Millennium (tom 3). Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Pią­tek, 8 kwiet­nia

Dok­tor Anders Jonas­son został zbu­dzony przez sio­strę Hannę Nican­der. Było tuż przed wpół do dru­giej w nocy.

- Co się dzieje? - zapy­tał oszo­ło­miony.

- Ląduje heli­kop­ter. Dwoje pacjen­tów. Star­szy męż­czy­zna i młoda kobieta. Ona z raną postrza­łową.

- Aha - powie­dział Anders Jonas­son zmę­czo­nym gło­sem.

Nagle oprzy­tom­niał, choć drze­mał tylko jakieś pół godziny. Miał nocny dyżur w izbie przy­jęć w szpi­talu Sahl­gren­ska w Göteborgu. To był potwor­nie wyczer­pu­jący wie­czór. Odkąd o osiem­na­stej zaczął dyżur, do szpi­tala przy­jęto cztery osoby z czo­ło­wego zde­rze­nia samo­cho­dów pod Lin­dome. Jedna była w sta­nie kry­tycz­nym, a jedna została uznana za zmarłą zaraz po przy­by­ciu. Zaj­mo­wał się także kel­nerką, która oblała sobie nogi wrząt­kiem w kuchni restau­ra­cji na Ave­nyn, oraz ura­to­wał życie czte­ro­let­niemu chłopcu, przy­wie­zio­nemu do szpi­tala z bez­de­chem po tym, jak połknął kółko od samo­cho­dziku. Opa­trzył też rany nasto­latki, która wje­chała rowe­rem do wykopu. Wydział dro­gowy uznał za słuszne wyko­pać dół aku­rat przy zjeź­dzie ze ścieżki rowe­ro­wej, a potem ktoś do tego wykopu wrzu­cił koziołki ostrze­gaw­cze. Dziew­czyna miała czter­na­ście szwów na twa­rzy. Poza tym będzie potrze­bo­wała nowych sie­ka­czy. Jonas­son przy­szył także kawa­łek kciuka, który pewien zapa­lony maj­ster­ko­wicz odciął sobie heblem.

Około jede­na­stej liczba nagłych przy­pad­ków się zmniej­szyła. Zro­bił obchód i spraw­dził stan przy­ję­tych pacjen­tów, a potem wyco­fał się do pokoju wypo­czyn­ko­wego, żeby się chwilę odprę­żyć. Jego dyżur koń­czył się o szó­stej rano. Rzadko sypiał, nawet jeśli nie było żad­nych nagłych przy­pad­ków, ale aku­rat tej nocy nie­mal natych­miast zapadł w drzemkę.

Sio­stra Hanna Nican­der podała mu kubek her­baty. Jesz­cze nie wie­działa nic wię­cej o nowych pacjen­tach.

Anders Jonas­son wyj­rzał przez okno i zoba­czył, że od strony morza mocno się bły­ska. Heli­kop­ter zdą­żył naprawdę w ostat­niej chwili. Wła­śnie zaczy­nał padać ulewny deszcz. Nad Göteborg nad­cią­gała burza.

Sto­jąc przy oknie, usły­szał odgłos sil­ni­ków i zoba­czył, jak heli­kop­ter, koły­sany podmu­chami wia­tru, zniża się nad lądo­wi­skiem. Wstrzy­mał na chwilę oddech. Pilot z tru­dem utrzy­my­wał kon­trolę nad maszyną. Potem heli­kop­ter znik­nął mu z pola widze­nia i Jonas­son usły­szał, jak sil­nik zwal­nia obroty. Upił łyk her­baty i odsta­wił kubek.

Anders Jonas­son cze­kał na nosze przy wej­ściu na oddział ratun­kowy. Dyżu­ru­jąca wraz z nim Kata­rina Holm zajęła się pacjen­tem, który wje­chał pierw­szy - star­szym męż­czy­zną z poważ­nymi obra­że­niami twa­rzy. Dok­to­rowi Jonas­sonowi przy­pa­dła więc w udziale druga osoba, kobieta z raną postrza­łową. Obej­rzał ją szybko i stwier­dził, że wygląda jak nasto­latka, bar­dzo brudna, zakrwa­wiona i poważ­nie ranna. Uniósł koc, któ­rym ratow­nicy otu­lili jej ciało, i zauwa­żył, że ktoś zakleił rany postrza­łowe na bio­drze i ramie­niu sre­brzy­stą taśmą izo­la­cyjną, co wydało mu się nie­sły­cha­nie mądrym posu­nię­ciem. Taśma nie dopusz­czała bak­te­rii i hamo­wała upływ krwi. Jedna z kul tra­fiła ją z boku, w bio­dro i prze­szła na wylot przez tkankę mię­śniową. Potem uniósł jej ramię i zlo­ka­li­zo­wał dziurę po kuli na ple­cach. Nie było otworu wylo­to­wego, co ozna­czało, że pocisk na­dal znaj­do­wał się w oko­licy ramie­nia. Miał nadzieję, że nie prze­bił płuca, a że w kąciku ust dziew­czyny nie stwier­dził krwi, pomy­ślał, że naj­wi­docz­niej płuco jest całe.

- Rent­gen! - zawo­łał do asy­stu­ją­cej pie­lę­gniarki. Wię­cej nie musiał mówić.

Wresz­cie roz­ciął opa­tru­nek, któ­rym ratow­nicy owi­nęli głowę dziew­czyny. Prze­szedł go lodo­waty dreszcz, kiedy pod pal­cami wyczuł dziurę po kuli i zro­zu­miał, że musiała zostać postrze­lona w głowę. Tutaj też nie było otworu wylo­to­wego.

Anders Jonas­son zatrzy­mał się na kilka sekund i przyj­rzał się dziew­czy­nie. Nagle poczuł przy­gnę­bie­nie. Czę­sto mówił, że jest jak bram­karz. Codzien­nie przy­cho­dzili do niego ludzie w róż­nym sta­nie z jed­nym tylko pra­gnie­niem - otrzy­mać pomoc. Sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nie sta­ruszki, które mdlały w Nord­stans Gal­le­ria, bo serce odmó­wiło im posłu­szeń­stwa, czter­na­sto­letni chłopcy ze śru­bo­krę­tem wbi­tym w lewe płuco i szes­na­sto­let­nie dziew­czyny, które naja­dły się table­tek ecstasy, potem tań­czyły osiem­na­ście godzin, a na koniec padały, sine na twa­rzy. Ofiary pobić oraz wypad­ków w miej­scu pracy. Małe dzieci pogry­zione przez psy bojowe na Vasa­plat­sen i pano­wie złote rączki, któ­rzy chcieli tylko przy­ciąć kilka desek swo­imi piłami Black & Dec­ker, a koń­czyli z nad­garst­kiem roz­ha­ra­ta­nym aż do szpiku kości.

Anders Jonas­son był bram­ka­rzem sto­ją­cym mię­dzy pacjen­tami a przed­się­bior­stwem pogrze­bo­wym. Był osobą, która decy­do­wała, co robić. Jeśli pod­jął nie­wła­ściwą decy­zję, pacjent mógł umrzeć lub obu­dzić się kaleką na całe życie. Prze­waż­nie jego decy­zje były słuszne, co wyni­kało głów­nie z tego, że więk­szość poszko­do­wa­nych miała oczy­wi­sty, ści­śle okre­ślony pro­blem. Rana kłuta płuca lub zła­ma­nie po wypadku samo­cho­do­wym były łatwe do ogar­nię­cia i zro­zu­miałe. Życie pacjenta zale­żało od rodzaju obra­żeń i zręcz­no­ści leka­rza.

Ale dwóch rodza­jów obra­żeń Anders Jonas­son nie­na­wi­dził. Jed­nym z nich były cięż­kie opa­rze­nia, które wła­ści­wie nie­za­leż­nie od zasto­so­wa­nych środ­ków zwy­kle koń­czyły się cier­pie­niem na całe życie. Dru­gim były urazy głowy.

Dziew­czyna leżąca przed nim na noszach mogła żyć z kulą w bio­drze i z kulą w ramie­niu. Ale kula znaj­du­jąca się gdzieś w jej mózgu sta­no­wiła pro­blem zupeł­nie innej kate­go­rii. Nagle usły­szał, że sio­stra Hanna coś mówi.

- Słu­cham?

- To ona.

- Kto taki?

- Lis­beth Salan­der. Dziew­czyna, którą ści­gają od kilku tygo­dni za potrójne mor­der­stwo w Sztok­hol­mie.

Anders Jonas­son spoj­rzał na twarz pacjentki. Sio­stra miała rację. To jej zdję­cie pasz­por­towe wraz ze wszyst­kimi miesz­kań­cami Szwe­cji od Wiel­ka­nocy oglą­dał na afi­szach rekla­mo­wych przy każ­dym kio­sku. Teraz mor­der­czyni sama została postrze­lona, co było chyba czymś w rodzaju roman­tycz­nie poj­mo­wa­nej spra­wie­dli­wo­ści.

Ale to go nie inte­re­so­wało. Jego zada­niem było ura­to­wa­nie życia pacjen­towi, obo­jęt­nie, czy był potrój­nym mor­dercą, czy lau­re­atem Nobla. Czy nawet jed­nym i dru­gim.

Potem roz­pę­tał się kon­tro­lo­wany chaos, jaki zwy­kle panuje na pogo­to­wiu. Per­so­nel ze zmiany Jonas­sona ruty­nowo zabrał się do dzieła. Ubra­nia, które Lis­beth Salan­der jesz­cze miała na sobie, zostały poroz­ci­nane. Pie­lę­gniarka zmie­rzyła ciśnie­nie krwi - sto na sie­dem­dzie­siąt - pod­czas gdy lekarz przy­kła­dał ste­to­skop do piersi dziew­czyny i wsłu­chi­wał się w ude­rze­nia serca, które były dosyć mia­rowe, i oddech, który już tak mia­rowy nie był.

Dok­tor Jonas­son bez namy­słu uznał stan Lis­beth Salan­der za kry­tyczny. Rany w ramie­niu i bio­drze mogły na razie pocze­kać, opa­trzone kom­pre­sami lub nawet kawał­kami taśmy, któ­rymi ktoś pomy­słowy je zakleił. Ważna była głowa. Dok­tor Jonas­son zle­cił tomo­gra­fię kom­pu­te­rową. Tomo­graf szpi­tal nabył za pie­nią­dze podat­ni­ków.

Anders Jonas­son miał blond włosy i nie­bie­skie oczy. Pocho­dził z Ume?. Od dwu­dzie­stu lat pra­co­wał w szpi­ta­lach Sahl­gren­ska i Östra Sju­khu­set, kolejno jako pra­cow­nik naukowy, pato­log i lekarz pogo­to­wia. Odzna­czał się czymś, co zadzi­wiało jego kole­gów i spra­wiało, że per­so­nel był dumny, że może z nim pra­co­wać: dok­tor miał cel, żeby żaden pacjent nie umarł na jego dyżu­rze, i w jakiś nie­po­jęty spo­sób uda­wało mu się utrzy­mać wynik zerowy. Kil­koro jego pacjen­tów wpraw­dzie zmarło, ale nastą­piło to pod­czas dal­szej kura­cji lub z przy­czyn zupeł­nie nie­za­leż­nych od jego dzia­łań.

Ponadto Jonas­son miał nie­zbyt orto­dok­syjne poglądy na rze­mio­sło lekar­skie. Uwa­żał, że leka­rze mają cza­sem skłon­ność do wycią­ga­nia wnio­sków bez pokry­cia i dla­tego o wiele za szybko się pod­dają albo za dużo czasu poświę­cają na zba­da­nie, co pacjen­towi dolega, żeby póź­niej zasto­so­wać odpo­wied­nie lecze­nie. Oczy­wi­ście wszystko zga­dza się z tym, czego uczą pod­ręcz­niki, ale pro­ble­mem jest to, że pacjent może umrzeć, a leka­rze na­dal dys­ku­tują. W naj­gor­szym razie lekarz może dojść do wnio­sku, że ma do czy­nie­nia z przy­pad­kiem bez­na­dziej­nym, i prze­rwać lecze­nie.

Jed­nak Anders Jonas­son ni­gdy przed­tem nie miał pacjenta z kulą w gło­wie. Przy­pusz­czal­nie potrzebny był neu­ro­chi­rurg. Czuł, że nie da rady temu podo­łać, lecz nagle uświa­do­mił sobie, że ma wię­cej szczę­ścia, niż na to zasłu­guje. Zanim się prze­brał i przy­stą­pił do szo­ro­wa­nia dłoni, zawo­łał do Hanny Nican­der:

- W Karo­lin­ska w Sztok­hol­mie pra­cuje ame­ry­kań­ski pro­fe­sor, nazywa się Frank Ellis, a teraz prze­bywa w Göteborgu. Jest zna­nym spe­cja­li­stą od mózgu, do tego moim dobrym kolegą. Mieszka w hotelu Radis­son na Ave­nyn. Czy może pani zdo­być numer jego tele­fonu?

Anders Jonas­son cze­kał jesz­cze na zdję­cia rent­ge­now­skie, gdy Hanna Nican­der wró­ciła z tele­fo­nem do Radis­sona. Lekarz rzu­cił okiem na zega­rek - pierw­sza czter­dzie­ści dwie - i pod­niósł słu­chawkę. Nocny por­tier wyjąt­kowo nie­chęt­nie łączył roz­mowy o tej porze, więc zanim dok­tor Jonas­son został połą­czony, musiał powie­dzieć kilka ostrych słów o sytu­acji przy­mu­so­wej.

- Dzień dobry, Frank - powie­dział. - Mówi Anders. Sły­sza­łem, że jesteś w Göteborgu. Czy masz ochotę wpaść do Sahl­gren­ska i poasy­sto­wać mi przy ope­ra­cji neu­ro­chi­rur­gicz­nej?

- Are you bul­l­shit­ting me? - ode­zwał się Frank Ellis scep­tycz­nym tonem. Wpraw­dzie miesz­kał w Szwe­cji od wielu lat i bez pro­blemu poro­zu­mie­wał się po szwedzku - choć na­dal miał ame­ry­kań­ski akcent - ale jego pod­sta­wo­wym języ­kiem pozo­stał angiel­ski. Anders Jonas­son mówił po szwedzku, a on odpo­wia­dał po angiel­sku.

- Frank, przy­kro mi, że prze­ga­pi­łem twój wykład, ale pomy­śla­łem, że mógł­byś mi udzie­lić pry­wat­nych lek­cji. Mam tu młodą kobietę, która została postrze­lona w głowę. Kula weszła tuż nad lewym uchem. Nie dzwo­nił­bym do cie­bie, gdy­bym nie potrze­bo­wał second opi­nion. I nie przy­cho­dzi mi do głowy nikt bar­dziej odpo­wiedni niż ty.

- Mówisz poważ­nie?

- To dziew­czyna w wieku około dwu­dzie­stu pię­ciu lat.

- I została postrze­lona w głowę?

- Jest wlot kuli, nie ma wylotu.

- Ale ona żyje?

- Słaby, lecz mia­rowy puls, mniej regu­larny oddech, ciśnie­nie sto na sie­dem­dzie­siąt. Poza tym ma kulę w ramie­niu i postrzał w bio­dro. Tymi dwiema spra­wami potra­fię się zająć.

- To dobrze rokuje - stwier­dził pro­fe­sor Ellis.

- Dobrze rokuje?

- Kiedy czło­wiek ma kulę w gło­wie i na­dal żyje, jest duża nadzieja.

- Czy mógł­byś mi asy­sto­wać?

- Muszę się przy­znać, że wie­czór spę­dzi­łem w towa­rzy­stwie przy­ja­ciół. Poło­ży­łem się o pierw­szej i przy­pusz­czal­nie mam jesz­cze we krwi impo­nu­jąco dużo pro­mili...

- Ja będę podej­mo­wał decy­zje i wyko­ny­wał cię­cia. Ale potrze­buję kogoś, kto będzie mi asy­sto­wał i mówił, czy nie robię cze­goś nie­mą­drego. I, szcze­rze powie­dziaw­szy, pijany w sztok pro­fe­sor Ellis jest przy­pusz­czal­nie o kilka klas lep­szy niż ja, jeśli cho­dzi o ocenę uszko­dzeń mózgu.

- Okej. Przy­jadę. Ale jesteś mi winien przy­sługę.

- Tak­sówka czeka przed hote­lem.

Pro­fe­sor Frank Ellis prze­su­nął oku­lary na czoło i podra­pał się w kark. Spoj­rze­nie utkwił w moni­to­rze kom­pu­tera, który poka­zy­wał każdy zaka­ma­rek i zaką­tek mózgu Lis­beth Salan­der. Ellis miał pięć­dzie­siąt trzy lata, kru­czo­czarne włosy z pasem­kami siwi­zny, ciemny zarost i wyglą­dał jak dru­go­pla­nowa postać z Ostrego dyżuru. Jego wygląd świad­czył o tym, że regu­lar­nie spę­dza sporo czasu na siłowni.

Dobrze się czuł w Szwe­cji. Przy­je­chał tu na wymianę jako młody nauko­wiec pod koniec lat sie­dem­dzie­sią­tych i został dwa lata. Potem wra­cał przy róż­nych oka­zjach, aż otrzy­mał pro­fe­surę w Karo­lin­ska Insti­tu­tet. Był już wtedy spe­cja­li­stą o mię­dzy­na­ro­do­wej sła­wie.

Anders Jonas­son znał Franka Ellisa od czter­na­stu lat. Naj­pierw spo­tkali się na jakimś semi­na­rium w Sztok­hol­mie i odkryli, że obaj pasjo­nują się węd­kar­stwem mucho­wym. Anders zabrał kolegę na ryby do Nor­we­gii. Przez lata utrzy­my­wali kon­takt, odbyli jesz­cze kilka wypraw węd­kar­skich. Ale ni­gdy razem nie pra­co­wali.

- Ludzki mózg to tajem­ni­cza sprawa - powie­dział pro­fe­sor Ellis. - Od dwu­dzie­stu lat się nim zaj­muję. A nawet dłu­żej.

- Wiem. Prze­pra­szam, że tak cię wyrwa­łem...

- Ech - Frank Ellis mach­nął lek­ce­wa­żąco dło­nią. - To cię będzie kosz­to­wało butelkę crag­gan­more, kiedy znów się wybie­rzemy na ryby.

- Okej, to nie­drogo.

- Kilka lat temu, kiedy pra­co­wa­łem w Bosto­nie, mia­łem podobny przy­pa­dek. Napi­sa­łem o nim w "New England Jour­nal of Medi­cine". To była dziew­czyna w tym samym wieku co twoja pacjentka. Wła­śnie szła na uni­wer­sy­tet, kiedy ktoś strze­lił jej w głowę z kuszy. Strzała wbiła się w zewnętrzny koniec lewego łuku brwio­wego, prze­szyła głowę i wyszła pra­wie na środku karku.

- I prze­żyła? - zapy­tał Jonas­son z nie­do­wie­rza­niem.

- Strasz­nie to wyglą­dało, kiedy przy­wie­ziono ją na pogo­to­wie. Ucię­li­śmy strzałę i wło­ży­li­śmy jej głowę do tomo­grafu. Strzała prze­szła na wylot przez mózg. Wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa powinna nie żyć albo w naj­lep­szym przy­padku mieć tak poważne obra­że­nia, żeby zapaść w śpiączkę.

- A tym­cza­sem?

- Przez cały czas zacho­wy­wała świa­do­mość. Ale to jesz­cze nic. Oczy­wi­ście była prze­ra­żona, ale rów­no­cze­śnie miała cał­ko­wi­cie jasny umysł. Jedyny pro­blem sta­no­wiło to, że przez jej głowę prze­cho­dziła strzała.

- I co zro­bi­łeś?

- No cóż, wzią­łem szczypce, wycią­gną­łem strzałę i zakle­iłem ranę pla­strem. Mniej wię­cej tak.

- Prze­żyła?

- Jej stan był oczy­wi­ście kry­tyczny przez dłuż­szy czas, choć, szcze­rze mówiąc, mogli­by­śmy wysłać ją do domu jesz­cze tego samego dnia. Ni­gdy nie mia­łem zdrow­szego pacjenta.

Anders Jonas­son zasta­na­wiał się, czy pro­fe­sor Ellis sobie z niego nie żar­tuje.

- Z kolei - mówił dalej Ellis - kilka lat temu mia­łem w Sztok­hol­mie czter­dzie­sto­dwu­let­niego pacjenta, który ude­rzył głową w ramę okna i doznał lek­kiego stłu­cze­nia. Miał mdło­ści i jego samo­po­czu­cie pogar­szało się tak szybko, że karetka zabrała go do szpi­tala. Kiedy go zoba­czy­łem, był nie­przy­tomny. Miał guza i bar­dzo nie­wiel­kie krwa­wie­nie. Ale ni­gdy nie odzy­skał przy­tom­no­ści i po dzie­wię­ciu dniach zmarł na inten­syw­nej tera­pii. Do dzi­siaj nie wiem dla­czego. W pro­to­kole z obduk­cji poda­li­śmy wylew jako następ­stwo nie­szczę­śli­wego wypadku, lecz nikt z nas nie był zado­wo­lony z tej dia­gnozy. Krwa­wie­nie było nie­sły­cha­nie małe i zlo­ka­li­zo­wane tak, że nie powinno mieć żad­nych następstw. A mimo to wątroba, nerki, płuca i serce po kolei odma­wiały posłu­szeń­stwa. Im jestem star­szy, tym wyraź­niej widzę, że to coś w rodzaju ruletki. Oso­bi­ście nie jestem prze­ko­nany, czy kie­dy­kol­wiek uda się nam zba­dać, jak dokład­nie działa mózg. Co zamie­rzasz zro­bić?

Postu­kał pisa­kiem w moni­tor.

- Mia­łem nadzieję, że ty mi to powiesz.

- Naj­pierw powiedz, jak ty to oce­niasz.

- Hm... po pierw­sze, wygląda na to, że to pocisk nie­wiel­kiego kali­bru. Kula weszła przy skroni i dostała się mniej wię­cej cztery cen­ty­me­try w głąb mózgu. Dotyka komory bocz­nej, tam też wystą­piło krwa­wie­nie.

- I co należy zro­bić?

- Uży­wa­jąc two­jej ter­mi­no­lo­gii: wziąć szczypce i wycią­gnąć kulę tą samą drogą, którą weszła.

- Zna­ko­mita pro­po­zy­cja. Ale ja użył­bym naj­cień­szej pęsety, jaką masz.

- Tak po pro­stu?

- Co innego możemy w tym przy­padku zro­bić? Możemy zosta­wić kulę tam, gdzie jest, i może dziew­czyna dożyje stu lat, ale to też ozna­cza duże ryzyko. Może naba­wić się epi­lep­sji, migreny czy podob­nego drań­stwa. A nie chcemy chyba otwie­rać czaszki za rok, kiedy rana już się zagoi. Kula znaj­duje się w pew­nej odle­gło­ści od waż­nych żył. Radził­bym ją usu­nąć, ale...

- Ale co?

- Tak naprawdę to nie kula mnie mar­twi. To wła­śnie jest w uszko­dze­niach mózgu naj­bar­dziej fascy­nu­jące: jeśli prze­żyła postrze­le­nie kulą w głowę, prze­żyje także jej wyję­cie. Pro­blem sta­nowi raczej to. - Wska­zał moni­tor. - Wokół otworu wlo­to­wego jest mnó­stwo odłam­ków kości. Widzę co naj­mniej tuzin kawał­ków o dłu­go­ści kilku mili­me­trów. Nie­które wbiły się w tkankę mózgową. To one mogą ją zabić, jeśli nie zacho­wasz ostroż­no­ści.

- Ta część mózgu odpo­wiada za licze­nie i zdol­no­ści mate­ma­tyczne.

Ellis wzru­szył ramio­nami.

- Naukowe bla, bla. Nie mam poję­cia, do czego służą aku­rat te szare komórki. Możesz tylko pró­bo­wać zro­bić wszystko jak naj­le­piej. To ty ope­ru­jesz. Ja będę ci zaglą­dał przez ramię. Mogę poży­czyć far­tuch i gdzieś się wyszo­ro­wać?

Mikael Blom­kvist zer­k­nął na zega­rek i stwier­dził, że jest krótko po trze­ciej nad ranem. Miał na rękach kaj­danki. Na sekundę zamknął oczy. Był śmier­tel­nie zmę­czony, ale napę­dzała go adre­na­lina. Otwo­rzył oczy i ze zło­ścią spoj­rzał na komi­sa­rza Tho­masa Pauls­sona, który z wyra­zem zasko­cze­nia na twa­rzy odwza­jem­nił spoj­rze­nie. Sie­dzieli przy stole kuchen­nym w bia­łym wiej­skim domu nie­da­leko Nos­se­bro, zwa­nym Gos­se­berga, o któ­rym Mikael usły­szał po raz pierw­szy nie­całe dwa­na­ście godzin wcze­śniej.

Kata­strofa stała się fak­tem.

- Idiota - rzu­cił Mikael.

- Słu­chaj pan...

- Idiota - powtó­rzył Mikael. - Mówi­łem, do kurwy nędzy, że jest wyjąt­kowo nie­bez­pieczny. Powie­dzia­łem, że musi­cie się z nim obcho­dzić jak z odbez­pie­czo­nym gra­na­tem. Zamor­do­wał co naj­mniej trzy osoby, jest wielki jak czołg i potrafi zabi­jać gołymi rękami. A pan wysyła po niego dwóch wiej­skich gli­nia­rzy, jakby był jakimś nie­dziel­nym pijacz­kiem.

Mikael znów przy­mknął oczy. Zasta­na­wiał się, co jesz­cze tej nocy mogło pójść nie tak.

Zna­lazł Lis­beth Salan­der tuż przed pół­nocą, ciężko ranną. Zaalar­mo­wał poli­cję. Udało mu się też namó­wić ratow­ni­ków, żeby przy­słali heli­kop­ter i ewa­ku­owali Lis­beth do szpi­tala Sahl­gren­ska. Dokład­nie opi­sał jej obra­że­nia i dziurę po kuli w gło­wie, aż jakaś mądra i rozumna osoba pojęła, że dziew­czyna potrze­buje natych­mia­sto­wej pomocy.

Mimo to heli­kop­ter poja­wił się dopiero pół godziny póź­niej. Ze sto­doły, słu­żą­cej także jako garaż, Mikael wypro­wa­dził dwa samo­chody i włą­czył ich reflek­tory, by oświe­tlić miej­sce do lądo­wa­nia na polu przed domem.

Załoga heli­kop­tera wraz z dwoma pie­lę­gnia­rzami dzia­łała pro­fe­sjo­nal­nie, ruty­nowo. Jeden z pie­lę­gnia­rzy udzie­lał pierw­szej pomocy Lis­beth, pod­czas gdy drugi zaj­mo­wał się Alek­san­drem Zala­chenką, zna­nym także jako Karl Axel Bodin. Zala­chenko był ojcem Lis­beth Salan­der i jej naj­więk­szym wro­giem. Pró­bo­wał ją zabić, ale mu się nie udało. Mikael zna­lazł go ciężko ran­nego w dre­wutni na ubo­czu obej­ścia, z fatal­nie wyglą­da­jącą raną od sie­kiery na twa­rzy i zmiaż­dżoną nogą.

W ocze­ki­wa­niu na heli­kop­ter Mikael zro­bił dla Lis­beth, co mógł. Przy­niósł z szafki na bie­li­znę czy­ste prze­ście­ra­dło, pociął je w pasy i zało­żył pierw­szy opa­tru­nek. Zauwa­żył, że w otwo­rze wlo­to­wym kuli zaschnięta krew działa jak korek, i nie był pewien, czy ma zało­żyć opa­tru­nek, czy nie. W końcu bar­dzo luźno obwią­zał prze­ście­ra­dłem głowę, głów­nie po to, żeby rana nie była wysta­wiona na bak­te­rie i brud. Krwa­wie­nie z postrza­łów w bio­drze i w ramie­niu zata­mo­wał w naj­prost­szy z moż­li­wych spo­so­bów. W jakiejś szafce zna­lazł rolkę sze­ro­kiej srebr­nej taśmy izo­la­cyj­nej i po pro­stu zakleił rany. Obmył jej twarz wil­got­nym ręcz­ni­kiem i spró­bo­wał usu­nąć brud.

Nie poszedł do dre­wutni, żeby udzie­lić pomocy Zala­chence. W cicho­ści ducha przy­znał się sam przed sobą, że ani tro­chę go nie obcho­dzi.

Cze­ka­jąc na ratow­ni­ków, zadzwo­nił także do Eriki Ber­ger i opo­wie­dział, co się dzieje.

- A tobie nic się nie stało? - zapy­tała.

- Ze mną wszystko w porządku - odparł Mikael. - To Lis­beth jest ranna.

- Biedna dziew­czyna - powie­działa Erika Ber­ger. - Wie­czo­rem prze­czy­ta­łam raport Björcka dla Säpo. Co masz zamiar z tym zro­bić?

- Nawet nie mam siły o tym myśleć - stwier­dził Mikael.

Pod­czas roz­mowy z Eriką sie­dział na pod­ło­dze przy sofie i obser­wo­wał Lis­beth Salan­der. Wcze­śniej zdjął jej buty i spodnie, żeby zało­żyć opa­tru­nek na bio­dro, i teraz nie­ocze­ki­wa­nie poło­żył rękę na spodniach, które rzu­cił na pod­łogę przy sofie. W kie­szeni wyczuł jakiś twardy przed­miot. Po chwili wycią­gnął palm­topa Palm Tung­sten T3.

Zmarsz­czył brwi i w zamy­śle­niu przy­glą­dał się kom­pu­te­rowi. Kiedy usły­szał odgłos heli­kop­tera, wsu­nął go do wewnętrz­nej kie­szeni kurtki. Potem - jesz­cze cią­gle był sam - pochy­lił się nad dziew­czyną i prze­szu­kał wszyst­kie jej kie­szenie. Zna­lazł kolejny kom­plet klu­czy od miesz­ka­nia na Mose­backe i pasz­port wysta­wiony na nazwi­sko Irene Nes­ser. Szybko wło­żył wszystko do prze­gródki swo­jej torby kom­pu­te­ro­wej.

Pierw­szy wóz poli­cyjny z Fre­dri­kiem Tor­stens­so­nem i Gun­na­rem Anders­so­nem z poli­cji z Trollhättan zja­wił się kilka minut po wylą­do­wa­niu heli­kop­tera. Po nich przy­je­chał komi­sarz Tho­mas Pauls­son i natych­miast objął dowo­dze­nie. Mikael pod­szedł do niego i zaczął tłu­ma­czyć, co się stało. Pauls­son zro­bił na nim wra­że­nie prze­mą­drza­łego i sztyw­nego trepa służ­bi­sty. To po jego przy­by­ciu wszystko zaczęło iść nie tak.

Pauls­son w żaden spo­sób nie oka­zy­wał, że rozu­mie, o czym Mikael mówi. Spra­wiał wra­że­nie dziw­nie otu­ma­nio­nego i jedyną rze­czą, jaka do niego docie­rała, był fakt, że ta zma­sa­kro­wana dziew­czyna na pod­ło­dze obok kuchen­nej sofy to poszu­ki­wana listem goń­czym potrójna mor­der­czyni Lis­beth Salan­der. Naj­wy­raź­niej trak­to­wał ją jako cenny łup. Trzy razy pytał zaję­tego udzie­la­niem pomocy pie­lę­gnia­rza ze służby ratow­ni­czej, czy dziew­czynę można aresz­to­wać na miej­scu. W końcu pie­lę­gniarz wstał i ryk­nął, żeby trzy­mał się na odle­głość ramie­nia.

Potem Pauls­son skon­cen­tro­wał się na ran­nym Alek­san­drze Zala­chence leżą­cym w dre­wutni i Mikael usły­szał, jak komi­sarz zgła­sza przez radio, że Salan­der naj­wy­raź­niej pró­bo­wała zabić kolejną osobę.

W tym momen­cie Mikael był już tak ziry­to­wany zacho­wa­niem Pauls­sona, który ewi­dent­nie nie sły­szał ani słowa z tego, co pró­bo­wał mu powie­dzieć, że pod­nie­sio­nym gło­sem zaape­lo­wał do niego, żeby natych­miast zadzwo­nił do inspek­tora Jana Bublan­skiego ze Sztok­holmu. Wycią­gnął komórkę i zapro­po­no­wał, że wybie­rze numer. Ale Pauls­son nie był zain­te­re­so­wany.

Potem Mikael popeł­nił dwa błędy.

Zde­cy­do­wa­nie oświad­czył, że praw­dzi­wym potrój­nym mor­dercą jest męż­czy­zna, który nazywa się Ronald Nie­der­mann i jest zbu­do­wany jak pan­cerny robot, cierpi na anal­ge­zję wro­dzoną i obec­nie sie­dzi zwią­zany w rowie przy dro­dze do Nos­se­bro. Opi­sał miej­sce, gdzie można zna­leźć Nie­der­manna, i pora­dził, żeby poli­cja wysłała po niego spe­cjal­nie uzbro­jony oddział pie­szych funk­cjo­na­riu­szy. Pauls­son zapy­tał, jak Nie­der­mann zna­lazł się w rowie, na co Mikael szcze­rze przy­znał, że to on dopro­wa­dził go do tego, gro­żąc mu bro­nią.

- Gro­żąc bro­nią? - zdzi­wił się komi­sarz Pauls­son.

W tym momen­cie Mikael powi­nien zro­zu­mieć, że Pauls­son jest kom­plet­nym kre­ty­nem. Powi­nien wziąć komórkę i sam zadzwo­nić do Jana Bublan­skiego, i popro­sić go o inter­wen­cję, żeby roz­pę­dzić tę mgłę, która zda­wała się ota­czać Pauls­sona. A tym­cza­sem popeł­nił błąd numer dwa i spró­bo­wał oddać broń, którą miał w kie­szeni kurtki - pisto­let typu colt 1911 govern­ment, zna­le­ziony tego dnia w miesz­ka­niu Lis­beth Salan­der w Sztok­hol­mie. Za jego pomocą udało mu się obez­wład­nić Ronalda Nie­der­manna.

Pauls­son posta­no­wił natych­miast aresz­to­wać Mika­ela Blom­kvi­sta pod zarzu­tem nie­le­gal­nego posia­da­nia broni. Pole­cił także dwójce poli­cjan­tów, Tor­stens­so­nowi i Anders­so­nowi, udać się we wspo­mniane miej­sce przy dro­dze do Nos­se­bro i spraw­dzić, czy w opo­wie­ści o zwią­za­nym czło­wieku sie­dzą­cym w rowie przy znaku ostrze­ga­ją­cym przed łosiami jest choć odro­bina prawdy. Gdyby się oka­zało, że to prawda, mieli go skuć kaj­dan­kami i przy­wieźć do Gos­se­bergi.

Mikael natych­miast zapro­te­sto­wał, tłu­ma­cząc, że Ronald Nie­der­mann nie jest osobą, którą można tak po pro­stu poj­mać i skuć kaj­dan­kami - jest nie­zwy­kle groź­nym mor­dercą. Kiedy Pauls­son zigno­ro­wał jego pro­test, zmę­cze­nie wzięło górę. Mikael nazwał Pauls­sona nie­kom­pe­tent­nym dup­kiem i krzyk­nął do Tor­stens­sona i Anders­sona, żeby nie pró­bo­wali uwal­niać Ronalda Nie­der­manna przed przy­by­ciem posił­ków.

Jego wybuch przy­niósł tylko tyle, że został zakuty w kaj­danki i posa­dzony na tyl­nym sie­dze­niu służ­bo­wego wozu Pauls­sona, skąd, klnąc pod nosem, mógł widzieć, jak Tor­stens­son i Anders­son odjeż­dżają radio­wo­zem. Jedy­nym jasnym punk­tem w tej bez­na­dziej­nej sytu­acji był fakt, że Lis­beth Salan­der została zała­do­wana do heli­kop­tera i odla­ty­wała nad czub­kami drzew w kie­runku szpi­tala. Mikael czuł się cał­ko­wi­cie bez­radny i wyłą­czony z obiegu infor­ma­cji. Teraz mógł tylko mieć nadzieję, że ktoś kom­pe­tentny zaj­mie się Lis­beth.

Dok­tor Anders Jonas­son wyko­nał dwa głę­bo­kie cię­cia aż do kości czaszki i odsu­nął skórę wokół wlotu kuli. Zabez­pie­czył otwór klam­rami. Instru­men­ta­riuszka ostroż­nie wsu­nęła ssak, żeby usu­nąć krew. Potem nastą­pił nie­przy­jemny moment: dok­tor Jonas­son musiał użyć wier­tarki, żeby posze­rzyć otwór w kości. Wszystko trwało iry­tu­jąco długo.

W końcu otwór był wystar­cza­jąco duży, żeby mógł dosię­gnąć mózgu Lis­beth Salan­der. Ostroż­nie wpro­wa­dził sondę i posze­rzył kanał o kilka mili­me­trów. Potem za pomocą cień­szej sondy zlo­ka­li­zo­wał kulę. Zdję­cie rent­ge­now­skie poka­zy­wało, że kula prze­krę­ciła się i tkwiła pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni w sto­sunku do kanału. Pró­bo­wał ostroż­nie poru­szyć pocisk i po kilku nie­uda­nych podej­ściach udało mu się prze­mie­ścić go odro­binę i usta­wić w odpo­wied­niej pozy­cji.

Na końcu wpro­wa­dził do rany cienką pęsetę o żłob­ko­wa­nych koń­ców­kach. Ujął nią mocno pod­stawę kuli i zaci­snął. Potem pocią­gnął pęsetę pro­sto do góry. Kula wyszła nie­mal bez oporu. Obej­rzał ją szybko pod świa­tło, stwier­dził, że wygląda na nie­na­ru­szoną, i upu­ścił do meta­lo­wego naczy­nia.

- Wytrzeć - powie­dział. Jego żąda­nie zostało natych­miast speł­nione.

Spoj­rzał na EKG. Poka­zy­wało, że akcja serca pacjentki na­dal jest mia­rowa.

- Pęseta.

Opu­ścił sil­nie powięk­sza­jącą lupę na pod­wie­sza­nym sta­ty­wie i nasta­wił ją na odsło­nięte miej­sce.

- Ostroż­nie - powie­dział pro­fe­sor Frank Ellis.

W ciągu następ­nych czter­dzie­stu pię­ciu minut Anders Jonas­son usu­nął z oko­lic wlotu kuli trzy­dzie­ści dwa drobne odłamki kości. Naj­mniej­szego z nich pra­wie nie można było dostrzec gołym okiem.

Pod­czas gdy zała­many Mikael pró­bo­wał ostroż­nie wydo­stać z kie­szeni mary­narki komórkę - co ze sku­tymi dłońmi oka­zało się nie­moż­liwe - na miej­sce przy­było kilka samo­cho­dów z poli­cjan­tami i ekipą tech­niczną. Komi­sarz Pauls­son skie­ro­wał ich do dre­wutni, żeby zabez­pie­czyli dowody. Naka­zał też grun­towne prze­szu­ka­nie domu, w któ­rym zna­le­ziono kilka sztuk broni. Mikael z rezy­gna­cją obser­wo­wał te ćwi­cze­nia z tyl­nego sie­dze­nia wozu Pauls­sona.

Dopiero po upły­wie ponad godziny Pauls­son naj­wy­raź­niej przy­po­mniał sobie, że Tor­stens­son i Anders­son jesz­cze nie wró­cili z aresz­to­wa­nym Ronal­dem Nie­der­man­nem. Nagle zasę­pił się i zabrał Mika­ela Blom­kvi­sta do kuchni, żeby jesz­cze raz usły­szeć, jak po niego jechać.

Mikael zamknął oczy.

Kiedy czło­wiek, który miał pomóc Tor­stens­so­nowi i Anders­so­nowi, wró­cił z mel­dun­kiem, na­dal sie­dział z Pauls­so­nem w kuchni. Poli­cjant Gun­nar Anders­son został zna­le­ziony mar­twy, miał zła­many kark. Jego kolega Frank Tor­stens­son jesz­cze żył, ale miał poważne obra­że­nia. Obu zna­le­ziono w rowie przy znaku ostrze­ga­ją­cym przed łosiami. Bra­ko­wało służ­bo­wej broni i radio­wozu.

Jesz­cze do nie­dawna sytu­acja była sto­sun­kowo przej­rzy­sta, a teraz nagle komi­sarz Tho­mas Pauls­son miał dodat­kowo na gło­wie mor­der­stwo poli­cjanta i zbie­głego uzbro­jo­nego despe­rata.

- Idiota - powtó­rzył Mikael Blom­kvist.

- Obra­ża­nie poli­cjan­tów nic tu nie pomoże.

- W tym jed­nym punk­cie się zga­dzamy. Ale ja panu dam popa­lić za nie­do­peł­nie­nie obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Jesz­cze mnie pan popa­mięta. Zanim z panem skoń­czę, zosta­nie pan okrzyk­nięty naj­głup­szym poli­cjan­tem w Szwe­cji. Będzie o tym na każ­dym kio­sku.

Groźba publicz­nego ośmie­sze­nia była naj­wy­raź­niej jedyną rze­czą dzia­ła­jącą na Tho­masa Pauls­sona. Wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego.

- Co pan pro­po­nuje?

- Żądam, żeby pan natych­miast zadzwo­nił do inspek­tora Jana Bublan­skiego ze Sztok­holmu. Teraz.

Inspek­tor Sonja Modig obu­dziła się nagle, kiedy jej pod­łą­czona do kon­taktu komórka zaczęła dzwo­nić w dru­gim końcu sypialni. Spoj­rzała na zega­rek sto­jący na noc­nej szafce i z roz­pa­czą stwier­dziła, że jest krótko po czwar­tej nad ranem. Potem spoj­rzała na męża, który spo­koj­nie pochra­py­wał dalej. Mógłby prze­spać nawet atak arty­le­ryj­ski. Wygrze­bała się z łóżka i zna­la­zła odpo­wiedni guzik.

"Jan Bublan­ski - pomy­ślała. - Któż by inny".

- W oko­licy Trollhättan roz­pę­tało się pie­kło - powi­tał ją szef, nie tra­cąc czasu na grzecz­no­ściowe for­mułki. - Pociąg X2000 do Göteborga odcho­dzi dzie­sięć po pią­tej.

- Co się stało?

- Blom­kvist zna­lazł Salan­der i Nie­der­manna z Zala­chenką. Jest aresz­to­wany za obrazę poli­cjanta, sta­wia­nie oporu i nie­le­galne posia­da­nie broni. Salan­der została prze­wie­ziona do Sahl­gren­ska z kulką w gło­wie. Zala­chenko jest w Sahl­gren­ska z sie­kierą w gło­wie. Nie­der­mann jest na wol­no­ści. W nocy zamor­do­wał poli­cjanta.

Sonja Modig zamru­gała dwa razy i poczuła się zmę­czona. Naj­bar­dziej pra­gnęła wśli­znąć się z powro­tem do łóżka i wziąć mie­siąc urlopu.

- X2000 dzie­sięć po pią­tej. Okej. Co mam zro­bić?

- Weź tak­sówkę na Cen­tralny. Do towa­rzy­stwa będziesz miała Jer­kera Holm­berga. Macie nawią­zać kon­takt z komi­sa­rzem Tho­ma­sem Pauls­so­nem z poli­cji w Trollhättan, który naj­wy­raź­niej odpo­wiada za dużą część tego noc­nego zamie­sza­nia i według Blom­kvi­sta jest, cytuję, rzad­kim oka­zem kre­tyna, koniec cytatu.

- Roz­ma­wia­łeś z Blom­kvi­stem?

- Naj­wi­docz­niej jest aresz­to­wany i skuty. Udało mi się namó­wić Pauls­sona, żeby na chwilę pod­sta­wił mu tele­fon. Jadę wła­śnie na Kung­shol­men i będę usi­ło­wał zorien­to­wać się w sytu­acji. Będziemy w kon­tak­cie. Weź komórkę.

Sonja Modig jesz­cze raz spoj­rzała na zega­rek. Potem zadzwo­niła po tak­sówkę i na minutę weszła pod prysz­nic. Umyła zęby, prze­cią­gnęła grze­bie­niem po wło­sach, ubrała się w czarne spodnie, czarny pod­ko­szu­lek i szary żakiet. Wrzu­ciła do torebki służ­bową broń, a jako okry­cie wybrała czer­woną skó­rzaną kurtkę. Wresz­cie potrzą­snęła mężem, żeby przy­wró­cić go do życia. Wyja­śniła, dokąd jedzie, wytłu­ma­czyła, że to on musi zająć się dziećmi. Wyszła z bramy w momen­cie, kiedy pod­je­chała tak­sówka.

Nie musiała szu­kać kolegi, inspek­tora Jer­kera Holm­berga. Spo­dzie­wała się, że będzie sie­dział w wago­nie restau­ra­cyj­nym i, jak się oka­zało, nie pomy­liła się. Zdą­żył kupić dla niej kanapkę i kawę. Przez pięć minut sie­dzieli w mil­cze­niu i jedli śnia­da­nie. Wresz­cie Holm­berg odsu­nął na bok fili­żankę.

- Może nale­ża­łoby zmie­nić zawód - powie­dział.

O czwar­tej rano do Gos­se­bergi przy­je­chał wresz­cie inspek­tor Mar­cus Erlan­der z wydziału zabójstw w Göteborgu i prze­jął dowódz­two od obcią­żo­nego ponad siły Tho­masa Pauls­sona. Erlan­der był tęga­wym siwo­wło­sym męż­czy­zną w wieku około pięć­dzie­się­ciu lat. Jedną z jego pierw­szych decy­zji było zdję­cie kaj­da­nek Mika­elowi Blom­kvi­stowi. Potem poczę­sto­wał go droż­dżów­kami i kawą z ter­mosu. Poszli poroz­ma­wiać w cztery oczy.

- Roz­ma­wia­łem z Bublan­skim - powie­dział Erlan­der. - Znamy się od wielu lat. Zarówno jemu, jak i mnie jest wstyd za Pauls­sona.

- Przez niego dziś w nocy zgi­nął poli­cjant - stwier­dził Mikael.

Erlan­der ski­nął głową.

- Zna­łem Gun­nara Anders­sona oso­bi­ście. Słu­żył w Göteborgu, zanim prze­niósł się do Trollhättan. Miał trzy­let­nią córeczkę.

- Współ­czuję. Pró­bo­wa­łem ostrzec...

Erlan­der ski­nął głową.

- Tak, rozu­miem. Uży­wał pan wiel­kich liter i za to został pan skuty. To pan zała­twił Wennerströma. Bublan­ski mówi, że z pana jest stuk­nięty detek­tyw ama­tor i bez­czelny dzien­ni­karz, ale naj­wy­raź­niej wie pan, o czym mówi. Czy może pan wta­jem­ni­czyć mnie w przy­stępny spo­sób w całą tę sprawę?

- Cho­dzi o mor­der­stwo moich przy­ja­ciół Daga Svens­sona i Mii Berg­man w Enskede i o zabój­stwo czło­wieka, który nie był moim przy­ja­cie­lem... adwo­kata Nilsa Bjur­mana, opie­kuna praw­nego Lis­beth Salan­der.

Erlan­der ski­nął.

- Jak pan wie, poli­cja ściga Lis­beth Salan­der od Wiel­ka­nocy. Była podej­rze­wana o potrójne mor­der­stwo. Na począ­tek musi pan sobie uświa­do­mić, że ona nie jest winna tych mor­derstw. Jeśli gra tu jakąś rolę, to raczej ofiary.

- Nie mia­łem do czy­nie­nia ze sprawą Salan­der, ale bio­rąc pod uwagę wszystko, co pisały media, tro­chę trudno prze­łknąć pomysł, że mia­łaby być cał­ko­wi­cie nie­winna.

- Nie­mniej jed­nak tak wła­śnie sprawy wyglą­dają. Jest nie­winna. I kropka. Praw­dzi­wym mor­dercą jest Ronald Nie­der­mann, który dziś w nocy zamor­do­wał pań­skiego kolegę Gun­nara Anders­sona. Pra­cuje dla Karla Axela Bodina.

- Tego samego Bodina, który leży w Sahl­gren­ska z sie­kierą w gło­wie.

- Jeśli spoj­rzeć na to od strony czy­sto tech­nicz­nej, sie­kiera już nie tkwi w jego gło­wie. Zakła­dam, że to Lis­beth Salan­der go zała­twiła. Jest jej ojcem, byłym płat­nym mor­dercą na usłu­gach rosyj­skich taj­nych służb. Zbiegł w latach sie­dem­dzie­sią­tych i od tego czasu pra­co­wał dla Säpo, aż do upadku Związku Radziec­kiego. Potem dzia­łał na wła­sną rękę, był gang­ste­rem.

Erlan­der przy­glą­dał się w zamy­śle­niu postaci sie­dzą­cej przed nim na sofie. Mikael Blom­kvist był spo­cony, wyglą­dał na zmar­z­nię­tego i śmier­tel­nie zmę­czo­nego. Dotych­czas mówił racjo­nal­nie i z sen­sem, ale komi­sarz Tho­mas Pauls­son - któ­rego sło­wom Erlan­der nie­szcze­gól­nie dawał wiarę - ostrze­gał go, że Blom­kvist bre­dzi o radziec­kich szpie­gach i nie­miec­kich skry­to­bój­cach, któ­rymi raczej nie­czę­sto zaj­mo­wała się szwedzka kry­mi­na­li­styka. Blom­kvist naj­wy­raź­niej dotarł do tego momentu opo­wie­ści, w któ­rym Pauls­son prze­stał go słu­chać. Ale w rowie przy dro­dze do Nos­se­bro leżeli poli­cjanci - jeden mar­twy i jeden ciężko ranny - więc Erlan­der chciał wysłu­chać wszyst­kiego. Choć nie udało mu się ukryć pew­nej nie­uf­no­ści. Dała się sły­szeć w jego gło­sie.

- Okej. Radziecki agent.

Blom­kvist uśmiech­nął się blado. Naj­wi­docz­niej miał świa­do­mość, jak nie­do­rzecz­nie brzmi jego opo­wieść.

- Były radziecki agent. Mogę udo­ku­men­to­wać wszystko, co mówię.

- Pro­szę mówić dalej.

- Zala­chenko był asem szpie­gow­skim w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Porzu­cił służbę i dostał schro­nie­nie w Säpo. Zda­rzało się to, o ile się orien­tuję, wcale nie tak rzadko po upadku Związku Radziec­kiego.

- Okej.

- Jak już mówi­łem, nie wiem dokład­nie, co się wyda­rzyło dzi­siej­szej nocy, ale Lis­beth wyśle­dziła swo­jego ojca, któ­rego nie widziała od pięt­na­stu lat. Pobił kie­dyś jej matkę nie­mal na śmierć. Pró­bo­wał zamor­do­wać Lis­beth. Pośred­nio jest odpo­wie­dzialny za zamor­do­wa­nie Daga Svens­sona i Mii Berg­man. Poza tym odpo­wiada za porwa­nie przy­ja­ciółki Lis­beth, Miriam Wu - słynna walka Paola Roberto w Nykvarn.

- Jeśli Lis­beth Salan­der ude­rzyła ojca sie­kierą w głowę, raczej trudno powie­dzieć, żeby była nie­winna.

- Sama ma trzy rany postrza­łowe. Myślę, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem można stwier­dzić, iż dzia­łała w obro­nie koniecz­nej. Zasta­na­wiam się...

- Tak?

- Lis­beth była bar­dzo ubru­dzona zie­mią i gliną, jej włosy były jed­nym wiel­kim plac­kiem błota. Pod ubra­niem miała pełno pia­sku. Wygląda na to, że została pogrze­bana. A Nie­der­mann naj­wi­docz­niej ma zwy­czaj zako­py­wać ludzi. Poli­cja w Södertälje zna­la­zła dwa groby w maga­zy­nie pod Nykvarn, nale­żą­cym do Svavelsjö MC.

- Wła­ści­wie trzy. Zna­leźli jesz­cze jeden grób, wczo­raj, póź­nym wie­czo­rem. Ale jeśli Lis­beth Salan­der została postrze­lona i zako­pana, to co w takim razie robi wśród żywych z sie­kierą w dłoni?

- Nie wiem, co tu się działo, ale Lis­beth jest nie­sa­mo­wi­cie wytrzy­mała. Pró­bo­wa­łem namó­wić Pauls­sona, żeby ścią­gnął tu patrol z psami...

- Jest już w dro­dze.

- Dobrze.

- Pauls­son aresz­to­wał pana za obrazę poli­cji.

- Zaprze­czam. Nazwa­łem go idiotą, nie­kom­pe­tent­nym dup­kiem i kre­ty­nem. Żaden z tych epi­te­tów nie był w tym kon­tek­ście obraź­liwy.

- Ale jest pan też oskar­żony o nie­le­galne posia­da­nie broni.

- Popeł­ni­łem błąd, pró­bu­jąc prze­ka­zać mu broń. Poza tym nie chcę się wypo­wia­dać na ten temat, zanim nie poro­zu­miem się z adwo­ka­tem.

- Okej. Zostawmy to na razie. Mamy do omó­wie­nia poważ­niej­sze sprawy. Co pan wie o tym Nie­der­man­nie?

- Jest mor­dercą. Coś z nim jest nie tak. Ma ponad dwa metry wzro­stu i budowę pan­cer­nego robota. Niech pan zapyta Paola Roberto, który się z nim bok­so­wał. Cierpi na anal­ge­zję wro­dzoną. Neu­ro­prze­kaź­niki na synap­sach nie dzia­łają nor­mal­nie i w rezul­ta­cie nie odczuwa bólu. Jest Niem­cem uro­dzo­nym w Ham­burgu, jako nasto­la­tek był skin­he­adem. Na wol­no­ści sta­nowi śmier­telne zagro­że­nie.

- Czy ma pan jakiś pomysł, dokąd mógł uciec?

- Nie. Wiem tylko, że przy­go­to­wa­łem go do zgar­nię­cia, a potem dowo­dze­nie prze­jął ten kre­tyn z Trollhättan.

Tuż przed piątą rano dok­tor Anders Jonas­son zdjął brudne latek­sowe ręka­wiczki i wrzu­cił je do kosza. Instru­men­ta­riuszka nakła­dała opa­tru­nek na ranę na bio­drze pacjentki. Ope­ra­cja trwała trzy godziny. Spoj­rzał na ogo­loną, zmal­tre­to­waną głowę Lis­beth Salan­der, już owi­niętą ban­da­żem.

Poczuł nagły przy­pływ czu­ło­ści. Czę­sto jej doświad­czał wobec pacjen­tów, któ­rych ope­ro­wał. Według gazet Lis­beth Salan­der była psy­cho­patką i seryjną mor­der­czy­nią, ale w jego oczach wyglą­dała raczej jak postrze­lony wró­bel. Potrzą­snął głową. Potem spoj­rzał na dok­tora Franka Ellisa, który przy­glą­dał mu się z uśmie­chem.

- Jesteś zna­ko­mi­tym chi­rur­giem - oświad­czył Ellis.

- Dasz się zapro­sić na śnia­da­nie?

- A można tu gdzieś dostać nale­śniki z dże­mem?

- Gofry - odparł Anders Jonas­son. - U mnie w domu. Tylko naj­pierw zadzwo­nię i uprze­dzę żonę. Potem weź­miemy tak­sówkę. - Zatrzy­mał się i spoj­rzał na zegar. - Po głęb­szym zasta­no­wie­niu stwier­dzam, że może lepiej nie dzwo­nić.

Mece­nas Annika Gian­nini nagle prze­bu­dziła się ze snu. Odwró­ciła głowę w prawo i stwier­dziła, że jest za dwie minuty szó­sta. Pierw­sze spo­tka­nie z klien­tem miała już o ósmej. Spoj­rzała w lewo na swo­jego męża Enrica Gian­niniego. Spał spo­koj­nie i w naj­lep­szym razie miał się obu­dzić o ósmej. Zamru­gała szybko kilka razy, wstała i zanim poszła pod prysz­nic, włą­czyła eks­pres do kawy. Spę­dziła sporo czasu w łazience, potem ubrała się w czarne spodnie, białą koszulkę polo i czer­wony żakiet. Zro­biła dwa tosty, poło­żyła na nich ser, dżem poma­rań­czowy i pokro­jone awo­kado. Zanio­sła śnia­da­nie do salonu, aku­rat kiedy zaczy­nały się tele­wi­zyjne wia­do­mo­ści o wpół do siód­mej. Napiła się kawy i wła­śnie otwie­rała usta, żeby ugryźć kanapkę, kiedy usły­szała zapo­wiedź.

Jeden poli­cjant zamor­do­wany, drugi ciężko ranny. Dra­ma­tyczne wyda­rze­nia. W nocy schwy­tano ści­ganą listem goń­czym potrójną mor­der­czy­nię Lis­beth Salan­der.

Począt­kowo nie mogła zro­zu­mieć, o co cho­dziło, bo pierw­sze wra­że­nie suge­ro­wało, że to Lis­beth Salan­der zabiła poli­cjanta. Wia­do­mość była sfor­mu­ło­wana bar­dzo zwięźle, ale po chwili dotarło do niej, że poli­cja poszu­kuje męż­czy­zny podej­rze­wa­nego o zabój­stwo poli­cjanta. Infor­ma­cja pocho­dziła od ano­ni­mo­wego trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego męż­czy­zny. Wszystko wska­zy­wało na to, że Lis­beth Salan­der, ciężko ranna, jest w szpi­talu Sahl­gren­ska w Göteborgu.

Annika zmie­niła kanał, ale nie dowie­działa się wiele wię­cej o tam­tych wyda­rze­niach. Się­gnęła po komórkę i wybrała numer brata, Mika­ela Blom­kvi­sta. Usły­szała komu­ni­kat, że abo­nent jest nie­do­stępny. Poczuła ukłu­cie stra­chu. Mikael dzwo­nił do niej poprzed­niego wie­czoru w dro­dze do Göteborga. Był na tro­pie Lis­beth Salan­der. A także mor­dercy nazwi­skiem Ronald Nie­der­mann.

Kiedy zro­biło się jasno, spo­strze­gaw­czy poli­cjant zna­lazł ślady krwi na ziemi za dre­wut­nią. Pies poli­cyjny poszedł ich tro­pem do wykopu na polance odda­lo­nej od gospo­dar­stwa Gos­se­berga o mniej wię­cej czte­ry­sta metrów na pół­nocny wschód.

Mikael poszedł tam razem z inspek­to­rem Erlan­de­rem. Przy­glą­dali się w zamy­śle­niu. Od razu zauwa­żyli dużo krwi w wyko­pie i wokół niego.

Zna­leźli nawet znisz­czoną papie­ro­śnicę, która naj­wi­docz­niej słu­żyła jako łopatka. Erlan­der wło­żył zna­le­zi­sko do pla­sti­ko­wego woreczka i ozna­ko­wał go. Pozbie­rał także próbki zabar­wio­nych krwią gru­dek ziemi. Poli­cjant w mun­du­rze zwró­cił jego uwagę na nie­do­pa­łek papie­rosa marki Pall Mall bez fil­tra, leżący około metra od wykopu. Także i on został zapa­ko­wany do woreczka i opa­trzony ety­kietą. Mikael przy­po­mniał sobie, że widział paczkę pall malli na bla­cie kuchen­nym w domu Zala­chenki.

Erlan­der spoj­rzał na niebo. Zbie­rały się cięż­kie desz­czowe chmury. Burza, która zeszłej nocy roz­pę­tała się nad Göteborgiem, prze­cho­dziła naj­wi­docz­niej na połu­dnie od oko­lic Nos­se­bro, ale było tylko kwe­stią czasu, kiedy i tu zacznie padać. Inspek­tor popro­sił umun­du­ro­wa­nego poli­cjanta, żeby przy­niósł plan­dekę i przy­krył wykop.

- Wydaje mi się, że ma pan rację - powie­dział wresz­cie do Mika­ela. - Ana­liza krwi na pewno potwier­dzi, że tu leżała Lis­beth Salan­der. Domy­ślam się też, że na papie­ro­śnicy znaj­dziemy jej odci­ski pal­ców. Została postrze­lona i pogrze­bana, ale jakimś cudem udało jej się prze­żyć i wydo­stać...

- I wró­cić do domu, żeby przy­ło­żyć sie­kierą Zala­chence - dokoń­czył Mikael. - Zawzięta z niej sztuka.

- Ale jak, do dia­bła, pora­dziła sobie z Nie­der­man­nem?

Mikael wzru­szył ramio­nami. Był tak samo zasko­czony jak Erlan­der.

Roz­dział 2

Pią­tek, 8 kwiet­nia

Sonja Modig i Jer­ker Holm­berg byli na Dworcu Cen­tral­nym w Göteborgu krótko po ósmej rano. Bublan­ski dzwo­nił z nowymi instruk­cjami: mieli już nie jechać do Gos­se­bergi, tylko wziąć tak­sówkę do komendy regio­nal­nej poli­cji Vastra Götalands przy placu Ern­sta Fon­tella, koło sta­dionu Nya Ullevi. Ponad godzinę cze­kali na powrót inspek­tora Erlan­dera z Mika­elem Blom­kvi­stem z Gos­se­bergi. Mikael przy­wi­tał się z Sonją Modig, którą spo­tkał już wcze­śniej, i przed­sta­wił się Jer­kerowi Holm­bergowi. Potem dołą­czył do nich kolega Erlan­dera z aktu­al­nymi wie­ściami z pogoni za Ronal­dem Nie­der­man­nem. Raport był krótki.

- Utwo­rzy­li­śmy grupę śled­czą pod kie­run­kiem regio­nal­nego wydziału kry­mi­nal­nego. Oczy­wi­ście zaalar­mo­wa­li­śmy cały kraj. Radio­wóz zna­leź­li­śmy o szó­stej rano w Alings?s. Na razie tam ślad się urywa. Podej­rze­wamy, że zmie­nił pojazd, ale nie dosta­li­śmy jesz­cze żad­nego zgło­sze­nia o kra­dzieży samo­chodu.

- A media? - zapy­tała Sonja Modig i zer­k­nęła prze­pra­sza­jąco na Mika­ela Blom­kvi­sta.

- To zabój­stwo poli­cjanta, więc jest przez to mak­sy­malna mobi­li­za­cja. Pla­nu­jemy kon­fe­ren­cję pra­sową na dzie­siątą.

- Czy ktoś może wie, w jakim sta­nie jest Lis­beth Salan­der? - zapy­tał Mikael. Był dziw­nie mało zain­te­re­so­wany wszyst­kim, co wią­zało się z poszu­ki­wa­niami Nie­der­manna.

- Prze­szła w nocy ope­ra­cję. Wyjęli jej kulę z głowy. Jesz­cze się nie wybu­dziła z nar­kozy.

- Czy wia­domo, jakie są roko­wa­nia?

- O ile zro­zu­mia­łem, nic nie będzie wia­domo, póki się nie obu­dzi. Ale lekarz, który ją ope­ro­wał, mówi, że jest dobrej myśli. Powinna prze­żyć, jeśli nie poja­wią się kom­pli­ka­cje.

- A Zala­chenko? - zapy­tał Mikael.

- Kto? - zapy­tał kolega Erlan­dera, jesz­cze nie­wta­jem­ni­czony w zawi­ło­ści tej sprawy.

- Karl Axel Bodin.

- Aha, on też był ope­ro­wany tej nocy. Ma dość paskudną ranę od sie­kiery w twa­rzy i jesz­cze jedną pod kola­nem. Jest mocno spo­nie­wie­rany, ale jego życiu nie zagraża nie­bez­pie­czeń­stwo.

Mikael ski­nął głową.

- Wygląda pan na zmę­czo­nego - powie­działa Sonja Modig.

- No pew­nie. To moja trze­cia doba pra­wie bez snu.

- Spał tro­chę w samo­cho­dzie w dro­dze z Nos­se­bro - dodał Erlan­der.

- Czy da pan radę opo­wie­dzieć wszystko od początku? - zapy­tał Holm­berg. - Wszystko wska­zuje na to, że pry­watni detek­tywi wygry­wają z poli­cją trzy do zera.

Mikael uśmiech­nął się blado.

- Chciał­bym to usły­szeć od Bublan­skiego - powie­dział.

Poszli na śnia­da­nie do poli­cyj­nej kafe­te­rii w komen­dzie. Mikael przez pół godziny tłu­ma­czył, jak z kawał­ków puz­zli uło­żył histo­rię Zala­chenki. Kiedy skoń­czył, poli­cjanci na­dal mil­czeli, pogrą­żeni w myślach.

- W pań­skiej histo­rii jest kilka dziur - ode­zwał się wresz­cie Holm­berg.

- Pew­nie tak - potwier­dził Mikael.

- Nie wyja­śnił pan, jak wszedł w posia­da­nie ści­śle taj­nego raportu Säpo o Zala­chence.

Mikael ski­nął głową.

- Zna­la­złem go w miesz­ka­niu Lis­beth Salan­der, kiedy wresz­cie odkry­łem, gdzie się ukrywa. Ona z kolei zna­la­zła go, jak się domy­ślam, w domku let­ni­sko­wym mece­nasa Bjur­mana.

- A więc zna­lazł pan kry­jówkę Salan­der?

Mikael ski­nął.

- I co?

- Sami musi­cie zna­leźć ten adres. Lis­beth bar­dzo się sta­rała mieć tajny adres i ja nie zamie­rzam być źró­dłem prze­cieku.

Modig i Holm­berg lekko się zachmu­rzyli.

- Panie Blom­kvist... to prze­cież śledz­two w spra­wie mor­der­stwa - powie­działa Sonja Modig.

- A pani jesz­cze nie do końca zro­zu­miała, że Lis­beth jest nie­winna, a poli­cja w spo­sób nie­spo­ty­kany naru­szyła jej pry­wat­ność. Gang les­bi­jek sata­ni­stek? Skąd wy bie­rze­cie takie rze­czy? Jeśli będzie chciała wam powie­dzieć, gdzie mieszka, to jestem prze­ko­nany, że to zrobi.

- Jest jesz­cze jedna rzecz, którą nie do końca rozu­miem - drą­żył Holm­berg. - Skąd w tej spra­wie w ogóle bie­rze się Bjur­man? Mówi pan, że to on to wszystko uru­cho­mił, kiedy skon­tak­to­wał się z Zala­chenką i zle­cił mu zamor­do­wa­nie Salan­der... ale dla­czego miałby to robić?

Mikael zwle­kał z odpo­wie­dzią dłuż­szą chwilę.

- Domy­ślam się, że zwró­cił się do Zala­chenki, żeby pomógł mu pozbyć się Lis­beth Salan­der. Miała się zna­leźć w tam­tym maga­zy­nie w Nykvarn.

- Był jej kura­to­rem. Jaki miałby powód, żeby ją zli­kwi­do­wać?

- To skom­pli­ko­wane.

- Więc niech pan nam wytłu­ma­czy.

- Miał dia­bel­nie dobry powód. Zro­bił coś, a Lis­beth się o tym dowie­działa. Sta­no­wiła zagro­że­nie dla jego przy­szło­ści i dobro­bytu.

- Co takiego zro­bił?

- Myślę, że naj­le­piej będzie, jak Lis­beth sama wyja­śni wam powody.

Spoj­rzał Holm­ber­gowi pro­sto w oczy.

- Spró­buję zgad­nąć - ode­zwała się Sonja Modig. - Bjur­man zro­bił swo­jej pod­opiecz­nej jakąś krzywdę.

Mikael ski­nął głową.

- Czy mam przy­pusz­czać, że zmu­szał ją do czyn­no­ści sek­su­al­nych?

Mikael wzru­szył ramio­nami, lecz nie sko­men­to­wał.

- Czy wie pan o tatu­ażu na brzu­chu Bjur­mana?

- Tatu­ażu?

- Wyko­nany ręką ama­tora napis na cały brzuch... "Jestem sady­styczną świ­nią, dup­kiem i gwał­ci­cie­lem". Dys­ku­to­wa­li­śmy, o co tu mogło cho­dzić.

Mikael znie­nacka wybuch­nął gło­śnym śmie­chem.

- O co cho­dzi?

- Zasta­na­wia­łem się, co Lis­beth zro­biła, żeby się zemścić. Ale słu­chaj­cie... nie chcę z wami roz­ma­wiać o tej spra­wie, z tych samych powo­dów co przed­tem. Tu cho­dzi o jej pry­wat­ność. To wobec Lis­beth popeł­niono prze­stęp­stwo. To ona jest ofiarą. To ona zde­cy­duje, czy chce wam o tym opo­wie­dzieć. Sorry.

Spra­wiał wra­że­nie, jakby rze­czy­wi­ście było mu przy­kro.

- Gwałt trzeba zgło­sić na poli­cję - powie­działa Sonja Modig.

- Zga­dzam się. Ale do tego gwałtu doszło dwa lata temu, a Lis­beth jesz­cze nie roz­ma­wiała o tym z poli­cją. Co wska­zuje na to, że raczej nie zamie­rza tego robić. Mogę się z nią nie zga­dzać w tej spra­wie ze wszyst­kich sił, ale i tak to ona decy­duje. Poza tym...

- Tak?

- Lis­beth nie ma szcze­gól­nych powo­dów, żeby zwie­rzać się poli­cji. Ostat­nio, kiedy pró­bo­wała wyja­śnić, jakim bydla­kiem jest Zala­chenko, została zamknięta w psy­chia­tryku.

Pro­ku­ra­tor nad­zo­ru­jący postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze Richard Ekström czuł łasko­ta­nie nie­po­koju w brzu­chu, kiedy krótko przed dzie­wiątą rano w piąt­kowy pora­nek popro­sił kie­ru­ją­cego śledz­twem Jana Bublan­skiego, żeby zajął miej­sce po dru­giej stro­nie biurka. Popra­wił oku­lary i pogła­dził się po sta­ran­nie przy­strzy­żo­nej bródce. Czuł, że robi się nie­bez­piecz­nie, że pogrąża się w cha­osie. Przez mie­siąc ści­gał Lis­beth Salan­der. Gdzie się tylko dało, przed­sta­wiał ją jako chorą psy­chicz­nie groźną psy­cho­patkę. Dopu­ścił do wycieku infor­ma­cji, które miały mu pomóc w przy­szłym pro­ce­sie. Wszystko wyglą­dało tak dobrze.

Nie miał nawet cie­nia wąt­pli­wo­ści, że Lis­beth Salan­der jest winna potrój­nego mor­der­stwa. Wie­rzył, że jej pro­ces będzie spa­cer­kiem po zwy­cię­stwo, pro­pa­gan­do­wym przed­sta­wie­niem z nim samym w głów­nej roli. A potem wszystko prze­stało się ukła­dać i nagle oka­zało się, że oto ma przed sobą zupeł­nie innego mor­dercę i chaos, który zda­wał się nie mieć końca. Pie­przona Salan­der.

- A więc mamy tu nie­zły pasz­tet - powie­dział. - Czego się dowie­dzia­łeś dziś rano?

- Poszedł komu­ni­kat na cały kraj w spra­wie Ronalda Nie­der­manna, ale na­dal go nie zła­pano. Na razie jest poszu­ki­wany tylko za zamor­do­wa­nie poli­cjanta Gun­nara Anders­sona, ale sądzę, że powin­ni­śmy ogło­sić, że jest winny trzech mor­derstw w Sztok­hol­mie. Może mógł­byś zwo­łać kon­fe­ren­cję pra­sową.

Bublan­ski spe­cjal­nie zapro­po­no­wał kon­fe­ren­cję, żeby roz­draż­nić roz­mówcę. Ekström nie­na­wi­dził spo­tkań z dzien­ni­ka­rzami.

- Wydaje mi się, że na razie powin­ni­śmy zacze­kać z kon­fe­ren­cjami - powie­dział szybko.

Bublan­ski z tru­dem stłu­mił uśmiech.

- To przede wszyst­kim sprawa dla poli­cji z Göteborga - wyja­śnił Ekström.

- No tak, ale mamy tam na miej­scu Sonję Modig i Jer­kera Holm­berga, nawią­za­li­śmy współ­pracę...

- Zacze­kamy z kon­fe­ren­cją pra­sową, póki nie dowiemy się wię­cej - zade­cy­do­wał Ekström ostrym tonem. - Chciał­bym wie­dzieć, jak bar­dzo jesteś pewny, że Nie­der­mann rze­czy­wi­ście jest zamie­szany w mor­der­stwa tu, w Sztok­hol­mie.

- Jako poli­cjant jestem o tym prze­ko­nany. Tylko sprawa dowo­dów wygląda nie naj­le­piej. Nie mamy żad­nych świad­ków mor­derstw, nie ma też żad­nych dobrych dowo­dów rze­czo­wych. Magge Lun­din i Sonny Nie­mi­nen ze Svavelsjö MC nie chcą gadać i udają, że ni­gdy nie sły­szeli o Nie­der­man­nie. Ale i tak pój­dzie sie­dzieć za zabój­stwo poli­cjanta.

- Wła­śnie - zgo­dził się Ekström. - To zabój­stwo poli­cjanta jest w tej chwili ważne. Ale powiedz mi... czy jest coś, co wska­zy­wa­łoby, że Salan­der jest przy­naj­mniej jakoś zamie­szana w te mor­der­stwa? Czy można sobie wyobra­zić, że to ona razem z Nie­der­man­nem doko­nała tych zbrodni?

- Wąt­pię. I raczej nie wygła­szał­bym takiej teo­rii publicz­nie.

- To w takim razie jak jest z tym powią­zana?

- To nie­zwy­kle skom­pli­ko­wana histo­ria. Dokład­nie tak jak Mikael Blom­kvist twier­dził od początku, tu cho­dzi o tego typa Zala... Alek­san­dra Zala­chenkę.

Na dźwięk nazwi­ska Blom­kvi­sta pro­ku­ra­tor Ekström wyraź­nie się naje­żył.

- Zala to były radziecki szpieg, bez­względny skry­to­bójca z okresu zim­nej wojny - mówił dalej Bublan­ski. - Przy­je­chał do Szwe­cji w latach sie­dem­dzie­sią­tych i został ojcem Lis­beth Salan­der. Opie­ko­wała się nim komórka Säpo. Zacie­rała ślady jego zbrodni. Jeden z funk­cjo­na­riu­szy Säpo dopil­no­wał też, żeby Lis­beth Salan­der została zamknięta w kli­nice psy­chia­trycz­nej dla mło­dzieży, kiedy miała trzy­na­ście lat i gro­ziła, że zdra­dzi tajem­nicę Zala­chenki.

- Rozu­miesz chyba, że tro­chę trudno to prze­łknąć. To nie jest histo­ria, z którą mogli­by­śmy iść do mediów. O ile dobrze zro­zu­mia­łem, wszystko, co doty­czy Zala­chenki, to infor­ma­cje ści­śle tajne.

- Ale praw­dziwe. Mam doku­menty.

- Czy mogę je przej­rzeć?

Bublan­ski pod­su­nął mu teczkę z rapor­tem z 1991 roku. Ekström w zamy­śle­niu przy­glą­dał się pie­czątce infor­mu­ją­cej, że doku­ment zawiera ści­śle tajne infor­ma­cje, i nume­rowi dzien­nika podaw­czego, który od razu ziden­ty­fi­ko­wał jako nale­żący do Säpo. Prze­wer­to­wał szybko liczący nie­mal sto stron plik papie­rów i prze­czy­tał kilka frag­men­tów, wybra­nych na chy­bił tra­fił. Wresz­cie odło­żył raport na bok.

- Musimy spró­bo­wać tro­chę to zała­go­dzić, żeby sprawa nie wymknęła się nam cał­ko­wi­cie spod kon­troli. A więc Lis­beth Salan­der została zamknięta w domu waria­tów, bo pró­bo­wała zabić swo­jego ojca... tego Zala­chenkę. A teraz jesz­cze zadała mu cios sie­kierą w głowę. W każ­dym razie należy to uznać za próbę mor­der­stwa. Trzeba ją też aresz­to­wać za postrze­le­nie Mag­gego Lun­dina w Stal­lar­hol­men.

- Możesz aresz­to­wać, kogo chcesz, ale na twoim miej­scu był­bym ostroż­niej­szy.

- To będzie skan­dal nie­by­wa­łych roz­mia­rów, jeśli cała ta histo­ria z Säpo wyj­dzie na świa­tło dzienne.

Bublan­ski wzru­szył ramio­nami. Jego obo­wiązki służ­bowe pole­gały na wyja­śnia­niu zbrodni, a nie na wyci­sza­niu skan­dali.

- Ten palant z Säpo, Gun­nar Björck. Co wiemy o jego roli?

- Jest jedną z głów­nych postaci. W tej chwili prze­bywa na zwol­nie­niu lekar­skim z powodu dys­ko­pa­tii, obec­nie mieszka w Sm?dalarö.

- Okej... na razie zacho­wamy mil­cze­nie w spra­wie Säpo. Teraz liczy się zabój­stwo poli­cjanta i nic innego. Powin­ni­śmy uni­kać zamie­sza­nia.

- Raczej trudno będzie wyci­szyć tę sprawę.

- Co masz na myśli?

- Wysła­łem Curta Svens­sona, żeby przy­wiózł Björcka na prze­słu­cha­nie. - Bublan­ski spoj­rzał na zega­rek. - Powinni tu być mniej wię­cej teraz.

- Co?

- Wła­ści­wie pla­no­wa­łem sam wybrać się na wycieczkę do Sm?dalarö, ale mor­der­stwo poli­cjanta mi prze­szko­dziło.

- Nie wyda­łem pozwo­le­nia na zatrzy­ma­nie Björcka.

- To prawda. Ale to nie jest aresz­to­wa­nie. Ścią­gam go tylko na prze­słu­cha­nie.

- Nie podoba mi się to.

Bublan­ski nachy­lił się do przodu, przez co wyglą­dał, jakby mówił nie­mal po przy­ja­ciel­sku.

- Richar­dzie... sprawa wygląda tak: Lis­beth Salan­der jest ofiarą wielu aktów prze­mocy doko­na­nych w świe­tle prawa. Zaczęło się, kiedy była jesz­cze dziec­kiem. Nie zamie­rzam pozwo­lić, żeby to trwało na­dal. Możesz ode­brać mi nad­zór nad śledz­twem, ale w takim razie będę zmu­szony napi­sać o tej spra­wie ostrą notatkę służ­bową.

Richard Ekström wyglą­dał, jakby wła­śnie połknął coś kwa­śnego.

Gun­nar Björck, prze­by­wa­jący na zwol­nie­niu lekar­skim zastępca szefa wydziału do spraw obco­kra­jow­ców w taj­nej poli­cji, otwo­rzył drzwi swo­jego let­niego domku w Sm?dalarö i pod­niósł wzrok na wyso­kiego, krótko ostrzy­żo­nego blon­dyna w czar­nej skó­rza­nej kurtce.

- Szu­kam Gun­nara Björcka.

- To ja.

- Curt Svens­son, poli­cja kry­mi­nalna.

Męż­czy­zna poka­zał legi­ty­ma­cję służ­bową.

- Słu­cham pana.

- Jest pan pro­szony o uda­nie się ze mną na Kung­shol­men, aby zło­żyć wyja­śnie­nia w śledz­twie w spra­wie Lis­beth Salan­der.

- Ehm... to musi być jakaś pomyłka.

- To nie jest pomyłka - stwier­dził Curt Svens­son.

- Pan mnie nie rozu­mie. Ja też jestem poli­cjan­tem. Sądzę, że powi­nien pan skon­sul­to­wać się w tej spra­wie ze swoim sze­fem.

- To wła­śnie mój szef pana wzywa.

- Muszę zadzwo­nić i...

- Może pan zadzwo­nić z Kung­shol­men.

Gun­nar Björck poczuł nagle, że ogar­nia go rezy­gna­cja.

Stało się. Zosta­łem w to wcią­gnięty. Pie­przony gno­jek Blom­kvist. Pie­przona Salan­der.

- Czy jestem zatrzy­many? - zapy­tał.

- W tej chwili nie. Ale możemy to zała­twić, jeśli pan sobie życzy.

- Nie... nie, oczy­wi­ście pojadę z panem. To jasne, że chcę poma­gać kole­gom ze służby zewnętrz­nej.

- To dobrze - stwier­dził Curt Svens­son i wszedł za gospo­da­rzem do środka. Czuj­nie obser­wo­wał Gun­nara Björcka, kiedy ten brał okry­cie i wyłą­czał eks­pres do kawy.

O jede­na­stej przed połu­dniem Mikael Blom­kvist przy­po­mniał sobie, że jego wyna­jęty samo­chód na­dal stoi zapar­ko­wany za sto­dołą przy wjeź­dzie do Gos­se­bergi, ale był tak wyczer­pany, że nie mógł po niego jechać, a jesz­cze mniej nada­wał się do pro­wa­dze­nia auta taki kawał drogi. Popro­sił o radę inspek­tora Mar­cusa Erlan­dera, a ten wspa­nia­ło­myśl­nie zała­twił sprawę tak, że jeden z tech­ni­ków kry­mi­nal­nych z Göteborga wróci samo­cho­dem Mika­ela do domu.

- Niech pan potrak­tuje to jako zadość­uczy­nie­nie za to, jak został pan potrak­to­wany dzi­siej­szej nocy.

Mikael ski­nął głową. Potem poje­chał tak­sówką do City Hotel­let przy Lorens­bergs­ga­tan, nie­da­leko Ave­nyn. Wyna­jął jed­no­oso­bowy pokój w cenie ośmiu­set koron za noc. Od razu poszedł do pokoju i zrzu­cił ubra­nie. Nagi usiadł na poście­lo­nym łóżku, z wewnętrz­nej kie­szeni kurtki wyjął palma tung­stena T3 nale­żą­cego do Lis­beth Salan­der i zwa­żył go w dłoni. Na­dal nie mógł uwie­rzyć, że mały kom­pu­ter nie został zare­kwi­ro­wany, kiedy komi­sarz Pauls­son go prze­szu­ki­wał, ale Pauls­son pew­nie zakła­dał, że to kom­pu­ter Mika­ela. Poza tym nie tra­fił do aresztu, gdzie prze­pro­wa­dzono by rewi­zję oso­bi­stą. Zasta­na­wiał się chwilę. Wresz­cie umie­ścił kom­pu­ter w prze­gródce swo­jej torby kom­pu­terowej, w któ­rej prze­cho­wy­wał już płytę CD pod­pi­saną "Bjur­man". Ją też Pauls­son prze­oczył. Zda­wał sobie sprawę, że z praw­nego punktu widze­nia ukrywa dowody w śledz­twie, lecz były to przed­mioty, któ­rych Lis­beth naj­praw­do­po­dob­niej nie chcia­łaby widzieć w nie­po­wo­ła­nych rękach.

Włą­czył komórkę i zauwa­żył, że bate­ria pra­wie wysia­dła, więc pod­łą­czył łado­warkę. Zadzwo­nił do sio­stry, mece­nas Anniki Gian­nini.

- Cześć, sio­stra.

- Co masz wspól­nego z zabój­stwem poli­cjanta dziś w nocy? - zapy­tała od razu.

Wyja­śnił pokrótce, co się wyda­rzyło.

- Okej. To zna­czy, że Salan­der jest na oddziale inten­syw­nej tera­pii.

- Tak jest. Póki się nie wybu­dzi, nie wiemy, jak poważne ma obra­że­nia, ale na pewno będzie potrze­bo­wała adwo­kata.

Annika Gian­nini zasta­na­wiała się chwilę.

- Czy myślisz, że zechcia­łaby mnie?

- Pew­nie w ogóle nie będzie chciała adwo­kata. Nie jest osobą, która chęt­nie prosi o pomoc.

- Ze sprawy wynika, że potrze­bo­wa­łaby adwo­kata spe­cja­li­zu­ją­cego się w spra­wach kar­nych. Czy mogła­bym spoj­rzeć na twoje mate­riały?

- Poroz­ma­wiaj z Eriką Ber­ger i poproś o kopie.

Potem Mikael zadzwo­nił do Eriki Ber­ger. Nie odbie­rała komórki, więc wystu­kał jej numer w redak­cji "Mil­len­nium". Ode­brał Henry Cor­tez.

- Erika gdzieś wyszła - powie­dział.

Mikael krótko stre­ścił ostat­nie wyda­rze­nia i popro­sił Henry'ego Cor­teza, żeby prze­ka­zał wia­do­mość redak­tor naczel­nej "Mil­len­nium".

- Okej. A co mamy robić? - zapy­tał Henry.

- Dzi­siaj nic - odparł Mikael. - Muszę się wyspać. Przy­jadę do Sztok­holmu jutro, o ile nie zda­rzy się nic nie­prze­wi­dzia­nego. "Mil­len­nium" opu­bli­kuje swoją wer­sję wyda­rzeń w następ­nym nume­rze, ale mamy na to jesz­cze pra­wie mie­siąc.

Zakoń­czył roz­mowę i wśli­znął się do łóżka. Zasnął przed upły­wem trzy­dzie­stu sekund.

Zastępca komen­danta regio­nal­nego poli­cji Monika Sp?ngberg zastu­kała dłu­go­pi­sem o brzeg szklanki z wodą mine­ralną i popro­siła o ciszę. Wokół stołu kon­fe­ren­cyj­nego w jej gabi­ne­cie zebrało się dzie­sięć osób. Trzy kobiety i sied­miu męż­czyzn. Grupa skła­dała się z szefa wydziału kry­mi­nal­nego, zastępcy szefa wydziału kry­mi­nal­nego, trzech inspek­to­rów kry­mi­nal­nych - jed­nym z nich był Mar­cus Erlan­der - oraz rzecz­nika pra­so­wego poli­cji w Göteborgu. Na naradę wezwano także pro­ku­ra­tor nad­zo­ru­jącą postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze Agnetę Jervas z pro­ku­ra­tury oraz inspek­to­rów Sonję Modig i Jer­kera Holm­berga ze sztok­holm­skiej poli­cji. Dwoje ostat­nich włą­czono do grupy, żeby oka­zać wolę współ­pracy z kole­gami ze sto­licy, a po czę­ści także po to, żeby poka­zać, jak wygląda praw­dziwe poli­cyjne śledz­two.

Sp?ngberg, która czę­sto była jedyną kobietą w męskim gro­nie, sły­nęła z tego, że nie tra­ciła czasu na for­mal­no­ści i gład­kie słówka. Wyja­śniła, że komen­dant poli­cji wyje­chał służ­bowo na kon­fe­ren­cję Euro­polu w Madry­cie i kiedy dowie­dział się o mor­der­stwie poli­cjanta, posta­no­wił wró­cić, ale jego powrotu spo­dzie­wano się dopiero póź­nym wie­czo­rem. Potem zwró­ciła się bez­po­śred­nio do szefa wydziału kry­mi­nal­nego Andersa Peh­rzona i popro­siła, by pokrótce przed­sta­wił sytu­ację.

- Minęło nieco ponad dzie­sięć godzin od zamor­do­wa­nia naszego kolegi Gun­nara Anders­sona przy dro­dze do Nos­se­bro. Znamy nazwi­sko mor­dercy, to Ronald Nie­der­mann, ale nie mamy jesz­cze jego zdję­cia.

- W Sztok­hol­mie mamy jego foto­gra­fię sprzed ponad dwu­dzie­stu lat. Dosta­li­śmy ją od Paola Roberto, ale pra­wie nie nadaje się do użytku - powie­dział Jer­ker Holm­berg.

- Okej. Radio­wóz, który upro­wa­dził, został zna­le­ziony, jak wia­domo, w Alings?s dzi­siaj rano. Stał zapar­ko­wany w bocz­nej uliczce, mniej wię­cej trzy­sta pięć­dzie­siąt metrów od sta­cji kole­jo­wej. Nie otrzy­ma­li­śmy rano zgło­sze­nia o kra­dzieży samo­chodu w oko­licy.

- Jak idą poszu­ki­wa­nia?

- Obser­wu­jemy pociągi przy­jeż­dża­jące do Sztok­holmu i Malmö. Posta­wi­li­śmy na nogi cały kraj. Poin­for­mo­wa­li­śmy poli­cję nor­we­ską i duń­ską. W tej chwili około trzy­dzie­stu poli­cjan­tów zaj­muje się bez­po­śred­nio śledz­twem i oczy­wi­ście wszy­scy mają oczy sze­roko otwarte.

- Żad­nych śla­dów?

- Żad­nych. Na razie. Ale osoba o tak cha­rak­te­ry­stycz­nym wyglą­dzie jak Nie­der­mann raczej nie powinna długo pozo­stać nie­zau­wa­żona.

- Czy ktoś wie, jak się czuje Fre­drik Tor­stens­son? - zapy­tał jeden z inspek­to­rów.

- Leży w Sahl­gren­ska. Jest ciężko ranny, mniej wię­cej jak po wypadku samo­cho­do­wym. Trudno uwie­rzyć, że jeden czło­wiek może tak potur­bo­wać dru­giego gołymi rękami. Oprócz poła­ma­nych nóg i zmiaż­dżo­nych żeber ma też uszko­dzony kręg szyjny. Ist­nieje nie­bez­pie­czeń­stwo, że będzie czę­ściowo spa­ra­li­żo­wany.

Zebrani przez kilka sekund roz­my­ślali nad poło­że­niem kolegi. Po chwili znów głos zabrała Monika Sp?ngberg. Zwró­ciła się do Erlan­dera:

- Co się wła­ści­wie wyda­rzyło w Gos­se­ber­dze?

- Tho­mas Pauls­son wyda­rzył się w Gos­se­ber­dze.

Kilku uczest­ni­ków zgod­nie wes­tchnęło.

- Czy nikt nie może go wysłać na eme­ry­turę? Prze­cież to jest cho­lerna cho­dząca kata­strofa.

- Znam Pauls­sona bar­dzo dobrze - powie­działa Monika Sp?ngberg surowo. - Ale nie sły­sza­łam żad­nych skarg na niego przez ostat­nie... chyba przez dwa lata.

- Tam­tej­szy komen­dant poli­cji jest sta­rym kum­plem Pauls­sona i pró­bo­wał mu pomóc, trzy­ma­jąc nad nim para­sol ochronny. W dobrej wie­rze, że tak powiem, nie chcę go tu kry­ty­ko­wać. Ale dziś w nocy Pauls­son zacho­wy­wał się dziw­nie do tego stop­nia, że wielu kole­gów zgła­szało tę sprawę.

- To zna­czy jak?

Mar­cus Erlan­der zer­k­nął na Sonję Modig i Jer­kera Holm­berga. Był wyraź­nie zaże­no­wany, że musi ujaw­nić sła­bość swo­ich sze­re­gów przed kole­gami ze Sztok­holmu.

- Naj­dziw­niej­sze jest to, że wysłał czło­wieka z ekipy tech­nicz­nej, żeby zro­bił inwen­ta­ry­za­cję dre­wutni, w któ­rej zna­leź­li­śmy Zala­chenkę.

- Inwen­ta­ry­za­cję dre­wutni? - powtó­rzyła zasko­czona Sp?ngberg.

- Tak... to zna­czy... chciał wie­dzieć, ile dokład­nie polan się tam znaj­duje. Żeby raport był kom­pletny.

Przy stole zapa­dło zna­czące mil­cze­nie. Erlan­der pośpiesz­nie dorzu­cił:

- Rano oka­zało się, że Pauls­son bie­rze co naj­mniej dwa leki psy­cho­tro­powe, xanor i efe­xor. Wła­ści­wie powi­nien być na zwol­nie­niu, ale ukry­wał swój stan przed kole­gami.

- Jaki stan? - zapy­tała surowo Sp?ngberg.

- Nie wiem oczy­wi­ście, co mu dokład­nie dolega, leka­rzy obo­wią­zuje tajem­nica, ale te środki, które bie­rze, mają czę­ściowo silne dzia­ła­nie prze­ciw­lę­kowe, czę­ściowo sty­mu­lu­jące. Był po pro­stu na nie­złym haju.

- Mój Boże - powie­działa Sp?ngberg z prze­ję­ciem. Wyglą­dała jak chmura burzowa, która prze­szła nad Göteborgiem rano. - Muszę natych­miast poroz­ma­wiać z Pauls­so­nem.

- To będzie raczej trudne. Dziś rano prze­szedł zała­ma­nie, jest w szpi­talu z powodu prze­mę­cze­nia. Mie­li­śmy po pro­stu mak­sy­mal­nego pecha, że to wła­śnie on miał wtedy służbę.

- Czy mogę o coś zapy­tać? - powie­dział szef wydziału kry­mi­nal­nego. - A więc Pauls­son aresz­to­wał Mika­ela Blom­kvi­sta w nocy?

- Napi­sał raport i zło­żył donie­sie­nie o znie­wa­że­niu funk­cjo­na­riu­sza, sta­wia­niu oporu wła­dzy i nie­le­gal­nym posia­da­niu broni.

- Co mówi Blom­kvist?

- Przy­znaje się do obrazy, ale twier­dzi, że to była obrona konieczna. Mówi, że opór pole­gał na tym, że w ostrych sło­wach usi­ło­wał zapo­biec temu, żeby Tor­stens­son i Anders­son jechali zapusz­ko­wać Nie­der­manna sami, bez posił­ków.

- Świad­ko­wie?

- Poli­cjanci Tor­stens­son i Anders­son. Chciał­bym jesz­cze dodać, że nie wie­rzę ani tro­chę w donie­sie­nie Pauls­sona o sta­wia­niu oporu. To typowe donie­sie­nie zapo­bie­gaw­cze, żeby mógł odrzu­cać póź­niej­sze skargi Blom­kvi­sta.

- Ale to zna­czy, że Blom­kvist sam obez­wład­nił Nie­der­manna? - zapy­tała pro­ku­ra­tor Agneta Jervas.

- Ster­ro­ry­zo­wał go bro­nią.

- A więc Blom­kvist miał broń. W takim razie aresz­to­wa­nie Blom­kvista mia­łoby przy­naj­mniej jakieś pod­stawy. Skąd miał broń?

- O tym nie chce mówić bez poro­zu­mie­nia z adwo­ka­tem. Ale Pauls­son aresz­to­wał Blom­kvi­sta, kiedy ten pró­bo­wał prze­ka­zać broń poli­cji.

- Czy mogła­bym zło­żyć nie­for­malną pro­po­zy­cję? - zapy­tała ostroż­nie Sonja Modig.

Wszy­scy spoj­rzeli w jej stronę.

- Spo­tka­łam Mika­ela Blom­kvi­sta kilka razy w cza­sie śledz­twa i w mojej oce­nie jest osobą, na któ­rej można pole­gać, choć jest dzien­ni­ka­rzem. Zakła­dam, że to pani podej­mie decy­zję w spra­wie oskar­że­nia... - Spoj­rzała na Agnetę Jervas, a ta kiw­nęła głową. - W takim razie ta histo­ria z obrazą i opo­rem to tylko bzdury, które pani, jak sądzę, od razu odrzuci.

- Pew­nie tak. Ale nie­le­galne posia­da­nie broni to coś poważ­niej­szego.

- Pro­po­no­wa­ła­bym, żeby pani trzy­mała rękę na pul­sie. Blom­kvist sam poskła­dał tę całą histo­rię z kawał­ków i wyprze­dził poli­cję. Wię­cej sko­rzy­stamy na dobrych kon­tak­tach i współ­pracy z nim niż na spro­wo­ko­wa­niu go, żeby roz­pra­wił się z poli­cją w mediach.

Umil­kła. Po kilku sekun­dach Mar­cus Erlan­der odchrząk­nął. Jeżeli Sonja Modig odwa­żyła się na takie wystą­pie­nie, nie chciał być gor­szy.

- Popie­ram. Ja także uwa­żam Blom­kvi­sta za czło­wieka roz­sąd­nego. Prze­pro­si­łem go nawet za takie trak­to­wa­nie. Wydaje mi się, że mógłby puścić to w nie­pa­mięć. Poza tym jest lojalny. Wyśle­dził, gdzie mieszka Lis­beth Salan­der, ale nie chce nam podać jej adresu. Nie boi się pod­jąć otwar­tej dys­ku­sji z poli­cją... a ma taką pozy­cję, że jego głos w mediach będzie się liczył tak samo jak wszyst­kie donie­sie­nia Pauls­sona.

- Ale nie chce nam prze­ka­zać infor­ma­cji o Salan­der?

- Mówi, że sami musimy ją o to zapy­tać.

- Co to była za broń? - zapy­tała Jervas.

- Colt 1911 govern­ment. Numer serii nie­znany. Wysła­łem go do labo­ra­to­rium, ale jesz­cze nie wia­domo, czy został użyty w Szwe­cji w związku z jakimś prze­stęp­stwem. Jeśli okaże się, że tak, to sprawa będzie wyglą­dała nieco ina­czej.

Monika Sp?ngberg unio­sła dłu­go­pis.

- Agneto, sama zde­cy­du­jesz, czy wsz­cząć postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze prze­ciwko Blom­kvi­stowi. Pro­po­nuję, żebyś pocze­kała na raport z labo­ra­to­rium. Idźmy dalej. Ten Zala­chenko... co może­cie o nim powie­dzieć, inspek­to­rzy ze Sztok­holmu?

- Pro­blem polega na tym, że do wczo­raj­szego popo­łu­dnia ni­gdy nie sły­sze­li­śmy ani o Zala­chence, ani o Nie­der­man­nie - odpo­wie­działa Sonja Modig.

- Wyda­wało mi się, że ści­ga­cie bandę les­bi­jek sata­ni­stek - ode­zwał się jeden z göteborskich poli­cjan­tów. Na twa­rzach kilku innych poka­zały się uśmie­chy. Jer­ker Holm­berg przy­glą­dał się swoim paznok­ciom. Pyta­nie było skie­ro­wane do Sonji Modig.

- Tak mię­dzy nami to mogę powie­dzieć, że też mamy swo­jego Tho­masa Pauls­sona w naszym wydziale i ta histo­ria z les­bij­kami to taki odprysk, który pocho­dzi wła­śnie od niego.

Następ­nie Sonja Modig i Jer­ker Holm­berg przez ponad pół godziny opo­wia­dali, do czego udało im się dojść.

Kiedy skoń­czyli, przy stole na dłuż­szą chwilę zapa­dła cisza.

- Jeśli ta sprawa z Gun­na­rem Björckiem się potwier­dzi, ludziom z Säpo zacznie się palić grunt pod sto­pami - stwier­dziła zastęp­czyni komen­danta Sp?ngberg.

Wszy­scy ski­nęli gło­wami. Agneta Jervas pod­nio­sła rękę.

- O ile dobrze rozu­miem, wasze podej­rze­nia opie­rają się w dużym stop­niu na przy­pusz­cze­niach i poszla­kach. Jako pro­ku­ra­tor jestem tro­chę zanie­po­ko­jona stroną dowo­dową.

- Zda­jemy sobie z tego sprawę - uspo­koił ją Jer­ker Holm­berg. - Wydaje nam się, że wiemy z grub­sza, co się stało, ale jest jesz­cze masa zna­ków zapy­ta­nia, które trzeba zba­dać.

- Rozu­miem, że zaj­mu­je­cie się zna­le­zi­skami wyko­pa­nymi w Nykvarn pod Södertälje - powie­działa Sp?ngberg. - Ilu mor­derstw doty­czy ta sprawa?

Jer­ker Holm­berg zamru­gał ze zmę­cze­nia.

- Zaczęło się od trzech mor­derstw w Sztok­hol­mie - to zabój­stwa, za które ści­gano Lis­beth Salan­der, czyli mece­nas Bjur­man, dzien­ni­karz Dag Svens­son i dok­to­rantka Mia Berg­man. W pobliżu maga­zynu w Nykvarn odkry­li­śmy dotych­czas trzy groby. Ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy zna­nego han­dla­rza nar­ko­ty­ków i zło­dzie­jaszka, który został poćwiar­to­wany i zako­pany. W dru­gim gro­bie zna­leź­li­śmy nie­zi­den­ty­fi­ko­waną jesz­cze kobietę. Trze­ciego grobu nie zdą­ży­li­śmy jesz­cze odko­pać. Wygląda na to, że jest tro­chę star­szy. Poza tym Mikael Blom­kvist zasu­ge­ro­wał, że to ma zwią­zek z mor­derstwem pro­sty­tutki w Södertälje kilka mie­sięcy temu.

- A więc jeśli doli­czyć poli­cjanta Gun­nara Anders­sona z Gos­se­bergi, mamy co naj­mniej osiem mor­derstw... to strasz­nie dużo. Czy podej­rze­wamy, że to Nie­der­mann popeł­nił wszyst­kie te zbrod­nie? W takim razie musi być kom­plet­nym sza­leń­cem, seryj­nym mor­dercą.

Sonja Modig i Jer­ker Holm­berg wymie­nili spoj­rze­nia. Teraz liczyło się, jak wią­żąco potrak­tują swoje wypo­wie­dzi. W końcu ode­zwała się Sonja Modig:

- Cho­ciaż rze­czy­wi­ście bra­kuje dowo­dów, to ja, a także mój szef, inspek­tor Jan Bublan­ski, jeste­śmy skłonni przy­znać Blom­kvi­stowi rację, kiedy twier­dzi, że trzy pierw­sze mor­der­stwa popeł­nił Nie­der­mann. Ozna­cza­łoby to, że Salan­der jest nie­winna. Jeśli cho­dzi o groby w Nykvarn, to Nie­der­mann jest powią­zany z tam­tym miej­scem poprzez porwa­nie przy­ja­ciółki Salan­der, Miriam Wu. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że to dla niej był prze­zna­czony czwarty grób. Ale te maga­zyny są wła­sno­ścią krew­nego szefa gangu Svavelsjö MC i zanim ziden­ty­fi­ku­jemy wszyst­kie szczątki, powin­ni­śmy zacze­kać z wycią­ga­niem wnio­sków.

- A ten zło­dzie­ja­szek, któ­rego ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście...

- Ken­neth Gusta­fs­son, czter­dzie­ści cztery lata, znany han­dlarz nar­ko­ty­ków i trudny przy­pa­dek od wcze­snej mło­do­ści. Na oko powie­dzia­ła­bym, że tu cho­dzi o jakieś wewnętrzne pora­chunki. Svavelsjö MC jest zamie­szane w roz­ma­ite drobne prze­stęp­stwa, w tym dys­try­bu­cję amfe­ta­miny. Mógłby to więc być leśny cmen­tarz dla tych, co nara­zili się Svavelsjö MC. Ale...

- Tak?

- Ta pro­sty­tutka, która została zamor­do­wana w Södertälje... nazywa się Irina Pie­trowa, miała dwa­dzie­ścia dwa lata.

- No i?

- Sek­cja zwłok wyka­zała, że została potrak­to­wana z nie­sły­chaną bru­tal­no­ścią, a jej obra­że­nia przy­po­mi­nają te, jakie mają osoby zatłu­czone kijem bejs­bo­lo­wym albo czymś podob­nym. Ale nie dało się ich jed­no­znacz­nie okre­ślić. Lekarz sądowy nie potra­fił okre­ślić, jakiego narzę­dzia użyto. Blom­kvist miał tu dobre sko­ja­rze­nie. Irina Pie­trowa miała obra­że­nia, które rów­nie dobrze mogłyby zostać zadane gołymi rękami...

- Nie­der­mann?

- To uza­sad­nione przy­pusz­cze­nie. Dowo­dów na razie brak.

- Co robimy dalej? - zapy­tała Sp?ngberg.

- Muszę nara­dzić się z Bublan­skim, ale jako następne posu­nię­cie nasuwa się oczy­wi­ście prze­słu­cha­nie Zala­chenki. Z naszej strony chcemy się dowie­dzieć, co on wie o mor­der­stwach w Sztok­hol­mie, wy zaś chce­cie dopaść Nie­der­manna.

Jeden z inspek­to­rów z Göteborga pod­niósł do góry palec.

- Czy mogę jesz­cze zapy­tać... co zna­leź­li­śmy w tam­tym domu w Gos­se­ber­dze?

- Bar­dzo nie­wiele. Cztery sztuki broni ręcz­nej. Sig sauer, roz­ło­żony na czę­ści do nasma­ro­wa­nia na stole kuchen­nym. Pol­ski P-38 wanad na pod­ło­dze, koło sofy kuchen­nej. Colt 1911 govern­ment - to ten pisto­let, który Blom­kvist pró­bo­wał oddać Pauls­so­nowi. I wresz­cie brow­ning kali­ber 22, który w tej kolek­cji wygląda pra­wie na zabawkę. Podej­rze­wamy, że to z niego postrze­lono Salan­der, skoro udało jej się prze­żyć z kulą w gło­wie.

- Coś jesz­cze?

- Zare­kwi­ro­wa­li­śmy torbę zawie­ra­jącą ponad dwie­ście tysięcy koron. Znaj­do­wała się w pokoju na pię­trze, w któ­rym miesz­kał Nie­der­mann.

- Jeste­ście pewni, że to jego pokój?

- Raczej tak, nosi ubra­nia w roz­mia­rze XXL. Zala­chenko co naj­wy­żej M.

- Czy jest coś, co łączy Zala­chenkę z dzia­łal­no­ścią prze­stęp­czą? - zapy­tał Jer­ker Holm­berg.

Erlan­der potrzą­snął głową.

- To zależy od tego, jak potrak­tu­jemy zna­le­zioną broń. Ale pomi­ja­jąc to oraz fakt, że Zala­chenko miał nie­zwy­kle skom­pli­ko­wany sys­tem kamer wokół domu, nie zna­leź­li­śmy niczego, co odróż­nia­łoby gospo­dar­stwo Gos­se­berga od innych wiej­skich gospo­darstw. Dom jest ume­blo­wany dość spar­tań­sko.

Tuż przed dwu­na­stą do drzwi zastu­kał umun­du­ro­wany poli­cjant. Podał Monice Sp?ngberg jakiś doku­ment. Zastęp­czyni komen­danta pod­nio­sła do góry palec.

- Dosta­li­śmy zgło­sze­nie zagi­nię­cia w Alings?s. Dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia pomoc den­ty­styczna Anita Kaspers­son wyszła z domu około wpół do ósmej rano. Odwio­zła dziecko do przed­szkola, potem o ósmej miała być w pracy. Ale się nie poja­wiła. Pra­cuje w pry­wat­nym gabi­ne­cie den­ty­stycz­nym, który mie­ści się mniej wię­cej sto pięć­dzie­siąt metrów od miej­sca, gdzie zna­le­ziono skra­dziony radio­wóz.

Erlan­der i Sonja Modig rów­no­cze­śnie spoj­rzeli na zegarki.

- A więc ma cztery godziny prze­wagi. Co to za samo­chód?

- Gra­na­towy renault, rocz­nik 1991. Tu są jego numery.

- Natych­miast ogło­sić poszu­ki­wa­nia samo­chodu. W tej chwili może być gdzie­kol­wiek mię­dzy Oslo, Malmö i Sztok­hol­mem.

Po kolej­nej godzi­nie kon­fe­ren­cja się zakoń­czyła. Zde­cy­do­wano, że Sonja Modig i Mar­cus Erlan­der wspól­nie prze­słu­chają Zala­chenkę.

Henry Cor­tez ze zmarsz­czo­nymi brwiami wodził wzro­kiem za Eriką Ber­ger. Wyszła ze swo­jego pokoju i znik­nęła w kuchni. Po kilku sekun­dach wyszła z kub­kiem kawy i wró­ciła do swo­jego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.

Henry Cor­tez nie potra­fił okre­ślić, co go nie­po­koi. "Mil­len­nium" było małą redak­cją, miej­scem, gdzie zwy­kle mię­dzy pra­cow­ni­kami zawią­zują się bli­skie rela­cje. Pra­co­wał tu na pół etatu od czte­rech lat i prze­żył już kilka zawi­ro­wań, jak choćby okres, kiedy Mikael Blom­kvist odsia­dy­wał trzy mie­siące wię­zie­nia za pomó­wie­nie, a pismo pra­wie upa­dło. Prze­żył mor­der­stwo współ­pra­cow­nika Daga Svens­sona i jego dziew­czyny Mii Berg­man.

Pod­czas tych wszyst­kich burz Erika Ber­ger była jak skała, nic nie mogło jej wypro­wa­dzić z rów­no­wagi. Nie zdzi­wił się, kiedy zadzwo­niła i obu­dziła go dziś rano, żeby zle­cić jemu i Lot­tie Karim pracę. Afera z Salan­der osią­gnęła punkt kul­mi­na­cyjny, a Mikael Blom­kvist był zamie­szany w zabój­stwo poli­cjanta w Göteborgu. Tyle było wia­domo. Lot­tie Karim zako­twi­czyła się w komen­dzie poli­cji i usi­ło­wała zdo­być jakieś sen­sowne infor­ma­cje. Henry poświę­cił ranek na tele­fo­no­wa­nie; usi­ło­wał poskła­dać puz­zle z wyda­rzeń ostat­niej nocy. Blom­kvist nie odbie­rał tele­fo­nów, ale dzięki kilku dobrym kon­tak­tom Henry uzy­skał cał­kiem nie­zły obraz sytu­acji.

Tym­cza­sem Erika Ber­ger przez całe popo­łu­dnie była nie­obecna duchem. Bar­dzo rzadko zamy­kała drzwi do swo­jego pokoju. Pra­wie wyłącz­nie wtedy, kiedy miała gości albo inten­syw­nie pra­co­wała nad jakąś sprawą. Tego ranka nie miała gości i nie pra­co­wała. Kiedy Henry kilka razy pukał do niej, żeby prze­ka­zać wia­do­mo­ści, zasta­wał ją na krze­śle przy oknie. Pogrą­żona w myślach, jakby apa­tyczna, patrzyła na rzekę ludzi w dole na Götgatan. Słu­chała jego rapor­tów w roz­tar­gnie­niu.

Coś było nie tak.

Roz­my­śla­nia prze­rwał mu dzwo­nek do drzwi. Otwo­rzył i wpu­ścił Annikę Gian­nini. Spo­tkał sio­strę Mika­ela Blom­kvi­sta już kilka razy, ale nie znał jej bli­żej.

- Cześć, Anniko - powie­dział. - Mika­ela dzi­siaj nie ma.

- Wiem. Przy­szłam poroz­ma­wiać z Eriką.

Erika Ber­ger roz­ko­ja­rzona spoj­rzała na gościa ze swo­jego miej­sca przy oknie, ale kiedy Henry wpro­wa­dził Annikę, wzięła się w garść.

- Cześć - powie­działa. - Mika­ela dzi­siaj nie ma.

Annika uśmiech­nęła się.

- Wiem. Przy­szłam po raport Björcka o Säpo. Micke pro­sił mnie, żebym rzu­ciła na niego okiem, na wypa­dek gdy­bym miała ewen­tu­al­nie repre­zen­to­wać Salan­der w sądzie.

Erika ski­nęła głową. Wstała i przy­nio­sła z biurka teczkę z doku­men­tami.

Annika zawa­hała się chwilę. Już była nie­mal na progu, ale zmie­niła zda­nie i usia­dła naprze­ciwko Eriki.

- No dobra, powiedz, jaki masz pro­blem.

- Odcho­dzę z "Mil­len­nium". I nie potra­fi­łam powie­dzieć o tym Mika­elowi. Był tak zaan­ga­żo­wany w sprawę Salan­der, że jakoś ni­gdy nie było oka­zji, a nie mogę powie­dzieć innym, póki nie poin­for­muję jego, więc teraz fatal­nie się z tym czuję.

Annika Gian­nini przy­gry­zła dolną wargę.

- I mówisz o tym mnie. Co będziesz robić?

- Będę redak­to­rem naczel­nym w "Sven­ska Mor­gon-Posten".

- Nie­źle. W takim razie na miej­scu są raczej gra­tu­la­cje niż płacz i zgrzy­ta­nie zębów.

- Ale ja nie chcia­łam odcho­dzić z "Mil­len­nium" w taki spo­sób. W samym środku takiej cho­ler­nej zawie­ru­chy. To spa­dło jak grom z jasnego nieba i nie mogłam odmó­wić. To jest po pro­stu taka szansa, która się nie powtó­rzy. Ale dosta­łam tę ofertę, na krótko zanim Dag i Mia zostali zastrze­leni, a potem było tu takie zamie­sza­nie, że wola­łam to ukryć. A teraz wyrzuty sumie­nia chyba mnie zagryzą.

- Rozu­miem. I boisz się powie­dzieć o tym Mika­elowi?

- Jesz­cze nikomu nie mówi­łam. Myśla­łam, że w SMP zacznę dopiero w lecie, że jesz­cze mam dużo czasu, żeby wszyst­kich przy­go­to­wać. Ale oni chcą, żebym prze­szła do nich jak naj­szyb­ciej.

Umil­kła, wpa­trzona w Annikę, a wyglą­dała przy tym, jakby zaraz miała się roz­pła­kać.

- Tak naprawdę to mój ostatni tydzień w "Mil­len­nium". W przy­szłym tygo­dniu wyjeż­dżam, potem... muszę mieć co naj­mniej tydzień urlopu, żeby się zre­ge­ne­ro­wać. A od pierw­szego maja zaczy­nam w SMP.

- A co by się stało, gdy­byś nagle wpa­dła pod samo­chód? Wtedy też zosta­liby bez naczel­nej, zupeł­nie bez uprze­dze­nia.

Erika pod­nio­sła wzrok.

- Ale nie wpa­dłam pod samo­chód. Świa­do­mie ukry­wa­łam prawdę przez kilka tygo­dni.

- Rozu­miem, że ta sytu­acja jest trudna, ale mam wra­że­nie, że Micke, Chri­ster i cała reszta jakoś sobie z tym pora­dzą. I uwa­żam, że powin­naś im o tym jak naj­szyb­ciej powie­dzieć.

- No tak, ale twój pie­przony bra­ci­szek jest dziś w Göteborgu. Śpi i nie odbiera tele­fo­nów.

- Wiem. Nie­wielu ludzi potrafi się migać przed odbie­ra­niem tele­fo­nów tak jak Mikael. Ale tu nie cho­dzi o cie­bie i Mic­kego. Wiem, że pra­co­wa­li­ście razem dwa­dzie­ścia lat albo coś koło tego, że byli­ście parą, ale musisz myśleć o Chri­ste­rze i całej redak­cji.

- Ale Mikael będzie...

- Mikael będzie cho­dził po ścia­nach. Oczy­wi­ście. Ale jeśli nie umie zaak­cep­to­wać tego, że po dwu­dzie­stu latach do cze­goś doszłaś, to zna­czy, że nie był wart tego czasu, który mu poświę­ci­łaś.

Erika wes­tchnęła.

- Głowa do góry. Zawo­łaj Chri­stera i resztę redak­cji. Teraz.

Kiedy Erika Ber­ger zwo­łała pra­cow­ni­ków "Mil­len­nium" do małej salki kon­fe­ren­cyj­nej, Chri­ster Malm był przez kilka sekund cał­ko­wi­cie oszo­ło­miony. Zebra­nie redak­cji zostało zapo­wie­dziane, aku­rat kiedy zbie­rał się do wyj­ścia. Chciał wyjść wcze­śniej, jak zwy­kle w piątki. Zer­k­nął na Henry'ego Cor­teza i Lot­tie Karim. Byli tak samo zasko­czeni jak on. Sekre­tarz redak­cji Malin Eriks­son też o niczym nie wie­działa, podob­nie repor­terka Monika Nils­son i szef mar­ke­tingu Sonny Magnus­son. W tym skła­dzie bra­ko­wało jedy­nie Mika­ela Blom­kvi­sta, który był w Göteborgu.

"A niech to szlag. Mikael o niczym nie wie - myślał Chri­ster Malm. - Cie­kaw jestem, jak zare­aguje".

Potem uświa­do­mił sobie, że Erika Ber­ger skoń­czyła mówić i zapa­dła przej­mu­jąca cisza. Otrzą­snął się szybko, wstał, objął Erikę i poca­ło­wał w poli­czek.

- Gra­tu­la­cje, Ricky - powie­dział. - Redak­tor naczelna SMP. To nie­zły skok z tej naszej małej łajby.

Henry Cor­tez też oprzy­tom­niał i zaczął kla­skać. Erika pod­nio­sła ręce.

- Stop - powie­działa. - Nie zasłu­ży­łam dzi­siaj na okla­ski.

Urwała na chwilę, żeby spoj­rzeć na pra­cow­ni­ków małej redak­cji "Mil­len­nium".

- Posłu­chaj­cie... jest mi bar­dzo przy­kro, że to tak wypa­dło. Chcia­łam o tym powie­dzieć już kilka tygo­dni temu, ale nie umia­łam tego zro­bić w zamie­sza­niu po tych mor­der­stwach. Mikael i Malin pra­co­wali jak opę­tani i po pro­stu nie było warun­ków. Dla­tego się tu zna­leź­li­śmy.

Malin Eriks­son uświa­do­miła sobie z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią, jak bra­kuje w redak­cji ludzi i jak strasz­nie pusto będzie bez Eriki. Wszystko jedno, co się działo, naj­więk­szy chaos czy inna zawie­ru­cha, ona zawsze była jak skała, była opar­ciem, na które Malin zawsze mogła liczyć, zawsze nie­za­chwiana pośród burz. Cóż... nic dziw­nego, że "Sven­ska Mor­gon-Posten" ją zwer­bo­wała. Ale co się teraz z nimi sta­nie? Erika zawsze była w "Mil­len­nium" naj­waż­niej­szą posta­cią.

- Jest kilka spraw, które musimy roz­wią­zać. Rozu­miem, że w redak­cji może się zro­bić nie­spo­koj­nie. Naprawdę tego nie chcia­łam, ale stało się, jak się stało. Po pierw­sze: nie porzucę cał­kiem "Mil­len­nium". Na­dal będę udzia­łow­cem, będę uczest­ni­czyć w zebra­niach zarządu. Nie będę miała nato­miast, co oczy­wi­ste, żad­nego wpływu na pracę redak­cyjną - to pro­wa­dzi­łoby tylko do kon­fliktu inte­re­sów.

Chri­ster Malm kiw­nął głową w zamy­śle­niu.

- Po dru­gie: for­mal­nie odcho­dzę z ostat­nim dniem kwiet­nia. Ale w prak­tyce dziś jest mój ostatni dzień. W przy­szłym tygo­dniu wyjeż­dżam, podróż była zapla­no­wana już wcze­śniej. Posta­no­wi­łam, że nie będę już wra­cać, żeby rzą­dzić przez te kilka dni, które zostaną.

Zamil­kła na chwilę.

- Następny numer jest już gotowy. Bra­kuje jesz­cze tylko paru dro­bia­zgów. To będzie mój ostatni. Potem ster musi prze­jąć inny redak­tor naczelny. Dziś wie­czo­rem opróż­nię swoje biurko.

Cisza była przy­tła­cza­jąca.

- O tym, kto przej­mie funk­cję redak­tora naczel­nego, musi zade­cy­do­wać zarząd. Ale wy w redak­cji też powin­ni­ście o tym pody­sku­to­wać.

- Mikael - rzu­cił Chri­ster Malm.

- Nie. W żad­nym wypadku nie Mikael. Byłby naj­gor­szym redak­to­rem naczel­nym, jakiego mogli­by­ście wybrać. Jest wspa­niały jako wydawca i świetny w szu­ka­niu mie­lizn w tek­stach i łącze­niu mate­ria­łów do publi­ka­cji. Jest hamul­co­wym. Redak­tor naczelny musi być ofen­sywny. Poza tym Mikael ma skłon­ność do zako­py­wa­nia się we wła­snych histo­riach i jest potem nie­obecny całymi tygo­dniami. Jest nie­zrów­nany, kiedy robi się gorąco, ale kom­plet­nie nie nadaje się do zadań ruty­no­wych. Wszy­scy to wie­cie.

Chri­ster ski­nął.

- "Mil­len­nium" dzia­łało dla­tego, że ty i Mikael rów­no­wa­ży­li­ście się nawza­jem.

- Ale nie tylko dla­tego. Pamię­ta­cie chyba, jak Mikael sie­dział sobie w Hede­stad i dąsał się pra­wie cały cho­lerny rok. Wtedy "Mil­len­nium" funk­cjo­no­wało bez niego, tak samo jak teraz musi sobie pora­dzić beze mnie.

- Okej. Jaki masz plan?

- Pro­po­no­wa­ła­bym, żebyś to ty, Chri­ste­rze, prze­jął obo­wiązki naczel­nego...

- Ni­gdy w życiu. - Chri­ster Malm opę­dzał się przed pro­po­zy­cją obiema rękami.

- ...ale ponie­waż wie­dzia­łam, że odmó­wisz, mam inne roz­wią­za­nie. Malin. Od dzi­siaj ty będziesz peł­nić obo­wiązki redak­tora naczel­nego.

- Ja?! - wykrzyk­nęła Malin.

- Wła­śnie tak. Jako sekre­tarz redak­cji byłaś wspa­niała.

- Ale ja...

- Spró­buj. Dziś wie­czo­rem sprzątnę swoje biurko. Możesz się prze­nieść w ponie­dzia­łek rano. Numer majowy jest wła­ści­wie skoń­czony. Tro­chę się z nim namę­czy­li­śmy. W czerwcu będzie numer podwójny, a potem mamy wolne przez mie­siąc. Jeśli nie wyj­dzie, w sierp­niu zarząd będzie musiał zna­leźć kogoś nowego. Henry, ty przej­dziesz na cały etat i zastą­pisz Malin na sta­no­wi­sku sekre­ta­rza redak­cji. Potem musi­cie zatrud­nić nowego pra­cow­nika. Ale to już wasza decy­zja, i zarządu.

Zamil­kła i przez chwilę spo­glą­dała w zamy­śle­niu na zebra­nych.

- Jesz­cze jedno. Zaczy­nam pracę w innej gaze­cie. Wpraw­dzie SMP i "Mil­len­nium" prak­tycz­nie nie kon­ku­rują ze sobą, ale to zna­czy, że nie chcę nic wie­dzieć o zawar­to­ści następ­nego numeru. Wszyst­kie te sprawy od tej chwili oma­wia­cie z Malin.

- A co zro­bimy z histo­rią Salan­der? - zapy­tał Henry Cor­tez.

- Zwróć się z tym do Mika­ela. Wiem co nieco o spra­wie Salan­der, ale zamy­kam to na klucz. Nie przej­dzie do SMP.

Nagle Erika poczuła ogromną ulgę.

- To wszystko - powie­działa, koń­cząc zebra­nie. Wstała i bez dal­szych komen­ta­rzy poszła do swo­jego pokoju.

Pra­cow­nicy "Mil­len­nium" sie­dzieli pogrą­żeni w ciszy. Dopiero godzinę póź­niej Malin Eriks­son zapu­kała do Eriki.

- Cześć.

- Tak? - powie­działa Erika.

- Chcie­li­by­śmy coś powie­dzieć.

- Co?

- Wyjdź z pokoju.

Erika pode­szła do drzwi. Zoba­czyła nakryty stół, kawę i ciastka.

- Chcemy jesz­cze urzą­dzić praw­dziwą imprezę na twoją cześć - powie­dział Chri­ster Malm. - Ale na razie muszą wystar­czyć kawa i ciastka.

Erika Ber­ger uśmiech­nęła się po raz pierw­szy tego dnia.

Roz­dział 3

Pią­tek, 8 kwiet­nia - sobota, 9 kwiet­nia

Alek­san­der Zala­chenko był przy­tomny od ośmiu godzin, kiedy Sonja Modig i Mar­cus Erlan­der przy­szli do niego około siód­mej wie­czo­rem. Prze­szedł dość skom­pli­ko­waną ope­ra­cję. Zre­kon­stru­owano mu dużą część kości policz­ko­wej i spo­jono tyta­no­wymi śru­bami. Jego głowa była nie­mal cał­ko­wi­cie zaban­da­żo­wana, widać było tylko lewe oko. Jeden z leka­rzy wytłu­ma­czył mu, że ude­rze­nie sie­kierą zmiaż­dżyło kość policz­kową, uszko­dziło kość czo­łową, a także pozba­wiło znacz­nej czę­ści mię­śni po pra­wej stro­nie twa­rzy oraz naru­szyło oczo­dół. Obra­że­nia powo­do­wały nie­zno­śny ból. Zala­chenko otrzy­my­wał duże dawki środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, lecz mimo to zacho­wy­wał świa­do­mość i mógł roz­ma­wiać. Poli­cjan­tom nie pozwo­lono tylko za bar­dzo go zmę­czyć.

- Dobry wie­czór, panie Zala­chenko - przy­wi­tała się Sonja Modig. Potem przed­sta­wiła sie­bie i Erlan­dera.

- Nazy­wam się Karl Axel Bodin - wyce­dził z tru­dem Zala­chenko przez zaci­śnięte zęby. Mówił spo­koj­nie.

- Wiem bar­dzo dobrze, kim pan jest. Czy­ta­łam listę pań­skich zasług w Säpo.

Nie do końca była to prawda, gdyż Säpo nie wydało jesz­cze ani jed­nego doku­mentu o Zala­chence.

- To było dawno temu - odparł Zala­chenko. - Teraz nazy­wam się Karl Axel Bodin.

- Jak się pan czuje? - mówiła dalej Sonja Modig. - Czy da pan radę roz­ma­wiać?

- Chcia­łem zgło­sić prze­stęp­stwo. Padłem ofiarą próby mor­der­stwa ze strony mojej córki.

- Wiemy o tym. Ta sprawa zosta­nie wyja­śniona w swoim cza­sie - powie­dział Erlan­der. - Teraz mamy do omó­wie­nia waż­niej­sze sprawy.

- Co może być waż­niej­szego od próby zabój­stwa?

- Chcie­li­by­śmy usły­szeć, co pan wie o trzech mor­der­stwach popeł­nio­nych w Sztok­hol­mie, co naj­mniej trzech w Nykvarn oraz porwa­niu.

- Nic mi o tym nie wia­domo. Kto został zamor­do­wany?

- Panie Bodin, mamy mocne pod­stawy do przy­pusz­czeń, że win­nym tych prze­stępstw jest pań­ski kom­pan, Ronald Nie­der­mann - powie­dział Erlan­der. - Ponadto minio­nej nocy Nie­der­mann zamor­do­wał poli­cjanta z Trollhättan.

Sonja Modig była nieco zasko­czona, że Erlan­der bie­rze pod uwagę życze­nie Zala­chenki i zwraca się do niego nazwi­skiem Bodin. Zala­chenko prze­krę­cił lekko głowę, żeby lepiej widzieć Erlan­dera. Jego głos tro­chę zła­god­niał.

- To przy­kra... wia­do­mość. Nie wiem, co robi Nie­der­mann. Nie zamor­do­wa­łem poli­cjanta. Ja sam omal nie zosta­łem dziś w nocy zamor­do­wany.

- Ronald Nie­der­mann jest poszu­ki­wany. Czy ma pan poję­cie, gdzie mógłby się ewen­tu­al­nie ukry­wać?

- Nie wiem, w jakich krę­gach się obraca. Ja... - Zala­chenko wahał się kilka sekund. Potem dodał kon­fi­den­cjo­nal­nym szep­tem: - Muszę przy­znać... mię­dzy nami... że cza­sami nie­po­ko­iłem się o Nie­der­manna.

Erlan­der nachy­lił się ku niemu.

- Co pan ma na myśli?

- Zauwa­ży­łem, że potrafi być bar­dzo bru­talny. Wła­ści­wie to się go nawet boję.

- Chce pan powie­dzieć, że czuł się zagro­żony przez Nie­der­manna?

- Zga­dza się. Jestem sta­rym czło­wie­kiem. Nie mogę się bro­nić.

- Czy może nam pan obja­śnić swoje powią­za­nia z Nie­der­man­nem? - spy­tał Erlan­der.

- Jestem nie­peł­no­sprawny. - Zala­chenko wska­zał swoją stopę. - To już drugi raz moja córka pró­bo­wała mnie zabić. Zaan­ga­żo­wa­łem Nie­der­manna do pomocy przed wielu laty. Mia­łem nadzieję, że będzie mnie chro­nił... ale tak naprawdę to on prze­jął kon­trolę nad moim życiem. Robi, co chce, a ja nie mam nic do powie­dze­nia.

- A w czym panu pomaga? - wtrą­ciła Sonja Modig. - W spra­wach, z któ­rymi pan sam nie daje sobie rady?

Zala­chenko jedy­nym widocz­nym okiem posłał Sonji Modig dłu­gie spoj­rze­nie.

- Jak zro­zu­mia­łam, córka ponad dzie­sięć lat temu wrzu­ciła do pań­skiego samo­chodu kok­tajl Moło­towa. Czy może pan powie­dzieć, co ją popchnęło do tego czynu?

- Pro­szę o to zapy­tać moją córkę. Jest chora psy­chicz­nie.

W jego gło­sie znów poja­wiła się wro­gość.

- Czyli twier­dzi pan, że nie zna powodu, dla któ­rego Lis­beth Salan­der zaata­ko­wała pana w 1991 roku.

- Moja córka jest chora psy­chicz­nie. Ist­nieje doku­men­ta­cja w tej spra­wie.

Sonja Modig prze­krzy­wiła głowę. Zauwa­żyła, że Zala­chenko odpo­wia­dał bar­dziej wrogo i agre­syw­nie, kiedy to ona zada­wała pyta­nia. Poczuła, że Erlan­der też to zauwa­żył. Okej... Good cop, bad cop. Potem ode­zwała się nieco gło­śniej.

- Nie sądzi pan, że jej postę­pek miał coś wspól­nego z tym, że pobił pan jej matkę tak poważ­nie, że doznała trwa­łego uszko­dze­nia mózgu?

Zala­chenko spo­glą­dał na Sonję Modig ze spo­koj­nym wyra­zem twa­rzy.

- To jakieś cho­lerne bzdury. Jej matka była kurwą. Pew­nie jakiś klient ją stłukł. Ja zna­la­złem się tam przy­pad­kiem.

Sonja Modig unio­sła brwi.

- A więc jest pan cał­ko­wi­cie nie­winny?

- Oczy­wi­ście.

- Zala­chenko... nie wiem, czy dobrze zro­zu­mia­łam. A więc zaprze­cza pan, że pobił swoją ówcze­sną kon­ku­binę Agnetę Salan­der, matkę Lis­beth Salan­der, mimo że ta sprawa była przed­mio­tem obszer­nego taj­nego docho­dze­nia, pro­wa­dzo­nego przez pań­skiego ówcze­snego opie­kuna w Säpo Gun­nara Björcka.

- Ni­gdy nie zosta­łem za nic ska­zany. Nie byłem nawet oskar­żony. Nie odpo­wia­dam za to, co jakiś czu­bek z taj­nej poli­cji zmy­śla w swo­ich rapor­tach. Gdy­bym był podej­rzany, powinni mnie chyba przy­naj­mniej prze­słu­chać.

Sonja Modig zanie­mó­wiła. Zala­chenko wyglą­dał tak, jakby uśmiech­nął się pod ban­da­żami.

- A więc chcia­łem zło­żyć donie­sie­nie na moją córkę. Usi­ło­wała mnie zabić.

Sonja Modig wes­tchnęła.

- Zaczy­nam rozu­mieć, dla­czego Lis­beth Salan­der mogła czuć potrzebę rąb­nię­cia pana sie­kierą w głowę.

Erlan­der chrząk­nął.

- Prze­pra­szam, panie Bodin... może powin­ni­śmy powró­cić do pyta­nia, co pan wie o zamia­rach Ronalda Nie­der­manna.

Sonja Modig zadzwo­niła do inspek­tora Bublan­skiego z kory­ta­rza przed poko­jem Zala­chenki.

- Nic - powie­działa.

- Nic? - powtó­rzył inspek­tor.

- Zło­żył donie­sie­nie prze­ciwko Lis­beth Salan­der: bru­talne uszko­dze­nie ciała i próba zabój­stwa. Twier­dzi, że nie ma nic wspól­nego z mor­der­stwami w Sztok­hol­mie.

- A jak tłu­ma­czy fakt, że Lis­beth Salan­der została zako­pana na jego pose­sji w Gos­se­ber­dze?

- Mówi, że był prze­zię­biony i spał przez cały dzień. Jeśli Salan­der została postrze­lona w Gos­se­ber­dze, to musi to być jakaś akcja Ronalda Nie­der­manna.

- Okej. Co mamy?

- Została postrze­lona z brow­ninga kali­ber 22. Dla­tego jesz­cze żyje. Zna­leź­li­śmy broń. Zala­chenko przy­znaje, że należy do niego.

- Ach tak. Czyli, innymi słowy, zdaje sobie sprawę, że na pisto­le­cie znaj­dziemy jego odci­ski pal­ców.

- Wła­śnie. Ale mówi, że kiedy ostatni raz widział tego brow­ninga, leżał w jego szu­fla­dzie.

- A więc przy­pusz­czal­nie to ów nie­zrów­nany Ronald Nie­der­mann wziął rewol­wer, gdy Zala­chenko spał, i strze­lał do Salan­der. Czy możemy udo­wod­nić, że było ina­czej?

Sonja Modig namy­ślała się kilka sekund. Potem powie­działa:

- Jest dobrze obe­znany ze szwedz­kim pra­wem i meto­dami poli­cji. Nie przy­znaje się do niczego, a Nie­der­mann będzie robił za ofiarę. Nie mam poję­cia, co możemy mu udo­wod­nić. Pro­si­łam Erlan­dera, żeby wysłał jego ciu­chy do labo­ra­to­rium i zba­dał je pod kątem obec­no­ści pro­chu, ale pew­nie będzie twier­dził, że tylko ćwi­czył strze­la­nie z tej broni dwa dni wcze­śniej.

Lis­beth Salan­der czuła zapach mig­da­łów i eta­nolu. Miała wra­że­nie, że ma w ustach spi­ry­tus, i pró­bo­wała go prze­łknąć, ale język miała ścierp­nięty i spa­ra­li­żo­wany. Usi­ło­wała otwo­rzyć oczy, ale nie była do tego zdolna. Sły­szała daleki głos, który zda­wał się prze­ma­wiać do niej, ale nie rozu­miała słów. Potem usły­szała jasno i wyraź­nie:

- Wydaje mi się, że wła­śnie się budzi.

Poczuła, że ktoś dotyka jej czoła. Pró­bo­wała odsu­nąć natar­czywą dłoń. W tym samym momen­cie w lewym ramie­niu poczuła przej­mu­jący ból. Pod­dała się.

- Czy pani mnie sły­szy?

Odejdź.

- Czy pani może otwo­rzyć oczy?

Co za cho­lerny idiota się tak przy­cze­pił.

W końcu otwo­rzyła oczy. Naj­pierw widziała tylko nie­zwy­kłe świe­tli­ste punkty, potem uka­zała się jej jakaś syl­wetka. Sta­rała się nadać spoj­rze­niu ostrość, ale postać przez cały czas się wymy­kała. Czuła się tak, jakby miała potęż­nego kaca, a łóżko cią­gle prze­chy­lało się do tyłu.

- Str­stlln - powie­działa.

- Co pani mówiła?

- Diota - powie­działa.

- To brzmi dobrze. Czy może pani jesz­cze raz otwo­rzyć oczy?

Roz­chy­liła powieki w dwie wąskie szparki. Widziała obcą twarz i zapi­sała w pamięci każdy jej szcze­gół. Jasno­włosy męż­czy­zna o nie­zwy­kle nie­bie­skich oczach, krzy­wej, kan­cia­stej twa­rzy, odda­lo­nej o jakieś dzie­sięć cen­ty­me­trów od jej twa­rzy.

- Witam. Nazy­wam się Anders Jonas­son. Jestem leka­rzem. Jest pani w szpi­talu. Jest pani ranna i po ope­ra­cji. Czy wie pani, jak się nazywa?

- Psza­landr - powie­działa Lis­beth Salan­der.

- Dobrze. Czy może pani coś dla mnie zro­bić? Może pani poli­czyć do dzie­się­ciu?

- Jeden, dwa, cztery... nie... trzy, cztery, pięć, sześć...

Potem znowu zapa­dła w sen.

Ale dok­tor Anders Jonas­son był zado­wo­lony. Powie­działa, jak się nazywa, i zaczęła liczyć. To świad­czyło o tym, że jej zdol­ność myśle­nia była względ­nie nie­na­ru­szona, czyli nie obu­dzi się jako warzywo. Zano­to­wał godzinę wybu­dze­nia: dwu­dzie­sta pierw­sza sześć, ponad sześć godzin po ope­ra­cji. Sam prze­spał więk­szą część dnia i wró­cił do szpi­tala około siód­mej wie­czo­rem. Wła­ści­wie miał wolne, ale zostało mu tro­chę papier­ko­wej roboty.

I po pro­stu nie mógł nie zaj­rzeć na OIOM, do pacjentki, w któ­rej mózgu grze­bał nad ranem.

- Niech jesz­cze tro­chę pośpi, pil­nuj­cie jej EEG. Boję się, że może dojść do obrzę­ków lub krwa­wie­nia w mózgu. Miała chyba ostry ból w ramie­niu, kiedy pró­bo­wała poru­szyć ręką. Kiedy się obu­dzi, pro­szę jej poda­wać dwa mili­gramy mor­finy co godzinę.

Kiedy wycho­dził głów­nym wej­ściem szpi­tala Sahl­gren­ska, odczu­wał dziwną radość.

Krótko przed drugą nad ranem Lis­beth Salan­der obu­dziła się po raz drugi. Powoli otwo­rzyła oczy i zoba­czyła snop świa­tła na sufi­cie. Po kilku minu­tach odwró­ciła głowę i uświa­do­miła sobie, że na szyi ma koł­nierz orto­pe­dyczny. Czuła tępy ból głowy i ostry ból ramie­nia, kiedy pró­bo­wała prze­su­nąć cię­żar ciała. Zamknęła oczy.

"Szpi­tal - pomy­ślała natych­miast. Co ja tu robię?"

Czuła się skraj­nie wyczer­pana. Naj­pierw z tru­dem zbie­rała myśli. Potem poja­wiło się kilka ode­rwa­nych obra­zów.

Na kilka sekund ogar­nęła ją panika. Zalały ją wspo­mnie­nia o tym, jak wydo­sta­wała się z grobu. Potem zagry­zła mocno zęby i skon­cen­tro­wała się na oddy­cha­niu.

Stwier­dziła, że żyje. Tylko nie była jesz­cze pewna, czy to dobrze, czy źle.

Nie pamię­tała dokład­nie, co się wyda­rzyło, ale przy­po­mniała sobie roz­mytą mozaikę obra­zów z dre­wutni, jak w szale zamie­rzyła się sie­kierą i tra­fiła ojca w twarz. Zala­chenko. Nie wie­działa, czy umarł, czy żyje.

Nie mogła sobie przy­po­mnieć, co się stało z Nie­der­man­nem. Miała wspo­mnie­nie zasko­cze­nia, kiedy zaczął ucie­kać, śmier­tel­nie prze­ra­żony, a ona nie rozu­miała dla­czego.

Nagle przy­po­mniała sobie, że widziała Pie­przo­nego Kal­lego Blom­kvi­sta. Nie była pewna, czy jej się to wszystko nie śniło, ale pamię­tała kuch­nię - to musiała być kuch­nia w Gos­se­ber­dze - i że wyda­wało jej się, że on do niej pod­cho­dzi. Chyba mia­łam halu­cy­na­cje.

Wyda­rze­nia z Gos­se­bergi zda­wały się już bar­dzo odle­głe albo spra­wiały wra­że­nie nie­do­rzecz­nego snu. Skon­cen­tro­wała się na chwili obec­nej.

Była ranna. Nikt nie musiał jej o tym infor­mo­wać. Pod­nio­sła prawą rękę i poma­cała się po gło­wie. Była grubo oban­da­żo­wana. Potem nagle sobie przy­po­mniała. Nie­der­mann. Zala­chenko. Pie­przony dziad też miał pisto­let. Brow­ning, kali­ber 22. Który w porów­na­niu z innymi pisto­letami spra­wiał wra­że­nie dość nie­szko­dli­wego. To dla­tego prze­żyła.

Zosta­łam postrze­lona w głowę. Mogła­bym wsa­dzić palec do dziury po kuli i dotknąć wła­snego mózgu.

Dzi­wiła się, że żyje. Zauwa­żyła, że czuje się oso­bli­wie zobo­jęt­niała, wła­ści­wie wcale jej to nie obcho­dziło. Jeśli śmierć była taką czarną pustką, z któ­rej wła­śnie się obu­dziła, to nie trzeba było się jej tak bać. Nie zauwa­ży­łaby róż­nicy.

Pogrą­żona w takich roz­my­śla­niach, zamknęła oczy i znów zasnęła.

Drze­mała tylko kilka minut, kiedy usły­szała jakieś odgłosy. Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała przez wąskie szparki. Zoba­czyła pie­lę­gniarkę w bia­łym far­tu­chu, która pochy­lała się nad nią. Zamknęła oczy i uda­wała, że śpi.

- Wydaje mi się, że pani już nie śpi - powie­działa pie­lę­gniarka.

- Mhm - powie­działa Lis­beth Salan­der.

- Mam na imię Marianne. Czy rozu­mie pani, co mówię?

Lis­beth spró­bo­wała kiw­nąć głową, ale przy­po­mniała sobie, że jej głowa jest unie­ru­cho­miona w koł­nie­rzu.

- Nie, pro­szę nie pró­bo­wać się ruszać. Nie musi pani się bać. Jest pani po ope­ra­cji.

- Mogę dostać wody?

Marianne podała jej wodę przez słomkę. Pijąc, zauwa­żyła, że po jej lewej stro­nie poja­wiła się jesz­cze jedna osoba.

- Dzień dobry, Lis­beth. Czy pani mnie sły­szy?

- Mhm - odparła Lis­beth.

- Jestem dok­tor Helena Endrin. Czy wie pani, gdzie pani jest?

- Szpi­tal.

- Jest pani w szpi­talu Sahl­gren­ska w Göteborgu. Była pani ope­ro­wana i teraz znaj­duje się na oddziale inten­syw­nej opieki medycz­nej.

- Mhm.

- Nie musi się pani niczego oba­wiać.

- Zosta­łam postrze­lona w głowę.

Dok­tor Endrin wahała się przez moment.

- To prawda. Czy pamięta pani, co się stało?

- Ten pie­przony dziad miał pisto­let.

- Ech... tak, no wła­śnie.

- Kali­ber 22.

- Ach tak? Tego nie wie­dzia­łam.

- Jak poważne mam obra­że­nia?

- Roko­wa­nia są dobre. Było z panią źle, ale sądzimy, że ma pani duże szanse, żeby cał­ko­wi­cie odzy­skać zdro­wie.

Lis­beth roz­wa­żała to, co usły­szała. Potem sku­piła wzrok na dok­tor Endrin. Zauwa­żyła, że widzi ją tro­chę nie­wy­raź­nie.

- Co się stało z Zala­chenką?

- Z kim?

- Pie­przo­nym dzia­dem. Żyje?

- Cho­dzi pani o Karla Axela Bodina?

- Nie, cho­dzi mi o Alek­san­dra Zala­chenkę. To jego praw­dziwe nazwi­sko.

- Nic o tym nie wiem. A ten star­szy męż­czy­zna, któ­rego przy­wie­ziono razem z panią, miał cięż­kie obra­że­nia, ale jego życiu nie zagraża nie­bez­pie­czeń­stwo.

Serce Lis­beth na chwilę sta­nęło. Roz­my­ślała nad sło­wami lekarki.

- Gdzie on jest?

- W pokoju obok. Ale nie powinna się pani nim przej­mo­wać. Niech pani myśli o tym, żeby wró­cić do zdro­wia.

Lis­beth zamknęła oczy. Zasta­na­wiała się przez chwilę, czy da radę pod­nieść się z łóżka, zna­leźć jakąś nada­jącą się do użytku broń i dokoń­czyć to, co zaczęła. Potem odsu­nęła te myśli. Nie mogła nawet utrzy­mać otwar­tych oczu. Czyli, innymi słowy, jej plan zabi­cia Zala­chenki się nie powiódł. Znowu uda mu się umknąć.

- Muszę panią zba­dać. A potem może pani jesz­cze pospać - powie­działa dok­tor Endrin.

Mikael Blom­kvist obu­dził się nagle i bez przy­czyny. Przez kilka sekund nie mógł sobie przy­po­mnieć, gdzie się znaj­duje, a po chwili uświa­do­mił sobie, że jest w City Hotel. W pokoju było ciemno. Zapa­lił lampkę przy łóżku i spoj­rzał na zega­rek. Wpół do trze­ciej nad ranem. Spał pięt­na­ście godzin bez prze­rwy.

Wstał z łóżka i poszedł do ubi­ka­cji. Potem zasta­na­wiał się chwilę. Wie­dział, że nie uda mu się znowu zasnąć, więc zde­cy­do­wał, że weź­mie prysz­nic. Potem wło­żył dżinsy i bor­dową bluzę, któ­rej przy­dałby się kon­takt z pralką. Był potwor­nie głodny. Zadzwo­nił do recep­cji, żeby zapy­tać, czy o tej porze mógłby dostać kawę i kanapkę. Nie było z tym pro­blemu.

Wło­żył moka­syny, na plecy zarzu­cił kurtkę i poszedł do recep­cji, gdzie kupił kawę i zapa­ko­waną w folię kanapkę z żyt­niego chleba z serem i pasz­te­tem. Zabrał wszystko na górę, do pokoju. Jedząc, włą­czył iBo­oka i pod­łą­czył do gniazdka inter­ne­to­wego. Wszedł na stronę popo­łu­dniówki "Afton­bla­det". Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami naj­waż­niej­szą wia­do­mo­ścią było uję­cie Lis­beth Salan­der. Donie­sie­nia na­dal były pełne nie­ja­sno­ści, ale przy­naj­mniej szły we wła­ści­wym kie­runku. Poszu­ki­wano trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niego Ronalda Nie­der­manna, podej­rza­nego o zamor­do­wa­nie poli­cjanta. Poli­cja chciała prze­słu­chać go także w związku z mor­der­stwami w Sztok­hol­mie. Nie podała jesz­cze żad­nych infor­ma­cji o tym, co się dzieje z Lis­beth Salan­der, nie wymie­niono także nazwi­ska Zala­chenki. Poja­wił się tylko jako sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­letni wła­ści­ciel gospo­dar­stwa Gos­se­berga. Widać było wyraź­nie, że media na­dal sądzą, iż musiał być ofiarą.

Kiedy skoń­czył czy­tać wia­do­mo­ści, otwo­rzył komórkę i stwier­dził, że ma dwa­dzie­ścia nie­prze­czy­ta­nych SMS-ów. Trzy były proś­bami o tele­fon do Eriki Ber­ger. Dwa od Anniki Gian­nini. Czter­na­ście od dzien­ni­ka­rzy róż­nych gazet. Jeden od Chri­stera Malma, który napi­sał mu tylko: "Naj­le­piej wsiądź w naj­bliż­szy pociąg do domu".

Mikael zmarsz­czył brwi. Jak na Chri­stera była to wia­do­mość dość nie­zwy­kła. SMS został wysłany poprzed­niego wie­czoru o siód­mej. Zdła­wił chęć, żeby zadzwo­nić i obu­dzić go o trze­ciej nad ranem. Zaj­rzał tylko do roz­kładu jazdy na stro­nach kolei szwedz­kich i stwier­dził, że naj­bliż­szy pociąg do Sztok­holmu odjeż­dża o pią­tej dwa­dzie­ścia.

Utwo­rzył nowy doku­ment w Wor­dzie. Potem zapa­lił papie­rosa i sie­dział w bez­ru­chu trzy minuty, wpa­tru­jąc się w pusty moni­tor. Wresz­cie pod­niósł dło­nie i zaczął pisać.

Nazywa się Lis­beth Salan­der, a Szwe­cja poznała ją dzięki kon­fe­ren­cjom pra­so­wym poli­cji i tytu­łom tablo­idów. Ma 27 lat i 150 cen­ty­me­trów wzro­stu. Przed­sta­wiano ją jako psy­cho­patkę, mor­der­czy­nię i les­bijkę sata­nistkę. Zmy­ślone sen­sa­cje, które sprze­da­wano na jej temat, nie miały żad­nych gra­nic. W niniej­szym nume­rze "Mil­len­nium" opi­szemy, jak urzęd­nicy pań­stwowi zawiązali spi­sek prze­ciwko Lis­beth Salan­der, żeby chro­nić pato­lo­gicz­nego, zwy­rod­nia­łego mordercę.

Pisał powoli, robiąc nie­wiele popra­wek. Pra­co­wał w sku­pie­niu przez pięć­dzie­siąt minut i przez ten czas udało mu się napi­sać nieco ponad dwie strony A4. Była to głów­nie rela­cja z owej nocy, kiedy zna­lazł Daga Svens­sona i Mię Berg­man. Wyja­śniał też, dla­czego poli­cja sku­piła się na Lis­beth Salan­der jako poten­cjal­nej mor­der­czyni. Cyto­wał tytuły popo­łu­dnió­wek o les­bij­kach sata­nist­kach i nadzie­jach, że mor­der­stwa wią­zały się z eks­cy­tu­ją­cym sek­sem BDSM.

Wresz­cie spoj­rzał na zega­rek, po czym szybko zamknął iBo­oka. Spa­ko­wał torbę podróżną, zszedł do recep­cji i wymel­do­wał się. Zapła­cił kartą kre­dy­tową i poje­chał tak­sówką na Dwo­rzec Cen­tralny.

Mikael Blom­kvist od razu poszedł do wagonu restau­ra­cyj­nego, gdzie zamó­wił kawę i kanapkę. Potem znów otwo­rzył iBo­oka i prze­czy­tał tekst, który napi­sał tego ranka. Był tak pochło­nięty histo­rią Zala­chenki, że nie zauwa­żył inspek­tor Sonji Modig, póki ta nie chrząk­nęła grzecz­no­ściowo, pyta­jąc, czy może się przy­siąść. Pod­niósł na nią wzrok i zamknął kom­pu­ter.

- Wraca pan do domu? - zapy­tała Modig.

Ski­nął w odpo­wie­dzi.

- Pani też, jak rozu­miem.

Teraz ona ski­nęła.

- Mój kolega zosta­nie jesz­cze jeden dzień.

- Czy sły­szała pani coś o sta­nie Lis­beth Salan­der? Od naszego roz­sta­nia cały czas spa­łem.

- Wybu­dziła się dopiero wczo­raj wie­czo­rem. Ale leka­rze sądzą, że wyj­dzie z tego i odzy­ska spraw­ność. Miała nie­sa­mo­wite szczę­ście.

Mikael poki­wał głową. Nagle uświa­do­mił sobie, że się o nią nie mar­twił. Wycho­dził z zało­że­nia, że prze­żyje. Wszystko inne było nie do pomy­śle­nia.

- Czy stało się jesz­cze coś god­nego uwagi? - zapy­tał.

Sonja Modig patrzyła na niego z waha­niem. Zasta­na­wiała się, ile może zdra­dzić repor­te­rowi, który i tak wie o całej histo­rii wię­cej niż ona. Wła­ści­wie sama usia­dła przy jego sto­liku, a ponadto już co naj­mniej stu repor­te­rów wie­działo, co się wyda­rzyło w sie­dzi­bie poli­cji.

- Nie chcę być cyto­wana - uprze­dziła.

- Pytam tylko z oso­bi­stych powo­dów.

Ski­nęła głową i powie­działa, że poli­cja zor­ga­ni­zo­wała poszu­ki­wa­nia Ronalda Nie­der­manna na wielką skalę w całym kraju, a zwłasz­cza w oko­li­cach Malmö.

- A Zala­chenko? Czy prze­słu­chi­wa­li­ście go?

- Tak, prze­słu­cha­li­śmy go.

- I co?

- Nie mogę powie­dzieć.

- Ależ pro­szę. I tak będę wie­dział dokład­nie, o czym mówi­li­ście, za mniej wię­cej godzinę, kiedy znajdę się w redak­cji w Sztok­hol­mie. I nie napi­szę ani słowa o tym, co mi pani teraz powie.

Zasta­na­wiała się dłuż­szą chwilę. Wresz­cie spoj­rzała mu w oczy.

- Zło­żył donie­sie­nie prze­ciwko Lis­beth Salan­der, zarzuca jej usi­ło­wa­nie zabój­stwa. Być może zosta­nie aresz­to­wana za bru­talne uszko­dze­nie ciała lub próbę zabój­stwa.

- I z dużym praw­do­po­do­bień­stwem powoła się na prawo do obrony koniecz­nej.

- Mam nadzieję - przy­znała Sonja Modig.

Mikael rzu­cił jej szyb­kie spoj­rze­nie.

- To nie brzmiało zbyt poli­cyj­nie - powie­dział ostroż­nie.

- Bodin... Zala­chenko jest śli­ski jak piskorz, ma gotowe odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia. Jestem prze­ko­nana, że sprawy wyglą­dają mniej wię­cej tak, jak nam pan wczo­raj opo­wia­dał. To zna­czy, że Salan­der była ofiarą nie­usta­ją­cego bez­pra­wia, odkąd skoń­czyła dwa­na­ście lat.

Mikael ski­nął głową.

- Wła­śnie o tym będzie mój arty­kuł - powie­dział.

- Ten arty­kuł nie wszę­dzie wzbu­dzi zachwyt.

Namy­ślała się jesz­cze chwilę. Mikael cze­kał cier­pli­wie.

- Roz­ma­wia­łam z Bublan­skim pół godziny temu. Nie mówił dużo, ale wygląda na to, że postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze prze­ciwko Salan­der w spra­wie mor­der­stwa pań­skich przy­ja­ciół zostało umo­rzone. Teraz całą uwagę sku­piamy na Nie­der­man­nie.

- A to zna­czy, że...

Pyta­nie zawi­sło mię­dzy nimi. Sonja Modig wzru­szyła ramio­nami.

- Kto zaj­mie się wyja­śnie­niem sprawy Salan­der?

- Nie wiem. Za wyda­rze­nia w Gos­se­ber­dze przede wszyst­kim odpo­wiada Göteborg. Ale domy­ślam się, że ktoś ze sztok­holm­skiej poli­cji otrzyma pole­ce­nie zebra­nia całego mate­riału przed wnie­sie­niem oskar­że­nia.

- Rozu­miem. Jestem gotów się zało­żyć, że śledz­two zosta­nie prze­nie­sione do Säpo.

Potrzą­snęła głową.

Zbli­żali się do Alings?s, kiedy Mikael nachy­lił się do niej.

- Sonju... wydaje mi się, że pani rozu­mie, co się kroi. Jeśli sprawa Zala­chenki nabie­rze roz­głosu, to będzie skan­dal o wiel­kim zasięgu. Funk­cjo­na­riu­sze Säpo współ­dzia­łali z psy­chia­trami, żeby zamknąć Lis­beth w domu waria­tów. Jedyne, co mogą zro­bić, to nie­ustę­pli­wie twier­dzić dalej, że Lis­beth Salan­der jest psy­chicz­nie chora i przy­mu­sowe środki z 1991 roku były rze­czy­wi­ście uza­sad­nione.

Sonja Modig ski­nęła głową.

- Zro­bię wszystko, żeby pokrzy­żo­wać im te plany. Chcę przez to powie­dzieć, że Lis­beth Salan­der jest tak samo nor­malna jak pani i ja. Dziwna, to prawda, ale nie można kwe­stio­no­wać spraw­no­ści jej umy­słu.

Znów kiw­nęła głową. Mikael zro­bił prze­rwę, pozwa­la­jąc, żeby to, co powie­dział, dotarło jak naj­głę­biej.

- Potrze­bo­wał­bym kogoś, kto jest w środku, komu mógł­bym zaufać - powie­dział.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Nie mam kom­pe­ten­cji, żeby oce­nić, czy Lis­beth Salan­der jest chora psy­chicz­nie - odparła.

- Ale ma pani dość kom­pe­ten­cji, żeby stwier­dzić, czy została pod­dana bez­praw­nym dzia­ła­niom, czy nie.

- Co pan pro­po­nuje?

- Nie mówię, że ma pani kablo­wać na kole­gów, ale chciał­bym, żeby mnie pani zawia­do­miła, jeśli zauważy pani, że Lis­beth znów grożą bez­prawne naci­ski.

Sonja Modig mil­czała.

- Nie cho­dzi o to, żeby pani przy­no­siła plotki o tech­nicz­nych szcze­gó­łach śledz­twa albo coś w tym rodzaju. Musi pani sama oce­nić sytu­ację. Ale chciał­bym na bie­żąco wie­dzieć, co się dzieje z oskar­że­niami prze­ciwko Lis­beth Salan­der.

- To mi wygląda na świetny spo­sób, żeby zaro­bić kopa z pracy.

- Jest pani źró­dłem. Ni­gdy nie podam pani nazwi­ska ani w żaden spo­sób nie wpa­kuję w tara­paty.

Wyjął notat­nik i napi­sał adres mailowy.

- To jest ano­ni­mowy adres na Hot­ma­ilu. Jeśli będzie pani miała coś do powie­dze­nia, pro­szę z niego sko­rzy­stać. Nie powinna pani uży­wać swo­jego ofi­cjal­nego konta. Naj­le­piej zało­żyć tym­cza­sowy adres na Hot­ma­ilu.

Wzięła kar­teczkę i wło­żyła do wewnętrz­nej kie­szeni żakietu. Niczego nie obie­cała.

Inspek­tor Mar­cus Erlan­der obu­dził się o siód­mej w sobotni ranek na dzwo­nek tele­fonu. Z kuchni, gdzie żona zaczęła już poranną krzą­ta­ninę, docho­dziły głosy z tele­wi­zora i dola­ty­wał zapach kawy. Wró­cił do domu w Mölndal o pierw­szej w nocy i spał nieco ponad pięć godzin. Przed­tem był na nogach nie­mal dwa­dzie­ścia dwie godziny bez prze­rwy. Dla­tego kiedy wycią­gnął rękę po słu­chawkę, nie mógł powie­dzieć, że jest wyspany.

- M?rtensson, śled­czy z noc­nego dyżuru. Czy pan się wyspał?

- Nie - odparł Erlan­der. - Led­wie co zdą­ży­łem zasnąć. Co się stało?

- Nowiny. Zna­le­ziono Anitę Kaspers­son.

- Gdzie?

- Nie­da­leko Seglory, na połu­dnie od Bor?s.

Erlan­der zwi­zu­ali­zo­wał w gło­wie mapę.

- A więc jedzie na połu­dnie - powie­dział. - Wybiera boczne drogi. Musiał jechać drogą kra­jową 180 przez Bor?s i skrę­cić na połu­dnie. Czy zawia­do­mi­li­śmy Malmö?

- Tak, Hel­sing­borg, Land­skronę i Trel­le­borg też. I Karls­kronę. Myśla­łem o pro­mach pły­ną­cych na wschód.

Erlan­der wstał i zaczął roz­cie­rać sobie kark.

- W tej chwili ma pra­wie dobę prze­wagi. Mógł już opu­ścić kraj. Jak zna­le­ziono Kaspers­son?

- Łomo­tała do drzwi willi przy wjeź­dzie do Seglory.

- Co?

- Łomo­tała...

- Sły­sza­łem. To zna­czy, że ona żyje?

- Prze­pra­szam. Jestem zmę­czony i wyra­żam się nie­zbyt jasno. Anita Kaspers­son poja­wiła się w Seglo­rze o trze­ciej dzie­sięć nad ranem. Kopała do drzwi willi, obu­dziła śpiącą rodzinę z dziećmi i napę­dziła wszyst­kim stra­cha. Była na bosaka, bar­dzo wyzię­biona, miała ręce zwią­zane na ple­cach. Teraz jest w szpi­talu w Bor?s, gdzie cze­kał na nią mąż.

- A niech to. Chyba wszy­scy zakła­da­li­śmy, że ona już nie żyje.

- Cza­sami zda­rzają się nie­spo­dzianki.

- Miłe nie­spo­dzianki.

- Więc teraz kolej na przy­kre wia­do­mo­ści. Zastęp­czyni komen­danta Sp?ngberg jest tu od pią­tej rano. Ma pan jak naj­szyb­ciej wsta­wać i jechać do Bor?s, żeby prze­słu­chać Kaspers­son.

Była sobota rano, więc Mikael zakła­dał, że w redak­cji "Mil­len­nium" nie będzie nikogo. Zadzwo­nił do Chri­stera Malma, kiedy X2000 prze­jeż­dżał przez wia­dukt ?rstabron, żeby zapy­tać, o co cho­dziło w jego SMS-ie.

- Jadłeś śnia­da­nie? - zapy­tał Chri­ster Malm.

- W pociągu.

- Okej. To przyjdź do mnie do domu, zro­bię coś porząd­nego.

- A o co cho­dzi?

- Opo­wiem ci, jak przyj­dziesz.

Mikael doje­chał metrem do Med­bor­gar­plat­sen i dalej poszedł pie­szo do All­hel­go­na­ga­tan. Otwo­rzył przy­ja­ciel Chri­stera Arnold Magnus­son. Mikael ni­gdy nie mógł się przy nim pozbyć wra­że­nia, że patrzy na pla­kat rekla­mowy. Arnold Magnus­son pra­co­wał w teatrze Dra­ma­ten i był jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych akto­rów w Szwe­cji. Każde spo­tka­nie z nim na żywo było lekko krę­pu­jące. Cele­bryci ni­gdy nie robili na Mika­elu szcze­gól­nego wra­że­nia, ale aku­rat Arnold Magnus­son miał tak cha­rak­te­ry­styczny wygląd i tak bar­dzo koja­rzył się z kil­koma swo­imi rolami fil­mo­wymi i tele­wi­zyj­nymi, zwłasz­cza z rolą poryw­czego, acz pra­wego komi­sa­rza Gun­nara Fri­ska w nie­zwy­kle popu­lar­nym serialu, że Mikael cią­gle spo­dzie­wał się, że przy­ja­ciel Chri­stera będzie się zacho­wy­wał jak Gun­nar Frisk.

- Cześć, Micke - powie­dział Arnold.

- Cześć.

- W kuchni - rzu­cił Arnold, wpusz­cza­jąc go do miesz­ka­nia.

Chri­ster Malm podał cie­płe jesz­cze gofry z dże­mem ze zło­tych malin i świeżo zapa­rzoną kawę. Ślinka napły­nęła Mika­elowi do ust. Nie zdą­żył nawet usiąść, tylko od razu rzu­cił się na jedze­nie. Chri­ster Malm zapy­tał, co się stało w Gos­se­ber­dze. Mikael stre­ścił prze­bieg wyda­rzeń. Jadł wła­śnie trze­ciego gofra, kiedy przy­po­mniał sobie, że ma zapy­tać, o co cho­dziło.

- Kiedy byłeś w Göteborgu, w "Mil­len­nium" poja­wił się mały pro­blem - powie­dział Chri­ster.

Mikael uniósł brwi.

- Co takiego?

- Nic poważ­nego. Ale Erika Ber­ger została redak­tor naczelną w "Sven­ska Mor­gon-Posten". Wczo­raj był jej ostatni dzień w "Mil­len­nium".

Mikael zastygł z gofrem w poło­wie drogi do ust. Kilka sekund potrwało, zanim waga tej infor­ma­cji dotarła do niego w całej roz­cią­gło­ści.

- Dla­czego nie powie­działa o tym wcze­śniej? - zapy­tał w końcu.

- Dla­tego że naj­pierw chciała powie­dzieć tobie, a ty cią­gle gdzieś bie­ga­łeś i przez ostat­nie kilka tygo­dni byłeś nie­osią­galny. Przy­pusz­czal­nie uznała, że masz dość pro­ble­mów ze sprawą Salan­der. A ponie­waż tobie pierw­szemu chciała powie­dzieć, nie powie­działa nikomu z nas, i tak mijał dzień za dniem... Cóż. Nagle zna­la­zła się w głu­piej sytu­acji. Miała gigan­tyczne poczu­cie winy i cho­ler­nie źle się z tym czuła. A my niczego nie zauwa­ży­li­śmy.

Mikael przy­mknął oczy.

- Kurwa mać - powie­dział.

- Wiem. A teraz wyszło tak, że to ty jesteś ostat­nią osobą w redak­cji, która się o tym dowia­duje. Chcia­łem ci o tym powie­dzieć, żebyś zro­zu­miał, co się stało, i nie myślał, że ktoś tu knuje za two­imi ple­cami.

- Wcale tak nie myślę. To rewe­la­cyj­nie, że dostała tę pracę, jeśli rze­czy­wi­ście chce pra­co­wać w SMP... tylko co my, do cho­lery, zro­bimy?

- Mia­nu­jemy Malin peł­niącą obo­wiązki redak­tora od następ­nego numeru.

- Malin?

- Jeśli ty nie chcesz być naczel­nym...

- Nie, Boże ucho­waj.

- Tak wła­śnie myśla­łem. A więc Malin zosta­nie naczelną.

- A kto będzie sekre­ta­rzem redak­cji?

- Henry Cor­tez. Jest z nami już od czte­rech lat i dawno prze­stał być nie­opie­rzo­nym prak­ty­kan­tem.

Mikael roz­wa­żał te pro­po­zy­cje.

- Czy ja mam coś do powie­dze­nia? - zapy­tał.

- Nie - odparł Chri­ster Malm.

Mikael zaśmiał się sucho.

- Okej. To niech będzie tak, jak zde­cy­do­wa­li­ście. Malin jest dobra, ale bra­kuje jej pew­no­ści sie­bie. Henry cza­sem tro­chę szyb­ciej strzela, niż myśli. Będziemy musieli mieć na nich oko.

- Tak, będziemy.

Mikael umilkł. Pomy­ślał, że bez Eriki zrobi się strasz­nie pusto i że nie jest pewien, jak to będzie z gazetą w przy­szło­ści.

- Muszę zadzwo­nić do Eriki i...

- Myślę, że nie musisz dzwo­nić.

- Jak to?

- Nocuje w redak­cji. Idź ją obu­dzić albo coś w tym rodzaju.

Mikael zna­lazł Erikę śpiącą głę­bo­kim snem na roz­kła­da­nej sofie w jej pokoju w redak­cji. W nocy opróż­niła regały i biurko z rze­czy oso­bi­stych i papie­rów, które chciała zacho­wać. Napeł­niła pięć dużych kar­to­nów. Mikael patrzył na nią dłuż­szą chwilę, sto­jąc w drzwiach. Potem pod­szedł, usiadł na sofie i obu­dził ją.

- Dla­czego, na litość boską, nie poszłaś spać do mnie, jeśli już musia­łaś noco­wać w pracy? - powie­dział.

- Cześć, Mikael.

- Chri­ster mi powie­dział.

Zaczęła coś mówić, ale on pochy­lił się i poca­ło­wał ją w poli­czek.

- Jesteś zły?

- Wście­kle - odparł sucho.

- Tak mi przy­kro. Po pro­stu nie mogłam odrzu­cić takiej oferty. Ale czuję się z tym źle, jak­bym zosta­wiała was w "Mil­len­nium" po szyję w gów­nie, w poważ­nych tara­pa­tach.

- Nie jestem chyba odpo­wied­nią osobą, żeby cię kry­ty­ko­wać za porzu­ca­nie łajby. Dwa lata temu ja odsze­dłem i zosta­wi­łem cię w gów­nie, w sytu­acji o wiele trud­niej­szej niż obecna.

- Tamto nie ma nic wspól­nego z moją sytu­acją. Ty zro­bi­łeś sobie prze­rwę. Ja koń­czę na dobre, poza tym ukry­wa­łam prawdę. Jest mi bar­dzo przy­kro.

Mikael mil­czał przez chwilę. Potem na jego twa­rzy poja­wił się blady uśmiech.

- Kiedy przy­cho­dzi pora, to przy­cho­dzi pora. A woman's gotta do what a woman's gotta do and all that crap.

Erika uśmiech­nęła się. To samo mu powie­działa, kiedy prze­no­sił się do Hedeby. Wycią­gnął rękę i po przy­ja­ciel­sku zmierz­wił jej włosy.

- To, że chcesz odejść z tego domu waria­tów, to rozu­miem, ale że chcesz być sze­fem naj­nud­niej­szej w Szwe­cji gazety sta­rych tetry­ków, jakoś cią­gle nie może pomie­ścić mi się w gło­wie.

- Pra­cuje tam cał­kiem sporo kobiet.

- Ech. Popatrz tylko na pierw­szą stronę. Prze­cież to sami starcy. Musisz chyba być nie­ule­czalną maso­chistką. Napi­jemy się kawy?

Erika usia­dła.

- Muszę wie­dzieć, co się działo w Göteborgu dzi­siaj w nocy.

- Zaczą­łem już pisać tekst - powie­dział Mikael. - Kiedy go opu­bli­ku­jemy, wywo­łamy naj­praw­dziw­szą wojnę.

- Nie my. Wy.

- Wiem. Opu­bli­ku­jemy go, jak zacznie się pro­ces. Ale zakła­dam, że nie chcesz zabie­rać tego tematu ze sobą do SMP. Fak­tem jest, że chciał­bym, żebyś napi­sała coś o spra­wie Zala­chenki, zanim odej­dziesz z "Mil­len­nium".

- Micke, ja...

- Twój ostatni wstęp­niak. Możesz go napi­sać, kiedy będziesz miała ochotę. Przy­pusz­czal­nie nie zosta­nie opu­bli­ko­wany przed pro­ce­sem, kie­dy­kol­wiek by się roz­po­czął.

- To chyba nie jest naj­lep­szy pomysł. O czym to mia­łoby być?

- O moral­no­ści - odpo­wie­dział Mikael Blom­kvist. - O tym, że jeden z naszych współ­pra­cow­ni­ków został zamor­do­wany, bo pięt­na­ście lat temu pań­stwo nie wypeł­niło swo­ich obo­wiąz­ków.

Nie musiał mówić nic wię­cej. Erika Ber­ger wie­działa dokład­nie, o jaki arty­kuł mu cho­dzi. Zasta­na­wiała się przez krótką chwilę. Rze­czy­wi­ście była kapi­ta­nem tego statku, kiedy zamor­do­wano Daga Svens­sona. Nagle poczuła się o wiele sil­niej­sza.

- Okej - zgo­dziła się. - Ostatni wstęp­niak.

Roz­dział 4

Sobota, 9 kwiet­nia - nie­dziela, 10 kwiet­nia

W sobotę o pierw­szej po połu­dniu pro­ku­ra­tor Mar­tina Frans­son z Södertälje zaczęła wycią­gać wnio­ski. Leśny cmen­tarz w Nykvarn zapo­wia­dał się na nie­zły pasz­tet, a wydział kry­mi­nalny nagro­ma­dził już masę nad­go­dzin, odkąd Paolo Roberto odbył walkę bok­ser­ską z Ronal­dem Nie­der­man­nem w pobli­skim maga­zy­nie. Cho­dziło o mor­der­stwa co naj­mniej trzech osób, któ­rych zwłoki następ­nie zako­pano w ziemi, bru­talne porwa­nie i cięż­kie pobi­cie przy­ja­ciółki Lis­beth Salan­der Miriam Wu, a także o pod­pa­le­nie. Z Nykvarn powią­zano wypadki ze Stal­lar­hol­men, które roze­grały się wpraw­dzie na tere­nie pod­le­ga­ją­cym poli­cji Södermanlandu, ale główną rolę odgry­wał w nich Carl-Magnus Lun­din ze Svavelsjö MC. Lun­din na­dal był w szpi­talu w Södertälje ze stopą w gip­sie i sta­lową szyną w szczęce. Zresztą i tak wszyst­kie prze­stęp­stwa pod­le­gały poli­cji regio­nal­nej, co ozna­czało, że to Sztok­holm będzie miał w tej spra­wie ostat­nie słowo.

W pią­tek pod­jęto decy­zję o aresz­to­wa­niu. Z całą pew­no­ścią Lun­din był powią­zany z Nykvarn. Stop­niowo doszu­kano się infor­ma­cji, że maga­zyny sta­no­wiły wła­sność firmy Medim­port, która z kolei nale­żała do nie­ja­kiej Anneli Karls­son, lat pięć­dzie­siąt dwa, zamiesz­ka­łej w Puerto Banus w Hisz­pa­nii. Była kuzynką Mag­gego Lun­dina, dotych­czas nie­no­to­waną. Wszystko wska­zy­wało na to, że jest tylko figu­rantką.

Mar­tina Frans­son zamknęła teczkę z wyni­kami wstęp­nego docho­dze­nia. Na­dal było w fazie począt­ko­wej i teczka miała zostać uzu­peł­niona o kil­ka­set stron, zanim przyj­dzie pora na pro­ces sądowy. Ale Mar­tina Frans­son już teraz musiała pod­jąć decy­zje w kilku spra­wach. Spoj­rzała na kole­gów.

- Mamy dość dowo­dów, żeby oskar­żyć Lun­dina o udział w porwa­niu Miriam Wu. Paolo Roberto ziden­ty­fi­ko­wał go jako kie­rowcę fur­go­netki. Aresz­tuję go także za praw­do­po­dobny współ­udział w pod­pa­le­niu. Zacze­kamy jesz­cze z zarzu­tem udziału w zamor­do­wa­niu trzech osób, któ­rych zwłoki zako­pane były na pose­sji. Przy­naj­mniej dopóki nie zostaną ziden­ty­fi­ko­wane.

Poli­cjanci poki­wali gło­wami. Wła­śnie takich decy­zji się spo­dzie­wali.

- A co zro­bimy z Son­nym Nie­mi­ne­nem?

Mar­tina Frans­son wer­to­wała chwilę akta Nie­mi­nena.

- Ten pan ma impo­nu­jącą listę doko­nań. Rabu­nek, nie­le­galne posia­da­nie broni, pobi­cie, cięż­kie pobi­cie, zabój­stwo i prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe. Został aresz­to­wany razem z Lun­di­nem w Stal­lar­hol­men. Jestem abso­lut­nie prze­ko­nana, że on też jest w to zamie­szany. Raczej nie­praw­do­po­dobne jest, żeby nie był. Ale pro­blem polega na tym, że nie możemy mu zarzu­cić niczego kon­kret­nego.

- Mówi, że ni­gdy nie był w maga­zy­nie w Nykvarn i że tylko wybrał się z Lun­di­nem na prze­jażdżkę moto­cy­klową - ode­zwał się inspek­tor, który zaj­mo­wał się sprawą Stal­lar­hol­men z ramie­nia Södertälje. - Twier­dzi, że nie ma poję­cia, co Lun­din miał do zała­twie­nia w Stal­lar­hol­men.

Mar­tina Frans­son roz­wa­żała, czy jest jakiś spo­sób, żeby pod­rzu­cić tę sprawę pro­ku­ra­to­rowi Richar­dowi Ekströmowi ze Sztok­holmu.

- Nie­mi­nen nie chce mówić o tym, co się tam stało, ale zde­cy­do­wa­nie zaprze­cza, żeby miał w tym jakiś udział - mówił dalej inspek­tor.

- Nie, wszystko wska­zuje raczej na to, że to on i Lun­din byli ofia­rami prze­stęp­stwa w Stal­lar­hol­men - powie­działa Mar­tina Frans­son i z iry­ta­cją zabęb­niła pal­cami na stole.

- Lis­beth Salan­der - dodała z wyraź­nym powąt­pie­wa­niem. - A więc mówimy o dziew­czy­nie, która wygląda, jakby led­wie co weszła w okres doj­rze­wa­nia, ma sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i raczej nie może mieć siły potrzeb­nej do obez­wład­nie­nia Nie­mi­nena i Lun­dina.

- O ile nie była uzbro­jona. Pisto­le­tem można zre­kom­pen­so­wać dużo fizycz­nych bra­ków.

- Ale to nie zga­dza­łoby się z rekon­struk­cją.

- Nie. Użyła gazu łza­wią­cego i kop­nęła Lun­dina w kro­cze i twarz z taką siłą, że zmiaż­dżyła mu jedno jądro, a potem zła­mała szczękę. Do postrzału w stopę musiało dojść po pobi­ciu. Ale trudno mi uwie­rzyć, żeby była uzbro­jona.

- W cen­tral­nym labo­ra­to­rium tech­niki kry­mi­nal­nej ziden­ty­fi­ko­wano broń, z któ­rej strze­lano do Lun­dina. To pol­ski P-83 wanad z amu­ni­cją Maka­rowa. Zna­le­ziono go w Gos­se­ber­dze pod Göteborgiem, są na nim odci­ski pal­ców Salan­der. Możemy zało­żyć, że zabrała go ze sobą do Gos­se­bergi.

- Tak. Ale numer serii poka­zuje, że pisto­let został skra­dziony cztery lata temu pod­czas wła­ma­nia do sklepu z bro­nią w Örebro. Zło­dziei po pew­nym cza­sie schwy­tano, ale zdą­żyli pozbyć się broni. To był lokalny talent z pro­ble­mami nar­ko­ty­ko­wymi, miał kon­takty ze Svavelsjö MC. Wolał­bym przy­pi­sać tę broń albo Lun­di­nowi, albo Nie­mi­ne­nowi.

- A może po pro­stu było tak, że to Lun­din miał ze sobą broń. Salan­der roz­bro­iła go, wtedy padł strzał, który tra­fił go w stopę. Cho­dzi mi o to, że w każ­dym razie nie miała zamiaru go zabić, bo prze­cież on żyje.

- Albo postrze­liła go w stopę z sady­zmu. Skąd możemy wie­dzieć. Ale jak potrak­to­wała Nie­mi­nena? On nie ma widocz­nych obra­żeń.

- Ma. Na jego klatce pier­sio­wej zna­leź­li­śmy dwa opa­rze­nia.

- I co?

- Sta­wiamy na para­li­za­tor.

- A więc to zna­czy, że Salan­der była uzbro­jona w para­li­za­tor, gaz łza­wiący i pisto­let. Ile to wszystko razem waży... Nie, jestem raczej pewna, że to Lun­din albo Nie­mi­nen mieli broń, a ona im ją ode­brała. Jak dokład­nie doszło do postrze­le­nia Lun­dina, nie będziemy mieć jasno­ści, dopóki ktoś nie zacznie mówić.

- Okej.

- Ale w tej chwili sytu­acja wygląda tak, że Lun­din jest aresz­to­wany na pod­sta­wie zarzu­tów, które wcze­śniej wymie­ni­łam. Nie mamy za to niczego na Nie­mi­nena. A więc zamie­rzam wypu­ścić go dzi­siaj po połu­dniu.

Kiedy Sonny Nie­mi­nen opusz­czał areszt w budynku poli­cji w Södertälje, był w fatal­nym humo­rze. Do tego miał tak sucho w ustach, że jego pierw­szym przy­stan­kiem był skle­pik tyto­niowy. Kupił pepsi i wypił ją na sto­jąco, pro­sto z butelki. Nabył także paczkę lucky strike'ów i puszkę tyto­niu Götebergs Rapé. Włą­czył komórkę, spraw­dził bate­rię i wybrał numer do Hansa-?kego Wal­ta­riego, lat trzy­dzie­ści trzy, który w Svavelsjö MC peł­nił funk­cję ser­ge­ant at arms, czyli w wewnętrz­nej hie­rar­chii był nume­rem trzy. Wal­tari ode­brał po czte­rech sygna­łach.

- Nie­mi­nen. Wysze­dłem.

- Gra­tu­luję.

- Gdzie jesteś?

- W Nyköping.

- A co ty, kurwa, robisz w Nyköping?

- Kiedy zła­pali cie­bie i Lun­dina, zde­cy­do­wa­li­śmy, żeby się tro­chę wyco­fać, póki się nie dowiemy, na czym sto­imy.

- No to już wiesz, na czym sto­imy. Gdzie są wszy­scy?

Hans-?ke Wal­tari wyja­śnił, gdzie jest pozo­sta­łych pię­ciu człon­ków Svavelsjö MC. Wyja­śnie­nia te nie uspo­ko­iły ani nie zado­wo­liły Sonny'ego Nie­mi­nena.

- A kto, do jasnej cho­lery, pil­nuje inte­resu, kiedy wy cho­wa­cie się jak baby?

- To nie­spra­wie­dliwe. Ty i Magge jedzie­cie sobie gdzieś na jakąś śmier­dzącą robotę, o któ­rej nikt z nas nie ma poję­cia, a potem nagle jeste­ście zamie­szani w strze­la­ninę z tą cho­lerną poszu­ki­waną przez poli­cję pindą. Magge jest postrze­lony, ty w aresz­cie. Potem gliny odko­pują trupy w naszym maga­zy­nie w Nykvarn.

- I co?

- No i zaczę­li­śmy się zasta­na­wiać, czy Magge i ty cze­goś przed nami nie ukry­wa­cie.

- A co, do kurwy nędzy, mia­łoby to być? Prze­cież to my nakrę­camy robotę dla firmy.

- Ale nie sły­sza­łem ni­gdy ani słowa o tym, że nasz maga­zyn jest leśnym cmen­ta­rzem. Co to za tru­po­sze?

Sonny Nie­mi­nen miał już na końcu języka ostrą odpo­wiedź, ale się powstrzy­mał. Hans-?ke Wal­tari był tro­chę tępawy, ale to nie była odpo­wied­nia chwila, żeby wda­wać się w sprzeczki. Teraz trzeba było szybko zebrać siły. Poza tym wła­śnie udało mu się prze­trwać poli­cyjne prze­słu­cha­nia dzięki cią­głemu zaprze­cza­niu. Nie byłoby teraz mądrze dwie­ście metrów od sie­dziby poli­cji wykrzy­ki­wać do komórki, że jed­nak coś o tych spra­wach wie.

- Olej tru­po­szy - powie­dział. - Nie mam o tym poję­cia. Ale Magge sie­dzi w gów­nie. Potrzy­mają go tro­chę dłu­żej, a w tym cza­sie to ja będę rzą­dził.

- Okej. To co teraz zro­bimy? - zapy­tał Wal­tari.

- Kto pil­nuje majątku, kiedy wy wszy­scy zeszli­ście pod zie­mię?

- Benny Karls­son został i trzyma wartę w klu­bie. Poli­cja zro­biła rewi­zję tego dnia, kiedy was aresz­to­wali. Niczego nie zna­leźli.

- Benny K! - wykrzyk­nął Nie­mi­nen. - Kurwa, Benny K to dzie­ciak, ma jesz­cze mleko pod nosem.

- Spo­koj­nie. Towa­rzy­szy mu ten wielki blon­dyn, z któ­rym Magge i ty się spo­ty­ka­li­ście.

Sonny Nie­mi­nen poczuł lodo­waty dreszcz. Rozej­rzał się pośpiesz­nie na boki i odszedł kilka metrów od drzwi skle­piku.

- Co mówi­łeś? - zapy­tał ści­szo­nym gło­sem.

- Ten blond osi­łek, co się kum­plo­wał z tobą i Lun­di­nem. Zja­wił się u nas i chciał, żeby mu pomóc się ukry­wać.

- Do kurwy nędzy, Wal­tari, on jest poszu­ki­wany w całej Szwe­cji za zamor­do­wa­nie poli­cjanta.

- No... wła­śnie dla­tego chciał się ukryć. Co mie­li­śmy zro­bić? Prze­cież to wasz kum­pel.

Sonny Nie­mi­nen na dzie­sięć sekund zamknął oczy. Ronald Nie­der­mann przez kilka lat zapew­niał Svavelsjö MC zle­ce­nia i dobre zarobki. Ale w żad­nym razie nie był kum­plem. Był groź­nym bydla­kiem, psy­cho­patą, i to psy­cho­patą poszu­ki­wa­nym przez poli­cję. Sonny Nie­mi­nen ani przez sekundę nie ufał Ronal­dowi Nie­der­mannowi. Naj­le­piej by było, gdyby odna­lazł się z kulką w gło­wie. Wtedy poli­cja tro­chę by przy­sto­po­wała.

- To co z nim zro­bi­li­ście?

- Benny K się nim zajął. Zabrał go do Vik­tora.

Vik­tor Göransson był skarb­ni­kiem i eks­per­tem finan­so­wym klubu. Miesz­kał na przed­mie­ściach Järny. Göransson miał maturę z eko­no­mii i karierę zaczy­nał jako doradca finan­sowy jugo­sło­wiań­skiego wła­ści­ciela sieci knajp, póki mafia nie tra­fiła za kratki za prze­kręty eko­no­miczne na dużą skalę. Poznał Mag­gego Lun­dina w wię­zie­niu w Kumli, na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Był jedy­nym człon­kiem Svavelsjö MC, który cho­dził w gar­ni­tu­rze i kra­wa­cie.

- Wal­tari, wsiądź do samo­chodu i przy­jedź po mnie do Södertälje. Odbierz mnie sprzed sta­cji kolejki pod­miej­skiej za czter­dzie­ści pięć minut.

- Dobra. A dla­czego tak ci się śpie­szy?

- Bo musimy zorien­to­wać się w sytu­acji tak szybko, jak się tylko da.

Jechali do Svavelsjö. Sonny Nie­mi­nen mil­czał. Hans-?ke Wal­tari przy­glą­dał mu się ukrad­kiem. W odróż­nie­niu od Mag­gego Lun­dina Nie­mi­nen ni­gdy nie był łatwy w kon­tak­tach. Był piękny jak młody bóg i wyglą­dał na mię­czaka, ale miał poryw­czy i groźny cha­rak­ter, zwłasz­cza po pija­nemu. W tej chwili był trzeźwy, ale Wal­tari odczu­wał nie­po­kój na myśl o przy­szło­ści pod rzą­dami Nie­mi­nena. Magge zawsze umiał w jakiś spo­sób spra­wić, żeby Nie­mi­nen się pod­po­rząd­ko­wał. Wal­tari zasta­na­wiał się, jak sprawy się poto­czą z Nie­mi­nenem peł­nią­cym obo­wiązki pre­zesa klubu.

Poje­chali do domu Nie­mi­nena, odda­lo­nego od sie­dziby klubu nieco ponad kilo­metr. Poli­cja prze­pro­wa­dziła rewi­zję, ale nie zna­la­zła niczego, co mia­łoby jakieś zna­cze­nie dla śledz­twa w spra­wie Nykvarn. Niczego, co potwier­dza­łoby zarzuty kry­mi­nalne, dla­tego Nie­mi­nen został zwol­niony.

Nie­mi­nen wziął prysz­nic i prze­brał się, pod­czas gdy Wal­tari cze­kał cier­pli­wie w kuchni. Potem poszli ponad sto pięć­dzie­siąt metrów w las za domem i odgar­nęli war­stwę ziemi przy­kry­wa­jącą płytko zako­paną skrzy­nię. Zawie­rała sześć sztuk broni ręcz­nej, w tym kara­bin AK5, znaczną ilość amu­ni­cji i ponad dwa kilo mate­ria­łów wybu­cho­wych. Mały arse­nał Nie­mi­nena. W skrzyni były też dwa pol­skie wanady P-83 pocho­dzące z tej samej par­tii co broń, którą Lis­beth Salan­der ode­brała Nie­mi­nenowi w Stal­lar­hol­men.

Nie­mi­nen odsu­nął od sie­bie myśl o Lis­beth Salan­der. To był nie­przy­jemny temat. W celi aresztu w Södertälje raz po raz prze­ży­wał w myślach tamtą scenę: razem z Mag­gem Lun­di­nem przy­je­chali do domku let­ni­sko­wego Nilsa Bjur­mana i w ogro­dzie natknęli się na Salan­der.

Wypadki poto­czyły się w spo­sób nie­moż­liwy do prze­wi­dze­nia. Poje­chali razem z Lun­di­nem, żeby spa­lić ten cho­lerny domek adwo­kata Bjur­mana. Zro­bili to na pole­ce­nie blond bestii. I wpa­dli na pie­przoną Salan­der - samą, mającą sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i chudą jak patyk. Nie­mi­nen zasta­na­wiał się, ile wła­ści­wie może ważyć. Potem wszystko poszło źle i skoń­czyło się eks­plo­zją prze­mocy, na którą żaden z nich nie był przy­go­to­wany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki