Prolog
Leżała przypięta pasami na wąskiej pryczy z hartowanej stali. Rzemienie
uwierały ją w klatkę piersiową. Leżała na plecach. Ręce ułożone po
bokach, unieruchomione na brzegach łóżka.
Już dawno zaniechała wszelkich wysiłków, by się wydostać. Nie spała, ale
oczy miała zamknięte. Gdyby je otworzyła, znalazłaby się w ciemności, a jedynym źródłem światła byłaby wąska smuga sącząca się ponad drzwiami.
Czuła niesmak w ustach i bardzo chciała umyć zęby.
Jakaś część jej świadomości nasłuchiwała odgłosu kroków, co oznaczałoby,
że on nadchodzi. Nie miała pojęcia, czy to wieczór, czy noc, a jedynie
poczucie, że zaczynało być zbyt późno na odwiedziny. Nagłe drżenie łóżka
sprawiło, że otworzyła oczy. Tak jakby gdzieś w budynku włączyła się
jakaś maszyna. Po kilku sekundach nie była już pewna, czy tylko jej się
zdawało, czy naprawdę coś usłyszała.
Odhaczyła kolejny dzień w pamięci.
Czterdziesty trzeci dzień w tym więzieniu.
Swędział ją nos, więc przekręciła głowę, by go podrapać o poduszkę.
Pociła się. W pokoju było duszno i gorąco. Miała na sobie prostą koszulę
nocną, która wciąż się podwijała. Gdy przesuwała biodro, palcem
wskazującym i środkowym udawało jej się dosięgnąć koszuli i obciągnąć ją
za każdym ruchem o jeden centymetr. Powtarzała całą operację drugą ręką.
Ale koszula nadal fałdowała się pod kręgosłupem. Materac był nierówny i niewygodny. Całkowite odosobnienie sprawiało, iż wszystkie delikatne
bodźce, na które w innej sytuacji w ogóle nie zwróciłaby uwagi, bardzo
zyskiwały na sile. Pasy były na tyle luźne, że mogła zmienić pozycję i położyć się na boku, lecz nie było to wygodne, bo musiała wtedy położyć
rękę za plecami, więc ramię cały czas drętwiało.
Nie bała się. Czuła za to, że jej tłumiony gniew rośnie.
Jednocześnie dręczyły ją własne myśli, które wciąż zmieniały się w nieprzyjemne fantazje o tym, co się z nią stanie. Nienawidziła tej
narzuconej bezsilności. Jak usilnie by nie próbowała koncentrować się na
czymś innym, by zabić czas i odepchnąć świadomość swojej sytuacji, i tak
pojawiał się lęk. Wisiał nad nią niczym chmura gazu, grożąc, że
przeniknie przez pory skóry i zatruje jej egzystencję. Odkryła, że
najlepszy sposób na to, by trzymać lęk z dala, to wyobrażać sobie coś,
co daje jej poczucie siły. Zamykała oczy i przypominała sobie zapach
benzyny.
Siedział w samochodzie z opuszczoną boczną szybą. Podbiegła, wlała
benzynę do środka i podpaliła zapałką. Wszystko to trwało moment. Od
razu buchnęły płomienie. A on wił się w męczarniach, słyszała jego
krzyki przerażenia i bólu. Czuła woń spalonego mięsa i ostry zapach
plastiku i tapicerki ze zwęglonego siedzenia.
Prawdopodobnie przysnęła, bo nie słyszała kroków, ale obudziła się od
razu, gdy tylko otworzyły się drzwi. Wpadające światło oślepiło ją.
To on, jednak przyszedł.
Był wysoki. Nie wiedziała, ile ma lat, w każdym razie był dorosły. Miał
rudobrązowe, zmierzwione włosy, okulary w czarnych oprawkach i rzadki
zarost na brodzie. Pachniał wodą po goleniu.
Nienawidziła jego zapachu.
Stał cicho w nogach łóżka i przyglądał się jej dłuższą chwilę.
Nienawidziła jego milczenia.
Jego twarz skrywała się w cieniu, widziała tylko sylwetkę. Nagle się
odezwał. Miał niski, wyraźny głos i pedantycznie akcentował każde słowo.
Nienawidziła jego głosu.
Powiedział, że dziś są jej urodziny i że chce złożyć życzenia. Jego głos
nie był wrogi ani ironiczny. Był neutralny. Podejrzewała, że się
uśmiechał.
Nienawidziła go.
Podszedł do wezgłowia pryczy. Wierzchem wilgotnej dłoni dotknął jej
czoła i przesunął palcami u nasady włosów. Gest ten zapewne miał być
przyjazny. Prezent urodzinowy dla niej.
Nienawidziła jego dotyku.
Mówił do niej. Widziała, jak porusza ustami, ale nie słyszała jego
głosu. Nie chciała słuchać. Nie chciała odpowiadać. Usłyszała, gdy
zaczął mówić głośniej. W jego głosie brzmiało poirytowanie z powodu
braku jej reakcji. Mówił o wzajemnym zaufaniu. Po kilku minutach
zamilkł. Zignorowała jego spojrzenie. Potem wzruszył ramionami i zaczął
poprawiać pasy. Zacisnął trochę bardziej rzemienie na jej klatce
piersiowej i pochylił się nad nią.
Odwróciła się natychmiast na lewy bok, tak daleko od niego, jak mogła,
na ile tylko pozwalały rzemienie. Podciągnęła kolana pod brodę i spróbowała z całej siły kopnąć go w głowę. Celowała w jabłko Adama, ale
trafiła czubkiem palca gdzieś poniżej szczęki, bo był na to przygotowany
i zrobił unik, więc skończyło się na lekkim, ledwie odczuwalnym
uderzeniu. Spróbowała kopnąć go jeszcze raz, ale był już poza zasięgiem.
Opuściła nogi na pryczę.
Prześcieradło zwisało z łóżka na podłogę. Koszula nocna podwinęła się
wysoko nad biodra.
Stał chwilę w bezruchu, nic nie mówiąc. Obszedł pryczę i rozpiął pasy do
krępowania nóg. Usiłowała je podkurczyć, ale chwycił ją za kostkę,
przygniótł kolano i zacisnął rzemień. Znów obszedł pryczę i przypiął
drugą nogę.
Teraz była już kompletnie bezradna.
Podniósł prześcieradło z podłogi i okrył ją. Patrzył na nią w ciszy
przez jakieś dwie minuty. Wyczuwała w ciemności jego podniecenie,
chociaż go nie okazywał, udawał obojętność. Na pewno miał erekcję.
Wiedziała, że chce jej dotknąć.
Potem odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Słyszała, że je
zaryglował, zupełnie niepotrzebnie, bo nie miała szans wyswobodzić się z więzów.
Leżała tak kilka minut i patrzyła na wąską smugę światła znad drzwi.
Potem poruszyła się, sprawdzając, jak ciasno są zapięte pasy. Mogła
trochę podciągnąć nogi, ale rzemienie na piersiach i wokół kostek
natychmiast się napinały. Rozluźniła się. Leżała w całkowitym bezruchu i patrzyła w nicość.
Czekała. Marzyła o kanistrze z benzyną i zapałce.
Widziała go przesiąkniętego benzyną. Wyczuwała w dłoni pudełko
zapałek. Potrząsnęła nim. Zagrzechotało. Wyjęła zapałkę. Słyszała, że on
coś mówi, ale była głucha na jego słowa. Widziała wyraz jego twarzy, gdy
przyłożyła zapałkę do pudełka. Słyszała trzask siarki w zetknięciu z draską. Brzmiało to jak spowolniony grzmot pioruna. Widziała, jak bucha
płomień.
Uśmiechnęła się z zawziętością, nabrała wewnętrznej siły.
Tej nocy skończyła trzynaście lat.
Rozdział 5
Środa 12 stycznia - piątek 14 stycznia
Äppelviken wydało się Lisbeth obcym, nieznanym miejscem, gdy po raz
pierwszy od osiemnastu miesięcy podjechała pod dom opieki swoim
wypożyczonym nissanem. Odkąd skończyła piętnaście lat, regularnie, kilka
razy do roku, odwiedzała miejsce, gdzie umieszczono jej matkę po tym,
jak wydarzyło się Całe Zło. Mimo nieczęstych wizyt Äppelviken było dla
Lisbeth stałym punktem odniesienia. To tutaj jej matka spędziła ostatnie
dziesięć lat życia i tutaj w końcu zmarła po ostatnim wyniszczającym
wylewie, mając zaledwie czterdzieści trzy lata.
Nazywała się Agneta Sofia Salander. Na ostatnich czternastu latach jej
życia piętno wycisnęły nawracające małe wylewy krwi do mózgu, które
uczyniły z niej osobę niezdolną, by o siebie zadbać i radzić sobie w codziennych czynnościach. W pewnych okresach w ogóle nie można było się
z nią porozumieć, miała też trudności z rozpoznawaniem Lisbeth.
Myśli o matce zawsze wywoływały w niej poczucie bezsilności i ponury
nastrój. Jako nastolatka długo żywiła nadzieję, że matka wyzdrowieje i że zdołają nawiązać ze sobą jakąś relację. Jednak rozum mówił, że to
nigdy nie nastąpi.
Matce, szczupłej i niskiej, daleko było do anorektycznego wyglądu
Lisbeth. Przeciwnie, była wprost piękna i doskonale zbudowana. Podobnie
jak siostra Lisbeth.
Camilla.
Lisbeth niechętnie o niej myślała.
Za ironię losu uważała fakt, że tak dramatycznie różniły się od siebie.
Bliźniaczki, jedna urodziła się dwadzieścia minut po drugiej.
Lisbeth była pierwsza. Camilla była piękna.
Tak bardzo się od siebie różniły, iż wydawało się nieprawdopodobne, by
rozwinęły się w jednej macicy. Gdyby nie błąd w kodzie genetycznym
Lisbeth Salander byłaby tak samo oszałamiająco piękna jak jej siostra.
I prawdopodobnie równie tępa.
Od wczesnego dzieciństwa Camilla była osobą ekstrawertyczną, lubianą i odnoszącą sukcesy w szkole. Lisbeth była cicha, zamknięta w sobie,
rzadko odpowiadała na pytania nauczycieli, co odzwierciedlało się w skrajnie różnych ocenach. Już w podstawówce Camilla odcięła się od
siostry do tego stopnia, iż nawet do szkoły chodziły innymi drogami.
Nauczyciele i koledzy zauważyli, że siostry nigdy nie spędzają razem
czasu i nigdy nie siadają obok siebie. Po drugim roku nauki zaczęły
chodzić do równoległych klas. Od dwunastego roku życia, gdy stało się
Całe Zło, wychowywały się oddzielnie. Nie widziały się, odkąd skończyły
siedemnaście lat, a ich ostatnie spotkanie skończyło się tak, że Lisbeth
miała podbite oko, a Camilla - spuchniętą wargę. Lisbeth nie wiedziała,
gdzie przebywa jej siostra, i nie podejmowała żadnych prób, by się tego
dowiedzieć.
Siostry Salander nie kochały się.
W oczach Lisbeth Camilla była fałszywą, zepsutą manipulantką. Jednak to
Lisbeth została przez sąd ubezwłasnowolniona.
Stanęła na parkingu dla gości, zapięła wytartą skórzaną kurtkę i w strugach deszczu ruszyła nieśpiesznie do głównego wejścia. Zatrzymała
się przy parkowej ławce i rozejrzała. Właśnie w tym miejscu, przy tej
ławce, półtora roku wcześniej widziała swoją matkę po raz ostatni.
Odwiedziła Äppelviken po drodze na północ, gdy wspierała Mikaela w poszukiwaniach szalonego, choć dobrze zorganizowanego seryjnego
mordercy. Matka była niespokojna i zdawała się nie poznawać Lisbeth, ale
i tak nie chciała jej puścić. Trzymała swoją córkę mocno za rękę,
patrząc na nią błędnym wzrokiem. Lisbeth się spieszyła. Poluzowała
uścisk, objęła matkę i zwiała na swoim motocyklu.
Dyrektorka domu opieki w Äppelviken, Agnes Mikaelsson, wyglądała na
zadowoloną ze spotkania z Lisbeth. Powitała ją przyjaźnie i zaprowadziła
do magazynu. Lisbeth uniosła pudło z rzeczami matki. Ważyło kilka
kilogramów i niewiele z jego zawartości można by pokazać jako
pozostałość po czyimś życiu.
- Nie wiedziałam, co zrobić z rzeczami pani matki - powiedziała
Mikaelsson. - Zawsze jednak miałam przeczucie, że pewnego dnia pani
wróci.
- Byłam w podróży - odpowiedziała Lisbeth.
Podziękowała, że zachowali karton, zataszczyła go do samochodu i opuściła Äppelviken na zawsze.
Lisbeth wróciła na Mosebacke tuż po dwunastej i wniosła karton z rzeczami matki do mieszkania. Nie zaglądajac do środka, włożyła go do
schowka w przedpokoju i znów wyszła.
Gdy otwierała drzwi wejściowe, ulicą przejechał powoli radiowóz.
Przystanęła i uważnie obserwowała budzącą respekt obecność policjantów
przed swoim domem, ponieważ jednak nie wydawało się, by mieli ruszyć do
ataku, spokojnie poczekała, aż odjadą.
Po południu odwiedziła H&M i KappAhl i skompletowała nową garderobę.
Kupiła pokaźny zestaw podstawowych ubrań, takich jak spodnie, bluzy i skarpetki. Nie interesowały jej markowe ciuchy, jednak czuła pewną
przyjemność, mogąc bez mrugnięcia okiem kupić naraz kilka par dżinsów.
Najbardziej ekstrawaganckiego zakupu dokonała w Twilfit, gdzie nabyła
sporą liczbę kompletów majtek i biustonoszy. Znów były to niewyszukane
fasony, jednak po trzydziestu minutach krępujących poszukiwań
zdecydowała się na komplet, który uznała za seksowny czy nawet wyuzdany,
a o którego kupnie nigdy wcześniej by nie pomyślała. Przymierzając go
późnym wieczorem, wydała się sobie bezgranicznie żałosna. W lustrze
zobaczyła chudą, wytatuowaną dziewczynkę w groteskowym stroju. Zdjęła
bieliznę i wyrzuciła ją do śmieci.
W sklepie DinSko kupiła solidne buty zimowe i dwie pary tenisówek. W ostatniej chwili wzięła jeszcze czarne botki na wysokim obcasie, które
podwyższały ją o kilka centymetrów. Poza tym nabyła porządną kurtkę
zimową z brązowego zamszu.
Przytaszczyła zakupy do domu, zrobiła sobie kawę i kanapki, po czym
pojechała oddać samochód do wypożyczalni przy centrum handlowym Ringen.
Wróciła spacerem, a przez resztę wieczoru siedziała po ciemku we wnęce
okiennej, patrząc na wody Saltsjön.
Mia Bergman, doktorantka kryminologii, pokroiła sernik i każdy kawałek
udekorowała lodami malinowymi. Najpierw podała talerzyki Erice Berger i Mikaelowi Blomkvistowi, następnie obsłużyła Daga i siebie. Malin
Eriksson stanowczo odmówiła deseru i zadowoliła się czarną kawą w nietypowej, staromodnej filiżance w kwiatki.
- To serwis mojej babci - powiedziała Mia, widząc, jak Malin ogląda
filiżankę.
- Strasznie się boi, że któraś z nich się zbije - powiedział Dag. -
Używamy ich tylko wtedy, gdy mamy szczególnie ważnych gości.
Mia się uśmiechnęła.
- Wiele lat wychowywałam się u mojej babci, a serwis to tak naprawdę
jedyne, co mi po niej zostało.
- Jest przepiękny - powiedziała Malin. - Ja mam tylko Ikeę.
Mikaela nie interesowały filiżanki w kwiatki, krytycznie patrzył za to
na talerz z sernikiem. Zastanawiał się, czy nie poluzować paska o jedną
dziurkę. Erika Berger najwyraźniej podzielała jego uczucia.
- O rany, też powinnam zrezygnować z deseru - powiedziała, zerkając
przepraszająco na Malin, po czym zdecydowanym ruchem chwyciła łyżeczkę.
Właściwie miała to być skromna robocza kolacja, żeby, po pierwsze,
zatwierdzić decyzję o współpracy, a po drugie, przedyskutować plan
numeru tematycznego "Millennium". Dag Svensson zaproponował, by spotkali
się u niego w domu i coś przekąsili, a Mia Bergman podała
najsmaczniejszego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, jakiego Mikael
kiedykolwiek jadł. Do kolacji wypili dwie butelki dość cierpkiego
hiszpańskiego czerwonego wina, a przy deserze Dag zapytał, czy ktoś ma
ochotę na tullamore dew. Tylko Erika była na tyle głupia, żeby odmówić,
więc Dag wyciągnął szklanki.
On i Mia zajmowali dwupokojowe mieszkanie w Enskede. Byli razem już parę
lat, ale dopiero przed rokiem podjęli decyzję o wspólnym zamieszkaniu.
Spotkali się około szóstej po południu, a gdy o wpół do dziewiątej
podano deser, główny temat nie został jeszcze w ogóle poruszony. Mikael
zdążył natomiast odkryć, że lubi Daga i Mię i dobrze się czuje w ich
towarzystwie.
To Erika po pewnym czasie skierowała rozmowę na temat, dla którego się
tu zebrali. Mia przyniosła wydruk swojego doktoratu i położyła go na
stole przed Eriką. Rozprawa miała przewrotny tytuł - From Russia with
Love - który odwoływał się oczywiście do klasyki Iana Fleminga o agencie 007. Podtytuł brzmiał Trafficking, przestępczość zorganizowana
oraz społeczne środki zaradcze.
- Musicie odróżnić moją rozprawę od tego, co pisze Dag - powiedziała
Mia. - Książka ma charakter reportażu zaangażowanego, koncentruje się na
tych, którzy czerpią zyski z traffickingu. Moja rozprawa to statystyka,
badania w terenie, cytaty z prawa i analiza traktowania ofiar przez
społeczeństwo i sądy.
- Czyli tych dziewczyn.
- Są młode, zazwyczaj między piętnastym a dwudziestym rokiem życia,
pochodzą z klasy robotniczej, brak im wykształcenia. Często mają
zagmatwaną sytuację rodzinną, a zdarza się, że już w dzieciństwie były
narażone na różnego rodzaju przemoc. Rzecz jasna, dały się zwabić do
Szwecji, ponieważ ktoś wcisnął im masę kłamstw.
- Handlarze żywym towarem.
- W tym względzie rozprawę cechuje perspektywa genderowa. Rzadko kiedy
badacz może tak jednoznacznie rozdzielić role według płci. Dziewczyny -
ofiary; faceci - sprawcy. Z wyjątkiem kilku kobiet, które same czerpią
zyski z sekshandlu, nie istnieje inny rodzaj przestępczości, gdzie płeć
warunkuje rolę w przestępstwie. Nie istnieje też żaden inny rodzaj
przestępczości, wobec którego społeczna akceptacja byłaby tak duża, a społeczeństwo robiłoby tak mało, by ją zwalczyć.
- Jeśli dobrze rozumiem, Szwecja ma mimo wszystko dość surowe
prawodawstwo w kwestii traffickingu i sekshandlu - powiedziała Erika.
- Nie rozśmieszaj mnie. Około setki dziewczyn rocznie - nie ma dokładnej
statystyki - przywozi się do Szwecji, żeby zarabiały jako dziwki, co w tym przypadku oznacza oddawanie swojego ciała gwałcicielom. Odkąd
uchwalono prawo o zapobieganiu traffickingowi, zastosowano je w sądzie
dosłownie kilka razy. Pierwszy raz w kwietniu 2003 roku wobec tej
szalonej burdelmamy po operacji zmiany płci. Rzecz jasna, została
uniewinniona.
- Czekaj, myślałam, że ją skazano?
- Za prowadzenie burdelu - tak. Ale uwolniono ją od zarzutu
traffickingu. Ofiary były również świadkami w sprawie i zniknęły tam,
skąd przyjechały, gdzieś w krajach bałtyckich. Przez wiele miesięcy
władze próbowały sprowadzić je na proces, poszukiwał ich między innymi
Interpol. Bezskutecznie.
- Co się z nimi stało?
- Nic. Program telewizyjny Insider powrócił do sprawy i wysłał ludzi
do Tallina. Mniej więcej jedno popołudnie zajęło reporterom znalezienie
dwóch spośród tych dziewczyn - mieszkały u rodziców. Trzecia przeniosła
się do Włoch.
- Innymi słowy policja tallińska nie była zbyt efektywna.
- Od tamtego czasu było faktycznie kilka wyroków skazujących, jednak
zawsze chodziło o osoby, które albo zatrzymano z powodu innych
przestępstw, albo były tak niewiarygodnie durne, że musiały dać się
złapać. Prawo to czysta fikcja. Nie używa się go.
- Aha.
- W tym przypadku przestępstwa to brutalne gwałty, często z pobiciem
albo ciężkim pobiciem oraz groźbą śmierci, nieraz połączone z przetrzymywaniem wbrew woli - wtrącił Dag.
- To chleb powszedni dla wielu dziewczyn, w minispódniczkach i z mocnym
makijażem przewozi się je do jakiejś willi na przedmieściu. Sęk w tym,
że one nie mają wyboru. Albo jadą i rżną się z obleśnym dziadem, albo
narażają się na pobicie i tortury ze strony swojego alfonsa. Nie mogą
uciec - nie znają języka, prawa, reguł, nie wiedzą, do kogo się zwrócić.
Nie mogą jechać do domu. Na samym początku zabiera się im paszporty, a w przypadku tamtej burdelmamy dziewczyny były zamykane na klucz.
- To brzmi jak opis obozu niewolników. Czy one w ogóle mają coś z tej
działalności?
- O, tak! - odpowiedziała Mia. - Na otarcie łez dostają kawałek tego
tortu. Pracują przeciętnie kilka miesięcy, a potem wracają do domu. Mogą
mieć wtedy porządny plik banknotów, dwadzieścia do trzydziestu tysięcy,
co w przeliczeniu na ruble stanowi mały majątek. Niestety często
wcześniej popadają w ciężkie nałogi, alkohol albo narkotyki, prowadzą
taki styl życia, że pieniądze szybko się kończą. Koło samo się napędza;
po jakimś czasie wracają do Szwecji, by znowu pracować i dobrowolnie, że
tak powiem, lądują u swojego kata.
- Jaki jest roczny obrót w tym biznesie? - zapytał Mikael.
Mia zerknęła na Daga i zastanowiła się chwilę, nim odpowiedziała.
- Trudno dać prawidłową odpowiedź na to pytanie. Liczyliśmy, i to wiele
razy, jednak nadal są to tylko szacunki.
- Tak pi razy oko.
- Okej, wiemy, że na przykład ta burdelmama, którą skazali za
stręczycielstwo, ale za trafficking już nie, w ciągu dwóch lat ściągnęła
trzydzieści pięć kobiet ze Wschodu. Pracowały od kilku tygodni do kilku
miesięcy. Podczas procesu okazało się, że przez te dwa lata zarobiły
razem ponad dwa miliony koron. Przeliczyłam to tak, że jedna dziewczyna
zarabia ponad pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. Z tego ponad pięć
tysięcy trzeba odjąć na wydatki - przejazdy, ubrania, mieszkanie i tak
dalej. To nie jest luksusowe życie, dziewczyny często waletują w jakimś
mieszkaniu, które zapewnia im szajka. Z pozostałych czterdziestu pięciu
tysięcy inni biorą od dwudziestu do trzydziestu. Szef chowa połowę,
powiedzmy piętnaście tysięcy, do kieszeni, a resztę dzieli między
pracowników - kierowców, najemników i pozostałych. Dziewczyna dostaje
jakieś dziesięć-dwanaście tysięcy.
- A miesięcznie...
- Powiedzmy, że grupa ma dwie albo trzy dziewczyny, które dla niej
tyrają. To oznacza, że wyciągają ponad sto pięćdziesiąt tysięcy
miesięcznie. Każda szajka składa się przeciętnie z trzech osób, które
muszą się z tego utrzymać. Tak to mniej więcej wygląda.
- A ile ich jest... to znaczy w zaokrągleniu.
- Można założyć, że naraz jest około stu dziewczyn, które w takim czy
innym sensie padły ofiarą traffickingu. Oznacza to, że miesięczny obrót
w skali Szwecji to ponad sześć milionów koron miesięcznie, czyli jakieś
siedemdziesiąt milionów rocznie. A dotyczy to tylko traffickingu.
- Brzmi jak drobniaki.
- To są małe pieniądze. A żeby na to zapracować, ponad sto dziewczyn
naraża się na gwałty. To doprowadza mnie do wściekłości.
- Nie mówisz jak profesjonalny badacz. Ale jeśli na jedną dziewczynę
przypada trzech facetów, to ponad pięciuset albo sześciuset się z tego
utrzymuje.
- W rzeczywistości prawdopodobnie mniej. Stawiałabym, że jakichś
trzystu.
- Nie wygląda mi to na problem nie do rozwiązania - powiedziała Erika.
- Tworzymy prawa i oburzamy się w mediach, ale prawie nikt nie rozmawiał
z prostytutką z bloku wschodniego, prawie nikt nie ma pojęcia o jej
życiu.
- Jak to działa? Mam na myśli praktykę. Dość trudno ściągnąć tu
szesnastoletnią dziewczynę z Tallina, tak by nikt niczego nie zauważył.
I co się dzieje później, kiedy już tu są? - zapytał Mikael.
- Kiedy zaczęłam badania, wydawało mi się, że to bardzo dobrze
zorganizowana działalność i jakaś rozbudowana mafijna siatka, która
sprawnie przerzuca dziewczyny przez granicę.
- Ale to nie tak? - zapytała Malin.
- Ta działalność jest niby jakoś zorganizowana, jednak później odkryłam,
że to w istocie wiele drobnych i raczej niejednolitych grup. Zapomnij o garniturze od Armaniego i sportowym samochodzie - przeciętna szajka
składa się z dwóch-trzech ludzi, pół na pół, Rosjanie albo mieszkańcy
krajów bałtyckich i Szwedzi. Wyobraź sobie takiego szefa: czterdzieści
lat, siedzi w podkoszulku, popija piwo i drapie się po brzuchu. Bez
wykształcenia. Pod pewnymi względami można by go uznać za
nieprzystosowanego społecznie, z problemami od wczesnego dzieciństwa.
- Bardzo romantyczne.
- O kobietach myśli jak neandertalczyk. Notorycznie używa przemocy, dużo
pije, skopie dupę każdemu, kto mu podskoczy. W szajce istnieje wyraźna
hierarchia przy podziale łupu, a współpracownicy często boją się szefa.
Dostawa mebli z Ikei dotarła do Lisbeth po trzech dniach, o wpół do
dziesiątej. Dwóch silnych facetów uścisnęło rękę jasnowłosej Irene
Nesser, mówiącej z lekkim norweskim akcentem. Następnie, jeżdżąc
niewielką windą tam i z powrotem, spędzili dzień na montowaniu stołów,
szafek i łóżek. Byli szalenie sprawni i najwyraźniej robili to już
wcześniej. Irene poszła do hali targowej Söderhallarna, kupiła greckie
jedzenie na wynos i zaprosiła ich na lunch.
Monterzy skończyli około piątej po południu. Gdy odjechali, Lisbeth
Salander zdjęła perukę i zaczęła przechadzać się samotnie po mieszkaniu,
rozmyślając o tym, czy dobrze będzie się czuła w swoim nowym domu. Stół
kuchenny wydawał się zbyt elegancki jak na jej upodobania. Obok, z wejściem zarówno z przedpokoju, jak i z kuchni, miała swój nowy pokój
dzienny z modnymi sofami i fotelami wokół stolika do kawy przy oknie.
Była zadowolona z sypialni; usiadła ostrożnie na łóżku Bergen i wypróbowała ręką materac.
Zerknęła do gabinetu z widokiem na Saltsjön. Yes, bardzo efektywnie.
Tu mogę pracować.
Jednak nad czym dokładnie - nie wiedziała, a i bez tego patrzyła na
umeblowanie krytycznie.
No dobra, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Resztę wieczoru Lisbeth spędziła na rozpakowywaniu i układaniu swoich
rzeczy. Pościeliła łóżko, a ręczniki, pościel i poszewki schowała do
szafy. Otworzyła torby i porozwieszała w szafach nowe ubrania. Mimo
olbrzymich zakupów wypełniła nimi tylko mały ułamek wolnej przestrzeni.
Poustawiała lampy i poukładała patelnie; porcelanę i sztućce ułożyła w kuchennych szafkach.
Patrząc na puste ściany, pomyślała, że powinna była kupić jakieś plakaty
albo obrazy. Zwykle ludzie mają na ścianach takie rzeczy. Nie
zaszkodziłaby też roślina w doniczce.
Następnie otworzyła kartony przyniesione z Lundagatan i wybrała książki,
gazety, wycinki i stare papiery z poprzednich researchów, które zapewne
powinna wyrzucić. Bez żalu pozbyła się starych, wytartych T-shirtów i dziurawych skarpetek. Nagle znalazła wibrator, wciąż jeszcze w oryginalnym opakowaniu. Uśmiechnęła się krzywo. Zwariowany prezent
urodzinowy od Mimmi, zupełnie zapomniała o jego istnieniu, właściwie
nigdy nawet go nie wypróbowała. Postanowiła, że to się zmieni, i postawiła go na sztorc na szafce przy łóżku.
Po chwili spoważniała. Mimmi. Poczuła ukłucie wyrzutów sumienia.
Spotykała się z Mimmi dość regularnie przez rok, a potem rzuciła ją dla
Mikaela Blomkvista bez słowa wyjaśnienia. Nie pożegnała się, nie
powiedziała, że zamierza wyjechać ze Szwecji. Tak samo jak nie pożegnała
się ani nie odezwała do Dragana Armanskiego czy dziewczyn z Evil
Fingers. Muszą myśleć, że nie żyje, albo może o niej zapomniały - nigdy
nie była numerem jeden w ich paczce. Dokładnie tak, jakby odwróciła się
od wszystkich i wszystkiego. Nagle zdała sobie sprawę, że nie pożegnała
się na Grenadzie z George'em Blandem. Zastanawiała się, czy chodzi po
plaży i jej wypatruje. Pomyślała o tym, co powiedział jej Mikael, że
przyjaźń opiera się na szacunku i zaufaniu. Zaniedbuję przyjaciół.
Zastanawiała się, gdzie jest Mimmi i czy powinna się do niej odezwać.
Większą część wieczoru i nocy poświęciła na porządkowanie papierów w gabinecie, instalowanie komputerów i surfowanie w sieci. Prześledziwszy
swoje inwestycje, stwierdziła, że jest bogatsza niż rok wcześniej.
Przeprowadziła rutynową kontrolę komputera Nilsa Bjurmana, jednak w jego
korespondencji nie znalazła nic interesującego, z czego wywnioskowała,
że trzyma się w ryzach.
Nie znalazła nic, co wskazywałoby na jego dalsze kontakty z kliniką w Marsylii. Wydawało się, że na płaszczyźnie zawodowej i osobistej
ograniczył się do wegetacji. Rzadko korzystał z poczty elektronicznej, a surfując w internecie, odwiedzał głównie strony z pornografią.
Dopiero około drugiej w nocy wyłączyła komputer. Poszła do sypialni,
rozebrała się i rzuciła ubrania na krzesło. Potem poszła do łazienki,
żeby się umyć. W kącie obok drzwi przymocowane były ogromne lustra od
podłogi do sufitu. Przyglądała się sobie przez dłuższą chwilę. Patrzyła
na swoją kanciastą, krzywą twarz, nowe piersi i wielki tatuaż na
plecach. Wyglądał pięknie - długi, wijący się smok,
czerwono-zielono-czarny, od głowy na barku aż po wąski ogon, biegnący
przez prawy pośladek do uda. Przez ostatni rok, kiedy podróżowała,
zapuściła włosy do ramion, ale w ostatnim tygodniu pobytu na Grenadzie
wzięła pewnego dnia nożyczki i obcięła je na krótko. Nadal sterczały na
wszystkie strony.
Poczuła nagle, że w jej życiu dokonywała się właśnie zasadnicza zmiana.
Może były to niekorzystne skutki tego, iż miała do dyspozycji miliardy i nie musiała liczyć każdej korony. Może to dorosłe życie, które powoli
zaczęło jej doskwierać. A może śmierć matki wyznaczajaca definitywny
koniec jej dzieciństwa.
W trakcie zeszłorocznych podróży pozbyła się wielu kolczyków. W genueńskiej klinice z medycznych względów przed operacją musiał zniknąć
ten w brodawce. Następnie wyjęła kolczyk z dolnej wargi, a będąc na
Grenadzie, usunęła kolejny, z lewej wargi sromowej - uwierał i nie
bardzo wiedziała, dlaczego kiedyś chciała mieć kolczyk w tym miejscu.
Otworzyła szeroko usta i wykręciła malutką sztangę, którą nosiła w języku przez siedem lat. Włożyła ją do miseczki na półce przy zlewie.
Poczuła, że w ustach zrobiło się nagle pusto. Poza kilkoma kolczykami w płatku ucha pozostały jej jeszcze tylko dwa: kółeczko w lewej brwi i ozdoba w pępku.
W końcu poszła do sypialni i wślizgnęła się pod nową kołdrę. Odkryła, że
łóżko jest gigantyczne, a ona zajmuje jedynie niewielką część jego
powierzchni. Czuła się tak, jakby leżała na brzegu boiska do piłki
nożnej. Opatuliła się kołdrą i rozmyślała jeszcze dłuższą chwilę.
Rozdział 6
Niedziela 23 stycznia - sobota 29 stycznia
Lisbeth Salander wjechała windą z garażu na piąte piętro, najwyższe z trzech kondygnacji biurowca przy Slussen, zajmowanych przez Milton
Security. Otworzyła drzwi windy dorobionym kluczem, o który postarała
się wiele lat temu. Wchodząc w ciemny korytarz, odruchowo spojrzała na
zegarek. Trzecia dziesięć, niedziela nad ranem. Ludzie z nocnej zmiany
siedzieli w dyżurce na trzecim piętrze i Lisbeth wiedziała, że
najprawdopodobniej będzie całkiem sama na tej kondygnacji.
Jak zwykle dziwiła się, że profesjonalne przedsiębiorstwo ochrony ma tak
oczywiste braki we własnym systemie bezpieczeństwa.
Korytarz na piątym piętrze niewiele się zmienił w ciągu minionego roku.
Lisbeth najpierw odwiedziła swój gabinet, mały sześcian za szklaną
ścianą, przydzielony jej przez Armanskiego. Drzwi nie były zamknięte na
klucz. Kilka sekund wystarczyło, by stwierdziła, że absolutnie nic nie
uległo zmianie w jej pokoju, poza tym, że ktoś ustawił przy drzwiach
karton ze starymi papierami. W pokoju znajdowały się stół, krzesło
biurowe, kosz na śmieci i pusty regał na książki. Wyposażenie
komputerowe stanowił prosty pecet Toshiba z 1997 roku z żenująco mało
pojemnym twardym dyskiem.
Lisbeth nie znalazła niczego, co wskazywałoby, że Dragan przekazał pokój
komuś innemu. Wzięła to za dobry znak, choć jednocześnie miała
świadomość, iż nic to nie znaczy. Pokój nie miał nawet czterech metrów
kwadratowych i nie można go było przeznaczyć na nic sensownego.
Lisbeth zamknęła drzwi, przeszła bezszelestnie cały korytarz,
sprawdzając, czy gdzieś nie pracuje jakiś nocny marek. Była sama.
Stanęła przy automacie do kawy, wzięła cappuccino, po czym udała się do
pokoju Armanskiego i otworzyła drzwi dorobionym kluczem.
W jego biurze jak zawsze panował irytujący porządek. Obeszła pokój
dookoła, spojrzała na regał, następnie usiadła przy biurku i włączyła
komputer.
Z wewnętrznej kieszeni swojej nowej zamszowej kurtki wyciągnęła płytę CD
i włożyła ją do napędu. Uruchomiła program o nazwie Asphyxia 1.3.
Napisała go tylko po to, aby na twardym dysku Armanskiego zainstalować
nowszą wersję programu Internet Explorer. Cała procedura zajęła około
pięciu minut.
Gdy skończyła, wyjęła płytę z komputera, włączyła go ponownie i uruchomiła zainstalowaną wersję Explorera. Program wyglądał i działał
tak samo jak poprzednia wersja, ale był nieco cięższy i o ułamek sekundy
wolniejszy. Wszystkie ustawienia pokrywały się z oryginałem, łącznie z datą instalacji. Po dodanym przez nią pliku nie pozostał żaden ślad.
Po wpisaniu adresu serwera FTP w Holandii wyskoczyło okienko. Kliknęła
polecenie "kopiuj", wpisała nazwę "Armanski/MiltSec" i nacisnęła enter.
Komputer natychmiast rozpoczął kopiowanie zawartości twardego dysku
Armanskiego na holenderski serwer. Pasek postępu wskazywał, że proces
zakończy się za trzydzieści cztery minuty.
W trakcie transferu z ozdobnej wazy na regale wyciągnęła zapasowy klucz
do biurka. Następne poświęciła pół godziny na zapoznanie się z zawartością papierów z prawej górnej szuflady, w której Armanski zawsze
przechowywał dokumenty bieżących i pilnych spraw. Gdy usłyszała dźwięk
oznaczający zakończenie transferu, odłożyła teczki w odpowiedniej
kolejności.
Potem wyłączyła komputer, zgasiła lampę na biurku i zabrała pusty kubek
po cappuccino. Wyszła tą samą drogą, którą weszła. Gdy wsiadała do
windy, była czwarta dwanaście nad ranem.
Do domu na Mosebacke wróciła spacerem, usiadła przed swoim PowerBookiem
i połączyła się z serwerem w Holandii, na którym uruchomiła kopię
Asphyxii 1.3. Po włączeniu programu pojawiło się okienko, gdzie należało
wybrać nazwę dysku. Lisbeth mogła wybierać spośród czterdziestu kilku
możliwości i zaczęła przewijać w dół ekranu. Pominęła dysk NilsEBjurman,
który przeglądała zazwyczaj raz na dwa miesiące. Na sekundę zatrzymała
się przy Blom/laptop i MikBlom/office. Nie klikała na te ikonki od ponad
roku i zawahała się, czy ich nie wyrzucić. Dla zasady postanowiła jednak
je zachować - ponieważ już raz włamała się do tych komputerów, głupotą
byłoby kasować informacje, bo może pewnego dnia będzie zmuszona
powtarzać całą procedurę. To samo dotyczyło ikonki z nazwą Wennerström,
której od dawna nie otwierała. Właściciel tego dysku już nie żył. Nowo
utworzona ikonka Armanski/MiltSec znajdowała się na samym końcu listy.
Mogła wcześniej skopiować jego dysk, ale nigdy jej na tym nie zależało,
ponieważ pracując w Milton i tak mogła dotrzeć do informacji, które
Armanski chciał ukryć przed światem. Włamując się do jego komputera, nie
miała złych zamiarów. Chciała po prostu wiedzieć, nad czym firma
pracuje, i mieć rozeznanie w sytuacji. Kliknęła i od razu otworzył się
folder z nową ikonką o nazwie Armanski HD. Wypróbowała, czy ma dostęp do
tego dysku, i stwierdziła, że wszystkie pliki są na swoim miejscu.
Siedziała przed komputerem aż do siódmej rano, czytając raporty,
sprawozdania finansowe i pocztę elektroniczną. Wreszcie pokiwała w zadumie głową i wyłączyła komputer. Poszła do łazienki, umyła zęby, po
czym rozebrała się w sypialni, zostawiła stertę ubrań na podłodze,
wślizgnęła się do łóżka i spała do wpół do pierwszej po południu.
W ostatni piątek stycznia w "Millennium" odbywało się coroczne
posiedzenie zarządu. Brali w nim udział skarbnik, rewident oraz czworo
udziałowców: Erika Berger (trzydzieści procent), Mikael Blomkvist
(dwadzieścia procent), Christer Malm (dwadzieścia procent) i Harriet
Vanger (trzydzieści procent). Na zebranie wezwano również sekretarza
redakcji, Malin Eriksson, jako reprezentantkę pracowników i przewodniczącą miejscowej filii związku zawodowego w "Millennium". Do
związku należeli oprócz niej także Lottie Karim, Henry Cortez, Monika
Nilsson oraz dyrektor handlowy, Sonny Magnusson. Dla Malin było to
pierwsze posiedzenie zarządu firmy.
Zebranie rozpoczęto o czwartej po południu, a zakończono ponad godzinę
później. Większość czasu zajęły omówienia sprawozdania finansowego oraz
rewizyjnego. Stwierdzono, że "Millennium" ma lepszą sytuację ekonomiczną
niż podczas kryzysu, który dotknął firmę przed dwoma laty. Sprawozdanie
rewizyjne wykazało, że firma osiągnęła dwa miliony sto tysięcy koron
zysku, z czego ponad milion to dochody z książki Mikaela Blomkvista.
Na wniosek Eriki Berger postanowiono, że milion koron pozostanie w rezerwie jako zabezpieczenie na wypadek przyszłych kryzysów, dwieście
pięćdziesiąt tysięcy pójdzie na niezbędny remont lokali redakcyjnych
oraz zakup nowych komputerów i innego sprzętu, trzysta tysięcy umożliwi
podwyżki płac oraz ewentualne przejście Henry'ego Corteza na pełen etat.
Co do pozostałej sumy, zaproponowano wypłatę dywidendy w wysokości
pięćdziesięciu tysięcy koron każdemu ze wspólników oraz łącznie stu
tysięcy premii do równego podziału między czworo stałych
współpracowników bez względu na to, czy pracowali na cały, czy tylko na
część etatu. Dyrektor handlowy, Sonny Magnusson, premii nie otrzymał.
Zgodził się bowiem na kontrakt, który zapewniał mu procent od
sprzedanych reklam, dzięki czemu często był najwyżej wynagradzanym
pracownikiem. Wniosek został przyjęty jednogłośnie.
Propozycja Mikaela Blomkvista, by zmniejszyć budżet na zlecenia, a w zamian zatrudnić jeszcze jednego reportera na pół etatu, wywołała krótką
dyskusję. Mikael miał tu na myśli Daga Svenssona, który mógłby wtedy
traktować "Millennium" jako bazę w dalszej pracy freelancera, a później
ewentualnie dostać cały etat. Propozycja spotkała się ze sprzeciwem
Eriki Berger, której zdaniem gazeta nie poradziłaby sobie bez dostępu do
stosunkowo dużej liczby tekstów z zewnątrz. Erikę poparła Harriet
Vanger, natomiast Christer Malm wstrzymał się od głosu. Postanowiono nie
naruszać budżetu, a jednocześnie sprawdzić, czy można dokonać korekty
innych wydatków. Wszyscy bardzo chcieli zatrzymać Daga Svenssona
przynajmniej na pół etatu.
Po krótkiej dyskusji o przyszłym kierunku pisma i planach jego rozwoju
ponownie wybrano Erikę na prezesa zarządu na bieżący rok. Następnie
uznano posiedzenie za zakończone.
Malin Erikson nie odezwała się słowem podczas zebrania. Licząc w pamięci, stwierdziła, że współpracownicy dostaną premię od zysków w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy koron, czyli więcej niż miesięczna
pensja. Nie widziała powodu, by protestować przeciw tej decyzji.
Zaraz po zebraniu Erika Berger zwołała dodatkową naradę udziałowców.
Oznaczało to, że ona, Mikael, Christer i Harriet zostają, a pozostali
opuszczą salę konferencyjną. Jak tylko zamknęły się drzwi, Erika
otworzyła posiedzenie.
- Mamy jeden punkt w porządku obrad. Harriet, zgodnie z umową zawartą z Henrikiem Vangerem, jego zaangażowanie w firmę miało trwać dwa lata.
Dotarliśmy do momentu, gdy umowa wygasa. Musimy więc postanowić, co
stanie się z twoimi - a dokładniej mówiąc Henrika - udziałami.
Harriet kiwnęła głową.
- Wszyscy wiemy, że jego wejście do spółki było spowodowane impulsem i wymogami bardzo specyficznej sytuacji - powiedziała Harriet. - Sytuacja
ta jest już nieaktualna. Co proponujecie?
Zirytowany Christer Malm zaczął wiercić się na krześle. Był jedyną osobą
w sali, która nie za bardzo wiedziała, na czym owa specyficzna sytuacja
polegała. Zdawał sobie sprawę, że Mikael i Erika zataili przed nim
jakieś fakty, lecz Erika wytłumaczyła, iż chodzi o rzecz w najwyższym
stopniu poufną, o której Mikael w żadnym wypadku nie chce rozmawiać.
Christer nie był aż tak tępy, by się nie domyślać, że milczenie Mikaela
miało coś wspólnego z Hedestad i Harriet Vanger. Rozumiał też, iż nie
musi nic wiedzieć, podejmując decyzję w zasadniczej kwestii, a miał dla
Mikaela dość szacunku, by nie robić z tego wielkiej sprawy.
- Przedyskutowaliśmy to we trójkę i doszliśmy do pewnego wniosku -
odezwała się Erika. Zrobiła pauzę i spojrzała Harriet w oczy. - Zanim
przedstawimy nasz punkt widzenia, chcielibyśmy wiedzieć, co ty o tym
sądzisz.
Harriet Vanger popatrzyła kolejno na Erikę, Mikaela, na którym
zatrzymała na moment wzrok, i Christera. Nie mogła jednak nic wyczytać z ich twarzy.
- Jeśli chcecie mnie wykupić, będzie to kosztować dobre trzy miliony
plus odsetki, bo tyle Vangerowie zainwestowali w "Millennium". Stać was
na to? - zapytała Harriet łagodnie.
- Owszem - powiedział Mikael z uśmiechem.
Dostał od starego przemysłowca, Henrika Vangera, pięć milionów koron za
robotę, jaką dla niego wykonał. Jak na ironię, w jej zakres wchodziło
między innymi odnalezienie Harriet Vanger.
- W takim razie decyzja jest w waszych rękach. Kontrakt stanowi, że
możecie się pozbyć wspólnika z rodziny Vangerów dokładnie od dzisiaj.
Sama nigdy nie spisałabym kontraktu tak niedbale, jak to zrobił Henrik.
- Możemy cię wykupić, jeśli będziemy chcieli - powiedziała Erika. -
Pytanie brzmi, co ty chcesz zrobić. Kierujesz koncernem
przemysłowym, a właściwie dwoma. Cały nasz roczny budżet to tyle, ile wy
macie obrotu podczas jednej przerwy na kawę. Jaki masz interes w tym, by
tracić czas na coś tak nieistotnego jak "Millennium"? Zwołujemy zebranie
co kwartał, a ty, odkąd zastępujesz Henrika w zarządzie, za każdym razem
rezerwujesz sobie ten czas i przychodzisz punktualnie.
Harriet Vanger spojrzała na prezesa zarządu łagodnym wzrokiem. Przez
długą chwilę nic nie mówiła. Potem popatrzyła na Mikaela i odpowiedziała.
- Od dnia, kiedy się urodziłam, zawsze byłam właścicielką czegoś. Dni
upływają mi na kierowaniu koncernem, w którym jest więcej intryg niż na
czterystu stronach harlequina. Weszłam do zarządu, żeby wypełnić
zobowiązania, których nie mogłam się zrzec. Ale wiecie co? W trakcie
minionych osiemnastu miesięcy odkryłam, że lepiej się czuję w tym
zarządzie niż we wszystkich innych razem wziętych.
Mikael z zadumą pokiwał głową. Harriet przeniosła wzrok na Christera.
- "Millennium" to jakby zabawa w zarządzanie. Problemy są tu drobne,
zrozumiałe i przejrzyste. Oczywiście, firma chce wypracować zysk i zarabiać pieniądze - to podstawowy warunek. Ale cel waszej działalności
jest zupełnie inny - naprawdę chcecie coś osiągnąć.
Wypiła łyk wody mineralnej Ramlösa i utkwiła wzrok w Erice.
- Czym owo coś miałoby być, nie wiadomo dokładnie. Cel jest po prostu
nieokreślony. Nie jesteście partią polityczną ani żadnym lobby. Nie
musicie postępować lojalnie wobec nikogo innego oprócz siebie samych.
Wytykacie społeczeństwu błędy i wkurzacie osoby publiczne, których nie
lubicie. Często chcecie dokonywać zmian i wywierać wpływ. Nawet jeśli
udajecie, że jesteście cynikami i nihilistami, to jedynie wasza własna
moralność nadaje kierunek tej gazecie, a wiele razy widziałam, że to
moralność dość szczególna. Nie wiem, jak to nazwać, ale "Millennium" ma
duszę. To jedyny zarząd, z zasiadania w którym naprawdę jestem dumna.
Harriet zamilkła, cisza trwała dość długo, wreszcie Erika się zaśmiała.
- Pięknie to brzmi. Ale wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie.
- Świetnie się czuję w waszym gronie, a członkostwo w tym zarządzie
naprawdę dobrze mi zrobiło. To jedna z najbardziej szalonych i absurdalnych rzeczy, jakich doświadczyłam. Jeśli chcecie, żebym została,
to chętnie zostanę.
- No dobra - powiedział Christer. - Gadaliśmy i gadaliśmy, i jesteśmy
całkowicie zgodni. Zrywamy dzisiaj kontrakt i wykupujemy cię.
Oczy Harriet rozszerzyły się odrobinę.
- Chcecie się mnie pozbyć?
- Gdy podpisywaliśmy ten kontrakt, mieliśmy nóż na gardle. Żadnego
wyboru. Już wtedy zaczęliśmy odliczać dni do momentu, kiedy będziemy
mogli wykupić udziały Henrika Vangera.
Erika otworzyła teczkę, wyjęła papiery na stół i podsunęła je Harriet
razem z czekiem wystawionym z dokładnością do korony na sumę, jaką
Harriet wcześniej podała. Harriet Vanger przejrzała kontrakt. Bez słowa
wzięła ze stołu długopis i podpisała.
- Otóż to - powiedziała Erika. - Załatwiliśmy sprawę bezboleśnie.
Chciałabym podziękować Henrikowi Vangerowi za miniony czas i za wkład,
jaki wniósł w rozwój "Millennium". Mam nadzieję, że mu to przekażesz.
- Oczywiście - odpowiedziała Harriet. Wyraz jej twarzy nic nie zdradzał,
jednak była dotknięta i głęboko rozczarowana, że skłonili ją do
przyznania, iż chce zostać w zarządzie, a potem tak po prostu ją
wyrzucili. To było cholernie niepotrzebne.
- Jednocześnie chcę cię zainteresować całkiem innym kontraktem.
Wyciągnęła nowy plik dokumentów i przesunęła go po stole.
- Zastanawiamy się, czy może miałabyś ochotę zostać współudziałowcem
"Millennium". Cena dokładnie pokrywa się z kwotą, którą właśnie
otrzymałaś. Kontrakt różni się tym, iż nie ma w nim żadnych ograniczeń
czasowych ani szczególnych klauzul. Wchodzisz do zarządu jako
pełnoprawny udziałowiec firmy z taką samą odpowiedzialnością i zobowiązaniami jak my wszyscy.
Hariet uniosła brwi.
- Po co ta zawiła procedura?
- Dlatego że prędzej czy później i tak trzeba by to zrobić - powiedział
Christer. - Mogliśmy przedłużać stary kontrakt o rok do następnego
zebrania wspólników albo dopóki byśmy się nie pokłócili i nie usunęli
cię z zarządu. Wciąż byłby to jednak kontrakt, który należy spłacić.
Harriet podparła głowę ręką i spojrzała na niego badawczo. Przeniosła
wzrok na Mikaela, a potem na Erikę.
- Różnica polega na tym, że do podpisania kontraktu z Henrikiem zmusiła
nas sytuacja finansowa - powiedziała Erika. - Z tobą zawieramy umowę,
ponieważ tego chcemy. A inaczej niż w przypadku poprzedniej nie będzie
można tak łatwo cię zwolnić.
- Dla nas to ogromna różnica - odezwał się cicho Mikael.
To był jego jedyny wkład w dyskusję.
- Po prostu uważamy, że wnosisz do "Millennium" coś więcej niż gwarancje
finansowe, które zapewnia nazwisko Vanger - powiedziała Erika. - Jesteś
mądra, wyrozumiała, proponujesz konstruktywne rozwiązania. Do tej pory
starałaś się trzymać na uboczu, jak ktoś, kto przyszedł w odwiedziny.
Dajesz temu zarządowi stabilność i oparcie, jakich wcześniej nigdy nie
mieliśmy. Znasz się na interesach. Kiedyś zapytałaś, czy możesz na mnie
polegać, a mnie zastanowiło, czy mogę polegać na tobie. W tym momencie
obie znamy odpowiedź. Lubię cię i polegam na tobie - jak wszyscy tutaj.
Nie chcemy, żebyś pozostawała na marginesie zgodnie z jakąś absurdalną
umową. Chcemy cię jako partnera i pełnoprawnego współudziałowca.
Harriet przysunęła do siebie dokument i pięć minut czytała go dokładnie
linijka po linijce. Wreszcie podniosła wzrok.
- I wszyscy troje jesteście co do tego zgodni? - zapytała.
Kiwnęli głowami. Harriet wzięła długopis i podpisała. Przesunęła czek po
stole. Mikael podarł go na kawałki.
Współudziałowcy "Millennium" jedli kolację w Samirs Gryta przy
Tavastgatan. Spokojne przyjęcie z dobrym winem, kuskusem i jagnięciną na
cześć nowego wspólnika. Rozmowa toczyła się bez napięć, a Harriet Vanger
była wyraźnie oszołomiona. Przypominało to trochę krępującą pierwszą
randkę, kiedy obie strony wiedzą, że coś się wydarzy, ale nie wiedzą
dokładnie co.
Już około wpół do ósmej Harriet odłączyła się od towarzystwa.
Usprawiedliwiła się, że chce wrócić do hotelu i się położyć. Erika
Berger właśnie miała wychodzić do domu, do męża, przeszły więc kawałek
razem. Rozstały się przy Slussen. Mikael i Christer leniwie siedzieli
jeszcze chwilę, po czym Christer przeprosił i powiedział, że on też musi
już iść.
Harriet wzięła taksówkę do Sheratona i poszła do swojego pokoju na
siódmym piętrze. Rozebrała się, wykąpała i włożyła hotelowy szlafrok.
Potem usiadła przy oknie i patrzyła na Riddarholmen. Otworzyła paczkę
dunhilli i zapaliła. Paliła około trzech, czterech papierosów dziennie,
co było tak znikomą ilością, że czuła się niemal osobą niepalącą i potrafiła dla zabawy zaciągnąć się dla przyjemności, nie mając przy tym
wyrzutów sumienia.
O dziewiątej ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła i wpuściła Mikaela
Blomkvista.
- Drań - powiedziała.
Mikael uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.
- Przez chwilę myślałam, że naprawdę zamierzacie mnie wyrzucić.
- Nie zrobilibyśmy tego w taki sposób. Rozumiesz, dlaczego chcieliśmy od
nowa sformułować kontrakt?
- Tak. To ma sens.
Mikael rozchylił szlafrok Harriet i delikatnie objął dłonią jej pierś.
- Drań - powiedziała znowu.
Lisbeth Salander zatrzymała się przed drzwiami z nazwiskiem Wu. Gdy
stała na ulicy, w oknie paliło się światło, a teraz słyszała muzykę
dobiegającą z mieszkania. Nazwisko się zgadzało. Lisbeth wywnioskowała,
że Miriam wciąż mieszka w kawalerce na Tomtebogatan przy S:t Eriksplan.
Był piątkowy wieczór i przypuszczała, że Mimmi poszła gdzieś się
zabawić, a w mieszkaniu będzie ciemno. Jedyne, co musiała ustalić to,
czy Mimmi będzie jeszcze chciała ją znać, czy jest sama i wolna.
Nacisnęła dzwonek.
Mimmi otworzyła drzwi i ze zdumienia aż uniosła brwi. Oparła się o futrynę z ręką na biodrze.
- Salander. Myślałam, że nie żyjesz albo coś w tym stylu.
- Raczej coś w tym stylu - powiedziała Lisbeth.
- Czego chcesz?
- Jest wiele odpowiedzi na to pytanie.
Miriam Wu rozejrzała się po klatce schodowej, po czym znów utkwiła wzrok
w Lisbeth.
- Spróbuj podać choć jedną.
- No, dowiedzieć się, czy wciąż jesteś singlem i czy masz dziś ochotę na
towarzystwo.
Mimmi przez kilka sekund wyglądała na zdumioną, potem wybuchnęła
śmiechem.
- Znam tylko jedną osobę, której przyszłoby na myśl zadzwonić do moich
drzwi po półtora roku milczenia i zapytać, czy mam ochotę się pieprzyć.
- Chcesz, żebym sobie poszła?
Mimmi przestała się śmiać. Zamilkła na moment.
- Lisbeth... O rany, ty mówisz poważnie.
Lisbeth wyczekiwała.
Wreszcie Mimmi westchnęła i otworzyła szeroko drzwi.
- Wejdź. W każdym razie mogę cię zaprosić na kawę.
Lisbeth podążyła za nią i usiadła na jednym z dwóch taboretów w kąciku
jadalnym, który Mimmi urządziła w przedpokoju, tuż za drzwiami
wejściowymi. Mieszkanie o powierzchni dwudziestu czterech metrów
kwadratowych składało się z ciasnego pokoju i z przedpokoju, który dało
się nieco umeblować. Kuchnię stanowiła szafka w rogu przedpokoju, dokąd
Mimmi podciągnęła wężem wodę z toalety.
Lisbeth zerkała na Mimmi, gdy nalewała wodę do ekspresu. Matka Mimmi
pochodziła z Hong Kongu, a ojciec z Boden na północy Szwecji. Lisbeth
wiedziała, że jej rodzice wciąż byli małżeństwem i mieszkali w Paryżu.
Mimmi studiowała socjologię w Sztokholmie, a jej starsza siostra
antropologię w Stanach. Matczyne geny objawiały się w jej
kruczoczarnych, prostych, krótko ściętych włosach i lekko orientalnych
rysach. Po ojcu miała błękitne oczy, które nadawały jej znamienny
wygląd. Miała szerokie usta i dołki w policzkach, których nie
zawdzięczała ani matce, ani ojcu.
Miała trzydzieści jeden lat. Lubiła wystroić się w błyszczącą skórę i włóczyć się po klubach z performance show - czasem sama w nich
występowała. Natomiast Lisbeth nie była w klubie, odkąd skończyła
szesnaście lat.
Jeden dzień w tygodniu dorabiała jako sprzedawczyni w Domino Fashion na
którejś z przecznic Sveavägen. Klienci poszukujący ubrań w stylu
pielęgniarskiego uniformu z gumy czy stroju wiedźmy z czarnej skóry
zaglądali do Domino, gdzie zarówno projektowano, jak i wykonywano takie
rzeczy. Mimmi wraz z kilkoma przyjaciółkami była współwłaścicielką
butiku, co oznaczało skromny dodatek do kredytu studenckiego w kwocie
kilku tysięcy miesięcznie. Lisbeth zobaczyła Mimmi przed kilku laty w przedziwnym show na paradzie równości Stockholm Pride, a wieczorem
spotkała ją na piwie. Mimmi miała na sobie niezwykłą cytrynowożółtą
sukienkę z plastiku, która więcej odkrywała, niż zakrywała. Lisbeth z trudnością przyszłoby określić, na czym miałby polegać erotyzm tego
stroju, lecz była na tyle pijana, by nagle nabrać ochoty na poderwanie
dziewczyny przebranej za cytrus. Ku wielkiemu zdziwieniu Lisbeth owoc
zmierzył ją wzrokiem, roześmiał się w głos, bez skrępowania pocałował w usta i powiedział: "Chcę cię mieć". Poszły razem do domu Lisbeth i uprawiały seks całą noc.
- Jestem, jaka jestem - powiedziała Lisbeth. - Wyjechałam, żeby uciec od
wszystkich i wszystkiego. Powinnam była się pożegnać.
- Myślałam, że coś ci się stało. Chociaż ostatnio, kiedy jeszcze tu
byłaś, nie miałyśmy raczej ze sobą kontaktu.
- Załatwiałam pewne sprawy.
- Jesteś taka tajemnicza. Nigdy o sobie nie mówisz, nie wiem, gdzie
pracujesz ani do kogo zadzwonić, gdybyś nie odbierała komórki.
- Chwilowo nigdzie nie pracuję, a poza tym ty jesteś dokładnie taka
sama. Chciałaś mieć seks, ale nie interesował cię związek. Czyż nie?
Mimmi spojrzała na Lisbeth.
- To prawda - odpowiedziała w końcu.
- Tak samo było ze mną. Nigdy ci nic nie obiecywałam.
- Zmieniłaś się.
- Nie bardzo.
- Wyglądasz na starszą. Dojrzalszą. Masz inne ciuchy. I wypchałaś sobie
czymś stanik.
Lisbeth nic nie powiedziała. Poprawiła się na taborecie. Mimmi właśnie
poruszyła kwestię, która wydawała się Lisbeth krępująca, nie mogła się
zdecydować, jak ją wyjaśnić. Mimmi widziała Lisbeth nago i z pewnością
nie uszedłby jej uwagi fakt, że zaszła pewna zmiana. W końcu Lisbeth
spuściła oczy i wymamrotała:
- Zrobiłam sobie piersi.
- Słucham?
Lisbeth podniosła wzrok i odezwała się głośniej, nieświadoma tego, że
przybrała zaczepny ton.
- Pojechałam do kliniki we Włoszech i zrobiłam sobie normalne piersi. To
dlatego zniknęłam. A potem po prostu podróżowałam dalej. Teraz wróciłam.
- Żartujesz?
Lisbeth spojrzała na Mimmi wzrokiem bez wyrazu.
- Ale jestem głupia. Ty nigdy nie żartujesz, doktorze Spock.
- Nie zamierzam przepraszać. Jestem wobec ciebie szczera. Jeśli chcesz,
żebym sobie poszła, to tylko powiedz.
- Naprawdę masz nowe cycki?
Lisbeth kiwnęła głową. Mimmi wybuchnęła nagle głośnym śmiechem. Lisbeth
zachmurzyła się.
- Na pewno nie chcę, żebyś wyszła, zanim je zobaczę. Proszę. Please.
- Mimmi, zawsze lubiłam seks z tobą. W ogóle cię nie interesowało, czym
się zajmuję, a gdy byłam zajęta, to znajdowałaś sobie kogoś innego. I gówno cię obchodzi, co ludzie o tobie myślą.
Mimmi kiwnęła głową. Już pod koniec podstawówki zdała sobie sprawę, że
jest lesbijką, i po kilku nieśmiałych, krępujących próbach, dostąpiła
erotycznego wtajemniczenia w wieku lat siedemnastu, gdy przypadkowo
poszła z kimś na imprezę organizowaną przez göteborgską filię Krajowej
Organizacji na rzecz Równości Seksualnej. Nigdy później nie rozważała
zmiany stylu życia. Jeden jedyny raz, mając dwadzieścia trzy lata,
spróbowała seksu z facetem. Odbyła stosunek i mechanicznie robiła
wszystko, czego od niej oczekiwał. Nie doświadczyła rozkoszy. Należała
również do tej garstki dziewczyn, które w ogóle nie przejawiały
zainteresowania małżeństwem, wiernością i intymnymi wieczorami w domu.
- Jestem w Szwecji od kilku tygodni. Chciałam się dowiedzieć, czy mam
iść na podryw, czy może nadal jesteś zainteresowana.
Mimmi wstała i podeszła do Lisbeth. Pochyliła się i pocałowała ją
delikatnie w usta.
- Zamierzałam się dzisiaj pouczyć.
Odpięła górny guzik bluzki Lisbeth.
- Jasna cholera...
Pocałowała ją jeszcze raz i odpięła następny guzik.
- Po prostu muszę to zobaczyć.
Znów ją pocałowała.
- Witamy z powrotem.
Harriet Vanger zasnęła około drugiej nad ranem, Mikael leżał obok,
słuchając jej oddechu. Wreszcie wstał i wyjął papierosa z paczki
dunhilli w jej torebce. Usiadłszy nago na krześle przy łóżku, przyglądał
się Harriet.
Nie planował, że zostanie jej kochankiem. Wręcz przeciwnie, po
wydarzeniach w Hedestad czuł potrzebę, by trzymać się z daleka od
rodziny Vangerów. Spotkał Harriet na kilku zebraniach zarządu zeszłej
wiosny i zawsze zachowywał uprzejmy dystans; znali swoje tajemnice i mieli na siebie haki, jednak poza obowiązkami Harriet w zarządzie
"Millennium" wszystkie ich wspólne sprawy były praktycznie zakończone.
W zeszłym roku na Zielone Świątki Mikael po raz pierwszy od wielu
miesięcy wyjechał do swojego domku letniskowego w Sandhamn, żeby trochę
odetchnąć, posiedzieć na pomoście, przeczytać jakiś kryminał. W piątkowe
popołudnie, kilka godzin po przyjeździe, przespacerował się do kiosku po
papierosy, gdy nagle wpadł na Harriet. Poczuła potrzebę, by wyrwać się z Hedestad, i zarezerwowała weekend w hotelu w Sandhamn, gdzie nie była od
czasów dzieciństwa. Miała szesnaście lat, gdy uciekła ze Szwecji, a pięćdziesiąt trzy, gdy wróciła. To właśnie Mikael ją odnalazł.
Po kilku słowach powitania Harriet zamilkła zakłopotana. Mikael znał jej
historię. Wiedziała, że wbrew swoim zasadom nie ujawnił przerażających
tajemnic rodziny Vangerów. Zrobił to między innymi przez wzgląd na nią.
Chwilę później Mikael zaprosił ją do siebie. Zrobił kawę i rozmawiając,
przesiedzieli na werandzie kilka godzin. Od jej powrotu do Szwecji po
raz pierwszy poważnie rozmawiali. Mikael musiał zapytać.
- Co zrobiliście z zawartością piwnicy Martina?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
Kiwnął głową.
- Sama posprzątałam. Spaliłam wszystko, co się dało. Kazałam zburzyć
dom. Nie mogłam tam mieszkać, nie mogłam też go sprzedać i pozwolić, by
ktoś inny tam mieszkał. Dla mnie to miejsce wiązało się tylko ze złem.
Zamierzam zbudować tam nowy dom; mniejszy.
- Nikt się nie dziwił, gdy kazałaś go zburzyć? To była przecież
elegancka i całkiem nowa willa.
Uśmiechnęła się.
- Dirch Frode puścił plotkę, że dom był zniszczony przez pleśń, a renowacja kosztowałaby więcej.
Dirch Frode to adwokat rodziny Vangerów.
- Co u niego?
- Niedługo skończy siedemdziesiątkę. Wciąż dla mnie pracuje.
Zjedli razem kolację. Nagle Mikael zdał sobie sprawę, że Harriet
opowiada najbardziej intymne i osobiste szczegóły ze swojego życia. Gdy
jej przerwał i zapytał, dlaczego to robi, zastanowiła się przez chwilę i odpowiedziała, że nie ma drugiej takiej osoby na świecie, przed którą
nie miałaby powodu czegokolwiek ukrywać. Poza tym trudno jej było bronić
się przed smarkaczem, którego dobre czterdzieści lat temu pilnowała jako
opiekunka.
W całym swoim życiu Harriet uprawiała seks z trzema mężczyznami.
Najpierw ze swoim ojcem, potem z bratem. Ojca zabiła, a od brata
uciekła. W jakiś sposób przetrwała to wszystko, spotkała właściwego
mężczyznę i stworzyła sobie nowe życie.
- Był czuły i kochający. Szlachetny, dawał poczucie bezpieczeństwa.
Byłam z nim szczęśliwa. Przeżyliśmy razem ponad dwadzieścia lat, zanim
zachorował.
- Nie wyszłaś ponownie za mąż? Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
- Miałam dwójkę dzieci, byłam właścicielką dużego przedsiębiorstwa w branży rolniczej w Australii. Nigdy tak naprawdę nie mogłam się wymknąć
na jakiś romantyczny weekend. Nie brakowało mi seksu.
Przez chwilę siedzieli cicho.
- Późno już. Powinnam wracać do hotelu.
Mikael kiwnął głową.
- Chcesz mnie uwieść?
- Tak - odpowiedział.
Wstał, wziął ją za rękę, poprowadził na poddasze domku, do sypialni.
Nagle Harriet zatrzymała go.
- Nie wiem za bardzo, jak się zachować - powiedziała. - Nie robię takich
rzeczy na co dzień.
Spędzili razem weekend, a potem co trzy miesiące spotykali się na jedną
noc po zebraniach zarządu "Millennium". Nie był to jakiś trwały związek.
Harriet Vanger pracowała dwadzieścia cztery godziny na dobę i stale
podróżowała. Co drugi miesiąc spędzała w Australii. Najwyraźniej jednak
doceniała te sporadyczne i krótkie spotkania z Mikaelem.
Dwie godziny później Mimmi robiła kawę, a Lisbeth leżała naga i spocona
na pościeli. Przez otwarte drzwi patrzyła na Mimmi, paląc papierosa.
Zazdrościła jej ciała. Jej mięśnie wyglądały imponująco. Trzy razy w tygodniu trenowała na siłowni, z czego jeden wieczór poświęcała na
tajski boks czy jakieś tam inne gówniane karate i dzięki temu miała
bezwstydnie wysportowane ciało.
Po prostu była całkiem apetyczna. Nie piękna jak fotomodelka, ale
autentycznie atrakcyjna. Uwielbiała prowokować, zachowywać się
wyzywająco. Gdy wystroiła się na imprezę, potrafiła zainteresować sobą
każdego. Lisbeth nie pojmowała, dlaczego Mimmi w ogóle zwracała uwagę na
taką kozę jak ona.
Ale cieszyło ją to. Seks z Mimmi był tak cudownie wyzwalający, że
Lisbeth po prostu odprężała się i rozkoszowała, biorąc i dając
jednocześnie.
Mimmi wróciła z dwoma kubkami, które postawiła na taborecie obok.
Położyła się na łóżku, pochyliła i ustami chwyciła brodawkę Lisbeth.
- No dobra, mogą być - powiedziała.
Lisbeth milczała. Popatrzyła na piersi Mimmi. Też były dość małe, lecz
wyglądały całkiem naturalnie.
- Mówiąc szczerze, Lisbeth, cholernie dobrze wyglądasz.
- To śmieszne. Piersi to ani plus, ani minus, ale w każdym razie teraz
je mam.
- Ty i ta twoja obsesja na punkcie wyglądu.
- I kto to mówi, sama trenujesz jak szalona.
- Trenuję jak szalona, bo sprawia mi to przyjemność. Daje prawie takiego
kopa jak seks. Powinnaś spróbować.
- Uprawiam boks - powiedziała Lisbeth.
- Gadanie. Boksowałaś najwyżej raz na dwa miesiące i tylko dlatego, żeby
sprać zarozumiałych facetów. To dla ciebie niezły haj, a nie trening dla
zdrowia.
Lisbeth wzruszyła ramionami. Mimmi usiadła na niej okrakiem.
- Lisbeth, naprawdę jesteś nieskończenie egocentryczna i masz obsesję na
punkcie własnego ciała. Zrozum, lubiłam być z tobą w łóżku nie z powodu
twojego wyglądu, ale tego, jak się zachowujesz. W moich oczach jesteś
cholernie sexy.
- Ty dla mnie też. Dlatego do ciebie wróciłam.
- Nie z miłości? - zapytała Mimmi, udając zraniony ton.
Lisbeth potrząsnęła głową.
- Masz teraz kogoś?
Mimmi zawahała się chwilę, po czym skinęła.
- Może. Tak jakby. Chyba. To trochę skomplikowane.
- Nie chcę być wścibska.
- Wiem. Nie mam nic przeciwko, mogę ci powiedzieć. To pewna kobieta z uniwerku, trochę starsza ode mnie. Mężatka od dwudziestu lat, spotykamy
się za plecami jej męża. Przedmieście, willa, takie tam. Kryptolesbijka.
Lisbeth kiwnęła głową.
- Jej mąż sporo podróżuje, więc spotykamy się od czasu do czasu. Trwa to
od jesieni i zaczyna się robić trochę nudne. Ale niezła z niej laska. No
i oczywiście spotykam się też z tymi co zawsze.
- Właściwie chodziło mi o to, czy mogę cię jeszcze odwiedzić.
Mimmi kiwnęła głową.
- Bardzo chcę, żebyś się odezwała.
- Nawet jeśli znów zniknę na pół roku?
- No to nie zrywaj kontaktu. Przecież chciałabym wiedzieć, czy żyjesz. W każdym razie pamiętam, kiedy masz urodziny.
- Żadnych zobowiązań?
Mimmi westchnęła z uśmiechem.
- Wiesz, z taką lesbijką jak ty faktycznie mogłabym zamieszkać. Dałabyś
mi spokój, kiedy bym chciała.
Lisbeth nie odzywała się.
- Abstrahując od faktu, że właściwie nie jesteś lesbijką. Nawet nie
"właściwie". Może jesteś biseksualna. A tak naprawdę to chyba po prostu
lubisz seks, a płeć gówno cię obchodzi. Jesteś czynnikiem chaosu w entropii.
- Nie wiem, czym jestem - powiedziała Lisbeth. - W każdym razie jestem z powrotem w Sztokholmie, w dodatku kiepsko daję sobie radę w kontaktach z ludźmi. Prawdę mówiąc, nie znam tu nikogo. Jesteś pierwszą osobą, z którą rozmawiam, odkąd wróciłam do domu.
Mimmi przyjrzała się jej poważnym wzrokiem.
- Naprawdę chcesz się spotykać z ludźmi? Jesteś najbardziej zagadkowym i niedostępnym człowiekiem, jakiego znam.
Przez chwilę siedziały cicho.
- Ale te twoje nowe cycki są naprawdę niezłe.
Przyłożyła palce pod brodawką Lisbeth i naciągnęła skórę.
- Pasują ci. Nie za duże, nie za małe.
Lisbeth odetchnęła z ulgą, że recenzja jest pozytywna.
- I w dotyku są naturalne.
Ścisnęła pierś tak mocno, że Lisbeth wstrzymała oddech i rozchyliła
usta. Spojrzały na siebie. Potem Mimmi pochyliła się i pocałowała ją
namiętnie. Libeth odwzajemniła pocałunek i objęła Mimmi. Niewypita kawa
stygła.
Rozdział 7
Sobota 29 stycznia - niedziela 13 lutego
W sobotnie przedpołudnie, około jedenastej, blond olbrzym wjechał do wsi
Svavelsjö, położonej między Järna i Vagnhärad. Zabudowę stanowiło jakieś
piętnaście domów. Zatrzymał się przy ostatnim domu, około stu
pięćdziesięciu metrów od centrum wioski. W zniszczonym budynku dawniej
była drukarnia, a obecnie wisiał na nim szyld z dumą obwieszczający, iż
mieści się tu siedziba klubu motocyklowego Svavelsjö MC. Mimo nikłego
ruchu w okolicy olbrzym rozejrzał się uważnie, zanim otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. W powietrzu czuć było chłód. Włożył brązowe
skórzane rękawiczki i wyciągnął z bagażnika czarną sportową torbę.
Nie martwił się, że ktoś go zobaczy. Stara drukarnia była tak położona,
że raczej nie dało się zaparkować w pobliżu, nie będąc zauważonym. Gdyby
jakieś służby chciały wziąć budynek pod obserwację, musiałyby wyposażyć
swoich ludzi w mundury kamuflujące i lornetki i umieścić ich w rowie po
drugiej stronie pola. Nie uszłoby to uwagi miejscowych plotkarzy, a ponieważ właścicielami trzech tutejszych domów byli członkowie Svavelsjö
MC, dotarłoby to wkrótce i do samego klubu.
Olbrzym nie chciał jednak wchodzić do budynku. Policja kilka razy
przeszukiwała siedzibę klubu i nie było pewności, czy nie zainstalowano
tam podsłuchu. Oznaczało to, że codzienne rozmowy w klubie dotyczyły
przede wszystkim samochodów, panienek i piwa, czasem akcji, w które
warto zainwestować, a rzadko tajemnic wielkiej wagi.
Dlatego blond olbrzym czekał cierpliwie na zewnątrz, póki Carl-Magnus
Lundin nie wyjdzie z budynku. Trzydziestosześcioletni Magge Lundin
pełnił funkcję zwaną Club President. Właściwie był drobnej kości, jednak
przez kilka lat przybrał na wadze tyle kilogramów, że obecnie szczycił
się pokaźnym brzuchem. Jasne włosy wiązał w kitkę, na nogach miał
kowbojki, do tego czarne dżinsy i grubą zimową kurtkę. Miał na koncie
pięć wyroków. Dwa za drobne przestępstwa narkotykowe, jeden za paserstwo
na dużą skalę, a kolejny za kradzież samochodu i prowadzenie pod wpływem
alkoholu. W piątym, najpoważniejszym, zasądzono mu dwanaście miesięcy
pozbawienia wolności za ciężkie pobicie, którego Magge Lundin dopuścił
się przed wielu laty, zabawiając się po pijanemu w pewnej knajpie w Sztokholmie.
Magge Lundin i olbrzym uścisnęli sobie dłonie i zaczęli nieśpiesznie
spacerować wzdłuż ogrodzenia wokół podwórza.
- Minęło parę miesięcy - powiedział Magge.
Blond olbrzym kiwnął głową.
- Jest interes do zrobienia. Trzy tysiące sześćdziesiąt gramów
metamfetaminy.
- Umowa taka sama jak poprzednio?
- Pół na pół.
Magge Lundin wygrzebał paczkę papierosów z górnej kieszeni kurtki.
Kiwnął głową. Lubił robić interesy z olbrzymem. Na ulicy metamfetamina
osiągała cenę od stu sześćdziesięciu do dwustu trzydziestu koron za
gram, w zależności od podaży. Trzy tysiące sześćdziesiąt gramów
odpowiadało, średnio licząc, wartości ponad sześciuset tysięcy koron.
Svavelsjö MC rozprowadzi te trzy kilogramy wśród swoich stałych
sprzedawców w porcjach po około dwieście pięćdziesiąt gramów. Na tym
poziomie dystrybucji nie mógł dostać więcej niż sto dwadzieścia, sto
trzydzieści koron za gram, co zmniejszy jego całkowity przychód.
Dla Svavelsjö MC oznaczało to wyjątkowo korzystne interesy. W odróżnieniu od innych dostawców nie było tu nigdy mowy o płatności z góry czy stałych cenach. Blond olbrzym dostarczał towar i żądał
pięćdziesięciu procent stanowiących jak najbardziej sensowny udział w zyskach. Mogli w przybliżeniu określić, jaki będzie przychód z kilograma
metamfetaminy; dokładna wartość udziału zależała od tego, jak bardzo
Magge Lundin wyśrubuje ceny. Różnica mogła wynieść kilka tysięcy powyżej
albo poniżej oczekiwanej kwoty, jednak po załatwieniu całego interesu
blond olbrzym miałby otrzymać jakieś sto dziewięćdziesiąt tysięcy koron,
a Svavelsjö MC zachowałby identyczną sumę.
Przez lata zrobili sporo interesów, system zawsze był ten sam. Magge
Lundin wiedział, że blond olbrzym mógłby podwoić swoje dochody,
przejmując dystrybucję. Wiedział również, dlaczego akceptuje niższy zysk
- może pozostać w cieniu, podczas gdy Svavelsjö MC bierze całe ryzyko na
siebie. Dochód blond olbrzyma był mniejszy, ale stosunkowo pewny. I inaczej niż w przypadku innych dostawców, o jakich Magge Lundin
kiedykolwiek słyszał, ten układ funkcjonował w oparciu o zasady
biznesowe, kredyt i dobrą wolę. Żadnych ostrych słów, żadnego gadania
ani gróźb.
Blond olbrzym przełknął nawet stratę około stu tysięcy koron, do której
doszło w związku z nieudaną dostawą broni. Magge Lundin nie znał nikogo
w tej branży, kto wziąłby na siebie taką stratę. On sam był śmiertelnie
przerażony, zdając relację z tego, co się wydarzyło. Wytłumaczył
szczegółowo, co poszło nie tak i jak to się stało, że policjant z Ośrodka Zapobiegania Przestępczości przeprowadził akcję u jednego z członków Bractwa Aryjskiego w Värmlandii. Jednak olbrzym nawet się nie
zdziwił. Niemal współczuł. Takie rzeczy się zdarzają. Magge Lundin nic
nie zarobił, a pięćdziesiąt procent z niczego to zero. Należało wpisać
to w straty.
Magge Lundin nie był beztalenciem. Rozumiał, że mniejszy, ale dość pewny
zysk, to po prostu niezły pomysł na biznes.
Nigdy nie zamierzał oskubać blond olbrzyma. To byłoby w złym stylu.
Olbrzym i jego kumple zgadzali się na mniejszy zysk, dopóki rachunek
pozostawał uczciwy. Gdyby Magge go oszukał, tamten złożyłby mu wizytę i Magge zapewne nie wyszedłby z tego żywy. Coś takiego nie wchodziło więc
w grę.
- Kiedy możesz to dostarczyć?
Blond olbrzym rzucił na ziemię sportową torbę.
- Już dostarczone.
Magge Lundin nawet się nie pokwapił, by otworzyć torbę i sprawdzić
zawartość. Za to wyciągnął rękę na znak, że mają umowę, której on bez
targowania zamierza dotrzymać.
- Jeszcze jedno - powiedział olbrzym.
- Co?
- Chcielibyśmy zlecić ci specjalną robotę.
- Mów.
Blond olbrzym wyciągnął kopertę z wewnętrznej kieszeni kurtki. Magge
Lundin otworzył ją i wyciągnął zdjęcie paszportowe i kartkę z danymi
osobowymi. Uniósł pytająco brwi.
- Nazywa się Lisbeth Salander i mieszka przy Lundagatan na Södermalmie.
- No.
- Prawdopodobnie jest teraz za granicą, ale wcześniej czy później znów
się pojawi.
- No.
- Mój zleceniodawca chce przeprowadzić z nią rozmowę na osobności i bez
przeszkód. Trzeba więc dostarczyć ją żywą. Na przykład do tego magazynu
nad jeziorem Yngern. Potem będziemy potrzebować kogoś, kto posprząta po
tej rozmowie. Musi zniknąć bez śladu.
- To raczej da się załatwić. Skąd będziemy wiedzieć, że już wróciła?
- Zawiadomię cię, kiedy to nastąpi.
- Stawka?
- Co powiesz na dziesięć patyków za wszystko. To dość łatwa robota.
Jedziesz do Sztokholmu, bierzesz dziewczynę, dostarczasz do mnie.
Ponownie uścisnęli sobie ręce.
Będąc po raz drugi na Lundagatan, Lisbeth usiadła na zmechaconej sofie i zaczęła się zastanawiać. Musi podjąć kilka kluczowych decyzji, a jedna z nich dotyczyła tego, czy chce zatrzymać mieszkanie.
Zapaliła papierosa, wydmuchnęła dym prosto w sufit i strzepnęła popiół
do pustej puszki po coli.
Nie miała powodu, by kochać to mieszkanie. Przeprowadziła się tu z mamą
i siostrą, gdy miała cztery lata. Mama zajmowała pokój dzienny, a ona
dzieliła z Camillą małą sypialnię. Kiedy miała dwanaście lat i wydarzyło
się Całe Zło, najpierw została umieszczona w klinice dziecięcej, a potem, gdy skończyła piętnaście lat, w kolejnych rodzinach zastępczych.
W tym czasie mieszkanie było podnajmowane. Jej kurator, Holger Palmgren,
zadbał jednak o to, by wróciło do niej, kiedy osiągnęła pełnoletność i potrzebowała dachu nad głową.
Było dla niej stałym punktem odniesienia przez większą część życia. Choć
już go nie potrzebowała, nie podobał jej się pomysł, by z niego po
prostu zrezygnować. Oznaczałoby to, że obcy ludzie będą deptać jej
podłogę.
Problem logistyczny polegał na tym, że cała oficjalna poczta - o ile w ogóle taką dostawała - przychodziła na Lundagatan. Gdyby rozwiązała
umowę, musiałaby postarać się o inny adres. Lisbeth Salander nie chciała
być osobą, której nazwisko widniałoby w różnych rejestrach dostępnych
publicznie. Charakteryzowało ją przewrażliwienie paranoika, nie miała
też żadnego powodu, by ufać władzom ani komukolwiek innemu.
Przez okno spojrzała na drogę przeciwpożarową na tyłach budynku, na
którą patrzyła całe życie. Nagle doznała ulgi w związku z decyzją o opuszczeniu tego mieszkania. Nigdy nie czuła się tu bezpiecznie. Zawsze
gdy szła Lundagatan i dochodziła do swojej klatki - trzeźwa czy pijana -
bacznie obserwowała otoczenie, zaparkowane samochody i przechodniów.
Miała powody przypuszczać, że gdzieś tam są ludzie, którzy chcą jej
wyrządzić krzywdę i najprawdopodobniej zaatakują ją, gdy będzie
wchodziła do swojego mieszkania.
Żaden atak nie nastąpił. Nie oznaczało to jednak, że Lisbeth odetchnęła.
Adres na Lundagatan widniał w każdym publicznym rejestrze, a przez
wszystkie te lata nie miała pieniędzy, żeby zwiększyć środki
bezpieczeństwa. Pozostawała jej stała czujność. Teraz sytuacja
przedstawiała się inaczej. W żadnym wypadku nie chciała, by ktoś znał
jej nowy adres na Mosebacke. Instynkt podpowiadał jej, że powinna
pozostać na tyle anonimowa, na ile tylko się da.
Nie rozwiązywało to jednak problemu, co zrobić z mieszkaniem. Rozmyślała
chwilę, po czym zadzwoniła do Mimmi.
- Cześć, to ja.
- Cześć, Lisbeth. Serio? Tym razem odzywasz się już po tygodniu?
- Jestem na Lundagatan.
- No.
- Zastanawiam się, czy nie masz ochoty wziąć tego mieszkania.
- Wziąć?
- Mieszkasz jak w klatce.
- Dobrze mi tutaj. Przeprowadzasz się?
- Już się przeprowadziłam. Mieszkanie stoi puste.
Na drugim końcu linii Mimmi się zawahała.
- Pytasz, czy nie chcę wziąć tego mieszkania. Lisbeth, nie stać mnie.
- To mieszkanie własnościowe, całkowicie spłacone. Czynsz dla
spółdzielni mieszkaniowej wynosi tysiąc czterysta osiemdziesiąt koron
miesięcznie, czyli pewnie mniej, niż ty płacisz za tę swoją klitkę. I jest opłacony na rok z góry.
- Ale czy zamierzasz je sprzedać? To znaczy, musi być warte grubo ponad
milion.
- Ponad półtora, jeśli wierzyć ogłoszeniom.
- Nie stać mnie.
- Nie zamierzam sprzedawać. Możesz się tu wprowadzić już dzisiaj i mieszkać, jak długo będziesz chciała, i nie musisz płacić czynszu przez
rok. Nie mogę ci go legalnie odnająć, ale dopiszę cię do umowy jako moją
partnerkę, więc nie będziesz miała problemów ze spółdzielnią
mieszkaniową.
- Lisbeth, oświadczasz mi się? - Mimmi się zaśmiała.
Lisbeth była śmiertelnie poważna.
- Nie przyda mi się teraz to mieszkanie, a nie chcę go sprzedawać.
- Czyli mówisz, że mogę tak jakby mieszkać tam za darmo. Serio?
- Tak.
- Jak długo?
- Jak długo chcesz. Interesuje cię to?
- Jasne. Nie co dzień ktoś mi proponuje darmowe mieszkanie w samym
centrum Södermalmu.
- Jest jedno ale.
- Tak przypuszczałam.
- Możesz tu mieszkać, jak długo chcesz, ale nadal jestem tu zameldowana,
więc listy przychodzą na ten adres. Wszystko, co musisz robić, to
odbierać moją pocztę i dać znać, jeśli przyjdzie coś ważnego.
- Lisbeth, jesteś najbardziej stukniętą dziewczyną, jaką znam. Czym ty
się w ogóle zajmujesz? Gdzie będziesz mieszkać?
- Później o tym pogadamy - odpowiedziała Lisbeth wymijająco.
Ustaliły, że spotkają się po południu, żeby Mimmi mogła dokładnie
obejrzeć mieszkanie. Gdy Lisbeth zakończyła rozmowę, od razu poczuła się
lepiej. Spojrzawszy na zegarek, stwierdziła, że ma jeszcze mnóstwo
czasu, zanim przyjdzie Mimmi. Wyszła z mieszkania i przeszła się do
banku na Hornsgatan, gdzie wzięła numerek i cierpliwie czekała na swoją
kolej.
Okazała dowód tożsamości, wyjaśniła, że przebywała jakiś czas za granicą
i chciałaby sprawdzić saldo na swoim koncie oszczędnościowym. Jej
oficjalnie zadeklarowany kapitał wynosił 82 670 koron. Przez ponad rok
na koncie nie było żadnych operacji, z wyjątkiem wpłaty na sumę 9312
koron dokonanej jesienią. To spadek po jej matce.
Lisbeth podjęła kwotę odpowiadającą spadkowi. Zastanawiała się chwilę.
Chciała użyć tych pieniędzy do czegoś, co ucieszyłoby jej matkę. Do
czegoś stosownego. Poszła na pocztę na Rosenlundsgatan i anonimowo
wpłaciła pieniądze na jeden ze sztokholmskich ośrodków kryzysowych dla
kobiet. Nie wiedziała za bardzo, dlaczego tak postąpiła.
Była godzina ósma, piątkowy wieczór, gdy Erika Berger wyłączyła komputer
i przeciągnęła się. Ostatnie dziewięć godzin spędziła, dopinając marcowe
wydanie "Millennium", a ponieważ Malin Eriksson pracowała pełną parą nad
numerem tematycznym Daga Svenssona, większą część prac redakcyjnych
Erika musiała wykonać sama. Henry Cortez i Lottie Karim przyszli z pomocą, ale ponieważ zwykle zajmowali się pisaniem i researchem, nie
byli doświadczonymi redaktorami.
Erika czuła się zmęczona i obolała od ciągłego siedzenia, ale w sumie
była zadowolona z mijającego dnia i z życia w ogóle. Sytuacja finansowa
gazety wyglądała na stabilną, krzywe na wykresach szły we właściwym
kierunku, teksty wpływały w terminie albo przynajmniej bez dramatycznych
opóźnień, pracownicy byli zadowoleni i - choć upłynął ponad rok - nadal
pod działaniem adrenaliny, jakiej dostarczyła im afera Wennerströma.
Przez chwilę próbowała rozmasować kark i stwierdziwszy, że musi wziąć
prysznic, zastanawiała się, czy nie skorzystać z małej kabiny w aneksie
kuchennym. Jednak czuła się zbyt ociężała i tylko położyła nogi na
biurku. Za trzy miesiące skończy czterdzieści pięć lat i szczyt kariery
powoli zaczynała mieć już za sobą. Doczekała się siatki drobnych
zmarszczek i rys wokół oczu i ust, ale wiedziała, że nadal dobrze
wygląda. W tym tygodniu miała dwie wyczerpujące sesje na siłowni, jednak
zauważyła, że jest jej coraz trudniej wspinać się na maszt podczas
długich wypraw z mężem na żagle (w razie potrzeby to ona musiała się
wdrapywać, bo Greger miał okropne zawroty głowy).
Erika stwierdziła również, że jej dotychczasowe życie, mimo różnych ups
and downs, było w sumie szczęśliwe. Miała pieniądze, pozycję, wspaniały
dom i pracę, którą lubi. Miała czułego męża, który ją kocha i w którym
sama po piętnastu latach małżeństwa nadal była zakochana. A poza tym
miała pociągającego i najwyraźniej niezmordowanego kochanka, który nie
zaspokajał wprawdzie potrzeb jej duszy, ale ciało owszem tak, ilekroć
tego potrzebowała.
Uśmiechnęła się, myśląc o Mikaelu Blomkviście. Zastanawiała się, kiedy
zbierze się na odwagę i zdradzi jej swoją tajemnicę, a mianowicie, że
coś go łączy z Harriet Vanger. Ani Mikael, ani Harriet nie pisnęli słowa
o tym związku, ale Erika nie urodziła się wczoraj. Że coś jest na
rzeczy, domyśliła się na sierpniowym zebraniu zarządu, widząc ich
wymianę spojrzeń. Z przekory próbowała tego samego wieczora dodzwonić
się na komórkę Harriet i Mikaela i bez szczególnego zdziwienia
stwierdziła, że oboje wyłączyli telefony. Nie stanowiło to rzecz jasna
ostatecznego dowodu, jednak przy okazji kolejnych zebrań zauważyła, że
Mikael był wieczorami niedostępny. Rozbawiło ją niemal, gdy widziała,
jak szybko Harriet ulotniła się z przyjęcia po zebraniu, używając
pokrętnej wymówki, że musi jechać do hotelu i się położyć. Erika nie
była wścibska ani zazdrosna. Za to zamierzała przy dogodnej okazji
podroczyć się z obojgiem w tej sprawie.
W ogóle nie wtrącała się w związki Mikaela z innymi kobietami, lecz
miała nadzieję, że jego romans z Harriet nie spowoduje w przyszłości
jakichś problemów w zarządzie. Nie był to jednak poważny niepokój.
Mikael miał za sobą wiele takich związków, gdy po rozstaniu nadal
przyjaźnił się z dawną partnerką i niezmiernie rzadko popadał w kłopoty.
Dla Eriki Berger zażyła przyjaźń z Mikaelem była powodem do radości. W pewnych kwestiach nie był zbyt bystry, ale w innych wykazywał taką
przenikliwość, że można by go uznać za wyrocznię. Za to nie pojmował jej
miłości do męża. Po prostu nigdy nie rozumiał, dlaczego ona uważa
Gregera za czarującego, ciepłego, intrygującego i wspaniałomyślnego
człowieka, przede wszystkim pozbawionego wielu nawyków, jakich
serdecznie nie znosiła u facetów. Greger to mężczyzna, u boku którego
chciała się zestarzeć. Chciała mieć z nim dzieci, ale wcześniej nie było
to możliwe, a teraz czas już minął. W roli życiowego partnera nie
potrafiła sobie wyobrazić nikogo lepszego - to człowiek, na którym mogła
całkowicie i bezwarunkowo polegać i który zawsze był przy niej, kiedy
tego potrzebowała.
Mikael był inny. To mężczyzna o tak różnorodnych cechach charakteru, że
czasem wydawało się, jakby miał podwójną naturę. W pracy zawodowej
wykazywał upór i niemal chorobliwą koncentrację na zadaniu. Zabierał się
za temat i dopracowywał go do poziomu bliskiego perfekcji, kiedy
wszystkie elementy układanki są na miejscu. W swoich najlepszych
chwilach był rewelacyjny, a w gorszych i tak wybijał się ponad
przeciętność. Potrafił intuicyjnie odróżnić, który temat kryje w sobie
drugie dno, a który będzie tylko mało interesującą masówką. Erika Berger
nigdy nie żałowała podjęcia współpracy z Mikaelem.
Nigdy też nie żałowała, że została jego kochanką.
Jedyną osobą, która rozumiała, dlaczego Erikę tak ciągnie do seksu z Mikaelem, był jej mąż, a rozumiał to, ponieważ Erika odważyła się
porozmawiać z nim o swoich potrzebach. Nie chodziło tu o niewierność,
lecz o żądzę. Seks z Mikaelem dawał jej takiego kopa, jak z żadnym innym
mężczyzną, nie wyłączając Gregera.
Seks był dla niej ważny. Straciła dziewictwo w wieku czternastu lat, a kilka kolejnych poświęciła na frustrujące poszukiwania zaspokojenia. W tamtym czasie spróbowała wszystkiego, poczynając od śmiałego pettingu z kolegami z klasy przez trudny romans ze starszym nauczycielem, a kończąc
na sekstelefonie i miękkim seksie z pewnym neurotykiem. Przetestowała
większość tego, co ją interesowało w sferze erotyki. Zabawiała się przy
użyciu kajdanek i sznura, należała też do Club Xtreme, który organizował
imprezy niezupełnie akceptowane społecznie. Wielokrotnie próbowała seksu
z kobietami i z rozczarowaniem stwierdziła, że to nie to - kobieta nie
była w stanie wywołać w niej nawet ułamka tego podniecenia, jakie Erika
odczuwała, będąc z mężczyzną. Albo z dwoma. Razem z Gregerem testowała
seks z dwoma mężczyznami - jeden z nich był znanym właścicielem galerii
- i oboje odkryli, że on ma silne skłonności biseksualne, ona natomiast
czuła niemal paraliżującą rozkosz, gdy pieściło ją i zaspokajało dwóch
mężczyzn jednocześnie. Doświadczyła też niewytłumaczalnej przyjemności,
widząc, jak inny mężczyzna pieści jej męża. Ona i Greger powtarzali tę
zabawę, zawsze z taką samą satysfakcją, spotykając się z kilkoma stałymi
partnerami.
Ich życie seksualne nie było więc nudne czy rutynowe. Po prostu Mikael
Blomkvist dostarczał jej zupełnie innego rodzaju przeżyć.
Miał talent. Był po prostu świetny w łóżku.
Tak świetny, że wydawało się, iż Erika osiągnęła stan idealnej równowagi
z Gregerem w roli męża i Mikaelem w roli kochanka, stosownie do potrzeb.
Nie mogłaby obejść się bez żadnego z nich i nie zamierzała między nimi
wybierać.
A Greger zrozumiał, że jej potrzeby wykraczały poza to, co on sam mógł
zaoferować w postaci akrobatycznej gimnastyki w jacuzzi, choćby
najbardziej wymyślnej.
W swoim związku z Mikaelem Erika najbardziej lubiła to, że nie odczuwał
niemal w ogóle potrzeby, by ją kontrolować. Nie był ani trochę
zazdrosny, a nawet jeśli ona sama miewała na początku - przed dwudziestu
laty - wybuchy zazdrości, z czasem odkryła, że o Mikaela nie musi być
zazdrosna. Ich związek opierał się na przyjaźni, a on w przyjaźni
wykazywał bezgraniczną lojalność. Taki związek mógł przetrwać najcięższe
próby.
Erika Berger miała świadomość, że należy do grona ludzi, których styl
życia byłby nie do zaakceptowania dla Chrześcijańskiego Koła Gospodyń
Domowych w takiej na przykład prowincjonalnej mieścinie jak Skövde. Nie
martwiło jej to. Już jako nastolatka postanowiła, że to, co robi w łóżku
i jakie wybrała życie, nie powinno obchodzić nikogo poza nią samą.
Jednak irytowało ją, że tylu jej znajomych szeptało między sobą o jej
związku z Mikaelem, i to zawsze za jej plecami.
Mikael był mężczyzną. Mógł spokojnie zaliczać kolejne łóżka i nikogo by
to nie dziwiło. Ona była kobietą, a fakt, że miała jednego kochanka, w dodatku za zgodą męża - i, co więcej, była temu kochankowi wierna przez
dwadzieścia lat - stanowił temat najbardziej interesujących rozmów przy
kolacji.
Fuck you all. Rozmyślała jeszcze przez chwilę, po czym podniosła
słuchawkę, żeby zadzwonić do męża.
- Cześć, kochanie. Co robisz?
- Piszę.
Greger Backman był nie tylko artystą; był przede wszystkim docentem
historii sztuki i autorem wielu książek z tej dziedziny. Często
wypowiadał się w debatach publicznych, a duże firmy architektoniczne
angażowały go do swoich przedsięwzięć. Przez ostatni rok pracował nad
książką o znaczeniu artystycznego wystroju budynków oraz o tym, dlaczego
ludzie w pewnych budynkach lubią przebywać, a w innych - nie. Książka
zaczęła się przeradzać w nienawistny atak na funkcjonalizm, co (jak
podejrzewała Erika) wywoła pewien ferment na rynku debat o estetyce.
- I jak ci idzie?
- Dobrze. Jak po maśle. A co u ciebie?
- Właśnie skończyłam następny numer. W czwartek wysyłamy do drukarni.
- Gratulacje.
- Jestem zupełnie wypalona.
- Brzmi to tak, jakbyś miała coś na myśli.
- Planowałeś coś na wieczór? Będziesz strasznie niezadowolony, jeśli nie
wrócę dzisiaj na noc?
- Przekaż Blomkvistowi, że kusi los - powiedział Greger.
- Nie sądzę, żeby się tym przejmował.
- No, dobra. Przekaż mu, że jesteś wiedźmą, której nie można zaspokoić i że zestarzeje się przedwcześnie.
- To już wie.
- W takim razie jedyne, co mi zostaje, to popełnić samobójstwo. Będę
pisał, póki nie zasnę. Baw się dobrze.
Pożegnali się, a potem Erika zadzwoniła do Mikaela. Był w Enskede, u Daga Svenssona i Mii Bergman, i właśnie zamierzał podsumować dyskusję na
temat pewnych drażliwych szczegółów w książce Daga. Erika zapytała, czy
jest zajęty tego wieczora, czy może byłby skłonny wymasować komuś
obolałe plecy.
- Masz klucze - powiedział Mikael. - Czuj się jak u siebie.
- Oczywiście. Widzimy się za jakąś godzinę.
Spacer na Bellmansgatan zajął jej dziesięć minut. Rozebrała się, wzięła
prysznic i zrobiła espresso. Potem wślizgnęła się do łóżka Mikaela i naga czekała na niego w niecierpliwym napięciu.
Idealne zaspokojenie dałby jej najprawdopodobniej seks we trójkę z jej
mężem i Mikaelem, co jednak z niemal stuprocentową pewnością nie
wchodziło w grę. Problem polegał na tym, że Mikael był tak bardzo
hetero, że Erika droczyła się z nim, nazywając go homofobem. Jego
zainteresowanie mężczyznami równało się zeru. Najwyraźniej nie można
mieć wszystkiego na tym świecie.
Marszcząc brwi, zirytowany blond olbrzym jechał ostrożnie z prędkością
piętnastu kilometrów na godzinę po tak kiepsko utrzymanej leśnej drodze,
że przez chwilę myślał, iż źle zrozumiał opis dojazdu. Właśnie zaczęło
się ściemniać, gdy droga rozszerzyła się nieco i dojrzał wreszcie
budynek. Zaparkował jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, wyłączył silnik
i rozejrzał się dookoła.
Znajdował się w pobliżu Stallarholmen, niedaleko Mariefred. Był to
prosty domek z lat pięćdziesiątych, postawiony w samym środku lasu.
Między drzewami dostrzegł jaśniejszą smugę lodu na jeziorze Mälaren.
Za nic nie mógł pojąć, dlaczego ktokolwiek chciałby spędzać wolny czas w jakimś odludnym lesie. Gdy zamknął za sobą drzwi samochodu, nagle poczuł
się nieswojo. Las wydał mu się złowieszczy i przytłaczający. Miał
wrażenie, że jest obserwowany. Ruszył powoli w stronę podwórka, lecz
naraz usłyszał szelest i stanął jak wryty.
Gapił się w las. Zmierzch był cichy i bezwietrzny. Olbrzym stał tak dwie
minuty, w największym napięciu, aż kątem oka dostrzegł postać
przemieszczającą się ostrożnie między drzewami. Gdy skoncentrował wzrok,
postać stanęła w bezruchu, jakieś trzydzieści metrów w głąb lasu, i wpatrywała się w niego.
Blond olbrzym poczuł się nieswojo. Starał się dojrzeć szczegóły. Widział
ciemną, kościstą twarz. Postać zdawała się karłem, wysokim mniej więcej
na metr, i była ubrana w coś, co przypominało kamuflaż ze świerkowych
gałęzi i mchu. Bawarski leśny skrzat? Irlandzki leprechaun? Jest groźny?
Blond olbrzym wstrzymał oddech. Czuł, jak jeżą mu się włosy na karku.
Potem zaczął gwałtownie mrugać i potrząsnął głową. Kiedy znów spojrzał w tamtą stronę, istota przemieściła się jakieś dziesięć metrów na prawo.
Tam nic nie ma. Wiedział, że to tylko jego wyobraźnia. A jednak
całkiem wyraźnie dostrzegał kształt wśród drzew. Nagle zjawa przesunęła
się i podeszła bliżej. Poruszała się szybko, gwałtownymi ruchami,
zataczając półkole i przymierzając się do ataku.
Blond olbrzym śpiesznie pokonał ostatnie metry dzielące go od domku.
Zapukał odrobinę za głośno i odrobinę zbyt niecierpliwie. Gdy tylko
usłyszał odgłos ludzkich kroków dobiegający zza drzwi, strach ustąpił.
Zerknął przez ramię. Tam nic nie ma.
Jednak odetchnął dopiero, gdy drzwi się otworzyły. Adwokat Nils Bjurman
powitał go uprzejmie i zaprosił do środka.
Miriam Wu odsapnęła z ulgą, wyniósłszy do śmietnika w piwnicy ostatni
worek z pozostawionym dobytkiem Lisbeth Salander. Sterylnie czyste
mieszkanie pachniało mydłem, farbą i świeżo parzoną kawą. To ostatnie
było dziełem Lisbeth. Siedziała na taborecie, przyglądając się w zamyśleniu ogołoconemu mieszkaniu, z którego w jakiś magiczny sposób
zniknęły zasłonki, dywany, kupony rabatowe z lodówki i jej podręczne
rupiecie z przedpokoju. Dziwiła się, jak duże wydaje się teraz to
miejsce.
Miriam Wu i Lisbeth Salander miały różne gusta w kwestii ubrań, wystroju
wnętrz i zainteresowań intelektualnych. Poprawka: Miriam Wu miała swój
styl i zdecydowany pogląd na to, jak jej mieszkanie powinno wyglądać,
jakich mebli tam chce i jakie ciuchy się nosi. Lisbeth Salander w ogóle
nie miała gustu, jak twierdziła Mimmi.
Gdy Mimmi weszła do mieszkania na Lundagatan i zlustrowała je okiem
kupca, po przedyskutowaniu sprawy stwierdziła, że większość rzeczy musi
zniknąć. Zwłaszcza nędzna, zszarzała z brudu sofa w pokoju dziennym. Czy
Lisbeth chciałaby coś zatrzymać? Nie. Przez następne dwa tygodnie
Mimmi spędzała po kilka godzin każdego wieczora oraz weekendy,
wyrzucając stare meble, czyszcząc szafki, pucując, szorując wannę,
malując ściany w kuchni, przedpokoju, sypialni i pokoju dziennym, w którym dodatkowo polakierowała parkiet.
Lisbeth nie interesowały takie zajęcia, jednak wpadała tam przy okazji i z zafascynowaniem obserwowała przyjaciółkę. Po zakończeniu prac
mieszkanie było puste, z wyjątkiem wytartego stolika z litego drewna,
który Mimmi zamierzała oszlifować i polakierować, dwóch porządnych
taboretów, które Lisbeth zarekwirowała przy okazji porządkowania
strychu, oraz solidnego regału w pokoju dziennym, który zdaniem Mimmi
jeszcze się do czegoś nadawał.
- Wprowadzam się w ten weekend. Jesteś pewna, że nie żałujesz tej
decyzji?
- Nie potrzebuję tego mieszkania.
- Ależ jest świetne! To znaczy, są większe i lepsze, ale to znajduje się
w samym centrum Södermalmu, a czynsz właściwie żaden. Lisbeth, stracisz
majątek, jeśli go nie sprzedasz.
- Mam tyle pieniędzy, że dam sobie radę.
Mimmi zamilkła, niepewna, jak zinterpretować zwięzłe komentarze Lisbeth.
- Gdzie będziesz mieszkać?
Lisbeth nie odpowiedziała.
- Można cię odwiedzić?
- Nie teraz.
Lisbeth otworzyła swoją torbę, wyciągnęła papiery i podała je Mimmi.
- Załatwiłam umowę z tutejszą spółdzielnią mieszkaniową. Najprościej
było wpisać cię jako moją partnerkę i sprzedać ci połowę lokalu. Kwota
sprzedaży wynosi jedną koronę. Musisz podpisać umowę.
Mimmi wzięła długopis i podpisała się, uzupełniając datę urodzenia.
- To wszystko?
- Wszystko.
- Lisbeth, właściwie zawsze uważałam cię za trochę stukniętą, ale czy
zdajesz sobie sprawę, że właśnie sprezentowałaś mi połowę tego
mieszkania? Chętnie je wezmę, ale nie chciałabym znaleźć się w sytuacji,
kiedy ty nagle zmienisz zdanie i zrobi się między nami nieprzyjemnie.
- Nie zrobi się. Chcę, żebyś tu mieszkała. To mi odpowiada.
- Ale za darmo? Bez żadnej rekompensaty? To bez sensu.
- Zajmiesz się moją pocztą. Taki jest warunek.
- Poświęcę na to zapewne jakieś cztery sekundy tygodniowo. Zamierzasz
wpaść do mnie kiedyś na seks?
Lisbeth utkwiła wzrok w Mimmi. Przez chwilę milczała.
- Bardzo chętnie. Ale to nie wchodzi w zakres kontraktu. Zawsze możesz
odmówić.
Mimmi westchnęła.
- A już się zaczęłam cieszyć, że będę kept woman. Wiesz, ktoś zapewnia
mi mieszkanie, płaci mój czynsz, a od czasu do czasu zakrada się, żeby
trochę ze mną pohulać w łóżku.
Przez chwilę siedziały w ciszy. Potem Mimmi wstała zdecydowanie, poszła
do dużego pokoju i zgasiła gołą żarówkę wiszącą u sufitu.
- Chodź tutaj.
Lisbeth poszła za nią.
- Nigdy nie uprawiałam seksu na podłodze w świeżo malowanym mieszkaniu
bez mebli. Widziałam kiedyś taki film z Marlonem Brando, o mężczyźnie i kobiecie w Paryżu, którzy tak to właśnie robili.
Lisbeth zerknęła na podłogę.
- Chcę się zabawić. Masz ochotę?
- Prawie zawsze mam ochotę.
- Dzisiaj będę dominującą suką. Ja decyduję. Rozbieraj się.
Lisbeth zaśmiała się krzywo. Rozebrała się. Zajęło jej to jakieś
dziesięć sekund.
- Kładź się na podłogę. Na brzuchu.
Lisbeth zrobiła, jak Mimmi rozkazała. Parkiet był chłodny i od razu
dostała gęsiej skórki. Mimmi użyła T-shirtu Lisbeth z napisem You Have
the Right to Remain Silent, żeby związać jej ręce na plecach.
Lisbeth nasunęła się refleksja, że w podobny sposób adwokat Nils
Pieprzony Gnój Bjurman związał ją dwa lata temu.
Na tym kończyły się podobieństwa.
Będąc z Mimmi, Lisbeth czuła tylko przyjemne oczekiwanie. Ochoczo się
poddała, a Mimmi przewróciła ją na plecy i rozsunęła jej nogi. Gdy
zdejmowała swoją koszulkę, Lisbeth w ciemnościach dostrzegła jej miękkie
piersi. Potem Mimmi przewiązała jej oczy swoją koszulką. Lisbeth
słyszała szelest ubrań. Kilka sekund później poczuła na brzuchu język
Mimmi, a jej palce po wewnętrznej stronie ud. Już od dawna nie była tak
podniecona. Zacisnęła oczy pod przepaską i pozwoliła Mimmi narzucić
tempo.
Rozdział 8
Poniedziałek 14 lutego - sobota 19 lutego
Słysząc delikatne pukanie w futrynę, Dragan Armanski podniósł wzrok i zobaczył w drzwiach Lisbeth Salander. Starała się utrzymać dwa kubki
kawy z automatu. Powoli odłożył długopis i odsunął raport.
- Cześć - powiedziała.
- Cześć.
- To przyjacielska wizyta. Mogę wejść?
Dragan Armanski na sekundę zamknął oczy, po czym wskazał jej krzesło dla
gości. Zerknął na zegarek. Było wpół do siódmej wieczorem. Lisbeth
podała mu kubek i usiadła. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Ponad rok - powiedział Dragan.
Lisbeth kiwnęła głową.
- Jesteś zły?
- A powinienem być?
- Nie pożegnałam się.
Dragan wydął wargi, był w szoku, a jednocześnie czuł ulgę, wiedząc, że
Lisbeth przynajmniej żyje. Nagle ogarnęły go gwałtowna irytacja i zmęczenie.
- Nie wiem, co powiedzieć. Nie masz obowiązku informować mnie, czym się
zajmujesz. Czego chcesz?
Odezwał się chłodniejszym tonem, niż zamierzał.
- Sama za bardzo nie wiem. Przede wszystkim chyba się przywitać.
- Potrzebujesz pracy? Nie zamierzam cię więcej zatrudniać.
Potrząsnęła głową.
- Pracujesz gdzieś indziej?
Znów potrząsnęła głową. Zdawało się, że usiłuje znaleźć słowa. Dragan
czekał.
- Podróżowałam - powiedziała wreszcie. - Niedawno wróciłam do Szwecji.
Armanski z zadumą pokiwał głową i przyjrzał się Lisbeth. Zmieniła się.
Jakaś nowa... dojrzałość przejawiała się w doborze stroju i zachowaniu. I wypchała sobie czymś biustonosz.
- Zmieniłaś się. Gdzie byłaś?
- Trochę tu, trochę tam... - odpowiedziała wymijająco, dokończyła jednak,
widząc jego zirytowane spojrzenie. - Pojechałam do Włoch, potem na
Bliski Wschód i przez Bangkok do Hongkongu. Jakiś czas byłam w Australii
i Nowej Zelandii, i podróżowałam po wyspach Pacyfiku. Miesiąc siedziałam
na Tahiti. Potem przejechałam przez Stany, a ostatnie miesiące spędziłam
na Karaibach.
Armanski kiwnął głową.
- Nie wiem, dlaczego się nie pożegnałam.
- Dlatego, że mówiąc szczerze, inni gówno cię obchodzą - powiedział
rzeczowo Armanski.
Lisbeth zagryzła wargę. Zastanawiała się chwilę. Jego słowa może były
prawdą, ale i tak odczuła to oskarżenie jako niesprawiedliwe.
- Zazwyczaj jest tak, że to ja innych w ogóle nie obchodzę.
- Gówno prawda - odpowiedział Armanski. - Twój problem to nastawienie,
masz w dupie ludzi, którzy chcą być twoimi przyjaciółmi. To proste.
Cisza.
- Chcesz, żebym sobie poszła?
- Rób, jak chcesz. Zawsze tak robiłaś. Ale jeśli teraz pójdziesz, to nie
chcę cię więcej widzieć.
Lisbeth nagle się przestraszyła. Człowiek, którego szanowała, był
skłonny ją odrzucić. Nie wiedziała, co powiedzieć.
- Już dwa lata minęły, odkąd Holger Palmgren miał wylew. Nie odwiedziłaś
go ani razu - mówił Armanski niewzruszony.
Lisbeth gapiła się na niego zszokowana.
- Żyje?
- Więc nawet nie wiesz, czy żyje, czy umarł?
- Lekarze powiedzieli, że...
- Lekarze dużo o nim mówili - przerwał Armanski. - Było z nim bardzo źle
i nie mógł komunikować się z otoczeniem, ale przez ostatni rok jego stan
znacznie się poprawił. Trudno mu mówić i trzeba uważnie słuchać, żeby go
zrozumieć. W dużym stopniu jest zdany na pomoc innych, choć chodzi już
sam do toalety. Ludzie, którym na nim zależy, odwiedzają go.
Lisbeth zaniemówiła. To ona znalazła Palmgrena, gdy przed dwoma laty
dostał wylewu. Wezwała pogotowie, a lekarze, potrząsając głowami,
stwierdzili, że prognozy nie są zachęcające. Zamieszkała na tydzień w szpitalu, aż jeden z lekarzy powiedział, że Palmgren leży w śpiączce i mało prawdopodobne, by miał się obudzić. W tamtej chwili przestała się
martwić i wykreśliła go ze swojego życia. Wstała i wyszła, nie oglądając
się za siebie. I najwyraźniej nie sprawdzając później jego stanu
zdrowia.
Zmarszczyła brwi. W tamtym czasie zwalił się jej na kark adwokat Nils
Bjurman, absorbując sporą część jej uwagi. Ale nikt, nawet Armanski, nie
powiedział jej, że Palmgren żyje, i co więcej, że być może powraca do
zdrowia. Sama w ogóle nie zastanawiała się nad taką możliwością.
Nagle łzy napłynęły jej do oczu. Nigdy wcześniej nie czuła się nędznym
egoistycznym gównem. I nigdy wcześniej nie dostała od nikogo tak
spokojnie wypowiedzianej, a zarazem wściekłej reprymendy. Spuściła
głowę.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Milczenie przerwał Armanski.
- Jak ci się wiedzie?
Lisbeth wzruszyła ramionami.
- Z czego się utrzymujesz? Masz pracę?
- Nie, nie mam pracy i nie wiem, czym chcę się zajmować. Ale mam tyle
pieniędzy, że radzę sobie.
Armanski zlustrował ją badawczym wzrokiem.
- Wpadłam tu tylko z wizytą... nie szukam pracy. Nie wiem... może i chciałabym zrobić dla ciebie jakieś zlecenie, gdybyś mnie kiedyś
potrzebował, ale musi to być coś, co mnie zainteresuje.
- Zakładam, że nie chcesz powiedzieć, co się wydarzyło w Hedestad
zeszłego roku.
Lisbeth siedziała w milczeniu.
- Coś się jednak wydarzyło. Martin Vanger zabił się w wypadku
samochodowym, po tym jak wzięłaś stąd sprzęt obserwacyjny i ktoś groził
wam śmiercią. A siostra Vangera powstała z grobu. Była to, delikatnie
mówiąc, sensacja.
- Nie obiecywałam, że wszystko opowiem.
Armanski kiwnął głową.
- I zakładam, że nie chcesz mi również opowiedzieć, jaką rolę odegrałaś
w aferze Wennerströma.
- Pomagałam Kallemu Blomkvistowi robić research. - Nagle jej głos stał
się znacznie chłodniejszy. - To wszystko. Nie chcę być w to zamieszana.
- Mikael Blomkvist szukał cię wszędzie. Odzywał się co najmniej raz na
miesiąc, pytając, czy mam od ciebie wieści. On też się przejmuje.
Lisbeth milczała, jednak Armanski zauważył, że jej usta zmieniły się w wąską kreskę.
- Nie wiem, czy go lubię - mówił dalej Armanski - ale jemu też naprawdę
na tobie zależy. Spotkałem się z nim raz zeszłej jesieni. On również nie
chce rozmawiać o Hedestad.
Lisbeth nie chciała dyskutować o Mikaelu Blomkviście.
- Wpadłam tylko się przywitać i powiedzieć, że znów jestem w mieście.
Nie wiem, czy zostanę. To numer mojej komórki i nowy adres mailowy,
gdybyś potrzebował się ze mną skontaktować.
Wręczyła Armanskiemu karteczkę i wstała. Gdy była już przy drzwiach,
zawołał za nią.
- Poczekaj chwilę. Co zamierzasz?
- Pójdę odwiedzić Holgera Palmgrena.
- Dobra. Ale chodziło mi o to... czym będziesz się zajmować?
Spojrzała na niego zamyślona.
- Nie wiem.
- Musisz mieć z czego żyć.
- Mówiłam przecież, mam tyle, że daję sobie radę.
Armanski odchylił się na krześle i zamyślił. Nigdy nie miał pewności,
jak interpretować jej słowa.
- Tak mnie zirytowało twoje zniknięcie, że niemal postanowiłem nigdy
więcej cię nie zatrudniać. - Skrzywił się. - Nie można na tobie polegać.
Ale jesteś świetną researcherką. Może mam robotę, która będzie ci
pasować.
Potrząsnęła głową. Podeszła do jego biurka.
- Nie chcę od ciebie pracy. To znaczy, nie potrzebuję pieniędzy. Mówię
poważnie. Jestem niezależna finansowo.
Dragan Armanski zmarszczył brwi z powątpiewaniem. W końcu kiwnął głową.
- Dobra, jesteś niezależna finansowo, cokolwiek to znaczy. Wierzę ci na
słowo. Ale gdybyś potrzebowała roboty...
- Dragan, jesteś drugą osobą, jaką odwiedziłam od mojego powrotu. Nie
potrzebuję twoich pieniędzy. Jednak od wielu lat należysz do
niewielkiego grona ludzi, których szanuję.
- Dobra. Ale wszyscy muszą jakoś się utrzymać.
- Sorry, nie interesuje mnie już zdobywanie dla ciebie informacji.
Odezwij się, gdy naprawdę natkniesz się na jakiś problem.
- Jakiego rodzaju problem?
- Taki problem, z którym nie będziesz mógł dojść do ładu. Utkniesz i nie
będziesz wiedział, co robić. Jeśli mam dla ciebie pracować, musisz
zaproponować coś, co mnie zainteresuje. Może jakieś działania
operacyjne.
- Działania operacyjne? Ty? Która znikasz bez śladu, kiedy tylko chcesz?
- Gówno prawda. Nigdy nie zawaliłam roboty, którą przyjęłam.
Dragan Armanski spoglądał na nią bezradnie. Pojęcie "działania
operacyjne" to żargon, ale chodziło o robotę w terenie. Mogło to
oznaczać wszystko, od ochrony osobistej po specjalistyczny nadzór
ekspozycji sztuki. Jego zespół operacyjny to niezawodni i pewni
weterani, często z doświadczeniem w policji. Poza tym w dziewięćdziesięciu procentach to mężczyźni. Lisbeth Salander stanowiła
jaskrawy wyjątek od kryteriów, które stosował dla ludzi z jednostek
operacyjnych Milton Security.
- No więc... - odezwał się z powątpiewaniem.
- Nie musisz się wysilać. Biorę tylko taką robotę, która mnie
zainteresuje, tak więc są duże szanse, że odmówię. Odezwij się, gdy
będziesz miał naprawdę trudny problem. Jestem niezła w rozwiązywaniu
zagadek.
Odwróciła się na pięcie i wyszła. Dragan Armanski potrząsnął głową.
Jest stuknięta. Naprawdę stuknięta.
Po sekundzie Lisbeth znów stała w drzwiach.
- A tak w ogóle... Dwóch twoich ludzi od miesiąca ochrania tę aktorkę,
Christine Ruterford, przed jakimś wariatem, który wypisuje anonimowe
groźby. Myślicie, że to robota kogoś z wewnątrz, bo zna tyle szczegółów
z jej życia.
Dragan Armanski wpatrywał się w Lisbeth. Przeszedł go prąd. Znowu to
zrobiła. Rzuciła uwagę na temat, o którym nie mogła nic a nic
wiedzieć. Nie mogła wiedzieć.
- Tak...?
- Zapomnij. To lipa. Ona i jej chłopak napisali te listy, żeby wzbudzić
zainteresowanie. W najbliższych dniach dostanie kolejny list, w przyszłym tygodniu będzie przeciek do mediów. Jest spore ryzyko, że
oskarży o to Milton Security. Skreśl ją z listy klientów.
Zanim Dragan Armanski zdążył otworzyć usta, Lisbeth zniknęła. Gapił się
na puste wejście. Na zdrowy rozum nie mogła nic wiedzieć o tej sprawie.
Musi mieć wtyczkę w Milton, kogoś, kto wynosi dane i informuje ją na
bieżąco. Ale tylko czterech-pięciu ludzi znało tę sprawę: sam Armanski,
szef operacyjny i tych kilka osób, które zajmowały się groźbami...
doświadczeni i pewni zawodowcy. Armanski potarł brodę.
Spojrzał na biurko. Teczka ze sprawą Ruterford leżała w szufladzie
zamkniętej na klucz. W biurze była instalacja alarmowa. Zerkając znów na
zegarek, stwierdził, że Harry Fransson, szef działu technicznego,
poszedł już do domu. Otworzył pocztę i wysłał do Franssona mail z prośbą, by zjawił się w jego biurze następnego dnia i zainstalował
ukrytą kamerę.
Lisbeth Salander poszła prosto do domu na Mosebacke. Przyspieszyła kroku
z poczuciem, że musi szybko coś zrobić.
Zadzwoniła do södermalmskiego szpitala i przedarłszy się przez
najróżniejsze centrale, zdołała po chwili zlokalizować Holgera
Palmgrena. Od czternastu miesięcy przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym
Erstaviken w Älta. Nagle stanęło jej przed oczami Äppelviken.
Dodzwoniwszy się, uzyskała informację, że Palmgren śpi, ale można go
odwiedzić następnego dnia.
Spędziła wieczór, chodząc tam i z powrotem po mieszkaniu. Czuła się
nieswojo. Położyła się wcześnie i niemal od razu zasnęła. Obudziła się o siódmej, wzięła prysznic i zjadła śniadanie w 7-Eleven. Około ósmej
przeszła się do wypożyczalni samochodów przy Ringvägen. Muszę sprawić
sobie własny samochód. Wypożyczyła tego samego nissana micrę, którym
pojechała do Äppelviken kilka tygodni wcześniej.
Parkując przed ośrodkiem, poczuła nagły niepokój, ale zebrała się na
odwagę i weszła do recepcji, gdzie poprosiła o spotkanie z Holgerem
Palmgrenem.
Recepcjonistka z widniejącym na identyfikatorze imieniem Margit,
sprawdziwszy w dokumentach, że Palmgren jest właśnie na rehabilitacji,
wytłumaczyła, że nie będzie dostępny wcześniej niż po jedenastej.
Lisbeth może posiedzieć w poczekalni albo przyjść później. Wróciła więc
na parking i wsiadła do samochodu; czekając, wypaliła trzy papierosy. O jedenastej znów poszła do recepcji. Wskazano jej jadalnię, korytarzem na
prawo, a potem w lewo.
Gdy stanęła w drzwiach pustawej jadalni, zobaczyła Holgera Palmgrena.
Siedział zwrócony twarzą w jej stronę, lecz uwagę skupiał na swoim
talerzu. Trzymał niezgrabnie widelec całą dłonią i skoncentrowany
kierował jedzenie do ust. Mniej więcej jedna próba na trzy kończyła się
fiaskiem i jedzenie spadało z widelca.
Zapadł się w sobie i zestarzał. Wyglądał, jakby miał koło setki. Jego
twarz była dziwnie drętwa. Siedział na wózku. Dopiero w tym momencie
Lisbeth zrozumiała, że Holger Palmgren naprawdę żyje i że Armanski jej
nie okłamał.
Holger Palmgren przeklinał cicho, po raz trzeci próbując nabrać na
widelec kęs zapiekanego makaronu. Akceptował fakt, iż nie potrafi
normalnie chodzić i nie może robić wielu rzeczy. Jednak nie znosił tego,
że nie może sprawnie jeść, a chwilami ślini się jak dziecko.
Jego umysł pracował doskonale. Umiał ustawić widelec pod odpowiednim
kątem, zgarnąć jedzenie, podnieść i skierować do ust. Problem tkwił w koordynacji. Ręka zdawała się żyć własnym życiem. Gdy nakazywał jej
podnieść widelec, powoli przesuwała się w bok. Gdy prowadził ją do ust,
w ostatniej chwili zmieniała kierunek, sunąc w stronę policzka albo
brody.
Jednak wiedział też, że rehabilitacja przynosi efekty. Jeszcze sześć
miesięcy wcześniej jego ręka trzęsła się tak mocno, iż nie mógł donieść
do ust nawet jednego kęsa. Teraz spożywanie posiłków szło mu wprawdzie
wolno, lecz przynajmniej jadł samodzielnie. Nie zamierzał się poddawać,
póki nie odzyska pełnej kontroli nad swoimi kończynami.
Opuścił dłoń, żeby nabrać kolejny kęs, gdy zza jego pleców wyłoniła się
ręka i delikatnie wzięła od niego widelec. Zobaczył, jak dłoń nabiera
makaron i podnosi widelec do jego ust. Od razu poznał tę wąską jak u lalki piąstkę. Przekręcił głowę i napotkał wzrok Lisbeth Salander mniej
niż dziesięć centymetrów od swoich oczu. Patrzyła wyczekująco. Wyglądała
na przestraszoną.
Przez dłuższą chwilę Palmgren siedział w bezruchu, gapiąc się na jej
twarz. Jego serce zupełnie bez sensu zaczęło nagle walić. Otworzył usta
i przyjął podane mu jedzenie.
Karmiła go kęs po kęsie. Zazwyczaj Palmgren nie znosił, gdy ktoś mu
pomagał przy posiłku, jednak rozumiał potrzebę Lisbeth. Nie chodziło o to, że jest niesprawny. Karmiła go w geście pokory - w jej przypadku
nader niezwykłe zachowanie. Wydzielała kęsy w sam raz i czekała, aż
skończy przeżuwać. Gdy wskazał na szklankę mleka ze słomką, podała mu ją
spokojnie, żeby mógł się napić.
Nie zamienili ze sobą ani słowa w trakcie całego posiłku. Kiedy
przełknął ostatni kęs, odłożyła widelec i spojrzała na niego pytająco.
Potrząsnął głową. Nie, nie chcę dokładki.
Holger Palmgren odchylił się na wózku i odetchnął głęboko. Lisbeth
wzięła serwetkę i wytarła mu usta. Nagle poczuł się jak ojciec chrzestny
z amerykańskiego filmu, capo di tutti capi, któremu okazuje się
szacunek. Przed oczami pojawił mu się obraz Lisbeth całującej jego rękę,
uśmiechnął się na myśl o tej niedorzecznej fantazji.
- Myślisz, że można tu dostać jakąś kawę? - spytała.
Zamamrotał. Wargi i język nie chciały prawidłowo artykułować dźwięków.
- Buf zarg. Bufet za rogiem.
- Chcesz też? Z mlekiem i bez cukru, jak zawsze?
Kiwnął głową. Uprzątnęła tacę i wróciła po chwili z dwoma kubkami kawy.
Zauważył, że pije czarną, co było rzeczą niezwyczajną. Uśmiechnął się,
widząc, że zachowała jego słomkę ze szklanki z mlekiem, by mógł pić
kawę. Siedzieli w milczeniu. Holger Palmgren chciał poruszyć tysiąc
spraw, ale nie potrafił wyartykułować nawet jednej sylaby. Za to ich
spojrzenia spotykały się nieustannie. Lisbeth wyglądała na straszliwie
świadomą swojej winy. Wreszcie przerwała ciszę.
- Myślałam, że umarłeś - powiedziała. - Nie wiedziałam, że żyjesz.
Gdybym wiedziała, nigdy bym nie... odwiedziłabym cię już dawno.
Kiwnął głową.
- Wybacz mi.
Znów kiwnął. Uśmiechnął się. Miał grymas na ustach.
- Leżałeś w śpiączce, a lekarze mówili, że nie przeżyjesz. Myśleli, że
umrzesz w ciągu doby, więc po prostu sobie poszłam. Przykro mi. Wybacz.
Uniósł dłoń i położył ją na małej pięści Lisbeth. Chwyciła go mocno za
rękę i odetchnęła.
- Znikś. Zniknęłaś.
- Rozmawiałeś z Draganem Armanskim?
Kiwnął głową.
- Podróżowałam. Musiałam uciec. Bez pożegnania, po prostu wyjechałam.
Martwiłeś się?
Potrząsnął głową.
- Nigdy, przenigdy nie musisz się o mnie martwić.
- Nigdyś niemartw. Zawsz da sobirad. Alarmanski si martw. Nigdy się
nie martwiłem. Zawsze dasz sobie radę. Ale Armanski się martwił.
Uśmiechnęła się pierwszy raz i Palmgren się rozluźnił. Ten jej zwyczajny
krzywy uśmiech. Przyjrzał się jej, porównał jej obraz w swojej pamięci z dziewczyną, która siedziała przed nim. Zmieniła się. Była schludna i dobrze ubrana. Usunęła kolczyk z wargi i hm... wytatuowana osa również
zniknęła z jej szyi. Wyglądała dorośle. Roześmiał się po raz pierwszy od
kilku tygodni. Zabrzmiało to jak atak kaszlu.
Lisbeth uśmiechnęła się jeszcze bardziej krzywym uśmiechem i nagle
poczuła, że jej serce przepełniło ciepło, jakiego nie doświadczyła od
dawna.
- Dobrz sobi radzi. Dobrze sobie radzisz. - Wskazał na jej ubranie.
Kiwnęła głową.
- Świetnie sobie radzę.
- Jaknow opiekn praw? Jak nowy opiekun prawny?
Holger Palmgren zobaczył, że twarz Lisbeth pociemniała. Nagle jej usta
napięły się nieco. Popatrzyła na niego ufnym wzrokiem.
- Jest w porządku... umiem się z nim obchodzić.
Palmgren pytająco zmarszczył brwi. Rozejrzawszy się po jadalni, Lisbeth
zmieniła temat.
- Jak długo tu jesteś?
Palmgren nie był w ciemię bity. Przeżył wylew i miał trudności z mówieniem i koordynacją ruchową, ale jego zdolności umysłowe pozostały
nietknięte, jego radar od razu wykrył fałszywy ton w głosie Lisbeth.
Uświadomił sobie, że odkąd ją znał, nigdy nie okłamała go wprost, ale
też nie zawsze była całkiem szczera. Jej sposób na to, by go okłamać,
polegał na odwracaniu uwagi. Najwyraźniej miała jakieś problemy z nowym
opiekunem. Co wcale Palmgrena nie dziwiło.
Nagle poczuł ogromny żal. Ile to razy zamierzał skontaktować się ze
swoim kolegą po fachu Nilsem Bjurmanem, żeby sprawdzić, jak się wiedzie
Lisbeth, ale tego nie zrobił? I dlaczego nie zajął się kwestią jej
ubezwłasnowolnienia, póki jeszcze mógł? Wiedział dlaczego - z egoistycznych pobudek chciał utrzymać z nią kontakt. Kochał tego
cholernego, wkurzającego dzieciaka, jakby była córką, której nigdy nie
miał, i chciał mieć powód, by tak to zostawić. W dodatku powrót do pracy
jest zbyt kłopotliwy i trudny dla rośliny przebywającej w domu opieki,
skoro doczłapawszy do toalety, ledwie rozpina rozporek. Czuł, jak gdyby
to on w istocie zawiódł Lisbeth. Ale ona zawsze przeżyje... Jest
najbardziej kompetentnym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
- Sss.
- Nie rozumiem.
- Ssąd.
- Sąd? Co masz na myśli?
- Msze uchlć... twojbezwłasn...
Twarz Holgera Palmgrena czerwieniała i wykrzywiała się, gdy nie mógł
sformułować słów. Lisbeth położyła rękę na jego ramieniu i uścisnęła go
ostrożnie.
- Holger... nie martw się o mnie. Planuję zająć się moim
ubezwłasnowolnieniem w najbliższym czasie. Troska o mnie nie jest już
twoim obowiązkiem, ale może się zdarzyć, że będę potrzebować pomocy. W porządku? Byłbyś moim adwokatem, gdybym cię potrzebowała?
Potrzasnął głową.
- Zast... - Uderzył knykciem o blat stołu. - Głupi... starch.
- Tak, pieprzony, głupi staruch z ciebie, skoro takie masz nastawienie.
Potrzebuję adwokata. Chcę ciebie. Może i nie wygłosisz mowy końcowej w sądzie, ale będziesz mógł mi doradzić, gdy nadejdzie pora. Dobra?
Znów potrząsnął głową. Potem kiwnął.
- Pr?
- Nie rozumiem.
- Dzipracjesz? Ni u rmanskie. Gdzie pracujesz? Nie u Armanskiego.
Lisbeth zawahała się chwilkę, rozważając w tym czasie, jak powinna
wytłumaczyć swoją sytuację życiową. Pokomplikowało się.
- Holger, nie pracuję już dla Armanskiego. Nie muszę już dla niego
pracować, żeby się utrzymać. Mam własne pieniądze i czuję się świetnie.
Palmgren znów zmarszczył brwi.
- Od teraz będę cię często odwiedzać. Opowiem ci... ale nie spieszmy się.
W tej chwili chcę robić coś zupełnie innego.
Schyliła się po torbę, położyła ją na stole i wyjęła szachownicę.
- Dwa lata nie miałam okazji porządnie cię ograć.
Poddał się. Planowała jakąś zagrywkę, której szczegółów nie chciała
zdradzić. Był przekonany, że wzbudziłaby jego zastrzeżenia, ale ufał
Lisbeth na tyle, by wiedzieć, iż czymkolwiek się zajmowała, mogło to być
Wątpliwe z Prawnego Punktu Widzenia, ale nie wbrew Prawom Bożym. W odróżnieniu od innych Holger Palmgren miał bowiem pewność, że Lisbeth
Salander jest prawdziwie moralnym człowiekiem. Problem w tym, iż jej
moralność nie zawsze pokrywała się z tym, co stanowiło prawo.
Położyła przed nim szachownicę. Zdał sobie sprawę, że to jego własna.
Musiała ją ukraść z mieszkania po tym, jak zachorował. Na pamiątkę?
Dała mu białe. Nagle poczuł się szczęśliwy jak dziecko.
Lisbeth została u Holgera Palmgrena dwie godziny. Zdążyła pobić go trzy
razy, zanim pielęgniarka nie przerwała ich przekomarzań nad szachami,
tłumacząc, że pora na popołudniową sesję rehabilitacji. Lisbeth zebrała
figury i złożyła szachownicę.
- Może pani powiedzieć, na czym polega ta rehabilitacja? - zapytała
pielęgniarkę.
- To trening siłowy i koordynacji ruchu. I robimy postępy, prawda?
Ostatnie pytanie było skierowane do Holgera Palmgrena. Ten kiwnął głową.
- Już teraz możesz przejść kilka kroków. Do lata będziesz sam spacerował
po parku. To twoja córka?
Spojrzenia Lisbeth i Palmgrena spotkały się.
- Przybr cór. Przybrana córka.
- Jak miło, że przyszłaś z wizytą. - Tłumaczenie: Gdzie się, do
cholery, podziewałaś przez cały ten czas? Lisbeth zignorowała ton
wypowiedzi. Pochyliła się i pocałowała Palmgrena w policzek.
- Przyjdę cię odwiedzić w piątek.
Palmgren z trudem wstał z wózka. Poszła z nim powoli do windy i tam się
rozstali. Jak tylko zamknęły się drzwi, udała się do recepcji i zapytała, z kim rozmawiać w sprawach dotyczących pacjentów. Odesłano ją
do doktora o nazwisku A. Sivarnandan, którego znalazła w biurze na końcu
korytarza. Przedstawiwszy się, wyjaśniła, że jest przybraną córką
Holgera Palmgrena.
- Chcę wiedzieć, jaki jest jego stan i co z nim będzie.
Doktor A. Sivarnandan otworzył kartę pacjenta i przeczytał wstępne
strony. Miał ospowatą cerę i rzadki wąsik, który irytował Lisbeth.
Wreszcie podniósł wzrok. Ku jej zaskoczeniu mówił z wyraźnym fińskim
akcentem.
- Nie mam tu żadnej notatki o tym, że pan Palmgren ma córkę, rodzoną czy
przybraną. W istocie zdaje się, że jego najbliższą krewną jest
osiemdziesięciosześcioletnia kuzynka z Jämtlandii.
- Opiekował się mną od trzynastego roku życia do momentu, gdy dostał
wylewu. Wtedy miałam dwadzieścia cztery lata.
Poszperała w wewnętrznej kieszeni kurtki i rzuciła doktorowi A.
Sivarnandanowi długopis na biurko.
- Nazywam się Lisbeth Salander. Niech pan wpisze moje nazwisko do jego
kartoteki. Jestem dla niego najbliższą osobą na tym świecie.
- Możliwe - odpowiedział nieprzekonany doktor A. Sivarnandan. - Ale
skoro jest pani dla niego najbliższą osobą, to naprawdę nieprędko się
pani odezwała. O ile wiem, ktoś go odwiedzał kilka razy; nie jest to
krewny, ale ma zostać powiadomiony, jeśli stan się pogorszy albo nastąpi
zgon.
- Powinien to być Dragan Armanski.
Doktor A. Sivarnandan uniósł brwi i przytaknął.
- Zgadza się. Pani go zna.
- Może pan do niego zadzwonić i potwierdzić, kim jestem.
- Nie potrzeba. Wierzę pani. Otrzymałem informację, że siedziała pani z panem Palmgrenem dwie godziny, grając w szachy. Ale i tak nie mogę
rozmawiać z panią o stanie zdrowia pacjenta bez jego zgody.
- A takiej zgody nigdy pan nie uzyska od tego upartego durnia. Jego
przypadłością jest fałszywe wyobrażenie, że nie powinien mnie obciążać
swoim cierpieniem i że to on jest nadal odpowiedzialny za mnie, a nie na
odwrót - tak to wygląda. Przez dwa lata myślałam, że Palmgren zmarł.
Wczoraj dowiedziałam się, że żyje. Gdybym wiedziała, że on... to
skomplikowane, ale chcę wiedzieć, jakie są prognozy i czy wyzdrowieje.
Doktor A. Sivarnandan wziął długopis i starannie wpisał nazwisko Lisbeth
do kartoteki Palmgrena. Poprosił o PESEL i numer telefonu.
- Okej. Teraz jest pani formalnie jego przybraną córką. Może to
niezupełnie według regulaminu, ale biorąc pod uwagę fakt, że jest pani
pierwszą osobą, która odwiedza go od Bożego Narodzenia, kiedy to pan
Armanski tu zajrzał... Spotkała się pani z nim dzisiaj i sama mogła
stwierdzić, że ma trudności z koordynacją i mówieniem. Przeżył wylew.
- Wiem, to ja go znalazłam i zadzwoniłam po karetkę.
- Aha. Więc powinna pani wiedzieć, że przez trzy miesiące leżał na
intensywnej terapii. Długi czas był nieprzytomny. Najczęściej pacjenci
nie wybudzają się z takiej śpiączki, jednak czasem tak się zdarza.
Najwyraźniej nie był jeszcze gotów, by umrzeć. Przeniesiono go najpierw
na oddział dla przewlekle chorych z demencją, całkowicie
niesamodzielnych. Wbrew wszelkim prognozom zaczął wykazywać oznaki
poprawy i dziewięć miesięcy temu umieściliśmy go tutaj.
- Co go czeka?
Doktor A. Sivarnandan rozłożył ręce.
- Ma pani kryształową kulę, lepszą niż moja? Prawdę mówiąc, nie mam
pojęcia. Może umrzeć z powodu krwotoku dziś w nocy. Albo żyć względnie
normalnie jeszcze dwadzieścia lat. Nie wiem. Chyba można powiedzieć, że
wszystko w rękach Boga.
- A jeśli będzie żył te dwadzieścia lat?
- To była dla niego żmudna rehabilitacja i dopiero podczas ostatnich
kilku miesięcy mogliśmy tak naprawdę zauważyć wyraźną poprawę. Pół roku
temu nie mógł jeść bez pomocy. Jeszcze przed miesiącem ledwie wstawał z wózka, co było związane między innymi z zanikiem mięśni od długotrwałego
leżenia. W każdym razie teraz może jako tako przejść niewielką
odległość.
- Będzie lepiej?
- Tak, nawet znacznie lepiej. Początki były trudne, ale teraz widzimy
postępy każdego dnia. Stracił niemal dwa lata życia. Mam nadzieję że za
kilka miesięcy, do lata, będzie mógł spacerować po naszym parku.
- A mowa?
- Problem polega na tym, że zarówno jego ośrodek mowy, jak i zdolność
poruszania się przestały funkcjonować. Naprawdę przez długi czas był
rośliną. Od tamtej pory musiał znowu nauczyć się kontrolować swoje ciało
i mówić. Trudno mu przypomnieć sobie, jakich słów ma użyć, musi uczyć
się ich od nowa. Lecz nie tak jak dziecko, które uczy się mówić - on
rozumie znaczenie słów, ale nie potrafi ich formułować. Niech mu pani da
jeszcze kilka miesięcy, zobaczy pani, że jego zdolność mówienia będzie
lepsza niż dzisiaj. To samo dotyczy orientacji. Dziewięć miesięcy temu
nie mógł rozróżnić strony prawej od lewej ani kierunku jazdy w windzie.
Zadumana Lisbeth pokiwała głową. Zastanawiała się dwie minuty. Poczuła,
że lubi doktora A. Sivarnandana o hinduskim wyglądzie i fińskim
akcencie.
- Co kryje się pod A? - zapytała nagle.
Spojrzał na nią rozbawiony.
- Anders.
- Anders?
- Urodziłem się na Sri Lance, ale zostałem adoptowany przez rodzinę z Finlandii, z ?bo, gdy miałem zaledwie kilka miesięcy.
- No dobra, Anders, jak mogę pomóc?
- Niech pani go odwiedza. Pobudza intelektualnie.
- Mogę przychodzić codziennie.
- Nie chcę, żeby przychodziła tu pani codziennie. Skoro panią lubi,
chcę, żeby wyczekiwał tych wizyt i nie znudził się nimi.
- Czy jakaś forma specjalistycznej terapii może zwiększyć jego szanse?
Zapłacę, ile będzie trzeba.
Doktor uśmiechnął się nagle do Lisbeth, lecz zaraz znów przybrał poważny
wyraz twarzy.
- Obawiam się, iż to my jesteśmy ową specjalistyczną terapią. Życzyłbym
sobie oczywiście, żebyśmy mieli większe środki i mogli uniknąć tych
wszystkich cięć, jednak zapewniam panią, że pan Palmgren ma tu
kompetentną opiekę.
- A gdyby nie musiał się pan martwić o cięcia w budżecie, co mógłby pan
mu zaproponować?
- Dla pacjentów takich jak Holger Palmgren ideałem byłby osobisty trener
w pełnym wymiarze godzin. Ale w Szwecji od dawna już nie mamy takich
możliwości.
- To niech pan go zatrudni.
- Słucham?
- Niech pan zatrudni osobistego trenera dla Holgera Palmgrena. Niech pan
znajdzie najlepszego, jakiego się tylko da. Zajmie się pan tym od jutra
i dopilnuje, by wszelki potrzebny sprzęt był na miejscu. Ja dopilnuję,
by pieniądze na opłacenie pensji i potrzebnego sprzętu zostały złożone w funduszu pod koniec tego tygodnia.
- Pani żartuje?
Lisbeth popatrzyła na doktora Andersa Sivarnandana twardym, nieugiętym
spojrzeniem.
Mia Bergman zwolniła i podjechała swoim fiatem do chodnika przy stacji
metra Stare Miasto. Dag Svensson otworzył drzwiczki i w biegu wsiadł do
samochodu. Przysunął się i pocałował ją w policzek, podczas gdy Mia
wmanewrowała fiata za autobus komunikacji miejskiej.
- Cześć - powiedziała, nie odrywając wzroku od jezdni. - Poważnie
wyglądasz, stało się coś?
Dag Svensson westchnął i zapiął pas.
- Nie, nic takiego. Tylko małe zamieszanie z tekstem.
- O co chodzi?
- Deadline za miesiąc. Zrobiłem dziewięć z dwudziestu dwóch
zaplanowanych wywiadów. Mam problem z Björckiem ze służb specjalnych.
Ten cholerny typ jest na długim zwolnieniu lekarskim i nie odbiera
domowego telefonu.
- Leży w szpitalu?
- Nie wiem. Próbowałaś kiedyś wyciągnąć ze służb specjalnych jakieś
informacje? Nie przyznają się nawet, że u nich pracuje.
- Sprawdzałeś jego rodziców?
- Oboje nie żyją. Facet nie jest żonaty. Ma brata, który mieszka w Hiszpanii. Po prostu nie wiem, jak go złapać.
Mia Bergman zerknęła na swojego chłopaka, kierując samochód przez
Slussen do tunelu na Nynäsvägen.
- W najgorszym razie musimy wyciąć fragment dotyczący Björcka. Blomkvist
żąda, by każdy, kogo oskarżamy, miał szansę to skomentować, zanim go
ujawnimy.
- A szkoda byłoby pominąć przedstawiciela służb specjalnych, który
chodzi na dziwki. Co zamierzasz zrobić?
- Odszukać go, rzecz jasna. A ty jak się czujesz? Żadnych stresów?
Skubnął ją ostrożnie w bok.
- Naprawdę nie. Obrona w przyszłym miesiącu i już będę doktorem, ale
jestem spokojna.
- Znasz się na tym. Dlaczego miałabyś się denerwować?
- Spójrz na tylne siedzenie.
Dag Svensson odwrócił się i zobaczył torbę.
- Mia, już wydrukowana! - wykrzyknął.
Wyciągnął egzemplarz rozprawy.
From Russia with Love
Trafficking, przestępczość zorganizowana oraz środki zaradcze
podejmowane przez społeczeństwo.
Mia Bergman
- Myślałem, że będzie gotowa dopiero w przyszłym tygodniu. O cholera...
musimy to oblać, gdy wrócimy do domu. Gratulacje, pani doktor.
Przysunął się i znów pocałował ją w policzek.
- Spokojnie, doktorem zostanę nie wcześniej niż za trzy tygodnie. I trzymaj ręce przy sobie, kiedy prowadzę.
Dag Svensson roześmiał się. Po chwili znów przybrał poważną minę.
- A tak w ogóle, muszę zepsuć nastrój... robiłaś wywiad z dziewczyną o imieniu Irina P. jakiś rok temu.
- Irina P., dwadzieścia dwa lata, z Sankt Petersburga, pierwszy raz
przyjechała tu w 1999 roku, obróciła kilka razy. A co?
- Spotkałem się dzisiaj z Gulbrandsenem. Tym policjantem, który zajmował
się sprawą burdelu w Södertälje. Czytałaś w zeszłym tygodniu, że
znaleźli tam dziewczynę w kanale? Było na pierwszych stronach
popołudniówek. To właśnie Irina P.
- Nie, to straszne.
W ciszy minęli Skanstull.
- Pisałam o niej w mojej pracy - powiedziała wreszcie Mia. - Ma tam
pseudonim Tamara.
Dag Svensson otworzył From Russia with Love na części zawierającej
wywiady i wyszukał Tamarę. Gdy czytał w skupieniu, minęli Gullmarsplan i halę widowiskową Globen.
- Ściągnął ją tu człowiek, którego nazywasz Anton.
- Nie posługuję się prawdziwymi nazwiskami. Ostrzegano mnie, że mogą mi
za to obniżyć stopień na obronie, ale nie ujawnię nazwisk tych
dziewczyn. Ryzykowałyby wtedy życiem. Dlatego nie ujawniam klientów.
Łatwo rozszyfrowaliby, z którą dziewczyną rozmawiałam. Tak więc w każdym
przypadku mam jedynie pseudonimy i osoby, których nie da się
zidentyfikować, czyli żadnych charakterystycznych szczegółów.
- Kim jest Anton?
- Prawdopodobnie nazywa się Zala. Nigdy nie mogłam go do końca
zidentyfikować, ale myślę, że jest Polakiem albo Jugosłowianinem i w rzeczywistości nazywa się inaczej. Rozmawiałam z Iriną P. jakieś
cztery-pięć razy i dopiero na ostatnim spotkaniu podała jego nazwisko.
Właśnie porządkowała swoje życie, zamierzała z tym skończyć, ale
naprawdę strasznie się go bała.
- Hm... - odezwał się Dag.
- No co?
- Właśnie się zastanawiam... Trafiłem na nazwisko Zala jakiś tydzień temu.
- Ale gdzie?
- Przeprowadzałem konfrontację z Sandströmem. Pieprzony dziennikarz i klient w jednym. Kurwa mać. Skończony łajdak.
- Jak to?
- Właściwie nie jest prawdziwym dziennikarzem. Projektuje broszury
reklamowe dla firm. Ale ma naprawdę chore fantazje na temat gwałtu,
które urzeczywistniał z tamtą dziewczyną...
- Wiem. To ja z nią rozmawiałam.
- A zwróciłaś uwagę, że robił layout do ulotki informacyjnej Instytutu
Zdrowia Publicznego o chorobach przenoszonych drogą płciową?
- Nie wiedziałam.
- Odbyłem z nim konfrontację w zeszłym tygodniu. Rzecz jasna załamał się
zupełnie, gdy przedstawiłem zebrane materiały na jego temat i zapytałem,
dlaczego to robi, dlaczego chodzi na nastoletnie dziwki ze Wschodu i folguje swoim fantazjom o gwałcie. Powoli dostałem od niego jakby
wyjaśnienie.
- Ach tak?
- Sandström znalazł się w takiej sytuacji, że nie tylko był klientem,
ale i załatwiał interesy dla seksmafii. Podał mi nazwiska, między innymi
Zala. Nie powiedział o nim nic szczególnego, ale to dość niespotykane
nazwisko.
Mia Bergman zerknęła na niego.
- Nie wiesz, kim on jest? - zapytał Dag.
- Nie. Nigdy nie mogłam go zidentyfikować. Jest tylko nazwiskiem, które
pojawia się od czasu do czasu. Zdaje się, że dziewczyny cholernie się go
boją i żadna nie chciała nic więcej powiedzieć.
Rozdział 9
Niedziela 6 marca - piątek 11 marca
Doktor A. Sivarnandan zatrzymał się po drodze do jadalni, zobaczywszy
Holgera Palmgrena i Lisbeth Salander. Siedzieli pochyleni nad
szachownicą. Zwyczajem stało się, że Lisbeth przychodziła z wizytą raz w tygodniu, najczęściej w niedzielę. Zjawiała się zawsze około trzeciej i spędzała kilka godzin, grając z Palmgrenem w szachy. Opuszczała ośrodek
mniej więcej o ósmej wieczorem, kiedy nadchodził czas, by Palmgren
położył się spać. Doktor A. Sivarnandan zauważył, że Lisbeth nie
traktowała Palmgrena ze szczególną powagą ani jak chorego - przeciwnie,
zdawali się ciągle przekomarzać, a ona z chęcią pozwalała, by jej
usługiwał, przynosząc kawę.
Doktor A. Sivarnandan zmarszczył brwi. Nie potrafił rozgryźć tej
niesamowitej dziewczyny, która uważała się za przybraną córkę Holgera
Palmgrena. Miała charakterystyczny wygląd i wydawało się, że obserwuje
otoczenie z największą podejrzliwością. Żartować z niej było rzeczą
wprost niedopuszczalną.
Prawie niemożliwa wydawała się też zwyczajna rozmowa z Lisbeth. Gdy przy
jakiejś okazji zapytał ją, czym się zajmuje, odpowiedziała wymijająco.
Kilka dni po pierwszej wizycie wróciła z plikiem papierów, które były
dowodem na utworzenie fundacji non profit i mówiły o jej określonym
celu: wspierania rehabilitacji Holgera Palmgrena w domu opieki.
Przewodniczącym fundacji był adwokat zamieszkały na Gibraltarze. W zarządzie zasiadała jedna osoba, również adwokat z Gibraltaru, a do tego
rewident o nazwisku Hugo Svensson, zamieszkały w Sztokholmie. Fundacja
dysponowała sumą dwóch i pół miliona koron, którą doktor A. Sivarnandan
mógł rozporządzać według własnego zamysłu, jednak zgodnie z celem, który
stanowił, że pieniądze mają służyć zapewnieniu Holgerowi Palmgrenowi
wszelkiej możliwej opieki. Aby korzystać z funduszu, Sivarnandan musiał
zgłosić zapotrzebowanie, a następnie rewident dokonywał wypłaty.
Było to niecodzienne, by nie powiedzieć nadzwyczajne przedsięwzięcie.
Sivarnandan zastanawiał się przez kilka dni, czy nie ma w tym systemie
czegoś nieetycznego. Nie doszukał się niczego i dlatego postanowił
zatrudnić Johannę Karolinę Oskarsson, lat trzydzieści dziewięć, jako
osobistą asystentkę i trenerkę Holgera Palmgrena. Była dyplomowaną
rehabilitantką po dodatkowych kursach z psychologii i miała spore
doświadczenie w zakresie opieki rehabilitacyjnej. Została formalnie
zatrudniona przez fundację, a ku ogromnemu zaskoczeniu Sivarnandana
pierwszą pensję wypłacono jej z góry, zaraz po podpisaniu umowy o pracę.
Wcześniej bowiem przychodziły mu do głowy podejrzenia, czy to nie jest
blef.
Przedsięwzięcie zdawało się również przynosić efekty. Przez miniony
miesiąc zdolność koordynacji i ogólny stan Holgera Palmgrena znacznie
się poprawiły, co potwierdzały cotygodniowe badania. Sivarnandan
zastanawiał się, ile z tego jest zasługą treningu, a ile samej Lisbeth
Salander. Bez wątpienia Holger Palmgren starał się niemal ponad swoje
siły i oczekiwał jej wizyt niczym niecierpliwe dziecko. Zdawało się go
cieszyć, że regularnie obrywa od niej w szachy.
Doktor Sivarnandan towarzyszył im w jednym ze spotkań. Była to
zadziwiająca partia. Holger Palmgren grał białymi i w odpowiedzi na
obronę sycylijską robił wszystko, jak należy.
Długo i porządnie zastanawiał się nad każdym ruchem. Bez względu na to,
jak dużą niesprawność fizyczną spowodował wylew, bystrość jego umysłu
była bez zarzutu.
Lisbeth Salander czytała książkę na osobliwy temat - regulacji
frekwencji radioteleskopu w stanie nieważkości. Siedziała na poduszce,
żeby mieć blat stołu na odpowiedniej wysokości. Gdy Palmgren wykonał
swój ruch, podnosiła wzrok i przesuwała którąś z figur, na pozór bez
zastanowienia, po czym wracała do książki. Palmgren skapitulował po
dwudziestym siódmym ruchu. Salander znów podniosła wzrok i przez kilka
sekund przyglądała się szachownicy ze zmarszczonym czołem.
- Nie - powiedziała. - Masz jeszcze szansę na remis.
Palmgren, westchnąwszy, poświęcił pięć minut na obserwację szachownicy.
Wreszcie utkwił wzrok w Lisbeth.
- Udowodnij.
Obróciła szachownicę i przejęła jego pionki. Doszła do remisu w trzydziestym dziewiątym ruchu.
- Mój Boże - odezwał się Sivarnandan.
- Ona po prostu taka jest. Niech pan nigdy nie gra z nią na pieniądze -
powiedział Palmgren.
Sivarnandan sam grał w szachy od dziecka, a jako nastolatek wziął udział
w międzyszkolnym turnieju w ?bo, w którym zajął drugie miejsce. Uważał
się za kompetentnego amatora. Zrozumiał, że Lisbeth Salander to
nietypowy szachista. Najwyraźniej nigdy nie grała w klubie, a gdy
wspomniał, że rozgrywka zdaje się wariantem klasycznej partii Laskera,
odniósł wrażenie, że zupełnie nie pojmowała jego słów. Wyglądało na to,
że nigdy nie słyszała o Emanuelu Laskerze. Zaintrygowała go i zastanawiał się, czy jej talent jest wrodzony i czy w takim razie ma też
inne zdolności, które mogłyby zainteresować psychologa.
Jednak o nic nie pytał. Stwierdził, że odkąd Lisbeth Salander przybyła
do Ersta, Holger Palmgren zdaje się czuć lepiej niż kiedykolwiek.
Adwokat Nils Bjurman wrócił do domu późnym wieczorem. Spędził cztery
tygodnie w domku letniskowym pod Stallarhomen. Był przybity. Nie
wydarzyło się nic, co istotnie zmieniłoby jego nędzną sytuację życiową.
Tyle tylko, że blond olbrzym przekazał mu wiadomość, iż są
zainteresowani propozycją - będzie go to kosztować sto tysięcy koron.
Na podłodze pod wrzutką na listy urosła sterta przesyłek. Pozbierał je i położył na stole w kuchni. Zobojętniał na wszystko, co miało związek z pracą i otoczeniem, dlatego dopiero po dłuższym czasie rzucił okiem na
plik listów. Przejrzał je z roztargnieniem.
Jeden przysłano z Handelsbanken. Rozerwał kopertę i doznał szoku,
widząc, że jest to kopia dowodu wypłaty na sumę dziewięć tysięcy trzysta
dwanaście koron z konta Lisbeth Salander.
Wróciła.
Wszedł do gabinetu i położył dokument na biurku. Jakąś minutę patrzył na
niego nienawistnym wzrokiem i zbierał myśli. Musiał odszukać potrzebny
numer telefonu. Następnie chwycił słuchawkę i połączył się z komórką na
kartę. Blond olbrzym odezwał się z lekkim akcentem.
- Tak?
- Tu Nils Bjurman.
- Czego chcesz?
- Wróciła do Szwecji.
Po drugiej stronie zaległa na krótko cisza.
- To dobrze. Nie dzwoń więcej na ten numer.
- Ale...
- Wkrótce dostaniesz wiadomość.
Zdenerwował się, gdy rozmowa została przerwana. Bjurman zaklął w duchu.
Podszedł do barku i nalał sobie setkę burbonu z Kentucky. Wypił ją dwoma
łykami. "Muszę ograniczyć picie" - pomyślał. Następnie nalał jeszcze
odrobinę i wrócił z kieliszkiem do biurka, gdzie znów przyjrzał się
dokumentowi z Handelsbanken.
Miriam Mu masowała plecy i kark Lisbeth Salander. Jej dłonie pracowały
intensywnie od dwudziestu minut; Lisbeth ograniczyła się do paru
pomruków zadowolenia. Być masowanym przez Mimmi to ogromna przyjemność i Lisbeth czuła się jak kociak, który mruczy i macha łapkami z rozkoszy.
Zdusiła w sobie westchnienie niezadowolenia, gdy Mimmi dała jej klapsa w tyłek, mówiąc, że już starczy. Chwilę leżała nieruchomo, żywiąc próżną
nadzieję, iż Mimmi zmieni zdanie, ale gdy zobaczyła, że wyciąga rękę po
kieliszek wina, przekręciła się na plecy.
- Dzięki - powiedziała.
- Myślę, że przesiadujesz całymi dniami przed komputerem. To dlatego
bolą cię plecy.
- Tylko naciągnęłam sobie mięsień.
Leżały nago w łóżku Mimmi. Pijąc czerwone wino, chichotały. Po
odnowieniu znajomości Lisbeth wciąż jeszcze nie mogła się nacieszyć
Mimmi. Nabrała fatalnego zwyczaju dzwonienia do niej prawie codziennie -
zdecydowanie za często. Patrząc na Mimmi, napominała samą siebie, by za
bardzo się nie przywiązywać. Mogło to skończyć się tym, że któraś z nich
zostanie zraniona.
Nagle Miriam Wu, przechylając się przez brzeg łóżka, otworzyła szufladę
nocnego stolika. Wyciągnęła małą, płaską paczuszkę, zapakowaną w kwiecisty papier z rozetką i złotym sznurkiem, i rzuciła ją w stronę
Lisbeth.
- Co to takiego?
- Twój prezent urodzinowy.
- Urodziny mam dopiero za miesiąc i trochę.
- To twój prezent urodzinowy z zeszłego roku. Wtedy nie można było cię
złapać. Znalazłam go, gdy pakowałam rzeczy przed przeprowadzką.
Lisbeth przez chwilę siedziała w milczeniu.
- Mam go otworzyć?
- No, jeśli masz ochotę.
Odstawiła kieliszek z winem, potrząsnęła paczuszką i otworzyła ją
ostrożnie. Wyjęła piękną papierośnicę z wieczkiem z czarno-niebieskiej
emalii, ozdobioną kilkoma małymi chińskimi znakami.
- Powinnaś rzucić palenie - powiedziała Miriam Wu. - Ale jeśli już masz
palić, to możesz przynajmniej trzymać papierosy w estetycznym
opakowaniu.
- Dzięki. Jesteś jedyną osobą, która daje mi prezenty na urodziny. Co
oznaczają te znaki?
- A skąd mam wiedzieć? Nie znam chińskiego. To tylko drobiazg, który
znalazłam na pchlim targu.
- To piękna papierośnica.
- Taki tam tani szajs. Ale wyglądała, jakby była zrobiona dla ciebie.
Wino się skończyło. Idziemy na piwo?
- Czy to znaczy, że musimy wstać z łóżka i się ubrać?
- Tego się obawiam. Co to za frajda mieszkać na Södermalmie, jeśli nie
chodzi się raz na jakiś czas do knajpy.
Lisbeth westchnęła.
- No, chodź - powiedziała Miriam Wu, skubiąc kolczyk w pępku Lisbeth. -
Możemy tu później wrócić.
Lisbeth znów westchnęła, postawiła jedną stopę na podłodze i sięgnęła po
majtki.
Dag Svensson siedział przy swoim tymczasowym biurku w kącie redakcji
"Millennium", gdy nagle usłyszał szczęk zamka w drzwiach wejściowych.
Spojrzał na zegarek, zdał sobie sprawę, że jest już dziewiąta wieczorem.
Mikael Blomkvist również zdawał się zdziwiony odkryciem, że ktoś jeszcze
siedzi w redakcji.
- Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Cześć, Micke. Siedziałem nad
książką i straciłem poczucie czasu. Co tu robisz?
- Zostawiłem tu jedną książkę. Wszystko w porządku?
- Tak, to znaczy, nie... Poświęciłem trzy tygodnie, żeby wytropić tego
cholernego Björcka ze służb specjalnych. Tak jakby uprowadził go jakiś
obcy wywiad. Po prostu zapadł się pod ziemię.
Dag opowiedział o swoich męczarniach. Mikael przystawił krzesło, usiadł
i zastanowił się chwilę.
- Próbowałeś sztuczki z loterią?
- Czego?
- Zmyśl jakąś nazwę i napisz list informujący, że facet wygrał komórkę z GPS-em czy coś tam innego. Wydrukuj, żeby wyglądało ładnie i porządnie,
i wyślij na jego adres - w tym przypadku na skrytkę pocztową. Tak więc
wygrał już telefon. Poza tym jest jedną z dwudziestu osób, które mogą
przejść do kolejnego etapu i wygrać sto tysięcy koron. Musi tylko wziąć
udział w badaniu rynkowym kilku produktów. Badanie zajmie godzinę i zostanie przeprowadzone przez profesjonalnego ankietera. A potem... no,
tak.
Dag Svensson z otwartymi ustami gapił się na Mikaela.
- Mówisz serio?
- Dlaczego nie? Próbowałeś wszystkiego, a nawet tajniak ze służb
specjalnych powinien umieć wyliczyć, że ma spore szanse wygrania stu
tysięcy, skoro jest jednym z dwudziestu wybrańców.
Dag Svensson roześmiał się w głos.
- Oszalałeś. To legalne?
- Trudno mi uwierzyć, że sprezentowanie telefonu jest nielegalne.
- Niech mnie szlag, naprawdę oszalałeś.
Dag Svensson nie przestawał się śmiać. Mikael zawahał się chwilę.
Właściwie był już w drodze do domu. Rzadko chodził do knajpy, ale lubił
towarzystwo Daga.
- Masz ochotę wyskoczyć na piwo? - zapytał spontanicznie.
Dag Svensson spojrzał na zegarek.
- Pewnie - odpowiedział. - Szybkie piwo, jak najbardziej. Tylko
przekręcę do Mii. Wyszła gdzieś z dziewczynami i ma mnie zgarnąć do
domu.
Poszli do Kvarnen, głównie dlatego, że było blisko. Dag Svensson śmiał
się pod nosem, układając w myślach list do Björcka ze służb specjalnych.
Mikael zerkał lekko powątpiewającym wzrokiem na swojego rozbawionego
towarzysza. Mieli szczęście i dostali stolik tuż przy wyjściu, zamówili
po dużym piwie. Zaczęli dyskutować na temat, któremu Dag Svensson
poświęcał obecnie cały swój czas.
Mikael nie widział, że przy barze stoi Lisbeth Salander w towarzystwie
Miriam Wu. Lisbeth cofnęła się o krok, tak że Mimmi znalazła się między
nią a Mikaelem Blomkvistem, i obserwowała go przez ramię przyjaciółki.
Pierwszy raz od powrotu wyszła do knajpy i oczywiście musiała się na
niego natknąć. Pieprzony Kalle Blomkvist.
I pierwszy raz od ponad roku miała okazję go zobaczyć.
- Coś nie tak? - zapytała Mimmi.
- Nie, nic.
Wróciły do rozmowy. A właściwie to Mimmi dalej ciągnęła opowieść o pewnej lesbijce spotkanej w Londynie kilka lat wcześniej. Chodziło o zwiedzanie galerii sztuki i coraz bardziej komiczną sytuację, kiedy to
Mimmi usiłowała ową lesbijkę poderwać. Lisbeth kiwała raz po raz głową i jak zwykle przegapiła puentę całej historii.
Stwierdziła, że Mikael Blomkvist zasadniczo się nie zmienił. Wyglądał
nieprzyzwoicie dobrze; odprężony, na luzie, ale z poważnym wyrazem
twarzy. Słuchał swojego towarzysza i co chwilę potakiwał. Miała
wrażenie, że to poważna rozmowa.
Lisbeth przeniosła wzrok na znajomego Mikaela. Krótko przystrzyżony
blondyn, kilka lat od niego młodszy mówił w skupieniu, jakby coś
tłumaczył. Nigdy wcześniej go nie widziała i nie miała pojęcia, kim
jest.
Nagle do stolika Mikaela podeszło większe towarzystwo, nastąpiła wymiana
uścisków dłoni. Jakaś kobieta pogładziła go po policzku i powiedziała
coś, z czego wszyscy zaczęli się śmiać. Mikael również, choć sprawiał
wrażenie zakłopotanego.
Lisbeth Salander zmarszczyła brwi.
- Nie słuchasz, co do ciebie mówię - powiedziała Mimmi.
- Ależ słucham.
- W knajpie marne z ciebie towarzystwo. Poddaję się. Idziemy do domu się
pobzykać?
- Za chwilę - odpowiedziała Lisbeth.
Przysunęła się trochę bliżej i położyła rękę na biodrze Mimmi, która
popatrzyła na nią i powiedziała:
- Mam ochotę cię pocałować.
- Nie rób tego.
- Boisz się, że ludzie wezmą cię za lesbijkę?
- Nie chcę teraz zwracać na siebie uwagi.
- No to chodźmy do domu.
- Jeszcze nie. Poczekaj chwilę.
Nie musiały długo czekać. Minęło zaledwie dwadzieścia minut, odkąd
Mikael i jego znajomy pojawili się w barze, gdy do znajomego Mikaela
ktoś zadzwonił. Dopijając piwo, wstali od stolika.
- Patrz - powiedziała Mimmi. - To Mikael Blomkvist. Po aferze
Wennerströma jest bardziej popularny niż gwiazda rocka.
- Ach tak?
- Przegapiłaś tę sprawę? To było mniej więcej wtedy, gdy wyjechałaś za
granicę.
- Słyszałam o tym.
Lisbeth odczekała jeszcze pięć minut, po czym spojrzała na Mimmi.
- Chciałaś mnie pocałować.
Mimmi popatrzyła na nią zdumiona.
- Tak się tylko droczyłam.
Lisbeth stanęła na palcach, przysunęła twarz Mimmi do swojej i pocałowała ją namiętnie. Kiedy przestały, wokoło rozległy się brawa.
- Jesteś stuknięta.
Lisbeth Salander wróciła do domu dopiero o siódmej rano. Przyciągnęła
brzeg dekoltu koszulki do nosa i powąchała. Zastanawiała się, czy wziąć
prysznic, ale machnęła na to ręką. Rzuciła ubrania na stertę na podłogę
i poszła do łóżka. Obudziła się o czwartej po południu, wstała i poszła
do centrum handlowego Söderhallarna, gdzie zjadła śniadanie.
Rozmyślała o Mikaelu Blomkviście i swojej reakcji na fakt, że nagle
znalazła się w tym samym lokalu co on. Zirytowała ją jego obecność, ale
stwierdziła, że widok Mikaela nie sprawia jej bólu. Był już tylko
odległym wspomnieniem, niewielkim zakłóceniem jej codzienności.
W życiu były większe problemy.
Nagle jednak zapragnęła mieć dość odwagi, by do niego podejść i się
przywitać.
Albo może połamać mu kości, sama nie wiedziała za bardzo, co wybrać.
Tak czy inaczej była ciekawa, czym się zajmuje Mikael Blomkvist. Po
południu załatwiła kilka spraw i wróciwszy do domu około siódmej,
włączyła swojego PowerBooka, a potem program Asphyxia 1.3. Ikonka
MikBlom/laptop nadal znajdowała się na serwerze w Holandii. Lisbeth
kliknęła i otworzyła dokładną kopię twardego dysku Mikaela. Odwiedzała
jego komputer po raz pierwszy od czasu, gdy ponad rok temu wyjechała ze
Szwecji. Zauważyła z zadowoleniem, że jeszcze nie ma najnowszej wersji
systemu operacyjnego dla maca, co oznaczałoby wyeliminowanie Asphyxii i przerwanie transferu danych. Stwierdziła również, że musi poprawić
program, tak aby żadne aktualizacje nie mogły zakłócić jego działania.
Od jej poprzedniej wizyty zawartość twardego dysku powiększyła się o prawie 6,9 gigabajta. Spora część to dokumenty PDF i Quark. Te pliki nie
zajmowały dużo miejsca, w przeciwieństwie do folderów ze zdjęciami, choć
te były skompresowane. Odkąd powrócił na stanowisko wydawcy
odpowiedzialnego, Mikael Blomkvist najwyraźniej rozpoczął archiwizację
kopii kolejnych numerów "Millennium".
Uporządkowała zawartość dysku chronologicznie, rozpoczynając listę od
najstarszych plików, i stwierdziła, że Mikael ostatnie miesiące
poświęcił w dużej mierze materiałom z folderu o nazwie "Dag Svensson",
które wyglądały na projekt książki. Następnie otworzyła jego pocztę
elektroniczną i przejrzała ją dokładnie.
Na widok jednego z maili drgnęła. Dwudziestego szóstego stycznia Mikael
dostał maila od Pieprzonej Harriet Vanger. Otworzywszy go,
przeczytała kilka zwięzłych linijek o zbliżającym się rocznym
posiedzeniu zarządu "Millennium". Mail kończył się wiadomością, że
Harriet zarezerwowała w hotelu ten sam pokój.
Lisbeth chwilę przyswajała tę informację. Potem wzruszyła ramionami i ściągnęła pocztę Mikaela Blomkvista oraz tekst książki Daga Svenssona o roboczym tytule Pijawki i podtytule Społeczne filary seksbiznesu.
Znalazła także kopię rozprawy From Russia with Love autorstwa kobiety
o nazwisku Mia Bergman.
Rozłączyła się, poszła do kuchni i nastawiła ekspres do kawy. Następnie
usiadła z PowerBookiem na swojej nowej sofie. Otworzyła papierośnicę od
Mimmi i zapaliła marlboro lighta. Resztę wieczoru spędziła na czytaniu.
Około dziewiątej skończyła rozprawę Mii Bergman. Z zadumą przygryzła
wargę.
Do wpół do jedenastej przeczytała książkę Daga Svenssona. Zdała sobie
sprawę, że wkrótce "Millennium" znów znajdzie się na czołówkach gazet.
Kiedy o wpół do dwunastej kończyła przeglądać pocztę Mikaela Blomkvista,
nagle podniosła się na sofie i wytrzeszczyła oczy.
Poczuła na plecach chłodny dreszcz.
To był mail od Daga Svenssona do Mikaela Blomkvista.
Mimochodem Svensson wspominał, że zastanawia się nad pewnym gangsterem
ze Wschodu o nazwisku Zala, któremu można by ewentualnie poświęcić
osobny rozdział - stwierdzał jednak, że jest już niewiele czasu. Mikael
nie odpowiedział na tę wiadomość.
Zala.
Lisbeth Salander, siedząc w bezruchu, rozmyślała tak długo, aż włączył
się wygaszacz ekranu.
Dag Svensson odłożył notes i podrapał się w głowę. Zamyślony spoglądał
na otwartą stronę i napisane u góry jedyne słowo. Cztery litery.
Zala.
W skupieniu przez trzy minuty rysował okrągłe labirynty wokół nazwiska.
Wstał i z aneksu kuchennego przyniósł kubek kawy. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że powinien iść do domu położyć się spać, odkrył jednak, że
lubi siedzieć w redakcji "Millennium" i pracować właśnie nocą, kiedy
jest tam cicho i spokojnie. Deadline zbliżał się nieubłaganie. Dag
Svensson miał już prawie cały tekst, lecz po raz pierwszy od rozpoczęcia
projektu miał wątpliwości. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie umknął
mu jakiś istotny szczegół.
Zala.
Dotąd niecierpliwił się, chcąc jak najszybciej skończyć manuskrypt i opublikować książkę. Nagle zapragnął mieć na to więcej czasu.
Rozmyślał nad protokołem z obdukcji, który inspektor Gulbrandsen dał mu
do przeczytania. Irinę P. znaleziono w kanale Södertälje. Użyto wobec
niej brutalnej przemocy, miała zmiażdżoną twarz i klatkę piersiową.
Przyczyną śmierci było skręcenie karku, ale przynajmniej dwa z pozostałych obrażeń oceniono również jako śmiertelne. Złamano jej sześć
żeber i przebito lewe płuco. Z powodu ciężkiego pobicia pękła śledziona.
Trudno było ustalić, czym było narzędzie zbrodni. Patolog wysunął
teorię, że użyto pałki owiniętej w materiał. Nie potrafiono wytłumaczyć,
dlaczego morderca miałby owijać narzędzie zbrodni, jednak rany nie
nosiły śladów charakterystycznych dla zwyczajnych przedmiotów.
Sprawy jeszcze nie rozwiązano, a Gulbrandsen stwierdził, że nie ma na to
zbyt dużych szans.
Nazwisko Zala cztery razy przewinęło się w materiałach zebranych w ciągu
ostatnich lat przez Mię Bergman, jednak zawsze gdzieś na marginesie,
ulotne jak widmo. Nikt nie wiedział, kim jest Zala ani czy w ogóle
istnieje. Część dziewczyn przedstawiała go jako nieokreślone zagrożenie,
karę za nieposłuszeństwo. Dag Svensson poświęcił tydzień, by go
rozszyfrować, wypytywał policję, dziennikarzy i różne źródła związane z sekshandlem, do których sam dotarł.
Znów skontaktował się z dziennikarzem, Perem-?ke Sandströmem, którego
zamierzał bez litości zdemaskować w swojej książce. Sandström powoli
zaczął zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Błagał, żeby okazać mu
litość. Oferował pieniądze. Svensson nie miał najmniejszego zamiaru
ustąpić. Za to wykorzystał swoją przewagę, aby wycisnąć z niego
informacje o Zali.
Efekt był przygnębiający. Sandström to skorumpowany łajdak, który
załatwiał interesy dla seksmafii. Nigdy nie spotkał Zali, ale rozmawiał
z nim przez telefon i wiedział, że Zala istnieje. Być może. Nie - nie
miał do niego numeru. I nie - nie może też powiedzieć, przez kogo
nawiązał z nim kontakt.
Daga Svenssona uderzyło odkrycie, że Per-?ke Sandström się boi. Ten
strach wykraczał poza groźbę zdemaskowania. Sandström był śmiertelnie
przerażony. Dlaczego?
Rozdział 10
Poniedziałek 14 marca - niedziela 20 marca
Przyjazd do Holgera Palmgrena, przebywającego w domu opieki Erstaviken,
był czasochłonny w przypadku korzystania z komunikacji miejskiej, a wypożyczanie za każdym razem samochodu zdawało się równie kłopotliwe. W połowie marca Lisbeth Salander postanowiła kupić samochód. Zaczęła od
załatwienia miejsca parkingowego, co okazało się znacznie bardziej
skomplikowane.
Miała miejsce parkingowe w garażu pod swoim domem na Mosebacke, ale nie
chciała, aby samochód powiązano z jej nowym adresem. Natomiast już wiele
lat wcześniej ustawiła się w kolejce oczekujących na garaż w dawnej
wspólnocie mieszkaniowej przy Lundagatan. Gdy zadzwoniła tam, by się
dowiedzieć, które miejsce zajmuje na liście, powiedziano jej, że jest
pierwsza. Co więcej, od następnego miesiąca zwolni się jedno miejsce. I wszystko gra. Zadzwoniła do Mimmi i poprosiła ją, by od razu podpisała
umowę ze spółdzielnią. Dzień później zaczęła polować na samochód.
Miała dość pieniędzy, żeby kupić rolls-royce'a czy ferrari w ekskluzywnym mandarynkowym kolorze - co tylko chciała - jednak nie była
zainteresowana posiadaniem samochodu przyciągającego uwagę. Odwiedziła
dwóch dilerów w Nacka i wybrała czteroletnią bordową hondę z automatyczną skrzynią biegów. Ku rozpaczy dilera upierała się, by
sprawdzić każdy element silnika - zajęło jej to godzinę. Dla zasady
stargowała cenę o kilka tysięcy i zapłaciła gotówką.
Potem odprowadziła samochód na Lundagatan, zajrzała do Mimmi i zostawiła
zapasowe kluczyki. Mimmi może oczywiście korzystać z samochodu, musi
tylko wcześniej zapytać. Ponieważ miejsce w garażu miało się zwolnić
dopiero od nowego miesiąca, zaparkowały samochód na ulicy.
Mimmi właśnie wybierała się na randkę do kina z przyjaciółką, o której
Lisbeth nigdy wcześniej nie słyszała. Miała wulgarny makijaż i paskudne
ciuchy, a na szyi coś, co przypominało psią obrożę, więc Lisbeth
przypuszczała, że chodzi o którąś z jej partnerek, a gdy Mimmi zapytała,
czy Lisbeth nie chce się przyłączyć, odmówiła. Absolutnie nie chciała
znaleźć się w trójkącie z jakąś długonogą przyjaciółką Mimmi, z pewnością niezwykle seksowną, przy której ona sama poczułaby się jak
idiotka. Za to miała coś do załatwienia w mieście, więc pojechały razem
metrem do placu Hötorget i tam się rozstały.
Lisbeth poszła do OnOff przy Sveavägen i zdążyła przekroczyć próg na
dwie minuty przed zamknięciem. Kupiła toner do drukarki, przy czym
poprosiła o wyjęcie go z kartonu, tak by zmieścił się do jej plecaka.
Gdy wyszła ze sklepu, była głodna i spragniona. Przeszła się na
Stureplan i przypadkiem wybrała Café Hedon, miejsce, o którym nigdy
nawet nie słyszała. Zawróciła w drzwiach natychmiast po rozpoznaniu
adwokata Nilsa Bjurmana - siedział po skosie, tyłem do niej. Stanąwszy
przy witrynie kawiarni, wyciągała szyję, by móc obserwować swojego
opiekuna, sama zasłonięta przez kontuar.
Widok Bjurmana nie budził w Lisbeth Salander dramatycznych emocji, nie
czuła gniewu, nienawiści ani strachu. Jeśli o nią chodzi, świat byłby
niewątpliwie lepszy bez niego, jednak Bjurman żył, ponieważ zdecydowała,
że w ten sposób będzie dla niej bardziej użyteczny. Przeniosła wzrok na
mężczyznę siedzącego naprzeciw Bjurmana. Na jego widok oczy Lisbeth
rozszerzyły się. Pstryk.
Był to nadzwyczaj rosły mężczyzna, co najmniej dwa metry wzrostu, i dobrze zbudowany. Wręcz wyjątkowo dobrze. Miał łagodny wyraz twarzy i krótko obcięte blond włosy, jednak ogólnie rzecz biorąc, sprawiał
wrażenie bardzo silnego.
Lisbeth zobaczyła, jak blond olbrzym przysuwa się do Bjurmana i cicho
wypowiada kilka słów, a ten kiwa głową. Gdy podali sobie dłonie,
zauważyła, że Bjurman szybko cofnął swoją.
Co z ciebie za typ i co cię łączy z Bjurmanem?
Lisbeth Salander szybko się oddaliła i stanęła przy wejściu do kiosku.
Oglądała afisze z czołówkami gazet, gdy blondyn wyszedł z Café Hedon i,
nie rozglądając się, skręcił w lewo. Minął odwróconą tyłem Lisbeth w odległości mniejszej niż trzydzieści centymetrów. Dała mu piętnaście
metrów przewagi, po czym ruszyła za nim.
Nie był to długi spacer. Na Birger Jarlsgatan blond olbrzym od razu
zszedł do metra i kupił bilet przy bramce. Stanął na peronie w kierunku
południowym - dokąd Lisbeth i tak zmierzała - i wsiadł do pociągu na
Norsborg. Dojechał do Slussen, przesiadł się na zieloną linię na Farstę,
ale wysiadł już przy Skanstull i udał się do Blombergs Kafé na Götgatan.
Lisbeth przystanęła na zewnątrz. Z zadumą obserwowała mężczyznę, z którym usiadł blond olbrzym. Pstryk. Lisbeth szybko stwierdziła, że
szykuje się coś podejrzanego. Mężczyzna miał nadwagę, pociągłą twarz i potężny piwny brzuch, włosy związane w kitkę i jasny wąsik. Ubrany był w czarne dżinsy, dżinsową kurtkę i wysokie buty na obcasie. Na grzbiecie
prawej dłoni widniał tatuaż, ale Lisbeth nie mogła rozpoznać motywu. Na
ręku miał też złotą bransoletę, palił lucky strike'i. Oczy miał
wytrzeszczone jak ktoś, kto jest dość często na haju. Lisbeth zauważyła
również, że pod kurtką nosi kamizelkę. Nie widziała jej dokładnie, ale
domyśliła się, że mężczyzna jest bikersem.
Blond olbrzym nic nie zamówił. Zdawał się coś tłumaczyć. Mężczyzna w dżinsowej kurtce kiwał co chwilę głową, ale nie wyglądało na to, by brał
czynny udział w rozmowie. Lisbeth przypomniała sobie, że musi w końcu
kupić mikrofon kierunkowy.
Już po pięciu minutach blond olbrzym wstał i wyszedł z kawiarni. Lisbeth
cofnęła się o kilka kroków, ale mężczyzna nawet nie spojrzał w jej
stronę. Po czterdziestu metrach skręcił i wszedł po schodach na
Allhelgonagatan, zbliżył się do białego volvo i otworzył drzwi. Włączył
silnik i ostrożnie wyjechał na ulicę. Zdążyła jeszcze zapamiętać numer
rejestracyjny, zanim zniknął za rogiem na następnym skrzyżowaniu.
Lisbeth pospiesznie zawróciła do Blombergs Kafé. Minęły może ze trzy
minuty, ale stolik był już pusty. Wycofała się, podniosła wzrok i rozejrzała się po ulicy, lecz nigdzie nie mogła wypatrzeć mężczyzny z kitką. Potem spojrzała na drugą stronę i dostrzegła go w chwili, gdy
otwierał drzwi do Macdonalda.
Musiała wejść do środka, żeby go znaleźć. Siedział w głębi lokalu w towarzystwie mężczyzny ubranego podobnie jak on. Tamten nosił kamizelkę
na dżinsowej kurtce. Lisbeth przeczytała napis. "Svavelsjö MC". Poniżej
widniało logo - wystylizowane koło motocyklowe przypominające krzyż
celtycki z toporem.
Wyszła z restauracji i niezdecydowana stała minutę na Götgatan, po czym
ruszyła w kierunku północnym. Miała poczucie, że jej wewnętrzny system
ostrzegawczy przeszedł w stan najwyższej gotowości.
Lisbeth zatrzymała się w 7-Eleven i zrobiła tygodniowe zakupy: duże
opakowanie Billy's Pan Pizzy, trzy mrożone zapiekanki rybne, trzy tarty
z bekonem, kilogram jabłek, dwa bochenki chleba, pół kilograma żółtego
sera, mleko, kawa, karton marlboro light i popołudniówki. Ulicą
Svartensgatan doszła do Mosebacke i rozejrzała się uważnie, zanim
wstukała kod do swojego mieszkania. Włożyła jedną tartę z bekonem do
mikrofalówki i napiła się mleka prosto z kartonu. Włączyła ekspres do
kawy, po czym usiadła przy komputerze, otworzyła program Asphyxia 1.3 i zalogowała się na kopii twardego dysku adwokata Nilsa Bjurmana. Kolejne
pół godziny poświęciła na sprawdzanie zawartości jego komputera.
Nie odkryła zupełnie nic wartego zainteresowania. Bjurman zdawał się
rzadko korzystać z poczty elektronicznej. W skrzynce było tylko
kilkanaście krótkich prywatnych maili do albo od jego znajomych. Żadna z wiadomości nie miała z nią związku.
Znalazła nowy folder z twardą pornografią, co oznaczało, że Bjurmana
nadal kręciły poniżane kobiety w sadystycznej scenerii. Technicznie
rzecz biorąc, nie wykraczało to poza ustaloną przez Lisbeth zasadę, że
nie wolno mu się zadawać z kobietami.
Otworzyła folder z dokumentami dotyczącymi pełnionej przez niego funkcji
opiekuna prawnego i uważnie przeczytała każdy miesięczny raport.
Dokładnie odpowiadały kopiom, które wysyłał regularnie na wskazany przez
nią adres mailowy.
Wszystko wyglądało całkiem normalnie.
Może z jednym odstępstwem... Przeglądając właściwości poszczególnych
raportów w Wordzie, mogła stwierdzić, że Bjurman zazwyczaj tworzył je w pierwszych dniach miesiąca. Na edycję każdego poświęcał przeciętnie
cztery godziny i wysyłał go do Komisji Nadzoru Kuratorskiego dokładnie
dwudziestego każdego miesiąca. Był już środek marca, a Bjurman nie
zaczął jeszcze pracować nad bieżącym raportem. Zaniedbanie?
Opóźnienie? Jest zajęty czymś innym? Szykuje coś podejrzanego? Na
czole Lisbeth Salander pojawiła się zmarszczka.
Wyłączyła komputer, usiadła we wnęce okiennej i otworzyła papierośnicę
od Mimmi. Zapaliła papierosa i popatrzyła w ciemność. Zaniedbała
kontrolę Bjurmana. Jest śliski jak węgorz.
Poczuła silny niepokój. Najpierw Pieprzony Kalle Blomkvist, potem
Zala, teraz Pieprzony Gnój Nils Bjurman, a razem z nim jakiś napakowany
samiec powiązany z gangiem motocyklowym. W ciągu tych kilku dni wiele
spraw zakłóciło uporządkowaną codzienność, jaką Lisbeth Salander
usiłowała sobie stworzyć.
O wpół do trzeciej tej samej nocy Lisbeth Salander otworzyła kluczem
drzwi wejściowe do budynku przy Upplandsgatan niedaleko Odenplan, gdzie
mieszkał adwokat Nils Bjurman. Przystanęła pod jego mieszkaniem,
ostrożnie odsunęła klapkę wrzutki na listy i włożyła przez nią niezwykle
czuły mikrofon, który nabyła w Counterspy Shop w londyńskim Mayfair.
Nigdy wcześniej nie słyszała o Ebbe Carlssonie, ale w tym właśnie
sklepie kupił on osławione urządzenia do podsłuchu, które pod koniec lat
osiemdziesiątych spowodowały pospieszną dymisję szwedzkiego ministra
sprawiedliwości. Lisbeth umieściła słuchawkę na właściwym miejscu i podregulowała głośność.
Usłyszała głuche pomrukiwanie lodówki i przenikliwe tykanie co najmniej
dwóch zegarów, z których jeden wisiał na ścianie w pokoju dziennym na
lewo od drzwi wejściowych. Znów podkręciła głośność i nasłuchiwała,
wstrzymując oddech. Słyszała wszelkie możliwe trzaski i szumy w mieszkaniu, ale żadnych odgłosów ludzkiej aktywności. Dopiero po minucie
udało jej się usłyszeć słaby odgłos ciężkiego, regularnego oddechu.
Nils Bjurman spał.
Wyciągnęła mikrofon i schowała go do wewnętrznej kieszeni skórzanej
kurtki. Miała na sobie ciemne dżinsy i tenisówki z gumową podeszwą.
Bezszelestnie włożyła klucz do zamka i lekko uchyliła drzwi. Zanim
otworzyła je całkowicie, wyjęła z kieszeni paralizator. Nie wzięła
żadnej innej broni. Nie uważała, że potrzebuje lepszego zabezpieczenia,
aby poradzić sobie z Bjurmanem.
Weszła do środka, zamknęła drzwi wejściowe i bezgłośnie zakradła się do
przedpokoju, tuż przy jego sypialni. Stanęła jak wryta, widząc światło,
ale w tym samym momencie dotarło do niej chrapanie Bjurmana. Od razu
wślizgnęła się do pokoju. W oknie stała zapalona lampa. Co się stało,
Bjurman? Boisz się ciemności?
Stanęła przy łóżku i patrzyła na niego kilka minut. Postarzał się i sprawiał wrażenie zaniedbanego. Zapach w pokoju wskazywał, że nie dbał o higienę osobistą.
Nie miała dla niego ani odrobiny współczucia. Na sekundę w jej oczach
błysnęła bezlitosna nienawiść. Zauważyła kieliszek na stoliku nocnym.
Schyliła się i powąchała. Alkohol.
W końcu wyszła z sypialni. Rozejrzała się po kuchni, lecz nie znalazła
nic godnego uwagi. Udała się do salonu i stanęła w drzwiach gabinetu.
Sięgnęła do kieszeni i wyjęła garść pokruszonego chrupkiego pieczywa,
które po ciemku ostrożnie rozrzuciła na parkiecie. Gdyby ktoś przemykał
się przez salon, chrzęst okruchów ją ostrzeże.
Usiadła za biurkiem Nilsa Bjurmana i położyła przed sobą paralizator w odpowiedniej odległości. Rozpoczęła metodyczne przeszukiwanie szuflad.
Przejrzała korespondencję adwokata dotyczącą bilansów jego prywatnych
kont i zestawień finansowych. Zauważyła, że coraz bardziej sporadycznie
i niedbale kontroluje swoje sprawy, jednak nie znalazła nic
interesującego.
Najniższa szuflada biurka była zamknięta na klucz. Lisbeth Salander
zmarszczyła brwi. Podczas jej ostatniej wizyty rok wcześniej wszystkie
dało się otworzyć. Zdezorientowana przywołała w pamięci jej zawartość.
Znajdowały się tam aparat fotograficzny, teleobiektyw, mały dyktafon
Olympus, oprawny w skórę album na zdjęcia i pudełeczko z łańcuszkami,
biżuterią i złotą obrączką, na której wygrawerowano napis "Tilda i Jacob
Bjurman - 23 kwietnia 1951". Lisbeth wiedziała, że to imiona jego
rodziców i że oboje już nie żyją. Założyła więc, iż zachował na pamiątkę
ich obrączkę ślubną.
Tak więc Bjurman trzyma pod kluczem to, co uważa za cenne.
Zajęła się szafką z żaluzją, która stała za biurkiem, i wyjęła stamtąd
dwa segregatory dokumentujące obowiązki Bjurmana jako jej opiekuna
prawnego. Przez piętnaście minut przeglądała wszystko dokładnie, strona
po stronie. Raporty były bez zarzutu i dawały do zrozumienia, że Lisbeth
Salander to grzeczna i porządna dziewczynka. Cztery miesiące wcześniej
Bjurman sformułował przypuszczenie, iż Lisbeth wydaje się tak racjonalną
i kompetentną osobą, że istnieją przesłanki, by podczas przyszłorocznej
kontroli podjąć dyskusję, czy jej ubezwłasnowolnienie rzeczywiście jest
nadal uzasadnione. Było to elegancko ujęte i stanowiło pierwszy krok na
drodze do uchylenia decyzji sądu.
Segregator zawierał również odręczne notatki, z których wynikało, że z Bjurmanem skontaktowała się niejaka Ulrika von Liebenstaahl z Komisji
Nadzoru Kuratorskiego, by przeprowadzić rozmowę o ogólnym stanie
Lisbeth. Słowa "konieczna opinia psychiatryczna" zostały podkreślone.
Lisbeth wydęła wargi, odłożyła segregatory na miejsce i rozejrzała się.
Na pierwszy rzut oka nie znajdowała nic, do czego można by się
przyczepić. Wyglądało na to, że Bjurman postępuje zgodnie z jej
instrukcjami. Lisbeth przygryzła dolną wargę. Zdawało się jednak, że coś
jest nie w porządku.
Podniosła się z krzesła i już miała zgasić lampę na biurku, lecz się
powstrzymała. Znów wyjęła segregatory i przejrzawszy je jeszcze raz,
osłupiała ze zdumienia.
Powinny zawierać więcej dokumentów. Rok wcześniej było tu podsumowanie
jej rozwoju, od dzieciństwa poczynając, sporządzone przez Komisję
Nadzoru Kuratorskiego. Teraz go brakowało. Po co Bjurman miałby
wyjmować materiały z bieżącej dokumentacji? Zmarszczyła brwi. Nie
przychodził jej do głowy żaden naprawdę dobry powód. Może trzymał
dodatkową dokumentację gdzie indziej. Jej wzrok prześlizgnął się po
szafce z żaluzją i najniższej szufladzie biurka.
Nie miała przy sobie wytrycha, więc wślizgnęła się z powrotem do
sypialni Bjurmana i wydobyła klucze z jego marynarki wiszącej na
drewnianym wieszaku. W szufladzie znalazła te same przedmioty co rok
wcześniej. Jednak zbiór uzupełniono o płaskie pudełko ze zdjęciem
przedstawiającym colta 45 magnum.
W myślach przebiegła dane, które zgromadziła na temat Bjurmana niemal
dwa lata wcześniej. Zajmował się strzelectwem i należał do klubu. Według
publicznego rejestru broni miał licencję na colta 45 magnum.
Niechętnie doszła do wniosku, że zamknięcie szuflady na klucz nie było
czymś nienaturalnym.
Nie podobało jej się to, ale nie mogła się doszukać bezpośredniego
pretekstu, by go obudzić i skopać mu dupę.
Mia Bergman obudziła się o wpół do siódmej. Słyszała ściszone odgłosy
telewizora w dużym pokoju i czuła zapach świeżo zaparzonej kawy. Dobiegł
ją też stukot klawiatury iBooka. Uśmiechnęła się.
Nigdy wcześniej nie widziała, żeby Dag tak ciężko pracował nad jakimś
tematem. "Millennium" było dobrym wyborem. Zazwyczaj Dag niemożliwie
zadzierał nosa i zdawało się, że towarzystwo Blomkvista, Berger i całej
reszty miało na niego dobroczynny wpływ. Coraz częściej wracał do domu
przybity, kiedy Blomkvist wytykał mu braki i roznosił w pył jego
argumentację. Po czymś takim pracował dwa razy więcej.
Zastanawiała się, czy to właściwy moment, by zakłócić jego skupienie.
Okres spóźniał jej się trzy tygodnie. Nie była pewna i nie zrobiła
jeszcze testu ciążowego.
Zastanawiała się, czy to już czas.
Niedługo skończy trzydziestkę. Za niecały miesiąc ma obronę. Doktor
Bergman. Znów się uśmiechnęła i postanowiła nic nie mówić Dagowi, dopóki
sama nie będzie pewna, a może nawet poczeka, aż on skończy swoją
książkę, a ona zasiądzie na przyjęciu, świętując obronę.
Przeciągała się dziesięć minut, potem wstała i poszła do dużego pokoju
owinięta prześcieradłem. Dag podniósł wzrok.
- Nie ma jeszcze siódmej - powiedziała.
- Blomkvist znów się stawia.
- Był dla ciebie ostry? Dobrze ci tak. Lubisz go, co?
Dag Svensson odchylił się na oparcie sofy i popatrzył Mii w oczy. Po
chwili kiwnął głową.
- "Millennium" to niezłe miejsce pracy. Rozmawiałem z Mikaelem w Kvarnen, wtedy gdy po mnie przyjechałaś. Pytał, co zamierzam robić, gdy
skończę ten projekt.
- Aha. I co odpowiedziałeś?
- Że nie wiem. Jako wolny strzelec snułem się tu i tam przez tyle lat.
Chciałbym mieć coś stabilnego.
- "Millennium".
Kiwnął głową.
- Micke badał teren, pytał, czy byłbym zainteresowany pracą na pół
etatu. Na taką samą umowę jak Henry Cortez i Lottie Karim. Dostałbym
swoje biurko i stałą pensję z "Millennium", a resztę dorobię na własną
rękę.
- Chcesz tego?
- Jeśli przedstawią konkretną ofertę, zgodzę się.
- Dobra, ale wciąż jeszcze nie ma siódmej, a dzisiaj jest sobota.
- E tam. Chciałem tylko trochę pomajstrować przy tekście.
- Sądzę, że powinieneś wrócić do łóżka i pomajstrować przy czym innym.
Uśmiechając się do niego, odsunęła kawałek prześcieradła. Dag przełączył
komputer na standby.
Przez kilka następnych dni Lisbeth Salander robiła research, spędzając
sporo czasu przed komputerem. Poszukiwania prowadziły ją w wielu różnych
kierunkach, a ona sama nie zawsze miała jasność, czego tak naprawdę
szuka.
Zebranie pewnych faktów było łatwe. Korzystając z Archiwum Mediów,
sporządziła wyciąg z działalności Svavelsjö MC. Po raz pierwszy klub
pojawił się pod nazwą Tälje Hog Riders w notce prasowej z 1991 roku, w związku z obławą policyjną na jego siedzibę, znajdującą się wówczas w dawnym budynku szkolnym pod Södertälje. Akcję zorganizowano, ponieważ
zaniepokojeni sąsiedzi donieśli o strzelaninie przed budynkiem.
Zaangażowane w obławę znaczne siły policyjne przerwały mocno zakrapianą
piwem imprezę, która zamieniła się w zawody strzeleckie przy użyciu
karabinu AK4, skradzionego - jak się później okazało - na początku lat
osiemdziesiątych z nieistniejącego już oddziału Västerbotten I 20.
Według śledztwa przeprowadzonego przez pewną popołudniówkę Svavelsjö MC
miał sześciu albo siedmiu członków i kilkunastu hangarounds. Wszyscy
pełnoprawni członkowie byli przy różnych okazjach karani za dość
amatorskie przestępstwa, które czasem bywały jednak brutalne. W grupie
wyróżniały się dwie osoby. Szefem Svavelsjö MC był niejaki Carl-Magnus
"Magge" Lundin, opisany w internetowym wydaniu dziennika "Aftonbladet" w związku z obławą policji na siedzibę klubu w 2001 roku. Na przełomie lat
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych skazywano Lundina pięć razy. W trzech procesach chodziło o kradzieże, paserstwo i drobne przestępstwa
narkotykowe. Jeden wyrok był związany z poważną przestępczością, między
innymi z ciężkim pobiciem, za co Lundin dostał osiemnaście miesięcy.
Zwolniono go w 1995 roku, a niedługo po tym awansował na prezydenta
Tälje Hog Riders, który to klub nosił obecnie nazwę Svavelsjö MC.
Numerem dwa w grupie był - według wydziału do spraw przestępczości
zorganizowanej - niejaki Sonny Nieminen, lat trzydzieści siedem, któremu
w rejestrze karnym poświęcono co najmniej dwadzieścia trzy akapity.
Swoją karierę rozpoczął jako szesnastolatek, kiedy to za pobicie i kradzież zasądzono mu opiekę oraz dozór kuratorski zgodnie z prawem o pomocy społecznej. W ciągu kolejnych dziesięciu lat Sonny Nieminen był
skazywany pięć razy za kradzież, raz za rozbój, po dwa razy za groźby
karalne i przestępstwa narkotykowe, za wymuszenie oraz za użycie
przemocy wobec urzędnika. Na swoim koncie miał również dwa lżejsze
przestępstwa związane z nielegalnym posiadaniem broni i jedno poważne.
Do tego prowadzenie w stanie nietrzeźwości i co najmniej sześć
przypadków pobicia. W sposób dla Lisbeth Salander niepojęty skazywano go
na dozór kuratorski, grzywnę oraz wielokrotnie na miesiąc albo dwa
pozbawienia wolności, aż nagle, w 1989 roku, dostał wyrok dziesięciu
miesięcy więzienia za ciężkie pobicie i napad rabunkowy. Wyszedł po
kilku miesiącach i trzymał się w ryzach do października 1990 roku, gdy
będąc w knajpie w Södertälje, wdał się w bijatykę, która zakończyła się
zabójstwem i sześcioletnim wyrokiem. W 1995 roku Nieminen wyszedł znów
na wolność, tym razem jako najbliższy przyjaciel Magge Lundina.
W 1996 roku został zatrzymany za udział w napadzie zbrojnym na konwój
pieniędzy. Sam w nim nie uczestniczył, ale zaopatrzył trzech młodych
mężczyzn w broń, która posłużyła do napadu. Wtedy nastąpił drugi z jego
dłuższych pobytów w więzieniu. Skazano go na cztery lata i wypuszczono w 1999 roku. Potem Nieminen w jakiś cudowny sposób unikał kolejnych
zatrzymań. Według pewnego artykułu prasowego z 2001 roku - gdzie nie
wymieniono go z nazwiska, jednak przedstawiono jego przeszłość tak
dokładnie, iż nietrudno było rozszyfrować, o kogo chodziło - był
podejrzany o współudział w zabójstwie co najmniej jednego członka
konkurencyjnego gangu motocyklowego.
Lisbeth zamówiła zdjęcia paszportowe Nieminena i Lundina do wglądu.
Nieminen miał twarz jak z obrazka, ciemne, kręcone włosy i groźne oczy.
Magge Lundin wyglądał jak kompletny idiota. Bez żadnych trudności
zidentyfikowała mężczyznę, z którym blond olbrzym spotkał się w Blombergs Kafé, jako Lundina, a mężczyznę czekającego w Macdonaldzie
jako Nieminena.
Przez rejestr pojazdów Lisbeth wytropiła właściciela białego volvo,
którym odjechał blond olbrzym. Okazała się nim wypożyczalnia Auto-Expert
z Eskilstuny. Lisbeth wykręciła numer, a w słuchawce odezwał się niejaki
Refik Alba z owej firmy.
- Nazywam się Gunilla Hansson. Wczoraj jakiś sukinsyn potrącił mojego
psa i uciekł. Numery rejestracyjne wskazują, że samochód był od was.
Białe volvo.
Podała numery.
- Przykro mi.
- Tylko tyle? Chcę nazwisko tego sukinsyna, żeby zażądać odszkodowania.
- Zgłosiła pani sprawę na policję?
- Nie, chcę to załatwić polubownie.
- Przykro mi, ale nie mogę podawać nazwisk klientów, jeśli nie ma
doniesienia.
Barwa głosu Lisbeth Salander stała się ciemniejsza. Zapytała, czy do
dobrych obyczajów firmy należy praktyka, by zmuszać ludzi do składania
doniesień na jej klientów, zamiast umożliwiać załatwianie spraw
polubownie. Refik Alba znów stwierdził, że mu przykro i że niestety nic
nie może w tej kwestii zrobić. Przekonywała go jeszcze kilka minut, lecz
nie otrzymała nazwiska blond olbrzyma.
Nazwisko Zala to kolejna ślepa uliczka. Z dwoma przerwami na Billy's Pan
Pizzę Lisbeth Salander spędziła większą część doby przed komputerem. Jej
jedynym towarzyszem była półtoralitrowa butelka coca-coli.
Trafiła na setki osób o nazwisku Zala - począwszy od włoskiego
sportowca, a skończywszy na kompozytorze z Argentyny. Nie znalazła tego,
którego szukała.
Próbowała z nazwiskiem Zalachenko, ale też nie znalazła nic
interesującego.
Sfrustrowana dowlokła się wreszcie do sypialni i przespała dwanaście
godzin. Gdy się obudziła, była jedenasta przed południem. Włączyła
ekspres do kawy i przygotowała kąpiel w jacuzzi. Dolała płynu do
kąpieli, przyniosła kawę i kanapki i zjadła śniadanie w wannie. Nagle
zapragnęła, żeby Mimmi była przy niej. Ale przecież nie powiedziała jej
dotąd, gdzie mieszka.
Około dwunastej wyszła z wanny, wytarła się i włożyła szlafrok. Znów
włączyła komputer.
Z nazwiskami Dag Svensson i Mia Bergman poszło jej lepiej. Dzięki
wyszukiwarce Google szybko sporządziła krótkie zestawienie tego, co
oboje robili w ciągu minionych lat. Ściągnęła kilka artykułów Daga, a przy jednym z nich znalazła jego zdjęcie. Bez większego zdziwienia
stwierdziła, że to ten sam mężczyzna, którego widziała w towarzystwie
Mikaela Blomkvista w Kvarnen kilka dni wcześniej. Nazwisko zyskało twarz
i odwrotnie.
Znalazła też wiele tekstów o Mii Bergman albo jej autorstwa. Kilka lat
wcześniej zwróciła uwagę raportem o nierównym traktowaniu kobiet i mężczyzn w sądach. Z tego powodu napisano zarówno sporo wstępniaków, jak
i komentarzy na portalach dyskusyjnych różnych organizacji kobiecych;
Mia Bergman sama zamieściła ich wiele. Lisbeth Salander czytała uważnie.
Niektóre feministki uznały wnioski Bergman za istotne, z kolei inne
krytykowały ją za rozpowszechnianie "mieszczańskich mrzonek". Z ich
wypowiedzi nie wynikało jednak, na czym dokładnie owe mrzonki miałyby
polegać.
Około drugiej po południu Lisbeth otworzyła Asphyxię 1.3, lecz zamiast
MikBlom/laptop wybrała MikBlom/office, komputer na biurku Mikaela
Blomkvista w redakcji "Millennium". Z doświadczenia wiedziała, że
redakcyjny komputer Mikaela nie zawiera niczego przydatnego. Pomijając
fakt, że czasem wykorzystywał go do surfowania po internecie, pracował
niemal wyłącznie na swoim iBooku. Za to miał uprawnienia administratora
w całej redakcji. Szybko znalazła potrzebną informację z hasłem do
wewnętrznej sieci "Millennium".
Aby dostać się do innych komputerów, nie wystarczyło wejść na kopię
twardego dysku na serwerze w Holandii; również sam oryginał
MikBlom/office musiał być włączony i zalogowany w wewnętrznej sieci.
Miała szczęście. Mikael Blomkvist najwyraźniej siedział przy komputerze
w redakcji. Odczekała dziesięć minut, ale nie zauważyła śladów
jakiejkolwiek aktywności, co zinterpretowała tak, że Mikael włączył
komputer po przyjściu do pracy, być może korzystał z niego, surfując po
internecie, po czym zajął się czymś innym albo używał laptopa.
Trzeba to zrobić ostrożnie. W ciągu kolejnej godziny Lisbeth Salander
włamywała się do każdego komputera po kolei i ściągała pocztę
elektroniczną Eriki Berger, Christera Malma i nieznanej jej pracownicy
"Millennium" o nazwisku Malin Eriksson. W końcu trafiła na komputer Daga
Svensona, według informacji systemowych starszego Macintosha PowerPC z twardym dyskiem o pojemności zaledwie 750 megabajtów, czyli zalegający w redakcji złom, z dużym prawdopodobieństwem używany jedynie do pisania.
Był włączony, co oznaczało, że Dag Svensson w tym momencie siedzi w redakcji. Ściągnęła jego pocztę i przeszukała twardy dysk. Znalazła
folder opatrzony zwięzłą nazwą "Zala".
Blond olbrzym był niezadowolony i nie czuł się zbyt raźnie. Właś nie
odebrał dwieście trzy tysiące koron w gotówce, co stanowiło
nieoczekiwanie dużą zapłatę za owe trzy kilogramy metamfetaminy, które
dostarczył Magge Lundinowi pod koniec stycznia. Był to również niezły
zarobek za kilka godzin prawdziwej roboty - przywieźć towar od kuriera,
krótko przechować, dostarczyć do Magge Lundina, a potem zainkasować
pięćdziesiąt procent zysku. Bez wątpienia Svavelsjö MC mogło wypracować
miesięczny obrót tej wysokości, a grupa Lundina dokonywała jednej z trzech takich operacji - dwie pozostałe przeprowadzano w okolicy
Göteborga i Malmö. Wszystkie gangi mogły wyciągnąć razem dobre pół
miliona koron czystego zysku na miesiąc.
Mimo to czuł się tak niewyraźnie, że zjechał na pobocze, zaparkował i wyłączył silnik. Nie spał od ponad trzydziestu godzin i był
półprzytomny. Otworzył drzwi, rozprostował kości i wysikał się na
poboczu. Chłodna, gwiaździsta noc. Stał na polu niedaleko Järny.
Konflikt był niemal nierozwiązywalny. Źródło metamfetaminy znajdowało
się niecałe czterysta kilometrów od Sztokholmu. Popyt na szwedzkim rynku
był bezdyskusyjnie duży. Cała reszta to kwestia logistyki - jak
przetransportować chodliwy towar z punktu A do punktu B, czyli, mówiąc
dokładniej, z biura w tallińskiej piwnicy do sztokholmskiego portu
Frihamnen?
Wciąż powracający problem - jak zagwarantować regularne dostawy z Estonii do Szwecji? To było sedno sprawy, a jednocześnie najsłabsze
ogniwo, ponieważ wszystko, co udało im się osiągnąć po wielu latach
wysiłków, to ciągłe improwizacje i tymczasowe rozwiązania.
Kłopot stanowiły coraz częstsze w ostatnim czasie wpadki. Blond olbrzym
był dumny ze swoich zdolności organizacyjnych. W ciągu kilku lat
stworzył sprawnie działającą siatkę kontaktów, które pielęgnował,
posługując się w wyważonych proporcjach batem i marchewką. To on wykonał
czarną robotę, znalazł partnerów, wynegocjował układy i dopilnował, by
dostawy trafiały w odpowiednie miejsca.
Marchewką była zachęta, jaką otrzymywali podwykonawcy w rodzaju Magge
Lundina - dobry i sensowny zysk bez ryzyka. System działał bez zarzutu.
Magge Lundin nie musiał nawet kiwnąć palcem, by trafiła do niego
dostawa, bez kłopotliwych wyjazdów po towar czy niepewnych negocjacji z ludźmi, którzy mogli się okazać policjantami z wydziału narkotykowego
albo rosyjską mafią, a co gorsza - dmuchnąć mu wszystko. Lundin
wiedział, że blond olbrzym dostarcza towar, a potem inkasuje swoje
pięćdziesiąt procent.
Bat był potrzebny, gdy - coraz częściej w ostatnim czasie - pojawiały
się komplikacje. Mało brakowało, a gadatliwy diler, który dowiedział się
stanowczo za dużo o sieci dystrybucji, wsypałby całe Svavelsjö MC. Blond
olbrzym musiał ingerować i wymierzyć karę.
Był w tym dobry.
Westchnął.
Czuł, że coraz trudniej ogarnąć całą tę działalność. Była po prostu zbyt
skomplikowana.
Zapalił papierosa i rozprostował kości.
Metamfetamina to wspaniałe, dyskretne i łatwe w obsłudze źródło dochodu
- duży zysk i stosunkowo małe ryzyko. Handel bronią był w pewnej mierze
uzasadniony, jeśli dało się zidentyfikować różne niebezpieczeństwa i ich
uniknąć. I tak, biorąc pod uwagę ryzyko, po prostu nie opłacało się
dostarczać dwóch sztuk broni za kilka tysięcy jakimś durnym smarkaczom,
którzy zamierzali obrabować kiosk w sąsiedztwie.
Pojedyncze przypadki szpiegostwa przemysłowego czy szmuglowania na
Wschód komponentów elektronicznych - nawet jeśli rynek skurczył się
dramatycznie w ostatnich latach - miały pewne uzasadnienie.
Za to sprowadzania dziwek z krajów bałtyckich w ogóle nie dało się
obronić z finansowego punktu widzenia. Dziwki to niewielkie pieniądze, a właściwie tylko komplikacja, co jednak mogło w każdej chwili wywołać
obłudną pisaninę w prasie i debaty w owej dziwacznej instytucji
politycznej zwanej w Szwecji Riksdagiem, której reguły działania blond
olbrzym w najlepszym razie uważał za niejasne. Zaletą seksbiznesu było
to, że z punktu widzenia odpowiedzialności prawnej niemal nie stanowił
ryzyka. Każdy chętnie skorzysta z dziwki - prokurator, sędzia, pieprzony
glina i jeden czy drugi parlamentarzysta. Nikt nie będzie za bardzo
węszył, żeby ukrócić ten proceder.
Nawet śmierć dziwki niekoniecznie musi odbić się echem w życiu
politycznym. Jeśli policji uda się po kilku godzinach zatrzymać osobę
podejrzaną, a ta osoba nadal ma na ubraniu krew, skutkiem będzie
oczywiście wyrok skazujący i kilka lat więzienia albo terapii w jakimś
obskurnym zakładzie. Gdy jednak w ciągu czterdziestu ośmiu godzin nie
znajdzie się żaden podejrzany, to blond olbrzym wiedział z doświadczenia, że policja wkrótce zajmie się ważniejszymi sprawami.
Nie podobał mu się jednak ten biznes. Nie podobały mu się dziwki, te ich
wytapetowane twarze i przeraźliwe pijackie śmiechy. Dziwki były
nieczyste. Stanowiły zasoby ludzkie, które tyle samo kosztują, co
przynoszą zysku. A w kwestii zasobów ludzkich zawsze istniało ryzyko, że
jakiejś dziwce odbije i wmówi taka sobie, że może się wycofać albo
wygadać policji czy dziennikarzom, czy komuś z zewnątrz. Tym samym on
będzie zmuszony ingerować i wymierzyć karę. A jeśli na jaw wyjdzie zbyt
wiele, uruchomi się łańcuszek prokuratorów i policjantów albo zrobi się
piekielny hałas w tym przeklętym parlamencie. Seksbiznes to kłopoty.
Bracia Atho i Harry Ranta to typowy przykład takich kłopotów. Dwa
bezużyteczne pasożyty, które dowiedziały się stanowczo za dużo o całym
procederze. Najchętniej obwiązałby ich łańcuchem i wrzucił do morza. Ale
odwiózł ich na prom do Estonii i czekał cierpliwie, aż wsiądą na pokład.
Powodem urlopu było to, że jakiś pieprzony dziennikarz zaczął węszyć w ich interesach, zdecydowano więc, że pozostaną w ukryciu, póki sprawa
nie przycichnie.
Blond olbrzym znów westchnął.
Przede wszystkim nie podobały mu się takie zlecenia jak to na Lisbeth
Salander. Jeśli o niego chodzi, była zupełnie bez wartości. Nie
stanowiła żadnego zysku.
Nie podobał mu się adwokat Bjurman i nie mógł pojąć, dlaczego
postanowiono pójść mu na rękę. Jednak sprawa była już w toku. Rozkaz
został wydany, zlecenie przydzielono Svavelsjö MC.
Wcale nie podobała mu się ta sytuacja. Miał złe przeczucia.
Podniósł wzrok, rozejrzał się po ciemnym polu i rzucił peta do rowu.
Nagle kącikiem oka dostrzegł jakiś ruch i zamarł. Skoncentrował wzrok.
Poza bladym sierpem księżyca nie było innego źródła światła, ale i tak
zdołał rozróżnić zarys czarnej postaci skradającej się ku niemu jakieś
trzydzieści metrów od drogi. Istota poruszała się wolno, robiąc krótkie
przerwy.
Blond olbrzym nagle poczuł na czole krople zimnego potu.
Nienawidził tej postaci na polu.
Ponad minutę stał tak niemal sparaliżowany, gapiąc się jak zaklęty na
powolne, lecz uparte podchody postaci. Gdy była już na tyle blisko, że
mógł dostrzec jej oczy połyskujące w ciemności, odwrócił się na pięcie i rzucił biegiem do samochodu. Szarpnął drzwi i zaczął niezdarnie
manipulować kluczykami. Jego panika wzmagała się aż do momentu, gdy w końcu uruchomił silnik i włączył długie światła. Istota była już na
drodze, więc mógł wreszcie rozróżnić szczegóły w świetle reflektorów.
Wyglądała niczym ogromna płaszczka. Miała kolec jadowy jak skorpion.
Jedno było jasne. Istota nie pochodziła z tego świata. To potwór z podziemi.
Blond olbrzym przełożył bieg i ruszył z piskiem opon. Mijając postać,
widział, jak rzuca się do ataku, lecz nie zdołała dosięgnąć samochodu.
Dopiero po kilku kilometrach blond olbrzym przestał się trząść.
Lisbeth Salander poświęciła całą noc, by przestudiować research, który
Dag Svensson i redakcja "Millennium" przygotowali na temat traffickingu.
Po pewnym czasie miała dość dobry ogląd tej sprawy, nawet jeśli opierał
się on tylko na tajemniczych fragmentach, które złożyła w całość,
czytając pocztę elektroniczną.
Erika Berger wysłała do Mikaela Blomkvista maila z pytaniem, jak
przebiegają konfrontacje; odpowiedział zwięźle, że mają problemy ze
znalezieniem pewnego czekisty. Lisbeth zinterpretowała to tak, że jedna
z osób ujawnianych w reportażu pracuje w służbach specjalnych. Malin
Eriksson przesłała Dagowi Svenssonowi podsumowanie swojego dodatkowego
researchu, z kopiami do Mikaela Blomkvista i Eriki Berger. Zarówno
Svensson, jak i Blomkvist przesłali w odpowiedzi komentarze i propozycje
uzupełnień. Mikael i Dag wymieniali maile kilka razy na dobę. Svensson
relacjonował też konfrontację, jaką przeprowadził z dziennikarzem o nazwisku Per-?ke Sandström.
Czytając pocztę Svenssona, mogła również stwierdzić, że kontaktował się
on z pewnym Gulbrandsenem, który korzystał z adresu na Yahoo. Chwilę to
trwało, zanim zrozumiała, że Gulbrandsen musi być policjantem, a wymiana
danych odbywa się poza oficjalnym kanałem, przy użyciu prywatnego maila,
a nie tego, którym Gulbrandsen posługuje się w policji. Tak więc musiał
on być informatorem.
Folder nazwany Zala miał frustrująco niewielką zawartość - jedynie trzy
dokumenty Word. Najdłuższy z tekstów, sto dwadzieścia osiem kilobajtów,
nosił nazwę Irina P i stanowił częściowy opis życia jakiejś prostytutki.
Z treści wynikało, że kobieta nie żyje. Lisbeth z uwagą przeczytała
sporządzone przez Daga Svenssona podsumowanie protokołu obdukcji.
Jak zrozumiała, wobec Iriny P. użyto tak niezwykle brutalnej przemocy,
że każde z trzech obrażeń, jakich doznała, mogło spowodować śmierć.
Lisbeth rozpoznała w tekście sformułowanie będące dokładnym cytatem z rozprawy Mii Bergman. Chodziło o kobietę o imieniu Tamara. Założywszy,
że Irina P. i Tamara to ta sama osoba, uważnie przeczytała fragment
rozprawy zawierający wywiad z prostytutką.
Drugi dokument, o nazwie Sandström, był znacznie krótszy. Zawierał to
samo podsumowanie, które Svensson przesłał do Blomkvista, a wskazywało
ono, że dziennikarz Per-?ke Sandström to jeden z klientów, którzy
wykorzystywali dziewczynę sprowadzoną z któregoś z krajów nadbałtyckich.
Załatwiał również interesy dla seksmafii w zamian za narkotyki albo
seks. Lisbeth zaintrygował fakt, że Sandström, poza produkcją biuletynów
firmowych, jako wolny strzelec napisał również sporo artykułów do
pewnego dziennika, w których z oburzeniem potępiał sekshandel i ujawnił
między innymi, że pewien niepodany z nazwiska szwedzki biznesmen
odwiedził burdel w Tallinie.
Nazwisko Zala nie padło ani w dokumencie Sandström, ani w dokumencie
Irina P, lecz Lisbeth doszła do wniosku, że skoro oba znajdowały się w folderze Zala, musiał istnieć jakiś związek. Natomiast trzeci, a zarazem
ostatni dokument nosił właśnie nazwę Zala. Był zwięzły i skomponowany w punktach.
Według Daga Svenssona nazwisko Zala od połowy lat dziewięćdziesiątych
pojawiło się w dziewięciu śledztwach związanych z narkotykami, bronią
albo prostytucją. Zdawało się, że nikt nie wie, kim jest Zala, jednak
różni informatorzy określali go jako Jugosłowianina, Polaka albo
ewentualnie Czecha. Wszystkie dane pochodziły z drugiej ręki; nie
wyglądało na to, by ktokolwiek, z kim Dag Svensson rozmawiał, w ogóle
spotkał Zalę.
Svensson dokładnie przedyskutował kwestię Zali z informatorem G
(Gulbrandsen?) i przedstawił teorię, że to Zala może być odpowiedzialny
za zabójstwo Iriny P. Z materiałów nie wynikało, co informator G
sądzi o tej teorii, jednak Zala rok wcześniej był jednym z tematów
spotkania specjalnej grupy dochodzeniowej do spraw przestępczości
zorganizowanej. Nazwisko to przewijało się tak często, że policja
zaczęła zadawać pytania i starała się ustalić, czy Zala w ogóle
istnieje.
Z tego, co Dag Svensson zdołał sprawdzić, nazwisko Zala po raz pierwszy
pojawiło się w związku z napadem na konwój pieniędzy w miejscowości
Örkelljunga w 1996 roku. Rabusie ukradli trzy i pół miliona koron,
jednak wygłupili się tak idiotycznie, że policja już po upływie doby
mogła zidentyfikować i zatrzymać członków gangu. Po kolejnych dwudziestu
czterech godzinach złapano jeszcze jedną osobę. Był to zawodowy
przestępca należący do Svavelsjö MC, Sonny Nieminen, który według danych
policji dostarczył broń użytą podczas napadu, za co został później
skazany na cztery lata pozbawienia wolności.
W ciągu kolejnego tygodnia aresztowano jeszcze trzy osoby podejrzane o współudział. Ta zawiła sprawa objęła tym samym osiem osób, z których
siedem uporczywie odmawiało zeznań. Tylko dziewiętnastoletni chłopak,
Birger Nordman, złamał się i rozgadał na przesłuchaniach. Proces okazał
się więc dla prokuratora łatwym zwycięstwem, a skutkiem tego (jak
podejrzewał informator Daga Svenssona) dwa lata później znaleziono
Birgera Nordmana w värmlandzkiej piaskarni, po tym, jak zniknął,
wyszedłszy na przepustkę z więzienia.
Według informatora G policja podejrzewała, iż Sonny Nieminen był
szefem gangu. Podejrzewano również, że Nordman został zamordowany na
jego zlecenie, lecz brakowało na to dowodów. Nieminena uznano jednak za
niezwykle niebezpiecznego i bezwzględnego. Siedząc w pace, zwrócił na
siebie uwagę, wiążąc się z Bractwem Aryjskim, nazistowską organizacją
więzienną, która miała z kolei powiązania z Bractwem Wolfpack, a w dalszej kolejności zarówno z gangami motocyklowymi, jak i groźnymi
organizacjami tępogłowych nazistów w rodzaju Szwedzkiego Ruchu Oporu.
Lisbeth Salander interesowało jednak coś zupełnie innego. Jedną z informacji, jakich w trakcie przesłuchań udzielił nieżyjący już Birger
Nordman, było stwierdzenie, iż broni użytej podczas napadu dostarczył
Nieminen, który z kolei dostał ją od nieznanego mu Jugosłowianina o nazwisku Sala.
Dag Svensson wyciągnął wniosek, że to jakaś szycha w świecie
przestępczym, która woli pozostawać w cieniu. Ponieważ nikt o nazwisku
Zala nie figurował w ewidencji ludności, Dag domyślił się, że to
przydomek albo fałszywe nazwisko jakiegoś niezwykle przebiegłego łotra.
Ostatni punkt zawierał krótki przegląd informacji, jakich dziennikarz
Sandström dostarczył na temat Zali. Nie było tego zbyt wiele. Według
Daga Svenssona Sandström rozmawiał raz przez telefon z osobą o takim
nazwisku. Z notatek nie wynikało jednak, o czym mówili.
Około czwartej nad ranem Lisbeth Salander zamknęła swojego PowerBooka.
Usiadłszy we wnęce okiennej, spoglądała na Saltsjön. Dwie godziny
siedziała bez ruchu, paląc w zamyśleniu jednego papierosa za drugim.
Musiała podjąć pewne strategiczne decyzje oraz przeanalizować
konsekwencje.
Zdała sobie również sprawę, że musi wytropić Zalę, by raz na zawsze
załatwić z nim porachunki.
W sobotni wieczór, na tydzień przed Wielkanocą, Mikael Blomkvist
odwiedził swoją dawną dziewczynę na Slipgatan przy Hornstull. Dla
odmiany przyjął zaproszenie na przyjęcie. Kobieta, obecnie mężatka,
nawet w najmniejszym stopniu nie była zainteresowana intymnymi
kontaktami z Mikaelem Blomkvistem, lecz pracowała w mediach i zawsze,
gdy gdzieś się przypadkiem spotykali, mówili sobie "cześć". Właśnie
ukończyła książkę, którą pisała przez ostatnie dziesięć lat i która
traktowała o czymś tak wydumanym jak sytuacja kobiet w mass mediach.
Kiedyś Mikael pomógł jej w zbieraniu materiałów do książki, co było
powodem zaproszenia.
Blomkvist miał wówczas zbadać prostą kwestię. Dotarł do strategii na
rzecz równouprawnienia2, jakimi chwaliły się szwedzka
agencja prasowa TT, dziennik "Dagens Nyheter", program informacyjny
"Rapport" i inne media, po czym wskazał, ilu jest mężczyzn, a ile kobiet
na stanowiskach kierowniczych wyższych niż sekretarz redakcji. Efekt był
żenujący. Dyrektor wykonawczy - mężczyzna. Przewodniczący zarządu -
mężczyzna. Redaktor naczelny - mężczyzna. Redaktor działu zagranicznego
- mężczyzna. Kierownik redakcji - mężczyzna... i tak dalej, aż wreszcie w tej wyliczance pojawiała się pierwsza kobieta, w rodzaju Christiny
Jutterström czy Amelii Adamo, najczęściej jako wyjątek.
Przyjęcie było prywatne, a gośćmi były osoby, które w ten czy inny
sposób pomogły w powstaniu książki.
Wieczór miał rozrywkowy charakter - dobre jedzenie i rozmowy na luzie.
Mikael zamierzał wcześnie wrócić do domu, ale wielu spośród gości
okazało się jego starymi znajomymi, których rzadko spotykał. Poza tym
nikt w towarzystwie zbyt śmiało nie żonglował faktami z afery
Wennerströma. Przyjęcie przeciągnęło się, tak więc większość gości
wyruszyła do domu dopiero około drugiej nad ranem w niedzielę. Podążyli
razem do L?ngolmsgatan, a potem każdy w swoją stronę.
Zanim Mikael zdążył dojść do przystanku, zobaczył mijający go autobus
nocny, ponieważ jednak było ciepło, postanowił przespacerować się do
domu, zamiast czekać na następny. Szedł Högalidsgatan aż do kościoła i skręcił w Lundagatan, co momentalnie przywołało wspomnienia.
Mikael dotrzymał złożonej w grudniu obietnicy, że przestanie przychodzić
na Lundagatan w daremnej nadziei, iż Lisbeth Salander znów pojawi się na
horyzoncie. Jednak tej nocy zatrzymał się po drugiej stronie ulicy,
naprzeciwko jej bramy. Przez ułamek sekundy chciał podejść i zadzwonić
do jej drzwi, lecz zdał sobie sprawę, jak niedorzeczne są jego nadzieje,
by nagle miała się pojawić, a jeszcze mniej prawdopodobne wydawało się,
by znów chciała z nim rozmawiać.
Wreszcie wzruszył ramionami i poszedł w kierunku Zinkensdamm. Zdążył
przejść prawie sześćdziesiąt metrów, gdy usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił
się, a jego serce zaczęło bić dwa razy szybciej. Trudno było nie
rozpoznać tej wychudzonej sylwetki. Lisbeth Salander właśnie wyszła na
ulicę i oddalała się w przeciwnym kierunku. Stanęła przy zaparkowanym
samochodzie.
Mikael otworzył usta, żeby ją zawołać, ale głos uwiązł mu w gardle.
Nagle zobaczył postać, która odsunęła się od jednego z samochodów
stojących wzdłuż chodnika. Mężczyzna wyłonił się za plecami Lisbeth.
Mikael opisałby go jako wysokiego i z wyraźnie wystającym brzuchem. Miał
włosy związane w kitkę.
Lisbeth Salander już wkładała kluczyk do drzwi swojej bordowej hondy,
gdy usłyszała jakiś dźwięk, a kątem oka dostrzegła ruch. Mężczyzna
zbliżał się do niej ukosem od tyłu, odwróciła się sekundę wcześniej,
zanim podszedł. Natychmiast zidentyfikowała go jako
trzydziestosześcioletniego Carla-Magnusa "Magge" Lundina ze Svavelsjö
MC, który kilka dni wcześniej spotkał się z blond olbrzymem w Blombergs
Kafé.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Czwartek 16 grudnia - piątek 17 grudnia
Lisbeth Salander zsunęła okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa i spoglądała spod ronda kapelusza. Widziała, jak kobieta z pokoju 32
wychodzi bocznym wyjściem z hotelu i spacerowym krokiem zbliża się do
jednego z biało-zielonych leżaków przy basenie. W skupieniu wbijała
wzrok w ziemię i zdawało się, że idzie na niepewnych nogach.
Salander widziała ją wcześniej jedynie z daleka. Wiek kobiety oszacowała
na jakieś trzydzieści pięć lat, lecz mogła być równie dobrze
dwudziestopięcio-, jak i pięćdziesięciolatką. Miała brązowe włosy do
ramion, pociągłą twarz i dojrzałe ciało, jakby wyjęte z katalogu
bielizny domu wysyłkowego. Miała na sobie sandały, czarne bikini i okulary przeciwsłoneczne o fioletowym zabarwieniu. Była Amerykanką i mówiła z południowym akcentem. Żółty kapelusz upuściła na ziemię obok
leżaka i dała znak barmanowi z baru Elli Carmichael.
Lisbeth Salander odłożyła książkę na kolana, upiła łyk kawy i wyciągnęła
rękę po papierosy. Nie odwracając głowy, przeniosła wzrok na horyzont.
Ze swojego miejsca na tarasie przy basenie, między rododendronem a palmami, rosnącymi pod hotelowym murem, widziała w oddali Morze
Karaibskie. Kawałek od brzegu płynęła z wiatrem żaglówka, na północ, ku
Saint Lucii albo Dominice. Dalej na morzu zauważyła szarą sylwetkę
masowca w drodze na południe, do Gujany lub któregoś z sąsiednich
krajów. Delikatna bryza walczyła z przedpołudniowym upałem, jednak
Lisbeth Salander czuła, jak kropla potu powoli spływa jej na brew. Nie
lubiła smażyć się na słońcu. Każdy dzień spędzała, o ile to było
możliwe, w cieniu, dlatego wciąż przesiadywała pod markizą. Mimo to jej
skóra zrobiła się brązowa jak orzech. Nosiła szorty w kolorze khaki i czarną koszulkę.
Słuchała dźwięków steel pan płynących z głośnika przy barze. Nigdy,
nawet w najmniejszym stopniu, nie interesowała się muzyką i nie
potrafiła odróżnić szwedzkiej kapeli Sven-Ingvars od Nicka Cave'a, ale
muzyka steel pan fascynowała ją. Nieprawdopodobne wydawało się, że ktoś
mógł nastroić beczkę po ropie, a jeszcze bardziej to, iż można było z niej wydobyć kontrolowane dźwięki, niepodobne do niczego innego. Miała
wrażenie, że to magiczne dźwięki.
Poczuła nagle irytację i przeniosła wzrok z powrotem na kobietę, która
właśnie dostała drinka w kolorze pomarańczy.
Nie był to problem Lisbeth Salander. Nie potrafiła po prostu pojąć,
dlaczego kobieta nie wyjechała. Przez cztery noce, odkąd tylko para
przyjechała do hotelu, Lisbeth słuchała odgłosów przemocy dochodzących z sąsiedniego pokoju. Dobiegały ją ciche, ale wzburzone głosy, płacz, a czasem echo wymierzanych razów. Mężczyzna, który zadawał owe ciosy -
Lisbeth podejrzewała, iż to mąż kobiety - miał około czterdziestki.
Ciemne, proste włosy staromodnym sposobem czesał z przedziałkiem na
środku i zdawało się, że przebywa na Grenadzie w celach zawodowych. Jaki
był jego zawód, Lisbeth Salander nie miała pojęcia, jednak każdego ranka
mężczyzna w eleganckiej marynarce i pod krawatem pił kawę w hotelowym
barze, po czym z aktówką w ręce wsiadał do taksówki.
Wracał do hotelu późnym wieczorem, kąpał się i siedział z żoną przy
basenie. Mieli w zwyczaju jadać razem kolację, sprawiając wrażenie
cichego i czułego małżeństwa. Kobieta czasem wypijała kieliszek lub dwa
za dużo, ale jej stan nikomu nie przeszkadzał ani nie zwracał niczyjej
uwagi.
Awantury w sąsiednim pokoju zaczynały się zwykle między dziesiątą a jedenastą wieczorem, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Lisbeth
kładła się do łóżka z książką o tajemnicach matematyki. Nie było tu mowy
o brutalnym maltretowaniu. Na ile dało się to ocenić przez ścianę, obok
toczyła się nieprzerwana, jednostajna kłótnia. Poprzedniej nocy Lisbeth
nie mogła opanować ciekawości i wyszła na balkon - mieli otwarte drzwi -
aby posłuchać, o co w tym wszystkim chodzi. Ponad godzinę mężczyzna
spacerował tam i z powrotem po pokoju, wyznając, że jest łajdakiem i na
nią nie zasługuje. Raz za razem powtarzał, iż w jej opinii zapewne jest
fałszywym człowiekiem. Ona po każdym takim stwierdzeniu odpowiadała, że
wcale tak nie uważa i próbowała go uspokoić. Jednak on był coraz
bardziej gwałtowny, aż w końcu zaczął nią tarmosić. Wreszcie
odpowiedziała, jak chciał... tak, jesteś fałszywy. On
potraktował wymuszone wyznanie kobiety jako pretekst, by natychmiast
zaatakować jej prowadzenie się, charakter. Nazwał ją kurwą. Lisbeth
Salander bez wahania podjęłaby działanie, gdyby chodziło o nią, jednak
tak nie było i ogólnie rzecz biorąc, to nie jej problem, nie mogła więc
rozstrzygnąć, czy powinna w jakiś sposób zareagować.
Lisbeth ze zdziwieniem słuchała jednostajnego gadania mężczyzny,
zakończonego nagle odgłosem brzmiącym jak uderzenie w twarz. Już
postanowiła wyjść na korytarz i kopniakiem otworzyć sąsiednie drzwi, gdy
w pokoju zrobiło się cicho.
Przyglądała się teraz uważnie kobiecie przy basenie i zauważyła blady
siniak na ramieniu oraz zadrapanie na biodrze, słowem - żadnych
poważniejszych obrażeń.
Dziewięć miesięcy wcześniej przeczytała pewien artykuł w magazynie
"Popular Science", pozostawionym przez kogoś na rzymskim lotnisku
Leonarda da Vinci, i nagle zrodziła się w niej niewyjaśniona fascynacja
tajemniczą dziedziną, jaką jest astronomia sferyczna. Pod wpływem
impulsu wstąpiła do księgarni uniwersyteckiej w Rzymie i kupiła kilka
najważniejszych rozpraw na ten temat. Jednak aby pojąć astronomię
sferyczną, musiała zgłębić arkana matematyki. Podróżując przez kilka
ostatnich miesięcy, zaglądała do księgarń naukowych, by kupić kolejne
pozycje z tej dziedziny.
Książki zazwyczaj leżały spakowane w walizce, a studia były
niesystematyczne i właściwie bez określonego celu, póki nie zajrzała do
księgarni w Miami, skąd wyszła z książką doktora L.C. Parnaulta
Dimensions in Mathematics (Harvard University, 1999). Znalazła ją tuż
przed podróżą na archipelag Florida Keys, skąd miała zacząć zwiedzanie
Karaibów.
Zaliczyła już Gwadelupę (dwa dni w niewyobrażalnej dziurze) i Dominikę
(przyjemnie, pełny relaks, pięć dni), Barbados (doba w amerykańskim
hotelu, gdzie czuła się bardzo niemile widzianym gościem) i Saint Lucia
(dziewięć dni). Na tej ostatniej mogłaby nawet zostać dłużej, gdyby nie
zadarła z ciężko myślącym miejscowym chuliganem, stałym bywalcem baru w jej położonym na uboczu hotelu. W końcu straciła cierpliwość i walnęła
go cegłą w głowę, wymeldowała się z hotelu i popłynęła promem
zmierzającym do Saint George's, stolicy Grenady, kraju, o którego
istnieniu nie wiedziała, póki nie wsiadła na pokład statku.
Zeszła na ląd na Grenadzie w tropikalnej ulewie o godzinie dziesiątej
pewnego listopadowego poranka. W "The Caribbean Traveller" znalazła
informację, że Grenadę nazywano "Spice Island", wyspą przypraw, oraz że
jest największym producentem gałki muszkatołowej na świecie. Wyspa ma
120 tysięcy mieszkańców, ale ponad 200 tysięcy obywateli tego kraju
mieszka w USA, Kanadzie albo Anglii, co dawało pewne pojęcie o tutejszym
rynku pracy. Wokół wygasłego wulkanu Grand Etang rozciągał się górzysty
krajobraz.
Z perspektywy historii Grenada to jedna z wielu niewielkich byłych
kolonii brytyjskich. W 1795 roku wywołała poruszenie wśród polityków,
gdy pewien wyzwoleniec o nazwisku Julian Fedon, zainspirowany rewolucją
francuską, wzniecił powstanie, co zmusiło koronę do wysłania tam wojsk,
by ćwiartowały, rozstrzeliwały, wieszały i okaleczały zastępy
rebeliantów. Tym, co oburzyło kolonialny reżim, był fakt, że do
powstania Fedona przyłączyła się nawet grupa białych biedaków, nie
licząc się w najmniejszym stopniu z etykietą czy względami rasowymi.
Rebelię stłumiono, jednak sam Fedon nigdy nie został ujęty, zaszył się w masywie Grand Etang, a jego wyczyny obrosły legendą na miarę Robin
Hooda.
Trochę ponad dwieście lat później, w 1979 roku, adwokat Maurice Bishop
wzniecił nową rewolucję, zainspirowaną - według przewodnika - przez the
communist dictatorships in Cuba and Nicaragua. Jednak Lisbeth ujrzała
tamte wydarzenia w zupełnie innym świetle, kiedy spotkała Philipa
Cambella, nauczyciela, bibliotekarza i kaznodzieję w Kościele baptystów,
u którego wynajęła pokój na pierwszych kilka dni. Całą historię można by
streścić następująco: Bishop to ludowy przywódca o autentycznej
popularności, który obalił szalonego dyktatora i entuzjastę UFO w jednej
osobie, poświęcającego część skromnego budżetu narodowego na to, by
polować na latające spodki. Bishop agitował za demokracją ekonomiczną
oraz wprowadził pierwsze w tym kraju ustawodawstwo dotyczące równości
płci, nim został zamordowany w 1983 roku.
Po zamachu - masakrze, w której zginęło sto dwadzieścia osób, w tym
minister spraw zagranicznych, minister do spraw kobiet oraz kilku
ważnych przywódców związków zawodowych - Stany Zjednoczone najechały
kraj i wprowadziły demokrację. Dla Grenady oznaczało to wzrost
bezrobocia z ponad sześciu procent do niemal pięćdziesięciu, co
spowodowało, iż handel kokainą stał się znów najważniejszym źródłem
dochodów. Philip Cambell pokiwał tylko głową, czytając opis z przewodnika Lisbeth i udzielił jej kilku dobrych rad, jakich ludzi i dzielnic powinna unikać po zmroku.
W przypadku Lisbeth Salander takie rady właściwie na nic by się zdały.
Jednak udało jej się całkowicie uniknąć kontaktów ze światem
przestępczym Grenady, a to dzięki temu, że zakochała się w Grand Anse
Beach, położonej na południe od Saint George's, odludnej, ciągnącej się
przez wiele mil plaży, na której mogła godzinami spacerować, nie będąc
zmuszona rozmawiać ani spotykać się z kimkolwiek. Przeniosła się do
Keys, jednego z nielicznych amerykańskich hoteli przy Grand Anse, gdzie
spędziła siedem tygodni, nie zajmując się niczym innym oprócz wędrówek
po plaży i zajadania się miejscowym owocem chinups, który w smaku
przypominał gorzki szwedzki agrest i niezmiernie przypadł jej do gustu.
Nie był to szczyt sezonu, więc Keys Hotel wynajmował ledwie jedną
trzecią pokoi. Jedyny problem polegał na tym, że zarówno spokój Lisbeth
Salander, jak i jej wyrywkowe studia matematyczne zakłócił nagle cichy
dramat rozgrywający się w sąsiednim pokoju.
Mikael Blomkvist nacisnął dzwonek do drzwi mieszkania Lisbeth Salander
przy Lundagatan. Nie oczekiwał, że otworzy, jednak nabrał zwyczaju
przejeżdżania obok jej domu mniej więcej raz w miesiącu, aby sprawdzić,
czy coś się zmieniło. Kiedy podniósł klapkę w drzwiach i zajrzał przez
otwór na listy, dostrzegł stos ulotek. Było tuż po dziesiątej wieczorem,
zbyt ciemno, by mógł stwierdzić, jak bardzo ów stos urósł od ostatniego
razu.
Chwilę stał niezdecydowany na korytarzu, po czym niezadowolony odwrócił
się i wyszedł z budynku. Bez pośpiechu dotarł do domu na Bellmansgatan,
włączył ekspres do kawy i rozłożył wieczorne wydania gazet, oglądając
jednocześnie późne wydanie wiadomości, Rapport. Był w ponurym nastroju
i zastanawiał się, gdzie przebywa Lisbeth Salander. Czuł lekki niepokój
i po raz tysięczny zadawał sobie pytanie, co tak właściwie się stało.
Na poprzednie Boże Narodzenie zaprosił Lisbeth do domku w Sandhamn.
Chodzili razem na długie spacery i dyskutowali półgłosem o następstwach
dramatycznych wydarzeń, jakie stały się ich udziałem w trakcie minionego
roku, kiedy Mikael przechodził coś, co z perspektywy czasu oceniał jako
życiowy kryzys. Został skazany za zniesławienie i spędził kilka miesięcy
w więzieniu, jego dziennikarska kariera utknęła w martwym punkcie, a on
sam, uciekając z podkulonym ogonem, zrezygnował ze stanowiska wydawcy
odpowiedzialnego1 w czasopiśmie "Millennium". Lecz
nagle wszystko się zmieniło. Zlecenie napisania biografii potentata
przemysłowego Henrika Vangera, które wydawało mu się niedorzecznie
zyskownym rodzajem terapii, nieoczekiwanie stało się desperackim
pościgiem za niezidentyfikowanym, przebiegłym seryjnym mordercą.
W trakcie tego pościgu spotkał Lisbeth Salander. Mikael z roztargnieniem
dotknął ledwie wyczuwalnej blizny, jaką pozostawiła pętla tuż pod jego
lewym uchem. Lisbeth nie tylko pomogła mu odnaleźć mordercę - dosłownie
uratowała mu życie.
Raz za razem wprawiała go w zdumienie swoimi zadziwiającymi zdolnościami
- fotograficzną pamięcią i fenomenalnymi umiejętnościami w dziedzinie
informatyki. Mikael Blomkvist uważał się za obeznanego z obsługą
komputera, ale Lisbeth Salander radziła sobie ze sprzętem, jakby weszła
w konszachty z diabłem. Z czasem zrozumiał, że jest hakerką światowej
klasy, a w ekskluzywnym międzynarodowym kręgu zajmującym się włamaniami
do systemów na najwyższym poziomie jest lagendarną postacią, znaną
jedynie pod pseudonimem Wasp.
To właśnie jej umiejętność włamywania się do cudzych komputerów dała mu
materiał potrzebny do obrócenia własnej dziennikarskiej klęski w tak
zwaną aferę Wennerströma - gorący temat, który po upływie dwunastu
miesięcy nadal był przedmiotem międzynarodowych śledztw dotyczących
przestępczości gospodarczej, a Mikaelowi dał okazję do regularnego
przesiadywania w studiach telewizyjnych.
Przed rokiem sprawiało mu to kolosalną satysfakcję - jako zemsta, a także możliwość wydostania się z dziennikarskiego rynsztoka. Jednak
poczucie zadowolenia dawno go opuściło. Po upływie kilku tygodni był już
znużony odpowiadaniem na wciąż te same pytania dziennikarzy i policji
podatkowej. "Przykro mi, ale nie mogę ujawniać moich źródeł". Kiedy
pewien dziennikarz z anglojęzycznego "Azerbaijan Times" zadał sobie trud
i przyjechał do Sztokholmu jedynie po to, aby zadać mu te same naiwne
pytania, miarka się przebrała. Mikael ograniczył do minimum udzielanie
wywiadów i przez kilka ostatnich miesięcy właściwie zgadzał się jedynie
wtedy, gdy dzwoniła Ta z TV4 i osobiście go namawiała, a robiła to
tylko, jeśli dochodzenie wyraźnie wkraczało w nową fazę.
Współpraca Mikaela z Tą z TV4 miała jeszcze jeden, całkiem inny wymiar.
Jako pierwsza z dziennikarzy podchwyciła całą tę aferę i gdyby nie jej
wsparcie tamtego wieczora, kiedy "Milennium" opublikowało newsa,
wątpliwe, by temat odbił się tak szerokim echem. Dopiero później Mikael
dowiedział się, że musiała walczyć w redakcji zębami i pazurami, aby
uzyskać czas na antenie. Opór wobec mówienia o oszuście z "Millennium"
był ogromny i aż do momentu, gdy weszła na antenę, nie miała pewności,
czy redakcyjna armia prawników nie zablokuje sprawy. Wielu starszych
kolegów wydało już na nią wyrok, twierdząc, że jeśli się pomyliła,
będzie to koniec jej kariery. Jednak nie ustąpiła, a afera okazała się
tematem roku.
Relacjonowała sprawę przez pierwszy tydzień - jako jedyna z reporterów
rzeczywiście zagłębiła się w temat - ale na krótko przed Bożym
Narodzeniem Mikael zauważył, że wszystkie komentarze i nowe wątki w sprawie zostały przekazane jej kolegom - mężczyznom. Około Nowego Roku
okrężnymi drogami dowiedział się, że odsunięto ją od sprawy,
uzasadniając, iż tak ważnym tematem powinni zajmować się uznani
reporterzy, a nie jakieś dziewczę z Gotlandii czy Bergslagen, czy skąd
ona tam, u licha, pochodzi. Kiedy znów zadzwonili z TV4, Mikael
stwierdził wprost, że udzieli wywiadu tylko wtedy, gdy Ta będzie zadawać
pytania. Po kilku dniach posępnej ciszy chłopcy z TV4 skapitulowali.
Zainteresowanie Mikaela aferą Wennerströma zbiegło się ze zniknięciem z jego życia również Lisbeth Salander. Nadal nie pojmował, co się stało.
Rozstali się w drugi dzień świąt i nie widzieli się przez kilka
następnych dni. W przeddzień sylwestra zadzwonił do niej późnym
wieczorem, ale nie odebrała.
W sylwestra poszedł do niej dwa razy. Gdy za pierwszym razem dzwonił do
drzwi, w oknach paliło się światło, ale nie otworzyła. Za drugim razem w mieszkaniu było ciemno. W Nowy Rok znów próbował się do niej bez skutku
dodzwonić. Później odpowiadał mu już tylko komunikat, że abonent jest
niedostępny.
W ciągu kilku następnych dni widział ją dwa razy. Ponieważ nie mógł
skontaktować się z nią przez telefon, w pierwszym tygodniu stycznia
poszedł do jej mieszkania, usiadł przed drzwiami na klatce schodowej i czekał. Miał ze sobą książkę i siedział tak cztery godziny, aż wreszcie
przyszła, tuż przed jedenastą wieczorem, niosąc brązowy karton. Widząc
go, stanęła jak wryta.
- Cześć, Lisbeth - przywitał się i zamknął książkę.
Zlustrowała go obojętnym wzrokiem, który nie wyrażał nawet odrobiny
ciepła czy przyjaźni. Potem przecisnęła się obok niego i włożyła klucz
do zamka.
- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał.
Odwróciła się do niego i powiedziała cicho:
- Idź stąd. Nie chcę cię więcej widzieć.
Po czym zatrzasnęła niezmiernie zdumionemu Mikaelowi Blomkvistowi drzwi
przed nosem, a on usłyszał jeszcze, jak Lisbeth zamyka drzwi na klucz.
Drugi raz widział ją zaledwie trzy dni później. Jechał metrem ze Slussen
do stacji Centrum, a kiedy pociąg stanął na Starym Mieście, wyjrzał
przez okno i zobaczył ją na peronie mniej niż dwa metry od siebie.
Zauważył ją dopiero w momencie, gdy zamknęły się drzwi. Przez pięć
sekund patrzyła przez niego na wskroś, jakby był powietrzem, po czym
odwróciła się na pięcie i gdy pociąg ruszył, zniknęła z jego pola
widzenia.
Sygnał był oczywisty. Lisbeth Salander nie chciała mieć z Mikaelem
Blomkvistem nic wspólnego. Usunęła go ze swojego życia równie
skutecznie, jak usuwa się plik z komputera, bez żadnych wyjaśnień.
Zmieniła numer komórki i nie odpowiadała na maile.
Mikael westchnął, wyłączył telewizor, podszedł do okna i spojrzał na
ratusz.
Zastanawiał się, czy nie popełnia błędu, tak uparcie raz za razem ją
odwiedzając. Miał taką zasadę - gdy kobieta dawała mu wyraźnie do
zrozumienia, że nie chce o nim słyszeć, szedł swoją drogą. Ignorowanie
tego sygnału byłoby w jego oczach równoznaczne z brakiem szacunku dla
niej.
Mikael i Lisbeth sypiali ze sobą. Ale doszło do tego z jej inicjatywy, a ich związek trwał pół roku. Gdyby postanowiła zakończyć całą sprawę
równie nieoczekiwanie, jak ją zaczęła, Mikael by to zaakceptował.
Decyzja należała do niej. Bez problemu odnalazłby się w roli eks - jeśli
rzeczywiście nim był - jednak fakt, że Lisbeth Salander zupełnie się od
niego odcięła, budził w nim zdumienie.
Nie zakochał się w niej - różnili się od siebie tak bardzo, jak tylko
dwie osoby mogą się różnić - ale lubił ją i naprawdę brakowało mu tego
cholernie irytującego człowieka. Myślał, że przyjaźń była wzajemna.
Krótko mówiąc, czuł się jak idiota.
Stał przy oknie dłuższą chwilę.
Wreszcie podjął ostateczną decyzję.
Jeśli Lisbeth tak bardzo go nienawidziła, że nie mogła się nawet zdobyć
na słowo "cześć", gdy spotkali się w metrze, to prawdopodobnie był to
koniec ich przyjaźni, a szkoda nie do naprawienia. W przyszłości nie
będzie już próbował się z nią skontaktować.
Lisbeth Salander spojrzała na zegarek i stwierdziła, że chociaż
siedziała bez ruchu w cieniu, jest cała spocona. Wpół do jedenastej
rano. Zapamiętała długi na trzy linijki wzór matematyczny i zamknęła
Dimensions in Mathematics. Po chwili zabrała ze stołu klucz do pokoju
i papierosy.
Mieszkała na drugim, ostatnim piętrze w tym hotelu. Rozebrała się i poszła pod prysznic.
Dwudziestocentymetrowa zielona jaszczurka gapiła się na nią ze ściany
tuż pod sufitem. Lisbeth popatrzyła na nią, ale nie próbowała jej
przepędzić. Na wyspie roiło się od jaszczurek, wkradały się do pokoi
przez żaluzje w otwartych oknach, przez szpary w drzwiach albo otwór
wentylacyjny w łazience. Lubiła towarzystwo, które niczego od niej nie
wymagało. Woda była zimna, ale nie lodowata. Lisbeth stała pod
prysznicem pięć minut, żeby się ochłodzić.
Gdy weszła do pokoju, stanęła naga przed lustrem i ze zdziwieniem
oglądała swoje ciało. Nadal ważyła tylko czterdzieści kilogramów i miała
trochę ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Na to raczej nie mogła nic
poradzić. Była drobna jak lalka, małe dłonie, wąskie biodra.
Jednak teraz miała piersi.
Całe życie była płaska, tak jakby nie weszła jeszcze w okres
dojrzewania. Wyglądało to po prostu żenująco, więc czuła niechęć przed
pokazywaniem się nago.
I nagle miała piersi. Nie były wielkie (takich nie chciała, zresztą
wyglądałyby żałośnie w zestawieniu z jej chudym ciałem), lecz jędrne i okrągłe, średniej wielkości. Zmiana została przeprowadzona ostrożnie, a proporcje w dużym stopniu zachowane. Jednak różnica była ogromna,
zarówno w jej wyglądzie, jak i samopoczuciu.
Spędziła pięć tygodni w klinice pod Genuą, gdzie wszczepiono jej
implanty. Wybrała klinikę i specjalistów, którzy cieszyli się
największym uznaniem w Europie. Lekarz prowadzący, czarująco oschła
kobieta, Allessandra Perrini, stwierdziła, że jej piersi są
niedorozwinięte i dlatego operację ich powiększenia można wykonać ze
wskazań medycznych.
Zabieg nie był bezbolesny, ale piersi wyglądały zupełnie naturalnie i takie też były w dotyku, w dodatku blizny stały się już prawie
niewidoczne. Ani przez sekundę nie żałowała swojej decyzji. Była
zadowolona. Wciąż jeszcze, po sześciu miesiącach od zabiegu, nie
potrafiła przejść z obnażonymi piersiami obok lustra, nie stwierdzając
jednocześnie z zadowoleniem, że poprawiła się jakość jej życia.
Podczas pobytu w klinice usunęła również jeden z dziewięciu tatuaży,
dwucentymetrową osę po prawej stronie szyi. Lubiła swoje tatuaże, a najbardziej wielkiego smoka sięgającego od łopatki do pośladków, lecz
osy postanowiła się pozbyć. Powód: tak widoczny i charakterystyczny
tatuaż sprawiał, że łatwo było ją zapamiętać i zidentyfikować. Lisbeth
Salander nie chciała, by ją zapamiętywano i identyfikowano. Tatuaż
został usunięty laserowo i kiedy przesuwała palcem wskazującym po szyi,
mogła wyczuć delikatną bliznę. Z bliska dało się zauważyć, że jej
opalona skóra miała w tym miejscu jaśniejszy odcień, ale patrząc
pobieżnie, nie można było niczego dostrzec. W sumie jej pobyt w Genui
kosztował w przeliczeniu sto dziewięćdziesiąt tysięcy koron.
Było ją na to stać.
Przerwała marzenia przed lustrem i włożyła majtki i biustonosz. Dwa dni
po opuszczeniu kliniki po raz pierwszy w swoim dwudziestopięcioletnim
życiu weszła do sklepu z damską bielizną i kupiła coś, czego nigdy
wcześniej nie potrzebowała. Teraz miała lat dwadzieścia sześć i nosiła
biustonosz z pewnym zadowoleniem.
Włożyła dżinsy i czarną koszulkę z napisem Consider This a Fair
Warning. Odszukała sandały i kapelusz przeciwsłoneczny, a przez ramię
przewiesiła czarną nylonową torbę.
W drodze do wyjścia zwróciła uwagę na rozmowę gości hotelowych przy
recepcji. Zwolniła kroku i nadstawiła uszu.
- Just how dangerous is she? - zapytała czarnoskóra kobieta o wysokim
głosie i europejskim akcencie. Lisbeth pamiętała ją - dziesięć dni
wcześniej przyleciała z grupą turystów czarterem z Londynu.
Freddie McBain, siwiejący recepcjonista, który zawsze witał Lisbeth
przyjaznym uśmiechem, wyglądał na zmartwionego. Wyjaśniał, że gościom
zostaną przekazane odpowiednie instrukcje i nie ma żadnych powodów do
niepokoju - jeśli tylko wszyscy będą się ich ściśle trzymać. Po tej
odpowiedzi został zasypany pytaniami.
Lisbeth zmarszczyła brwi i poszła do baru, gdzie za kontuarem zastała
Ellę Carmichael.
- O co chodzi? - zapytała, wskazując kciukiem na grupę przy recepcji.
- Grozi nam wizyta Matyldy.
- Matyldy?
- To huragan, który powstał u wybrzeży Brazylii kilka tygodni temu, rano
przeszedł nad stolicą Surinamu, Paramaribo. Nie wiadomo, w jakim zmierza
kierunku - prawdopodobnie dalej na północ, do USA. Ale jeśli podąży
wzdłuż brzegu na zachód, Trynidad i Grenada znajdą się na jego drodze.
Może więc powiać.
- Myślałam, że pora huraganów już minęła.
- Bo minęła. Ostrzeżenia o huraganach pojawiają się zazwyczaj we
wrześniu i październiku, ale teraz wszystko tak się pogmatwało przez ten
efekt cieplarniany i w ogóle, że nigdy nic nie wiadomo.
- Okej, a kiedy mamy się spodziewać tej Matyldy?
- Niedługo.
- Powinnam coś zrobić?
- Lisbeth, huragan to nie zabawa. W latach siedemdziesiątych jeden z nich spowodował ogromne spustoszenia na Grenadzie. Miałam jedenaście
lat, mieszkałam w wiosce nad jeziorem Grand Etang, przy drodze do
Grenville, nigdy nie zapomnę tamtej nocy.
- Hm.
- Ale nie musisz się niepokoić. W sobotę trzymaj się w pobliżu hotelu.
Spakuj do walizki rzeczy, których nie chcesz stracić, na przykład ten
komputer, którym zazwyczaj się bawisz, i przygotuj się, by ją zabrać,
kiedy usłyszysz polecenie zejścia do schronu. To wszystko.
- Okej.
- Chcesz się czegoś napić?
- Nie.
Lisbeth wyszła bez pożegnania. Ella Carmichael uśmiechnęła się za nią
zrezygnowana. Minęło kilka tygodni, zanim przyzwyczaiła się do
osobliwego sposobu bycia tej dziwnej dziewczyny i zrozumiała, że Lisbeth
nie zadziera nosa - po prostu jest zupełnie inna. Ale płaci za drinki
bez gadania, zawsze jest w miarę trzeźwa, zajmuje się swoimi sprawami i nie robi awantur.
Komunikacja publiczna na Grenadzie to przede wszystkim fantazyjnie
ozdobione minibusy kursujące bez przejmowania się rozkładem jazdy czy
innymi formalnościami. Za to jeździły wahadłowo od świtu do zmroku.
Natomiast po zapadnięciu ciemności właściwie nie można było się
przemieszczać, nie mając własnego samochodu.
Lisbeth nie czekała dłużej niż minutę przy drodze do Saint George's, gdy
zatrzymał się minibus. Kierowcą był rastafarianin i w samochodzie na
cały regulator rozlegało się No Woman, No Cry. Lisbeth nie słuchała
muzyki, zapłaciła dolara i wcisnęła się między korpulentną posiwiałą
damę a dwóch chłopców w szkolnych mundurkach.
Saint George's leży w półkolistej zatoce tworzącej The Carenage,
wewnętrzny port. Wokół piętrzą się strome wzgórza, na których wznoszą
się domy, stare kolonialne budynki i Fort Rupert, umocnienia zbudowane
na urwistej skale wieńczącej cypel.
Saint George's to miasto niezwykle zwarte i ciasno zabudowane, z wąskimi
uliczkami i mnóstwem zaułków. Domy wtulają się w zbocza i nie ma tu
żadnej poziomej powierzchni, z wyjątkiem boiska do krykieta połączonego
z bieżnią na północnych krańcach miasta.
Wysiadła w centrum portu i poszła spacerem do MacIntyre's Electronics na
szczycie niewielkiego stromego wzniesienia. Właściwie wszystkie produkty
sprzedawane na Grenadzie importowano z USA albo z Wielkiej Brytanii, w związku z czym kosztowały dwa razy tyle co gdzie indziej, za to sklep
oferował klimatyzację.
Dostarczono wreszcie baterię, którą zamówiła do swojego PowerBooka Apple
(G4 titanium z siedemnastocalowym monitorem). W Miami zaopatrzyła się w palmtopa ze składaną klawiaturą, na którym mogła odczytywać maile i który z łatwością mieścił się w jej nylonowej torbie, więc nie musiała
dźwigać wszędzie PowerBooka, ale był to jednak marny substytut
siedemnastocalowego ekranu. Jakość oryginalnych baterii pogorszyła się z czasem i wymagały ponownego ładowania po trzydziestu minutach pracy, co
było sporym problemem, gdy chciała siedzieć na tarasie przy basenie, a także dlatego, że dostawy prądu na Grenadzie pozostawiały wiele do
życzenia. W czasie jej pobytu na wyspie dwa razy wyłączono prąd na
dłużej. Zapłaciła kartą kredytową należącą do Wasp Enterprises, schowała
baterię do torby i znów wyszła na południowy upał.
Wstąpiła do Barclays Bank, podjęła trzysta dolarów gotówką, potem kupiła
na targu pęczek marchewek, kilka mango i półtoralitrową butelkę wody
mineralnej. Nylonowa torba zrobiła się wyraźnie cięższa, a gdy Lisbeth
zeszła do portu, była już głodna i chciało jej się pić. Zastanawiała
się, czy nie zajrzeć do The Nutmeg, ale wejście do restauracji zdawało
się zupełnie zablokowane przez gości. Poszła do mniej popularnej knajpy
Turtleback na skraju portu, usiadła na werandzie, zamówiła kalmary ze
smażonymi ziemniakami i miejscowe piwo Carib. Sięgnęła po porzucony
egzemplarz lokalnej gazety "Grenadian Voice" i przejrzała go w dwie
minuty. Jedynym ciekawym artykułem było dramatyczne ostrzeżenie o prawdopodobnym nadejściu Matyldy. Tekst ilustrowało zdjęcie zniszczonego
domu i przypomnienie spustoszeń, jakich w tym kraju dokonał poprzedni
wielki huragan.
Złożyła gazetę, pociągnęła łyk piwa prosto z butelki i gdy odchyliła się
na krześle, dostrzegła, że z baru na werandę wyszedł mężczyzna
mieszkający w pokoju 32. W jednej ręce trzymał swoją brązową teczkę, a w drugiej dużą szklankę coca-coli. Spojrzał przelotnie na Lisbeth, nie
rozpoznając jej, usiadł po przeciwnej stronie werandy i utkwił wzrok w wodach zatoki.
Lisbeth zlustrowała jego profil. Zdawał się zupełnie nieobecny, siedem
minut siedział tak w bezruchu, po czym nagle chwycił szklankę i pociągnął trzy spore łyki. Odstawił colę i dalej się gapił przed siebie.
Po chwili Lisbeth wyjęła z torby Dimensions in Mathematics.
Przez całe życie Lisbeth bawiły zagadki i łamigłówki. Kiedy miała
dziewięć lat, dostała od mamy kostkę Rubika. Była to frustrująca próba
dla jej zdolności logicznego myślenia - niemal czterdzieści minut
minęło, zanim wreszcie pojęła, jak to działa. Nigdy nie popełniła błędu
w testach na inteligencję drukowanych w dziennikach; pięć dziwacznych
figur i pytanie, jak powinna wyglądać szósta w tej serii. Odpowiedź
zawsze była dla niej oczywista.
W podstawówce nauczyła się dodawania i odejmowania. Mnożenie, dzielenie
i geometria stanowiły naturalną kontynuację. Umiała zsumować pozycje na
rachunku w restauracji, obliczyć kwotę faktury i trajektorię pocisku
artyleryjskiego wystrzelonego z daną prędkością i pod danym kątem. Nic
nadzwyczajnego. Póki nie przeczytała artykułu w "Popular Science",
matematyka ani przez sekundę nie stanowiła przedmiotu jej fascynacji.
Lisbeth nawet nie myślała o tym, że tabliczka mnożenia to matematyka,
było to coś, czego nauczyła się na pamięć w jedno popołudnie i nie
rozumiała, dlaczego nauczyciel przez cały rok wciąż o tym marudził.
Nagle zdała sobie sprawę z nieubłaganej logiki, jaka musiała stać za
każdym prezentowanym sposobem myślenia czy wzorem, co zaprowadziło ją do
działów matematycznych księgarń naukowych. Jednak dopiero gdy sięgnęła
po Dimensions in Mathematics, otworzył się przed nią całkiem nowy
świat. Matematyka była właściwie logiczną łamigłówką z nieskończoną
liczbą wariantów - zagadek do rozwiązania. Rzecz nie w tym, by rozwiązać
konkretne zadania. Pięć razy pięć zawsze będzie dwadzieścia pięć. Rzecz
w tym, by zrozumieć kombinację różnych reguł, które umożliwiłyby
rozwiązanie dowolnego problemu matematycznego.
Dimensions in Mathematics nie były suchym podręcznikiem matematyki,
lecz tomiskiem na tysiąc dwieście stron, traktującym o historii tej
nauki od starożytnych Greków do współczesnych prób zgłębienia astronomii
sferycznej. Traktowano je niczym Biblię, dzieło o znaczeniu, jakie dla
poważnych matematyków miała kiedyś (i nadal ma) Arytmetyka Diofantosa.
Kiedy po raz pierwszy otworzyła Dimensions in Mathematics na tarasie
hotelu przy Grand Anse Beach, znalazła się nagle w zaczarowanym świecie
liczb. Autor książki potrafił uczyć, a jednocześnie rozbawić czytelnika
anegdotą czy zaskakującym problemem. Mogła śledzić rozwój matematyki od
Archimedesa do współczesnego Jet Propulsion Laboratory, centrum
badawczego NASA w Kalifornii. Odkrywała metody rozwiązywania problemów.
Twierdzenie Pitagorasa (x2
+ y2 = z2), sformułowane około 500 roku p.n.e.,
stało się dla niej objawieniem. Nagle zrozumiała treść tego, czego
nauczyła się na pamięć już w gimnazjum, na jednej z tych niewielu
lekcji, na których była obecna. W trójkącie prostokątnym kwadrat
przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów przyprostokątnych.
Zafascynowało ją odkrycie Euklidesa (300 lat p.n.e.), że liczba
doskonała zawsze jest iloczynem dwóch liczb, z których jedna to 2
podniesione do dowolnej potęgi, a druga to różnica 2 podniesionego do
kolejnej potęgi i 1. Było to doprecyzowanie twierdzenia Pitagorasa i Lisbeth zdała sobie sprawę z nieskończonej liczby kombinacji.
6 = 21 × (22 - 1)
28 = 22 × (23 - 1)
496 = 24 × (25 - 1)
8128 = 26 × (27 - 1)
Mogła tak w nieskończoność, nie znajdując liczby, która przeczyłaby
regule. Owa logika przemawiała do jej poczucia doskonałości. Z przyjemnością czytała o Archimedesie, Newtonie, Martinie Gardnerze i tuzinie innych klasyków matematyki.
Następnie doszła do rozdziału o Pierze de Fermacie, którego zagadka
matematyczna, wielkie twierdzenie Fermata, zadziwiało ją przez
siedem tygodni. To jednak nie było długo, biorąc pod uwagę fakt, iż owo
twierdzenie doprowadzało matematyków do szaleństwa przez blisko
czterysta lat, zanim pewien Anglik, Andrew Wiles, zdołał rozwiązać
zagadkę, i to dopiero w 1995 roku.
Twierdzenie Fermata było pozornie prostym zadaniem.
Pierre de Fermat urodził się w 1601 roku w Beaumont-de-Lomagne, w południowo-zachodniej Francji. Znamienne, że nie był nawet matematykiem,
lecz urzędnikiem państwowym, który poświęcał wolny czas matematyce w ramach osobliwego hobby. A jednak jest uważany za jednego z najzdolniejszych matematyków samouków wszech czasów. Tak jak Lisbeth
Salander, bawiło go rozwiązywanie łamigłówek i zagadek. Zdawało się, że
szczególnie lubił droczyć się z innymi matematykami, stawiając problemy,
lecz nie zadając sobie trudu, by dołączyć rozwiązanie. Kartezjusz
obrzucił go szeregiem poniżających epitetów, a angielski kolega po
fachu, John Wallis, nazywał go "tym przeklętym Francuzem".
W latach trzydziestych XVII wieku ukazało się francuskie tłumaczenie
Arytmetyki Diofantosa, zawierające kompletne zestawienie twierdzeń z teorii liczb sformułowanych przez Pitagorasa, Euklidesa i innych
starożytnych matematyków. I właśnie gdy Fermat badał twierdzenie
Pitagorasa, w przypływie czystego geniuszu stworzył ów nieśmiertelny
problem. Sformułował wariant tego twierdzenia. Zamienił kwadrat, (x2 + y2 = z2), na sześcian, (x3 + y3 = z3).
Problem w tym, że nowe równanie zdawało się nie mieć rozwiązania w postaci liczb całkowitych. Tym samym Fermat, poprzez małą akademicką
zmianę, ze wzoru posiadającego nieskończoną liczbę idealnych rozwiązań
uczynił ślepą uliczkę bez rozwiązania. Na tym polegało jego twierdzenie
- Fermat utrzymywał, że w nieskończonym uniwersum liczb nie istniała
taka liczba całkowita, której sześcian można by wyrazić jako sumę
sześcianów dwóch innych liczb, odnosiło się to bez wyjątku do wszystkich
liczb podnoszonych do potęgi wyższej niż 2, która występuje w twierdzeniu Pitagorasa.
Co do tego, że tak było w istocie, zgodzili się wkrótce i inni
matematycy. Metodą prób i błędów stwierdzili, iż nie mogą znaleźć
liczby, która przeczyłaby twierdzeniu Fermata. Problem w tym, że nawet
gdyby liczyli do końca świata, i tak nie zdołaliby sprawdzić wszystkich
istniejących liczb - jest ich przecież nieskończenie wiele - a tym samym
nie mogli być stuprocentowo pewni, że któraś z kolejnych liczb nie obali
twierdzenia Fermata. W matematyce twierdzenia trzeba udowodnić, wyrazić
je uniwersalnym i naukowo poprawnym wzorem. Matematyk powinien stanąć na
podium i powiedzieć: "Jest tak a tak, ponieważ...".
Fermat, zgodnie ze swoim zwyczajem, pokazał kolegom po fachu środkowy
palec. Na marginesie swojego egzemplarza Arytmetyki ów geniusz
nagryzmolił równanie, dopisując na końcu kilka linijek. Cuius rei
demonstrationem mirabilem sane detexi hanc marginis exiquitas non
caperet. Dopisek zyskał nieśmiertelną sławę w historii matematyki: "Mam
w istocie cudowny dowód na prawdziwość tego twierdzenia, lecz margines
jest zbyt wąski, by go pomieścić".
Jeśli jego zamiarem było doprowadzenie kolegów do szału, to odniósł
niebywały sukces. Od 1637 roku, ogólnie rzecz biorąc, każdy szanujący
się matematyk poświęcał czas, nierzadko dużo czasu, by udowodnić
twierdzenie Fermata. Pokolenia myślicieli ponosiły porażkę aż do chwili,
gdy Andrew Wiles dostarczył zbawienny dowód w roku 1995. Rozmyślał nad
tą zagadką dwadzieścia pięć lat, z czego ostatnich dziesięć na pełny
etat.
Lisbeth Salander była bezgranicznie zdumiona.
Właściwie nie interesowała jej odpowiedź. Zabawa polegała na samym
rozwiązywaniu. Gdy ktoś dał jej do rozwiązania zagadkę, rozwiązywała ją.
Zanim pojęła zasady rządzące danym tokiem rozumowania, wyjaśnienie
tajemnic liczb zajmowało sporo czasu, jednak zawsze znajdowała poprawną
odpowiedź bez zaglądania do klucza.
Tak więc po przeczytaniu twierdzenia Fermata wyciągnęła kartkę papieru i zaczęła gryzmolić jakieś liczby. Nie zdołała jednak udowodnić wzoru.
Nie chciała zaglądać do klucza i dlatego ominęła fragment, gdzie
prezentowano rozwiązanie Andrew Wilesa. Za to doczytała Dimensions in
Mathematics do końca i stwierdziła, że żaden z kolejnych problemów
sformułowanych w książce nie przysporzył jej większych trudności.
Później dzień po dniu wracała do zagadki Fermata z coraz większą
irytacją i zastanawiała się, jaki to "cudowny dowód" Fermat mógł mieć na
myśli. Trafiała z jednej ślepej uliczki w drugą.
Podniosła wzrok, gdy mężczyzna z pokoju 32 nagle wstał i udał się w stronę wyjścia. Rzuciła okiem na zegarek i stwierdziła, że siedział tak
bez ruchu dwie godziny i dziesięć minut.
Ella Carmichael postawiła przed Lisbeth Salander szklankę na kontuarze,
myśląc, że w jej przypadku nie było mowy o różowych drinkach czy
idiotycznych parasolkach. Lisbeth zawsze zamawiała tego samego drinka -
rum z colą. Z wyjątkiem jednego wieczoru, kiedy będąc w niezwykłym
humorze, tak się upiła, że Ella musiała skorzystać z pomocy swojego
pracownika, by zanieść ją do pokoju. Przeciętna konsumpcja Lisbeth
składała się z caff? latte i jednego drinka albo lokalnego piwa Carib.
Jak zwykle usadowiła się po prawej stronie, przy samym końcu kontuaru i otworzyła książkę z zagadkowymi wzorami matematycznymi, co według Elli
Carmichael było zastanawiającym wyborem dla dziewczyny w jej wieku.
Stwierdziła również, że Lisbeth Salander nie wykazuje najmniejszej
ochoty, by ją podrywano. Nielicznym samotnym mężczyznom, którzy podjęli
inicjatywę, grzecznie, lecz zdecydowanie podziękowała, a w jednym
przypadku nawet niezbyt grzecznie. Z drugiej strony Chris MacAllen,
któremu podziękowała obcesowo, był miejscowym zawadiaką i należały mu
się niezłe baty. Ella nie była zbyt poruszona faktem, że dziwnym
sposobem potknął się i wpadł do basenu, po tym jak cały wieczór
naprzykrzał się Lisbeth Salander. Na jego korzyść przemawiało to, że nie
był pamiętliwy. Wrócił następnego wieczoru, trzeźwy, i postawił Lisbeth
piwo, które ona po krótkim wahaniu przyjęła. Później, spotykając się
przypadkowo w barze, wymieniali grzeczne pozdrowienia.
- Wszystko w porządku? - zapytała Ella.
Lisbeth Salander kiwnęła głową i wzięła szklankę.
- Jakieś wieści o Matyldzie?
- Wciąż zmierza w naszym kierunku. To może być naprawdę paskudny
weekend.
- Kiedy będzie wiadomo?
- Właściwie dopiero jak przejdzie. Może iść prosto na Grenadę, a gdy już
tu dotrze, postanowi skręcić na północ.
- Często macie tu huragany?
- Przychodzą i odchodzą. Najczęściej nas omijają - w przeciwnym razie
wyspy już by nie było. Ale nie musisz się martwić.
- Nie martwię się.
Usłyszawszy nagle trochę za głośny śmiech, obejrzały się za kobietą z pokoju 32, najwyraźniej rozbawioną tym, co opowiadał jej mąż.
- Kim oni są?
- Doktor Forbes? To Amerykanie z Austin, z Teksasu.
Ella Carmichael wypowiedziała słowo "Amerykanie" z pewnym niesmakiem.
- Wiem, że to Amerykanie. Co tu robią? To lekarz?
- Nie, to nie taki doktor. Jest tutaj w związku z Fundacją Santa Maria.
- A co to?
- Opłacają edukację zdolnym dzieciom. To wspaniały człowiek. Negocjuje z ministerstwem edukacji budowę nowego gimnazjum w Saint George's.
- Wspaniały człowiek, który bije żonę - powiedziała Lisbeth Salander.
Ella Carmichael zamilkła, posłała Lisbeth ostre spojrzenie, po czym
odeszła na drugi koniec kontuaru podać piwo gościom.
Lisbeth siedziała przy barze kolejne dziesięć minut, nie odrywając
wzroku od swojej książki. Jeszcze zanim weszła w okres dojrzewania,
zdała sobie sprawę, że ma fotograficzną pamięć, przez co odróżnia się od
kolegów i koleżanek z klasy. Nigdy nikomu się do tego nie przyznała - z wyjątkiem Mikaela Blomkvista, w chwili słabości. Treść Dimensions in
Mathematics znała już na pamięć, a książkę nosiła ze sobą głównie
dlatego, że stanowiła dla niej widomy łącznik z Fermatem, jakby stała
się talizmanem.
Lecz tego wieczoru nie mogła skupić myśli ani na Fermacie, ani na jego
twierdzeniu. Za to miała przed sobą obraz doktora Forbesa, siedzącego
bez ruchu, ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie na wodzie The
Carenage.
Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego nagle poczuła, że coś jest nie tak.
W końcu zamknęła książkę, poszła do swojego pokoju i włączyła
PowerBooka. O surfowaniu w internecie nie było mowy. Hotel nie
dysponował łączem szerokopasmowym, jednak Lisbeth miała w laptopie
wbudowany modem, który podłączała do swojej komórki Panasonic, dzięki
czemu mogła wysyłać i odbierać pocztę. Szybko zredagowała maila na adres
plague_xyz_666@hotmail.com.
Brak łącza. Potrzebuję informacji: dr Forbes z Fundacji Santa Maria i jego żona, mieszkają w Austin, Teksas. 500 dolców dla tego, kto zrobi
research. Wasp.
Załączyła swój publiczny klucz PGP, zaszyfrowała maila kluczem Plague i nacisnęła "Wyślij". Potem, spojrzawszy na zegarek, stwierdziła, że jest
chwilę po wpół do ósmej wieczorem.
Wyłączyła komputer, zamknęła drzwi na klucz i bez pośpiechu przeszła
plażą czterysta metrów, minęła drogę do Saint George's i zapukała do
drzwi baraku za The Coconut. George Bland miał szesnaście lat i był
uczniem. Zamierzał zostać lekarzem albo adwokatem, albo może astronautą,
był niemal tak samo chudy jak Lisbeth Salander i równie niski.
Lisbeth poznała George'a Blanda w pierwszym tygodniu swojego pobytu na
Grenadzie, w dzień po przeprowadzce na Grand Anse. Spacerowała po plaży,
potem usiadła w cieniu palm i obserwowała dzieci grające w piłkę nożną
nad samą wodą. Otworzywszy Dimensions in Mathematics, pogrążyła się w lekturze, gdy nadszedł i usiadł zaledwie kilka metrów dalej,
najwyraźniej nie zauważając jej obecności. Przyglądała mu się w ciszy.
Chudy czarny chłopak w sandałach, czarnych spodniach i białej koszuli.
Tak jak ona otworzył książkę i pogrążył się w lekturze. Tak jak ona
studiował książkę o matematyce - Basics 4. Czytał w skupieniu, a potem
zaczął gryzmolić coś w zeszycie ćwiczeń. Dopiero gdy po pięciu minutach
Lisbeth chrząknęła, zauważył jej obecność i zerwał się z miejsca, jakby
w panice. Przeprosił za to, że jej przeszkodził, i już miał odejść, gdy
zapytała, czy to skomplikowane zadania.
Algebra. Po dwóch minutach wskazała zasadniczy błąd w jego wyliczeniu.
Po trzydziestu minutach rozwiązała jego zadania domowe. Po godzinie
przerobili cały kolejny rozdział ćwiczeń, a Lisbeth przystępnie
wytłumaczyła mu tajniki opisanych tam operacji matematycznych. Patrzył
na nią z nabożnym szacunkiem. Po dwóch godzinach powiedział, że jego
matka mieszka w Toronto, ojciec w Grenville po drugiej stronie wyspy, a on sam w baraku, dalej na plaży. Był najmłodszym z czworga rodzeństwa -
miał trzy starsze siostry.
Lisbeth Salander uważała jego towarzystwo za przedziwnie relaksujące.
Nie była to zwyczajna sytuacja. Rzadko nawiązywała rozmowy z innymi
ludźmi dla samego tylko rozmawiania. Nie chodziło tu o nieśmiałość. Dla
niej rozmowa miała znaczenie praktyczne; gdzie znajdę aptekę albo ile
kosztuje pokój. Konwersacja miała również znaczenie zawodowe. Pracując
jako researcherka dla Dragana Armanskiego z Milton Security, bez
problemu wdawała się w długie rozmowy, by zdobyć informacje.
Za to nie znosiła rozmów prywatnych, które zawsze prowadziły do jednego:
grzebania w jej, jak twierdziła, osobistych sprawach. "Ile masz lat?"
"Zgadnij". "Lubisz Britney Spears?" "Kogo?" "Podobają ci się obrazy
Carla Larssona?" "Nigdy się nad tym nie zastanawiałam". "Jesteś
lesbijką?" "A co cię to obchodzi?"
George Bland był niezgrabny i niepewny siebie, ale uprzejmy i starał się
prowadzić inteligentną konwersację, nie konkurując z Lisbeth ani nie
szperając w jej życiu prywatnym. Tak jak ona sprawiał wrażenie
samotnego. Co dziwne, zdawał się akceptować fakt, że bogini matematyki
zstąpiła na Grand Anse Beach i był najwyraźniej zadowolony, że zechciała
z nim posiedzieć i dotrzymać mu towarzystwa. Po kilku godzinach na
plaży, gdy słońce zbliżało się do linii horyzontu, ruszyli w drogę. Szli
bez pośpiechu w stronę hotelu, a on wskazał jej chatę, która stanowiła
jego mieszkanie studenckie, i spytał zakłopotany, czy mógłby ją zaprosić
na herbatę. Lisbeth przyjęła zaproszenie, czym wydawał się zaskoczony.
Jego mieszkanie było bardzo skromne; chata mieściła rozklekotany stół,
dwa krzesła, łóżko, szafkę na ubrania i pościel. Jedyne oświetlenie
stanowiła lampa biurowa z kablem pociągniętym do The Coconut. Funkcję
kuchenki pełnił palnik turystyczny. George Bland zaprosił Lisbeth na
kolację, składającą się z ryżu i warzyw podanych na plastikowych
talerzach. Odważnie zaproponował jej nawet skręta z miejscowym
narkotykiem, na co również się zgodziła.
Lisbeth nie musiała się wysilać, by zauważyć, że jej obecność wywarła na
nim wrażenie i nie wiedział za bardzo, jak się zachować. Pod wpływem
impulsu postanowiła, że pozwoli mu się uwieść. Dało to początek męczącym
podchodom - on bez wątpienia rozumiał jej sygnały, lecz nie miał
pojęcia, jak zabrać się do dzieła. Czaił się i czaił, aż wreszcie
straciła cierpliwość, zdecydowanym ruchem pchnęła go na łóżko i rozebrała się.
Był to pierwszy raz, kiedy pokazała się komuś nago po operacji w Genui.
Opuściła szpital z uczuciem lekkiej paniki. Dłuższą chwilę trwało, zanim
zdała sobie sprawę, że absolutnie nikt się na nią nie gapi. Zazwyczaj w ogóle nie przejmowała się tym, co myślą o niej inni, i zaczęła się
zastanawiać, dlaczego nagle poczuła się tak niepewnie.
George Bland był doskonałym debiutem dla jej nowego ja. Gdy wreszcie (po
pewnych zachętach) zdołał rozpiąć jej stanik, natychmiast zgasił lampkę
przy łóżku i dopiero potem sam się rozebrał. Lisbeth zrozumiała, że jest
nieśmiały, i zapaliła lampę. Uważnie śledziła jego reakcje, gdy
nieporadnie zaczął ją dotykać. Dopiero dużo później tego wieczora
odprężyła się i stwierdziła, że jej piersi wydały mu się zupełnie
naturalne. Z drugiej strony nie wyglądał na takiego, który by miał
możliwość porównania.
Nie planowała, że znajdzie sobie na Grenadzie nastoletniego kochanka. To
był impuls i gdy wychodziła od niego tamtej nocy, nie zamierzała wracać.
Ale już następnego dnia znów spotkała go na plaży i naprawdę poczuła, że
ten niezdarny chłopak stanowi przyjemne towarzystwo. Podczas siedmiu
tygodni spędzonych na Grenadzie George Bland był stałym punktem jej
rzeczywistości. Nie spotykali się za dnia, on spędzał popołudnia aż do
zachodu słońca na plaży, a wieczorami siedział sam w swojej chacie.
Lisbeth stwierdziła, że gdy tak razem spacerują, wyglądają jak para
nastolatków. Sweet sixteen.
On prawdopodobnie uważał, że życie stało się bardziej interesujące.
Spotkał kobietę, która uczyła go matematyki i erotyki.
Otworzył drzwi i uśmiechnął się do niej zachwycony.
- Masz ochotę na towarzystwo? - zapytała.
Lisbeth Salander wyszła od George'a Blanda chwilę po drugiej w nocy.
Czuła w sobie ciepło i spacerowała wzdłuż plaży, zamiast obrać drogę do
Keys Hotel. Szła sama, w ciemności, świadoma, że George Bland podąża
jakieś sto metrów za nią.
Zawsze tak robił. Nigdy nie została u niego na noc, a on często
stanowczo się sprzeciwiał, by ona - kobieta, i to całkiem sama - szła po
ciemku do hotelu, i upierał się, że jego obowiązkiem jest ją
odprowadzić. Zwłaszcza że przeważnie było już bardzo późno. Lisbeth
Salander zazwyczaj wysłuchiwała jego wywodów, po czym ucinała dyskusję
zwięzłym "nie". "Chodzę tam, dokąd chcę i kiedy chcę. End of discussion.
I nie, nie potrzebuję eskorty". Za pierwszym razem, gdy zdała sobie
sprawę, że idzie za nią, strasznie się zdenerwowała. Jednak teraz
skłonna była przyznać, że jego instynkt obrońcy miał pewien urok,
dlatego udawała, iż nie widzi, jak za nią podąża, by zawrócić, dopiero
gdy ona wejdzie do hotelu.
Zastanawiała się, co by zrobił, gdyby nagle została napadnięta.
Sama zamierzała zrobić użytek z młotka, który zakupiła w sklepie
żelaznym MacIntyre'a i trzymała w zewnętrznej kieszeni torebki. Lisbeth
Salander uważała, że niewiele można sobie wyobrazić zagrożeń, którym
porządny młotek nie mógłby zaradzić.
Była pełnia, a niebo skrzyło się gwiazdami. Lisbeth spojrzała w górę i tuż nad horyzontem rozpoznała Regulusa w gwiazdozbiorze Lwa. Prawie
dotarła do hotelu, gdy nagle stanęła jak wryta. W pewnej odległości, tuż
przy linii wody, zobaczyła na plaży niewyraźną sylwetkę. Pierwszy raz
widziała tu człowieka po zapadnięciu zmroku. Mimo że dzieliło ich co
najmniej sto metrów, Lisbeth w świetle księżyca bez trudu rozpoznała
mężczyznę.
Był to czcigodny doktor Forbes z pokoju 32.
Kilkoma krokami przeszła szybko na bok i stanęła bez ruchu pod drzewami.
Gdy odwróciła głowę, George'a Blanda również nie było nigdzie widać.
Mężczyzna nad wodą chodził powoli tam i z powrotem. Palił papierosa. Co
jakiś czas przystawał i pochylał się, jakby badał piasek. Cała ta
pantomima trwała dwadzieścia minut, po czym mężczyzna nagle się odwrócił
i żwawym krokiem podążył do hotelowego wejścia od strony plaży i zniknął.
Lisbeth odczekała kilka minut, nim zeszła na miejsce, gdzie spacerował
doktor Forbes. Powoli zatoczyła półkole, obserwując podłoże. Widziała
tylko piasek, jakieś kamienie i muszelki. Po dwóch minutach przerwała
obserwację i wróciła do hotelu.
Wyszła na balkon, wychyliła się za balustradę i zerknęła na balkon
swojego sąsiada. Było cicho i spokojnie. Tego wieczora awantury
najwyraźniej już się skończyły. Po chwili wzięła torebkę, wyciągnęła
bibułkę i skręciła jointa z zapasów, w które zaopatrzył ją George Bland.
Usiadła w fotelu na balkonie i patrzyła na ciemne wody Morza
Karaibskiego, paląc i rozmyślając.
Jej umysł pracował na najwyższych obrotach.
Rozdział 2
Piątek 17 grudnia
Nils Erik Bjurman, adwokat, lat pięćdziesiąt pięć, odstawił kubek z kawą
i spoglądał na przechodniów po drugiej stronie witryny Café Hedon przy
Stureplan. Patrzył, jak mijają kawiarnię zwartym strumieniem, lecz nie
obserwował nikogo z osobna.
Pomyślał o Lisbeth Salander. Często o niej myślał.
Te myśli doprowadzały go do wrzenia.
Lisbeth Salander go zmiażdżyła. Nigdy nie zapomni tej chwili. Przejęła
władzę i upokorzyła go. Okaleczyła w sposób, który pozostawił na jego
ciele niedające się wymazać ślady. A dokładniej, na ponad
dwustucentymetrowym płacie skóry na brzuchu, tuż nad genitaliami. Skuła
go w jego własnym łóżku, pobiła i wytatuowała przesłanie, którego nie
sposób źle zrozumieć ani łatwo się pozbyć: "JESTEM SADYSTYCZNĄ ŚWINIĄ,
DUPKIEM I GWAŁCICIELEM".
Lisbeth Salander została uznana za niepoczytalną przez sąd rejonowy w Sztokholmie. Nilsowi Bjurmanowi przydzielono obowiązki opiekuna
prawnego, co stawiało ją w sytuacji bezpośredniej zależności od niego.
Już gdy spotkał ją pierwszy raz, zaczął o niej fantazjować. Nie potrafił
tego wytłumaczyć, ale ona aż się o to prosiła.
Z racjonalnego punktu widzenia mecenas Nils Bjurman wiedział, że zrobił
coś, co w społeczeństwie nie było ani akceptowane, ani dozwolone.
Wiedział, że zrobił źle. Wiedział również, że jego postępowania nie
dałoby się usprawiedliwić na gruncie prawnym.
Z emocjonalnego punktu widzenia powyższa wiedza była bez znaczenia. Od
chwili, gdy ujrzał Lisbeth Salander po raz pierwszy, w grudniu przed
dwoma laty, nie potrafił się jej oprzeć. Prawo, zasady, moralność i poczucie odpowiedzialności nie miały absolutnie żadnego znaczenia.
Przedziwna dziewczyna - w pełni dojrzała, ale o wyglądzie dziecka. Miał
kontrolę nad jej życiem - mógł nią dysponować. Temu nie można się
oprzeć.
Była ubezwłasnowolniona, a jej życiorys czynił ją osobą całkowicie
niewiarygodną, gdyby przyszło jej do głowy protestować. Nie był to też
gwałt na niewinnym dziecku - według akt miała wiele doświadczeń
seksualnych, mogła wręcz zostać uznana za rozwiązłą. Pracownik socjalny
napisał w raporcie, że Lisbeth Salander w wieku siedemnastu lat
prawdopodobnie świadczyła płatne usługi seksualne. Ów raport powstał,
gdy jeden z patroli policyjnych zauważył znanego w okolicy zboczeńca w towarzystwie młodej dziewczyny, siedzących na ławce w parku Tantolunden.
Policjanci zatrzymali radiowóz i przeszukali parę: dziewczyna nie
chciała odpowiadać na pytania, a zboczeniec był zbyt pijany, by udzielić
jakichkolwiek sensownych wyjaśnień.
W opinii mecenasa Bjurmana wniosek był jasny: Lisbeth Salander to dziwka
z nizin społecznych. Miał nad nią władzę. Nie było żadnego ryzyka. Nawet
gdyby złożyła skargę w Komisji Nadzoru Kuratorskiego, on i tak z racji
swojej wiarygodności i pozycji mógłby twierdzić, że jest oszustką.
Była idealną zabawką - dorosła, rozwiązła, społecznie nieprzystosowana,
wydana na jego łaskę.
Pierwszy raz wykorzystał własną klientkę. Wcześniej nawet nie brał pod
uwagę możliwości zbliżenia się do kogokolwiek, z kim łączyły go stosunki
zawodowe. By dać ujście swoim szczególnym upodobaniom seksualnym,
korzystał z usług prostytutek. Był dyskretny i ostrożny, i dobrze
płacił; problem w tym, że kupował usługę od kobiety, która stękała i jęczała, odgrywała rolę, było to jednak równie nieautentyczne jak
"dzieła sztuki" sprzedawane na targowisku Hötorget.
Uprawiając seks z żoną, w czasach kiedy jeszcze był żonaty, starał się
nad nią dominować, na co ona się godziła, więc i to było tylko zabawą.
Lisbeth Salander była idealna. Pozbawiona ochrony. Nie miała rodziny ani
przyjaciół. Była prawdziwą ofiarą, zupełnie bezbronną. Okazja czyni
złodzieja.
Aż ni stąd, ni zowąd zniszczyła go.
Zaatakowała z taką siłą i stanowczością, o jakie jej nie podejrzewał.
Upokorzyła go. Zadała mu cierpienie. Nieomal unicestwiła.
W trakcie minionych prawie dwóch lat życie Nilsa Bjurmana zmieniło się
diametralnie. Po nocnej wizycie Lisbeth Salander przez pewien czas był
jak sparaliżowany - niezdolny myśleć ani działać. Zamknął się w domu na
klucz, nie odpowiadał na telefony i nie chciał się kontaktować ze
stałymi klientami. Dopiero po dwóch tygodniach załatwił sobie zwolnienie
lekarskie. Jego asystent musiał zająć się bieżącą korespondencją,
odwoływaniem spotkań i odpowiadaniem na pytania zirytowanych klientów.
Każdego dnia był zmuszony oglądać swoje ciało w lustrze na drzwiach od
łazienki. W końcu je usunął.
Dopiero gdy nastało lato, wrócił do biura. Zrobił selekcję klientów i większość z nich przekazał swoim kolegom po fachu. Zachował jedynie
kilka przedsiębiorstw, w których odpowiadał za finansowo-prawną część
korespondencji, lecz nie musiał się angażować osobiście. Jedyną
klientką, jaka mu pozostała, była Lisbeth Salander - co miesiąc
sporządzał bilans jej finansów i raport dla Komisji Nadzoru
Kuratorskiego. Robił to, czego zażądała - każdy raport był najczystszą
fikcją, dokumentującą, że Lisbeth absolutnie nie potrzebuje opiekuna
prawnego.
Każdy raport drażnił i przypominał mu o jej istnieniu. Jednak nie miał
wyboru.
Bjurman spędził lato i jesień na bezproduktywnym rozmyślaniu. W grudniu
wziął się wreszcie w garść i zaplanował wakacje we Francji. Umówił się
na wizytę w klinice chirurgii plastycznej pod Marsylią, gdzie zasięgnął
opinii lekarza co do najlepszej metody usunięcia tatuażu.
Lekarz ze zdumieniem zbadał jego oszpecone podbrzusze i zaproponował
terapię. Tatuaż był duży, a igły wprowadzane zbyt głęboko, by go usunąć
za pomocą zabiegów laserowych. Lekarz uznał więc, że skuteczne byłoby
jedynie kilka przeszczepów skóry. Terapia droga i długotrwała.
Podczas minionych dwóch lat spotkał Lisbeth Salander tylko raz.
Tamtej nocy, gdy go napadła i zawładnęła jego życiem, zabrała również
zapasowe klucze do biura i mieszkania. Powiedziała, że go obserwuje i złoży mu wizytę, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał. Przez
dziesięć następnych miesięcy niemal zaczął wierzyć, że były to czcze
pogróżki, lecz nie odważył się wymienić zamków. Jej groźba była
jednoznaczna - jeśli kiedykolwiek zastanie go w łóżku z kobietą, ujawni
półtoragodzinny film, dokumentujący, jak ją gwałcił.
Pewnej nocy w połowie stycznia, blisko rok temu, obudził się nagle o trzeciej bez wyraźnej przyczyny. Zapalił lampę na nocnym stoliku i prawie zawył z przerażenia, widząc, że Lisbeth Salander stoi w nogach
łóżka. Była jak duch, który nagle zmaterializował się w jego sypialni.
Twarz miała bladą i bez wyrazu. W ręku trzymała ten swój przeklęty
paralizator.
- Dzień dobry, mecenasie Bjurman - powiedziała wreszcie. - Przepraszam,
że tym razem cię obudziłam.
Dobry Boże, to była tu już wcześniej? Kiedy spałem?
Nie mógł stwierdzić, czy blefuje. Chrząknął i otworzył usta. Przerwała
mu gestem.
- Obudziłam cię z jednego tylko powodu. Wkrótce wyjadę na dłuższy czas.
A ty dalej będziesz pisał co miesiąc raporty o tym, jak dobrze się
czuję, ale zamiast przesyłać kopie do mnie do domu, będziesz je
przesyłał na adres na hotmailu.
Wyjęła z kieszeni kurtki kartkę złożoną na pół i rzuciła ją na brzeg
łóżka.
- Jeśli Komisja Nadzoru Kuratorskiego będzie chciała się ze mną
skontaktować albo z jakiegoś powodu moja obecność będzie konieczna,
napisz do mnie na ten adres. Zrozumiałeś?
Kiwnął głową.
- Zrozumiałem.
- Milcz. Nie chcę słuchać twojego głosu.
Zacisnął zęby. Nigdy nie odważył się z nią skontaktować, bo zagroziła,
że przekaże film władzom. Za to przez wiele miesięcy planował, co jej
powie, gdy ona się pojawi. Zdał sobie sprawę, że w istocie nie ma nic na
swoją obronę. Jedyne, co mógł zrobić, to odwołać się do jej
wspaniałomyślności. Gdyby tylko pozwoliła mu mówić, spróbowałby ją
przekonać, że działał w stanie chwilowej niepoczytalności, że żałuje i chce zadośćuczynić za to, co zrobił. Był gotów się poniżyć, by ją
poruszyć, a tym samym odsunąć od siebie niebezpieczeństwo, jakie dla
niego stanowiła.
- Muszę coś powiedzieć - odezwał się słabym głosem. - Chcę cię prosić o wybaczenie...
Słuchała wyczekująco jego niespodziewanego błagania. Wreszcie pochyliła
się nad ramą łóżka, posyłając mu złowrogie spojrzenie.
- Słuchaj uważnie: jesteś szują. Nigdy ci nie wybaczę. Ale jeśli
będziesz grzeczny, zostawię cię w spokoju tego dnia, kiedy decyzja o moim ubezwłasnowolnieniu zostanie cofnięta.
Czekała, póki nie spuścił wzroku. Zmusza mnie, bym się przed nią
czołgał.
- To, co powiedziałam rok temu, wciąż cię obowiązuje. Jeśli popełnisz
błąd, ujawnię film. Jeśli spróbujesz się ze mną skontaktować w jakikolwiek inny sposób niż ten, który ustaliłam, ujawnię film. W przypadku mojej nagłej śmierci film i tak zostanie ujawniony. Jeśli
znowu mnie tkniesz, zabiję cię.
Wierzył jej. Nie było tu miejsca na wątpliwości czy negocjacje.
- I jeszcze jedno. Od tego dnia, gdy zostawię cię w spokoju, będziesz
mógł robić, co ci się podoba. Ale póki co twoja noga nie postanie więcej
w tej klinice w Marsylii. Jeśli tam pojedziesz i rozpoczniesz terapię,
zrobię ci nowy tatuaż. Ale tym razem na czole.
Kurwa mać. Jak się dowiedziała, że...
W następnej sekundzie już jej nie było. Usłyszał tylko zgrzyt drzwi
wejściowych, gdy przekręcała klucz. Tak jakby nawiedził go duch.
To właśnie w tym momencie zaczął nienawidzić Lisbeth Salander z mocą,
która zapłonęła w jego duszy niczym rozżarzona do czerwoności stal i zmieniła jego życie w obsesyjną żądzę zniszczenia tej dziewczyny.
Wyobrażał sobie jej śmierć. Wyobrażał sobie, że zmusi ją, by na kolanach
błagała o łaskę. Będzie bezlitosny. Marzył o tym, że położy dłonie na
jej szyi i będzie dusił, aż zabraknie jej tchu. Chciał wyrwać jej oczy z oczodołów, a serce z piersi. Chciał ją zmieść z powierzchni ziemi.
Paradoksalnie w tym właśnie momencie poczuł również, że znów zaczyna
funkcjonować, że odnalazł stan przedziwnej równowagi duchowej. Wciąż
miał obsesję na punkcie Lisbeth Salander i w każdej nieprzespanej
minucie koncentrował się na jej istnieniu. Jednak odkrył, że znów zaczął
racjonalnie myśleć. Jeśli miał ją zniszczyć, musiał przejąć władzę nad
swoim umysłem. Jego życie zyskało nowy cel.
Tego dnia przestał wyobrażać sobie jej śmierć - tego dnia zaczął ją
planować.
Mikael Blomkvist minął w odległości niecałych dwóch metrów odwróconego
tyłem mecenasa Bjurmana, niosąc dwie filiżanki z gorącą caff? latte do
stolika redaktorki naczelnej, Eriki Berger, w Café Hedon. Ani on, ani
Erika nigdy nie słyszeli o Nilsie Bjurmanie i nie zwrócili na niego
uwagi.
Erika zmarszczyła nos i przesunęła na bok popielniczkę, żeby zrobić
miejsce na kawę. Mikael powiesił kurtkę na oparciu krzesła, przesunął
popielniczkę na swoją stronę stołu i zapalił papierosa. Erika nie
znosiła dymu tytoniowego i spojrzała na niego umęczonym wzrokiem. Mikael
wydmuchiwał dym z dala od niej.
- Myślałam, że rzuciłeś.
- Chwilowy powrót.
- Przestanę uprawiać seks z facetami, od których czuć papierosy -
powiedziała, uśmiechając się uroczo.
- No problem. Są inne dziewczyny, mniej wymagające - stwierdził
Mikael, odwzajemniając uśmiech.
Erika Berger przewróciła oczami.
- Więc o co chodzi? Za dwadzieścia minut spotykam się z Charlie. Idziemy
do teatru.
Charlie to Charlotta Rosenberg, przyjaciółka Eriki z dzieciństwa.
- Przeszkadza mi nasza praktykantka. To córka którejś z twoich
przyjaciółek. Jest w redakcji od dwóch tygodni, a zostało jej osiem.
Jeszcze trochę, a z nią nie wytrzymam.
- Zauważyłam, że wodzi za tobą pożądliwym wzrokiem. Rzecz jasna
oczekuję, że zachowasz się jak dżentelmen.
- Dziewczyna ma siedemnaście lat, a intelekt dziesięciolatki, delikatnie
mówiąc.
- Po prostu imponuje jej fakt, że może cię poznać. To coś w rodzaju
kultu idola.
- Wczoraj o wpół do jedenastej wieczorem zadzwoniła do mnie domofonem i chciała wpaść z butelką wina.
- No ładnie!
- Też mi ładnie - odpowiedział Mikael. - Gdybym był dwadzieścia lat
młodszy, pewnie nie zwlekałbym ani sekundy. Ale daj spokój, ona ma
siedemnaście lat. Ja niedługo skończę czterdzieści pięć.
- Nie przypominaj mi. Jesteśmy w tym samym wieku.
Mikael Blomkvist odchylił się na krześle i strzepnął popiół z papierosa.
Mikael Blomkvist nie przeoczył faktu, że dzięki aferze Wennerströma
zyskał osobliwy status gwiazdy. W zeszłym roku otrzymywał zaproszenia na
przyjęcia i imprezy od najbardziej nieprawdopodobnych osób.
Było jasne, że ludzie ci wysyłali zaproszenia, ponieważ chcieli go
wciągnąć do kręgu swoich znajomych; całus na powitanie od osób, z którymi wcześniej nie witał się nawet uściskiem dłoni, a które teraz
chciały, by postrzegano je jako jego zaufanych i bliskich przyjaciół.
Nie byli to jego koledzy z branży medialnej - ich już znał i łączyły go
z nimi albo dobre, albo złe stosunki - lecz tak zwani ludzie kultury,
aktorzy, przeciętni felietoniści i drugorzędne gwiazdy. Mikael Blomkvist
jako gość na releaseparty czy na prywatnej kolacji oznaczał dla
gospodarza prestiż. Zaproszenia i zapytania w związku z taką czy inną
imprezą zasypywały go przez cały miniony rok. Weszło mu już w nawyk
udzielanie odpowiedzi w rodzaju: "Bardzo mi przyjemnie, ale niestety mam
inne zobowiązania".
Do ciemnych stron gwiazdorstwa należała również narastająca fala plotek.
Pewien znajomy skontaktował się z nim zaniepokojony, usłyszawszy
pogłoskę, że Mikael szukał pomocy w klinice odwykowej. W rzeczywistości
jego doświadczenia z narkotykami od wczesnej młodości obejmowały w sumie
kilka jointów i ten raz, kiedy przed ponad piętnastoma laty spróbował
kokainy razem z pewną dziewczyną z Holandii, która śpiewała w zespole
rockowym. Alkoholu używał częściej, choć upijanie się zdarzało mu się
sporadycznie w związku z jakąś kolacją czy imprezą. W pubie rzadko pił
więcej niż jedno mocne piwo, a równie chętnie zamawiał piwo o niskiej
zawartości alkoholu. Barek w jego mieszkaniu zawierał wódkę i kilka
butelek single malt, które dostał w prezencie i otwierał bardzo
rzadko.
O tym, że Mikael był singlem i miewał krótkotrwałe związki i romanse,
wiedziano zarówno w kręgu jego znajomych, jak i poza nim, co powodowało
kolejne plotki. Jego wieloletni romans z Eriką Berger zawsze był
przedmiotem najróżniejszych spekulacji. Przez ostatni rok uzupełniono je
o stwierdzenia, że przeskakiwał z łóżka do łóżka, podrywał bez
opamiętania i wykorzystywał popularność, żeby przelecieć po kolei
wszystkie klientki sztokholmskich pubów. Pewien dziennikarz, którego
ledwie znał, zapytał wręcz przy jakiejś okazji, czy nie powinien
poszukać pomocy w związku ze swoim uzależnieniem od seksu. Pytanie to
spowodowała wiadomość, że jakiś sławny aktor amerykański trafił do
kliniki z powodu tego typu przypadłości.
Mikael rzeczywiście miał wiele przelotnych związków i zdarzało się, że
utrzymywał je jednocześnie. Sam nie był pewien, od czego to zależało.
Wiedział, że nieźle wygląda, ale nigdy nie uważał się za bardzo
atrakcyjnego. Za to często słyszał, że ma w sobie coś, co wzbudza
zainteresowanie kobiet. Erika Berger mówiła mu, że emanuje z niego
pewność siebie, a jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa i potrafi
sprawić, by w jego towarzystwie kobiety czuły się swobodnie. Pójście z nim do łóżka nie było kłopotliwe, niebezpieczne ani skomplikowane -
przeciwnie: erotyczna przyjemność bez zobowiązań. Czyli tak, jak (według
Mikaela) powinno być.
Wbrew temu, co sądziło wielu spośród jego znajomych, Mikael nigdy nie
był podrywaczem. W najlepszym razie dawał znać, że jest chętny, ale
zawsze pozwalał kobiecie przejąć inicjatywę. Seks był często naturalnym
następstwem. Kobiety, z którymi lądował w łóżku, rzadko były anonimowymi
one night stands - choć i takie się zdarzały, co jednak najczęściej
nie dawało mu satysfakcji. Najlepsze związki miał z osobami, które
dobrze znał i lubił. Nieprzypadkowo więc nawiązał przed dwudziestu laty
romans z Eriką Berger - byli przyjaciółmi i ciągnęło ich do siebie.
Ta późna sława zwiększyła jego powodzenie u kobiet w sposób, który wydał
mu się dziwaczny i niepojęty. Największym zaskoczeniem był fakt, że
młode kobiety pod wpływem impulsu składały mu propozycje w najbardziej
nieoczekiwanych sytuacjach.
Fascynowały go kobiety zupełnie innego rodzaju niż pełne entuzjazmu
nastoletnie panny w coraz krótszych minispódniczkach i o pięknie
wymodelowanych sylwetkach. W młodości często miewał starsze partnerki, a w kilku przypadkach znacznie starsze i bardziej doświadczone. Jednak w miarę jak sam się starzał, różnice wieku zaczęły się wyrównywać. Romans
z dwudziestopięcioletnią Lisbeth Salander oznaczał wyraźną zmianę.
Między innymi to było powodem pospiesznie umówionego spotkania z Eriką
Berger.
Redakcja "Millennium" przyjęła praktykantkę z liceum o profilu
medioznawczym w ramach przysługi dla jednej ze znajomych Eriki. W sumie
nic nadzwyczajnego; co roku mieli wielu praktykantów. Mikael przywitał
się grzecznie z siedemnastolatką i niemal od razu stwierdził, iż jej
zainteresowanie dziennikarstwem było raczej nikłe poza tym, że "chciała
pokazać się w telewizji" i że (jak podejrzewał Mikael) praktyka w "Millennium" najwyraźniej wiązała się z kwestią prestiżu.
Szybko sobie uświadomił, iż nie przegapiła żadnej okazji do bliższego z nim kontaktu. Udawał, że nie zauważa aż nadto widocznych zalotów, co
jednak zaowocowało tylko tym, że zdwoiła swoje wysiłki. Było to po
prostu męczące.
Erika Berger roześmiała się nagle.
- Mój drogi, jesteś molestowany w miejscu pracy.
- Ricky, to naprawdę męczące. Za nic w świecie nie chcę jej zranić ani
zawstydzić. Ale ona jest tak subtelna jak klacz w okresie rui. Zaczynam
się niepokoić, co jeszcze może wywinąć.
- Mikael, zakochała się w tobie, a jest po prostu za młoda, by wiedzieć,
jak to się okazuje.
- Sorry, ale jesteś w błędzie. Ona jest cholernie świadoma, jak to się
okazuje. Jej zachowanie wydaje się jakieś skrzywione i dziewczyna chyba
jest już zirytowana, że nie daję się złapać na jej przynętę. A ja nie
potrzebuję nowych plotek, które zrobią ze mnie obleśnego dziada w rodzaju Micka Jaggera uganiającego się za świeżyzną.
- Okej, rozumiem twój problem. Więc przyszła do ciebie wczoraj
wieczorem.
- Z butelką wina. Powiedziała, że była na imprezie u znajomego w pobliżu
i starała się, żeby jej wizyta wyglądała na przypadek.
- Co jej powiedziałeś?
- Nie wpuściłem jej. Skłamałem, że przyszła nie w porę i że jest u mnie
kobieta.
- Jak to przyjęła?
- Cholernie się wkurzyła, ale poszła.
- Czy chcesz, żebym coś z tym zrobiła?
- Get her off my back. W poniedziałek zamierzam przeprowadzić z nią
poważną rozmowę. Albo z tym skończy, albo wywalę ją z redakcji.
Erika Berger zastanawiała się przez chwilę.
- Nie - powiedziała. - Nic nie mów. Ja z nią porozmawiam.
- Nie mam wyboru.
- Ona szuka przyjaciela, a nie kochanka.
- Nie wiem, czego szuka, ale...
- Mikael, też to kiedyś przeżyłam. Porozmawiam z nią.
Nils Bjurman, podobnie jak wszyscy, którzy oglądali telewizję albo
czytali popołudniówki przez ostatni rok, słyszał o Mikaelu Blomkviście.
Nie rozpoznałby go jednak, a nawet gdyby, to i tak by nie zareagował.
Był zupełnie nieświadomy, że istnieje jakiś związek między redakcją
"Millennium" a Lisbeth Salander.
Poza tym za bardzo zajmowały go własne myśli, by zwracał uwagę na
otoczenie.
Gdy jego paraliż intelektualny wreszcie ustąpił, Bjurman zaczął powoli
analizować swoje położenie i rozmyślał, co zrobić, żeby unicestwić
Lisbeth Salander.
Problem sprowadzał się wciąż do jednej i tej samej przeszkody.
Lisbeth Salander nagrała ukrytą kamerą półtoragodzinny film, który
szczegółowo ukazywał, jak ją zgwałcił. Widział ten film. Nie pozostawiał
on miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Gdyby prokuratura kiedykolwiek
się o nim dowiedziała albo, co gorsza, gdyby znalazł się w szponach
mediów, byłby to koniec jego życia, kariery i wolności. Znając wyroki za
brutalny gwałt, wykorzystanie osoby pozostającej w stosunku zależności i brutalne pobicie, oszacował, że powinien dostać jakieś sześć lat
więzienia. Gorliwy prokurator mógłby wręcz zrobić użytek z pewnego
fragmentu filmu, żeby postawić zarzut usiłowania zabójstwa.
Mało brakowało, a by ją udusił, gdy w podnieceniu przycisnął jej
poduszkę do twarzy. Żałował, że nie dokończył wtedy dzieła.
Nie zrozumieliby, że ona cały czas prowadziła grę. Prowokowała go,
grała tymi swoimi słodkimi dziecięcymi oczkami i uwiodła go ciałem,
które mogłoby należeć do dwunastolatki. Pozwoliła mu się zgwałcić. To
jej wina. Nigdy by nie zrozumieli, że ona w rzeczywistości
wyreżyserowała przedstawienie. Zaplanowała...
Cokolwiek chciałby zrobić, warunkiem było, iż odzyska film i upewni się,
że nie ma żadnych kopii. W tym tkwiło sedno problemu.
Nie ulegało wątpliwości, że taka wiedźma jak Lisbeth Salander z biegiem
lat zdążyła narobić sobie wielu wrogów. Bjurman miał jednak przewagę. W odróżnieniu od wszystkich, którzy wściekali się na nią z tego czy innego
powodu, miał nieograniczony dostęp do jej kartotek medycznych, wywiadów
środowiskowych i opinii psychiatrów. Był jedną z niewielu osób w Szwecji, które znały jej najgłębsze tajemnice.
Kartoteka, w jaką zaopatrzyła go Komisja Nadzoru Kuratorskiego, gdy
zgodził się pełnić funkcję opiekuna prawnego Lisbeth Salander, była
krótka i przeglądowa - dobre piętnaście stron, które dawały obraz jej
dorosłego życia, podsumowanie ekspertyzy sądowo-lekarskiej, decyzja sądu
rejonowego o ubezwłasnowolnieniu i sprawozdanie finansowe za poprzedni
rok.
Czytał kartotekę raz za razem. Potem zaczął systematycznie zbierać
informacje o przeszłości Lisbeth Salander.
Jako adwokat dobrze wiedział, co zrobić, aby zdobyć dane z rejestrów
prowadzonych przez urzędy. Jako jej prawny opiekun nie miał żadnych
problemów z przebrnięciem przez tajemnicę lekarską chroniącą jej dane.
Był jedną z niewielu osób, które mogły dostać każdy wskazany przez
siebie papier dotyczący Lisbeth Salander.
A jednak minęły miesiące, zanim poskładał jej życie, szczegół po
szczególe, od najwcześniejszych notatek ze szkoły podstawowej przez
wywiady środowiskowe po akta policji i protokoły sądowe. Osobiście
odszukał doktora Jespera H. Lödermana - psychiatrę, który po
osiemnastych urodzinach Lisbeth Salander zalecał hospitalizację - i skonsultował z nim jej stan. Otrzymał gruntowną analizę przypadku
Lisbeth Salander. Wszyscy byli pomocni. Pewna kobieta w ośrodku pomocy
społecznej wręcz pochwaliła go za tak nieprzeciętne zaangażowanie w dążeniu do zapoznania się z wszelkimi aspektami życia Lisbeth Salander.
Prawdziwą kopalnią informacji były jednak dwa oprawione zeszyty
znalezione w zakurzonym kartonie u pewnego urzędnika z Komisji Nadzoru
Kuratorskiego. Zostały zapisane przez poprzednika Bjurmana, adwokata
Holgera Palmgrena, który najwyraźniej poznał Lisbeth Salander lepiej niż
ktokolwiek inny. Palmgren sumiennie składał Komisji co roku krótki
raport, lecz Bjurman zakładał, że Lisbeth Salander nie była świadoma, iż
jej opiekun gorliwie notował również własne przemyślenia w postaci
dziennika. Wyglądało to na jego własne materiały robocze, które - gdy
Palmgren miał wylew przed dwu laty - wylądowały w Komisji, gdzie nikt
ich nawet nie otworzył.
To był oryginał. Nie istniała żadna kopia.
Idealnie.
Palmgren przedstawiał zupełnie inny obraz Lisbeth Salander niż to, co
można było wyczytać ze sprawozdań pomocy społecznej. Bjurman mógł
prześledzić jej trudną wędrówkę od nieokiełznanej nastolatki do młodej
kobiety zatrudnionej w przedsiębiorstwie świadczącym usługi w zakresie
ochrony i zabezpieczeń, Milton Security - dostała tę pracę dzięki
kontaktom Palmgrena. Bjurman z rosnącym zdziwieniem zdał sobie sprawę,
że Lisbeth Salander absolutnie nie jest opóźnioną umysłowo pomocą
biurową, która obsługuje kopiarkę i robi kawę. Przeciwnie, miała wysoko
wyspecjalizowaną pracę polegającą na zdobywaniu informacji osobowych dla
dyrektora Milton, Dragana Armanskiego. Równie jasne było, że Armanski i Palmgren znali się i wymieniali informacjami na temat swojej
podopiecznej.
Nils Bjurman zapamiętał sobie nazwisko Dragan Armanski. Ze wszystkich
ludzi obecnych w życiu Lisbeth Salander tylko dwóch można było w jakimś
sensie uznać za jej przyjaciół i obaj zdawali się traktować ją jak swoją
podopieczną. Palmgren wypadł już z gry. Armanski był jedyną osobą, która
mogła stanowić niebezpieczeństwo. Bjurman postanowił trzymać się od
niego z dala.
Teczki wiele wyjaśniły. Nagle zrozumiał, skąd Lisbeth Salander tyle o nim wie. Nadal nie mógł pojąć, jak się dowiedziała, że w największej
dyskrecji odwiedził klinikę chirurgii plastycznej we Francji, jednak
straciła sporo ze swojej tajemniczości. Zajmowała się węszeniem w prywatnym życiu innych. Od razu stał się ostrożniejszy w swoich
poszukiwaniach i zdał sobie sprawę, że skoro ona ma dostęp do jego
mieszkania, absolutnie wykluczone jest przechowywanie tam papierów,
które jej dotyczą. Zebrał całą dokumentację i przewiózł karton do domku
letniego pod Stallarholmen, gdzie coraz więcej czasu spędzał na
samotnych rozmyślaniach.
Im więcej czytał o Lisbeth Salander, tym bardziej był przekonany, że
jest ona typem patologicznym. Aż drżał na myśl, że trzymała go skutego
kajdankami w jego własnym łóżku. Był całkowicie zdany na jej łaskę i nie
wątpił, że urzeczywistniłaby swoje groźby i zabiła go, gdyby ją
sprowokował.
Nie miała zahamowań. To pieprzona, chora i niebezpieczna wariatka.
Odbezpieczony granat. Kurwa jedna.
Dzienniki Holgera Palmgrena pomogły mu również znaleźć ostatni brakujący
element układanki. Wielokrotnie sporządzał on w najwyższym stopniu
osobiste notatki na temat rozmów, jakie przeprowadził z Lisbeth
Salander. Pokręcony stary dziad. Przy dwóch rozmowach nawiązał do
wyrażenia "gdy wydarzyło się Całe Zło". Palmgren najwyraźniej zapożyczył
je od Lisbeth, ale z tekstu nie wynikało, do czego ono się odnosi.
Zdumiony Bjurman zanotował słowa "gdy wydarzyło się Całe Zło". Lata
spędzone w rodzinach zastępczych? Jakiś szczególny akt przemocy?
Wszystko powinno znajdować się w obszernej dokumentacji, do której miał
już dostęp.
Uważnie przeczytał po raz piąty czy siódmy diagnozę postawioną przez
lekarza sądowego, gdy Lisbeth Salander skończyła osiemnaście lat. W tym
momencie zdał sobie sprawę, że jego wiedza na temat Lisbeth Salander ma
luki.
Posiadał wyciąg z notatek z okresu szkoły podstawowej, zaświadczenie
stwierdzające, że matka Lisbeth Salander nie mogła się nią opiekować,
raporty najróżniejszych rodzin zastępczych z czasów, gdy była
nastolatką, i badanie psychiatryczne wykonane w dniu osiemnastych
urodzin.
Coś wywołało jej szaleństwo, gdy miała dwanaście lat.
Istniały też inne luki w jej życiorysie.
Najpierw, ku wielkiemu zaskoczeniu, odkrył, że Lisbeth Salander ma
siostrę bliźniaczkę, o której nie wspominano w materiałach, jakie
otrzymał wcześniej. Mój Boże, jest ich dwie. Jednak nie mógł
znaleźć żadnych notatek mówiących, co się z nią stało.
Ojciec był nieznany, brakowało też wyjaśnienia, dlaczego jej matka nie
mogła już się nią opiekować. Bjurman zakładał wcześniej, że Lisbeth
Salander zachorowała i to właśnie zapoczątkowało całą serię wizyt na
oddziale psychiatrii dziecięcej. Teraz jednak był przekonany, że coś jej
się przydarzyło, gdy miała dwanaście albo trzynaście lat. Całe Zło.
Jakiegoś rodzaju trauma. Ale znikąd nie można było wywnioskować, na czym
to Całe Zło polegało.
W ekspertyzie lekarsko-sądowej znalazł wreszcie odniesienie do jakiegoś
brakującego załącznika - sygnatura dochodzenia policyjnego datowanego na
12 marca 1991 roku. Numer dopisano ręcznie na marginesie kopii, którą
znalazł w aktach ośrodka pomocy społecznej. Jednak gdy chciał zamówić te
dokumenty, natrafił na przeszkodę. Dochodzenie było opatrzone klauzulą
"ściśle tajne" z upoważnienia Jej Królewskiej Mości. Bjurman mógł
odwoływać się na szczeblu rządowym.
Ogarnęło go zdumienie. Fakt, że utajniono dochodzenie prowadzone w związku z dwunastoletnią dziewczynką sam w sobie nie był zaskakujący -
normalna procedura ochrony prywatności. Jednak on, jako opiekun prawny
Lisbeth Salander, miał prawo zażądać każdego dokumentu, który jej
dotyczył. Nie mógł pojąć, dlaczego dochodzenie miało taką klauzulę
tajności, żeby musiał ubiegać się o zgodę rządu, by otrzymać do niego
dostęp.
Bez namysłu złożył podanie. Minęły dwa miesiące, nim zostało
rozpatrzone. Ku jego szczeremu zdziwieniu - odmownie. Nie pojmował, cóż
tak dramatycznego mogło być w dochodzeniu dotyczącym dwunastolatki
sprzed niemal piętnastu lat, że podejmowano takie środki bezpieczeństwa,
jakby chodziło o klucze do siedziby rządu.
Wrócił do dziennika Holgera Palmgrena i czytając linijka po linijce,
usiłował zrozumieć, do czego odnosiło się Całe Zło. Jednak tekst nie
dawał żadnych wskazówek. Najwyraźniej była to kwestia, o której Lisbeth
Salander i Palmgren dyskutowali, lecz nie została spisana. W dodatku
zapiski o Całym Złu znajdowały się na końcu tej długiej dokumentacji.
Możliwe, że Palmgren po prostu nie zdążył zrobić porządnych notatek,
gdyż dostał wylewu.
Skierowało to myśli Bjurmana w innym kierunku. Holger Palmgren był
kuratorem Lisbeth Salander, odkąd skończyła trzynaście lat, a od jej
osiemnastych urodzin opiekunem prawnym. Innymi słowy, Palmgren był przy
niej krótko po tym, jak wydarzyło się Całe Zło i umieszczono ją na
oddziale psychiatrii dziecięcej. Tak więc z dużym prawdopodobieństwem
wiedział, co się stało.
Bjurman wrócił do archiwum Komisji Nadzoru Kuratorskiego. Tym razem nie
prosił o akta dotyczące Lisbeth Salander, lecz o dokumenty opisujące
zakres obowiązków Palmgrena w decyzji podjętej przez Ośrodek Pomocy
Społecznej. Otrzymał dokumentację, która na pierwszy rzut oka wydała się
bezwartościowa. Dwie strony zwięzłych informacji. Matka Lisbeth Salander
nie była już zdolna do sprawowania opieki nad swoimi córkami. Ze względu
na szczególne okoliczności siostry należało rozdzielić. Camillę Salander
opieka społeczna umieściła w rodzinie zastępczej. Lisbeth Salander - w dziecięcej klinice psychiatrycznej św. Stefana. Nie brano pod uwagę
innych możliwości.
Dlaczego? Istniało jedynie zagadkowe sformułowanie: "W związku z wydarzeniami 910312 Ośrodek Pomocy Społecznej podjął decyzję o...".
Następnie znów odwołanie do numeru owego tajemniczego, utajnionego
dochodzenia. Jednak tym razem pojawia się kolejny szczegół - nazwisko
policjanta, który je prowadził.
Mecenas Nils Bjurman wpatrywał się w nie zdumiony. Znał je. Bardzo
dobrze je znał.
Stawiało to sprawy w nowym świetle.
Następne dwa miesiące zajęło mu zdobycie akt dochodzenia zupełnie innymi
drogami - czterdzieści siedem stron formatu A4 krótkiego i treściwego
raportu oraz ponad sześćdziesiąt stron notatek dołączanych w ciągu
sześciu lat.
Początkowo nie rozumiał związku.
Później znalazł zdjęcia zrobione przez lekarzy sądowych i ponownie
sprawdził nazwisko.
Mój Boże... to nie może być prawda.
Nagle uświadomił sobie, dlaczego sprawa została utajniona. Bingo.
Gdy potem, linijka po linijce, uważnie czytał raport z dochodzenia,
zrozumiał, że na tym świecie jest jeszcze jeden człowiek, który ma
powód, by nienawidzić Lisbeth Salander równie zawzięcie jak on.
Bjurman nie był jedyny.
Miał sprzymierzeńca. Najbardziej nieprawdopodobnego sprzymierzeńca,
jakiego tylko mógł sobie wyobrazić.
Powoli zaczął nakreślać plan.
Nils Bjurman wyrwał się ze swoich rozmyślań, gdy na jego stolik w Café
Hedon padł cień. Podniósł wzrok i zobaczył jasnowłosego... olbrzyma, bo
tak go ostatecznie nazwał. Na ułamek sekundy aż się cofnął, zaraz jednak
odzyskał panowanie nad sobą.
Mężczyzna, który mu się przyglądał, miał ponad dwa metry wzrostu i był
potężnie zbudowany. Nadzwyczaj potężnie. Bez wątpienia kulturysta.
Bjurman nie mógł się dopatrzyć ani grama tłuszczu albo zwiotczenia.
Ogólnie rzecz biorąc, olbrzym sprawiał wrażenie zatrważająco silnego.
Miał jasne włosy wystrzyżone po bokach i krótką grzywkę. Owalna twarz o zadziwiająco łagodnym wyrazie zdawała się niemal dziecinna. Natomiast w jego lodowato błękitnych oczach nie dostrzegało się tej łagodności. Był
ubrany w krótką czarną skórzaną kurtkę, niebieską koszulę, czarny krawat
i czarne spodnie. Nawet jak na swój wzrost ręce miał ogromne.
- Mecenas Bjurman?
Mówił z wyraźnym akcentem, ale jego głos był tak zadziwiająco wysoki, że
Bjurman na sekundę niemal się uśmiechnął. Kiwnął głową.
- Otrzymaliśmy pański list.
- Kim pan jest? Chciałem rozmawiać z...
Mężczyzna o ogromnych dłoniach zignorował pytanie i usiadłszy
naprzeciwko, przerwał mu w pół zdania.
- Ale porozmawia pan ze mną. Czego pan chce?
Nils Bjurman wahał się przez chwilę. Odrazą przepełniała go myśl, że
musi się zwierzać zupełnie obcej osobie. Jednak było to konieczne.
Przypomniał sobie, że nie jest jedynym, który nienawidzi Lisbeth
Salander. Chciał znaleźć sprzymierzeńca. Ściszonym głosem zaczął
wyjaśniać swoją sprawę.
Rozdział 3
Piątek 17 grudnia - sobota 18 grudnia
Lisbeth Salander obudziła się o siódmej rano, wzięła prysznic, zeszła do
Freddy'ego McBaina z recepcji i zapytała, czy jest jakiś wolny Beach
Buggy do wynajęcia na cały dzień. Dziesięć minut później zdążyła już
zapłacić kaucję, wyregulować siedzenie i lusterko wsteczne, uruchomić na
próbę silnik i sprawdzić, czy w baku nie brakuje benzyny. Poszła do baru
i zamówiła caff? latte, kanapkę z serem i butelkę wody mineralnej na
wynos. Jedząc śniadanie, zajęła się bazgraniem liczb na serwetce i rozmyślaniem o wzorze Pierre'a de Fermata (x3 + y3 = z3).
Tuż po ósmej do baru wszedł doktor Forbes. Był świeżo ogolony, miał na
sobie ciemny garnitur, białą koszulę i niebieski krawat. Zamówił jajka,
tost, sok pomarańczowy i czarną kawę. Wpół do dziewiątej wstał i wyszedł
do czekającej na niego taksówki.
Lisbeth podążała za nim, zachowując bezpieczną odległość. Doktor Forbes
wysiadł przy Seascape, tam, gdzie zaczyna się The Carenage, i ruszył bez
pośpiechu wzdłuż brzegu. Minęła go, zaparkowała przy środku promenady i czekała cierpliwie, aż doktor Forbes przejdzie obok, a wtedy ruszyła za
nim.
O pierwszej Lisbeth była zlana potem i miała spuchnięte stopy. Cztery
godziny wędrowała w górę i w dół ulicami Saint George's. Szła niezbyt
szybko, lecz nie zatrzymując się, a liczne strome podejścia nadwyrężyły
jej mięśnie. Podziwiając energię Forbesa, dopiła ostatnie krople wody
mineralnej. Właśnie zaczęła się zastanawiać, czy nie porzucić całego
przedsięwzięcia, gdy Forbes nagle skierował się ku The Turtleback.
Odczekała dziesięć minut, po czym weszła do restauracji i usadowiła się
na tarasie. Siedzieli dokładnie na tych samych miejscach co poprzedniego
dnia, a on, tak jak wtedy, pił coca-colę i gapił się na wody zatoki.
Forbes był jednym z nielicznych mężczyzn na Grenadzie noszących krawat i marynarkę. Lisbeth zauważyła, że upał zdaje się mu nie przeszkadzać.
O trzeciej Forbes wyrwał ją z rozmyślań, gdy zapłacił i wyszedł z restauracji. Pospacerował brzegiem The Carenage, a potem wskoczył do
minibusa zmierzającego do Grand Anse. Lisbeth zaparkowała pod Keys Hotel
pięć minut wcześniej, zanim i on tam dotarł. Poszła do swojego pokoju,
odkręciła zimną wodę i wyciągnęła się w wannie. Miała obolałe stopy.
Zmarszczyła czoło. Dzisiejsza wycieczka dostarczyła jej jasnych
informacji. Doktor Forbes każdego ranka wychodził z hotelu świeżo
ogolony, w rynsztunku bojowym biznesmena i z teczką. Spędzał dzień nie
inaczej, jak tylko zabijając czas. Cokolwiek robił na Grenadzie, nie
wiązało się to z planowaniem budowy nowej szkoły, jednak z jakiegoś
powodu chciał sprawiać wrażenie, że przybył na wyspę w interesach.
Po co ten teatr?
Jedyna osoba, przed którą miał powód coś ukrywać, to jego własna żona -
powinna utwierdzić się w przekonaniu, że Forbes jest za dnia ogromnie
zajęty. Ale dlaczego? Nie powiodły mu się interesy i duma nie pozwala mu
się do tego przyznać? Jego pobyt na Grenadzie ma zupełnie inny cel?
Czeka na coś albo na kogoś?
Lisbeth Salander sprawdziła pocztę - miała cztery nowe wiadomości.
Pierwsza była od Plague, wysłana dobrą godzinę po tym, jak do niego
napisała. Mail był zaszyfrowany i zawierał dwa słowa: "żyjesz jeszcze?".
Plague nigdy nie przepadał za pisaniem długich maili. Zresztą Lisbeth
też nie.
Dwie kolejne wiadomości zostały wysłane około drugiej nad ranem. Jedna
była od Plague, który przekazywał jej zaszyfrowaną informację, że
znajomy z sieci o nicku Bilbo, który akurat mieszka w Teksasie,
zareagował na jej pytanie. Plague załączył adres Bilbo i klucz PGP.
Kilka minut później użytkownik Bilbo napisał do niej z adresu na
hotmailu. Zwięzła wiadomość zawierała jedynie informację, że Bilbo
zamierza przekazać jej dane o doktorze Forbesie w ciągu najbliższej
doby.
Czwarty mail, wysłany późnym popołudniem, był również od Bilbo. Zawierał
zaszyfrowany numer konta bankowego i adres FTP. Lisbeth wpisała adres i znalazła tam zzipowany folder o rozmiarze 390 kB, który zapisała i rozpakowała. Składały się na niego cztery zdjęcia o niskiej
rozdzielczości w formacie jpg i pięć dokumentów w Wordzie.
Dwa zdjęcia to portrety doktora Forbesa, jedno zrobione na premierze
teatralnej przedstawiało Forbesa i jego żonę, a na ostatnim Forbes stał
na mównicy w kościele.
Pierwszy z dokumentów miał jedenaście stron - był to raport Bilbo. Drugi
to osiem stron tekstu ściągniętego z internetu. Dwa kolejne dokumenty to
wycinki z lokalnej gazety "Austin American-Statesman", zeskanowane z użyciem funkcji OCR, a ostatni to informacje o zgromadzeniu doktora
Forbesa - The Presbyterian Church of Austin South.
Oprócz tego, że Lisbeth Salander znała na pamięć Trzecią Księgę
Mojżeszową - rok wcześniej miała powód, by studiować biblijne prawo
karne - jej wiedza o historii religii była skromna. Miała słabe pojęcie,
na czym polega różnica między judaizmem, prezbiterianizmem a katolicyzmem, poza jednym - że świątynia żydowska to synagoga. Przez
krótką chwilę obawiała się, iż będzie zmuszona zgłębiać szczegóły
teologiczne. Później zdała sobie sprawę, że ma w nosie, do jakiego
zgromadzenia należy doktor Forbes.
Doktor Richard Forbes, czasem nazywany też wielebnym Richardem Forbesem,
miał czterdzieści dwa lata. Według prezentacji na stronie internetowej
Kościół Austin South zatrudniał siedem osób. Listę otwierał wielebny
Duncan Clegg, co sugerowało, że w kwestiach teologicznych był czołową
postacią tego Kościoła. Zdjęcie ukazywało energicznego faceta o bujnych
siwych włosach i wypielęgnowanej siwej brodzie.
Richard Forbes był trzeci na liście i odpowiadał za nauczanie. Przy jego
nazwisku w nawiasie widniał również napis "Holy Water Foundation".
Lisbeth przeczytała wstęp do przesłania Kościoła.
"Modlitwą i dziękczynieniem będziemy służyć społeczności Austin South,
ofiarujemy stabilność, teologię i niosącą nadzieję ideologię - wartości,
których broni Kościół Prezbiteriański Ameryki. Jako słudzy Chrystusa
dajemy schronienie ludziom w potrzebie oraz obietnicę pokuty poprzez
modlitwę i baptystyczne błogosławieństwo. Cieszmy się miłością Boga.
Nasz obowiązek to obalać mury dzielące ludzi i usuwać przeszkody na
drodze do zrozumienia przesłania Bożej miłości".
Tuż pod tekstem widniał numer konta bankowego Kościoła i wezwanie, by
miłość do Boga wcielić w czyn.
Bilbo dostarczył znakomity krótki życiorys Richarda Forbesa. Lisbeth
mogła z niego wyczytać, że urodził się w Cedar's Bluff w Nevadzie, a zanim w wieku trzydziestu jeden lat przystąpił do Kościoła Austin South,
pracował jako farmer, biznesmen, wychowawca szkolny, korespondent
prasowy w Nowym Meksyku i menedżer chrześcijańskiego zespołu rockowego.
Z wykształcenia był rewidentem, studiował też archeologię. Bilbo nie
zdołał jednak znaleźć oficjalnego potwierdzenia tytułu doktorskiego.
W swoim zgromadzeniu Forbes poznał Geraldine Knight, jedyną córkę
ranczera Williama F. Knighta, również wpływowej postaci w Austin South.
Richard i Geraldine pobrali się w 1997 roku, po czym jego kariera w Kościele nabrała tempa. Został szefem Fundacji Santa Maria, której
zadanie polegało na "inwestowaniu pieniędzy Boga w projekty edukacyjne
dla najbardziej potrzebujących".
Forbes był dwukrotnie aresztowany. Jako dwudziestopięciolatek, w 1987
roku, został oskarżony o spowodowanie ciężkich obrażeń ciała w związku z wypadkiem samochodowym. Został uniewinniony przez sąd. Z wycinków
prasowych Lisbeth wywnioskowała, że faktycznie był niewinny. W 1995 roku
został pozwany za zdefraudowanie pieniędzy zespołu rockowego, którego
był menedżerem. I tym razem go uniewinniono.
Richard Forbes to znana postać w Austin, był członkiem komisji edukacji
we władzach miasta. Należał do demokratów, skwapliwie brał udział w imprezach charytatywnych i zbierał środki na edukację dzieci z mniej
zamożnych rodzin. Kościół Austin South w dużej mierze skupiał swoją
działalność misyjną na rodzinach hiszpańskojęzycznych.
W roku 2001 wysuwano wobec niego oskarżenia o malwersacje w związku z działalnością Fundacji Santa Maria. Według jednego z artykułów prasowych
Forbesa podejrzewano o ulokowanie w funduszach powierniczych większej
części majątku fundacji, niż dopuszczał statut. Kościół odrzucił te
oskarżenia, a w debacie, która rozgorzała po doniesieniach prasy, pastor
Clegg wyraźnie wziął stronę Forbesa. Nie postawiono formalnego zarzutu,
a kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości.
Lisbeth z zainteresowaniem i uwagą prześledziła sprawozdanie dotyczące
prywatnych finansów doktora Forbesa. Miał sześćdziesiąt tysięcy dolarów
rocznego przychodu, co należało traktować jako przyzwoitą pensję, jednak
nie posiadał żadnego majątku. W jego rodzinie za finansową stabilizację
odpowiadała Geraldine Forbes. W 2002 roku zmarł jej ojciec, a córka była
jedyną spadkobierczynią majątku wartego ponad czterdzieści milionów
dolarów. Nie mieli dzieci.
Tym samym Richard Forbes był uzależniony od swojej małżonki. Lisbeth
zmarszczyła brwi. Nie był to dobry powód, by się nad nią znęcać.
Podłączyła się do internetu i wysłała szyfrem lakoniczną wiadomość do
Bilbo z podziękowaniem za raport. Wpłaciła też pięćset dolarów na podane
przez niego konto.
Wyszła na balkon i wychyliła się przez balustradę. Słońce właśnie
zachodziło. Coraz silniejszy wiatr szarpał liście palm wzdłuż muru przy
plaży. Grenada znalazła się już w zasięgu Matyldy. Lisbeth zastosowała
się do rady Elli Carmichael i spakowała komputer, Dimensions in
Mathematics, jakieś rzeczy osobiste i ubranie na zmianę do nylonowej
torby, którą postawiła na podłodze przy łóżku. Potem zeszła do baru i zamówiła na kolację rybę i butelkę Cariba.
Jedynym wydarzeniem godnym uwagi było to, że doktor Forbes, w adidasach,
jasnej koszulce polo i krótkich spodenkach, z zaciekawieniem wypytywał
przy barze Ellę Carmichael o postępy Matyldy. Nie wydawał się
zaniepokojony. Na szyi miał krzyżyk na złotym łańcuszku, wyglądał rześko
i atrakcyjnie.
Lisbeth Salander była wyczerpana po całodziennej wędrówce po Saint
George's. Po kolacji poszła na krótki spacer, ale mocno wiało i temperatura wyraźnie spadła. Wróciła więc do swojego pokoju i już około
dziewiątej położyła się do łóżka. Wiatr szumiał za oknem. Lisbeth
zamierzała trochę poczytać, lecz natychmiast zasnęła.
Obudził ją nagle potężny łoskot. Zerknęła na zegarek. Kwadrans po
jedenastej. Wstała z łóżka i otworzyła drzwi na balkon. Uderzyły w nią
porywy wiatru tak silne, że musiała cofnąć się o krok. Wsparła się o futrynę, ostrożnie wychyliła na balkon i rozejrzała wokoło.
Kilka lamp wiszących wokół basenu kołysało się na wietrze, tworząc
dramatyczny teatr cieni na dziedzińcu. Lisbeth widziała, że obudziło się
wielu gości - stali na zewnątrz, wpatrując się w plażę. Inni trzymali
się w pobliżu baru. Spojrzawszy na północ, widziała światła Saint
George's. Chmury zakryły niebo, ale nie padało. W ciemności Lisbeth nie
mogła dostrzec morza, lecz szum fal był o wiele głośniejszy niż
zazwyczaj. Temperatura spadła jeszcze bardziej. Po raz pierwszy, odkąd
tu przyjechała, Lisbeth poczuła nagle, że drży z zimna.
Gdy tak stała na balkonie, dobiegło ją głośne walenie do drzwi. Owinęła
się prześcieradłem i otworzyła. Na twarzy Freddy'ego McBaina malowało
się napięcie.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale zdaje się, że nadchodzi huragan.
- Matylda.
- Matylda - potwierdził McBain. - Szalała dziś wieczorem w pobliżu
Tobago, otrzymaliśmy informacje o dużych spustoszeniach.
Lisbeth przywołała swoją wiedzę z geografii i meteorologii. Trynidad i Tobago leżą mniej więcej dwieście kilometrów na południowy wschód od
Grenady. Tropikalna wichura mogła bez przeszkód objąć obszar o promieniu
stu kilometrów, jej centrum będzie się przesuwać z prędkością
trzydziestu-czterdziestu kilometrów na godzinę. A to oznaczało, że
Matylda właśnie puka do drzwi Grenady. Wszystko zależało od tego, jaki
obierze kierunek.
- Nie ma bezpośredniego zagrożenia - kontynuował McBain. - Ale
ostrożności nigdy za wiele. Chciałbym, żebyś spakowała wartościowe
rzeczy do torby i zeszła ze mną do recepcji. Hotel zaprasza na kawę i kanapki.
Lisbeth posłuchała jego rady. Przemyła twarz, aby się dobudzić, włożyła
dżinsy, trapery, flanelową koszulę i zarzuciła na ramię nylonową torbę.
Już miała wyjść, ale cofnęła się, otworzyła drzwi do łazienki i zapaliła
światło. Zielonej jaszczurki nie było widać, musiała zniknąć w jakiejś
dziurze. Mądra dziewczynka.
W barze nieśpiesznie zajęła swoje stałe miejsce i patrzyła, jak Ella
Carmichael dyryguje pracownikami rozlewającymi gorące napoje do
termosów. Po chwili Ella podeszła do niej.
- Cześć. Wyglądasz, jakbyś dopiero co się obudziła.
- Zdążyłam już zasnąć. Co się dzieje?
- Czekamy. Na morzu jest silny sztorm, a z Trynidadu otrzymaliśmy
ostrzeżenie o huraganie. Jeśli sytuacja się pogorszy i Matylda przesunie
się w naszym kierunku, zejdziemy do piwnicy. Możesz nam pomóc?
- Co mam robić?
- Mamy sto sześćdziesiąt koców, trzeba je znieść do piwnicy. Jest też
masa rzeczy, które musimy pochować.
Przez jakiś czas Lisbeth pomagała znosić koce i chować donice, stoły,
krzesła i inne ruchome przedmioty znajdujące się wokół basenu. Gdy
zadowolona z jej pomocy Ella powiedziała, że już dosyć, Lisbeth podążyła
tam, gdzie mur otwierał się na plażę, i zrobiła kilka kroków w ciemność.
Morze dudniło złowieszczo, a podmuchy wiatru szarpały nią tak mocno, że
musiała z całej siły zaprzeć się nogami, aby nie stracić równowagi.
Palmy wzdłuż muru kołysały się niepokojąco.
Wróciła do hotelu, zamówiła caff? latte i usiadła przy barze. Było tuż
po północy. Wśród gości i personelu panowała atmosfera wyraźnego
niepokoju. Przy stolikach toczyły się ściszone rozmowy i wszyscy co
chwilę spoglądali na niebo. W Keys Hotel znajdowało się w sumie
trzydziestu dwóch gości i około dziesięciu osób personelu. Lisbeth nagle
zauważyła Geraldine Forbes przy stoliku niedaleko recepcji. Na jej
twarzy malowało się napięcie, w dłoni trzymała drinka. Jej męża nie było
nigdzie widać.
Gdy Lisbeth, pijąc kawę, znów zaczęła medytować nad twierdzeniem
Fermata, Freddy McBain wyszedł z biura i stanął przy recepcji.
- Proszę państwa o uwagę. Właśnie otrzymałem wiadomość, że wiatr o sile
huraganu dosięgnął Małą Martynikę. Chciałbym prosić, by wszyscy
natychmiast zeszli do piwnicy.
Freddy McBain nie pozwolił na pytania ani rozmowy i pokierował gości ku
schodom do piwnicy, znajdującym się za recepcją. Mała Martynika, która
należy do Grenady, to wysepka kilka mil morskich na północ od głównej
wyspy tego kraju. Lisbeth podsłuchała rozmowę Elli Carmichael z Freddym
McBainem.
- Jest bardzo źle?
- Nie wiem. Telefon przestał działać - odpowiedział cicho McBain.
Lisbeth zeszła do piwnicy i umieściła torbę na kocu w rogu. Zastanawiała
się chwilę, po czym idąc pod prąd, wróciła do recepcji. Złapała Ellę i spytała, czy może jeszcze w czymś pomóc. Ella z zaniepokojoną miną
potrząsnęła głową.
- Zobaczymy, co się wydarzy. Matylda to bitch.
Lisbeth zauważyła grupę pięciorga dorosłych, którzy z dziesiątką dzieci
weszli pośpiesznie do hotelu. Freddy McBain przyjął ich i skierował ku
schodom do piwnicy.
Lisbeth dopadła nagle niepokojąca myśl.
- Zakładam, że w tej chwili wszyscy uciekają do piwnicy? - zapytała
cicho.
Ella Carmichael popatrzyła na rodzinę przy schodach.
- Niestety jest to jedna z niewielu piwnic wzdłuż Grand Anse. Pewnie
jeszcze więcej osób przyjdzie szukać tu schronienia.
Lisbeth spojrzała przenikliwie na Ellę.
- Co z innymi?
- Z tymi, którzy nie mają piwnicy? - Gorzko się zaśmiała. - Kulą się ze
strachu w domach albo szukają schronienia w jakiejś chacie. Muszą zdać
się na Boską opiekę.
Lisbeth odwróciła się na pięcie, minęła recepcję i wybiegła z hotelu.
George Bland.
Słyszała, jak Ella za nią woła, ale się nie zatrzymała.
Mieszka w gównianej chacie, która zawali się przy pierwszym podmuchu
wiatru.
Jak tylko znalazła się na drodze wyjazdowej z Saint George's, zachwiała
się na wietrze. Zaczęła zawzięcie biec. Poruszała się pod wiatr, a silne
podmuchy sprawiały, że słaniała się na nogach. Prawie dziesięć minut
zajęło jej pokonanie około czterystu metrów do domu George'a Blanda. Po
drodze nie widziała żywej duszy.
Deszcz nadszedł nie wiadomo skąd, jak lodowaty prysznic z gumowego węża,
lecz w tym samym momencie Lisbeth skręciła w stronę chaty George'a i przez szparę w oknie zobaczyła blask jego lampy naftowej. W kilka sekund
była przemoczona do suchej nitki, a widoczność zmniejszyła się do kilku
metrów. Lisbeth załomotała do drzwi. George Bland otworzył i wybałuszył
oczy.
- Co tu robisz? - wrzasnął, by przekrzyczeć wiatr.
- Chodź. Musisz iść do hotelu. Tam jest piwnica.
George Bland wyglądał na zdumionego. Nagle wiatr zatrzasnął drzwi i dopiero po kilku sekundach George zdołał wypchnąć je na zewnątrz.
Lisbeth chwyciła go za koszulkę i wyciągnęła z chaty. Otarła wodę z twarzy i trzymając go za rękę, ruszyła biegiem.
Wybrali drogę wzdłuż plaży, dobre dwieście metrów krótszą od szosy,
która zataczała łuk w głąb lądu. W połowie drogi Lisbeth zdała sobie
sprawę, że to był chyba błąd. Na plaży nie mieli żadnej ochrony. Wiatr i deszcz miotały nimi tak mocno, że wiele razy musieli się zatrzymywać.
Piasek i gałęzie unosiły się w powietrzu. Dudniło straszliwie. Po
czasie, który zdawał się wiecznością, Lisbeth ujrzała wreszcie mur
hotelowy, przyspieszyła więc kroku. Gdy dotarli do bramy obiecującej
bezpieczeństwo, Lisbeth przez ramię zerknęła na plażę i stanęła jak
wryta.
Nagle przez ulewę zobaczyła na plaży dwie jasne postacie jakieś
pięćdziesiąt metrów od siebie. George Bland szarpał ją za rękę,
wciągając za bramę. Puściła jego dłoń i oparła się o mur, usiłując
skupić wzrok. Na kilka sekund straciła z oczu sylwetki majaczące w deszczu, potem całe niebo rozjaśniła błyskawica.
Już wiedziała, że to Richard i Geraldine Forbesowie. Stali mniej więcej
w tym samym miejscu, gdzie poprzedniego wieczora widziała Forbesa
chodzącego tam i z powrotem.
Gdy rozbłysła kolejna błyskawica, Lisbeth zobaczyła, że Richard Forbes
wlecze swoją żonę, a ona opiera się z całych sił.
Nagle elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Uzależnienie
finansowe. Oskarżenia o malwersacje w Austin. Jego wczorajsze nerwowe
spacery i rozmyślania na tarasie The Turtleback.
Zamierza ją zabić. Stawką w grze jest czterdzieści milionów. Huragan
to jego kamuflaż. Teraz Forbes ma swoją szansę.
Lisbeth Salander wepchnęła George'a za bramę i rozejrzawszy się,
znalazła chybotliwe krzesło - zazwyczaj siedział na nim nocny stróż -
którego nie uprzątnięto przed huraganem. Chwyciła je, roztrzaskała,
uderzając z całej siły o mur, i uzbroiła się w nogę od krzesła. Gdy
ruszyła na plażę, George Bland krzyczał za nią zdumiony.
Podmuchy wiatru niemal przewróciły ją na ziemię, ale zacisnęła zęby i krok po kroku przedzierała się naprzód. Dotarła już prawie do Forbesów,
gdy błyskawica rozświetliła plażę i Lisbeth ujrzała Geraldine na
kolanach tuż nad wodą. Forbes pochylał się nad nią, a we wzniesionej
dłoni trzymał coś, co wyglądało na żelazną rurę. Lisbeth zobaczyła, jak
jego ręka opada łukiem ku głowie żony. Kobieta przestała się szamotać.
Richard Forbes nie zdążył nawet zobaczyć Lisbeth Salander.
Noga od krzesła roztrzaskała się na jego karku, zanim padł na twarz.
Lisbeth schyliła się i chwyciła Geraldine. W zacinającym deszczu
odwróciła ją, a jej dłonie nagle zrobiły się czerwone. Geraldine miała
głęboką ranę na głowie. Była ciężka jak odlana z ołowiu i Lisbeth
zdesperowana rozglądała się dokoła, zastanawiając się, jak przenieść
kobietę pod mur hotelu. W następnej chwili pojawił się przy niej George
Bland. Krzyczał coś, ale Lisbeth nic nie rozumiała w łoskocie huraganu.
Zerknęła na Richarda Forbesa. Był odwrócony do niej plecami, ale stał
już na czworakach. Lisbeth chwyciła lewą rękę Geraldine, oparła sobie
jej ramię na karku i dała znak George'owi, by podparł jej drugie ramię.
Z wysiłkiem zaczęli wlec kobietę przez plażę.
W połowie drogi do hotelu Lisbeth była całkowicie wyczerpana, jakby
opuściły ją wszystkie siły. Jej serce biło dwa razy szybciej, nagle
poczuła, że czyjaś dłoń chwyta ją za ramię. Puściła Geraldine, odwróciła
się i kopnęła Richarda Forbesa w krocze. Osunął się na kolana. Lisbeth
zamachnęła się i kopnęła go w twarz. Spojrzawszy na George'a Blanda,
napotkała jego przerażony wzrok. Poświęciła mu pół sekundy, po czym
chwyciła Geraldine i powlokła ją dalej.
Po chwili znów odwróciła głowę. Richard Forbes szedł, zataczając się,
dziesięć kroków za nimi, ale od podmuchów wiatru chwiał się na wszystkie
strony jak pijany.
Kolejna błyskawica przecięła niebo i Lisbeth Salander wybałuszyła oczy.
Pierwszy raz poczuła paraliżujący strach.
Jakieś sto metrów za Richardem Forbesem, w wodzie, zobaczyła palec Boży.
Kadr zamrożony w blasku błyskawicy - smolistoczarny słup, który piętrzy
się, znikając gdzieś w przestworzach.
Matylda.
To niemożliwe.
Huragan - tak.
Tornado - niemożliwe.
Na Grenadzie nie występują tornada.
Trąba powietrzna na obszarze, gdzie tornada nie mogą powstawać.
Tornada nie tworzą się nad powierzchnią wody.
To pomyłka natury.
To coś niespotykanego.
To coś przyszło po mnie.
George Bland również widział tornado. Pospieszali się nawzajem, krzycząc
do siebie, choć nie mogli się usłyszeć.
Jeszcze dwadzieścia metrów do muru. Dziesięć. Lisbeth potknęła się i upadła na kolana. Pięć. Przy bramie ostatni raz zerknęła za siebie.
Zdążyła dojrzeć Richarda Forbesa, gdy coś wciągało go w wodę, jakby
niewidzialna ręka, a potem zniknął. Razem z George'em przewlokła
nieprzytomną przez bramę. Chwiejnym krokiem przeszli przez tylne
podwórze, a w odgłosach wichury Lisbeth słyszała dźwięk rozbijanych szyb
i rozdzierające skargi giętej blachy. Drewniana płyta przeleciała w powietrzu tuż przed jej nosem. W następnej sekundzie poczuła ból, gdy
coś uderzyło ją w plecy. Napór wiatru zmniejszył się, gdy dotarli do
recepcji.
Lisbeth zatrzymała George'a, chwytając go za kołnierz. Przyciągnęła jego
głowę do swoich ust i krzyknęła mu do ucha.
- Znaleźliśmy ją na plaży. Jej męża nie widzieliśmy. Zrozumiałeś?
Kiwnął głową.
Zwlekli Geraldine Forbes po schodach, Lisbeth kopnęła kilka razy w drzwi
do piwnicy. Freddy McBain otworzył i wytrzeszczył oczy. Przejął od nich
Geraldine, wciągnął oboje do środka i zamknął drzwi.
W jednej chwili huk wichury zmienił się w trzaski i hałas słyszane w tle. Lisbeth wzięła głęboki oddech.
Ella Carmichael nalała do kubka gorącą kawę i podała Lisbeth, która była
tak wycieńczona, że ledwie zdołała unieść rękę. Oparta o ścianę,
siedziała na podłodze całkiem nieruchomo. Ktoś okrył kocem ją i George'a Blanda. Lisbeth była przemoczona i mocno krwawiła z rany tuż pod rzepką
kolanową. Na jej dżinsach widniało długie na dziesięć centymetrów
rozcięcie, jednak zupełnie nie pamiętała, skąd je ma. Bez
zainteresowania patrzyła, jak Freddy McBain wraz z kilkorgiem hotelowych
gości zajmuje się Gerladine Forbes i owija jej głowę bandażem.
Usłyszawszy jakieś pojedyncze słowa, zrozumiała, że ktoś wśród obecnych
jest lekarzem. Zauważyła, że piwnica jest przepełniona i że oprócz gości
hotelowych także ludzie z zewnątrz znaleźli tu schronienie.
W końcu Freddy podszedł do Lisbeth i usiadł przed nią w kucki.
- Żyje.
Lisbeth nie odpowiedziała.
- Co się stało?
- Znaleźliśmy ją na plaży, za murem.
- Brakowało mi trzech osób, kiedy liczyłem gości w piwnicy. Ciebie i Forbesów. Ella powiedziała, że wybiegłaś jak szalona, gdy nadszedł
huragan.
- Pobiegłam po mojego przyjaciela George'a. - Lisbeth kiwnęła w stronę
swojego towarzysza. - Mieszka dalej przy drodze, w chacie, której pewnie
już nie ma.
- Głupio postąpiłaś, ale i bardzo odważnie - powiedział Freddy McBain,
spoglądając na George'a Blanda. - Widzieliście jej męża, Richarda
Forbesa?
- Nie - odpowiedziała Lisbeth, patrząc wzrokiem bez wyrazu. George Bland
zerknął na nią i potrząsnął głową.
Ella Carmichael przekrzywiła głowę i posłała Lisbeth ostre spojrzenie.
Ta popatrzyła na nią beznamiętnym wzrokiem.
Geraldine Forbes doszła do siebie około trzeciej nad ranem. Lisbeth
Salander zdążyła wcześniej zasnąć z głową opartą na ramieniu George'a.
W jakiś cudowny sposób Grenada przetrwała tę noc. Nad ranem huragan
ucichł, za to nadciągnęła najgorsza ulewa, jaką Lisbeth kiedykolwiek
przeżyła. Freddy McBain wypuścił gości z piwnicy.
Keys Hotel czekał poważny remont. Zniszczenia w jego obrębie, podobnie
jak na całej plaży, były znaczne. Bar Elli Carmichael przy basenie
zniknął zupełnie, a jedna z werand została doszczętnie zdemolowana.
Wzdłuż całej fasady wiatr pozrywał okiennice i powyginał dach na
wysuniętej części hotelu. Recepcja zmieniła się w stos rupieci.
Lisbeth chwiejnym krokiem poszła do swojego pokoju, zabierając George'a.
Prowizorycznie zasłoniła kocem pusty otwór okienny, by deszcz nie wpadał
do środka. George napotkał jej wzrok.
- Będzie mniej wyjaśniania, jeśli nie widzieliśmy jej męża - powiedziała
Lisbeth, nim zdążył o cokolwiek zapytać.
Kiwnął głową. Ściągnęła ubranie, rzuciła je na podłogę i poklepała brzeg
łóżka tuż obok siebie. George znów kiwnął głową, rozebrał się i położył
przy niej. Zasnęli niemal natychmiast.
Gdy Lisbeth obudziła się w środku dnia, słońce świeciło przez szczeliny
w chmurach. Bolał ją każdy mięsień, a kolano spuchło tak bardzo, że
trudno jej było zgiąć nogę. Wymknęła się z łóżka, stanęła pod prysznicem
i popatrzyła na zieloną jaszczurkę, która wróciła na ścianę. Lisbeth
włożyła szorty i koszulkę i, utykając, wyszła cicho z pokoju, nie budząc
George'a.
Ella Carmichael wciąż była na nogach. Wyglądała na zmęczoną, ale zdążyła
już otworzyć bar w recepcji. Lisbeth zajęła stolik przy kontuarze,
zamówiła kawę i poprosiła o kanapkę. Wyjrzała przez puste otwory okienne
obok wejścia i zobaczyła zaparkowany radiowóz. Właśnie dostała kawę, gdy
Freddy McBain wyszedł ze swego biura przy recepcji, prowadząc policjanta
w mundurze. McBain zauważył Lisbeth, powiedział coś do policjanta, po
czym podeszli do jej stolika.
- To jest posterunkowy Ferguson. Chce zadać kilka pytań.
Lisbeth skinęła grzecznie głową. Posterunkowy Ferguson wyglądał na
zmęczonego. Wyciągnął notes i długopis i zanotował nazwisko Lisbeth.
- Panno Salander, dowiedziałem się, że razem z przyjacielem znaleźliście
panią Forbes podczas huraganu wczorajszej nocy.
Lisbeth kiwnęła głową.
- Gdzie ją państwo znaleźli?
- Na plaży, tuż przy bramie - odpowiedziała. - Praktycznie niemal się o nią potknęliśmy.
Ferguson zanotował.
- Mówiła coś?
Lisbeth pokręciła głową.
- Była nieprzytomna?
Lisbeth skinęła rozsądnie.
- Miała paskudną ranę na głowie.
Znów skinęła.
- Nie wie pani, jak się zraniła?
Lisbeth potrząsnęła głową. Ferguson zdawał się odrobinę zirytowany jej
milczeniem.
- Sporo rupieci latało w powietrzu - podpowiedziała usłużnie. - Sama
prawie dostałam drewnianą płytą w łeb.
Ferguson z powagą pokiwał głową.
- Zraniła się pani w nogę? - Wskazał na jej bandaż. - Co się stało?
- Nie wiem. Zobaczyłam ranę, dopiero gdy zeszłam do piwnicy.
- Była pani z młodym mężczyzną.
- To George Bland.
- Gdzie mieszka?
- W chacie za The Coconut, kawałek w stronę lotniska. Jeśli chata wciąż
stoi, znaczy się.
Lisbeth nie pokwapiła się, by wyjaśnić, że George Bland obecnie śpi w jej łóżku piętro wyżej.
- Widzieli państwo jej męża, Richarda Forbesa?
Lisbeth potrząsnęła głową.
Posterunkowemu Fergusonowi najwyraźniej nie przychodziło na myśl kolejne
pytanie, więc zamknął notes.
- Dziękuję, panno Salander. Przypadek śmiertelny, muszę spisać raport.
- Zmarła?
- Pani Forbes? Nie, jest w szpitalu w Saint George's. Chyba może
podziękować pani i pani koledze za to, że żyje. Ale jej mąż zginął.
Znaleziono go na lotniskowym parkingu dwie godziny temu.
Dobre sześćset metrów dalej na południe.
- Był bardzo pokiereszowany - powiedział Ferguson.
- To smutne - odrzekła Lisbeth, nie okazując większego zainteresowania.
Gdy McBain i posterunkowy Ferguson się oddalili, nadeszła Ella
Carmichael i usiadła przy stoliku Lisbeth. Postawiła dwa kieliszki rumu.
Lisbeth spojrzała na nią pytającym wzrokiem.
- Po takiej nocy trzeba się czymś wzmocnić. Stawiam. Stawiam całe
śniadanie.
Popatrzyły na siebie. Następnie stuknęły się kieliszkami.
Jeszcze przez długi czas Matylda była przedmiotem badań naukowych i dociekań instytutów meteorologicznych na Karaibach i w USA. Tornada o skali Matyldy były niemal nieznane w tym regionie. Teoretycznie uważano
za niemożliwe, by tworzyły się nad powierzchnią wody. Z czasem eksperci
zgodzili się co do tego, że jakiś przedziwny układ frontów
atmosferycznych stworzył "pseudotornado" - coś, co właściwie tornadem
nie było, ale zdawało się nim być. Ekolodzy przedstawiali teorie o efekcie cieplarnianym i zakłóceniu równowagi ekologicznej.
Lisbeth Salander nie obchodziły te spory. Była pewna tego, co widziała,
i postanowiła, że w przyszłości zawsze już będzie schodzić z drogi
wszystkim siostrom Matyldy.
Wielu ludzi tej nocy zostało rannych. Na cud zakrawał fakt, że zginęła
tylko jedna osoba.
Nikt nie mógł pojąć, co zmusiło Richarda Forbesa do wyjścia w taki
huragan, pewnie brak rozsądku, jaki zwykle cechuje amerykańskich
turystów. Geraldine Forbes nie mogła pomóc tego wyjaśnić. Miała ciężki
wstrząs mózgu i bezładne wspomnienia z wydarzeń owej nocy.
Natomiast zasmucił ją fakt, że została wdową.
Rozdział 4
Poniedziałek 10 stycznia - wtorek 11 stycznia
Lisbeth Salander wylądowała na Arlandzie o wpół do siódmej rano.
Spędziła w podróży dwadzieścia sześć godzin, z czego bite dziewięć na
Grantley Adams Airport na Barbadosie. British Airways nie chciały
wypuścić samolotu, póki groźba ewentualnego ataku terrorystycznego nie
została zażegnana, a pasażer o arabskim wyglądzie zabrany na
przesłuchanie. Gdy wylądowała na Gatwick w Londynie, spóźniła się na
ostatni samolot do Szwecji i musiała długo czekać na przebukowanie
rezerwacji na następny dzień.
Lisbeth czuła się jak worek bananów, który za długo leżał na słońcu.
Miała jedynie bagaż podręczny, do którego upchnęła swojego PowerBooka,
Dimensions in Mathematics i ubranie na zmianę. Bez przeszkód przeszła
przez stanowisko Nothing to Declare przy odprawie celnej. Kiedy wyszła
na terminal autobusowy, powitała ją śnieżna chlapa przy temperaturze
zero stopni.
Przez krótką chwilę się zawahała. Całe życie musiała wybierać najtańszą
możliwość i wciąż trudno było jej się przyzwyczaić do myśli, że
dysponuje prawie trzema miliardami koron, które ukradła, łącząc
internetowy przekręt ze starym dobrym oszustwem. Po kilku minutach
machnęła ręką na zasady i przywołała taksówkę. Podała adres przy
Lundagatan i niemal natychmiast zasnęła na tylnym siedzeniu.
Dopiero gdy samochód zatrzymał się na Lundagatan, a taksówkarz
szturchnął Lisbeth, zdała sobie sprawę, że podała mu zły adres.
Poprosiła, by jechał dalej na Götgatsbacken. Dała porządny napiwek w dolarach i zaklęła, postawiwszy stopę w kałuży. Miała na sobie dżinsy,
T-shirt i lekką kurtkę. Na nogach sandały i cienkie, krótkie skarpetki.
Dowlokła się do 7-Eleven, gdzie kupiła szampon, pastę do zębów, mydło,
kefir, mleko, żółty ser, jajka, chleb, mrożone bułki cynamonowe, kawę,
herbatę ekspresową Lipton, ogórki konserwowe, jabłka, duże opakowanie
Billy's Pan Pizzy i karton marlboro light. Zapłaciła kartą Visa.
Gdy wyszła na ulicę, znów zawahała się, którą drogę obrać. Mogła pójść w górę Svartensgatan albo też Hökens gata, kawałek w dół ku Slussen. Wybór
Hökens gata miał tę wadę, że musiałaby przejść obok wejścia do redakcji
"Millennium", a tym samym zaryzykować, iż natknie się na Mikaela
Blomkvista. W końcu postanowiła, że nie będzie chodzić okrężnymi
drogami, aby go unikać. Poszła więc spacerem ku Slussen, choć właściwie
była to dłuższa droga, i skręciła w prawo przez Hökens gata w górę do
placu Mosebacke. Przeszła na ukos przy pomniku Sióstr pod teatrem Södra
i wspięła się po schodach na Fiskargatan. Zatrzymała się i popatrzyła z zadumą na budynek. Nie bardzo czuła się tu "jak w domu".
Lisbeth rozejrzała się. To odosobniony zakątek w samym środku dzielnicy
Södermalm. Nie było tamtędy przejazdu, co doskonale jej odpowiadało.
Łatwo dało się obserwować, kto się kręci po okolicy. Latem pewnie była
to popularna trasa spacerowa, lecz zimą przechodziły tędy jedynie osoby
mające coś do załatwienia w pobliżu. Ani żywej duszy - nikogo, kogo
Lisbeth by rozpoznała i kto tym samym mógłby ją rozpoznać. Postawiła
siatkę w śniegowej brei, żeby wyszperać klucz. Wjechała na najwyższe
piętro i otworzyła drzwi z wizytówką V. Kulla.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie Lisbeth zrobiła, gdy nagle weszła w posiadanie ogromnej sumy pieniędzy i tym samym stała się finansowo
niezależna do końca życia (albo tak długo, na ile mogą wystarczyć
niecałe trzy miliardy koron), było znalezienie nowego mieszkania. Kupno
mieszkania było dla niej nowym doświadczeniem. Nigdy wcześniej nie
inwestowała pieniędzy w nic bardziej wartościowego niż przedmioty
codziennego użytku, za które mogła zapłacić przy zakupie albo w rozsądnych ratach. Dotychczas najpokaźniejsze wydatki w jej budżecie to
różnego rodzaju komputery i lekki motocykl kawasaki. Kupiła go za siedem
tysięcy koron - właściwie za bezcen. Do tego jeszcze części zapasowe za
mniej więcej tyle samo. Poświęciła wiele miesięcy, aby własnoręcznie
rozkręcić maszynę i doprowadzić ją do porządku. Chciała mieć samochód,
ale nie zdecydowała się na kupno, bo nie bardzo wiedziała, jak wtedy
zwiąże koniec z końcem.
Miała świadomość, że zakup mieszkania to odrobinę większe
przedsięwzięcie. Zaczęła od czytania ogłoszeń w internetowym wydaniu
dziennika "Dagens Nyheter", co, jak odkryła, było odrębną dziedziną
wiedzy.
"2pok z kuch + jadalnia, pięknie położ. przy stacji Södra, licytac. od
2,7mln. Czynsz 5510/mies".
"3pok z kuch, widok na park, Högalid, 2,9mln".
"2,5pok z kuch, 47mkw, łazienka remont, 1998 wymiana rur, Gotlandsgatan,
1,8mln, czynsz/mies 2200".
Podrapała się w głowę i zadzwoniła na chybił trafił pod kilka numerów,
nie wiedząc jednak, o co pytać. Wkrótce poczuła się tak głupio, że
przerwała te próby. Za to pierwszej niedzieli stycznia wybrała się
obejrzeć dwa mieszkania. Jedno z nich znajdowało się przy Vindragarvägen
na Reimersholme, a drugie na Heleneborgsgatan przy Hornstull. Pierwsze
było jasnym czteropokojowym mieszkaniem w wieżowcu z widokiem na wyspy
L?ngholmen i Essingen. Tam Lisbeth mogłoby się podobać. Mieszkanie na
Heleneborgsgatan okazało się norą z widokiem na sąsiedni budynek.
Problem w tym, że właściwie nie wiedziała, gdzie chce mieszkać, jak jej
mieszkanie powinno wyglądać i jakie powinna mieć wobec niego wymagania.
Nigdy wcześniej nie brała pod uwagę innej możliwości niż te czterdzieści
siedem metrów kwadratowych na Lundagatan, gdzie spędziła swoje
dzieciństwo i które dzięki ówczesnemu opiekunowi prawnemu Holgerowi
Palmgrenowi uzyskała na własność, gdy ukończyła osiemnaście lat. Usiadła
na zmechaconej sofie w pomieszczeniu będącym jednocześnie pokojem
dziennym i gabinetem i zaczęła się zastanawiać.
Mieszkanie na Lundagatan było położone od podwórza, ciasne i nieprzytulne. Z sypialni miała widok na wyjście przeciwpożarowe na
szczytowej ścianie budynku, z kuchni - na tyły domu stojącego od ulicy i piwnicę. Z pokoju dziennego widziała latarnię i kilka gałęzi brzozy.
Pierwszy warunek będzie więc taki, by z jej nowego mieszkania roztaczał
się ładny widok.
Nie miała balkonu i zawsze zazdrościła bardziej zamożnym sąsiadom
mieszkającym na wyższych piętrach, którzy spędzali ciepłe letnie dni
przy zimnym piwie pod balkonową markizą. Drugi warunek będzie taki, by
jej nowe mieszkanie miało balkon.
Jak powinno wyglądać? Pomyślała o mieszkaniu Mikaela Blomkvista -
sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych jako jeden duży pokój na
przerobionym strychu przy Bellmansgatan, z widokiem na ratusz i Slussen.
Dobrze się tam czuła. Chciała mieć przytulne mieszkanie, łatwe w umeblowaniu i utrzymaniu. To trzeci punkt na liście jej wymagań.
Latami mieszkała w ciasnocie. Ponad dziesięciometrowa kuchnia mieściła
stolik i dwa krzesła. Pokój dzienny miał dwadzieścia metrów. Sypialnia -
dwanaście. Jej czwarty warunek, to aby jej nowe mieszkanie było
przestronne, z wieloma szafami na ubrania. Chciała mieć prawdziwy
gabinet i dużą sypialnię, w której mogłaby się wygodnie rozłożyć.
Jej łazienka to klitka bez okien, z kwadratowym szarym gresem na
podłodze, niepraktyczną wanną do siedzenia i plastikową tapetą, która,
ile by nie szorować, nigdy nie była naprawdę czysta. Lisbeth chciała
mieć kafelki i dużą wannę. Chciała mieć pralkę w mieszkaniu, a nie we
wspólnej pralni w jakiejś zatęchłej piwnicy. Chciała, żeby w łazience
pachniało świeżością i chciała móc ją wietrzyć.
Potem odpaliła komputer i poszukała pośredników. Następnego ranka wstała
wcześnie i odwiedziła Nobelmäklarna, firmę pośredniczącą w handlu
nieruchomościami, która według niektórych cieszy się największym
uznaniem w Sztokholmie. Włożyła wytarte czarne dżinsy, trapery i czarną
skórzaną kurtkę. Podeszła do kontuaru i z roztargnieniem patrzyła na
trzydziestopięcioletnią blondynkę, która właśnie zalogowała się na
stronie firmy i zaczęła umieszczać na niej zdjęcia mieszkań. Wreszcie do
Lisbeth podszedł mężczyzna około czterdziestki, krągły i o rzadkich
rudych włosach. Zapytała o dostępne oferty. Przyglądał się jej zdumiony
przez krótką chwilę, a następnie przybrał rozbawiony, rubaszny ton.
- No tak, młoda damo, a rodzice wiedzą, że zamierzasz wyprowadzić się z domu?
Lisbeth Salander w ciszy patrzyła na niego zimnym wzrokiem, póki nie
przestał się podśmiewać.
- Potrzebuję mieszkania - wyraziła się jaśniej.
Mężczyzna chrząknął i zerknął na swojego kolegę.
- Rozumiem. Myślałaś już o czymś konkretnym?
- Chcę mieszkanie na Södermalmie. Musi mieć balkon i widok na wodę, co
najmniej cztery pokoje i widną łazienkę z miejscem na pralkę. Oprócz
tego zamykane pomieszczenie, gdzie mogłabym trzymać motocykl.
Kobieta przy komputerze przerwała pracę i zaciekawiona odwróciła głowę,
by przyjrzeć się Lisbeth.
- Motocykl? - zapytał łysawy mężczyzna.
Lisbeth Salander przytaknęła.
- A można spytać... eee, jak się nazywasz?
Lisbeth przedstawiła się. Zapytała mężczyznę, jak on się nazywa, a ten
przedstawił się jako Joakim Persson.
- No więc mieszkanie własnościowe w Sztokholmie trochę jednak kosztuje...
Lisbeth nie odpowiedziała. Pytała przecież, jakie mieszkania są w ofercie, natomiast informacja, że to trochę kosztuje, była zbędna i bez
znaczenia.
- Czym się zajmujesz?
Lisbeth zastanawiała się chwilę. Formalnie miała swoją firmę. W praktyce
pracowała jedynie dla Milton Security, ale przez ostatni rok robiła to
bardzo nieregularnie, a od trzech miesięcy nie wykonała dla nich żadnego
zlecenia.
- Obecnie niczym konkretnym - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Ach nie... zakładam, że chodzisz do szkoły.
- Nie, nie chodzę do szkoły.
Joakim Persson obszedł kontuar, przyjaźnie położył rękę na ramieniu
Lisbeth i ostrożnie poprowadził ją do drzwi wyjściowych.
- No więc, młoda damo, zapraszamy serdecznie za kilka lat, ale przynieś
wtedy trochę więcej pieniędzy niż to, co masz w śwince-skarbonce.
Rozumiesz chyba, że kieszonkowe ci raczej nie wystarczy.
Uszczypnął ją dobrodusznie w policzek.
- Wróć koniecznie, to z pewnością i dla ciebie znajdziemy mały kącik.
Lisbeth Salander kilka minut stała na ulicy pod siedzibą Nobelmäklarna.
Myślała, jak zareagowałby Joakim Persson, gdyby tak wrzucić mu koktajl
Mołotowa przez witrynę. Potem wróciła do domu i włączyła PowerBooka.
Dziesięć minut zajęło jej włamanie się do wewnętrznej sieci
Nobelmäklarna za pomocą haseł, które - jak Lisbeth mimochodem zauważyła
- kobieta przy stanowisku wklepała do komputera przed umieszczeniem
zdjęć w internecie. Po jakichś trzech minutach stwierdziła, że komputer,
przy którym pracowała kobieta, był również serwerem tej firmy - czy
można być aż tak tępym? - a w ciągu trzech kolejnych uzyskała dostęp
do wszystkich czternastu komputerów podłączonych do sieci. W ciągu około
dwóch godzin zdążyła przejrzeć księgowość Joakima Perssona i odkryła, że
przez ostatnie dwa lata zataił przed fiskusem niemal siedemset
pięćdziesiąt tysięcy koron zarobionych na czarno.
Ściągnęła wszystkie potrzebne pliki i przesłała je mailem do urzędu
skarbowego z anonimowego konta na serwerze w USA. Następnie wyrzuciła
Joakima Perssona ze swoich myśli.
Przez resztę dnia przeglądała oferty Nobelmäklarna o najwyższych cenach.
Najdroższy był nieduży zamek pod Mariefred, gdzie nie miała
najmniejszego zamiaru się osiedlać. Z przekory wybrała wspaniałe
mieszkanie przy Mosebacke, które pod względem ceny plasowało się na
drugim miejscu.
Dłuższą chwilę poświęciła na oglądanie zdjęć i planów mieszkania. W końcu stwierdziła, że mieszkanie przy Mosebacke spełnia wszystkie jej
warunki. Wcześniej było własnością jednego z dyrektorów ABB, który
usunął się w cień po tym, jak, gwarantując sobie rozgłos i krytykę,
postarał się o odprawę w kwocie około miliarda koron.
Wieczorem zadzwoniła do Jeremy'ego MacMillana, wspólnika w kancelarii
adwokackiej MacMillan&Marks na Gibraltarze. Już wcześniej robiła z nim interesy. Za hojnym wynagrodzeniem pozakładał firmy krzaki
figurujące jako właściciele kont, na których Lisbeth zdeponowała majątek
ukradziony rok wcześniej finansiście Hansowi-Erikowi Wennerströmowi.
Znów skorzystała z usług MacMillana. Tym razem poinstruowała go, by jako
przedstawiciel jej firmy, Wasp Enterprises, rozpoczął negocjacje z Nobelmäklarna w sprawie nabycia upragnionego mieszkania przy Fiskargatan
w pobliżu Mosebacke. Negocjacje trwały cztery dni, a na widok sumy, na
jakiej ostatecznie stanęło, Lisbeth aż uniosła brwi. Plus pięć procent
wynagrodzenia dla MacMillana. Przed końcem tygodnia przeniosła dwa
kartony ubrań, pościel, materac i trochę drobiazgów do wyposażenia
kuchni. Ponad trzy tygodnie spała na materacu i w tym czasie
posprawdzała kliniki chirurgii plastycznej, zakończyła pewne
niewyjaśnione sprawy natury biurokratycznej (między innymi
przeprowadziła nocną rozmowę z niejakim Nilsem Bjurmanen) oraz
uregulowała z góry bieżące opłaty.
Następnie zarezerwowała bilety na podróż do kliniki we Włoszech. Po
zakończeniu terapii i wypisaniu ze szpitala siedziała w pokoju hotelowym
w Rzymie i rozmyślała, co dalej robić. Powinna wrócić do Szwecji i wziąć
się za swoje życie, jednak z wielu powodów nie miała ochoty nawet myśleć
o Sztokholmie.
Nie miała konkretnego zawodu. Nie widziała dla siebie przyszłości w Milton Security. Jednak nie była to wina Dragana Armanskiego. On
chciałby pewnie, żeby Lisbeth pracowała na etacie jako sprawny trybik w jego firmie, jednak w wieku dwudziestu pięciu lat nie miała
wykształcenia, a skończywszy pięćdziesiątkę, nie chciała odkryć, iż
nadal chałturzy, szukając danych o łobuzach z dyrektorskiego światka.
Było to zabawne hobby, lecz nie powołanie życiowe.
Inny powód tego, że ociągała się z powrotem do Sztokholmu, to Mikael
Blomkvist. Bez wątpienia narażałaby się na ryzyko przypadkowego
spotkania - Pieprzony Kalle Blomkvist - a w chwili obecnej to
ostatnia rzecz, jakiej pragnęła. Zranił ją. Musiała szczerze przyznać,
iż nie było to jego zamiarem. Zachował się w porządku. To jej wina, że
się w nim "zakochała". Już samo słowo nie pasowało do postrzelonej
kozy Lisbeth Salander.
Mikael Blomkvist był znanym kobieciarzem. A ona - w najlepszym razie
zabawką, nad którą zlitował się w chwili słabości, gdy niczego innego
nie miał pod ręką, a którą szybko porzucił na rzecz bardziej
rozrywkowego towarzystwa. Przeklinała się za to, że opuściła gardę i pozwoliła się zranić do żywego.
Gdy się opamiętała, zerwała z nim wszelkie kontakty. Nie było to łatwe,
ale się zawzięła. Kiedy ostatni raz go widziała, stała na peronie stacji
metra Stare Miasto, a on siedział w wagonie pociągu do centrum.
Obserwowała go przez całą minutę i postanowiła, że nie ma już w sobie
ani odrobiny uczucia, bo inaczej musiałaby wykrwawić się na śmierć.
Fuck you. On dostrzegł ją w tym samym momencie, gdy zatrzasnęły się
drzwi, i zdążył popatrzeć na nią badawczym wzrokiem, nim odwróciła się
na pięcie i odeszła, a pociąg ruszył.
Nie pojmowała, dlaczego nadal tak uparcie starał się, by pozostać z nią
w kontakcie, jakby stanowiła dla niego jakiś pieprzony projekt
społeczny. Irytowało ją, że był taki niedomyślny. Za każdym razem, gdy
przysyłał jej maila, musiała walczyć ze sobą, by go usunąć bez czytania.
Sztokholm nie wydawał jej się ani odrobinę atrakcyjny. Oprócz ludzi z Milton Security, jakichś łóżkowych partnerów, odstawionych na bok, i dziewczyn z nieistniejącego zespołu rockowego Evil Fingers nie znała już
chyba nikogo w swoim rodzinnym mieście.
Jedyna osoba, którą w pewien sposób szanowała, to Dragan Armanski.
Trudno jej było określić, jakie żywiła wobec niego uczucia. Delikatne
zdziwienie budził w niej zawsze fakt, że trochę ją pociągał. Gdyby nie
był tak oczywiście żonaty, tak oczywiście starszy i tak oczywiście
konserwatywny w swoim podejściu do życia, mogłaby nawet pomyśleć o tym,
by go poderwać.
W końcu wyjęła kalendarz i otworzyła go na części z mapami. Nigdy nie
była w Australii ani w Afryce. Czytała o piramidach i Angkor Wat, ale
nigdy ich nie widziała. Nigdy nie płynęła linią Star Ferry między Koulun
a Victorią w Hongkongu. Nigdy też nie nurkowała na Karaibach ani nie
siedziała na plaży w Tajlandii. Z wyjątkiem nielicznych krótkich podróży
służbowych, gdy kilkakrotnie odwiedziła kraje nadbałtyckie i skandynawskich sąsiadów oraz oczywiście Zurych i Londyn, nigdy nie
wyjeżdżała ze Szwecji. Tak właściwie to rzadko wyjeżdżała z samego
Sztokholmu.
Nigdy nie było jej na to stać.
Podeszła do okna i wyjrzała na via Garibaldi. Rzym to miasto, które
wygląda jak zbiorowisko ruin. Potem podjęła decyzję. Włożyła kurtkę,
zeszła do recepcji i zapytała, czy w pobliżu jest jakieś biuro podróży.
Zarezerwowała bilet w jedną stronę do Tel Awiwu i kilka kolejnych dni
spędziła na spacerach po jerozolimskim Starym Mieście, oglądając meczet
Al-Aksa i Ścianę Płaczu i podejrzliwie zerkając na uzbrojonych żołnierzy
na rogach ulic. Następnie wyruszyła do Bangkoku i do końca roku
podróżowała.
Musiała załatwić jeszcze tylko jedno. Dwa razy poleciała na Gibraltar.
Pierwszy raz, by zrobić dokładny wywiad na temat człowieka, któremu
zamierzała powierzyć zarządzanie swoimi pieniędzmi. Drugi raz -
dopilnować, by dobrze się sprawował.
Czuła się obco, przekręcając klucz w zamku drzwi swojego mieszkania na
Fiskargatan po tak długim czasie.
Postawiła w przedpokoju siatkę i torbę i wystukała czterocyfrowy kod
wyłączający alarm. Następnie ściągnęła mokre ubranie i rzuciła je na
podłogę. Naga poszła do kuchni, włączyła lodówkę i włożyła do niej
jedzenie, po czym kolejne dziesięć minut spędziła pod prysznicem w łazience. Zjadła posiłek złożony z pokrojonego jabłka i całej Billy's
Pan Pizzy, odgrzanej w mikrofalówce. Otworzyła jeden z kartonów i znalazła poduszkę, prześcieradło i koc, który pachniał dość podejrzanie,
przeleżawszy tu cały rok. Pościeliła materac w pokoju przy kuchni.
Zasnęła w ciągu dziesięciu sekund, ledwie przyłożyła głowę do poduszki,
i spała niemal dwanaście godzin, prawie do północy. Wstała, nastawiła
ekspres do kawy, okryła się kocem i usiadła z poduszką i papierosem we
wnęce okiennej, skąd patrzyła na wyspę Djurg?rden i wody Saltsjön.
Fascynowały ją światła. Siedziała tak w ciemności, rozmyślając nad swoim
życiem.
Następnego dnia Lisbeth Salander miała bardzo napięty rozkład zajęć. O siódmej rano zamknęła za sobą drzwi do mieszkania. Zanim zeszła po
schodach, otworzyła okno na klatce i zawiesiła zapasowy klucz na cienkim
miedzianym drucie, który wcześniej przymocowała pod rynną. Z doświadczenia wiedziała, jak korzystny jest ciągły i wygodny dostęp do
zapasowego klucza.
W powietrzu czuć było lodowaty chłód. Lisbeth miała na sobie stare,
wytarte dżinsy z rozdarciem pod tylną kieszenią, spod którego wystawały
niebieskie majtki. Do tego włożyła T-shirt i ciepły sweter z nadprutym
golfem. Znalazła jeszcze swoją starą zniszczoną skórzaną kurtkę z ćwiekami na ramionach. Stwierdziła, że powinna oddać ją do krawca, by
naprawić porozrywaną i niemal nieistniejącą już podszewkę kieszeni.
Miała grube skarpetki i trapery. Ogólnie rzecz biorąc, było jej całkiem
ciepło.
Przeszła spacerem ulicę S:t Paulsgatan do Zinkensdamm i dalej pod górę w kierunku swojego dawnego mieszkania na Lundagatan. Na miejscu najpierw
sprawdziła, czy jej kawasaki nadal stoi w piwnicy. Pogładziła siodełko,
po czym udała się do starego mieszkania; żeby wejść, musiała pokonać
potężny stos broszur reklamowych.
Nie była pewna, co zrobić z mieszkaniem. Zanim rok wcześniej wyjechała
ze Szwecji, najprostszym rozwiązaniem okazały się stałe zlecenia
płatności bieżących rachunków. Wciąż miała tam meble, z trudem zbierane
w najróżniejszych śmietnikach, obtłuczone kubki, dwa stare komputery i sporo papierów. Jednak nic, co przedstawiałoby jakąś wartość.
Przyniosła z kuchni czarny worek na śmieci i przez pięć minut oddzielała
pocztę od reklam. Większa część papierów od razu wylądowała w worku.
Lisbeth dostała niewiele listów na swoje nazwisko - okazały się
wyciągami z konta, PIT-ami z Milton Security i różnego rodzaju
kryptoreklamą. Zaletą posiadania opiekuna prawnego było to, że nigdy nie
musiała nawet oglądać deklaracji podatkowych. Poza tym przez cały rok
uzbierały się tylko trzy przesyłki.
Pierwsza była od Grety Molander, która sprawowała kuratelę nad matką
Lisbeth. List zawierał zwięzłą informację, że sporządzono inwentarz
spadku po śmierci pani Salander oraz że Lisbeth Salander i jej siostra
Camilla Salander otrzymały po dziewięć tysięcy trzysta dwanaście koron.
Wymieniona wyżej suma została wpłacona na konto panny Salander; czy
mogłaby potwierdzić otrzymanie niniejszej kwoty. Lisbeth schowała list
do wewnętrznej kieszeni kurtki.
Drugi list był od pani Mikaelsson, dyrektorki domu opieki w Äppelviken,
która uprzejmie przypominała jej, iż wciąż przechowują karton z rzeczami
jej mamy - czy Lisbeth Salander byłaby uprzejma skontaktować się z Äppelviken i udzielić instrukcji co do dalszego postępowania z odziedziczonym przez nią mieniem. Kończyła uwagą, że jeśli nie otrzymają
jakichkolwiek wiadomości od Lisbeth albo jej siostry (której adresu nie
miała) przed końcem roku, owe rzeczy zostaną wyrzucone. Lisbeth
popatrzyła na nagłówek listu - nosił datę czerwcową - i wzięła do ręki
komórkę. Po dwóch minutach ustaliła, że jeszcze nie wyrzucili kartonu.
Przeprosiła, że nie odezwała się wcześniej, i obiecała odebrać rzeczy
następnego dnia.
Ostatni list był od Mikaela Blomkvista. Zastanawiała się chwilę, po czym
postanowiła bez otwierania wyrzucić go do śmieci.
Zapakowała do kartonu kilka przedmiotów i jakieś drobiazgi, które
chciała zatrzymać, i wzięła taksówkę z powrotem na Mosebacke. Umalowała
się, założyła okulary i blond perukę do ramion, a do torebki schowała
norweski paszport na nazwisko Irene Nesser. Obejrzała się w lustrze i stwierdziła, że Irene Nesser bardzo przypomina Lisbeth Salander, jest
jednak innym człowiekiem.
Po szybkim lunchu składającym się z bagietki z serem brie i caff? latte
w Café Eden na Götgatan poszła spacerkiem do wypożyczalni samochodów
przy Ringvägen, gdzie jako Irene Nesser wypożyczyła nissana micrę.
Pojechała do Ikei w centrum handlowym Kungens Kurva i spędziła tam trzy
godziny, przeglądając cały asortyment i notując numery towarów, których
potrzebowała. Podejmowała szybkie decyzje.
Kupiła dwie sofy, model Karlanda z piaskowym obiciem, pięć foteli Poäng
o sprężystej ramie, dwa okrągłe stoliki do kawy z lakierowanej brzozy,
ławę Svansbo i kilka nietypowych stolików z serii Lack. W dziale z półkami na książki i systemami przechowywania zamówiła dwa komplety Ivar
i dwa regały Bonde, stolik pod telewizor i regał z drzwiczkami, model
Magiker. Do tego dołożyła trzydrzwiową garderobę Pax Nexus i dwie małe
komody Malm.
Dłuższą chwilę poświęciła na wybór łóżka, wreszcie zdecydowała się na
ramę Hemnes z materacem i dodatkami. Na wszelki wypadek kupiła też łóżko
Lillehammer do pokoju gościnnego. Nie liczyła na to, że kiedykolwiek
będzie miała gości, ponieważ jednak posiadała pokój gościnny, mogła go
równie dobrze umeblować.
Łazienka w jej nowym mieszkaniu była już w pełni wyposażona w szafki,
półki na ręczniki i pozostawioną przez poprzedniego właściciela pralkę.
Lisbeth kupiła tylko tani kosz na brudną bieliznę.
Potrzebowała jednak mebli do kuchni. Po chwili wahania zdecydowała się
na stół Rosfors z masywnego buku ze szklanym blatem oraz cztery kolorowe
krzesła.
Musiała mieć też meble do gabinetu. Ze zdumieniem oglądała
nieprawdopodobne "zestawy do pracy", z przemyślnymi szafkami na
komputery i klawiatury. Wreszcie potrząsnęła głową i zamówiła zwyczajne
biurko Galant w okleinie bukowej z narożnym blatem i zaokrąglonymi
krawędziami oraz dużą szafką. Nie spieszyła się z wyborem krzesła - na
którym prawdopodobnie będzie przesiadywać godzinami - i zdecydowała się
na jedno z najdroższych, model Verksam.
W końcu obeszła sklep i wybrała pokaźną liczbę kompletów pościeli,
ręczników, kołder, koców, poduszek, zestawów sztućców, porcelany
kuchennej, patelni oraz deskę do krojenia, trzy duże dywany, wiele
praktycznych lamp i sporą ilość wyposażenia biurowego w postaci
segregatorów, kosza na śmieci, pudeł do przechowywania i tym podobnych.
Gdy zakończyła obchód, podeszła ze swoją listą do kasy. Zapłaciła kartą
wystawioną na Wasp Enterprises, legitymując się jako Irene Nesser.
Zapłaciła również za transport do domu i montaż. Rachunek wyniósł
niewiele ponad dziewięćdziesiąt tysięcy koron.
Wróciła na Södermalm około piątej po południu i zdążyła jeszcze wpaść do
Axelssons Hemelektronik, gdzie kupiła osiemnastocalowy telewizor i radio. Tuż przed zamknięciem wpadła jeszcze do sklepu ze sprzętem AGD na
Hornsgatan i sprawiła sobie odkurzacz. W Mariahallen kupiła mopa do
podłóg, płyn czyszczący, wiadro, proszek do prania, mydło, szczoteczki
do zębów i wielkie opakowanie papieru toaletowego.
Była wyczerpana, ale zadowolona z tego szaleństwa zakupów. Upchnęła
wszystko do wypożyczonego nissana i ledwie żywa padła na piętrze Café
Java na Hornsgatan. Z sąsiedniego stolika pożyczyła popołudniówkę i stwierdziła, że socjaldemokraci nadal rządzą, a podczas jej nieobecności
w kraju raczej nie wydarzyło się nic wielkiej wagi.
Do domu dotarła o ósmej. Pod osłoną ciemności wyładowała zakupy z samochodu i wniosła je do mieszkania. Rzuciła wszystko na stertę w przedpokoju i spędziła pół godziny w poszukiwaniu miejsca parkingowego
na jednej z bocznych ulic. Potem napuściła wody do jacuzzi, w którym
swobodnie zmieściłyby się przynajmniej trzy osoby. Chwilę rozmyślała o Mikaelu Blomkviście. Nie myślała o nim od miesięcy, dopóki tego ranka
nie zobaczyła listu od niego. Zastanawiała się, czy jest u siebie w domu
w towarzystwie Eriki Berger.
Po chwili odetchnęła głęboko, nachyliła się twarzą do powierzchni wody i zanurkowała. Położyła dłonie na piersiach, ścisnęła mocno brodawki i wstrzymywała oddech przez trzy minuty, aż poczuła nieznośny ból w płucach.
Redaktorka naczelna Erika Berger zerkała na zegarek, gdy Mikael
Blomkvist, spóźniony prawie piętnaście minut, wszedł na zebranie, które
- zawsze o dziesiątej w drugi wtorek miesiąca - było rzeczą świętą.
Właśnie na tych spotkaniach planowano z grubsza kolejny numer i podejmowano decyzje co do zawartości magazynu "Millennium" na kilka
miesięcy naprzód.
Mikael Blomkvist przeprosił za późne przybycie, mamrocząc wyjaśnienie,
którego nikt nie usłyszał, a na pewno nie zapamiętał. Uczestnicy
spotkania to, poza Eriką Berger, sekretarz redakcji Malin Eriksson,
wspólnik i szef działu foto Christer Malm, reporterka Monika Nilsson
oraz Lottie Karim i Henry Cortez, oboje pracujący na pół etatu. Mikael
Blomkvist od razu stwierdził, że brakuje siedemnastoletniej
praktykantki. W towarzystwie, przy niewielkim konferencyjnym stole w pokoju Eriki, odnotował za to zupełnie nową twarz. Niezwykle rzadko
zdarzało się, by Erika dopuszczała kogoś z zewnątrz do planowania
kolejnych numerów "Millennium".
- To jest Dag Svensson - powiedziała. - Wolny strzelec. Kupujemy jego
tekst.
Mikael Blomkvist kiwnął głową i wymienili uścisk dłoni. Dag Svensson
miał niebieskie oczy, krótko obcięte jasne włosy i trzydniowy zarost. Na
oko trzydziestolatek, wydawał się nieprzyzwoicie wysportowany.
- Zazwyczaj robimy jeden albo dwa numery tematyczne w roku -
kontynuowała Erika. - Ten temat chcę zamieścić w numerze majowym.
Drukarnię mamy zamówioną do dwudziestego siódmego kwietnia. Daje nam to
dobre trzy miesiące na zrobienie tekstów.
- Jaki temat? - zapytał Mikael, nalewając sobie jednocześnie kawy z termosu na stole.
- Dag Svensson przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu z wersją roboczą.
Poprosiłam go, by uczestniczył w tym spotkaniu. Możesz to omówić? -
Erika zwróciła się do Daga.
- Trafficking. Czyli handel kobietami. W tym przypadku głównie z krajów bałtyckich i Europy Wschodniej. Aby zacząć od początku, powiem,
że piszę na ten temat książkę i dlatego właśnie skontaktowałem się z Eriką - macie obecnie niewielką ofertę książkową.
Wszyscy wyglądali na rozbawionych. Wydawnictwo "Millennium" opublikowało
dotychczas jedną książkę i było to tomiszcze sprzed roku, autorstwa
Mikaela Blomkvista, na temat imperium finansowego miliardera Hansa-Erika
Wennerströma. W Szwecji sprzedawano już siódme jej wydanie, poza tym
została opublikowana w Norwegii, Niemczech i Anglii i właśnie tłumaczono
ją na francuski. Sukces książki wydawał się niezrozumiały, ponieważ
historia ta była ogólnie znana i nagłaśniana w niezliczonych gazetach.
- Jeśli chodzi o książki, to nie publikujemy znowu aż tak dużo -
powiedział ostrożnie Mikael. Nawet Dag musiał się uśmiechnąć.
- Rozumiem. Ale macie wydawnictwo.
- Są większe - stwierdził Mikael.
- Bez wątpienia - powiedziała Erika. - Jednak już od roku dyskutujemy,
czy nie wystartować z niszową serią na marginesie naszej stałej
działalności. Podjęliśmy temat na dwóch zebraniach zarządu i wszyscy
byli za. Wyobrażamy to sobie jako niewielką serię wydawniczą - trzy,
cztery książki na rok - na którą, ogólnie rzecz biorąc, będą się składać
reportaże z różnych dziedzin. Innymi słowy, typowe dziennikarskie
produkty. To dobra książka na początek.
- Trafficking - podjął Mikael. - Powiedz coś więcej.
- Siedzę w temacie od czterech lat. Zająłem się tym przez moją
dziewczynę. Nazywa się Mia Bergman, jest kryminolożką i badaczką gender.
Wcześniej pracowała w Radzie do spraw Zapobiegania Przestępczości i robiła analizy dotyczące prawnego zakazu kupowania usług seksualnych.
- Poznałam ją - przytomnie zauważyła Malin Eriksson. - Robiłam z nią
wywiad dwa lata temu, kiedy przedstawiła raport porównujący traktowanie
mężczyzn i kobiet przez sądy.
Dag Svensson kiwnął głową i uśmiechnął się.
- Raport wywołał spore poruszenie - powiedział. - Mia bada trafficking
od jakichś pięciu, sześciu lat. Tak się poznaliśmy. Pracowałem nad
tekstem o sekshandlu w internecie i dostałem cynk, że ona coś o tym wie.
I wiedziała. Aby nie przedłużać, powiem tylko, że zaczęliśmy też razem
pracować, ja jako dziennikarz, ona jako naukowiec, i w trakcie całej tej
historii zaczęliśmy się spotykać, a od roku mieszkamy razem. Mia pisze
doktorat i będzie się bronić na wiosnę.
- Więc ona pisze doktorat, a ty...?
- Ja piszę wersję popularną tego doktoratu uzupełnioną o mój własny
research. Oraz wersję skróconą w postaci artykułu, który otrzymała
Erika.
- Okej, więc pracujecie razem. Co to za temat?
- Mamy rząd, który wprowadził ostry zakaz kupowania usług seksualnych,
mamy policję, która powinna dopilnować, by to prawo było przestrzegane,
i mamy sądy, które powinny skazywać przestępców seksualnych. Nazywamy
klientów przestępcami, bo kupowanie usług seksualnych jest nielegalne.
Mamy też media, które dają wyraz moralnemu oburzeniu w swoich
materiałach. Jednocześnie Szwecja jest w czołówce krajów, w których
handluje się prostytutkami z Rosji i krajów bałtyckich.
- Potwierdzisz to faktami?
- Sprawa nie jest żadną tajemnicą. To nie jest nawet news. Nowość
polega na tym, że rozmawialiśmy z ponad dziesiątką dziewczyn, takich jak
ta z Lilja 4-ever. Najczęściej mają piętnaście-dwadzieścia lat,
wywodzą się z biednych środowisk dawnego bloku wschodniego, zostały
zwabione do Szwecji obietnicą takiej czy innej pracy, a dostały się w szpony seksmafii nieznającej żadnych skrupułów. Przy niektórych
przeżyciach tych dziewczyn Lilja 4-ever wydaje się zwykłym filmem
familijnym. Mam na myśli, że te dziewczyny przeżyły coś, czego w ogóle
nie da się pokazać w filmie.
- Dobra, kontynuuj.
- Na tym wątku koncentruje się doktorat Mii. Ale nie książka.
Wszyscy słuchali z uwagą.
- Mia przeprowadziła wywiady z dziewczynami. Ja natomiast zbadałem
dostawców i klientów.
Mikael się uśmiechnął. Nigdy wcześniej nie spotkał Daga Svenssona, lecz
nagle poczuł, że jest on właśnie takim dziennikarzem, jakich lubił -
skupiał się na istocie tematu. Według Mikaela złota zasada
dziennikarstwa stanowiła, że zawsze ktoś jest odpowiedzialny. The bad
guys.
- I znalazłeś jakieś interesujące fakty?
- Mogę na przykład udokumentować, że pewien urzędnik z Ministerstwa
Sprawiedliwości, współpracujący przy tworzeniu zakazu kupowania usług
seksualnych, wykorzystał co najmniej dwie dziewczyny, które przybyły tu
za pośrednictwem seksmafii. Jedna z nich miała piętnaście lat.
- A to dopiero!
- Od trzech lat pracuję nad tym tematem na pół etatu. Książka będzie
zawierać przykładowe profile klientów. Są wśród nich trzej
funkcjonariusze służb specjalnych i jeden policjant z obyczajówki.
Pięciu adwokatów, prokurator i sędzia. A także trzej dziennikarze, z których jeden napisał wiele artykułów o sekshandlu. W wolnym czasie
realizuje swoje fantazje o gwałcie na nastoletniej prostytutce z Tallina... i nie chodzi w tym przypadku o zabawy łóżkowe, na które obie
strony wyraziły zgodę. Zamierzam podać ich nazwiska. Mam niepodważalną
dokumentację.
Mikael Blomkvist aż zagwizdał. Po chwili przestał się śmiać.
- Ponieważ to ja znów objąłem stanowisko wydawcy odpowiedzialnego,
przeanalizuję tę dokumentację z lupą w ręku - powiedział. - Ostatnim
razem, gdy niedbale sprawdziłem źródła, dostałem trzy miesiące paki.
- Jeśli zdecydujecie się to wydać, dostaniesz całą dokumentację, jakiej
zażądasz. Ale jest jeden warunek, jeśli mam sprzedać "Millennium" ten
temat.
- Dag chce, żebyśmy wydali również książkę - powiedziała Erika.
- Dokładnie. Chcę, żeby uderzyła jak grom z jasnego nieba, a obecnie
"Millennium" jest najbardziej wiarygodną i odważną gazetą w tym kraju.
Nie sądzę, by wiele innych wydawnictw ośmieliło się wydać tego rodzaju
książkę.
- Więc bez książki nie ma artykułu - podsumował Mikael.
- Moim zdaniem brzmi to naprawdę nieźle - powiedziała Malin Eriksson.
Henry Cortez przytaknął jej mruknięciem.
- Artykuł i książka to dwie osobne sprawy - kontynuowała Erika. - W pierwszym przypadku to Mikael odpowiada za tekst. Co do książki, autor
sam ponosi odpowiedzialność.
- Wiem - odpowiedział Dag. - O to się nie martwię. Gdy książka zostanie
opublikowana, Mia złoży jednocześnie zawiadomienie o przestępstwach
popełnionych przez wszystkie te osoby, których nazwiska podaję.
- Rozpęta się istne piekło - zauważył Henry.
- To dopiero połowa tej historii. Starałem się też prześwietlić siatki
kilku organizacji zarabiających na sekshandlu. Bo chodzi tu o zorganizowaną przestępczość.
- I kogo tam znalazłeś?
- Właśnie to jest najbardziej tragiczne. Seksmafia to paskudna zgraja
najgorszych mętów. Sam nie bardzo wiem, czego się spodziewałem,
rozpoczynając poszukiwania, jednak w jakiś sposób daliśmy - a przynajmniej ja dałem - się zwieść, że mafia to banda snobów z wyżyn
społecznych, jeżdżących w eleganckich, luksusowych brykach.
Przypuszczam, że do takiego obrazu przyczyniło się sporo amerykańskich
filmów. Twoja historia o Wennerströmie - Dag zerknął na Mikaela -
pokazuje, że tak właśnie może być. Jednak Wennerström zdaje się należeć
do wyjątków. Ja znalazłem gromadę brutalnych, sadystycznych
nieudaczników, którzy ledwo umieją czytać i pisać i są kompletnymi
idiotami w kwestii organizacji czy strategicznego myślenia. Mają
powiązania z bikersami - członkami gangów motocyklowych - i trochę
lepiej zorganizowanymi grupami, jednak ogólnie rzecz biorąc, sekshandlem
zajmuje się stado osłów.
- Bardzo wyraźnie widać to w twoim artykule - powiedziała Erika. - Mamy
prawodawstwo, służby policyjne i sądownictwo, które co roku finansujemy
milionami koron z naszych podatków, żeby ukrócili sekshandel... a oni nie
potrafią rozprawić się ze zgrają kompletnych idiotów.
- To permanentne łamanie praw człowieka, a dziewczyny, o które tu
chodzi, stoją na najniższym szczeblu drabiny społecznej, więc tym samym
są nieinteresujące z prawnego punktu widzenia. Nie głosują. Nie znają
szwedzkiego, z wyjątkiem słownictwa potrzebnego do złapania klienta.
Niemal sto procent wszystkich przestępstw związanych z sekshandlem nie
zostaje nigdy zgłoszonych na policję, a jeszcze rzadziej zdarza się
wniesienie oskarżenia. Dla szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości jest to
jak ogromna góra lodowa, której tylko czubek wystaje z wody. A gdyby
równie nonszalancko traktowano napady na banki? Nie do pomyślenia. Mój
wniosek jest niestety taki, że owa nonszalancja nie trwałaby nawet
jednego dnia, gdyby władze po prostu zechciały temu zaradzić. Ściganie
przestępców wykorzystujących nastoletnie dziewczęta z Tallina i Rygi nie
jest priorytetem. Dziwka to dziwka. Stanowi to część systemu.
- I każdy łajdak o tym wie - powiedziała Monika Nilsson.
- No więc, co wy na to? - spytała Erika.
- Podoba mi się ten pomysł - odezwał się Mikael. - Z tym tematem
wyjdziemy przed szereg, a po to właśnie założyliśmy kiedyś "Millennium".
- Dlatego wciąż jeszcze pracuję w tej gazecie. Wydawca odpowiedzialny
musi dać się przymknąć od czasu do czasu - powiedziała Monika.
Wszyscy oprócz Mikaela roześmiali się.
- On jako jedyny był na tyle stuknięty, żeby przyjąć to stanowisko -
odpowiedziała Erika Berger. - Dajemy to na maj. Jednocześnie wyjdzie też
twoja książka.
- Jest już gotowa? - zapytał Mikael.
- Nie. Mam cały plan, ale napisałem trochę ponad połowę. Jeśli zgodzicie
się na publikację i wypłatę zaliczki, będę pracować nad książką na pełen
etat. Research jest już zrobiony niemal w całości. Zostało jeszcze kilka
uzupełniających spraw, tak na marginesie. Właściwie tylko potwierdzenie
czegoś, co już wiem, i konfrontacja z klientami, których zdemaskuję.
- Zrobimy tak samo jak w książce o Wennerströmie. Layout zajmie tydzień
- przytaknął Christer Malm - a druk dwa tygodnie. Konfrontacje
przeprowadzimy w marcu i kwietniu i podsumujemy je na piętnastu
stronach, to będzie ostatni tekst. Chcemy więc dostać wersję roboczą
piętnastego kwietnia, żebyśmy zdążyli sprawdzić wszystkie źródła.
- A jak robimy z umową?
- Nigdy nie sporządzałam umowy na napisanie książki, muszę więc pogadać
z naszym radcą prawnym. - Erika zmarszczyła brwi. - Ale proponuję
zatrudnienie na czteromiesięczną umowę o dzieło, od lutego do maja. Nie
wypłacamy żadnych premii.
- Dla mnie OK. Potrzebuję pieniędzy, żeby całkowicie skoncentrować się
na pisaniu.
- Poza tym mamy prostą zasadę: po opłaceniu kosztów dochodami z książki
dzielimy się pół na pół. Co ty na to?
- Brzmi całkiem nieźle - odpowiedział Dag.
- Przejdźmy do obowiązków. Malin, chcę, żebyś zaplanowała numer
tematyczny. To będzie twoim głównym zadaniem od nowego miesiąca;
pracujesz z Dagiem i redagujesz teksty. A to oznacza, Lottie, że
zostajesz tymczasowym sekretarzem redakcji na okres od marca do końca
maja. Przejdziesz na pełny etat, a Malin albo Mikael będą ci pomagać w wolnej chwili.
Malin kiwnęła głową.
- Mikael, chcę, żebyś był redaktorem książki.
Spojrzała na Daga Svenssona.
- Mikael może i na takiego nie wygląda, ale naprawdę jest cholernie
dobrym redaktorem, a poza tym zna się na researchu. Każde słowo w twojej
książce obejrzy pod mikroskopem i jak jastrząb rzuci się na każdy
szczegół. Schlebia mi, że chcesz wydać to u nas, ale mamy w "Millennium"
szczególne problemy. Mamy pewnych wrogów, którzy tylko czekają, byśmy
się ośmieszyli. Skoro wychodzimy przed szereg i publikujemy, musi to być
bezbłędne w stu procentach. Nie stać nas na pomyłkę.
- To zrozumiałe.
- Dobrze. Jak zniesiesz to, że ktoś całą wiosnę będzie patrzył ci przez
ramię i krytykował aż do bólu?
Dag wyszczerzył zęby i spojrzał na Mikaela.
- Bierz się do dzieła.
Mikael kiwnął głową.
- Skoro to numer tematyczny, musimy mieć więcej artykułów. Mikael,
napiszesz o finansach w sekshandlu. O jakie sumy w skali roku chodzi?
Kto na tym zarabia i dokąd trafiają pieniądze? Czy można znaleźć dowody
na to, że część tych pieniędzy ląduje w państwowej kasie? Moniko,
sprawdzisz przestępstwa na tle seksualnym w ogóle. Porozmawiaj z centrami pomocy kryzysowej dla kobiet, ze specjalistami, lekarzami i władzami. Wy dwoje i Dag piszecie teksty, na których oprze się cały
numer. Henry, chcę mieć wywiad z dziewczyną Daga, Mią Bergman, a nie
może go przeprowadzić Dag. Sylwetka: kim ona jest, jakie robi badania i jakie wyciągnęła wnioski. Potem zrobisz analizy kilku przypadków na
podstawie dochodzeń policyjnych. Christer zdjęcia. Nie wiem, jak to
zilustrować. Przemyśl sprawę.
- Ze wszystkich możliwych tematów ten wydaje się najłatwiejszy do
zilustrowania. Nie będzie problemu.
- Pozwólcie, że jeszcze coś dodam - powiedział Dag. - Są też nieliczni
policjanci, którzy odwalają kawał naprawdę dobrej roboty. Wywiad z jednym z nich nie byłby złym pomysłem.
- Masz jakieś nazwiska? - zapytał Henry Cortez.
- I numery telefonów - przytaknął Dag.
- Dobrze - odezwała się Erika. - Temat majowego numeru: seksbiznes. Ma z niego wynikać, że trafficking to proceder łamania praw człowieka, a tych przestępców powinno się ujawnić i traktować jak zwykłych
zbrodniarzy wojennych, szwadrony śmierci czy katów. Bierzemy się do
dzieła.