Rozdział 1
Piątek, 8 kwietnia
Doktor Anders Jonasson został zbudzony przez siostrę Hannę Nicander.
Było tuż przed wpół do drugiej w nocy.
- Co się dzieje? - zapytał oszołomiony.
- Ląduje helikopter. Dwoje pacjentów. Starszy mężczyzna i młoda kobieta.
Ona z raną postrzałową.
- Aha - powiedział Anders Jonasson zmęczonym głosem.
Nagle oprzytomniał, choć drzemał tylko jakieś pół godziny. Miał nocny
dyżur w izbie przyjęć w szpitalu Sahlgrenska w Göteborgu. To był
potwornie wyczerpujący wieczór. Odkąd o osiemnastej zaczął dyżur, do
szpitala przyjęto cztery osoby z czołowego zderzenia samochodów pod
Lindome. Jedna była w stanie krytycznym, a jedna została uznana za
zmarłą zaraz po przybyciu. Zajmował się także kelnerką, która oblała
sobie nogi wrzątkiem w kuchni restauracji na Avenyn, oraz uratował życie
czteroletniemu chłopcu, przywiezionemu do szpitala z bezdechem po tym,
jak połknął kółko od samochodziku. Opatrzył też rany nastolatki, która
wjechała rowerem do wykopu. Wydział drogowy uznał za słuszne wykopać dół
akurat przy zjeździe ze ścieżki rowerowej, a potem ktoś do tego wykopu
wrzucił koziołki ostrzegawcze. Dziewczyna miała czternaście szwów na
twarzy. Poza tym będzie potrzebowała nowych siekaczy. Jonasson przyszył
także kawałek kciuka, który pewien zapalony majsterkowicz odciął sobie
heblem.
Około jedenastej liczba nagłych przypadków się zmniejszyła. Zrobił
obchód i sprawdził stan przyjętych pacjentów, a potem wycofał się do
pokoju wypoczynkowego, żeby się chwilę odprężyć. Jego dyżur kończył się
o szóstej rano. Rzadko sypiał, nawet jeśli nie było żadnych nagłych
przypadków, ale akurat tej nocy niemal natychmiast zapadł w drzemkę.
Siostra Hanna Nicander podała mu kubek herbaty. Jeszcze nie wiedziała
nic więcej o nowych pacjentach.
Anders Jonasson wyjrzał przez okno i zobaczył, że od strony morza mocno
się błyska. Helikopter zdążył naprawdę w ostatniej chwili. Właśnie
zaczynał padać ulewny deszcz. Nad Göteborg nadciągała burza.
Stojąc przy oknie, usłyszał odgłos silników i zobaczył, jak helikopter,
kołysany podmuchami wiatru, zniża się nad lądowiskiem. Wstrzymał na
chwilę oddech. Pilot z trudem utrzymywał kontrolę nad maszyną. Potem
helikopter zniknął mu z pola widzenia i Jonasson usłyszał, jak silnik
zwalnia obroty. Upił łyk herbaty i odstawił kubek.
Anders Jonasson czekał na nosze przy wejściu na oddział ratunkowy.
Dyżurująca wraz z nim Katarina Holm zajęła się pacjentem, który wjechał
pierwszy - starszym mężczyzną z poważnymi obrażeniami twarzy. Doktorowi
Jonassonowi przypadła więc w udziale druga osoba, kobieta z raną
postrzałową. Obejrzał ją szybko i stwierdził, że wygląda jak nastolatka,
bardzo brudna, zakrwawiona i poważnie ranna. Uniósł koc, którym
ratownicy otulili jej ciało, i zauważył, że ktoś zakleił rany
postrzałowe na biodrze i ramieniu srebrzystą taśmą izolacyjną, co wydało
mu się niesłychanie mądrym posunięciem. Taśma nie dopuszczała bakterii i hamowała upływ krwi. Jedna z kul trafiła ją z boku, w biodro i przeszła
na wylot przez tkankę mięśniową. Potem uniósł jej ramię i zlokalizował
dziurę po kuli na plecach. Nie było otworu wylotowego, co oznaczało, że
pocisk nadal znajdował się w okolicy ramienia. Miał nadzieję, że nie
przebił płuca, a że w kąciku ust dziewczyny nie stwierdził krwi,
pomyślał, że najwidoczniej płuco jest całe.
- Rentgen! - zawołał do asystującej pielęgniarki. Więcej nie musiał
mówić.
Wreszcie rozciął opatrunek, którym ratownicy owinęli głowę dziewczyny.
Przeszedł go lodowaty dreszcz, kiedy pod palcami wyczuł dziurę po kuli i zrozumiał, że musiała zostać postrzelona w głowę. Tutaj też nie było
otworu wylotowego.
Anders Jonasson zatrzymał się na kilka sekund i przyjrzał się
dziewczynie. Nagle poczuł przygnębienie. Często mówił, że jest jak
bramkarz. Codziennie przychodzili do niego ludzie w różnym stanie z jednym tylko pragnieniem - otrzymać pomoc. Siedemdziesięcioczteroletnie
staruszki, które mdlały w Nordstans Galleria, bo serce odmówiło im
posłuszeństwa, czternastoletni chłopcy ze śrubokrętem wbitym w lewe
płuco i szesnastoletnie dziewczyny, które najadły się tabletek ecstasy,
potem tańczyły osiemnaście godzin, a na koniec padały, sine na twarzy.
Ofiary pobić oraz wypadków w miejscu pracy. Małe dzieci pogryzione przez
psy bojowe na Vasaplatsen i panowie złote rączki, którzy chcieli tylko
przyciąć kilka desek swoimi piłami Black & Decker, a kończyli z nadgarstkiem rozharatanym aż do szpiku kości.
Anders Jonasson był bramkarzem stojącym między pacjentami a przedsiębiorstwem pogrzebowym. Był osobą, która decydowała, co robić.
Jeśli podjął niewłaściwą decyzję, pacjent mógł umrzeć lub obudzić się
kaleką na całe życie. Przeważnie jego decyzje były słuszne, co wynikało
głównie z tego, że większość poszkodowanych miała oczywisty, ściśle
określony problem. Rana kłuta płuca lub złamanie po wypadku samochodowym
były łatwe do ogarnięcia i zrozumiałe. Życie pacjenta zależało od
rodzaju obrażeń i zręczności lekarza.
Ale dwóch rodzajów obrażeń Anders Jonasson nienawidził. Jednym z nich
były ciężkie oparzenia, które właściwie niezależnie od zastosowanych
środków zwykle kończyły się cierpieniem na całe życie. Drugim były urazy
głowy.
Dziewczyna leżąca przed nim na noszach mogła żyć z kulą w biodrze i z kulą w ramieniu. Ale kula znajdująca się gdzieś w jej mózgu stanowiła
problem zupełnie innej kategorii. Nagle usłyszał, że siostra Hanna coś
mówi.
- Słucham?
- To ona.
- Kto taki?
- Lisbeth Salander. Dziewczyna, którą ścigają od kilku tygodni za
potrójne morderstwo w Sztokholmie.
Anders Jonasson spojrzał na twarz pacjentki. Siostra miała rację. To jej
zdjęcie paszportowe wraz ze wszystkimi mieszkańcami Szwecji od
Wielkanocy oglądał na afiszach reklamowych przy każdym kiosku. Teraz
morderczyni sama została postrzelona, co było chyba czymś w rodzaju
romantycznie pojmowanej sprawiedliwości.
Ale to go nie interesowało. Jego zadaniem było uratowanie życia
pacjentowi, obojętnie, czy był potrójnym mordercą, czy laureatem Nobla.
Czy nawet jednym i drugim.
Potem rozpętał się kontrolowany chaos, jaki zwykle panuje na pogotowiu.
Personel ze zmiany Jonassona rutynowo zabrał się do dzieła. Ubrania,
które Lisbeth Salander jeszcze miała na sobie, zostały porozcinane.
Pielęgniarka zmierzyła ciśnienie krwi - sto na siedemdziesiąt - podczas
gdy lekarz przykładał stetoskop do piersi dziewczyny i wsłuchiwał się w uderzenia serca, które były dosyć miarowe, i oddech, który już tak
miarowy nie był.
Doktor Jonasson bez namysłu uznał stan Lisbeth Salander za krytyczny.
Rany w ramieniu i biodrze mogły na razie poczekać, opatrzone kompresami
lub nawet kawałkami taśmy, którymi ktoś pomysłowy je zakleił. Ważna była
głowa. Doktor Jonasson zlecił tomografię komputerową. Tomograf szpital
nabył za pieniądze podatników.
Anders Jonasson miał blond włosy i niebieskie oczy. Pochodził z Ume?. Od
dwudziestu lat pracował w szpitalach Sahlgrenska i Östra Sjukhuset,
kolejno jako pracownik naukowy, patolog i lekarz pogotowia. Odznaczał
się czymś, co zadziwiało jego kolegów i sprawiało, że personel był
dumny, że może z nim pracować: doktor miał cel, żeby żaden pacjent nie
umarł na jego dyżurze, i w jakiś niepojęty sposób udawało mu się
utrzymać wynik zerowy. Kilkoro jego pacjentów wprawdzie zmarło, ale
nastąpiło to podczas dalszej kuracji lub z przyczyn zupełnie
niezależnych od jego działań.
Ponadto Jonasson miał niezbyt ortodoksyjne poglądy na rzemiosło
lekarskie. Uważał, że lekarze mają czasem skłonność do wyciągania
wniosków bez pokrycia i dlatego o wiele za szybko się poddają albo za
dużo czasu poświęcają na zbadanie, co pacjentowi dolega, żeby później
zastosować odpowiednie leczenie. Oczywiście wszystko zgadza się z tym,
czego uczą podręczniki, ale problemem jest to, że pacjent może umrzeć, a lekarze nadal dyskutują. W najgorszym razie lekarz może dojść do
wniosku, że ma do czynienia z przypadkiem beznadziejnym, i przerwać
leczenie.
Jednak Anders Jonasson nigdy przedtem nie miał pacjenta z kulą w głowie.
Przypuszczalnie potrzebny był neurochirurg. Czuł, że nie da rady temu
podołać, lecz nagle uświadomił sobie, że ma więcej szczęścia, niż na to
zasługuje. Zanim się przebrał i przystąpił do szorowania dłoni, zawołał
do Hanny Nicander:
- W Karolinska w Sztokholmie pracuje amerykański profesor, nazywa się
Frank Ellis, a teraz przebywa w Göteborgu. Jest znanym specjalistą od
mózgu, do tego moim dobrym kolegą. Mieszka w hotelu Radisson na Avenyn.
Czy może pani zdobyć numer jego telefonu?
Anders Jonasson czekał jeszcze na zdjęcia rentgenowskie, gdy Hanna
Nicander wróciła z telefonem do Radissona. Lekarz rzucił okiem na
zegarek - pierwsza czterdzieści dwie - i podniósł słuchawkę. Nocny
portier wyjątkowo niechętnie łączył rozmowy o tej porze, więc zanim
doktor Jonasson został połączony, musiał powiedzieć kilka ostrych słów o sytuacji przymusowej.
- Dzień dobry, Frank - powiedział. - Mówi Anders. Słyszałem, że jesteś w Göteborgu. Czy masz ochotę wpaść do Sahlgrenska i poasystować mi przy
operacji neurochirurgicznej?
- Are you bullshitting me? - odezwał się Frank Ellis sceptycznym
tonem. Wprawdzie mieszkał w Szwecji od wielu lat i bez problemu
porozumiewał się po szwedzku - choć nadal miał amerykański akcent - ale
jego podstawowym językiem pozostał angielski. Anders Jonasson mówił po
szwedzku, a on odpowiadał po angielsku.
- Frank, przykro mi, że przegapiłem twój wykład, ale pomyślałem, że
mógłbyś mi udzielić prywatnych lekcji. Mam tu młodą kobietę, która
została postrzelona w głowę. Kula weszła tuż nad lewym uchem. Nie
dzwoniłbym do ciebie, gdybym nie potrzebował second opinion. I nie
przychodzi mi do głowy nikt bardziej odpowiedni niż ty.
- Mówisz poważnie?
- To dziewczyna w wieku około dwudziestu pięciu lat.
- I została postrzelona w głowę?
- Jest wlot kuli, nie ma wylotu.
- Ale ona żyje?
- Słaby, lecz miarowy puls, mniej regularny oddech, ciśnienie sto na
siedemdziesiąt. Poza tym ma kulę w ramieniu i postrzał w biodro. Tymi
dwiema sprawami potrafię się zająć.
- To dobrze rokuje - stwierdził profesor Ellis.
- Dobrze rokuje?
- Kiedy człowiek ma kulę w głowie i nadal żyje, jest duża nadzieja.
- Czy mógłbyś mi asystować?
- Muszę się przyznać, że wieczór spędziłem w towarzystwie przyjaciół.
Położyłem się o pierwszej i przypuszczalnie mam jeszcze we krwi
imponująco dużo promili...
- Ja będę podejmował decyzje i wykonywał cięcia. Ale potrzebuję kogoś,
kto będzie mi asystował i mówił, czy nie robię czegoś niemądrego. I,
szczerze powiedziawszy, pijany w sztok profesor Ellis jest
przypuszczalnie o kilka klas lepszy niż ja, jeśli chodzi o ocenę
uszkodzeń mózgu.
- Okej. Przyjadę. Ale jesteś mi winien przysługę.
- Taksówka czeka przed hotelem.
Profesor Frank Ellis przesunął okulary na czoło i podrapał się w kark.
Spojrzenie utkwił w monitorze komputera, który pokazywał każdy zakamarek
i zakątek mózgu Lisbeth Salander. Ellis miał pięćdziesiąt trzy lata,
kruczoczarne włosy z pasemkami siwizny, ciemny zarost i wyglądał jak
drugoplanowa postać z Ostrego dyżuru. Jego wygląd świadczył o tym, że
regularnie spędza sporo czasu na siłowni.
Dobrze się czuł w Szwecji. Przyjechał tu na wymianę jako młody naukowiec
pod koniec lat siedemdziesiątych i został dwa lata. Potem wracał przy
różnych okazjach, aż otrzymał profesurę w Karolinska Institutet. Był już
wtedy specjalistą o międzynarodowej sławie.
Anders Jonasson znał Franka Ellisa od czternastu lat. Najpierw spotkali
się na jakimś seminarium w Sztokholmie i odkryli, że obaj pasjonują się
wędkarstwem muchowym. Anders zabrał kolegę na ryby do Norwegii. Przez
lata utrzymywali kontakt, odbyli jeszcze kilka wypraw wędkarskich. Ale
nigdy razem nie pracowali.
- Ludzki mózg to tajemnicza sprawa - powiedział profesor Ellis. - Od
dwudziestu lat się nim zajmuję. A nawet dłużej.
- Wiem. Przepraszam, że tak cię wyrwałem...
- Ech - Frank Ellis machnął lekceważąco dłonią. - To cię będzie
kosztowało butelkę cragganmore, kiedy znów się wybierzemy na ryby.
- Okej, to niedrogo.
- Kilka lat temu, kiedy pracowałem w Bostonie, miałem podobny przypadek.
Napisałem o nim w "New England Journal of Medicine". To była dziewczyna
w tym samym wieku co twoja pacjentka. Właśnie szła na uniwersytet, kiedy
ktoś strzelił jej w głowę z kuszy. Strzała wbiła się w zewnętrzny koniec
lewego łuku brwiowego, przeszyła głowę i wyszła prawie na środku karku.
- I przeżyła? - zapytał Jonasson z niedowierzaniem.
- Strasznie to wyglądało, kiedy przywieziono ją na pogotowie. Ucięliśmy
strzałę i włożyliśmy jej głowę do tomografu. Strzała przeszła na wylot
przez mózg. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna nie żyć albo w najlepszym przypadku mieć tak poważne obrażenia, żeby zapaść w śpiączkę.
- A tymczasem?
- Przez cały czas zachowywała świadomość. Ale to jeszcze nic. Oczywiście
była przerażona, ale równocześnie miała całkowicie jasny umysł. Jedyny
problem stanowiło to, że przez jej głowę przechodziła strzała.
- I co zrobiłeś?
- No cóż, wziąłem szczypce, wyciągnąłem strzałę i zakleiłem ranę
plastrem. Mniej więcej tak.
- Przeżyła?
- Jej stan był oczywiście krytyczny przez dłuższy czas, choć, szczerze
mówiąc, moglibyśmy wysłać ją do domu jeszcze tego samego dnia. Nigdy nie
miałem zdrowszego pacjenta.
Anders Jonasson zastanawiał się, czy profesor Ellis sobie z niego nie
żartuje.
- Z kolei - mówił dalej Ellis - kilka lat temu miałem w Sztokholmie
czterdziestodwuletniego pacjenta, który uderzył głową w ramę okna i doznał lekkiego stłuczenia. Miał mdłości i jego samopoczucie pogarszało
się tak szybko, że karetka zabrała go do szpitala. Kiedy go zobaczyłem,
był nieprzytomny. Miał guza i bardzo niewielkie krwawienie. Ale nigdy
nie odzyskał przytomności i po dziewięciu dniach zmarł na intensywnej
terapii. Do dzisiaj nie wiem dlaczego. W protokole z obdukcji podaliśmy
wylew jako następstwo nieszczęśliwego wypadku, lecz nikt z nas nie był
zadowolony z tej diagnozy. Krwawienie było niesłychanie małe i zlokalizowane tak, że nie powinno mieć żadnych następstw. A mimo to
wątroba, nerki, płuca i serce po kolei odmawiały posłuszeństwa. Im
jestem starszy, tym wyraźniej widzę, że to coś w rodzaju ruletki.
Osobiście nie jestem przekonany, czy kiedykolwiek uda się nam zbadać,
jak dokładnie działa mózg. Co zamierzasz zrobić?
Postukał pisakiem w monitor.
- Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz.
- Najpierw powiedz, jak ty to oceniasz.
- Hm... po pierwsze, wygląda na to, że to pocisk niewielkiego kalibru.
Kula weszła przy skroni i dostała się mniej więcej cztery centymetry w głąb mózgu. Dotyka komory bocznej, tam też wystąpiło krwawienie.
- I co należy zrobić?
- Używając twojej terminologii: wziąć szczypce i wyciągnąć kulę tą samą
drogą, którą weszła.
- Znakomita propozycja. Ale ja użyłbym najcieńszej pęsety, jaką masz.
- Tak po prostu?
- Co innego możemy w tym przypadku zrobić? Możemy zostawić kulę tam,
gdzie jest, i może dziewczyna dożyje stu lat, ale to też oznacza duże
ryzyko. Może nabawić się epilepsji, migreny czy podobnego draństwa. A nie chcemy chyba otwierać czaszki za rok, kiedy rana już się zagoi. Kula
znajduje się w pewnej odległości od ważnych żył. Radziłbym ją usunąć,
ale...
- Ale co?
- Tak naprawdę to nie kula mnie martwi. To właśnie jest w uszkodzeniach
mózgu najbardziej fascynujące: jeśli przeżyła postrzelenie kulą w głowę,
przeżyje także jej wyjęcie. Problem stanowi raczej to. - Wskazał
monitor. - Wokół otworu wlotowego jest mnóstwo odłamków kości. Widzę co
najmniej tuzin kawałków o długości kilku milimetrów. Niektóre wbiły się
w tkankę mózgową. To one mogą ją zabić, jeśli nie zachowasz ostrożności.
- Ta część mózgu odpowiada za liczenie i zdolności matematyczne.
Ellis wzruszył ramionami.
- Naukowe bla, bla. Nie mam pojęcia, do czego służą akurat te szare
komórki. Możesz tylko próbować zrobić wszystko jak najlepiej. To ty
operujesz. Ja będę ci zaglądał przez ramię. Mogę pożyczyć fartuch i gdzieś się wyszorować?
Mikael Blomkvist zerknął na zegarek i stwierdził, że jest krótko po
trzeciej nad ranem. Miał na rękach kajdanki. Na sekundę zamknął oczy.
Był śmiertelnie zmęczony, ale napędzała go adrenalina. Otworzył oczy i ze złością spojrzał na komisarza Thomasa Paulssona, który z wyrazem
zaskoczenia na twarzy odwzajemnił spojrzenie. Siedzieli przy stole
kuchennym w białym wiejskim domu niedaleko Nossebro, zwanym Gosseberga,
o którym Mikael usłyszał po raz pierwszy niecałe dwanaście godzin
wcześniej.
Katastrofa stała się faktem.
- Idiota - rzucił Mikael.
- Słuchaj pan...
- Idiota - powtórzył Mikael. - Mówiłem, do kurwy nędzy, że jest
wyjątkowo niebezpieczny. Powiedziałem, że musicie się z nim obchodzić
jak z odbezpieczonym granatem. Zamordował co najmniej trzy osoby, jest
wielki jak czołg i potrafi zabijać gołymi rękami. A pan wysyła po niego
dwóch wiejskich gliniarzy, jakby był jakimś niedzielnym pijaczkiem.
Mikael znów przymknął oczy. Zastanawiał się, co jeszcze tej nocy mogło
pójść nie tak.
Znalazł Lisbeth Salander tuż przed północą, ciężko ranną. Zaalarmował
policję. Udało mu się też namówić ratowników, żeby przysłali helikopter
i ewakuowali Lisbeth do szpitala Sahlgrenska. Dokładnie opisał jej
obrażenia i dziurę po kuli w głowie, aż jakaś mądra i rozumna osoba
pojęła, że dziewczyna potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Mimo to helikopter pojawił się dopiero pół godziny później. Ze stodoły,
służącej także jako garaż, Mikael wyprowadził dwa samochody i włączył
ich reflektory, by oświetlić miejsce do lądowania na polu przed domem.
Załoga helikoptera wraz z dwoma pielęgniarzami działała profesjonalnie,
rutynowo. Jeden z pielęgniarzy udzielał pierwszej pomocy Lisbeth,
podczas gdy drugi zajmował się Aleksandrem Zalachenką, znanym także jako
Karl Axel Bodin. Zalachenko był ojcem Lisbeth Salander i jej największym
wrogiem. Próbował ją zabić, ale mu się nie udało. Mikael znalazł go
ciężko rannego w drewutni na uboczu obejścia, z fatalnie wyglądającą
raną od siekiery na twarzy i zmiażdżoną nogą.
W oczekiwaniu na helikopter Mikael zrobił dla Lisbeth, co mógł.
Przyniósł z szafki na bieliznę czyste prześcieradło, pociął je w pasy i założył pierwszy opatrunek. Zauważył, że w otworze wlotowym kuli
zaschnięta krew działa jak korek, i nie był pewien, czy ma założyć
opatrunek, czy nie. W końcu bardzo luźno obwiązał prześcieradłem głowę,
głównie po to, żeby rana nie była wystawiona na bakterie i brud.
Krwawienie z postrzałów w biodrze i w ramieniu zatamował w najprostszy z możliwych sposobów. W jakiejś szafce znalazł rolkę szerokiej srebrnej
taśmy izolacyjnej i po prostu zakleił rany. Obmył jej twarz wilgotnym
ręcznikiem i spróbował usunąć brud.
Nie poszedł do drewutni, żeby udzielić pomocy Zalachence. W cichości
ducha przyznał się sam przed sobą, że ani trochę go nie obchodzi.
Czekając na ratowników, zadzwonił także do Eriki Berger i opowiedział,
co się dzieje.
- A tobie nic się nie stało? - zapytała.
- Ze mną wszystko w porządku - odparł Mikael. - To Lisbeth jest ranna.
- Biedna dziewczyna - powiedziała Erika Berger. - Wieczorem przeczytałam
raport Björcka dla Säpo. Co masz zamiar z tym zrobić?
- Nawet nie mam siły o tym myśleć - stwierdził Mikael.
Podczas rozmowy z Eriką siedział na podłodze przy sofie i obserwował
Lisbeth Salander. Wcześniej zdjął jej buty i spodnie, żeby założyć
opatrunek na biodro, i teraz nieoczekiwanie położył rękę na spodniach,
które rzucił na podłogę przy sofie. W kieszeni wyczuł jakiś twardy
przedmiot. Po chwili wyciągnął palmtopa Palm Tungsten T3.
Zmarszczył brwi i w zamyśleniu przyglądał się komputerowi. Kiedy
usłyszał odgłos helikoptera, wsunął go do wewnętrznej kieszeni kurtki.
Potem - jeszcze ciągle był sam - pochylił się nad dziewczyną i przeszukał wszystkie jej kieszenie. Znalazł kolejny komplet kluczy od
mieszkania na Mosebacke i paszport wystawiony na nazwisko Irene Nesser.
Szybko włożył wszystko do przegródki swojej torby komputerowej.
Pierwszy wóz policyjny z Fredrikiem Torstenssonem i Gunnarem Anderssonem
z policji z Trollhättan zjawił się kilka minut po wylądowaniu
helikoptera. Po nich przyjechał komisarz Thomas Paulsson i natychmiast
objął dowodzenie. Mikael podszedł do niego i zaczął tłumaczyć, co się
stało. Paulsson zrobił na nim wrażenie przemądrzałego i sztywnego trepa
służbisty. To po jego przybyciu wszystko zaczęło iść nie tak.
Paulsson w żaden sposób nie okazywał, że rozumie, o czym Mikael mówi.
Sprawiał wrażenie dziwnie otumanionego i jedyną rzeczą, jaka do niego
docierała, był fakt, że ta zmasakrowana dziewczyna na podłodze obok
kuchennej sofy to poszukiwana listem gończym potrójna morderczyni
Lisbeth Salander. Najwyraźniej traktował ją jako cenny łup. Trzy razy
pytał zajętego udzielaniem pomocy pielęgniarza ze służby ratowniczej,
czy dziewczynę można aresztować na miejscu. W końcu pielęgniarz wstał i ryknął, żeby trzymał się na odległość ramienia.
Potem Paulsson skoncentrował się na rannym Aleksandrze Zalachence
leżącym w drewutni i Mikael usłyszał, jak komisarz zgłasza przez radio,
że Salander najwyraźniej próbowała zabić kolejną osobę.
W tym momencie Mikael był już tak zirytowany zachowaniem Paulssona,
który ewidentnie nie słyszał ani słowa z tego, co próbował mu
powiedzieć, że podniesionym głosem zaapelował do niego, żeby natychmiast
zadzwonił do inspektora Jana Bublanskiego ze Sztokholmu. Wyciągnął
komórkę i zaproponował, że wybierze numer. Ale Paulsson nie był
zainteresowany.
Potem Mikael popełnił dwa błędy.
Zdecydowanie oświadczył, że prawdziwym potrójnym mordercą jest
mężczyzna, który nazywa się Ronald Niedermann i jest zbudowany jak
pancerny robot, cierpi na analgezję wrodzoną i obecnie siedzi związany w rowie przy drodze do Nossebro. Opisał miejsce, gdzie można znaleźć
Niedermanna, i poradził, żeby policja wysłała po niego specjalnie
uzbrojony oddział pieszych funkcjonariuszy. Paulsson zapytał, jak
Niedermann znalazł się w rowie, na co Mikael szczerze przyznał, że to on
doprowadził go do tego, grożąc mu bronią.
- Grożąc bronią? - zdziwił się komisarz Paulsson.
W tym momencie Mikael powinien zrozumieć, że Paulsson jest kompletnym
kretynem. Powinien wziąć komórkę i sam zadzwonić do Jana Bublanskiego, i poprosić go o interwencję, żeby rozpędzić tę mgłę, która zdawała się
otaczać Paulssona. A tymczasem popełnił błąd numer dwa i spróbował oddać
broń, którą miał w kieszeni kurtki - pistolet typu colt 1911 government,
znaleziony tego dnia w mieszkaniu Lisbeth Salander w Sztokholmie. Za
jego pomocą udało mu się obezwładnić Ronalda Niedermanna.
Paulsson postanowił natychmiast aresztować Mikaela Blomkvista pod
zarzutem nielegalnego posiadania broni. Polecił także dwójce
policjantów, Torstenssonowi i Anderssonowi, udać się we wspomniane
miejsce przy drodze do Nossebro i sprawdzić, czy w opowieści o związanym
człowieku siedzącym w rowie przy znaku ostrzegającym przed łosiami jest
choć odrobina prawdy. Gdyby się okazało, że to prawda, mieli go skuć
kajdankami i przywieźć do Gossebergi.
Mikael natychmiast zaprotestował, tłumacząc, że Ronald Niedermann nie
jest osobą, którą można tak po prostu pojmać i skuć kajdankami - jest
niezwykle groźnym mordercą. Kiedy Paulsson zignorował jego protest,
zmęczenie wzięło górę. Mikael nazwał Paulssona niekompetentnym dupkiem i krzyknął do Torstenssona i Anderssona, żeby nie próbowali uwalniać
Ronalda Niedermanna przed przybyciem posiłków.
Jego wybuch przyniósł tylko tyle, że został zakuty w kajdanki i posadzony na tylnym siedzeniu służbowego wozu Paulssona, skąd, klnąc pod
nosem, mógł widzieć, jak Torstensson i Andersson odjeżdżają radiowozem.
Jedynym jasnym punktem w tej beznadziejnej sytuacji był fakt, że Lisbeth
Salander została załadowana do helikoptera i odlatywała nad czubkami
drzew w kierunku szpitala. Mikael czuł się całkowicie bezradny i wyłączony z obiegu informacji. Teraz mógł tylko mieć nadzieję, że ktoś
kompetentny zajmie się Lisbeth.
Doktor Anders Jonasson wykonał dwa głębokie cięcia aż do kości czaszki i odsunął skórę wokół wlotu kuli. Zabezpieczył otwór klamrami.
Instrumentariuszka ostrożnie wsunęła ssak, żeby usunąć krew. Potem
nastąpił nieprzyjemny moment: doktor Jonasson musiał użyć wiertarki,
żeby poszerzyć otwór w kości. Wszystko trwało irytująco długo.
W końcu otwór był wystarczająco duży, żeby mógł dosięgnąć mózgu Lisbeth
Salander. Ostrożnie wprowadził sondę i poszerzył kanał o kilka
milimetrów. Potem za pomocą cieńszej sondy zlokalizował kulę. Zdjęcie
rentgenowskie pokazywało, że kula przekręciła się i tkwiła pod kątem
czterdziestu pięciu stopni w stosunku do kanału. Próbował ostrożnie
poruszyć pocisk i po kilku nieudanych podejściach udało mu się
przemieścić go odrobinę i ustawić w odpowiedniej pozycji.
Na końcu wprowadził do rany cienką pęsetę o żłobkowanych końcówkach.
Ujął nią mocno podstawę kuli i zacisnął. Potem pociągnął pęsetę prosto
do góry. Kula wyszła niemal bez oporu. Obejrzał ją szybko pod światło,
stwierdził, że wygląda na nienaruszoną, i upuścił do metalowego
naczynia.
- Wytrzeć - powiedział. Jego żądanie zostało natychmiast spełnione.
Spojrzał na EKG. Pokazywało, że akcja serca pacjentki nadal jest
miarowa.
- Pęseta.
Opuścił silnie powiększającą lupę na podwieszanym statywie i nastawił ją
na odsłonięte miejsce.
- Ostrożnie - powiedział profesor Frank Ellis.
W ciągu następnych czterdziestu pięciu minut Anders Jonasson usunął z okolic wlotu kuli trzydzieści dwa drobne odłamki kości. Najmniejszego z nich prawie nie można było dostrzec gołym okiem.
Podczas gdy załamany Mikael próbował ostrożnie wydostać z kieszeni
marynarki komórkę - co ze skutymi dłońmi okazało się niemożliwe - na
miejsce przybyło kilka samochodów z policjantami i ekipą techniczną.
Komisarz Paulsson skierował ich do drewutni, żeby zabezpieczyli dowody.
Nakazał też gruntowne przeszukanie domu, w którym znaleziono kilka sztuk
broni. Mikael z rezygnacją obserwował te ćwiczenia z tylnego siedzenia
wozu Paulssona.
Dopiero po upływie ponad godziny Paulsson najwyraźniej przypomniał
sobie, że Torstensson i Andersson jeszcze nie wrócili z aresztowanym
Ronaldem Niedermannem. Nagle zasępił się i zabrał Mikaela Blomkvista do
kuchni, żeby jeszcze raz usłyszeć, jak po niego jechać.
Mikael zamknął oczy.
Kiedy człowiek, który miał pomóc Torstenssonowi i Anderssonowi, wrócił z meldunkiem, nadal siedział z Paulssonem w kuchni. Policjant Gunnar
Andersson został znaleziony martwy, miał złamany kark. Jego kolega Frank
Torstensson jeszcze żył, ale miał poważne obrażenia. Obu znaleziono w rowie przy znaku ostrzegającym przed łosiami. Brakowało służbowej broni
i radiowozu.
Jeszcze do niedawna sytuacja była stosunkowo przejrzysta, a teraz nagle
komisarz Thomas Paulsson miał dodatkowo na głowie morderstwo policjanta
i zbiegłego uzbrojonego desperata.
- Idiota - powtórzył Mikael Blomkvist.
- Obrażanie policjantów nic tu nie pomoże.
- W tym jednym punkcie się zgadzamy. Ale ja panu dam popalić za
niedopełnienie obowiązków służbowych. Jeszcze mnie pan popamięta. Zanim
z panem skończę, zostanie pan okrzyknięty najgłupszym policjantem w Szwecji. Będzie o tym na każdym kiosku.
Groźba publicznego ośmieszenia była najwyraźniej jedyną rzeczą
działającą na Thomasa Paulssona. Wyglądał na zaniepokojonego.
- Co pan proponuje?
- Żądam, żeby pan natychmiast zadzwonił do inspektora Jana Bublanskiego
ze Sztokholmu. Teraz.
Inspektor Sonja Modig obudziła się nagle, kiedy jej podłączona do
kontaktu komórka zaczęła dzwonić w drugim końcu sypialni. Spojrzała na
zegarek stojący na nocnej szafce i z rozpaczą stwierdziła, że jest
krótko po czwartej nad ranem. Potem spojrzała na męża, który spokojnie
pochrapywał dalej. Mógłby przespać nawet atak artyleryjski. Wygrzebała
się z łóżka i znalazła odpowiedni guzik.
"Jan Bublanski - pomyślała. - Któż by inny".
- W okolicy Trollhättan rozpętało się piekło - powitał ją szef, nie
tracąc czasu na grzecznościowe formułki. - Pociąg X2000 do Göteborga
odchodzi dziesięć po piątej.
- Co się stało?
- Blomkvist znalazł Salander i Niedermanna z Zalachenką. Jest
aresztowany za obrazę policjanta, stawianie oporu i nielegalne
posiadanie broni. Salander została przewieziona do Sahlgrenska z kulką w głowie. Zalachenko jest w Sahlgrenska z siekierą w głowie. Niedermann
jest na wolności. W nocy zamordował policjanta.
Sonja Modig zamrugała dwa razy i poczuła się zmęczona. Najbardziej
pragnęła wśliznąć się z powrotem do łóżka i wziąć miesiąc urlopu.
- X2000 dziesięć po piątej. Okej. Co mam zrobić?
- Weź taksówkę na Centralny. Do towarzystwa będziesz miała Jerkera
Holmberga. Macie nawiązać kontakt z komisarzem Thomasem Paulssonem z policji w Trollhättan, który najwyraźniej odpowiada za dużą część tego
nocnego zamieszania i według Blomkvista jest, cytuję, rzadkim okazem
kretyna, koniec cytatu.
- Rozmawiałeś z Blomkvistem?
- Najwidoczniej jest aresztowany i skuty. Udało mi się namówić
Paulssona, żeby na chwilę podstawił mu telefon. Jadę właśnie na
Kungsholmen i będę usiłował zorientować się w sytuacji. Będziemy w kontakcie. Weź komórkę.
Sonja Modig jeszcze raz spojrzała na zegarek. Potem zadzwoniła po
taksówkę i na minutę weszła pod prysznic. Umyła zęby, przeciągnęła
grzebieniem po włosach, ubrała się w czarne spodnie, czarny podkoszulek
i szary żakiet. Wrzuciła do torebki służbową broń, a jako okrycie
wybrała czerwoną skórzaną kurtkę. Wreszcie potrząsnęła mężem, żeby
przywrócić go do życia. Wyjaśniła, dokąd jedzie, wytłumaczyła, że to on
musi zająć się dziećmi. Wyszła z bramy w momencie, kiedy podjechała
taksówka.
Nie musiała szukać kolegi, inspektora Jerkera Holmberga. Spodziewała
się, że będzie siedział w wagonie restauracyjnym i, jak się okazało, nie
pomyliła się. Zdążył kupić dla niej kanapkę i kawę. Przez pięć minut
siedzieli w milczeniu i jedli śniadanie. Wreszcie Holmberg odsunął na
bok filiżankę.
- Może należałoby zmienić zawód - powiedział.
O czwartej rano do Gossebergi przyjechał wreszcie inspektor Marcus
Erlander z wydziału zabójstw w Göteborgu i przejął dowództwo od
obciążonego ponad siły Thomasa Paulssona. Erlander był tęgawym
siwowłosym mężczyzną w wieku około pięćdziesięciu lat. Jedną z jego
pierwszych decyzji było zdjęcie kajdanek Mikaelowi Blomkvistowi. Potem
poczęstował go drożdżówkami i kawą z termosu. Poszli porozmawiać w cztery oczy.
- Rozmawiałem z Bublanskim - powiedział Erlander. - Znamy się od wielu
lat. Zarówno jemu, jak i mnie jest wstyd za Paulssona.
- Przez niego dziś w nocy zginął policjant - stwierdził Mikael.
Erlander skinął głową.
- Znałem Gunnara Anderssona osobiście. Służył w Göteborgu, zanim
przeniósł się do Trollhättan. Miał trzyletnią córeczkę.
- Współczuję. Próbowałem ostrzec...
Erlander skinął głową.
- Tak, rozumiem. Używał pan wielkich liter i za to został pan skuty. To
pan załatwił Wennerströma. Bublanski mówi, że z pana jest stuknięty
detektyw amator i bezczelny dziennikarz, ale najwyraźniej wie pan, o czym mówi. Czy może pan wtajemniczyć mnie w przystępny sposób w całą tę
sprawę?
- Chodzi o morderstwo moich przyjaciół Daga Svenssona i Mii Bergman w Enskede i o zabójstwo człowieka, który nie był moim przyjacielem...
adwokata Nilsa Bjurmana, opiekuna prawnego Lisbeth Salander.
Erlander skinął.
- Jak pan wie, policja ściga Lisbeth Salander od Wielkanocy. Była
podejrzewana o potrójne morderstwo. Na początek musi pan sobie
uświadomić, że ona nie jest winna tych morderstw. Jeśli gra tu jakąś
rolę, to raczej ofiary.
- Nie miałem do czynienia ze sprawą Salander, ale biorąc pod uwagę
wszystko, co pisały media, trochę trudno przełknąć pomysł, że miałaby
być całkowicie niewinna.
- Niemniej jednak tak właśnie sprawy wyglądają. Jest niewinna. I kropka.
Prawdziwym mordercą jest Ronald Niedermann, który dziś w nocy zamordował
pańskiego kolegę Gunnara Anderssona. Pracuje dla Karla Axela Bodina.
- Tego samego Bodina, który leży w Sahlgrenska z siekierą w głowie.
- Jeśli spojrzeć na to od strony czysto technicznej, siekiera już nie
tkwi w jego głowie. Zakładam, że to Lisbeth Salander go załatwiła. Jest
jej ojcem, byłym płatnym mordercą na usługach rosyjskich tajnych służb.
Zbiegł w latach siedemdziesiątych i od tego czasu pracował dla Säpo, aż
do upadku Związku Radzieckiego. Potem działał na własną rękę, był
gangsterem.
Erlander przyglądał się w zamyśleniu postaci siedzącej przed nim na
sofie. Mikael Blomkvist był spocony, wyglądał na zmarzniętego i śmiertelnie zmęczonego. Dotychczas mówił racjonalnie i z sensem, ale
komisarz Thomas Paulsson - którego słowom Erlander nieszczególnie dawał
wiarę - ostrzegał go, że Blomkvist bredzi o radzieckich szpiegach i niemieckich skrytobójcach, którymi raczej nieczęsto zajmowała się
szwedzka kryminalistyka. Blomkvist najwyraźniej dotarł do tego momentu
opowieści, w którym Paulsson przestał go słuchać. Ale w rowie przy
drodze do Nossebro leżeli policjanci - jeden martwy i jeden ciężko ranny
- więc Erlander chciał wysłuchać wszystkiego. Choć nie udało mu się
ukryć pewnej nieufności. Dała się słyszeć w jego głosie.
- Okej. Radziecki agent.
Blomkvist uśmiechnął się blado. Najwidoczniej miał świadomość, jak
niedorzecznie brzmi jego opowieść.
- Były radziecki agent. Mogę udokumentować wszystko, co mówię.
- Proszę mówić dalej.
- Zalachenko był asem szpiegowskim w latach siedemdziesiątych. Porzucił
służbę i dostał schronienie w Säpo. Zdarzało się to, o ile się
orientuję, wcale nie tak rzadko po upadku Związku Radzieckiego.
- Okej.
- Jak już mówiłem, nie wiem dokładnie, co się wydarzyło dzisiejszej
nocy, ale Lisbeth wyśledziła swojego ojca, którego nie widziała od
piętnastu lat. Pobił kiedyś jej matkę niemal na śmierć. Próbował
zamordować Lisbeth. Pośrednio jest odpowiedzialny za zamordowanie Daga
Svenssona i Mii Bergman. Poza tym odpowiada za porwanie przyjaciółki
Lisbeth, Miriam Wu - słynna walka Paola Roberto w Nykvarn.
- Jeśli Lisbeth Salander uderzyła ojca siekierą w głowę, raczej trudno
powiedzieć, żeby była niewinna.
- Sama ma trzy rany postrzałowe. Myślę, że z dużym prawdopodobieństwem
można stwierdzić, iż działała w obronie koniecznej. Zastanawiam się...
- Tak?
- Lisbeth była bardzo ubrudzona ziemią i gliną, jej włosy były jednym
wielkim plackiem błota. Pod ubraniem miała pełno piasku. Wygląda na to,
że została pogrzebana. A Niedermann najwidoczniej ma zwyczaj zakopywać
ludzi. Policja w Södertälje znalazła dwa groby w magazynie pod Nykvarn,
należącym do Svavelsjö MC.
- Właściwie trzy. Znaleźli jeszcze jeden grób, wczoraj, późnym
wieczorem. Ale jeśli Lisbeth Salander została postrzelona i zakopana, to
co w takim razie robi wśród żywych z siekierą w dłoni?
- Nie wiem, co tu się działo, ale Lisbeth jest niesamowicie wytrzymała.
Próbowałem namówić Paulssona, żeby ściągnął tu patrol z psami...
- Jest już w drodze.
- Dobrze.
- Paulsson aresztował pana za obrazę policji.
- Zaprzeczam. Nazwałem go idiotą, niekompetentnym dupkiem i kretynem.
Żaden z tych epitetów nie był w tym kontekście obraźliwy.
- Ale jest pan też oskarżony o nielegalne posiadanie broni.
- Popełniłem błąd, próbując przekazać mu broń. Poza tym nie chcę się
wypowiadać na ten temat, zanim nie porozumiem się z adwokatem.
- Okej. Zostawmy to na razie. Mamy do omówienia poważniejsze sprawy. Co
pan wie o tym Niedermannie?
- Jest mordercą. Coś z nim jest nie tak. Ma ponad dwa metry wzrostu i budowę pancernego robota. Niech pan zapyta Paola Roberto, który się z nim boksował. Cierpi na analgezję wrodzoną. Neuroprzekaźniki na
synapsach nie działają normalnie i w rezultacie nie odczuwa bólu. Jest
Niemcem urodzonym w Hamburgu, jako nastolatek był skinheadem. Na
wolności stanowi śmiertelne zagrożenie.
- Czy ma pan jakiś pomysł, dokąd mógł uciec?
- Nie. Wiem tylko, że przygotowałem go do zgarnięcia, a potem dowodzenie
przejął ten kretyn z Trollhättan.
Tuż przed piątą rano doktor Anders Jonasson zdjął brudne lateksowe
rękawiczki i wrzucił je do kosza. Instrumentariuszka nakładała opatrunek
na ranę na biodrze pacjentki. Operacja trwała trzy godziny. Spojrzał na
ogoloną, zmaltretowaną głowę Lisbeth Salander, już owiniętą bandażem.
Poczuł nagły przypływ czułości. Często jej doświadczał wobec pacjentów,
których operował. Według gazet Lisbeth Salander była psychopatką i seryjną morderczynią, ale w jego oczach wyglądała raczej jak postrzelony
wróbel. Potrząsnął głową. Potem spojrzał na doktora Franka Ellisa, który
przyglądał mu się z uśmiechem.
- Jesteś znakomitym chirurgiem - oświadczył Ellis.
- Dasz się zaprosić na śniadanie?
- A można tu gdzieś dostać naleśniki z dżemem?
- Gofry - odparł Anders Jonasson. - U mnie w domu. Tylko najpierw
zadzwonię i uprzedzę żonę. Potem weźmiemy taksówkę. - Zatrzymał się i spojrzał na zegar. - Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że może
lepiej nie dzwonić.
Mecenas Annika Giannini nagle przebudziła się ze snu. Odwróciła głowę w prawo i stwierdziła, że jest za dwie minuty szósta. Pierwsze spotkanie z klientem miała już o ósmej. Spojrzała w lewo na swojego męża Enrica
Gianniniego. Spał spokojnie i w najlepszym razie miał się obudzić o ósmej. Zamrugała szybko kilka razy, wstała i zanim poszła pod prysznic,
włączyła ekspres do kawy. Spędziła sporo czasu w łazience, potem ubrała
się w czarne spodnie, białą koszulkę polo i czerwony żakiet. Zrobiła dwa
tosty, położyła na nich ser, dżem pomarańczowy i pokrojone awokado.
Zaniosła śniadanie do salonu, akurat kiedy zaczynały się telewizyjne
wiadomości o wpół do siódmej. Napiła się kawy i właśnie otwierała usta,
żeby ugryźć kanapkę, kiedy usłyszała zapowiedź.
Jeden policjant zamordowany, drugi ciężko ranny. Dramatyczne wydarzenia.
W nocy schwytano ściganą listem gończym potrójną morderczynię Lisbeth
Salander.
Początkowo nie mogła zrozumieć, o co chodziło, bo pierwsze wrażenie
sugerowało, że to Lisbeth Salander zabiła policjanta. Wiadomość była
sformułowana bardzo zwięźle, ale po chwili dotarło do niej, że policja
poszukuje mężczyzny podejrzewanego o zabójstwo policjanta. Informacja
pochodziła od anonimowego trzydziestosiedmioletniego mężczyzny. Wszystko
wskazywało na to, że Lisbeth Salander, ciężko ranna, jest w szpitalu
Sahlgrenska w Göteborgu.
Annika zmieniła kanał, ale nie dowiedziała się wiele więcej o tamtych
wydarzeniach. Sięgnęła po komórkę i wybrała numer brata, Mikaela
Blomkvista. Usłyszała komunikat, że abonent jest niedostępny. Poczuła
ukłucie strachu. Mikael dzwonił do niej poprzedniego wieczoru w drodze
do Göteborga. Był na tropie Lisbeth Salander. A także mordercy
nazwiskiem Ronald Niedermann.
Kiedy zrobiło się jasno, spostrzegawczy policjant znalazł ślady krwi na
ziemi za drewutnią. Pies policyjny poszedł ich tropem do wykopu na
polance oddalonej od gospodarstwa Gosseberga o mniej więcej czterysta
metrów na północny wschód.
Mikael poszedł tam razem z inspektorem Erlanderem. Przyglądali się w zamyśleniu. Od razu zauważyli dużo krwi w wykopie i wokół niego.
Znaleźli nawet zniszczoną papierośnicę, która najwidoczniej służyła jako
łopatka. Erlander włożył znalezisko do plastikowego woreczka i oznakował
go. Pozbierał także próbki zabarwionych krwią grudek ziemi. Policjant w mundurze zwrócił jego uwagę na niedopałek papierosa marki Pall Mall bez
filtra, leżący około metra od wykopu. Także i on został zapakowany do
woreczka i opatrzony etykietą. Mikael przypomniał sobie, że widział
paczkę pall malli na blacie kuchennym w domu Zalachenki.
Erlander spojrzał na niebo. Zbierały się ciężkie deszczowe chmury.
Burza, która zeszłej nocy rozpętała się nad Göteborgiem, przechodziła
najwidoczniej na południe od okolic Nossebro, ale było tylko kwestią
czasu, kiedy i tu zacznie padać. Inspektor poprosił umundurowanego
policjanta, żeby przyniósł plandekę i przykrył wykop.
- Wydaje mi się, że ma pan rację - powiedział wreszcie do Mikaela. -
Analiza krwi na pewno potwierdzi, że tu leżała Lisbeth Salander.
Domyślam się też, że na papierośnicy znajdziemy jej odciski palców.
Została postrzelona i pogrzebana, ale jakimś cudem udało jej się przeżyć
i wydostać...
- I wrócić do domu, żeby przyłożyć siekierą Zalachence - dokończył
Mikael. - Zawzięta z niej sztuka.
- Ale jak, do diabła, poradziła sobie z Niedermannem?
Mikael wzruszył ramionami. Był tak samo zaskoczony jak Erlander.
Rozdział 2
Piątek, 8 kwietnia
Sonja Modig i Jerker Holmberg byli na Dworcu Centralnym w Göteborgu
krótko po ósmej rano. Bublanski dzwonił z nowymi instrukcjami: mieli już
nie jechać do Gossebergi, tylko wziąć taksówkę do komendy regionalnej
policji Vastra Götalands przy placu Ernsta Fontella, koło stadionu Nya
Ullevi. Ponad godzinę czekali na powrót inspektora Erlandera z Mikaelem
Blomkvistem z Gossebergi. Mikael przywitał się z Sonją Modig, którą
spotkał już wcześniej, i przedstawił się Jerkerowi Holmbergowi. Potem
dołączył do nich kolega Erlandera z aktualnymi wieściami z pogoni za
Ronaldem Niedermannem. Raport był krótki.
- Utworzyliśmy grupę śledczą pod kierunkiem regionalnego wydziału
kryminalnego. Oczywiście zaalarmowaliśmy cały kraj. Radiowóz znaleźliśmy
o szóstej rano w Alings?s. Na razie tam ślad się urywa. Podejrzewamy, że
zmienił pojazd, ale nie dostaliśmy jeszcze żadnego zgłoszenia o kradzieży samochodu.
- A media? - zapytała Sonja Modig i zerknęła przepraszająco na Mikaela
Blomkvista.
- To zabójstwo policjanta, więc jest przez to maksymalna mobilizacja.
Planujemy konferencję prasową na dziesiątą.
- Czy ktoś może wie, w jakim stanie jest Lisbeth Salander? - zapytał
Mikael. Był dziwnie mało zainteresowany wszystkim, co wiązało się z poszukiwaniami Niedermanna.
- Przeszła w nocy operację. Wyjęli jej kulę z głowy. Jeszcze się nie
wybudziła z narkozy.
- Czy wiadomo, jakie są rokowania?
- O ile zrozumiałem, nic nie będzie wiadomo, póki się nie obudzi. Ale
lekarz, który ją operował, mówi, że jest dobrej myśli. Powinna przeżyć,
jeśli nie pojawią się komplikacje.
- A Zalachenko? - zapytał Mikael.
- Kto? - zapytał kolega Erlandera, jeszcze niewtajemniczony w zawiłości
tej sprawy.
- Karl Axel Bodin.
- Aha, on też był operowany tej nocy. Ma dość paskudną ranę od siekiery
w twarzy i jeszcze jedną pod kolanem. Jest mocno sponiewierany, ale jego
życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Mikael skinął głową.
- Wygląda pan na zmęczonego - powiedziała Sonja Modig.
- No pewnie. To moja trzecia doba prawie bez snu.
- Spał trochę w samochodzie w drodze z Nossebro - dodał Erlander.
- Czy da pan radę opowiedzieć wszystko od początku? - zapytał Holmberg.
- Wszystko wskazuje na to, że prywatni detektywi wygrywają z policją
trzy do zera.
Mikael uśmiechnął się blado.
- Chciałbym to usłyszeć od Bublanskiego - powiedział.
Poszli na śniadanie do policyjnej kafeterii w komendzie. Mikael przez
pół godziny tłumaczył, jak z kawałków puzzli ułożył historię Zalachenki.
Kiedy skończył, policjanci nadal milczeli, pogrążeni w myślach.
- W pańskiej historii jest kilka dziur - odezwał się wreszcie Holmberg.
- Pewnie tak - potwierdził Mikael.
- Nie wyjaśnił pan, jak wszedł w posiadanie ściśle tajnego raportu Säpo
o Zalachence.
Mikael skinął głową.
- Znalazłem go w mieszkaniu Lisbeth Salander, kiedy wreszcie odkryłem,
gdzie się ukrywa. Ona z kolei znalazła go, jak się domyślam, w domku
letniskowym mecenasa Bjurmana.
- A więc znalazł pan kryjówkę Salander?
Mikael skinął.
- I co?
- Sami musicie znaleźć ten adres. Lisbeth bardzo się starała mieć tajny
adres i ja nie zamierzam być źródłem przecieku.
Modig i Holmberg lekko się zachmurzyli.
- Panie Blomkvist... to przecież śledztwo w sprawie morderstwa -
powiedziała Sonja Modig.
- A pani jeszcze nie do końca zrozumiała, że Lisbeth jest niewinna, a policja w sposób niespotykany naruszyła jej prywatność. Gang lesbijek
satanistek? Skąd wy bierzecie takie rzeczy? Jeśli będzie chciała wam
powiedzieć, gdzie mieszka, to jestem przekonany, że to zrobi.
- Jest jeszcze jedna rzecz, którą nie do końca rozumiem - drążył
Holmberg. - Skąd w tej sprawie w ogóle bierze się Bjurman? Mówi pan, że
to on to wszystko uruchomił, kiedy skontaktował się z Zalachenką i zlecił mu zamordowanie Salander... ale dlaczego miałby to robić?
Mikael zwlekał z odpowiedzią dłuższą chwilę.
- Domyślam się, że zwrócił się do Zalachenki, żeby pomógł mu pozbyć się
Lisbeth Salander. Miała się znaleźć w tamtym magazynie w Nykvarn.
- Był jej kuratorem. Jaki miałby powód, żeby ją zlikwidować?
- To skomplikowane.
- Więc niech pan nam wytłumaczy.
- Miał diabelnie dobry powód. Zrobił coś, a Lisbeth się o tym
dowiedziała. Stanowiła zagrożenie dla jego przyszłości i dobrobytu.
- Co takiego zrobił?
- Myślę, że najlepiej będzie, jak Lisbeth sama wyjaśni wam powody.
Spojrzał Holmbergowi prosto w oczy.
- Spróbuję zgadnąć - odezwała się Sonja Modig. - Bjurman zrobił swojej
podopiecznej jakąś krzywdę.
Mikael skinął głową.
- Czy mam przypuszczać, że zmuszał ją do czynności seksualnych?
Mikael wzruszył ramionami, lecz nie skomentował.
- Czy wie pan o tatuażu na brzuchu Bjurmana?
- Tatuażu?
- Wykonany ręką amatora napis na cały brzuch... "Jestem sadystyczną
świnią, dupkiem i gwałcicielem". Dyskutowaliśmy, o co tu mogło
chodzić.
Mikael znienacka wybuchnął głośnym śmiechem.
- O co chodzi?
- Zastanawiałem się, co Lisbeth zrobiła, żeby się zemścić. Ale
słuchajcie... nie chcę z wami rozmawiać o tej sprawie, z tych samych
powodów co przedtem. Tu chodzi o jej prywatność. To wobec Lisbeth
popełniono przestępstwo. To ona jest ofiarą. To ona zdecyduje, czy chce
wam o tym opowiedzieć. Sorry.
Sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście było mu przykro.
- Gwałt trzeba zgłosić na policję - powiedziała Sonja Modig.
- Zgadzam się. Ale do tego gwałtu doszło dwa lata temu, a Lisbeth
jeszcze nie rozmawiała o tym z policją. Co wskazuje na to, że raczej nie
zamierza tego robić. Mogę się z nią nie zgadzać w tej sprawie ze
wszystkich sił, ale i tak to ona decyduje. Poza tym...
- Tak?
- Lisbeth nie ma szczególnych powodów, żeby zwierzać się policji.
Ostatnio, kiedy próbowała wyjaśnić, jakim bydlakiem jest Zalachenko,
została zamknięta w psychiatryku.
Prokurator nadzorujący postępowanie przygotowawcze Richard Ekström czuł
łaskotanie niepokoju w brzuchu, kiedy krótko przed dziewiątą rano w piątkowy poranek poprosił kierującego śledztwem Jana Bublanskiego, żeby
zajął miejsce po drugiej stronie biurka. Poprawił okulary i pogładził
się po starannie przystrzyżonej bródce. Czuł, że robi się
niebezpiecznie, że pogrąża się w chaosie. Przez miesiąc ścigał Lisbeth
Salander. Gdzie się tylko dało, przedstawiał ją jako chorą psychicznie
groźną psychopatkę. Dopuścił do wycieku informacji, które miały mu pomóc
w przyszłym procesie. Wszystko wyglądało tak dobrze.
Nie miał nawet cienia wątpliwości, że Lisbeth Salander jest winna
potrójnego morderstwa. Wierzył, że jej proces będzie spacerkiem po
zwycięstwo, propagandowym przedstawieniem z nim samym w głównej roli. A potem wszystko przestało się układać i nagle okazało się, że oto ma
przed sobą zupełnie innego mordercę i chaos, który zdawał się nie mieć
końca. Pieprzona Salander.
- A więc mamy tu niezły pasztet - powiedział. - Czego się dowiedziałeś
dziś rano?
- Poszedł komunikat na cały kraj w sprawie Ronalda Niedermanna, ale
nadal go nie złapano. Na razie jest poszukiwany tylko za zamordowanie
policjanta Gunnara Anderssona, ale sądzę, że powinniśmy ogłosić, że jest
winny trzech morderstw w Sztokholmie. Może mógłbyś zwołać konferencję
prasową.
Bublanski specjalnie zaproponował konferencję, żeby rozdrażnić rozmówcę.
Ekström nienawidził spotkań z dziennikarzami.
- Wydaje mi się, że na razie powinniśmy zaczekać z konferencjami -
powiedział szybko.
Bublanski z trudem stłumił uśmiech.
- To przede wszystkim sprawa dla policji z Göteborga - wyjaśnił Ekström.
- No tak, ale mamy tam na miejscu Sonję Modig i Jerkera Holmberga,
nawiązaliśmy współpracę...
- Zaczekamy z konferencją prasową, póki nie dowiemy się więcej -
zadecydował Ekström ostrym tonem. - Chciałbym wiedzieć, jak bardzo
jesteś pewny, że Niedermann rzeczywiście jest zamieszany w morderstwa
tu, w Sztokholmie.
- Jako policjant jestem o tym przekonany. Tylko sprawa dowodów wygląda
nie najlepiej. Nie mamy żadnych świadków morderstw, nie ma też żadnych
dobrych dowodów rzeczowych. Magge Lundin i Sonny Nieminen ze Svavelsjö
MC nie chcą gadać i udają, że nigdy nie słyszeli o Niedermannie. Ale i tak pójdzie siedzieć za zabójstwo policjanta.
- Właśnie - zgodził się Ekström. - To zabójstwo policjanta jest w tej
chwili ważne. Ale powiedz mi... czy jest coś, co wskazywałoby, że Salander
jest przynajmniej jakoś zamieszana w te morderstwa? Czy można sobie
wyobrazić, że to ona razem z Niedermannem dokonała tych zbrodni?
- Wątpię. I raczej nie wygłaszałbym takiej teorii publicznie.
- To w takim razie jak jest z tym powiązana?
- To niezwykle skomplikowana historia. Dokładnie tak jak Mikael
Blomkvist twierdził od początku, tu chodzi o tego typa Zala... Aleksandra
Zalachenkę.
Na dźwięk nazwiska Blomkvista prokurator Ekström wyraźnie się najeżył.
- Zala to były radziecki szpieg, bezwzględny skrytobójca z okresu zimnej
wojny - mówił dalej Bublanski. - Przyjechał do Szwecji w latach
siedemdziesiątych i został ojcem Lisbeth Salander. Opiekowała się nim
komórka Säpo. Zacierała ślady jego zbrodni. Jeden z funkcjonariuszy Säpo
dopilnował też, żeby Lisbeth Salander została zamknięta w klinice
psychiatrycznej dla młodzieży, kiedy miała trzynaście lat i groziła, że
zdradzi tajemnicę Zalachenki.
- Rozumiesz chyba, że trochę trudno to przełknąć. To nie jest historia,
z którą moglibyśmy iść do mediów. O ile dobrze zrozumiałem, wszystko, co
dotyczy Zalachenki, to informacje ściśle tajne.
- Ale prawdziwe. Mam dokumenty.
- Czy mogę je przejrzeć?
Bublanski podsunął mu teczkę z raportem z 1991 roku. Ekström w zamyśleniu przyglądał się pieczątce informującej, że dokument zawiera
ściśle tajne informacje, i numerowi dziennika podawczego, który od razu
zidentyfikował jako należący do Säpo. Przewertował szybko liczący niemal
sto stron plik papierów i przeczytał kilka fragmentów, wybranych na
chybił trafił. Wreszcie odłożył raport na bok.
- Musimy spróbować trochę to załagodzić, żeby sprawa nie wymknęła się
nam całkowicie spod kontroli. A więc Lisbeth Salander została zamknięta
w domu wariatów, bo próbowała zabić swojego ojca... tego Zalachenkę. A teraz jeszcze zadała mu cios siekierą w głowę. W każdym razie należy to
uznać za próbę morderstwa. Trzeba ją też aresztować za postrzelenie
Maggego Lundina w Stallarholmen.
- Możesz aresztować, kogo chcesz, ale na twoim miejscu byłbym
ostrożniejszy.
- To będzie skandal niebywałych rozmiarów, jeśli cała ta historia z Säpo
wyjdzie na światło dzienne.
Bublanski wzruszył ramionami. Jego obowiązki służbowe polegały na
wyjaśnianiu zbrodni, a nie na wyciszaniu skandali.
- Ten palant z Säpo, Gunnar Björck. Co wiemy o jego roli?
- Jest jedną z głównych postaci. W tej chwili przebywa na zwolnieniu
lekarskim z powodu dyskopatii, obecnie mieszka w Sm?dalarö.
- Okej... na razie zachowamy milczenie w sprawie Säpo. Teraz liczy się
zabójstwo policjanta i nic innego. Powinniśmy unikać zamieszania.
- Raczej trudno będzie wyciszyć tę sprawę.
- Co masz na myśli?
- Wysłałem Curta Svenssona, żeby przywiózł Björcka na przesłuchanie. -
Bublanski spojrzał na zegarek. - Powinni tu być mniej więcej teraz.
- Co?
- Właściwie planowałem sam wybrać się na wycieczkę do Sm?dalarö, ale
morderstwo policjanta mi przeszkodziło.
- Nie wydałem pozwolenia na zatrzymanie Björcka.
- To prawda. Ale to nie jest aresztowanie. Ściągam go tylko na
przesłuchanie.
- Nie podoba mi się to.
Bublanski nachylił się do przodu, przez co wyglądał, jakby mówił niemal
po przyjacielsku.
- Richardzie... sprawa wygląda tak: Lisbeth Salander jest ofiarą wielu
aktów przemocy dokonanych w świetle prawa. Zaczęło się, kiedy była
jeszcze dzieckiem. Nie zamierzam pozwolić, żeby to trwało nadal. Możesz
odebrać mi nadzór nad śledztwem, ale w takim razie będę zmuszony napisać
o tej sprawie ostrą notatkę służbową.
Richard Ekström wyglądał, jakby właśnie połknął coś kwaśnego.
Gunnar Björck, przebywający na zwolnieniu lekarskim zastępca szefa
wydziału do spraw obcokrajowców w tajnej policji, otworzył drzwi swojego
letniego domku w Sm?dalarö i podniósł wzrok na wysokiego, krótko
ostrzyżonego blondyna w czarnej skórzanej kurtce.
- Szukam Gunnara Björcka.
- To ja.
- Curt Svensson, policja kryminalna.
Mężczyzna pokazał legitymację służbową.
- Słucham pana.
- Jest pan proszony o udanie się ze mną na Kungsholmen, aby złożyć
wyjaśnienia w śledztwie w sprawie Lisbeth Salander.
- Ehm... to musi być jakaś pomyłka.
- To nie jest pomyłka - stwierdził Curt Svensson.
- Pan mnie nie rozumie. Ja też jestem policjantem. Sądzę, że powinien
pan skonsultować się w tej sprawie ze swoim szefem.
- To właśnie mój szef pana wzywa.
- Muszę zadzwonić i...
- Może pan zadzwonić z Kungsholmen.
Gunnar Björck poczuł nagle, że ogarnia go rezygnacja.
Stało się. Zostałem w to wciągnięty. Pieprzony gnojek Blomkvist.
Pieprzona Salander.
- Czy jestem zatrzymany? - zapytał.
- W tej chwili nie. Ale możemy to załatwić, jeśli pan sobie życzy.
- Nie... nie, oczywiście pojadę z panem. To jasne, że chcę pomagać kolegom
ze służby zewnętrznej.
- To dobrze - stwierdził Curt Svensson i wszedł za gospodarzem do
środka. Czujnie obserwował Gunnara Björcka, kiedy ten brał okrycie i wyłączał ekspres do kawy.
O jedenastej przed południem Mikael Blomkvist przypomniał sobie, że jego
wynajęty samochód nadal stoi zaparkowany za stodołą przy wjeździe do
Gossebergi, ale był tak wyczerpany, że nie mógł po niego jechać, a jeszcze mniej nadawał się do prowadzenia auta taki kawał drogi. Poprosił
o radę inspektora Marcusa Erlandera, a ten wspaniałomyślnie załatwił
sprawę tak, że jeden z techników kryminalnych z Göteborga wróci
samochodem Mikaela do domu.
- Niech pan potraktuje to jako zadośćuczynienie za to, jak został pan
potraktowany dzisiejszej nocy.
Mikael skinął głową. Potem pojechał taksówką do City Hotellet przy
Lorensbergsgatan, niedaleko Avenyn. Wynajął jednoosobowy pokój w cenie
ośmiuset koron za noc. Od razu poszedł do pokoju i zrzucił ubranie. Nagi
usiadł na pościelonym łóżku, z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął palma
tungstena T3 należącego do Lisbeth Salander i zważył go w dłoni. Nadal
nie mógł uwierzyć, że mały komputer nie został zarekwirowany, kiedy
komisarz Paulsson go przeszukiwał, ale Paulsson pewnie zakładał, że to
komputer Mikaela. Poza tym nie trafił do aresztu, gdzie przeprowadzono
by rewizję osobistą. Zastanawiał się chwilę. Wreszcie umieścił komputer
w przegródce swojej torby komputerowej, w której przechowywał już płytę
CD podpisaną "Bjurman". Ją też Paulsson przeoczył. Zdawał sobie sprawę,
że z prawnego punktu widzenia ukrywa dowody w śledztwie, lecz były to
przedmioty, których Lisbeth najprawdopodobniej nie chciałaby widzieć w niepowołanych rękach.
Włączył komórkę i zauważył, że bateria prawie wysiadła, więc podłączył
ładowarkę. Zadzwonił do siostry, mecenas Anniki Giannini.
- Cześć, siostra.
- Co masz wspólnego z zabójstwem policjanta dziś w nocy? - zapytała od
razu.
Wyjaśnił pokrótce, co się wydarzyło.
- Okej. To znaczy, że Salander jest na oddziale intensywnej terapii.
- Tak jest. Póki się nie wybudzi, nie wiemy, jak poważne ma obrażenia,
ale na pewno będzie potrzebowała adwokata.
Annika Giannini zastanawiała się chwilę.
- Czy myślisz, że zechciałaby mnie?
- Pewnie w ogóle nie będzie chciała adwokata. Nie jest osobą, która
chętnie prosi o pomoc.
- Ze sprawy wynika, że potrzebowałaby adwokata specjalizującego się w sprawach karnych. Czy mogłabym spojrzeć na twoje materiały?
- Porozmawiaj z Eriką Berger i poproś o kopie.
Potem Mikael zadzwonił do Eriki Berger. Nie odbierała komórki, więc
wystukał jej numer w redakcji "Millennium". Odebrał Henry Cortez.
- Erika gdzieś wyszła - powiedział.
Mikael krótko streścił ostatnie wydarzenia i poprosił Henry'ego Corteza,
żeby przekazał wiadomość redaktor naczelnej "Millennium".
- Okej. A co mamy robić? - zapytał Henry.
- Dzisiaj nic - odparł Mikael. - Muszę się wyspać. Przyjadę do
Sztokholmu jutro, o ile nie zdarzy się nic nieprzewidzianego.
"Millennium" opublikuje swoją wersję wydarzeń w następnym numerze, ale
mamy na to jeszcze prawie miesiąc.
Zakończył rozmowę i wśliznął się do łóżka. Zasnął przed upływem
trzydziestu sekund.
Zastępca komendanta regionalnego policji Monika Sp?ngberg zastukała
długopisem o brzeg szklanki z wodą mineralną i poprosiła o ciszę. Wokół
stołu konferencyjnego w jej gabinecie zebrało się dziesięć osób. Trzy
kobiety i siedmiu mężczyzn. Grupa składała się z szefa wydziału
kryminalnego, zastępcy szefa wydziału kryminalnego, trzech inspektorów
kryminalnych - jednym z nich był Marcus Erlander - oraz rzecznika
prasowego policji w Göteborgu. Na naradę wezwano także prokurator
nadzorującą postępowanie przygotowawcze Agnetę Jervas z prokuratury oraz
inspektorów Sonję Modig i Jerkera Holmberga ze sztokholmskiej policji.
Dwoje ostatnich włączono do grupy, żeby okazać wolę współpracy z kolegami ze stolicy, a po części także po to, żeby pokazać, jak wygląda
prawdziwe policyjne śledztwo.
Sp?ngberg, która często była jedyną kobietą w męskim gronie, słynęła z tego, że nie traciła czasu na formalności i gładkie słówka. Wyjaśniła,
że komendant policji wyjechał służbowo na konferencję Europolu w Madrycie i kiedy dowiedział się o morderstwie policjanta, postanowił
wrócić, ale jego powrotu spodziewano się dopiero późnym wieczorem. Potem
zwróciła się bezpośrednio do szefa wydziału kryminalnego Andersa
Pehrzona i poprosiła, by pokrótce przedstawił sytuację.
- Minęło nieco ponad dziesięć godzin od zamordowania naszego kolegi
Gunnara Anderssona przy drodze do Nossebro. Znamy nazwisko mordercy, to
Ronald Niedermann, ale nie mamy jeszcze jego zdjęcia.
- W Sztokholmie mamy jego fotografię sprzed ponad dwudziestu lat.
Dostaliśmy ją od Paola Roberto, ale prawie nie nadaje się do użytku -
powiedział Jerker Holmberg.
- Okej. Radiowóz, który uprowadził, został znaleziony, jak wiadomo, w Alings?s dzisiaj rano. Stał zaparkowany w bocznej uliczce, mniej więcej
trzysta pięćdziesiąt metrów od stacji kolejowej. Nie otrzymaliśmy rano
zgłoszenia o kradzieży samochodu w okolicy.
- Jak idą poszukiwania?
- Obserwujemy pociągi przyjeżdżające do Sztokholmu i Malmö. Postawiliśmy
na nogi cały kraj. Poinformowaliśmy policję norweską i duńską. W tej
chwili około trzydziestu policjantów zajmuje się bezpośrednio śledztwem
i oczywiście wszyscy mają oczy szeroko otwarte.
- Żadnych śladów?
- Żadnych. Na razie. Ale osoba o tak charakterystycznym wyglądzie jak
Niedermann raczej nie powinna długo pozostać niezauważona.
- Czy ktoś wie, jak się czuje Fredrik Torstensson? - zapytał jeden z inspektorów.
- Leży w Sahlgrenska. Jest ciężko ranny, mniej więcej jak po wypadku
samochodowym. Trudno uwierzyć, że jeden człowiek może tak poturbować
drugiego gołymi rękami. Oprócz połamanych nóg i zmiażdżonych żeber ma
też uszkodzony kręg szyjny. Istnieje niebezpieczeństwo, że będzie
częściowo sparaliżowany.
Zebrani przez kilka sekund rozmyślali nad położeniem kolegi. Po chwili
znów głos zabrała Monika Sp?ngberg. Zwróciła się do Erlandera:
- Co się właściwie wydarzyło w Gosseberdze?
- Thomas Paulsson wydarzył się w Gosseberdze.
Kilku uczestników zgodnie westchnęło.
- Czy nikt nie może go wysłać na emeryturę? Przecież to jest cholerna
chodząca katastrofa.
- Znam Paulssona bardzo dobrze - powiedziała Monika Sp?ngberg surowo. -
Ale nie słyszałam żadnych skarg na niego przez ostatnie... chyba przez dwa
lata.
- Tamtejszy komendant policji jest starym kumplem Paulssona i próbował
mu pomóc, trzymając nad nim parasol ochronny. W dobrej wierze, że tak
powiem, nie chcę go tu krytykować. Ale dziś w nocy Paulsson zachowywał
się dziwnie do tego stopnia, że wielu kolegów zgłaszało tę sprawę.
- To znaczy jak?
Marcus Erlander zerknął na Sonję Modig i Jerkera Holmberga. Był wyraźnie
zażenowany, że musi ujawnić słabość swoich szeregów przed kolegami ze
Sztokholmu.
- Najdziwniejsze jest to, że wysłał człowieka z ekipy technicznej, żeby
zrobił inwentaryzację drewutni, w której znaleźliśmy Zalachenkę.
- Inwentaryzację drewutni? - powtórzyła zaskoczona Sp?ngberg.
- Tak... to znaczy... chciał wiedzieć, ile dokładnie polan się tam znajduje.
Żeby raport był kompletny.
Przy stole zapadło znaczące milczenie. Erlander pośpiesznie dorzucił:
- Rano okazało się, że Paulsson bierze co najmniej dwa leki
psychotropowe, xanor i efexor. Właściwie powinien być na zwolnieniu, ale
ukrywał swój stan przed kolegami.
- Jaki stan? - zapytała surowo Sp?ngberg.
- Nie wiem oczywiście, co mu dokładnie dolega, lekarzy obowiązuje
tajemnica, ale te środki, które bierze, mają częściowo silne działanie
przeciwlękowe, częściowo stymulujące. Był po prostu na niezłym haju.
- Mój Boże - powiedziała Sp?ngberg z przejęciem. Wyglądała jak chmura
burzowa, która przeszła nad Göteborgiem rano. - Muszę natychmiast
porozmawiać z Paulssonem.
- To będzie raczej trudne. Dziś rano przeszedł załamanie, jest w szpitalu z powodu przemęczenia. Mieliśmy po prostu maksymalnego pecha,
że to właśnie on miał wtedy służbę.
- Czy mogę o coś zapytać? - powiedział szef wydziału kryminalnego. - A więc Paulsson aresztował Mikaela Blomkvista w nocy?
- Napisał raport i złożył doniesienie o znieważeniu funkcjonariusza,
stawianiu oporu władzy i nielegalnym posiadaniu broni.
- Co mówi Blomkvist?
- Przyznaje się do obrazy, ale twierdzi, że to była obrona konieczna.
Mówi, że opór polegał na tym, że w ostrych słowach usiłował zapobiec
temu, żeby Torstensson i Andersson jechali zapuszkować Niedermanna sami,
bez posiłków.
- Świadkowie?
- Policjanci Torstensson i Andersson. Chciałbym jeszcze dodać, że nie
wierzę ani trochę w doniesienie Paulssona o stawianiu oporu. To typowe
doniesienie zapobiegawcze, żeby mógł odrzucać późniejsze skargi
Blomkvista.
- Ale to znaczy, że Blomkvist sam obezwładnił Niedermanna? - zapytała
prokurator Agneta Jervas.
- Sterroryzował go bronią.
- A więc Blomkvist miał broń. W takim razie aresztowanie Blomkvista
miałoby przynajmniej jakieś podstawy. Skąd miał broń?
- O tym nie chce mówić bez porozumienia z adwokatem. Ale Paulsson
aresztował Blomkvista, kiedy ten próbował przekazać broń policji.
- Czy mogłabym złożyć nieformalną propozycję? - zapytała ostrożnie Sonja
Modig.
Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
- Spotkałam Mikaela Blomkvista kilka razy w czasie śledztwa i w mojej
ocenie jest osobą, na której można polegać, choć jest dziennikarzem.
Zakładam, że to pani podejmie decyzję w sprawie oskarżenia... - Spojrzała
na Agnetę Jervas, a ta kiwnęła głową. - W takim razie ta historia z obrazą i oporem to tylko bzdury, które pani, jak sądzę, od razu odrzuci.
- Pewnie tak. Ale nielegalne posiadanie broni to coś poważniejszego.
- Proponowałabym, żeby pani trzymała rękę na pulsie. Blomkvist sam
poskładał tę całą historię z kawałków i wyprzedził policję. Więcej
skorzystamy na dobrych kontaktach i współpracy z nim niż na
sprowokowaniu go, żeby rozprawił się z policją w mediach.
Umilkła. Po kilku sekundach Marcus Erlander odchrząknął. Jeżeli Sonja
Modig odważyła się na takie wystąpienie, nie chciał być gorszy.
- Popieram. Ja także uważam Blomkvista za człowieka rozsądnego.
Przeprosiłem go nawet za takie traktowanie. Wydaje mi się, że mógłby
puścić to w niepamięć. Poza tym jest lojalny. Wyśledził, gdzie mieszka
Lisbeth Salander, ale nie chce nam podać jej adresu. Nie boi się podjąć
otwartej dyskusji z policją... a ma taką pozycję, że jego głos w mediach
będzie się liczył tak samo jak wszystkie doniesienia Paulssona.
- Ale nie chce nam przekazać informacji o Salander?
- Mówi, że sami musimy ją o to zapytać.
- Co to była za broń? - zapytała Jervas.
- Colt 1911 government. Numer serii nieznany. Wysłałem go do
laboratorium, ale jeszcze nie wiadomo, czy został użyty w Szwecji w związku z jakimś przestępstwem. Jeśli okaże się, że tak, to sprawa
będzie wyglądała nieco inaczej.
Monika Sp?ngberg uniosła długopis.
- Agneto, sama zdecydujesz, czy wszcząć postępowanie przygotowawcze
przeciwko Blomkvistowi. Proponuję, żebyś poczekała na raport z laboratorium. Idźmy dalej. Ten Zalachenko... co możecie o nim powiedzieć,
inspektorzy ze Sztokholmu?
- Problem polega na tym, że do wczorajszego popołudnia nigdy nie
słyszeliśmy ani o Zalachence, ani o Niedermannie - odpowiedziała Sonja
Modig.
- Wydawało mi się, że ścigacie bandę lesbijek satanistek - odezwał się
jeden z göteborskich policjantów. Na twarzach kilku innych pokazały się
uśmiechy. Jerker Holmberg przyglądał się swoim paznokciom. Pytanie było
skierowane do Sonji Modig.
- Tak między nami to mogę powiedzieć, że też mamy swojego Thomasa
Paulssona w naszym wydziale i ta historia z lesbijkami to taki odprysk,
który pochodzi właśnie od niego.
Następnie Sonja Modig i Jerker Holmberg przez ponad pół godziny
opowiadali, do czego udało im się dojść.
Kiedy skończyli, przy stole na dłuższą chwilę zapadła cisza.
- Jeśli ta sprawa z Gunnarem Björckiem się potwierdzi, ludziom z Säpo
zacznie się palić grunt pod stopami - stwierdziła zastępczyni komendanta
Sp?ngberg.
Wszyscy skinęli głowami. Agneta Jervas podniosła rękę.
- O ile dobrze rozumiem, wasze podejrzenia opierają się w dużym stopniu
na przypuszczeniach i poszlakach. Jako prokurator jestem trochę
zaniepokojona stroną dowodową.
- Zdajemy sobie z tego sprawę - uspokoił ją Jerker Holmberg. - Wydaje
nam się, że wiemy z grubsza, co się stało, ale jest jeszcze masa znaków
zapytania, które trzeba zbadać.
- Rozumiem, że zajmujecie się znaleziskami wykopanymi w Nykvarn pod
Södertälje - powiedziała Sp?ngberg. - Ilu morderstw dotyczy ta sprawa?
Jerker Holmberg zamrugał ze zmęczenia.
- Zaczęło się od trzech morderstw w Sztokholmie - to zabójstwa, za które
ścigano Lisbeth Salander, czyli mecenas Bjurman, dziennikarz Dag
Svensson i doktorantka Mia Bergman. W pobliżu magazynu w Nykvarn
odkryliśmy dotychczas trzy groby. Zidentyfikowaliśmy znanego handlarza
narkotyków i złodziejaszka, który został poćwiartowany i zakopany. W drugim grobie znaleźliśmy niezidentyfikowaną jeszcze kobietę. Trzeciego
grobu nie zdążyliśmy jeszcze odkopać. Wygląda na to, że jest trochę
starszy. Poza tym Mikael Blomkvist zasugerował, że to ma związek z morderstwem prostytutki w Södertälje kilka miesięcy temu.
- A więc jeśli doliczyć policjanta Gunnara Anderssona z Gossebergi, mamy
co najmniej osiem morderstw... to strasznie dużo. Czy podejrzewamy, że to
Niedermann popełnił wszystkie te zbrodnie? W takim razie musi być
kompletnym szaleńcem, seryjnym mordercą.
Sonja Modig i Jerker Holmberg wymienili spojrzenia. Teraz liczyło się,
jak wiążąco potraktują swoje wypowiedzi. W końcu odezwała się Sonja
Modig:
- Chociaż rzeczywiście brakuje dowodów, to ja, a także mój szef,
inspektor Jan Bublanski, jesteśmy skłonni przyznać Blomkvistowi rację,
kiedy twierdzi, że trzy pierwsze morderstwa popełnił Niedermann.
Oznaczałoby to, że Salander jest niewinna. Jeśli chodzi o groby w Nykvarn, to Niedermann jest powiązany z tamtym miejscem poprzez porwanie
przyjaciółki Salander, Miriam Wu. Nie ma wątpliwości, że to dla niej był
przeznaczony czwarty grób. Ale te magazyny są własnością krewnego szefa
gangu Svavelsjö MC i zanim zidentyfikujemy wszystkie szczątki,
powinniśmy zaczekać z wyciąganiem wniosków.
- A ten złodziejaszek, którego zidentyfikowaliście...
- Kenneth Gustafsson, czterdzieści cztery lata, znany handlarz
narkotyków i trudny przypadek od wczesnej młodości. Na oko
powiedziałabym, że tu chodzi o jakieś wewnętrzne porachunki. Svavelsjö
MC jest zamieszane w rozmaite drobne przestępstwa, w tym dystrybucję
amfetaminy. Mógłby to więc być leśny cmentarz dla tych, co narazili się
Svavelsjö MC. Ale...
- Tak?
- Ta prostytutka, która została zamordowana w Södertälje... nazywa się
Irina Pietrowa, miała dwadzieścia dwa lata.
- No i?
- Sekcja zwłok wykazała, że została potraktowana z niesłychaną
brutalnością, a jej obrażenia przypominają te, jakie mają osoby
zatłuczone kijem bejsbolowym albo czymś podobnym. Ale nie dało się ich
jednoznacznie określić. Lekarz sądowy nie potrafił określić, jakiego
narzędzia użyto. Blomkvist miał tu dobre skojarzenie. Irina Pietrowa
miała obrażenia, które równie dobrze mogłyby zostać zadane gołymi
rękami...
- Niedermann?
- To uzasadnione przypuszczenie. Dowodów na razie brak.
- Co robimy dalej? - zapytała Sp?ngberg.
- Muszę naradzić się z Bublanskim, ale jako następne posunięcie nasuwa
się oczywiście przesłuchanie Zalachenki. Z naszej strony chcemy się
dowiedzieć, co on wie o morderstwach w Sztokholmie, wy zaś chcecie
dopaść Niedermanna.
Jeden z inspektorów z Göteborga podniósł do góry palec.
- Czy mogę jeszcze zapytać... co znaleźliśmy w tamtym domu w Gosseberdze?
- Bardzo niewiele. Cztery sztuki broni ręcznej. Sig sauer, rozłożony na
części do nasmarowania na stole kuchennym. Polski P-38 wanad na
podłodze, koło sofy kuchennej. Colt 1911 government - to ten pistolet,
który Blomkvist próbował oddać Paulssonowi. I wreszcie browning kaliber
22, który w tej kolekcji wygląda prawie na zabawkę. Podejrzewamy, że to
z niego postrzelono Salander, skoro udało jej się przeżyć z kulą w głowie.
- Coś jeszcze?
- Zarekwirowaliśmy torbę zawierającą ponad dwieście tysięcy koron.
Znajdowała się w pokoju na piętrze, w którym mieszkał Niedermann.
- Jesteście pewni, że to jego pokój?
- Raczej tak, nosi ubrania w rozmiarze XXL. Zalachenko co najwyżej M.
- Czy jest coś, co łączy Zalachenkę z działalnością przestępczą? -
zapytał Jerker Holmberg.
Erlander potrząsnął głową.
- To zależy od tego, jak potraktujemy znalezioną broń. Ale pomijając to
oraz fakt, że Zalachenko miał niezwykle skomplikowany system kamer wokół
domu, nie znaleźliśmy niczego, co odróżniałoby gospodarstwo Gosseberga
od innych wiejskich gospodarstw. Dom jest umeblowany dość spartańsko.
Tuż przed dwunastą do drzwi zastukał umundurowany policjant. Podał
Monice Sp?ngberg jakiś dokument. Zastępczyni komendanta podniosła do
góry palec.
- Dostaliśmy zgłoszenie zaginięcia w Alings?s. Dwudziestosiedmioletnia
pomoc dentystyczna Anita Kaspersson wyszła z domu około wpół do ósmej
rano. Odwiozła dziecko do przedszkola, potem o ósmej miała być w pracy.
Ale się nie pojawiła. Pracuje w prywatnym gabinecie dentystycznym, który
mieści się mniej więcej sto pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie
znaleziono skradziony radiowóz.
Erlander i Sonja Modig równocześnie spojrzeli na zegarki.
- A więc ma cztery godziny przewagi. Co to za samochód?
- Granatowy renault, rocznik 1991. Tu są jego numery.
- Natychmiast ogłosić poszukiwania samochodu. W tej chwili może być
gdziekolwiek między Oslo, Malmö i Sztokholmem.
Po kolejnej godzinie konferencja się zakończyła. Zdecydowano, że Sonja
Modig i Marcus Erlander wspólnie przesłuchają Zalachenkę.
Henry Cortez ze zmarszczonymi brwiami wodził wzrokiem za Eriką Berger.
Wyszła ze swojego pokoju i zniknęła w kuchni. Po kilku sekundach wyszła
z kubkiem kawy i wróciła do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.
Henry Cortez nie potrafił określić, co go niepokoi. "Millennium" było
małą redakcją, miejscem, gdzie zwykle między pracownikami zawiązują się
bliskie relacje. Pracował tu na pół etatu od czterech lat i przeżył już
kilka zawirowań, jak choćby okres, kiedy Mikael Blomkvist odsiadywał
trzy miesiące więzienia za pomówienie, a pismo prawie upadło. Przeżył
morderstwo współpracownika Daga Svenssona i jego dziewczyny Mii Bergman.
Podczas tych wszystkich burz Erika Berger była jak skała, nic nie mogło
jej wyprowadzić z równowagi. Nie zdziwił się, kiedy zadzwoniła i obudziła go dziś rano, żeby zlecić jemu i Lottie Karim pracę. Afera z Salander osiągnęła punkt kulminacyjny, a Mikael Blomkvist był zamieszany
w zabójstwo policjanta w Göteborgu. Tyle było wiadomo. Lottie Karim
zakotwiczyła się w komendzie policji i usiłowała zdobyć jakieś sensowne
informacje. Henry poświęcił ranek na telefonowanie; usiłował poskładać
puzzle z wydarzeń ostatniej nocy. Blomkvist nie odbierał telefonów, ale
dzięki kilku dobrym kontaktom Henry uzyskał całkiem niezły obraz
sytuacji.
Tymczasem Erika Berger przez całe popołudnie była nieobecna duchem.
Bardzo rzadko zamykała drzwi do swojego pokoju. Prawie wyłącznie wtedy,
kiedy miała gości albo intensywnie pracowała nad jakąś sprawą. Tego
ranka nie miała gości i nie pracowała. Kiedy Henry kilka razy pukał do
niej, żeby przekazać wiadomości, zastawał ją na krześle przy oknie.
Pogrążona w myślach, jakby apatyczna, patrzyła na rzekę ludzi w dole na
Götgatan. Słuchała jego raportów w roztargnieniu.
Coś było nie tak.
Rozmyślania przerwał mu dzwonek do drzwi. Otworzył i wpuścił Annikę
Giannini. Spotkał siostrę Mikaela Blomkvista już kilka razy, ale nie
znał jej bliżej.
- Cześć, Anniko - powiedział. - Mikaela dzisiaj nie ma.
- Wiem. Przyszłam porozmawiać z Eriką.
Erika Berger rozkojarzona spojrzała na gościa ze swojego miejsca przy
oknie, ale kiedy Henry wprowadził Annikę, wzięła się w garść.
- Cześć - powiedziała. - Mikaela dzisiaj nie ma.
Annika uśmiechnęła się.
- Wiem. Przyszłam po raport Björcka o Säpo. Micke prosił mnie, żebym
rzuciła na niego okiem, na wypadek gdybym miała ewentualnie
reprezentować Salander w sądzie.
Erika skinęła głową. Wstała i przyniosła z biurka teczkę z dokumentami.
Annika zawahała się chwilę. Już była niemal na progu, ale zmieniła
zdanie i usiadła naprzeciwko Eriki.
- No dobra, powiedz, jaki masz problem.
- Odchodzę z "Millennium". I nie potrafiłam powiedzieć o tym Mikaelowi.
Był tak zaangażowany w sprawę Salander, że jakoś nigdy nie było okazji,
a nie mogę powiedzieć innym, póki nie poinformuję jego, więc teraz
fatalnie się z tym czuję.
Annika Giannini przygryzła dolną wargę.
- I mówisz o tym mnie. Co będziesz robić?
- Będę redaktorem naczelnym w "Svenska Morgon-Posten".
- Nieźle. W takim razie na miejscu są raczej gratulacje niż płacz i zgrzytanie zębów.
- Ale ja nie chciałam odchodzić z "Millennium" w taki sposób. W samym
środku takiej cholernej zawieruchy. To spadło jak grom z jasnego nieba i nie mogłam odmówić. To jest po prostu taka szansa, która się nie
powtórzy. Ale dostałam tę ofertę, na krótko zanim Dag i Mia zostali
zastrzeleni, a potem było tu takie zamieszanie, że wolałam to ukryć. A teraz wyrzuty sumienia chyba mnie zagryzą.
- Rozumiem. I boisz się powiedzieć o tym Mikaelowi?
- Jeszcze nikomu nie mówiłam. Myślałam, że w SMP zacznę dopiero w lecie,
że jeszcze mam dużo czasu, żeby wszystkich przygotować. Ale oni chcą,
żebym przeszła do nich jak najszybciej.
Umilkła, wpatrzona w Annikę, a wyglądała przy tym, jakby zaraz miała się
rozpłakać.
- Tak naprawdę to mój ostatni tydzień w "Millennium". W przyszłym
tygodniu wyjeżdżam, potem... muszę mieć co najmniej tydzień urlopu, żeby
się zregenerować. A od pierwszego maja zaczynam w SMP.
- A co by się stało, gdybyś nagle wpadła pod samochód? Wtedy też
zostaliby bez naczelnej, zupełnie bez uprzedzenia.
Erika podniosła wzrok.
- Ale nie wpadłam pod samochód. Świadomie ukrywałam prawdę przez kilka
tygodni.
- Rozumiem, że ta sytuacja jest trudna, ale mam wrażenie, że Micke,
Christer i cała reszta jakoś sobie z tym poradzą. I uważam, że powinnaś
im o tym jak najszybciej powiedzieć.
- No tak, ale twój pieprzony braciszek jest dziś w Göteborgu. Śpi i nie
odbiera telefonów.
- Wiem. Niewielu ludzi potrafi się migać przed odbieraniem telefonów tak
jak Mikael. Ale tu nie chodzi o ciebie i Mickego. Wiem, że pracowaliście
razem dwadzieścia lat albo coś koło tego, że byliście parą, ale musisz
myśleć o Christerze i całej redakcji.
- Ale Mikael będzie...
- Mikael będzie chodził po ścianach. Oczywiście. Ale jeśli nie umie
zaakceptować tego, że po dwudziestu latach do czegoś doszłaś, to znaczy,
że nie był wart tego czasu, który mu poświęciłaś.
Erika westchnęła.
- Głowa do góry. Zawołaj Christera i resztę redakcji. Teraz.
Kiedy Erika Berger zwołała pracowników "Millennium" do małej salki
konferencyjnej, Christer Malm był przez kilka sekund całkowicie
oszołomiony. Zebranie redakcji zostało zapowiedziane, akurat kiedy
zbierał się do wyjścia. Chciał wyjść wcześniej, jak zwykle w piątki.
Zerknął na Henry'ego Corteza i Lottie Karim. Byli tak samo zaskoczeni
jak on. Sekretarz redakcji Malin Eriksson też o niczym nie wiedziała,
podobnie reporterka Monika Nilsson i szef marketingu Sonny Magnusson. W tym składzie brakowało jedynie Mikaela Blomkvista, który był w Göteborgu.
"A niech to szlag. Mikael o niczym nie wie - myślał Christer Malm. -
Ciekaw jestem, jak zareaguje".
Potem uświadomił sobie, że Erika Berger skończyła mówić i zapadła
przejmująca cisza. Otrząsnął się szybko, wstał, objął Erikę i pocałował
w policzek.
- Gratulacje, Ricky - powiedział. - Redaktor naczelna SMP. To niezły
skok z tej naszej małej łajby.
Henry Cortez też oprzytomniał i zaczął klaskać. Erika podniosła ręce.
- Stop - powiedziała. - Nie zasłużyłam dzisiaj na oklaski.
Urwała na chwilę, żeby spojrzeć na pracowników małej redakcji
"Millennium".
- Posłuchajcie... jest mi bardzo przykro, że to tak wypadło. Chciałam o tym powiedzieć już kilka tygodni temu, ale nie umiałam tego zrobić w zamieszaniu po tych morderstwach. Mikael i Malin pracowali jak opętani i po prostu nie było warunków. Dlatego się tu znaleźliśmy.
Malin Eriksson uświadomiła sobie z przerażającą jasnością, jak brakuje w redakcji ludzi i jak strasznie pusto będzie bez Eriki. Wszystko jedno,
co się działo, największy chaos czy inna zawierucha, ona zawsze była jak
skała, była oparciem, na które Malin zawsze mogła liczyć, zawsze
niezachwiana pośród burz. Cóż... nic dziwnego, że "Svenska Morgon-Posten"
ją zwerbowała. Ale co się teraz z nimi stanie? Erika zawsze była w "Millennium" najważniejszą postacią.
- Jest kilka spraw, które musimy rozwiązać. Rozumiem, że w redakcji może
się zrobić niespokojnie. Naprawdę tego nie chciałam, ale stało się, jak
się stało. Po pierwsze: nie porzucę całkiem "Millennium". Nadal będę
udziałowcem, będę uczestniczyć w zebraniach zarządu. Nie będę miała
natomiast, co oczywiste, żadnego wpływu na pracę redakcyjną - to
prowadziłoby tylko do konfliktu interesów.
Christer Malm kiwnął głową w zamyśleniu.
- Po drugie: formalnie odchodzę z ostatnim dniem kwietnia. Ale w praktyce dziś jest mój ostatni dzień. W przyszłym tygodniu wyjeżdżam,
podróż była zaplanowana już wcześniej. Postanowiłam, że nie będę już
wracać, żeby rządzić przez te kilka dni, które zostaną.
Zamilkła na chwilę.
- Następny numer jest już gotowy. Brakuje jeszcze tylko paru drobiazgów.
To będzie mój ostatni. Potem ster musi przejąć inny redaktor naczelny.
Dziś wieczorem opróżnię swoje biurko.
Cisza była przytłaczająca.
- O tym, kto przejmie funkcję redaktora naczelnego, musi zadecydować
zarząd. Ale wy w redakcji też powinniście o tym podyskutować.
- Mikael - rzucił Christer Malm.
- Nie. W żadnym wypadku nie Mikael. Byłby najgorszym redaktorem
naczelnym, jakiego moglibyście wybrać. Jest wspaniały jako wydawca i świetny w szukaniu mielizn w tekstach i łączeniu materiałów do
publikacji. Jest hamulcowym. Redaktor naczelny musi być ofensywny. Poza
tym Mikael ma skłonność do zakopywania się we własnych historiach i jest
potem nieobecny całymi tygodniami. Jest niezrównany, kiedy robi się
gorąco, ale kompletnie nie nadaje się do zadań rutynowych. Wszyscy to
wiecie.
Christer skinął.
- "Millennium" działało dlatego, że ty i Mikael równoważyliście się
nawzajem.
- Ale nie tylko dlatego. Pamiętacie chyba, jak Mikael siedział sobie w Hedestad i dąsał się prawie cały cholerny rok. Wtedy "Millennium"
funkcjonowało bez niego, tak samo jak teraz musi sobie poradzić beze
mnie.
- Okej. Jaki masz plan?
- Proponowałabym, żebyś to ty, Christerze, przejął obowiązki naczelnego...
- Nigdy w życiu. - Christer Malm opędzał się przed propozycją obiema
rękami.
- ...ale ponieważ wiedziałam, że odmówisz, mam inne rozwiązanie. Malin. Od
dzisiaj ty będziesz pełnić obowiązki redaktora naczelnego.
- Ja?! - wykrzyknęła Malin.
- Właśnie tak. Jako sekretarz redakcji byłaś wspaniała.
- Ale ja...
- Spróbuj. Dziś wieczorem sprzątnę swoje biurko. Możesz się przenieść w poniedziałek rano. Numer majowy jest właściwie skończony. Trochę się z nim namęczyliśmy. W czerwcu będzie numer podwójny, a potem mamy wolne
przez miesiąc. Jeśli nie wyjdzie, w sierpniu zarząd będzie musiał
znaleźć kogoś nowego. Henry, ty przejdziesz na cały etat i zastąpisz
Malin na stanowisku sekretarza redakcji. Potem musicie zatrudnić nowego
pracownika. Ale to już wasza decyzja, i zarządu.
Zamilkła i przez chwilę spoglądała w zamyśleniu na zebranych.
- Jeszcze jedno. Zaczynam pracę w innej gazecie. Wprawdzie SMP i "Millennium" praktycznie nie konkurują ze sobą, ale to znaczy, że nie
chcę nic wiedzieć o zawartości następnego numeru. Wszystkie te sprawy od
tej chwili omawiacie z Malin.
- A co zrobimy z historią Salander? - zapytał Henry Cortez.
- Zwróć się z tym do Mikaela. Wiem co nieco o sprawie Salander, ale
zamykam to na klucz. Nie przejdzie do SMP.
Nagle Erika poczuła ogromną ulgę.
- To wszystko - powiedziała, kończąc zebranie. Wstała i bez dalszych
komentarzy poszła do swojego pokoju.
Pracownicy "Millennium" siedzieli pogrążeni w ciszy. Dopiero godzinę
później Malin Eriksson zapukała do Eriki.
- Cześć.
- Tak? - powiedziała Erika.
- Chcielibyśmy coś powiedzieć.
- Co?
- Wyjdź z pokoju.
Erika podeszła do drzwi. Zobaczyła nakryty stół, kawę i ciastka.
- Chcemy jeszcze urządzić prawdziwą imprezę na twoją cześć - powiedział
Christer Malm. - Ale na razie muszą wystarczyć kawa i ciastka.
Erika Berger uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia.
Rozdział 3
Piątek, 8 kwietnia - sobota, 9 kwietnia
Aleksander Zalachenko był przytomny od ośmiu godzin, kiedy Sonja Modig i Marcus Erlander przyszli do niego około siódmej wieczorem. Przeszedł
dość skomplikowaną operację. Zrekonstruowano mu dużą część kości
policzkowej i spojono tytanowymi śrubami. Jego głowa była niemal
całkowicie zabandażowana, widać było tylko lewe oko. Jeden z lekarzy
wytłumaczył mu, że uderzenie siekierą zmiażdżyło kość policzkową,
uszkodziło kość czołową, a także pozbawiło znacznej części mięśni po
prawej stronie twarzy oraz naruszyło oczodół. Obrażenia powodowały
nieznośny ból. Zalachenko otrzymywał duże dawki środków przeciwbólowych,
lecz mimo to zachowywał świadomość i mógł rozmawiać. Policjantom nie
pozwolono tylko za bardzo go zmęczyć.
- Dobry wieczór, panie Zalachenko - przywitała się Sonja Modig. Potem
przedstawiła siebie i Erlandera.
- Nazywam się Karl Axel Bodin - wycedził z trudem Zalachenko przez
zaciśnięte zęby. Mówił spokojnie.
- Wiem bardzo dobrze, kim pan jest. Czytałam listę pańskich zasług w Säpo.
Nie do końca była to prawda, gdyż Säpo nie wydało jeszcze ani jednego
dokumentu o Zalachence.
- To było dawno temu - odparł Zalachenko. - Teraz nazywam się Karl Axel
Bodin.
- Jak się pan czuje? - mówiła dalej Sonja Modig. - Czy da pan radę
rozmawiać?
- Chciałem zgłosić przestępstwo. Padłem ofiarą próby morderstwa ze
strony mojej córki.
- Wiemy o tym. Ta sprawa zostanie wyjaśniona w swoim czasie - powiedział
Erlander. - Teraz mamy do omówienia ważniejsze sprawy.
- Co może być ważniejszego od próby zabójstwa?
- Chcielibyśmy usłyszeć, co pan wie o trzech morderstwach popełnionych w Sztokholmie, co najmniej trzech w Nykvarn oraz porwaniu.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Kto został zamordowany?
- Panie Bodin, mamy mocne podstawy do przypuszczeń, że winnym tych
przestępstw jest pański kompan, Ronald Niedermann - powiedział Erlander.
- Ponadto minionej nocy Niedermann zamordował policjanta z Trollhättan.
Sonja Modig była nieco zaskoczona, że Erlander bierze pod uwagę życzenie
Zalachenki i zwraca się do niego nazwiskiem Bodin. Zalachenko przekręcił
lekko głowę, żeby lepiej widzieć Erlandera. Jego głos trochę złagodniał.
- To przykra... wiadomość. Nie wiem, co robi Niedermann. Nie zamordowałem
policjanta. Ja sam omal nie zostałem dziś w nocy zamordowany.
- Ronald Niedermann jest poszukiwany. Czy ma pan pojęcie, gdzie mógłby
się ewentualnie ukrywać?
- Nie wiem, w jakich kręgach się obraca. Ja... - Zalachenko wahał się
kilka sekund. Potem dodał konfidencjonalnym szeptem: - Muszę przyznać...
między nami... że czasami niepokoiłem się o Niedermanna.
Erlander nachylił się ku niemu.
- Co pan ma na myśli?
- Zauważyłem, że potrafi być bardzo brutalny. Właściwie to się go nawet
boję.
- Chce pan powiedzieć, że czuł się zagrożony przez Niedermanna?
- Zgadza się. Jestem starym człowiekiem. Nie mogę się bronić.
- Czy może nam pan objaśnić swoje powiązania z Niedermannem? - spytał
Erlander.
- Jestem niepełnosprawny. - Zalachenko wskazał swoją stopę. - To już
drugi raz moja córka próbowała mnie zabić. Zaangażowałem Niedermanna do
pomocy przed wielu laty. Miałem nadzieję, że będzie mnie chronił... ale
tak naprawdę to on przejął kontrolę nad moim życiem. Robi, co chce, a ja
nie mam nic do powiedzenia.
- A w czym panu pomaga? - wtrąciła Sonja Modig. - W sprawach, z którymi
pan sam nie daje sobie rady?
Zalachenko jedynym widocznym okiem posłał Sonji Modig długie spojrzenie.
- Jak zrozumiałam, córka ponad dziesięć lat temu wrzuciła do pańskiego
samochodu koktajl Mołotowa. Czy może pan powiedzieć, co ją popchnęło do
tego czynu?
- Proszę o to zapytać moją córkę. Jest chora psychicznie.
W jego głosie znów pojawiła się wrogość.
- Czyli twierdzi pan, że nie zna powodu, dla którego Lisbeth Salander
zaatakowała pana w 1991 roku.
- Moja córka jest chora psychicznie. Istnieje dokumentacja w tej
sprawie.
Sonja Modig przekrzywiła głowę. Zauważyła, że Zalachenko odpowiadał
bardziej wrogo i agresywnie, kiedy to ona zadawała pytania. Poczuła, że
Erlander też to zauważył. Okej... Good cop, bad cop. Potem
odezwała się nieco głośniej.
- Nie sądzi pan, że jej postępek miał coś wspólnego z tym, że pobił pan
jej matkę tak poważnie, że doznała trwałego uszkodzenia mózgu?
Zalachenko spoglądał na Sonję Modig ze spokojnym wyrazem twarzy.
- To jakieś cholerne bzdury. Jej matka była kurwą. Pewnie jakiś klient
ją stłukł. Ja znalazłem się tam przypadkiem.
Sonja Modig uniosła brwi.
- A więc jest pan całkowicie niewinny?
- Oczywiście.
- Zalachenko... nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. A więc zaprzecza pan, że
pobił swoją ówczesną konkubinę Agnetę Salander, matkę Lisbeth Salander,
mimo że ta sprawa była przedmiotem obszernego tajnego dochodzenia,
prowadzonego przez pańskiego ówczesnego opiekuna w Säpo Gunnara Björcka.
- Nigdy nie zostałem za nic skazany. Nie byłem nawet oskarżony. Nie
odpowiadam za to, co jakiś czubek z tajnej policji zmyśla w swoich
raportach. Gdybym był podejrzany, powinni mnie chyba przynajmniej
przesłuchać.
Sonja Modig zaniemówiła. Zalachenko wyglądał tak, jakby uśmiechnął się
pod bandażami.
- A więc chciałem złożyć doniesienie na moją córkę. Usiłowała mnie
zabić.
Sonja Modig westchnęła.
- Zaczynam rozumieć, dlaczego Lisbeth Salander mogła czuć potrzebę
rąbnięcia pana siekierą w głowę.
Erlander chrząknął.
- Przepraszam, panie Bodin... może powinniśmy powrócić do pytania, co pan
wie o zamiarach Ronalda Niedermanna.
Sonja Modig zadzwoniła do inspektora Bublanskiego z korytarza przed
pokojem Zalachenki.
- Nic - powiedziała.
- Nic? - powtórzył inspektor.
- Złożył doniesienie przeciwko Lisbeth Salander: brutalne uszkodzenie
ciała i próba zabójstwa. Twierdzi, że nie ma nic wspólnego z morderstwami w Sztokholmie.
- A jak tłumaczy fakt, że Lisbeth Salander została zakopana na jego
posesji w Gosseberdze?
- Mówi, że był przeziębiony i spał przez cały dzień. Jeśli Salander
została postrzelona w Gosseberdze, to musi to być jakaś akcja Ronalda
Niedermanna.
- Okej. Co mamy?
- Została postrzelona z browninga kaliber 22. Dlatego jeszcze żyje.
Znaleźliśmy broń. Zalachenko przyznaje, że należy do niego.
- Ach tak. Czyli, innymi słowy, zdaje sobie sprawę, że na pistolecie
znajdziemy jego odciski palców.
- Właśnie. Ale mówi, że kiedy ostatni raz widział tego browninga, leżał
w jego szufladzie.
- A więc przypuszczalnie to ów niezrównany Ronald Niedermann wziął
rewolwer, gdy Zalachenko spał, i strzelał do Salander. Czy możemy
udowodnić, że było inaczej?
Sonja Modig namyślała się kilka sekund. Potem powiedziała:
- Jest dobrze obeznany ze szwedzkim prawem i metodami policji. Nie
przyznaje się do niczego, a Niedermann będzie robił za ofiarę. Nie mam
pojęcia, co możemy mu udowodnić. Prosiłam Erlandera, żeby wysłał jego
ciuchy do laboratorium i zbadał je pod kątem obecności prochu, ale
pewnie będzie twierdził, że tylko ćwiczył strzelanie z tej broni dwa dni
wcześniej.
Lisbeth Salander czuła zapach migdałów i etanolu. Miała wrażenie, że ma
w ustach spirytus, i próbowała go przełknąć, ale język miała ścierpnięty
i sparaliżowany. Usiłowała otworzyć oczy, ale nie była do tego zdolna.
Słyszała daleki głos, który zdawał się przemawiać do niej, ale nie
rozumiała słów. Potem usłyszała jasno i wyraźnie:
- Wydaje mi się, że właśnie się budzi.
Poczuła, że ktoś dotyka jej czoła. Próbowała odsunąć natarczywą dłoń. W tym samym momencie w lewym ramieniu poczuła przejmujący ból. Poddała
się.
- Czy pani mnie słyszy?
Odejdź.
- Czy pani może otworzyć oczy?
Co za cholerny idiota się tak przyczepił.
W końcu otworzyła oczy. Najpierw widziała tylko niezwykłe świetliste
punkty, potem ukazała się jej jakaś sylwetka. Starała się nadać
spojrzeniu ostrość, ale postać przez cały czas się wymykała. Czuła się
tak, jakby miała potężnego kaca, a łóżko ciągle przechylało się do tyłu.
- Strstlln - powiedziała.
- Co pani mówiła?
- Diota - powiedziała.
- To brzmi dobrze. Czy może pani jeszcze raz otworzyć oczy?
Rozchyliła powieki w dwie wąskie szparki. Widziała obcą twarz i zapisała
w pamięci każdy jej szczegół. Jasnowłosy mężczyzna o niezwykle
niebieskich oczach, krzywej, kanciastej twarzy, oddalonej o jakieś
dziesięć centymetrów od jej twarzy.
- Witam. Nazywam się Anders Jonasson. Jestem lekarzem. Jest pani w szpitalu. Jest pani ranna i po operacji. Czy wie pani, jak się nazywa?
- Pszalandr - powiedziała Lisbeth Salander.
- Dobrze. Czy może pani coś dla mnie zrobić? Może pani policzyć do
dziesięciu?
- Jeden, dwa, cztery... nie... trzy, cztery, pięć, sześć...
Potem znowu zapadła w sen.
Ale doktor Anders Jonasson był zadowolony. Powiedziała, jak się nazywa,
i zaczęła liczyć. To świadczyło o tym, że jej zdolność myślenia była
względnie nienaruszona, czyli nie obudzi się jako warzywo. Zanotował
godzinę wybudzenia: dwudziesta pierwsza sześć, ponad sześć godzin po
operacji. Sam przespał większą część dnia i wrócił do szpitala około
siódmej wieczorem. Właściwie miał wolne, ale zostało mu trochę
papierkowej roboty.
I po prostu nie mógł nie zajrzeć na OIOM, do pacjentki, w której mózgu
grzebał nad ranem.
- Niech jeszcze trochę pośpi, pilnujcie jej EEG. Boję się, że może dojść
do obrzęków lub krwawienia w mózgu. Miała chyba ostry ból w ramieniu,
kiedy próbowała poruszyć ręką. Kiedy się obudzi, proszę jej podawać dwa
miligramy morfiny co godzinę.
Kiedy wychodził głównym wejściem szpitala Sahlgrenska, odczuwał dziwną
radość.
Krótko przed drugą nad ranem Lisbeth Salander obudziła się po raz drugi.
Powoli otworzyła oczy i zobaczyła snop światła na suficie. Po kilku
minutach odwróciła głowę i uświadomiła sobie, że na szyi ma kołnierz
ortopedyczny. Czuła tępy ból głowy i ostry ból ramienia, kiedy próbowała
przesunąć ciężar ciała. Zamknęła oczy.
"Szpital - pomyślała natychmiast. Co ja tu robię?"
Czuła się skrajnie wyczerpana. Najpierw z trudem zbierała myśli. Potem
pojawiło się kilka oderwanych obrazów.
Na kilka sekund ogarnęła ją panika. Zalały ją wspomnienia o tym, jak
wydostawała się z grobu. Potem zagryzła mocno zęby i skoncentrowała się
na oddychaniu.
Stwierdziła, że żyje. Tylko nie była jeszcze pewna, czy to dobrze, czy
źle.
Nie pamiętała dokładnie, co się wydarzyło, ale przypomniała sobie
rozmytą mozaikę obrazów z drewutni, jak w szale zamierzyła się siekierą
i trafiła ojca w twarz. Zalachenko. Nie wiedziała, czy umarł, czy żyje.
Nie mogła sobie przypomnieć, co się stało z Niedermannem. Miała
wspomnienie zaskoczenia, kiedy zaczął uciekać, śmiertelnie przerażony, a ona nie rozumiała dlaczego.
Nagle przypomniała sobie, że widziała Pieprzonego Kallego Blomkvista.
Nie była pewna, czy jej się to wszystko nie śniło, ale pamiętała kuchnię
- to musiała być kuchnia w Gosseberdze - i że wydawało jej się, że on do
niej podchodzi. Chyba miałam halucynacje.
Wydarzenia z Gossebergi zdawały się już bardzo odległe albo sprawiały
wrażenie niedorzecznego snu. Skoncentrowała się na chwili obecnej.
Była ranna. Nikt nie musiał jej o tym informować. Podniosła prawą rękę i pomacała się po głowie. Była grubo obandażowana. Potem nagle sobie
przypomniała. Niedermann. Zalachenko. Pieprzony dziad też miał pistolet.
Browning, kaliber 22. Który w porównaniu z innymi pistoletami sprawiał
wrażenie dość nieszkodliwego. To dlatego przeżyła.
Zostałam postrzelona w głowę. Mogłabym wsadzić palec do dziury po kuli
i dotknąć własnego mózgu.
Dziwiła się, że żyje. Zauważyła, że czuje się osobliwie zobojętniała,
właściwie wcale jej to nie obchodziło. Jeśli śmierć była taką czarną
pustką, z której właśnie się obudziła, to nie trzeba było się jej tak
bać. Nie zauważyłaby różnicy.
Pogrążona w takich rozmyślaniach, zamknęła oczy i znów zasnęła.
Drzemała tylko kilka minut, kiedy usłyszała jakieś odgłosy. Otworzyła
oczy i spojrzała przez wąskie szparki. Zobaczyła pielęgniarkę w białym
fartuchu, która pochylała się nad nią. Zamknęła oczy i udawała, że śpi.
- Wydaje mi się, że pani już nie śpi - powiedziała pielęgniarka.
- Mhm - powiedziała Lisbeth Salander.
- Mam na imię Marianne. Czy rozumie pani, co mówię?
Lisbeth spróbowała kiwnąć głową, ale przypomniała sobie, że jej głowa
jest unieruchomiona w kołnierzu.
- Nie, proszę nie próbować się ruszać. Nie musi pani się bać. Jest pani
po operacji.
- Mogę dostać wody?
Marianne podała jej wodę przez słomkę. Pijąc, zauważyła, że po jej lewej
stronie pojawiła się jeszcze jedna osoba.
- Dzień dobry, Lisbeth. Czy pani mnie słyszy?
- Mhm - odparła Lisbeth.
- Jestem doktor Helena Endrin. Czy wie pani, gdzie pani jest?
- Szpital.
- Jest pani w szpitalu Sahlgrenska w Göteborgu. Była pani operowana i teraz znajduje się na oddziale intensywnej opieki medycznej.
- Mhm.
- Nie musi się pani niczego obawiać.
- Zostałam postrzelona w głowę.
Doktor Endrin wahała się przez moment.
- To prawda. Czy pamięta pani, co się stało?
- Ten pieprzony dziad miał pistolet.
- Ech... tak, no właśnie.
- Kaliber 22.
- Ach tak? Tego nie wiedziałam.
- Jak poważne mam obrażenia?
- Rokowania są dobre. Było z panią źle, ale sądzimy, że ma pani duże
szanse, żeby całkowicie odzyskać zdrowie.
Lisbeth rozważała to, co usłyszała. Potem skupiła wzrok na doktor
Endrin. Zauważyła, że widzi ją trochę niewyraźnie.
- Co się stało z Zalachenką?
- Z kim?
- Pieprzonym dziadem. Żyje?
- Chodzi pani o Karla Axela Bodina?
- Nie, chodzi mi o Aleksandra Zalachenkę. To jego prawdziwe nazwisko.
- Nic o tym nie wiem. A ten starszy mężczyzna, którego przywieziono
razem z panią, miał ciężkie obrażenia, ale jego życiu nie zagraża
niebezpieczeństwo.
Serce Lisbeth na chwilę stanęło. Rozmyślała nad słowami lekarki.
- Gdzie on jest?
- W pokoju obok. Ale nie powinna się pani nim przejmować. Niech pani
myśli o tym, żeby wrócić do zdrowia.
Lisbeth zamknęła oczy. Zastanawiała się przez chwilę, czy da radę
podnieść się z łóżka, znaleźć jakąś nadającą się do użytku broń i dokończyć to, co zaczęła. Potem odsunęła te myśli. Nie mogła nawet
utrzymać otwartych oczu. Czyli, innymi słowy, jej plan zabicia
Zalachenki się nie powiódł. Znowu uda mu się umknąć.
- Muszę panią zbadać. A potem może pani jeszcze pospać - powiedziała
doktor Endrin.
Mikael Blomkvist obudził się nagle i bez przyczyny. Przez kilka sekund
nie mógł sobie przypomnieć, gdzie się znajduje, a po chwili uświadomił
sobie, że jest w City Hotel. W pokoju było ciemno. Zapalił lampkę przy
łóżku i spojrzał na zegarek. Wpół do trzeciej nad ranem. Spał piętnaście
godzin bez przerwy.
Wstał z łóżka i poszedł do ubikacji. Potem zastanawiał się chwilę.
Wiedział, że nie uda mu się znowu zasnąć, więc zdecydował, że weźmie
prysznic. Potem włożył dżinsy i bordową bluzę, której przydałby się
kontakt z pralką. Był potwornie głodny. Zadzwonił do recepcji, żeby
zapytać, czy o tej porze mógłby dostać kawę i kanapkę. Nie było z tym
problemu.
Włożył mokasyny, na plecy zarzucił kurtkę i poszedł do recepcji, gdzie
kupił kawę i zapakowaną w folię kanapkę z żytniego chleba z serem i pasztetem. Zabrał wszystko na górę, do pokoju. Jedząc, włączył iBooka i podłączył do gniazdka internetowego. Wszedł na stronę popołudniówki
"Aftonbladet". Zgodnie z przewidywaniami najważniejszą wiadomością było
ujęcie Lisbeth Salander. Doniesienia nadal były pełne niejasności, ale
przynajmniej szły we właściwym kierunku. Poszukiwano
trzydziestosiedmioletniego Ronalda Niedermanna, podejrzanego o zamordowanie policjanta. Policja chciała przesłuchać go także w związku
z morderstwami w Sztokholmie. Nie podała jeszcze żadnych informacji o tym, co się dzieje z Lisbeth Salander, nie wymieniono także nazwiska
Zalachenki. Pojawił się tylko jako sześćdziesięciosześcioletni
właściciel gospodarstwa Gosseberga. Widać było wyraźnie, że media nadal
sądzą, iż musiał być ofiarą.
Kiedy skończył czytać wiadomości, otworzył komórkę i stwierdził, że ma
dwadzieścia nieprzeczytanych SMS-ów. Trzy były prośbami o telefon do
Eriki Berger. Dwa od Anniki Giannini. Czternaście od dziennikarzy
różnych gazet. Jeden od Christera Malma, który napisał mu tylko:
"Najlepiej wsiądź w najbliższy pociąg do domu".
Mikael zmarszczył brwi. Jak na Christera była to wiadomość dość
niezwykła. SMS został wysłany poprzedniego wieczoru o siódmej. Zdławił
chęć, żeby zadzwonić i obudzić go o trzeciej nad ranem. Zajrzał tylko do
rozkładu jazdy na stronach kolei szwedzkich i stwierdził, że najbliższy
pociąg do Sztokholmu odjeżdża o piątej dwadzieścia.
Utworzył nowy dokument w Wordzie. Potem zapalił papierosa i siedział w bezruchu trzy minuty, wpatrując się w pusty monitor. Wreszcie podniósł
dłonie i zaczął pisać.
Nazywa się Lisbeth Salander, a Szwecja poznała ją
dzięki konferencjom prasowym policji i tytułom tabloidów. Ma 27 lat i 150 centymetrów wzrostu. Przedstawiano ją jako psychopatkę, morderczynię
i lesbijkę satanistkę. Zmyślone sensacje, które sprzedawano na jej
temat, nie miały żadnych granic. W niniejszym numerze "Millennium"
opiszemy, jak urzędnicy państwowi zawiązali spisek przeciwko Lisbeth
Salander, żeby chronić patologicznego, zwyrodniałego mordercę.
Pisał powoli, robiąc niewiele poprawek. Pracował w skupieniu przez
pięćdziesiąt minut i przez ten czas udało mu się napisać nieco ponad
dwie strony A4. Była to głównie relacja z owej nocy, kiedy znalazł Daga
Svenssona i Mię Bergman. Wyjaśniał też, dlaczego policja skupiła się na
Lisbeth Salander jako potencjalnej morderczyni. Cytował tytuły
popołudniówek o lesbijkach satanistkach i nadziejach, że morderstwa
wiązały się z ekscytującym seksem BDSM.
Wreszcie spojrzał na zegarek, po czym szybko zamknął iBooka. Spakował
torbę podróżną, zszedł do recepcji i wymeldował się. Zapłacił kartą
kredytową i pojechał taksówką na Dworzec Centralny.
Mikael Blomkvist od razu poszedł do wagonu restauracyjnego, gdzie
zamówił kawę i kanapkę. Potem znów otworzył iBooka i przeczytał tekst,
który napisał tego ranka. Był tak pochłonięty historią Zalachenki, że
nie zauważył inspektor Sonji Modig, póki ta nie chrząknęła
grzecznościowo, pytając, czy może się przysiąść. Podniósł na nią wzrok i zamknął komputer.
- Wraca pan do domu? - zapytała Modig.
Skinął w odpowiedzi.
- Pani też, jak rozumiem.
Teraz ona skinęła.
- Mój kolega zostanie jeszcze jeden dzień.
- Czy słyszała pani coś o stanie Lisbeth Salander? Od naszego rozstania
cały czas spałem.
- Wybudziła się dopiero wczoraj wieczorem. Ale lekarze sądzą, że wyjdzie
z tego i odzyska sprawność. Miała niesamowite szczęście.
Mikael pokiwał głową. Nagle uświadomił sobie, że się o nią nie martwił.
Wychodził z założenia, że przeżyje. Wszystko inne było nie do
pomyślenia.
- Czy stało się jeszcze coś godnego uwagi? - zapytał.
Sonja Modig patrzyła na niego z wahaniem. Zastanawiała się, ile może
zdradzić reporterowi, który i tak wie o całej historii więcej niż ona.
Właściwie sama usiadła przy jego stoliku, a ponadto już co najmniej stu
reporterów wiedziało, co się wydarzyło w siedzibie policji.
- Nie chcę być cytowana - uprzedziła.
- Pytam tylko z osobistych powodów.
Skinęła głową i powiedziała, że policja zorganizowała poszukiwania
Ronalda Niedermanna na wielką skalę w całym kraju, a zwłaszcza w okolicach Malmö.
- A Zalachenko? Czy przesłuchiwaliście go?
- Tak, przesłuchaliśmy go.
- I co?
- Nie mogę powiedzieć.
- Ależ proszę. I tak będę wiedział dokładnie, o czym mówiliście, za
mniej więcej godzinę, kiedy znajdę się w redakcji w Sztokholmie. I nie
napiszę ani słowa o tym, co mi pani teraz powie.
Zastanawiała się dłuższą chwilę. Wreszcie spojrzała mu w oczy.
- Złożył doniesienie przeciwko Lisbeth Salander, zarzuca jej usiłowanie
zabójstwa. Być może zostanie aresztowana za brutalne uszkodzenie ciała
lub próbę zabójstwa.
- I z dużym prawdopodobieństwem powoła się na prawo do obrony
koniecznej.
- Mam nadzieję - przyznała Sonja Modig.
Mikael rzucił jej szybkie spojrzenie.
- To nie brzmiało zbyt policyjnie - powiedział ostrożnie.
- Bodin... Zalachenko jest śliski jak piskorz, ma gotowe odpowiedzi na
wszystkie pytania. Jestem przekonana, że sprawy wyglądają mniej więcej
tak, jak nam pan wczoraj opowiadał. To znaczy, że Salander była ofiarą
nieustającego bezprawia, odkąd skończyła dwanaście lat.
Mikael skinął głową.
- Właśnie o tym będzie mój artykuł - powiedział.
- Ten artykuł nie wszędzie wzbudzi zachwyt.
Namyślała się jeszcze chwilę. Mikael czekał cierpliwie.
- Rozmawiałam z Bublanskim pół godziny temu. Nie mówił dużo, ale wygląda
na to, że postępowanie przygotowawcze przeciwko Salander w sprawie
morderstwa pańskich przyjaciół zostało umorzone. Teraz całą uwagę
skupiamy na Niedermannie.
- A to znaczy, że...
Pytanie zawisło między nimi. Sonja Modig wzruszyła ramionami.
- Kto zajmie się wyjaśnieniem sprawy Salander?
- Nie wiem. Za wydarzenia w Gosseberdze przede wszystkim odpowiada
Göteborg. Ale domyślam się, że ktoś ze sztokholmskiej policji otrzyma
polecenie zebrania całego materiału przed wniesieniem oskarżenia.
- Rozumiem. Jestem gotów się założyć, że śledztwo zostanie przeniesione
do Säpo.
Potrząsnęła głową.
Zbliżali się do Alings?s, kiedy Mikael nachylił się do niej.
- Sonju... wydaje mi się, że pani rozumie, co się kroi. Jeśli sprawa
Zalachenki nabierze rozgłosu, to będzie skandal o wielkim zasięgu.
Funkcjonariusze Säpo współdziałali z psychiatrami, żeby zamknąć Lisbeth
w domu wariatów. Jedyne, co mogą zrobić, to nieustępliwie twierdzić
dalej, że Lisbeth Salander jest psychicznie chora i przymusowe środki z 1991 roku były rzeczywiście uzasadnione.
Sonja Modig skinęła głową.
- Zrobię wszystko, żeby pokrzyżować im te plany. Chcę przez to
powiedzieć, że Lisbeth Salander jest tak samo normalna jak pani i ja.
Dziwna, to prawda, ale nie można kwestionować sprawności jej umysłu.
Znów kiwnęła głową. Mikael zrobił przerwę, pozwalając, żeby to, co
powiedział, dotarło jak najgłębiej.
- Potrzebowałbym kogoś, kto jest w środku, komu mógłbym zaufać -
powiedział.
Spojrzała mu prosto w oczy.
- Nie mam kompetencji, żeby ocenić, czy Lisbeth Salander jest chora
psychicznie - odparła.
- Ale ma pani dość kompetencji, żeby stwierdzić, czy została poddana
bezprawnym działaniom, czy nie.
- Co pan proponuje?
- Nie mówię, że ma pani kablować na kolegów, ale chciałbym, żeby mnie
pani zawiadomiła, jeśli zauważy pani, że Lisbeth znów grożą bezprawne
naciski.
Sonja Modig milczała.
- Nie chodzi o to, żeby pani przynosiła plotki o technicznych
szczegółach śledztwa albo coś w tym rodzaju. Musi pani sama ocenić
sytuację. Ale chciałbym na bieżąco wiedzieć, co się dzieje z oskarżeniami przeciwko Lisbeth Salander.
- To mi wygląda na świetny sposób, żeby zarobić kopa z pracy.
- Jest pani źródłem. Nigdy nie podam pani nazwiska ani w żaden sposób
nie wpakuję w tarapaty.
Wyjął notatnik i napisał adres mailowy.
- To jest anonimowy adres na Hotmailu. Jeśli będzie pani miała coś do
powiedzenia, proszę z niego skorzystać. Nie powinna pani używać swojego
oficjalnego konta. Najlepiej założyć tymczasowy adres na Hotmailu.
Wzięła karteczkę i włożyła do wewnętrznej kieszeni żakietu. Niczego nie
obiecała.
Inspektor Marcus Erlander obudził się o siódmej w sobotni ranek na
dzwonek telefonu. Z kuchni, gdzie żona zaczęła już poranną krzątaninę,
dochodziły głosy z telewizora i dolatywał zapach kawy. Wrócił do domu w Mölndal o pierwszej w nocy i spał nieco ponad pięć godzin. Przedtem był
na nogach niemal dwadzieścia dwie godziny bez przerwy. Dlatego kiedy
wyciągnął rękę po słuchawkę, nie mógł powiedzieć, że jest wyspany.
- M?rtensson, śledczy z nocnego dyżuru. Czy pan się wyspał?
- Nie - odparł Erlander. - Ledwie co zdążyłem zasnąć. Co się stało?
- Nowiny. Znaleziono Anitę Kaspersson.
- Gdzie?
- Niedaleko Seglory, na południe od Bor?s.
Erlander zwizualizował w głowie mapę.
- A więc jedzie na południe - powiedział. - Wybiera boczne drogi. Musiał
jechać drogą krajową 180 przez Bor?s i skręcić na południe. Czy
zawiadomiliśmy Malmö?
- Tak, Helsingborg, Landskronę i Trelleborg też. I Karlskronę. Myślałem
o promach płynących na wschód.
Erlander wstał i zaczął rozcierać sobie kark.
- W tej chwili ma prawie dobę przewagi. Mógł już opuścić kraj. Jak
znaleziono Kaspersson?
- Łomotała do drzwi willi przy wjeździe do Seglory.
- Co?
- Łomotała...
- Słyszałem. To znaczy, że ona żyje?
- Przepraszam. Jestem zmęczony i wyrażam się niezbyt jasno. Anita
Kaspersson pojawiła się w Seglorze o trzeciej dziesięć nad ranem. Kopała
do drzwi willi, obudziła śpiącą rodzinę z dziećmi i napędziła wszystkim
stracha. Była na bosaka, bardzo wyziębiona, miała ręce związane na
plecach. Teraz jest w szpitalu w Bor?s, gdzie czekał na nią mąż.
- A niech to. Chyba wszyscy zakładaliśmy, że ona już nie żyje.
- Czasami zdarzają się niespodzianki.
- Miłe niespodzianki.
- Więc teraz kolej na przykre wiadomości. Zastępczyni komendanta
Sp?ngberg jest tu od piątej rano. Ma pan jak najszybciej wstawać i jechać do Bor?s, żeby przesłuchać Kaspersson.
Była sobota rano, więc Mikael zakładał, że w redakcji "Millennium" nie
będzie nikogo. Zadzwonił do Christera Malma, kiedy X2000 przejeżdżał
przez wiadukt ?rstabron, żeby zapytać, o co chodziło w jego SMS-ie.
- Jadłeś śniadanie? - zapytał Christer Malm.
- W pociągu.
- Okej. To przyjdź do mnie do domu, zrobię coś porządnego.
- A o co chodzi?
- Opowiem ci, jak przyjdziesz.
Mikael dojechał metrem do Medborgarplatsen i dalej poszedł pieszo do
Allhelgonagatan. Otworzył przyjaciel Christera Arnold Magnusson. Mikael
nigdy nie mógł się przy nim pozbyć wrażenia, że patrzy na plakat
reklamowy. Arnold Magnusson pracował w teatrze Dramaten i był jednym z najbardziej znanych aktorów w Szwecji. Każde spotkanie z nim na żywo
było lekko krępujące. Celebryci nigdy nie robili na Mikaelu szczególnego
wrażenia, ale akurat Arnold Magnusson miał tak charakterystyczny wygląd
i tak bardzo kojarzył się z kilkoma swoimi rolami filmowymi i telewizyjnymi, zwłaszcza z rolą porywczego, acz prawego komisarza
Gunnara Friska w niezwykle popularnym serialu, że Mikael ciągle
spodziewał się, że przyjaciel Christera będzie się zachowywał jak Gunnar
Frisk.
- Cześć, Micke - powiedział Arnold.
- Cześć.
- W kuchni - rzucił Arnold, wpuszczając go do mieszkania.
Christer Malm podał ciepłe jeszcze gofry z dżemem ze złotych malin i świeżo zaparzoną kawę. Ślinka napłynęła Mikaelowi do ust. Nie zdążył
nawet usiąść, tylko od razu rzucił się na jedzenie. Christer Malm
zapytał, co się stało w Gosseberdze. Mikael streścił przebieg wydarzeń.
Jadł właśnie trzeciego gofra, kiedy przypomniał sobie, że ma zapytać, o co chodziło.
- Kiedy byłeś w Göteborgu, w "Millennium" pojawił się mały problem -
powiedział Christer.
Mikael uniósł brwi.
- Co takiego?
- Nic poważnego. Ale Erika Berger została redaktor naczelną w "Svenska
Morgon-Posten". Wczoraj był jej ostatni dzień w "Millennium".
Mikael zastygł z gofrem w połowie drogi do ust. Kilka sekund potrwało,
zanim waga tej informacji dotarła do niego w całej rozciągłości.
- Dlaczego nie powiedziała o tym wcześniej? - zapytał w końcu.
- Dlatego że najpierw chciała powiedzieć tobie, a ty ciągle gdzieś
biegałeś i przez ostatnie kilka tygodni byłeś nieosiągalny.
Przypuszczalnie uznała, że masz dość problemów ze sprawą Salander. A ponieważ tobie pierwszemu chciała powiedzieć, nie powiedziała nikomu z nas, i tak mijał dzień za dniem... Cóż. Nagle znalazła się w głupiej
sytuacji. Miała gigantyczne poczucie winy i cholernie źle się z tym
czuła. A my niczego nie zauważyliśmy.
Mikael przymknął oczy.
- Kurwa mać - powiedział.
- Wiem. A teraz wyszło tak, że to ty jesteś ostatnią osobą w redakcji,
która się o tym dowiaduje. Chciałem ci o tym powiedzieć, żebyś
zrozumiał, co się stało, i nie myślał, że ktoś tu knuje za twoimi
plecami.
- Wcale tak nie myślę. To rewelacyjnie, że dostała tę pracę, jeśli
rzeczywiście chce pracować w SMP... tylko co my, do cholery, zrobimy?
- Mianujemy Malin pełniącą obowiązki redaktora od następnego numeru.
- Malin?
- Jeśli ty nie chcesz być naczelnym...
- Nie, Boże uchowaj.
- Tak właśnie myślałem. A więc Malin zostanie naczelną.
- A kto będzie sekretarzem redakcji?
- Henry Cortez. Jest z nami już od czterech lat i dawno przestał być
nieopierzonym praktykantem.
Mikael rozważał te propozycje.
- Czy ja mam coś do powiedzenia? - zapytał.
- Nie - odparł Christer Malm.
Mikael zaśmiał się sucho.
- Okej. To niech będzie tak, jak zdecydowaliście. Malin jest dobra, ale
brakuje jej pewności siebie. Henry czasem trochę szybciej strzela, niż
myśli. Będziemy musieli mieć na nich oko.
- Tak, będziemy.
Mikael umilkł. Pomyślał, że bez Eriki zrobi się strasznie pusto i że nie
jest pewien, jak to będzie z gazetą w przyszłości.
- Muszę zadzwonić do Eriki i...
- Myślę, że nie musisz dzwonić.
- Jak to?
- Nocuje w redakcji. Idź ją obudzić albo coś w tym rodzaju.
Mikael znalazł Erikę śpiącą głębokim snem na rozkładanej sofie w jej
pokoju w redakcji. W nocy opróżniła regały i biurko z rzeczy osobistych
i papierów, które chciała zachować. Napełniła pięć dużych kartonów.
Mikael patrzył na nią dłuższą chwilę, stojąc w drzwiach. Potem podszedł,
usiadł na sofie i obudził ją.
- Dlaczego, na litość boską, nie poszłaś spać do mnie, jeśli już
musiałaś nocować w pracy? - powiedział.
- Cześć, Mikael.
- Christer mi powiedział.
Zaczęła coś mówić, ale on pochylił się i pocałował ją w policzek.
- Jesteś zły?
- Wściekle - odparł sucho.
- Tak mi przykro. Po prostu nie mogłam odrzucić takiej oferty. Ale czuję
się z tym źle, jakbym zostawiała was w "Millennium" po szyję w gównie, w poważnych tarapatach.
- Nie jestem chyba odpowiednią osobą, żeby cię krytykować za porzucanie
łajby. Dwa lata temu ja odszedłem i zostawiłem cię w gównie, w sytuacji
o wiele trudniejszej niż obecna.
- Tamto nie ma nic wspólnego z moją sytuacją. Ty zrobiłeś sobie przerwę.
Ja kończę na dobre, poza tym ukrywałam prawdę. Jest mi bardzo przykro.
Mikael milczał przez chwilę. Potem na jego twarzy pojawił się blady
uśmiech.
- Kiedy przychodzi pora, to przychodzi pora. A woman's gotta do what a woman's gotta do and all that crap.
Erika uśmiechnęła się. To samo mu powiedziała, kiedy przenosił się do
Hedeby. Wyciągnął rękę i po przyjacielsku zmierzwił jej włosy.
- To, że chcesz odejść z tego domu wariatów, to rozumiem, ale że chcesz
być szefem najnudniejszej w Szwecji gazety starych tetryków, jakoś
ciągle nie może pomieścić mi się w głowie.
- Pracuje tam całkiem sporo kobiet.
- Ech. Popatrz tylko na pierwszą stronę. Przecież to sami starcy. Musisz
chyba być nieuleczalną masochistką. Napijemy się kawy?
Erika usiadła.
- Muszę wiedzieć, co się działo w Göteborgu dzisiaj w nocy.
- Zacząłem już pisać tekst - powiedział Mikael. - Kiedy go opublikujemy,
wywołamy najprawdziwszą wojnę.
- Nie my. Wy.
- Wiem. Opublikujemy go, jak zacznie się proces. Ale zakładam, że nie
chcesz zabierać tego tematu ze sobą do SMP. Faktem jest, że chciałbym,
żebyś napisała coś o sprawie Zalachenki, zanim odejdziesz z "Millennium".
- Micke, ja...
- Twój ostatni wstępniak. Możesz go napisać, kiedy będziesz miała
ochotę. Przypuszczalnie nie zostanie opublikowany przed procesem,
kiedykolwiek by się rozpoczął.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł. O czym to miałoby być?
- O moralności - odpowiedział Mikael Blomkvist. - O tym, że jeden z naszych współpracowników został zamordowany, bo piętnaście lat temu
państwo nie wypełniło swoich obowiązków.
Nie musiał mówić nic więcej. Erika Berger wiedziała dokładnie, o jaki
artykuł mu chodzi. Zastanawiała się przez krótką chwilę. Rzeczywiście
była kapitanem tego statku, kiedy zamordowano Daga Svenssona. Nagle
poczuła się o wiele silniejsza.
- Okej - zgodziła się. - Ostatni wstępniak.
Rozdział 4
Sobota, 9 kwietnia - niedziela, 10 kwietnia
W sobotę o pierwszej po południu prokurator Martina Fransson z Södertälje zaczęła wyciągać wnioski. Leśny cmentarz w Nykvarn zapowiadał
się na niezły pasztet, a wydział kryminalny nagromadził już masę
nadgodzin, odkąd Paolo Roberto odbył walkę bokserską z Ronaldem
Niedermannem w pobliskim magazynie. Chodziło o morderstwa co najmniej
trzech osób, których zwłoki następnie zakopano w ziemi, brutalne
porwanie i ciężkie pobicie przyjaciółki Lisbeth Salander Miriam Wu, a także o podpalenie. Z Nykvarn powiązano wypadki ze Stallarholmen, które
rozegrały się wprawdzie na terenie podlegającym policji Södermanlandu,
ale główną rolę odgrywał w nich Carl-Magnus Lundin ze Svavelsjö MC.
Lundin nadal był w szpitalu w Södertälje ze stopą w gipsie i stalową
szyną w szczęce. Zresztą i tak wszystkie przestępstwa podlegały policji
regionalnej, co oznaczało, że to Sztokholm będzie miał w tej sprawie
ostatnie słowo.
W piątek podjęto decyzję o aresztowaniu. Z całą pewnością Lundin był
powiązany z Nykvarn. Stopniowo doszukano się informacji, że magazyny
stanowiły własność firmy Medimport, która z kolei należała do niejakiej
Anneli Karlsson, lat pięćdziesiąt dwa, zamieszkałej w Puerto Banus w Hiszpanii. Była kuzynką Maggego Lundina, dotychczas nienotowaną.
Wszystko wskazywało na to, że jest tylko figurantką.
Martina Fransson zamknęła teczkę z wynikami wstępnego dochodzenia. Nadal
było w fazie początkowej i teczka miała zostać uzupełniona o kilkaset
stron, zanim przyjdzie pora na proces sądowy. Ale Martina Fransson już
teraz musiała podjąć decyzje w kilku sprawach. Spojrzała na kolegów.
- Mamy dość dowodów, żeby oskarżyć Lundina o udział w porwaniu Miriam
Wu. Paolo Roberto zidentyfikował go jako kierowcę furgonetki. Aresztuję
go także za prawdopodobny współudział w podpaleniu. Zaczekamy jeszcze z zarzutem udziału w zamordowaniu trzech osób, których zwłoki zakopane
były na posesji. Przynajmniej dopóki nie zostaną zidentyfikowane.
Policjanci pokiwali głowami. Właśnie takich decyzji się spodziewali.
- A co zrobimy z Sonnym Nieminenem?
Martina Fransson wertowała chwilę akta Nieminena.
- Ten pan ma imponującą listę dokonań. Rabunek, nielegalne posiadanie
broni, pobicie, ciężkie pobicie, zabójstwo i przestępstwa narkotykowe.
Został aresztowany razem z Lundinem w Stallarholmen. Jestem absolutnie
przekonana, że on też jest w to zamieszany. Raczej nieprawdopodobne
jest, żeby nie był. Ale problem polega na tym, że nie możemy mu zarzucić
niczego konkretnego.
- Mówi, że nigdy nie był w magazynie w Nykvarn i że tylko wybrał się z Lundinem na przejażdżkę motocyklową - odezwał się inspektor, który
zajmował się sprawą Stallarholmen z ramienia Södertälje. - Twierdzi, że
nie ma pojęcia, co Lundin miał do załatwienia w Stallarholmen.
Martina Fransson rozważała, czy jest jakiś sposób, żeby podrzucić tę
sprawę prokuratorowi Richardowi Ekströmowi ze Sztokholmu.
- Nieminen nie chce mówić o tym, co się tam stało, ale zdecydowanie
zaprzecza, żeby miał w tym jakiś udział - mówił dalej inspektor.
- Nie, wszystko wskazuje raczej na to, że to on i Lundin byli ofiarami
przestępstwa w Stallarholmen - powiedziała Martina Fransson i z irytacją
zabębniła palcami na stole.
- Lisbeth Salander - dodała z wyraźnym powątpiewaniem. - A więc mówimy o dziewczynie, która wygląda, jakby ledwie co weszła w okres dojrzewania,
ma sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i raczej nie może mieć siły
potrzebnej do obezwładnienia Nieminena i Lundina.
- O ile nie była uzbrojona. Pistoletem można zrekompensować dużo
fizycznych braków.
- Ale to nie zgadzałoby się z rekonstrukcją.
- Nie. Użyła gazu łzawiącego i kopnęła Lundina w krocze i twarz z taką
siłą, że zmiażdżyła mu jedno jądro, a potem złamała szczękę. Do
postrzału w stopę musiało dojść po pobiciu. Ale trudno mi uwierzyć, żeby
była uzbrojona.
- W centralnym laboratorium techniki kryminalnej zidentyfikowano broń, z której strzelano do Lundina. To polski P-83 wanad z amunicją Makarowa.
Znaleziono go w Gosseberdze pod Göteborgiem, są na nim odciski palców
Salander. Możemy założyć, że zabrała go ze sobą do Gossebergi.
- Tak. Ale numer serii pokazuje, że pistolet został skradziony cztery
lata temu podczas włamania do sklepu z bronią w Örebro. Złodziei po
pewnym czasie schwytano, ale zdążyli pozbyć się broni. To był lokalny
talent z problemami narkotykowymi, miał kontakty ze Svavelsjö MC.
Wolałbym przypisać tę broń albo Lundinowi, albo Nieminenowi.
- A może po prostu było tak, że to Lundin miał ze sobą broń. Salander
rozbroiła go, wtedy padł strzał, który trafił go w stopę. Chodzi mi o to, że w każdym razie nie miała zamiaru go zabić, bo przecież on żyje.
- Albo postrzeliła go w stopę z sadyzmu. Skąd możemy wiedzieć. Ale jak
potraktowała Nieminena? On nie ma widocznych obrażeń.
- Ma. Na jego klatce piersiowej znaleźliśmy dwa oparzenia.
- I co?
- Stawiamy na paralizator.
- A więc to znaczy, że Salander była uzbrojona w paralizator, gaz
łzawiący i pistolet. Ile to wszystko razem waży... Nie, jestem raczej
pewna, że to Lundin albo Nieminen mieli broń, a ona im ją odebrała. Jak
dokładnie doszło do postrzelenia Lundina, nie będziemy mieć jasności,
dopóki ktoś nie zacznie mówić.
- Okej.
- Ale w tej chwili sytuacja wygląda tak, że Lundin jest aresztowany na
podstawie zarzutów, które wcześniej wymieniłam. Nie mamy za to niczego
na Nieminena. A więc zamierzam wypuścić go dzisiaj po południu.
Kiedy Sonny Nieminen opuszczał areszt w budynku policji w Södertälje,
był w fatalnym humorze. Do tego miał tak sucho w ustach, że jego
pierwszym przystankiem był sklepik tytoniowy. Kupił pepsi i wypił ją na
stojąco, prosto z butelki. Nabył także paczkę lucky strike'ów i puszkę
tytoniu Götebergs Rapé. Włączył komórkę, sprawdził baterię i wybrał
numer do Hansa-?kego Waltariego, lat trzydzieści trzy, który w Svavelsjö
MC pełnił funkcję sergeant at arms, czyli w wewnętrznej hierarchii był
numerem trzy. Waltari odebrał po czterech sygnałach.
- Nieminen. Wyszedłem.
- Gratuluję.
- Gdzie jesteś?
- W Nyköping.
- A co ty, kurwa, robisz w Nyköping?
- Kiedy złapali ciebie i Lundina, zdecydowaliśmy, żeby się trochę
wycofać, póki się nie dowiemy, na czym stoimy.
- No to już wiesz, na czym stoimy. Gdzie są wszyscy?
Hans-?ke Waltari wyjaśnił, gdzie jest pozostałych pięciu członków
Svavelsjö MC. Wyjaśnienia te nie uspokoiły ani nie zadowoliły Sonny'ego
Nieminena.
- A kto, do jasnej cholery, pilnuje interesu, kiedy wy chowacie się jak
baby?
- To niesprawiedliwe. Ty i Magge jedziecie sobie gdzieś na jakąś
śmierdzącą robotę, o której nikt z nas nie ma pojęcia, a potem nagle
jesteście zamieszani w strzelaninę z tą cholerną poszukiwaną przez
policję pindą. Magge jest postrzelony, ty w areszcie. Potem gliny
odkopują trupy w naszym magazynie w Nykvarn.
- I co?
- No i zaczęliśmy się zastanawiać, czy Magge i ty czegoś przed nami nie
ukrywacie.
- A co, do kurwy nędzy, miałoby to być? Przecież to my nakręcamy robotę
dla firmy.
- Ale nie słyszałem nigdy ani słowa o tym, że nasz magazyn jest leśnym
cmentarzem. Co to za truposze?
Sonny Nieminen miał już na końcu języka ostrą odpowiedź, ale się
powstrzymał. Hans-?ke Waltari był trochę tępawy, ale to nie była
odpowiednia chwila, żeby wdawać się w sprzeczki. Teraz trzeba było
szybko zebrać siły. Poza tym właśnie udało mu się przetrwać policyjne
przesłuchania dzięki ciągłemu zaprzeczaniu. Nie byłoby teraz mądrze
dwieście metrów od siedziby policji wykrzykiwać do komórki, że jednak
coś o tych sprawach wie.
- Olej truposzy - powiedział. - Nie mam o tym pojęcia. Ale Magge siedzi
w gównie. Potrzymają go trochę dłużej, a w tym czasie to ja będę
rządził.
- Okej. To co teraz zrobimy? - zapytał Waltari.
- Kto pilnuje majątku, kiedy wy wszyscy zeszliście pod ziemię?
- Benny Karlsson został i trzyma wartę w klubie. Policja zrobiła rewizję
tego dnia, kiedy was aresztowali. Niczego nie znaleźli.
- Benny K! - wykrzyknął Nieminen. - Kurwa, Benny K to dzieciak, ma
jeszcze mleko pod nosem.
- Spokojnie. Towarzyszy mu ten wielki blondyn, z którym Magge i ty się
spotykaliście.
Sonny Nieminen poczuł lodowaty dreszcz. Rozejrzał się pośpiesznie na
boki i odszedł kilka metrów od drzwi sklepiku.
- Co mówiłeś? - zapytał ściszonym głosem.
- Ten blond osiłek, co się kumplował z tobą i Lundinem. Zjawił się u nas
i chciał, żeby mu pomóc się ukrywać.
- Do kurwy nędzy, Waltari, on jest poszukiwany w całej Szwecji za
zamordowanie policjanta.
- No... właśnie dlatego chciał się ukryć. Co mieliśmy zrobić? Przecież to
wasz kumpel.
Sonny Nieminen na dziesięć sekund zamknął oczy. Ronald Niedermann przez
kilka lat zapewniał Svavelsjö MC zlecenia i dobre zarobki. Ale w żadnym
razie nie był kumplem. Był groźnym bydlakiem, psychopatą, i to
psychopatą poszukiwanym przez policję. Sonny Nieminen ani przez sekundę
nie ufał Ronaldowi Niedermannowi. Najlepiej by było, gdyby odnalazł się
z kulką w głowie. Wtedy policja trochę by przystopowała.
- To co z nim zrobiliście?
- Benny K się nim zajął. Zabrał go do Viktora.
Viktor Göransson był skarbnikiem i ekspertem finansowym klubu. Mieszkał
na przedmieściach Järny. Göransson miał maturę z ekonomii i karierę
zaczynał jako doradca finansowy jugosłowiańskiego właściciela sieci
knajp, póki mafia nie trafiła za kratki za przekręty ekonomiczne na dużą
skalę. Poznał Maggego Lundina w więzieniu w Kumli, na początku lat
dziewięćdziesiątych. Był jedynym członkiem Svavelsjö MC, który chodził w garniturze i krawacie.
- Waltari, wsiądź do samochodu i przyjedź po mnie do Södertälje. Odbierz
mnie sprzed stacji kolejki podmiejskiej za czterdzieści pięć minut.
- Dobra. A dlaczego tak ci się śpieszy?
- Bo musimy zorientować się w sytuacji tak szybko, jak się tylko da.
Jechali do Svavelsjö. Sonny Nieminen milczał. Hans-?ke Waltari
przyglądał mu się ukradkiem. W odróżnieniu od Maggego Lundina Nieminen
nigdy nie był łatwy w kontaktach. Był piękny jak młody bóg i wyglądał na
mięczaka, ale miał porywczy i groźny charakter, zwłaszcza po pijanemu. W tej chwili był trzeźwy, ale Waltari odczuwał niepokój na myśl o przyszłości pod rządami Nieminena. Magge zawsze umiał w jakiś sposób
sprawić, żeby Nieminen się podporządkował. Waltari zastanawiał się, jak
sprawy się potoczą z Nieminenem pełniącym obowiązki prezesa klubu.
Pojechali do domu Nieminena, oddalonego od siedziby klubu nieco ponad
kilometr. Policja przeprowadziła rewizję, ale nie znalazła niczego, co
miałoby jakieś znaczenie dla śledztwa w sprawie Nykvarn. Niczego, co
potwierdzałoby zarzuty kryminalne, dlatego Nieminen został zwolniony.
Nieminen wziął prysznic i przebrał się, podczas gdy Waltari czekał
cierpliwie w kuchni. Potem poszli ponad sto pięćdziesiąt metrów w las za
domem i odgarnęli warstwę ziemi przykrywającą płytko zakopaną skrzynię.
Zawierała sześć sztuk broni ręcznej, w tym karabin AK5, znaczną ilość
amunicji i ponad dwa kilo materiałów wybuchowych. Mały arsenał
Nieminena. W skrzyni były też dwa polskie wanady P-83 pochodzące z tej
samej partii co broń, którą Lisbeth Salander odebrała Nieminenowi w Stallarholmen.
Nieminen odsunął od siebie myśl o Lisbeth Salander. To był nieprzyjemny
temat. W celi aresztu w Södertälje raz po raz przeżywał w myślach tamtą
scenę: razem z Maggem Lundinem przyjechali do domku letniskowego Nilsa
Bjurmana i w ogrodzie natknęli się na Salander.
Wypadki potoczyły się w sposób niemożliwy do przewidzenia. Pojechali
razem z Lundinem, żeby spalić ten cholerny domek adwokata Bjurmana.
Zrobili to na polecenie blond bestii. I wpadli na pieprzoną Salander -
samą, mającą sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i chudą jak patyk.
Nieminen zastanawiał się, ile właściwie może ważyć. Potem wszystko
poszło źle i skończyło się eksplozją przemocy, na którą żaden z nich nie
był przygotowany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki