnie odsłonięta naprzeciw wielu wrogów, bez szans
ucieczki.
CAMILLA NIE DOSTRZEGŁA tego wahania. Usłyszała tylko własny krzyk,
zobaczyła drgnienie głów i ciał, sięgnięcie po broń. I tak była
przekonana, że jest za późno, że jej pierś zostanie zaraz rozerwana
przez kule. Jednak atak nie nastąpił, zdążyła rzucić się do środka,
chowając się za Kuzniecowem; przez kilka sekund towarzyszyła jej tylko
świadomość własnego ciężkiego oddechu i gwałtownych ruchów wokół niej.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie tylko się wywinęła, ale że
sytuacja zmieniła się na jej korzyść. Teraz nie ona jest śmiertelnie
zagrożona, ale tamta ciemna postać, której twarzy jeszcze nie
dostrzegła. Postać pochyliła głowę, sprawdzając coś w swojej komórce, to
musiała być Lisbeth. Camilla poczuła pulsującą nienawiść i żądzę krwi,
gwałtowne pragnienie, aby patrzeć na jej cierpienie i śmierć. Znów
spojrzała na chaos na ulicy.
Sytuacja przedstawiała się lepiej, niż mogłaby marzyć. Podczas gdy ją
otaczali ochroniarze w kuloodpornych kamizelkach, do stojącej samotnie
na chodniku Lisbeth mierzyło ileś pistoletów. Coś wspaniałego. Camilla
chciała przedłużyć ten moment, zdawała sobie sprawę, że będzie do niego
wracać po wielekroć. To koniec Lisbeth, za chwilę zostanie zniszczona;
na wypadek gdyby ktoś się wahał, Camilla krzyknęła:
- Strzelajcie! Ona chce mnie zabić! - W następnej sekundzie wydawało jej
się, że rzeczywiście usłyszała serię strzałów.
Całym ciałem odbierała huk i trzaski i chociaż już nie widziała Lisbeth
- widok zasłaniali jej biegnący ludzie - wyobrażała sobie, jak siostra
ginie pod gradem kul, pada zakrwawiona na chodnik. Ale nie... coś było
nie tak. To nie strzały, tylko... co?... bomba, wybuch? Potworny hałas
wylewał się z głębi restauracji i chociaż Camilla nie chciała stracić
ani sekundy z widoku poniżenia i śmierci siostry, spojrzała w tłum. Nie
była w stanie tego zrozumieć.
Skrzypkowie przestali grać i spoglądali przerażeni na salę. Wielu gości
stało, zatykając uszy rękami. Inni chwytali się za pierś albo krzyczeli
ze strachu. Większość rzuciła się w panice do wyjścia i dopiero gdy
drzwi restauracji otworzyły się i pierwsi ludzie wybiegli na deszcz,
Camilla zrozumiała. To nie bomba, tylko muzyka nagłośniona do takiego
poziomu, że nie dawało się jej odbierać jako sekwencji dźwięków,
bardziej jak wibrujący atak w przestrzeni, i nie zdziwiło jej, kiedy
starszy łysy mężczyzna zaczął krzyczeć:
- Co to jest?! Co to jest?!
Jakaś niespełna dwudziestoletnia kobieta w krótkiej granatowej sukience
padła na kolana, osłaniając głowę rękami, jakby myślała, że dach na nią
runie. Stojący tuż obok Kuzniecow mruknął coś niezrozumiale, zagłuszony
przez hałas; w tym momencie Camilla zorientowała się, że popełniła błąd,
bo odwróciła uwagę. Wściekła spojrzała w stronę chodnika, ale siostry
już tam nie było.
Jakby zapadła się pod ziemię. Camilla, zdesperowana, rozejrzała się
wśród oszalałych, krzyczących i zdezorientowanych gości, sama zdążyła
zakląć i wrzasnąć, kiedy poczuła gwałtowne uderzenie w ramię i padła na
ziemię. Uderzyła łokciem i głową w chodnik, czoło pulsowało bólem, z warg ciekła krew i wśród tupotu stóp dokładnie nad sobą usłyszała
mrożący w żyłach znajomy głos: "Zemsta przyjdzie, siostro, jeszcze
przyjdzie", ale była zbyt zamroczona, żeby zareagować.
Kiedy uniosła głowę i rozejrzała się, nie było śladu po Lisbeth, jedynie
tłum ludzi wybiegających z restauracji. Krzyknęła: "Zabijcie ją!", lecz
już sama w to nie wierzyła.
WŁADIMIR KUZNIECOW nie odnotował, że Kira padła na ziemię. Prawie nie
zauważał rozgrywającego się szaleństwa, ale wyłapał coś, co przeraziło
go znacznie bardziej niż to wszystko, co się działo: kilka słów, które
zostały wykrzyczane w tętniącym rytmie. Długo nie chciał wierzyć, że to
prawda.
Kręcił głową, mamrocząc "nie, nie", i usiłował zbyć to jako koszmarne
urojenie, wybryk swojej wybujałej wyobraźni. Ale to naprawdę była ta
piosenka - pieśń z jego koszmarów - więc chciał tylko zapaść się pod
ziemię i umrzeć.
- To nieprawda, nieprawda - mamrotał, a refren grzmiał jak podmuch
wybuchającego granatu.
Killing the world with lies.
Giving the leaders
The power to paralyze
Feeding the murderers with hate,
Amputate, devastate, congratulate.
But never, never
Apologize.
Żadna piosenka na świecie nie budziła w nim takiego lęku jak ta, nie
chodziło nawet o to, że impreza, na której tak mu zależało, została
doszczętnie zepsuta, nawet o groźbę pozwów sądowych od wściekłych
oligarchów i polityków za popękane błony bębenkowe. Myślał tylko o muzyce, w czym nie było nic dziwnego. Sam fakt, że była grana tu i teraz, wskazywał, że ktoś dotarł do jego najstraszniejszej tajemnicy.
Groziła mu kompromitacja przed całym światem, poczuł taką panikę, że aż
nie mógł oddychać. Mimo to próbował nadrabiać miną, kiedy jego ludzie
zdołali w końcu wyłączyć nagłośnienie. Udał nawet westchnienie ulgi.
- Przepraszam państwa - oświadczył. - Najwyraźniej nigdy nie można ufać
technice. Przepraszam po tysiąckroć. A teraz kontynuujmy naszą zabawę.
Obiecuję, że nie będę oszczędzał na alkoholu, zresztą na innych
atrakcjach też nie...
Poszukał wzrokiem kilku skąpo ubranych call girls, jakby odrobina
kobiecego piękna mogła uratować sytuację. Ale jedyne dziewczyny, jakie
dostrzegł, stały przerażone, opierając się o ścianę, więc nie dokończył
zdania. W jego głosie zabrakło przekonania, co natychmiast zauważyli
goście. Dostrzegli, że ich gospodarz jest w stanie rozsypki, a kiedy
muzycy demonstracyjnie minęli go, wychodząc na ulicę, większość ludzi
pospiesznie ruszyła do domu, z czego Kuzniecow właściwie się ucieszył.
Wolał zostać sam na sam ze swoimi myślami i swoim przerażeniem.
Chciał zadzwonić do swoich adwokatów i znajomych na Kremlu, by w najlepszym razie pocieszyli go, że nie trafi na łamy zachodnich gazet,
które nazwą go zbrodniarzem wojennym i hańbą dla swego kraju. Władimir
Kuzniecow miał możnych protektorów, niewątpliwie sam był prominentem,
ale też sprawcą straszliwych zbrodni, które nie przyprawiały go o szczególne wyrzuty sumienia. Lecz w gruncie rzeczy nie był silny,
zwłaszcza gdy Killing the World zostało odegrane na jego prywatnej
popisowej imprezie.
W takich chwilach był tym co na początku, drobnym łobuzem, podrzędnym
złodziejaszkiem, który kiedyś wskutek cudownego zbiegu okoliczności
znalazł się w tureckiej łaźni razem z dwoma deputowanymi do Dumy i opowiedział im kilka niestworzonych historii. Poza tym nie objawiał
żadnych talentów, nie miał wykształcenia ani szczególnych uzdolnień, ale
umiał zmyślać i więcej nie było trzeba.
Dawno temu spędził jedno popołudnie w łaźni, pijąc i bajerując, zdobył w ten sposób wpływowych przyjaciół i wziął się do ciężkiej pracy. Dziś
miał setki pracowników, w większości znacznie inteligentniejszych od
siebie, matematyków, analityków, psychologów, konsultantów z FSB i GRU,
hakerów, informatyków, inżynierów, programistów i specjalistów od
robotyki. Był bogaty i miał władzę, przede wszystkim jednak nikt z zewnątrz nie łączył go z fabrykami trolli i fake newsami.
Udało mu się zręcznie ukryć swój współudział w tym procederze, za co
dziękował swojej szczęśliwej gwieździe, nawet nie w związku z przyczynieniem się do krachu giełdowego, przeciwnie, to akurat
postrzegał jako powód do chwały, głównie chodziło mu o zadania, które
wykonał w Czeczenii, a które trafiły do mediów, doprowadzając do
protestów i burzy w ONZ oraz - co gorsza - do powstania piosenki
rockowej, która oczywiście stała się światowym przebojem.
Grali ją podczas każdej cholernej demonstracji przeciwko dokonywanym
mordom, a on za każdym razem był przerażony, że w tym kontekście padnie
jego nazwisko, i dopiero w ostatnich tygodniach, kiedy planował swoją
imprezę, wydawało się, że życie wróciło na normalne tory. A wraz z nim
jego śmiech, dowcipy i blagi. Dziś podchodzili do niego jeden za drugim
szacowni goście, a on krygował się i rozkoszował tą sytuacją, gdy nagle
piosenka zagrzmiała tak, że głowa pękała.
- Kurwa jego mać.
- Co takiego?
Spoglądał na niego starszy dystyngowany mężczyzna w kapeluszu i z laską,
którego w tym zdenerwowaniu nie umiał zidentyfikować, najchętniej
posłałby go na drzewo, ale się przestraszył, że może ten człowiek jest
od niego potężniejszy, więc odpowiedział na tyle uprzejmie, na ile go
było stać.
- Proszę wybaczyć, ale jestem wściekły.
- Powinien pan sprawdzić swoje bezpieczeństwo cyfrowe.
Cholera, przecież nic innego nie robię, pomyślał.
- To nie ma z tym nic wspólnego - odparł.
- Czyli co to jest?
- Coś z... elektryką.
Z elektryką. Zgłupiał czy co? Zwarcie i co, kable same włączyły
Killing the World with Lies? Zawstydził się i odwrócił wzrok, pomachał
żałośnie ostatnim gościom, którzy wyszli do taksówek. Kiedy restauracja
opustoszała, poszukał wzrokiem Felixa, młodego szefa techniki. Łobuz
jeden, gdzie on się podziewa?
W końcu dostrzegł go, rozmawiającego przez telefon pod samą estradą, z tą jego idiotyczną szpicbródką i smokingiem, który wisiał na nim jak
worek. Wydawał się zdenerwowany, rzeczywiście miał powody. Idiota,
obiecywał, że nic się nie zepsuje, a tymczasem niebo zwaliło im się na
głowę. Kuzniecow przywołał go gniewnym kiwnięciem.
Felix machnął ręką, żeby mu nie przeszkadzał. Kuzniecow miał ochotę obić
mu mordę albo grzmotnąć jego głową o ścianę. Gdy w końcu Felix
przytruchtał do niego, Kuzniecow zareagował zupełnie inaczej. Sprawiał
wrażenie bezradnego.
- Słyszałeś, co to była za piosenka?
- Słyszałem - odparł Felix.
- To znaczy, że ktoś niepowołany wie.
- Wydaje się, że tak.
- I jak myślisz, co będzie?
- Nie wiem.
- Dostaniemy niedługo list od szantażysty?
Felix milczał, przygryzając wargę, a Kuzniecow patrzył tępo na ulicę.
- Wydaje mi się, że musimy się przygotować na coś znacznie gorszego -
powiedział Felix.
Nie mów tak, pomyślał. Nie mów tak.
- Dlaczego?
Głos mu się załamał.
- Bo przed chwilą dzwonił Bogdanow...
- Bogdanow?
- Mąż Kiry.
Kira, pomyślał, cudna, straszna Kira. Wtedy przypomniał sobie: przecież
to od niej się zaczęło, od jej pięknej twarzy wykrzywionej straszliwym
grymasem, jak krzyczała "strzelajcie, zabijcie", jej oczu skierowanych
na ciemną postać pod ścianą budynku. W jego pamięci wszystko zlało się z potwornym hałasem, który potem nastąpił.
- I co ci powiedział? - spytał.
- Że wie, kto nas zhakował.
Elektryka, pomyślał. Jak, u diabła, mogło mi przyjść do głowy, żeby
powiedzieć "elektryka"?
- Czyli ktoś nas zhakował.
- Niestety na to wygląda.
- Przecież to miało być wykluczone. Ty idioto cholerny, zaklinałeś się,
że to niemożliwe.
- Ale ta osoba...
- Jaka osoba?
- Ona jest niezwykle sprytna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki