Millennium (tom 2). Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

-
Proszę czekać

Prolog

Leżała przypięta pasami na wąskiej pryczy z hartowanej stali. Rzemienie uwierały ją w klatkę piersiową. Leżała na plecach. Ręce ułożone po bokach, unieruchomione na brzegach łóżka.

Już dawno zaniechała wszelkich wysiłków, by się wydostać. Nie spała, ale oczy miała zamknięte. Gdyby je otworzyła, znalazłaby się w ciemności, a jedynym źródłem światła byłaby wąska smuga sącząca się ponad drzwiami. Czuła niesmak w ustach i bardzo chciała umyć zęby.

Jakaś część jej świadomości nasłuchiwała odgłosu kroków, co oznaczałoby, że on nadchodzi. Nie miała pojęcia, czy to wieczór, czy noc, a jedynie poczucie, że zaczynało być zbyt późno na odwiedziny. Nagłe drżenie łóżka sprawiło, że otworzyła oczy. Tak jakby gdzieś w budynku włączyła się jakaś maszyna. Po kilku sekundach nie była już pewna, czy tylko jej się zdawało, czy naprawdę coś usłyszała.

Odhaczyła kolejny dzień w pamięci.

Czterdziesty trzeci dzień w tym więzieniu.

Swędział ją nos, więc przekręciła głowę, by go podrapać o poduszkę. Pociła się. W pokoju było duszno i gorąco. Miała na sobie prostą koszulę nocną, która wciąż się podwijała. Gdy przesuwała biodro, palcem wskazującym i środkowym udawało jej się dosięgnąć koszuli i obciągnąć ją za każdym ruchem o jeden centymetr. Powtarzała całą operację drugą ręką. Ale koszula nadal fałdowała się pod kręgosłupem. Materac był nierówny i niewygodny. Całkowite odosobnienie sprawiało, iż wszystkie delikatne bodźce, na które w innej sytuacji w ogóle nie zwróciłaby uwagi, bardzo zyskiwały na sile. Pasy były na tyle luźne, że mogła zmienić pozycję i położyć się na boku, lecz nie było to wygodne, bo musiała wtedy położyć rękę za plecami, więc ramię cały czas drętwiało.

Nie bała się. Czuła za to, że jej tłumiony gniew rośnie.

Jednocześnie dręczyły ją własne myśli, które wciąż zmieniały się w nieprzyjemne fantazje o tym, co się z nią stanie. Nienawidziła tej narzuconej bezsilności. Jak usilnie by nie próbowała koncentrować się na czymś innym, by zabić czas i odepchnąć świadomość swojej sytuacji, i tak pojawiał się lęk. Wisiał nad nią niczym chmura gazu, grożąc, że przeniknie przez pory skóry i zatruje jej egzystencję. Odkryła, że najlepszy sposób na to, by trzymać lęk z dala, to wyobrażać sobie coś, co daje jej poczucie siły. Zamykała oczy i przypominała sobie zapach benzyny.

Siedział w samochodzie z opuszczoną boczną szybą. Podbiegła, wlała benzynę do środka i podpaliła zapałką. Wszystko to trwało moment. Od razu buchnęły płomienie. A on wił się w męczarniach, słyszała jego krzyki przerażenia i bólu. Czuła woń spalonego mięsa i ostry zapach plastiku i tapicerki ze zwęglonego siedzenia.

Prawdopodobnie przysnęła, bo nie słyszała kroków, ale obudziła się od razu, gdy tylko otworzyły się drzwi. Wpadające światło oślepiło ją.

To on, jednak przyszedł.

Był wysoki. Nie wiedziała, ile ma lat, w każdym razie był dorosły. Miał rudobrązowe, zmierzwione włosy, okulary w czarnych oprawkach i rzadki zarost na brodzie. Pachniał wodą po goleniu.

Nienawidziła jego zapachu.

Stał cicho w nogach łóżka i przyglądał się jej dłuższą chwilę.

Nienawidziła jego milczenia.

Jego twarz skrywała się w cieniu, widziała tylko sylwetkę. Nagle się odezwał. Miał niski, wyraźny głos i pedantycznie akcentował każde słowo.

Nienawidziła jego głosu.

Powiedział, że dziś są jej urodziny i że chce złożyć życzenia. Jego głos nie był wrogi ani ironiczny. Był neutralny. Podejrzewała, że się uśmiechał.

Nienawidziła go.

Podszedł do wezgłowia pryczy. Wierzchem wilgotnej dłoni dotknął jej czoła i przesunął palcami u nasady włosów. Gest ten zapewne miał być przyjazny. Prezent urodzinowy dla niej.

Nienawidziła jego dotyku.

Mówił do niej. Widziała, jak porusza ustami, ale nie słyszała jego głosu. Nie chciała słuchać. Nie chciała odpowiadać. Usłyszała, gdy zaczął mówić głośniej. W jego głosie brzmiało poirytowanie z powodu braku jej reakcji. Mówił o wzajemnym zaufaniu. Po kilku minutach zamilkł. Zignorowała jego spojrzenie. Potem wzruszył ramionami i zaczął poprawiać pasy. Zacisnął trochę bardziej rzemienie na jej klatce piersiowej i pochylił się nad nią.

Odwróciła się natychmiast na lewy bok, tak daleko od niego, jak mogła, na ile tylko pozwalały rzemienie. Podciągnęła kolana pod brodę i spróbowała z całej siły kopnąć go w głowę. Celowała w jabłko Adama, ale trafiła czubkiem palca gdzieś poniżej szczęki, bo był na to przygotowany i zrobił unik, więc skończyło się na lekkim, ledwie odczuwalnym uderzeniu. Spróbowała kopnąć go jeszcze raz, ale był już poza zasięgiem.

Opuściła nogi na pryczę.

Prześcieradło zwisało z łóżka na podłogę. Koszula nocna podwinęła się wysoko nad biodra.

Stał chwilę w bezruchu, nic nie mówiąc. Obszedł pryczę i rozpiął pasy do krępowania nóg. Usiłowała je podkurczyć, ale chwycił ją za kostkę, przygniótł kolano i zacisnął rzemień. Znów obszedł pryczę i przypiął drugą nogę.

Teraz była już kompletnie bezradna.

Podniósł prześcieradło z podłogi i okrył ją. Patrzył na nią w ciszy przez jakieś dwie minuty. Wyczuwała w ciemności jego podniecenie, chociaż go nie okazywał, udawał obojętność. Na pewno miał erekcję. Wiedziała, że chce jej dotknąć.

Potem odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Słyszała, że je zaryglował, zupełnie niepotrzebnie, bo nie miała szans wyswobodzić się z więzów.

Leżała tak kilka minut i patrzyła na wąską smugę światła znad drzwi. Potem poruszyła się, sprawdzając, jak ciasno są zapięte pasy. Mogła trochę podciągnąć nogi, ale rzemienie na piersiach i wokół kostek natychmiast się napinały. Rozluźniła się. Leżała w całkowitym bezruchu i patrzyła w nicość.

Czekała. Marzyła o kanistrze z benzyną i zapałce.

Widziała go przesiąkniętego benzyną. Wyczuwała w dłoni pudełko zapałek. Potrząsnęła nim. Zagrzechotało. Wyjęła zapałkę. Słyszała, że on coś mówi, ale była głucha na jego słowa. Widziała wyraz jego twarzy, gdy przyłożyła zapałkę do pudełka. Słyszała trzask siarki w zetknięciu z draską. Brzmiało to jak spowolniony grzmot pioruna. Widziała, jak bucha płomień.

Uśmiechnęła się z zawziętością, nabrała wewnętrznej siły.

Tej nocy skończyła trzynaście lat.

Rozdział 5

Środa 12 stycznia - piątek 14 stycznia

Äppelviken wydało się Lisbeth obcym, nieznanym miejscem, gdy po raz pierwszy od osiemnastu miesięcy podjechała pod dom opieki swoim wypożyczonym nissanem. Odkąd skończyła piętnaście lat, regularnie, kilka razy do roku, odwiedzała miejsce, gdzie umieszczono jej matkę po tym, jak wydarzyło się Całe Zło. Mimo nieczęstych wizyt Äppelviken było dla Lisbeth stałym punktem odniesienia. To tutaj jej matka spędziła ostatnie dziesięć lat życia i tutaj w końcu zmarła po ostatnim wyniszczającym wylewie, mając zaledwie czterdzieści trzy lata.

Nazywała się Agneta Sofia Salander. Na ostatnich czternastu latach jej życia piętno wycisnęły nawracające małe wylewy krwi do mózgu, które uczyniły z niej osobę niezdolną, by o siebie zadbać i radzić sobie w codziennych czynnościach. W pewnych okresach w ogóle nie można było się z nią porozumieć, miała też trudności z rozpoznawaniem Lisbeth.

Myśli o matce zawsze wywoływały w niej poczucie bezsilności i ponury nastrój. Jako nastolatka długo żywiła nadzieję, że matka wyzdrowieje i że zdołają nawiązać ze sobą jakąś relację. Jednak rozum mówił, że to nigdy nie nastąpi.

Matce, szczupłej i niskiej, daleko było do anorektycznego wyglądu Lisbeth. Przeciwnie, była wprost piękna i doskonale zbudowana. Podobnie jak siostra Lisbeth.

Camilla.

Lisbeth niechętnie o niej myślała.

Za ironię losu uważała fakt, że tak dramatycznie różniły się od siebie. Bliźniaczki, jedna urodziła się dwadzieścia minut po drugiej.

Lisbeth była pierwsza. Camilla była piękna.

Tak bardzo się od siebie różniły, iż wydawało się nieprawdopodobne, by rozwinęły się w jednej macicy. Gdyby nie błąd w kodzie genetycznym Lisbeth Salander byłaby tak samo oszałamiająco piękna jak jej siostra.

I prawdopodobnie równie tępa.

Od wczesnego dzieciństwa Camilla była osobą ekstrawertyczną, lubianą i odnoszącą sukcesy w szkole. Lisbeth była cicha, zamknięta w sobie, rzadko odpowiadała na pytania nauczycieli, co odzwierciedlało się w skrajnie różnych ocenach. Już w podstawówce Camilla odcięła się od siostry do tego stopnia, iż nawet do szkoły chodziły innymi drogami. Nauczyciele i koledzy zauważyli, że siostry nigdy nie spędzają razem czasu i nigdy nie siadają obok siebie. Po drugim roku nauki zaczęły chodzić do równoległych klas. Od dwunastego roku życia, gdy stało się Całe Zło, wychowywały się oddzielnie. Nie widziały się, odkąd skończyły siedemnaście lat, a ich ostatnie spotkanie skończyło się tak, że Lisbeth miała podbite oko, a Camilla - spuchniętą wargę. Lisbeth nie wiedziała, gdzie przebywa jej siostra, i nie podejmowała żadnych prób, by się tego dowiedzieć.

Siostry Salander nie kochały się.

W oczach Lisbeth Camilla była fałszywą, zepsutą manipulantką. Jednak to Lisbeth została przez sąd ubezwłasnowolniona.

Stanęła na parkingu dla gości, zapięła wytartą skórzaną kurtkę i w strugach deszczu ruszyła nieśpiesznie do głównego wejścia. Zatrzymała się przy parkowej ławce i rozejrzała. Właśnie w tym miejscu, przy tej ławce, półtora roku wcześniej widziała swoją matkę po raz ostatni. Odwiedziła Äppelviken po drodze na północ, gdy wspierała Mikaela w poszukiwaniach szalonego, choć dobrze zorganizowanego seryjnego mordercy. Matka była niespokojna i zdawała się nie poznawać Lisbeth, ale i tak nie chciała jej puścić. Trzymała swoją córkę mocno za rękę, patrząc na nią błędnym wzrokiem. Lisbeth się spieszyła. Poluzowała uścisk, objęła matkę i zwiała na swoim motocyklu.

Dyrektorka domu opieki w Äppelviken, Agnes Mikaelsson, wyglądała na zadowoloną ze spotkania z Lisbeth. Powitała ją przyjaźnie i zaprowadziła do magazynu. Lisbeth uniosła pudło z rzeczami matki. Ważyło kilka kilogramów i niewiele z jego zawartości można by pokazać jako pozostałość po czyimś życiu.

- Nie wiedziałam, co zrobić z rzeczami pani matki - powiedziała Mikaelsson. - Zawsze jednak miałam przeczucie, że pewnego dnia pani wróci.

- Byłam w podróży - odpowiedziała Lisbeth.

Podziękowała, że zachowali karton, zataszczyła go do samochodu i opuściła Äppelviken na zawsze.

Lisbeth wróciła na Mosebacke tuż po dwunastej i wniosła karton z rzeczami matki do mieszkania. Nie zaglądajac do środka, włożyła go do schowka w przedpokoju i znów wyszła.

Gdy otwierała drzwi wejściowe, ulicą przejechał powoli radiowóz. Przystanęła i uważnie obserwowała budzącą respekt obecność policjantów przed swoim domem, ponieważ jednak nie wydawało się, by mieli ruszyć do ataku, spokojnie poczekała, aż odjadą.

Po południu odwiedziła H&M i KappAhl i skompletowała nową garderobę. Kupiła pokaźny zestaw podstawowych ubrań, takich jak spodnie, bluzy i skarpetki. Nie interesowały jej markowe ciuchy, jednak czuła pewną przyjemność, mogąc bez mrugnięcia okiem kupić naraz kilka par dżinsów. Najbardziej ekstrawaganckiego zakupu dokonała w Twilfit, gdzie nabyła sporą liczbę kompletów majtek i biustonoszy. Znów były to niewyszukane fasony, jednak po trzydziestu minutach krępujących poszukiwań zdecydowała się na komplet, który uznała za seksowny czy nawet wyuzdany, a o którego kupnie nigdy wcześniej by nie pomyślała. Przymierzając go późnym wieczorem, wydała się sobie bezgranicznie żałosna. W lustrze zobaczyła chudą, wytatuowaną dziewczynkę w groteskowym stroju. Zdjęła bieliznę i wyrzuciła ją do śmieci.

W sklepie DinSko kupiła solidne buty zimowe i dwie pary tenisówek. W ostatniej chwili wzięła jeszcze czarne botki na wysokim obcasie, które podwyższały ją o kilka centymetrów. Poza tym nabyła porządną kurtkę zimową z brązowego zamszu.

Przytaszczyła zakupy do domu, zrobiła sobie kawę i kanapki, po czym pojechała oddać samochód do wypożyczalni przy centrum handlowym Ringen. Wróciła spacerem, a przez resztę wieczoru siedziała po ciemku we wnęce okiennej, patrząc na wody Saltsjön.

Mia Bergman, doktorantka kryminologii, pokroiła sernik i każdy kawałek udekorowała lodami malinowymi. Najpierw podała talerzyki Erice Berger i Mikaelowi Blomkvistowi, następnie obsłużyła Daga i siebie. Malin Eriksson stanowczo odmówiła deseru i zadowoliła się czarną kawą w nietypowej, staromodnej filiżance w kwiatki.

- To serwis mojej babci - powiedziała Mia, widząc, jak Malin ogląda filiżankę.

- Strasznie się boi, że któraś z nich się zbije - powiedział Dag. - Używamy ich tylko wtedy, gdy mamy szczególnie ważnych gości.

Mia się uśmiechnęła.

- Wiele lat wychowywałam się u mojej babci, a serwis to tak naprawdę jedyne, co mi po niej zostało.

- Jest przepiękny - powiedziała Malin. - Ja mam tylko Ikeę.

Mikaela nie interesowały filiżanki w kwiatki, krytycznie patrzył za to na talerz z sernikiem. Zastanawiał się, czy nie poluzować paska o jedną dziurkę. Erika Berger najwyraźniej podzielała jego uczucia.

- O rany, też powinnam zrezygnować z deseru - powiedziała, zerkając przepraszająco na Malin, po czym zdecydowanym ruchem chwyciła łyżeczkę.

Właściwie miała to być skromna robocza kolacja, żeby, po pierwsze, zatwierdzić decyzję o współpracy, a po drugie, przedyskutować plan numeru tematycznego "Millennium". Dag Svensson zaproponował, by spotkali się u niego w domu i coś przekąsili, a Mia Bergman podała najsmaczniejszego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, jakiego Mikael kiedykolwiek jadł. Do kolacji wypili dwie butelki dość cierpkiego hiszpańskiego czerwonego wina, a przy deserze Dag zapytał, czy ktoś ma ochotę na tullamore dew. Tylko Erika była na tyle głupia, żeby odmówić, więc Dag wyciągnął szklanki.

On i Mia zajmowali dwupokojowe mieszkanie w Enskede. Byli razem już parę lat, ale dopiero przed rokiem podjęli decyzję o wspólnym zamieszkaniu.

Spotkali się około szóstej po południu, a gdy o wpół do dziewiątej podano deser, główny temat nie został jeszcze w ogóle poruszony. Mikael zdążył natomiast odkryć, że lubi Daga i Mię i dobrze się czuje w ich towarzystwie.

To Erika po pewnym czasie skierowała rozmowę na temat, dla którego się tu zebrali. Mia przyniosła wydruk swojego doktoratu i położyła go na stole przed Eriką. Rozprawa miała przewrotny tytuł - From Russia with Love - który odwoływał się oczywiście do klasyki Iana Fleminga o agencie 007. Podtytuł brzmiał Trafficking, przestępczość zorganizowana oraz społeczne środki zaradcze.

- Musicie odróżnić moją rozprawę od tego, co pisze Dag - powiedziała Mia. - Książka ma charakter reportażu zaangażowanego, koncentruje się na tych, którzy czerpią zyski z traffickingu. Moja rozprawa to statystyka, badania w terenie, cytaty z prawa i analiza traktowania ofiar przez społeczeństwo i sądy.

- Czyli tych dziewczyn.

- Są młode, zazwyczaj między piętnastym a dwudziestym rokiem życia, pochodzą z klasy robotniczej, brak im wykształcenia. Często mają zagmatwaną sytuację rodzinną, a zdarza się, że już w dzieciństwie były narażone na różnego rodzaju przemoc. Rzecz jasna, dały się zwabić do Szwecji, ponieważ ktoś wcisnął im masę kłamstw.

- Handlarze żywym towarem.

- W tym względzie rozprawę cechuje perspektywa genderowa. Rzadko kiedy badacz może tak jednoznacznie rozdzielić role według płci. Dziewczyny - ofiary; faceci - sprawcy. Z wyjątkiem kilku kobiet, które same czerpią zyski z sekshandlu, nie istnieje inny rodzaj przestępczości, gdzie płeć warunkuje rolę w przestępstwie. Nie istnieje też żaden inny rodzaj przestępczości, wobec którego społeczna akceptacja byłaby tak duża, a społeczeństwo robiłoby tak mało, by ją zwalczyć.

- Jeśli dobrze rozumiem, Szwecja ma mimo wszystko dość surowe prawodawstwo w kwestii traffickingu i sekshandlu - powiedziała Erika.

- Nie rozśmieszaj mnie. Około setki dziewczyn rocznie - nie ma dokładnej statystyki - przywozi się do Szwecji, żeby zarabiały jako dziwki, co w tym przypadku oznacza oddawanie swojego ciała gwałcicielom. Odkąd uchwalono prawo o zapobieganiu traffickingowi, zastosowano je w sądzie dosłownie kilka razy. Pierwszy raz w kwietniu 2003 roku wobec tej szalonej burdelmamy po operacji zmiany płci. Rzecz jasna, została uniewinniona.

- Czekaj, myślałam, że ją skazano?

- Za prowadzenie burdelu - tak. Ale uwolniono ją od zarzutu traffickingu. Ofiary były również świadkami w sprawie i zniknęły tam, skąd przyjechały, gdzieś w krajach bałtyckich. Przez wiele miesięcy władze próbowały sprowadzić je na proces, poszukiwał ich między innymi Interpol. Bezskutecznie.

- Co się z nimi stało?

- Nic. Program telewizyjny Insider powrócił do sprawy i wysłał ludzi do Tallina. Mniej więcej jedno popołudnie zajęło reporterom znalezienie dwóch spośród tych dziewczyn - mieszkały u rodziców. Trzecia przeniosła się do Włoch.

- Innymi słowy policja tallińska nie była zbyt efektywna.

- Od tamtego czasu było faktycznie kilka wyroków skazujących, jednak zawsze chodziło o osoby, które albo zatrzymano z powodu innych przestępstw, albo były tak niewiarygodnie durne, że musiały dać się złapać. Prawo to czysta fikcja. Nie używa się go.

- Aha.

- W tym przypadku przestępstwa to brutalne gwałty, często z pobiciem albo ciężkim pobiciem oraz groźbą śmierci, nieraz połączone z przetrzymywaniem wbrew woli - wtrącił Dag.

- To chleb powszedni dla wielu dziewczyn, w minispódniczkach i z mocnym makijażem przewozi się je do jakiejś willi na przedmieściu. Sęk w tym, że one nie mają wyboru. Albo jadą i rżną się z obleśnym dziadem, albo narażają się na pobicie i tortury ze strony swojego alfonsa. Nie mogą uciec - nie znają języka, prawa, reguł, nie wiedzą, do kogo się zwrócić. Nie mogą jechać do domu. Na samym początku zabiera się im paszporty, a w przypadku tamtej burdelmamy dziewczyny były zamykane na klucz.

- To brzmi jak opis obozu niewolników. Czy one w ogóle mają coś z tej działalności?

- O, tak! - odpowiedziała Mia. - Na otarcie łez dostają kawałek tego tortu. Pracują przeciętnie kilka miesięcy, a potem wracają do domu. Mogą mieć wtedy porządny plik banknotów, dwadzieścia do trzydziestu tysięcy, co w przeliczeniu na ruble stanowi mały majątek. Niestety często wcześniej popadają w ciężkie nałogi, alkohol albo narkotyki, prowadzą taki styl życia, że pieniądze szybko się kończą. Koło samo się napędza; po jakimś czasie wracają do Szwecji, by znowu pracować i dobrowolnie, że tak powiem, lądują u swojego kata.

- Jaki jest roczny obrót w tym biznesie? - zapytał Mikael.

Mia zerknęła na Daga i zastanowiła się chwilę, nim odpowiedziała.

- Trudno dać prawidłową odpowiedź na to pytanie. Liczyliśmy, i to wiele razy, jednak nadal są to tylko szacunki.

- Tak pi razy oko.

- Okej, wiemy, że na przykład ta burdelmama, którą skazali za stręczycielstwo, ale za trafficking już nie, w ciągu dwóch lat ściągnęła trzydzieści pięć kobiet ze Wschodu. Pracowały od kilku tygodni do kilku miesięcy. Podczas procesu okazało się, że przez te dwa lata zarobiły razem ponad dwa miliony koron. Przeliczyłam to tak, że jedna dziewczyna zarabia ponad pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. Z tego ponad pięć tysięcy trzeba odjąć na wydatki - przejazdy, ubrania, mieszkanie i tak dalej. To nie jest luksusowe życie, dziewczyny często waletują w jakimś mieszkaniu, które zapewnia im szajka. Z pozostałych czterdziestu pięciu tysięcy inni biorą od dwudziestu do trzydziestu. Szef chowa połowę, powiedzmy piętnaście tysięcy, do kieszeni, a resztę dzieli między pracowników - kierowców, najemników i pozostałych. Dziewczyna dostaje jakieś dziesięć-dwanaście tysięcy.

- A miesięcznie...

- Powiedzmy, że grupa ma dwie albo trzy dziewczyny, które dla niej tyrają. To oznacza, że wyciągają ponad sto pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. Każda szajka składa się przeciętnie z trzech osób, które muszą się z tego utrzymać. Tak to mniej więcej wygląda.

- A ile ich jest... to znaczy w zaokrągleniu.

- Można założyć, że naraz jest około stu dziewczyn, które w takim czy innym sensie padły ofiarą traffickingu. Oznacza to, że miesięczny obrót w skali Szwecji to ponad sześć milionów koron miesięcznie, czyli jakieś siedemdziesiąt milionów rocznie. A dotyczy to tylko traffickingu.

- Brzmi jak drobniaki.

- To są małe pieniądze. A żeby na to zapracować, ponad sto dziewczyn naraża się na gwałty. To doprowadza mnie do wściekłości.

- Nie mówisz jak profesjonalny badacz. Ale jeśli na jedną dziewczynę przypada trzech facetów, to ponad pięciuset albo sześciuset się z tego utrzymuje.

- W rzeczywistości prawdopodobnie mniej. Stawiałabym, że jakichś trzystu.

- Nie wygląda mi to na problem nie do rozwiązania - powiedziała Erika.

- Tworzymy prawa i oburzamy się w mediach, ale prawie nikt nie rozmawiał z prostytutką z bloku wschodniego, prawie nikt nie ma pojęcia o jej życiu.

- Jak to działa? Mam na myśli praktykę. Dość trudno ściągnąć tu szesnastoletnią dziewczynę z Tallina, tak by nikt niczego nie zauważył. I co się dzieje później, kiedy już tu są? - zapytał Mikael.

- Kiedy zaczęłam badania, wydawało mi się, że to bardzo dobrze zorganizowana działalność i jakaś rozbudowana mafijna siatka, która sprawnie przerzuca dziewczyny przez granicę.

- Ale to nie tak? - zapytała Malin.

- Ta działalność jest niby jakoś zorganizowana, jednak później odkryłam, że to w istocie wiele drobnych i raczej niejednolitych grup. Zapomnij o garniturze od Armaniego i sportowym samochodzie - przeciętna szajka składa się z dwóch-trzech ludzi, pół na pół, Rosjanie albo mieszkańcy krajów bałtyckich i Szwedzi. Wyobraź sobie takiego szefa: czterdzieści lat, siedzi w podkoszulku, popija piwo i drapie się po brzuchu. Bez wykształcenia. Pod pewnymi względami można by go uznać za nieprzystosowanego społecznie, z problemami od wczesnego dzieciństwa.

- Bardzo romantyczne.

- O kobietach myśli jak neandertalczyk. Notorycznie używa przemocy, dużo pije, skopie dupę każdemu, kto mu podskoczy. W szajce istnieje wyraźna hierarchia przy podziale łupu, a współpracownicy często boją się szefa.

Dostawa mebli z Ikei dotarła do Lisbeth po trzech dniach, o wpół do dziesiątej. Dwóch silnych facetów uścisnęło rękę jasnowłosej Irene Nesser, mówiącej z lekkim norweskim akcentem. Następnie, jeżdżąc niewielką windą tam i z powrotem, spędzili dzień na montowaniu stołów, szafek i łóżek. Byli szalenie sprawni i najwyraźniej robili to już wcześniej. Irene poszła do hali targowej Söderhallarna, kupiła greckie jedzenie na wynos i zaprosiła ich na lunch.

Monterzy skończyli około piątej po południu. Gdy odjechali, Lisbeth Salander zdjęła perukę i zaczęła przechadzać się samotnie po mieszkaniu, rozmyślając o tym, czy dobrze będzie się czuła w swoim nowym domu. Stół kuchenny wydawał się zbyt elegancki jak na jej upodobania. Obok, z wejściem zarówno z przedpokoju, jak i z kuchni, miała swój nowy pokój dzienny z modnymi sofami i fotelami wokół stolika do kawy przy oknie. Była zadowolona z sypialni; usiadła ostrożnie na łóżku Bergen i wypróbowała ręką materac.

Zerknęła do gabinetu z widokiem na Saltsjön. Yes, bardzo efektywnie. Tu mogę pracować.

Jednak nad czym dokładnie - nie wiedziała, a i bez tego patrzyła na umeblowanie krytycznie.

No dobra, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Resztę wieczoru Lisbeth spędziła na rozpakowywaniu i układaniu swoich rzeczy. Pościeliła łóżko, a ręczniki, pościel i poszewki schowała do szafy. Otworzyła torby i porozwieszała w szafach nowe ubrania. Mimo olbrzymich zakupów wypełniła nimi tylko mały ułamek wolnej przestrzeni. Poustawiała lampy i poukładała patelnie; porcelanę i sztućce ułożyła w kuchennych szafkach.

Patrząc na puste ściany, pomyślała, że powinna była kupić jakieś plakaty albo obrazy. Zwykle ludzie mają na ścianach takie rzeczy. Nie zaszkodziłaby też roślina w doniczce.

Następnie otworzyła kartony przyniesione z Lundagatan i wybrała książki, gazety, wycinki i stare papiery z poprzednich researchów, które zapewne powinna wyrzucić. Bez żalu pozbyła się starych, wytartych T-shirtów i dziurawych skarpetek. Nagle znalazła wibrator, wciąż jeszcze w oryginalnym opakowaniu. Uśmiechnęła się krzywo. Zwariowany prezent urodzinowy od Mimmi, zupełnie zapomniała o jego istnieniu, właściwie nigdy nawet go nie wypróbowała. Postanowiła, że to się zmieni, i postawiła go na sztorc na szafce przy łóżku.

Po chwili spoważniała. Mimmi. Poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Spotykała się z Mimmi dość regularnie przez rok, a potem rzuciła ją dla Mikaela Blomkvista bez słowa wyjaśnienia. Nie pożegnała się, nie powiedziała, że zamierza wyjechać ze Szwecji. Tak samo jak nie pożegnała się ani nie odezwała do Dragana Armanskiego czy dziewczyn z Evil Fingers. Muszą myśleć, że nie żyje, albo może o niej zapomniały - nigdy nie była numerem jeden w ich paczce. Dokładnie tak, jakby odwróciła się od wszystkich i wszystkiego. Nagle zdała sobie sprawę, że nie pożegnała się na Grenadzie z George'em Blandem. Zastanawiała się, czy chodzi po plaży i jej wypatruje. Pomyślała o tym, co powiedział jej Mikael, że przyjaźń opiera się na szacunku i zaufaniu. Zaniedbuję przyjaciół. Zastanawiała się, gdzie jest Mimmi i czy powinna się do niej odezwać.

Większą część wieczoru i nocy poświęciła na porządkowanie papierów w gabinecie, instalowanie komputerów i surfowanie w sieci. Prześledziwszy swoje inwestycje, stwierdziła, że jest bogatsza niż rok wcześniej.

Przeprowadziła rutynową kontrolę komputera Nilsa Bjurmana, jednak w jego korespondencji nie znalazła nic interesującego, z czego wywnioskowała, że trzyma się w ryzach.

Nie znalazła nic, co wskazywałoby na jego dalsze kontakty z kliniką w Marsylii. Wydawało się, że na płaszczyźnie zawodowej i osobistej ograniczył się do wegetacji. Rzadko korzystał z poczty elektronicznej, a surfując w internecie, odwiedzał głównie strony z pornografią.

Dopiero około drugiej w nocy wyłączyła komputer. Poszła do sypialni, rozebrała się i rzuciła ubrania na krzesło. Potem poszła do łazienki, żeby się umyć. W kącie obok drzwi przymocowane były ogromne lustra od podłogi do sufitu. Przyglądała się sobie przez dłuższą chwilę. Patrzyła na swoją kanciastą, krzywą twarz, nowe piersi i wielki tatuaż na plecach. Wyglądał pięknie - długi, wijący się smok, czerwono-zielono-czarny, od głowy na barku aż po wąski ogon, biegnący przez prawy pośladek do uda. Przez ostatni rok, kiedy podróżowała, zapuściła włosy do ramion, ale w ostatnim tygodniu pobytu na Grenadzie wzięła pewnego dnia nożyczki i obcięła je na krótko. Nadal sterczały na wszystkie strony.

Poczuła nagle, że w jej życiu dokonywała się właśnie zasadnicza zmiana. Może były to niekorzystne skutki tego, iż miała do dyspozycji miliardy i nie musiała liczyć każdej korony. Może to dorosłe życie, które powoli zaczęło jej doskwierać. A może śmierć matki wyznaczajaca definitywny koniec jej dzieciństwa.

W trakcie zeszłorocznych podróży pozbyła się wielu kolczyków. W genueńskiej klinice z medycznych względów przed operacją musiał zniknąć ten w brodawce. Następnie wyjęła kolczyk z dolnej wargi, a będąc na Grenadzie, usunęła kolejny, z lewej wargi sromowej - uwierał i nie bardzo wiedziała, dlaczego kiedyś chciała mieć kolczyk w tym miejscu.

Otworzyła szeroko usta i wykręciła malutką sztangę, którą nosiła w języku przez siedem lat. Włożyła ją do miseczki na półce przy zlewie. Poczuła, że w ustach zrobiło się nagle pusto. Poza kilkoma kolczykami w płatku ucha pozostały jej jeszcze tylko dwa: kółeczko w lewej brwi i ozdoba w pępku.

W końcu poszła do sypialni i wślizgnęła się pod nową kołdrę. Odkryła, że łóżko jest gigantyczne, a ona zajmuje jedynie niewielką część jego powierzchni. Czuła się tak, jakby leżała na brzegu boiska do piłki nożnej. Opatuliła się kołdrą i rozmyślała jeszcze dłuższą chwilę.

Rozdział 6

Niedziela 23 stycznia - sobota 29 stycznia

Lisbeth Salander wjechała windą z garażu na piąte piętro, najwyższe z trzech kondygnacji biurowca przy Slussen, zajmowanych przez Milton Security. Otworzyła drzwi windy dorobionym kluczem, o który postarała się wiele lat temu. Wchodząc w ciemny korytarz, odruchowo spojrzała na zegarek. Trzecia dziesięć, niedziela nad ranem. Ludzie z nocnej zmiany siedzieli w dyżurce na trzecim piętrze i Lisbeth wiedziała, że najprawdopodobniej będzie całkiem sama na tej kondygnacji.

Jak zwykle dziwiła się, że profesjonalne przedsiębiorstwo ochrony ma tak oczywiste braki we własnym systemie bezpieczeństwa.

Korytarz na piątym piętrze niewiele się zmienił w ciągu minionego roku. Lisbeth najpierw odwiedziła swój gabinet, mały sześcian za szklaną ścianą, przydzielony jej przez Armanskiego. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Kilka sekund wystarczyło, by stwierdziła, że absolutnie nic nie uległo zmianie w jej pokoju, poza tym, że ktoś ustawił przy drzwiach karton ze starymi papierami. W pokoju znajdowały się stół, krzesło biurowe, kosz na śmieci i pusty regał na książki. Wyposażenie komputerowe stanowił prosty pecet Toshiba z 1997 roku z żenująco mało pojemnym twardym dyskiem.

Lisbeth nie znalazła niczego, co wskazywałoby, że Dragan przekazał pokój komuś innemu. Wzięła to za dobry znak, choć jednocześnie miała świadomość, iż nic to nie znaczy. Pokój nie miał nawet czterech metrów kwadratowych i nie można go było przeznaczyć na nic sensownego.

Lisbeth zamknęła drzwi, przeszła bezszelestnie cały korytarz, sprawdzając, czy gdzieś nie pracuje jakiś nocny marek. Była sama. Stanęła przy automacie do kawy, wzięła cappuccino, po czym udała się do pokoju Armanskiego i otworzyła drzwi dorobionym kluczem.

W jego biurze jak zawsze panował irytujący porządek. Obeszła pokój dookoła, spojrzała na regał, następnie usiadła przy biurku i włączyła komputer.

Z wewnętrznej kieszeni swojej nowej zamszowej kurtki wyciągnęła płytę CD i włożyła ją do napędu. Uruchomiła program o nazwie Asphyxia 1.3. Napisała go tylko po to, aby na twardym dysku Armanskiego zainstalować nowszą wersję programu Internet Explorer. Cała procedura zajęła około pięciu minut.

Gdy skończyła, wyjęła płytę z komputera, włączyła go ponownie i uruchomiła zainstalowaną wersję Explorera. Program wyglądał i działał tak samo jak poprzednia wersja, ale był nieco cięższy i o ułamek sekundy wolniejszy. Wszystkie ustawienia pokrywały się z oryginałem, łącznie z datą instalacji. Po dodanym przez nią pliku nie pozostał żaden ślad.

Po wpisaniu adresu serwera FTP w Holandii wyskoczyło okienko. Kliknęła polecenie "kopiuj", wpisała nazwę "Armanski/MiltSec" i nacisnęła enter. Komputer natychmiast rozpoczął kopiowanie zawartości twardego dysku Armanskiego na holenderski serwer. Pasek postępu wskazywał, że proces zakończy się za trzydzieści cztery minuty.

W trakcie transferu z ozdobnej wazy na regale wyciągnęła zapasowy klucz do biurka. Następne poświęciła pół godziny na zapoznanie się z zawartością papierów z prawej górnej szuflady, w której Armanski zawsze przechowywał dokumenty bieżących i pilnych spraw. Gdy usłyszała dźwięk oznaczający zakończenie transferu, odłożyła teczki w odpowiedniej kolejności.

Potem wyłączyła komputer, zgasiła lampę na biurku i zabrała pusty kubek po cappuccino. Wyszła tą samą drogą, którą weszła. Gdy wsiadała do windy, była czwarta dwanaście nad ranem.

Do domu na Mosebacke wróciła spacerem, usiadła przed swoim PowerBookiem i połączyła się z serwerem w Holandii, na którym uruchomiła kopię Asphyxii 1.3. Po włączeniu programu pojawiło się okienko, gdzie należało wybrać nazwę dysku. Lisbeth mogła wybierać spośród czterdziestu kilku możliwości i zaczęła przewijać w dół ekranu. Pominęła dysk NilsEBjurman, który przeglądała zazwyczaj raz na dwa miesiące. Na sekundę zatrzymała się przy Blom/laptop i MikBlom/office. Nie klikała na te ikonki od ponad roku i zawahała się, czy ich nie wyrzucić. Dla zasady postanowiła jednak je zachować - ponieważ już raz włamała się do tych komputerów, głupotą byłoby kasować informacje, bo może pewnego dnia będzie zmuszona powtarzać całą procedurę. To samo dotyczyło ikonki z nazwą Wennerström, której od dawna nie otwierała. Właściciel tego dysku już nie żył. Nowo utworzona ikonka Armanski/MiltSec znajdowała się na samym końcu listy.

Mogła wcześniej skopiować jego dysk, ale nigdy jej na tym nie zależało, ponieważ pracując w Milton i tak mogła dotrzeć do informacji, które Armanski chciał ukryć przed światem. Włamując się do jego komputera, nie miała złych zamiarów. Chciała po prostu wiedzieć, nad czym firma pracuje, i mieć rozeznanie w sytuacji. Kliknęła i od razu otworzył się folder z nową ikonką o nazwie Armanski HD. Wypróbowała, czy ma dostęp do tego dysku, i stwierdziła, że wszystkie pliki są na swoim miejscu.

Siedziała przed komputerem aż do siódmej rano, czytając raporty, sprawozdania finansowe i pocztę elektroniczną. Wreszcie pokiwała w zadumie głową i wyłączyła komputer. Poszła do łazienki, umyła zęby, po czym rozebrała się w sypialni, zostawiła stertę ubrań na podłodze, wślizgnęła się do łóżka i spała do wpół do pierwszej po południu.

W ostatni piątek stycznia w "Millennium" odbywało się coroczne posiedzenie zarządu. Brali w nim udział skarbnik, rewident oraz czworo udziałowców: Erika Berger (trzydzieści procent), Mikael Blomkvist (dwadzieścia procent), Christer Malm (dwadzieścia procent) i Harriet Vanger (trzydzieści procent). Na zebranie wezwano również sekretarza redakcji, Malin Eriksson, jako reprezentantkę pracowników i przewodniczącą miejscowej filii związku zawodowego w "Millennium". Do związku należeli oprócz niej także Lottie Karim, Henry Cortez, Monika Nilsson oraz dyrektor handlowy, Sonny Magnusson. Dla Malin było to pierwsze posiedzenie zarządu firmy.

Zebranie rozpoczęto o czwartej po południu, a zakończono ponad godzinę później. Większość czasu zajęły omówienia sprawozdania finansowego oraz rewizyjnego. Stwierdzono, że "Millennium" ma lepszą sytuację ekonomiczną niż podczas kryzysu, który dotknął firmę przed dwoma laty. Sprawozdanie rewizyjne wykazało, że firma osiągnęła dwa miliony sto tysięcy koron zysku, z czego ponad milion to dochody z książki Mikaela Blomkvista.

Na wniosek Eriki Berger postanowiono, że milion koron pozostanie w rezerwie jako zabezpieczenie na wypadek przyszłych kryzysów, dwieście pięćdziesiąt tysięcy pójdzie na niezbędny remont lokali redakcyjnych oraz zakup nowych komputerów i innego sprzętu, trzysta tysięcy umożliwi podwyżki płac oraz ewentualne przejście Henry'ego Corteza na pełen etat. Co do pozostałej sumy, zaproponowano wypłatę dywidendy w wysokości pięćdziesięciu tysięcy koron każdemu ze wspólników oraz łącznie stu tysięcy premii do równego podziału między czworo stałych współpracowników bez względu na to, czy pracowali na cały, czy tylko na część etatu. Dyrektor handlowy, Sonny Magnusson, premii nie otrzymał. Zgodził się bowiem na kontrakt, który zapewniał mu procent od sprzedanych reklam, dzięki czemu często był najwyżej wynagradzanym pracownikiem. Wniosek został przyjęty jednogłośnie.

Propozycja Mikaela Blomkvista, by zmniejszyć budżet na zlecenia, a w zamian zatrudnić jeszcze jednego reportera na pół etatu, wywołała krótką dyskusję. Mikael miał tu na myśli Daga Svenssona, który mógłby wtedy traktować "Millennium" jako bazę w dalszej pracy freelancera, a później ewentualnie dostać cały etat. Propozycja spotkała się ze sprzeciwem Eriki Berger, której zdaniem gazeta nie poradziłaby sobie bez dostępu do stosunkowo dużej liczby tekstów z zewnątrz. Erikę poparła Harriet Vanger, natomiast Christer Malm wstrzymał się od głosu. Postanowiono nie naruszać budżetu, a jednocześnie sprawdzić, czy można dokonać korekty innych wydatków. Wszyscy bardzo chcieli zatrzymać Daga Svenssona przynajmniej na pół etatu.

Po krótkiej dyskusji o przyszłym kierunku pisma i planach jego rozwoju ponownie wybrano Erikę na prezesa zarządu na bieżący rok. Następnie uznano posiedzenie za zakończone.

Malin Erikson nie odezwała się słowem podczas zebrania. Licząc w pamięci, stwierdziła, że współpracownicy dostaną premię od zysków w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy koron, czyli więcej niż miesięczna pensja. Nie widziała powodu, by protestować przeciw tej decyzji.

Zaraz po zebraniu Erika Berger zwołała dodatkową naradę udziałowców. Oznaczało to, że ona, Mikael, Christer i Harriet zostają, a pozostali opuszczą salę konferencyjną. Jak tylko zamknęły się drzwi, Erika otworzyła posiedzenie.

- Mamy jeden punkt w porządku obrad. Harriet, zgodnie z umową zawartą z Henrikiem Vangerem, jego zaangażowanie w firmę miało trwać dwa lata. Dotarliśmy do momentu, gdy umowa wygasa. Musimy więc postanowić, co stanie się z twoimi - a dokładniej mówiąc Henrika - udziałami.

Harriet kiwnęła głową.

- Wszyscy wiemy, że jego wejście do spółki było spowodowane impulsem i wymogami bardzo specyficznej sytuacji - powiedziała Harriet. - Sytuacja ta jest już nieaktualna. Co proponujecie?

Zirytowany Christer Malm zaczął wiercić się na krześle. Był jedyną osobą w sali, która nie za bardzo wiedziała, na czym owa specyficzna sytuacja polegała. Zdawał sobie sprawę, że Mikael i Erika zataili przed nim jakieś fakty, lecz Erika wytłumaczyła, iż chodzi o rzecz w najwyższym stopniu poufną, o której Mikael w żadnym wypadku nie chce rozmawiać. Christer nie był aż tak tępy, by się nie domyślać, że milczenie Mikaela miało coś wspólnego z Hedestad i Harriet Vanger. Rozumiał też, iż nie musi nic wiedzieć, podejmując decyzję w zasadniczej kwestii, a miał dla Mikaela dość szacunku, by nie robić z tego wielkiej sprawy.

- Przedyskutowaliśmy to we trójkę i doszliśmy do pewnego wniosku - odezwała się Erika. Zrobiła pauzę i spojrzała Harriet w oczy. - Zanim przedstawimy nasz punkt widzenia, chcielibyśmy wiedzieć, co ty o tym sądzisz.

Harriet Vanger popatrzyła kolejno na Erikę, Mikaela, na którym zatrzymała na moment wzrok, i Christera. Nie mogła jednak nic wyczytać z ich twarzy.

- Jeśli chcecie mnie wykupić, będzie to kosztować dobre trzy miliony plus odsetki, bo tyle Vangerowie zainwestowali w "Millennium". Stać was na to? - zapytała Harriet łagodnie.

- Owszem - powiedział Mikael z uśmiechem.

Dostał od starego przemysłowca, Henrika Vangera, pięć milionów koron za robotę, jaką dla niego wykonał. Jak na ironię, w jej zakres wchodziło między innymi odnalezienie Harriet Vanger.

- W takim razie decyzja jest w waszych rękach. Kontrakt stanowi, że możecie się pozbyć wspólnika z rodziny Vangerów dokładnie od dzisiaj. Sama nigdy nie spisałabym kontraktu tak niedbale, jak to zrobił Henrik.

- Możemy cię wykupić, jeśli będziemy chcieli - powiedziała Erika. - Pytanie brzmi, co ty chcesz zrobić. Kierujesz koncernem przemysłowym, a właściwie dwoma. Cały nasz roczny budżet to tyle, ile wy macie obrotu podczas jednej przerwy na kawę. Jaki masz interes w tym, by tracić czas na coś tak nieistotnego jak "Millennium"? Zwołujemy zebranie co kwartał, a ty, odkąd zastępujesz Henrika w zarządzie, za każdym razem rezerwujesz sobie ten czas i przychodzisz punktualnie.

Harriet Vanger spojrzała na prezesa zarządu łagodnym wzrokiem. Przez długą chwilę nic nie mówiła. Potem popatrzyła na Mikaela i odpowiedziała.

- Od dnia, kiedy się urodziłam, zawsze byłam właścicielką czegoś. Dni upływają mi na kierowaniu koncernem, w którym jest więcej intryg niż na czterystu stronach harlequina. Weszłam do zarządu, żeby wypełnić zobowiązania, których nie mogłam się zrzec. Ale wiecie co? W trakcie minionych osiemnastu miesięcy odkryłam, że lepiej się czuję w tym zarządzie niż we wszystkich innych razem wziętych.

Mikael z zadumą pokiwał głową. Harriet przeniosła wzrok na Christera.

- "Millennium" to jakby zabawa w zarządzanie. Problemy są tu drobne, zrozumiałe i przejrzyste. Oczywiście, firma chce wypracować zysk i zarabiać pieniądze - to podstawowy warunek. Ale cel waszej działalności jest zupełnie inny - naprawdę chcecie coś osiągnąć.

Wypiła łyk wody mineralnej Ramlösa i utkwiła wzrok w Erice.

- Czym owo coś miałoby być, nie wiadomo dokładnie. Cel jest po prostu nieokreślony. Nie jesteście partią polityczną ani żadnym lobby. Nie musicie postępować lojalnie wobec nikogo innego oprócz siebie samych. Wytykacie społeczeństwu błędy i wkurzacie osoby publiczne, których nie lubicie. Często chcecie dokonywać zmian i wywierać wpływ. Nawet jeśli udajecie, że jesteście cynikami i nihilistami, to jedynie wasza własna moralność nadaje kierunek tej gazecie, a wiele razy widziałam, że to moralność dość szczególna. Nie wiem, jak to nazwać, ale "Millennium" ma duszę. To jedyny zarząd, z zasiadania w którym naprawdę jestem dumna.

Harriet zamilkła, cisza trwała dość długo, wreszcie Erika się zaśmiała.

- Pięknie to brzmi. Ale wciąż nie odpowiedziałaś na pytanie.

- Świetnie się czuję w waszym gronie, a członkostwo w tym zarządzie naprawdę dobrze mi zrobiło. To jedna z najbardziej szalonych i absurdalnych rzeczy, jakich doświadczyłam. Jeśli chcecie, żebym została, to chętnie zostanę.

- No dobra - powiedział Christer. - Gadaliśmy i gadaliśmy, i jesteśmy całkowicie zgodni. Zrywamy dzisiaj kontrakt i wykupujemy cię.

Oczy Harriet rozszerzyły się odrobinę.

- Chcecie się mnie pozbyć?

- Gdy podpisywaliśmy ten kontrakt, mieliśmy nóż na gardle. Żadnego wyboru. Już wtedy zaczęliśmy odliczać dni do momentu, kiedy będziemy mogli wykupić udziały Henrika Vangera.

Erika otworzyła teczkę, wyjęła papiery na stół i podsunęła je Harriet razem z czekiem wystawionym z dokładnością do korony na sumę, jaką Harriet wcześniej podała. Harriet Vanger przejrzała kontrakt. Bez słowa wzięła ze stołu długopis i podpisała.

- Otóż to - powiedziała Erika. - Załatwiliśmy sprawę bezboleśnie. Chciałabym podziękować Henrikowi Vangerowi za miniony czas i za wkład, jaki wniósł w rozwój "Millennium". Mam nadzieję, że mu to przekażesz.

- Oczywiście - odpowiedziała Harriet. Wyraz jej twarzy nic nie zdradzał, jednak była dotknięta i głęboko rozczarowana, że skłonili ją do przyznania, iż chce zostać w zarządzie, a potem tak po prostu ją wyrzucili. To było cholernie niepotrzebne.

- Jednocześnie chcę cię zainteresować całkiem innym kontraktem.

Wyciągnęła nowy plik dokumentów i przesunęła go po stole.

- Zastanawiamy się, czy może miałabyś ochotę zostać współudziałowcem "Millennium". Cena dokładnie pokrywa się z kwotą, którą właśnie otrzymałaś. Kontrakt różni się tym, iż nie ma w nim żadnych ograniczeń czasowych ani szczególnych klauzul. Wchodzisz do zarządu jako pełnoprawny udziałowiec firmy z taką samą odpowiedzialnością i zobowiązaniami jak my wszyscy.

Hariet uniosła brwi.

- Po co ta zawiła procedura?

- Dlatego że prędzej czy później i tak trzeba by to zrobić - powiedział Christer. - Mogliśmy przedłużać stary kontrakt o rok do następnego zebrania wspólników albo dopóki byśmy się nie pokłócili i nie usunęli cię z zarządu. Wciąż byłby to jednak kontrakt, który należy spłacić.

Harriet podparła głowę ręką i spojrzała na niego badawczo. Przeniosła wzrok na Mikaela, a potem na Erikę.

- Różnica polega na tym, że do podpisania kontraktu z Henrikiem zmusiła nas sytuacja finansowa - powiedziała Erika. - Z tobą zawieramy umowę, ponieważ tego chcemy. A inaczej niż w przypadku poprzedniej nie będzie można tak łatwo cię zwolnić.

- Dla nas to ogromna różnica - odezwał się cicho Mikael.

To był jego jedyny wkład w dyskusję.

- Po prostu uważamy, że wnosisz do "Millennium" coś więcej niż gwarancje finansowe, które zapewnia nazwisko Vanger - powiedziała Erika. - Jesteś mądra, wyrozumiała, proponujesz konstruktywne rozwiązania. Do tej pory starałaś się trzymać na uboczu, jak ktoś, kto przyszedł w odwiedziny. Dajesz temu zarządowi stabilność i oparcie, jakich wcześniej nigdy nie mieliśmy. Znasz się na interesach. Kiedyś zapytałaś, czy możesz na mnie polegać, a mnie zastanowiło, czy mogę polegać na tobie. W tym momencie obie znamy odpowiedź. Lubię cię i polegam na tobie - jak wszyscy tutaj. Nie chcemy, żebyś pozostawała na marginesie zgodnie z jakąś absurdalną umową. Chcemy cię jako partnera i pełnoprawnego współudziałowca.

Harriet przysunęła do siebie dokument i pięć minut czytała go dokładnie linijka po linijce. Wreszcie podniosła wzrok.

- I wszyscy troje jesteście co do tego zgodni? - zapytała.

Kiwnęli głowami. Harriet wzięła długopis i podpisała. Przesunęła czek po stole. Mikael podarł go na kawałki.

Współudziałowcy "Millennium" jedli kolację w Samirs Gryta przy Tavastgatan. Spokojne przyjęcie z dobrym winem, kuskusem i jagnięciną na cześć nowego wspólnika. Rozmowa toczyła się bez napięć, a Harriet Vanger była wyraźnie oszołomiona. Przypominało to trochę krępującą pierwszą randkę, kiedy obie strony wiedzą, że coś się wydarzy, ale nie wiedzą dokładnie co.

Już około wpół do ósmej Harriet odłączyła się od towarzystwa. Usprawiedliwiła się, że chce wrócić do hotelu i się położyć. Erika Berger właśnie miała wychodzić do domu, do męża, przeszły więc kawałek razem. Rozstały się przy Slussen. Mikael i Christer leniwie siedzieli jeszcze chwilę, po czym Christer przeprosił i powiedział, że on też musi już iść.

Harriet wzięła taksówkę do Sheratona i poszła do swojego pokoju na siódmym piętrze. Rozebrała się, wykąpała i włożyła hotelowy szlafrok. Potem usiadła przy oknie i patrzyła na Riddarholmen. Otworzyła paczkę dunhilli i zapaliła. Paliła około trzech, czterech papierosów dziennie, co było tak znikomą ilością, że czuła się niemal osobą niepalącą i potrafiła dla zabawy zaciągnąć się dla przyjemności, nie mając przy tym wyrzutów sumienia.

O dziewiątej ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła i wpuściła Mikaela Blomkvista.

- Drań - powiedziała.

Mikael uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.

- Przez chwilę myślałam, że naprawdę zamierzacie mnie wyrzucić.

- Nie zrobilibyśmy tego w taki sposób. Rozumiesz, dlaczego chcieliśmy od nowa sformułować kontrakt?

- Tak. To ma sens.

Mikael rozchylił szlafrok Harriet i delikatnie objął dłonią jej pierś.

- Drań - powiedziała znowu.

Lisbeth Salander zatrzymała się przed drzwiami z nazwiskiem Wu. Gdy stała na ulicy, w oknie paliło się światło, a teraz słyszała muzykę dobiegającą z mieszkania. Nazwisko się zgadzało. Lisbeth wywnioskowała, że Miriam wciąż mieszka w kawalerce na Tomtebogatan przy S:t Eriksplan. Był piątkowy wieczór i przypuszczała, że Mimmi poszła gdzieś się zabawić, a w mieszkaniu będzie ciemno. Jedyne, co musiała ustalić to, czy Mimmi będzie jeszcze chciała ją znać, czy jest sama i wolna.

Nacisnęła dzwonek.

Mimmi otworzyła drzwi i ze zdumienia aż uniosła brwi. Oparła się o futrynę z ręką na biodrze.

- Salander. Myślałam, że nie żyjesz albo coś w tym stylu.

- Raczej coś w tym stylu - powiedziała Lisbeth.

- Czego chcesz?

- Jest wiele odpowiedzi na to pytanie.

Miriam Wu rozejrzała się po klatce schodowej, po czym znów utkwiła wzrok w Lisbeth.

- Spróbuj podać choć jedną.

- No, dowiedzieć się, czy wciąż jesteś singlem i czy masz dziś ochotę na towarzystwo.

Mimmi przez kilka sekund wyglądała na zdumioną, potem wybuchnęła śmiechem.

- Znam tylko jedną osobę, której przyszłoby na myśl zadzwonić do moich drzwi po półtora roku milczenia i zapytać, czy mam ochotę się pieprzyć.

- Chcesz, żebym sobie poszła?

Mimmi przestała się śmiać. Zamilkła na moment.

- Lisbeth... O rany, ty mówisz poważnie.

Lisbeth wyczekiwała.

Wreszcie Mimmi westchnęła i otworzyła szeroko drzwi.

- Wejdź. W każdym razie mogę cię zaprosić na kawę.

Lisbeth podążyła za nią i usiadła na jednym z dwóch taboretów w kąciku jadalnym, który Mimmi urządziła w przedpokoju, tuż za drzwiami wejściowymi. Mieszkanie o powierzchni dwudziestu czterech metrów kwadratowych składało się z ciasnego pokoju i z przedpokoju, który dało się nieco umeblować. Kuchnię stanowiła szafka w rogu przedpokoju, dokąd Mimmi podciągnęła wężem wodę z toalety.

Lisbeth zerkała na Mimmi, gdy nalewała wodę do ekspresu. Matka Mimmi pochodziła z Hong Kongu, a ojciec z Boden na północy Szwecji. Lisbeth wiedziała, że jej rodzice wciąż byli małżeństwem i mieszkali w Paryżu. Mimmi studiowała socjologię w Sztokholmie, a jej starsza siostra antropologię w Stanach. Matczyne geny objawiały się w jej kruczoczarnych, prostych, krótko ściętych włosach i lekko orientalnych rysach. Po ojcu miała błękitne oczy, które nadawały jej znamienny wygląd. Miała szerokie usta i dołki w policzkach, których nie zawdzięczała ani matce, ani ojcu.

Miała trzydzieści jeden lat. Lubiła wystroić się w błyszczącą skórę i włóczyć się po klubach z performance show - czasem sama w nich występowała. Natomiast Lisbeth nie była w klubie, odkąd skończyła szesnaście lat.

Jeden dzień w tygodniu dorabiała jako sprzedawczyni w Domino Fashion na którejś z przecznic Sveavägen. Klienci poszukujący ubrań w stylu pielęgniarskiego uniformu z gumy czy stroju wiedźmy z czarnej skóry zaglądali do Domino, gdzie zarówno projektowano, jak i wykonywano takie rzeczy. Mimmi wraz z kilkoma przyjaciółkami była współwłaścicielką butiku, co oznaczało skromny dodatek do kredytu studenckiego w kwocie kilku tysięcy miesięcznie. Lisbeth zobaczyła Mimmi przed kilku laty w przedziwnym show na paradzie równości Stockholm Pride, a wieczorem spotkała ją na piwie. Mimmi miała na sobie niezwykłą cytrynowożółtą sukienkę z plastiku, która więcej odkrywała, niż zakrywała. Lisbeth z trudnością przyszłoby określić, na czym miałby polegać erotyzm tego stroju, lecz była na tyle pijana, by nagle nabrać ochoty na poderwanie dziewczyny przebranej za cytrus. Ku wielkiemu zdziwieniu Lisbeth owoc zmierzył ją wzrokiem, roześmiał się w głos, bez skrępowania pocałował w usta i powiedział: "Chcę cię mieć". Poszły razem do domu Lisbeth i uprawiały seks całą noc.

- Jestem, jaka jestem - powiedziała Lisbeth. - Wyjechałam, żeby uciec od wszystkich i wszystkiego. Powinnam była się pożegnać.

- Myślałam, że coś ci się stało. Chociaż ostatnio, kiedy jeszcze tu byłaś, nie miałyśmy raczej ze sobą kontaktu.

- Załatwiałam pewne sprawy.

- Jesteś taka tajemnicza. Nigdy o sobie nie mówisz, nie wiem, gdzie pracujesz ani do kogo zadzwonić, gdybyś nie odbierała komórki.

- Chwilowo nigdzie nie pracuję, a poza tym ty jesteś dokładnie taka sama. Chciałaś mieć seks, ale nie interesował cię związek. Czyż nie?

Mimmi spojrzała na Lisbeth.

- To prawda - odpowiedziała w końcu.

- Tak samo było ze mną. Nigdy ci nic nie obiecywałam.

- Zmieniłaś się.

- Nie bardzo.

- Wyglądasz na starszą. Dojrzalszą. Masz inne ciuchy. I wypchałaś sobie czymś stanik.

Lisbeth nic nie powiedziała. Poprawiła się na taborecie. Mimmi właśnie poruszyła kwestię, która wydawała się Lisbeth krępująca, nie mogła się zdecydować, jak ją wyjaśnić. Mimmi widziała Lisbeth nago i z pewnością nie uszedłby jej uwagi fakt, że zaszła pewna zmiana. W końcu Lisbeth spuściła oczy i wymamrotała:

- Zrobiłam sobie piersi.

- Słucham?

Lisbeth podniosła wzrok i odezwała się głośniej, nieświadoma tego, że przybrała zaczepny ton.

- Pojechałam do kliniki we Włoszech i zrobiłam sobie normalne piersi. To dlatego zniknęłam. A potem po prostu podróżowałam dalej. Teraz wróciłam.

- Żartujesz?

Lisbeth spojrzała na Mimmi wzrokiem bez wyrazu.

- Ale jestem głupia. Ty nigdy nie żartujesz, doktorze Spock.

- Nie zamierzam przepraszać. Jestem wobec ciebie szczera. Jeśli chcesz, żebym sobie poszła, to tylko powiedz.

- Naprawdę masz nowe cycki?

Lisbeth kiwnęła głową. Mimmi wybuchnęła nagle głośnym śmiechem. Lisbeth zachmurzyła się.

- Na pewno nie chcę, żebyś wyszła, zanim je zobaczę. Proszę. Please.

- Mimmi, zawsze lubiłam seks z tobą. W ogóle cię nie interesowało, czym się zajmuję, a gdy byłam zajęta, to znajdowałaś sobie kogoś innego. I gówno cię obchodzi, co ludzie o tobie myślą.

Mimmi kiwnęła głową. Już pod koniec podstawówki zdała sobie sprawę, że jest lesbijką, i po kilku nieśmiałych, krępujących próbach, dostąpiła erotycznego wtajemniczenia w wieku lat siedemnastu, gdy przypadkowo poszła z kimś na imprezę organizowaną przez göteborgską filię Krajowej Organizacji na rzecz Równości Seksualnej. Nigdy później nie rozważała zmiany stylu życia. Jeden jedyny raz, mając dwadzieścia trzy lata, spróbowała seksu z facetem. Odbyła stosunek i mechanicznie robiła wszystko, czego od niej oczekiwał. Nie doświadczyła rozkoszy. Należała również do tej garstki dziewczyn, które w ogóle nie przejawiały zainteresowania małżeństwem, wiernością i intymnymi wieczorami w domu.

- Jestem w Szwecji od kilku tygodni. Chciałam się dowiedzieć, czy mam iść na podryw, czy może nadal jesteś zainteresowana.

Mimmi wstała i podeszła do Lisbeth. Pochyliła się i pocałowała ją delikatnie w usta.

- Zamierzałam się dzisiaj pouczyć.

Odpięła górny guzik bluzki Lisbeth.

- Jasna cholera...

Pocałowała ją jeszcze raz i odpięła następny guzik.

- Po prostu muszę to zobaczyć.

Znów ją pocałowała.

- Witamy z powrotem.

Harriet Vanger zasnęła około drugiej nad ranem, Mikael leżał obok, słuchając jej oddechu. Wreszcie wstał i wyjął papierosa z paczki dunhilli w jej torebce. Usiadłszy nago na krześle przy łóżku, przyglądał się Harriet.

Nie planował, że zostanie jej kochankiem. Wręcz przeciwnie, po wydarzeniach w Hedestad czuł potrzebę, by trzymać się z daleka od rodziny Vangerów. Spotkał Harriet na kilku zebraniach zarządu zeszłej wiosny i zawsze zachowywał uprzejmy dystans; znali swoje tajemnice i mieli na siebie haki, jednak poza obowiązkami Harriet w zarządzie "Millennium" wszystkie ich wspólne sprawy były praktycznie zakończone.

W zeszłym roku na Zielone Świątki Mikael po raz pierwszy od wielu miesięcy wyjechał do swojego domku letniskowego w Sandhamn, żeby trochę odetchnąć, posiedzieć na pomoście, przeczytać jakiś kryminał. W piątkowe popołudnie, kilka godzin po przyjeździe, przespacerował się do kiosku po papierosy, gdy nagle wpadł na Harriet. Poczuła potrzebę, by wyrwać się z Hedestad, i zarezerwowała weekend w hotelu w Sandhamn, gdzie nie była od czasów dzieciństwa. Miała szesnaście lat, gdy uciekła ze Szwecji, a pięćdziesiąt trzy, gdy wróciła. To właśnie Mikael ją odnalazł.

Po kilku słowach powitania Harriet zamilkła zakłopotana. Mikael znał jej historię. Wiedziała, że wbrew swoim zasadom nie ujawnił przerażających tajemnic rodziny Vangerów. Zrobił to między innymi przez wzgląd na nią.

Chwilę później Mikael zaprosił ją do siebie. Zrobił kawę i rozmawiając, przesiedzieli na werandzie kilka godzin. Od jej powrotu do Szwecji po raz pierwszy poważnie rozmawiali. Mikael musiał zapytać.

- Co zrobiliście z zawartością piwnicy Martina?

- Naprawdę chcesz wiedzieć?

Kiwnął głową.

- Sama posprzątałam. Spaliłam wszystko, co się dało. Kazałam zburzyć dom. Nie mogłam tam mieszkać, nie mogłam też go sprzedać i pozwolić, by ktoś inny tam mieszkał. Dla mnie to miejsce wiązało się tylko ze złem. Zamierzam zbudować tam nowy dom; mniejszy.

- Nikt się nie dziwił, gdy kazałaś go zburzyć? To była przecież elegancka i całkiem nowa willa.

Uśmiechnęła się.

- Dirch Frode puścił plotkę, że dom był zniszczony przez pleśń, a renowacja kosztowałaby więcej.

Dirch Frode to adwokat rodziny Vangerów.

- Co u niego?

- Niedługo skończy siedemdziesiątkę. Wciąż dla mnie pracuje.

Zjedli razem kolację. Nagle Mikael zdał sobie sprawę, że Harriet opowiada najbardziej intymne i osobiste szczegóły ze swojego życia. Gdy jej przerwał i zapytał, dlaczego to robi, zastanowiła się przez chwilę i odpowiedziała, że nie ma drugiej takiej osoby na świecie, przed którą nie miałaby powodu czegokolwiek ukrywać. Poza tym trudno jej było bronić się przed smarkaczem, którego dobre czterdzieści lat temu pilnowała jako opiekunka.

W całym swoim życiu Harriet uprawiała seks z trzema mężczyznami. Najpierw ze swoim ojcem, potem z bratem. Ojca zabiła, a od brata uciekła. W jakiś sposób przetrwała to wszystko, spotkała właściwego mężczyznę i stworzyła sobie nowe życie.

- Był czuły i kochający. Szlachetny, dawał poczucie bezpieczeństwa. Byłam z nim szczęśliwa. Przeżyliśmy razem ponad dwadzieścia lat, zanim zachorował.

- Nie wyszłaś ponownie za mąż? Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

- Miałam dwójkę dzieci, byłam właścicielką dużego przedsiębiorstwa w branży rolniczej w Australii. Nigdy tak naprawdę nie mogłam się wymknąć na jakiś romantyczny weekend. Nie brakowało mi seksu.

Przez chwilę siedzieli cicho.

- Późno już. Powinnam wracać do hotelu.

Mikael kiwnął głową.

- Chcesz mnie uwieść?

- Tak - odpowiedział.

Wstał, wziął ją za rękę, poprowadził na poddasze domku, do sypialni. Nagle Harriet zatrzymała go.

- Nie wiem za bardzo, jak się zachować - powiedziała. - Nie robię takich rzeczy na co dzień.

Spędzili razem weekend, a potem co trzy miesiące spotykali się na jedną noc po zebraniach zarządu "Millennium". Nie był to jakiś trwały związek. Harriet Vanger pracowała dwadzieścia cztery godziny na dobę i stale podróżowała. Co drugi miesiąc spędzała w Australii. Najwyraźniej jednak doceniała te sporadyczne i krótkie spotkania z Mikaelem.

Dwie godziny później Mimmi robiła kawę, a Lisbeth leżała naga i spocona na pościeli. Przez otwarte drzwi patrzyła na Mimmi, paląc papierosa. Zazdrościła jej ciała. Jej mięśnie wyglądały imponująco. Trzy razy w tygodniu trenowała na siłowni, z czego jeden wieczór poświęcała na tajski boks czy jakieś tam inne gówniane karate i dzięki temu miała bezwstydnie wysportowane ciało.

Po prostu była całkiem apetyczna. Nie piękna jak fotomodelka, ale autentycznie atrakcyjna. Uwielbiała prowokować, zachowywać się wyzywająco. Gdy wystroiła się na imprezę, potrafiła zainteresować sobą każdego. Lisbeth nie pojmowała, dlaczego Mimmi w ogóle zwracała uwagę na taką kozę jak ona.

Ale cieszyło ją to. Seks z Mimmi był tak cudownie wyzwalający, że Lisbeth po prostu odprężała się i rozkoszowała, biorąc i dając jednocześnie.

Mimmi wróciła z dwoma kubkami, które postawiła na taborecie obok. Położyła się na łóżku, pochyliła i ustami chwyciła brodawkę Lisbeth.

- No dobra, mogą być - powiedziała.

Lisbeth milczała. Popatrzyła na piersi Mimmi. Też były dość małe, lecz wyglądały całkiem naturalnie.

- Mówiąc szczerze, Lisbeth, cholernie dobrze wyglądasz.

- To śmieszne. Piersi to ani plus, ani minus, ale w każdym razie teraz je mam.

- Ty i ta twoja obsesja na punkcie wyglądu.

- I kto to mówi, sama trenujesz jak szalona.

- Trenuję jak szalona, bo sprawia mi to przyjemność. Daje prawie takiego kopa jak seks. Powinnaś spróbować.

- Uprawiam boks - powiedziała Lisbeth.

- Gadanie. Boksowałaś najwyżej raz na dwa miesiące i tylko dlatego, żeby sprać zarozumiałych facetów. To dla ciebie niezły haj, a nie trening dla zdrowia.

Lisbeth wzruszyła ramionami. Mimmi usiadła na niej okrakiem.

- Lisbeth, naprawdę jesteś nieskończenie egocentryczna i masz obsesję na punkcie własnego ciała. Zrozum, lubiłam być z tobą w łóżku nie z powodu twojego wyglądu, ale tego, jak się zachowujesz. W moich oczach jesteś cholernie sexy.

- Ty dla mnie też. Dlatego do ciebie wróciłam.

- Nie z miłości? - zapytała Mimmi, udając zraniony ton.

Lisbeth potrząsnęła głową.

- Masz teraz kogoś?

Mimmi zawahała się chwilę, po czym skinęła.

- Może. Tak jakby. Chyba. To trochę skomplikowane.

- Nie chcę być wścibska.

- Wiem. Nie mam nic przeciwko, mogę ci powiedzieć. To pewna kobieta z uniwerku, trochę starsza ode mnie. Mężatka od dwudziestu lat, spotykamy się za plecami jej męża. Przedmieście, willa, takie tam. Kryptolesbijka.

Lisbeth kiwnęła głową.

- Jej mąż sporo podróżuje, więc spotykamy się od czasu do czasu. Trwa to od jesieni i zaczyna się robić trochę nudne. Ale niezła z niej laska. No i oczywiście spotykam się też z tymi co zawsze.

- Właściwie chodziło mi o to, czy mogę cię jeszcze odwiedzić.

Mimmi kiwnęła głową.

- Bardzo chcę, żebyś się odezwała.

- Nawet jeśli znów zniknę na pół roku?

- No to nie zrywaj kontaktu. Przecież chciałabym wiedzieć, czy żyjesz. W każdym razie pamiętam, kiedy masz urodziny.

- Żadnych zobowiązań?

Mimmi westchnęła z uśmiechem.

- Wiesz, z taką lesbijką jak ty faktycznie mogłabym zamieszkać. Dałabyś mi spokój, kiedy bym chciała.

Lisbeth nie odzywała się.

- Abstrahując od faktu, że właściwie nie jesteś lesbijką. Nawet nie "właściwie". Może jesteś biseksualna. A tak naprawdę to chyba po prostu lubisz seks, a płeć gówno cię obchodzi. Jesteś czynnikiem chaosu w entropii.

- Nie wiem, czym jestem - powiedziała Lisbeth. - W każdym razie jestem z powrotem w Sztokholmie, w dodatku kiepsko daję sobie radę w kontaktach z ludźmi. Prawdę mówiąc, nie znam tu nikogo. Jesteś pierwszą osobą, z którą rozmawiam, odkąd wróciłam do domu.

Mimmi przyjrzała się jej poważnym wzrokiem.

- Naprawdę chcesz się spotykać z ludźmi? Jesteś najbardziej zagadkowym i niedostępnym człowiekiem, jakiego znam.

Przez chwilę siedziały cicho.

- Ale te twoje nowe cycki są naprawdę niezłe.

Przyłożyła palce pod brodawką Lisbeth i naciągnęła skórę.

- Pasują ci. Nie za duże, nie za małe.

Lisbeth odetchnęła z ulgą, że recenzja jest pozytywna.

- I w dotyku są naturalne.

Ścisnęła pierś tak mocno, że Lisbeth wstrzymała oddech i rozchyliła usta. Spojrzały na siebie. Potem Mimmi pochyliła się i pocałowała ją namiętnie. Libeth odwzajemniła pocałunek i objęła Mimmi. Niewypita kawa stygła.

Rozdział 7

Sobota 29 stycznia - niedziela 13 lutego

W sobotnie przedpołudnie, około jedenastej, blond olbrzym wjechał do wsi Svavelsjö, położonej między Järna i Vagnhärad. Zabudowę stanowiło jakieś piętnaście domów. Zatrzymał się przy ostatnim domu, około stu pięćdziesięciu metrów od centrum wioski. W zniszczonym budynku dawniej była drukarnia, a obecnie wisiał na nim szyld z dumą obwieszczający, iż mieści się tu siedziba klubu motocyklowego Svavelsjö MC. Mimo nikłego ruchu w okolicy olbrzym rozejrzał się uważnie, zanim otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. W powietrzu czuć było chłód. Włożył brązowe skórzane rękawiczki i wyciągnął z bagażnika czarną sportową torbę.

Nie martwił się, że ktoś go zobaczy. Stara drukarnia była tak położona, że raczej nie dało się zaparkować w pobliżu, nie będąc zauważonym. Gdyby jakieś służby chciały wziąć budynek pod obserwację, musiałyby wyposażyć swoich ludzi w mundury kamuflujące i lornetki i umieścić ich w rowie po drugiej stronie pola. Nie uszłoby to uwagi miejscowych plotkarzy, a ponieważ właścicielami trzech tutejszych domów byli członkowie Svavelsjö MC, dotarłoby to wkrótce i do samego klubu.

Olbrzym nie chciał jednak wchodzić do budynku. Policja kilka razy przeszukiwała siedzibę klubu i nie było pewności, czy nie zainstalowano tam podsłuchu. Oznaczało to, że codzienne rozmowy w klubie dotyczyły przede wszystkim samochodów, panienek i piwa, czasem akcji, w które warto zainwestować, a rzadko tajemnic wielkiej wagi.

Dlatego blond olbrzym czekał cierpliwie na zewnątrz, póki Carl-Magnus Lundin nie wyjdzie z budynku. Trzydziestosześcioletni Magge Lundin pełnił funkcję zwaną Club President. Właściwie był drobnej kości, jednak przez kilka lat przybrał na wadze tyle kilogramów, że obecnie szczycił się pokaźnym brzuchem. Jasne włosy wiązał w kitkę, na nogach miał kowbojki, do tego czarne dżinsy i grubą zimową kurtkę. Miał na koncie pięć wyroków. Dwa za drobne przestępstwa narkotykowe, jeden za paserstwo na dużą skalę, a kolejny za kradzież samochodu i prowadzenie pod wpływem alkoholu. W piątym, najpoważniejszym, zasądzono mu dwanaście miesięcy pozbawienia wolności za ciężkie pobicie, którego Magge Lundin dopuścił się przed wielu laty, zabawiając się po pijanemu w pewnej knajpie w Sztokholmie.

Magge Lundin i olbrzym uścisnęli sobie dłonie i zaczęli nieśpiesznie spacerować wzdłuż ogrodzenia wokół podwórza.

- Minęło parę miesięcy - powiedział Magge.

Blond olbrzym kiwnął głową.

- Jest interes do zrobienia. Trzy tysiące sześćdziesiąt gramów metamfetaminy.

- Umowa taka sama jak poprzednio?

- Pół na pół.

Magge Lundin wygrzebał paczkę papierosów z górnej kieszeni kurtki. Kiwnął głową. Lubił robić interesy z olbrzymem. Na ulicy metamfetamina osiągała cenę od stu sześćdziesięciu do dwustu trzydziestu koron za gram, w zależności od podaży. Trzy tysiące sześćdziesiąt gramów odpowiadało, średnio licząc, wartości ponad sześciuset tysięcy koron. Svavelsjö MC rozprowadzi te trzy kilogramy wśród swoich stałych sprzedawców w porcjach po około dwieście pięćdziesiąt gramów. Na tym poziomie dystrybucji nie mógł dostać więcej niż sto dwadzieścia, sto trzydzieści koron za gram, co zmniejszy jego całkowity przychód.

Dla Svavelsjö MC oznaczało to wyjątkowo korzystne interesy. W odróżnieniu od innych dostawców nie było tu nigdy mowy o płatności z góry czy stałych cenach. Blond olbrzym dostarczał towar i żądał pięćdziesięciu procent stanowiących jak najbardziej sensowny udział w zyskach. Mogli w przybliżeniu określić, jaki będzie przychód z kilograma metamfetaminy; dokładna wartość udziału zależała od tego, jak bardzo Magge Lundin wyśrubuje ceny. Różnica mogła wynieść kilka tysięcy powyżej albo poniżej oczekiwanej kwoty, jednak po załatwieniu całego interesu blond olbrzym miałby otrzymać jakieś sto dziewięćdziesiąt tysięcy koron, a Svavelsjö MC zachowałby identyczną sumę.

Przez lata zrobili sporo interesów, system zawsze był ten sam. Magge Lundin wiedział, że blond olbrzym mógłby podwoić swoje dochody, przejmując dystrybucję. Wiedział również, dlaczego akceptuje niższy zysk - może pozostać w cieniu, podczas gdy Svavelsjö MC bierze całe ryzyko na siebie. Dochód blond olbrzyma był mniejszy, ale stosunkowo pewny. I inaczej niż w przypadku innych dostawców, o jakich Magge Lundin kiedykolwiek słyszał, ten układ funkcjonował w oparciu o zasady biznesowe, kredyt i dobrą wolę. Żadnych ostrych słów, żadnego gadania ani gróźb.

Blond olbrzym przełknął nawet stratę około stu tysięcy koron, do której doszło w związku z nieudaną dostawą broni. Magge Lundin nie znał nikogo w tej branży, kto wziąłby na siebie taką stratę. On sam był śmiertelnie przerażony, zdając relację z tego, co się wydarzyło. Wytłumaczył szczegółowo, co poszło nie tak i jak to się stało, że policjant z Ośrodka Zapobiegania Przestępczości przeprowadził akcję u jednego z członków Bractwa Aryjskiego w Värmlandii. Jednak olbrzym nawet się nie zdziwił. Niemal współczuł. Takie rzeczy się zdarzają. Magge Lundin nic nie zarobił, a pięćdziesiąt procent z niczego to zero. Należało wpisać to w straty.

Magge Lundin nie był beztalenciem. Rozumiał, że mniejszy, ale dość pewny zysk, to po prostu niezły pomysł na biznes.

Nigdy nie zamierzał oskubać blond olbrzyma. To byłoby w złym stylu. Olbrzym i jego kumple zgadzali się na mniejszy zysk, dopóki rachunek pozostawał uczciwy. Gdyby Magge go oszukał, tamten złożyłby mu wizytę i Magge zapewne nie wyszedłby z tego żywy. Coś takiego nie wchodziło więc w grę.

- Kiedy możesz to dostarczyć?

Blond olbrzym rzucił na ziemię sportową torbę.

- Już dostarczone.

Magge Lundin nawet się nie pokwapił, by otworzyć torbę i sprawdzić zawartość. Za to wyciągnął rękę na znak, że mają umowę, której on bez targowania zamierza dotrzymać.

- Jeszcze jedno - powiedział olbrzym.

- Co?

- Chcielibyśmy zlecić ci specjalną robotę.

- Mów.

Blond olbrzym wyciągnął kopertę z wewnętrznej kieszeni kurtki. Magge Lundin otworzył ją i wyciągnął zdjęcie paszportowe i kartkę z danymi osobowymi. Uniósł pytająco brwi.

- Nazywa się Lisbeth Salander i mieszka przy Lundagatan na Södermalmie.

- No.

- Prawdopodobnie jest teraz za granicą, ale wcześniej czy później znów się pojawi.

- No.

- Mój zleceniodawca chce przeprowadzić z nią rozmowę na osobności i bez przeszkód. Trzeba więc dostarczyć ją żywą. Na przykład do tego magazynu nad jeziorem Yngern. Potem będziemy potrzebować kogoś, kto posprząta po tej rozmowie. Musi zniknąć bez śladu.

- To raczej da się załatwić. Skąd będziemy wiedzieć, że już wróciła?

- Zawiadomię cię, kiedy to nastąpi.

- Stawka?

- Co powiesz na dziesięć patyków za wszystko. To dość łatwa robota. Jedziesz do Sztokholmu, bierzesz dziewczynę, dostarczasz do mnie.

Ponownie uścisnęli sobie ręce.

Będąc po raz drugi na Lundagatan, Lisbeth usiadła na zmechaconej sofie i zaczęła się zastanawiać. Musi podjąć kilka kluczowych decyzji, a jedna z nich dotyczyła tego, czy chce zatrzymać mieszkanie.

Zapaliła papierosa, wydmuchnęła dym prosto w sufit i strzepnęła popiół do pustej puszki po coli.

Nie miała powodu, by kochać to mieszkanie. Przeprowadziła się tu z mamą i siostrą, gdy miała cztery lata. Mama zajmowała pokój dzienny, a ona dzieliła z Camillą małą sypialnię. Kiedy miała dwanaście lat i wydarzyło się Całe Zło, najpierw została umieszczona w klinice dziecięcej, a potem, gdy skończyła piętnaście lat, w kolejnych rodzinach zastępczych. W tym czasie mieszkanie było podnajmowane. Jej kurator, Holger Palmgren, zadbał jednak o to, by wróciło do niej, kiedy osiągnęła pełnoletność i potrzebowała dachu nad głową.

Było dla niej stałym punktem odniesienia przez większą część życia. Choć już go nie potrzebowała, nie podobał jej się pomysł, by z niego po prostu zrezygnować. Oznaczałoby to, że obcy ludzie będą deptać jej podłogę.

Problem logistyczny polegał na tym, że cała oficjalna poczta - o ile w ogóle taką dostawała - przychodziła na Lundagatan. Gdyby rozwiązała umowę, musiałaby postarać się o inny adres. Lisbeth Salander nie chciała być osobą, której nazwisko widniałoby w różnych rejestrach dostępnych publicznie. Charakteryzowało ją przewrażliwienie paranoika, nie miała też żadnego powodu, by ufać władzom ani komukolwiek innemu.

Przez okno spojrzała na drogę przeciwpożarową na tyłach budynku, na którą patrzyła całe życie. Nagle doznała ulgi w związku z decyzją o opuszczeniu tego mieszkania. Nigdy nie czuła się tu bezpiecznie. Zawsze gdy szła Lundagatan i dochodziła do swojej klatki - trzeźwa czy pijana - bacznie obserwowała otoczenie, zaparkowane samochody i przechodniów. Miała powody przypuszczać, że gdzieś tam są ludzie, którzy chcą jej wyrządzić krzywdę i najprawdopodobniej zaatakują ją, gdy będzie wchodziła do swojego mieszkania.

Żaden atak nie nastąpił. Nie oznaczało to jednak, że Lisbeth odetchnęła. Adres na Lundagatan widniał w każdym publicznym rejestrze, a przez wszystkie te lata nie miała pieniędzy, żeby zwiększyć środki bezpieczeństwa. Pozostawała jej stała czujność. Teraz sytuacja przedstawiała się inaczej. W żadnym wypadku nie chciała, by ktoś znał jej nowy adres na Mosebacke. Instynkt podpowiadał jej, że powinna pozostać na tyle anonimowa, na ile tylko się da.

Nie rozwiązywało to jednak problemu, co zrobić z mieszkaniem. Rozmyślała chwilę, po czym zadzwoniła do Mimmi.

- Cześć, to ja.

- Cześć, Lisbeth. Serio? Tym razem odzywasz się już po tygodniu?

- Jestem na Lundagatan.

- No.

- Zastanawiam się, czy nie masz ochoty wziąć tego mieszkania.

- Wziąć?

- Mieszkasz jak w klatce.

- Dobrze mi tutaj. Przeprowadzasz się?

- Już się przeprowadziłam. Mieszkanie stoi puste.

Na drugim końcu linii Mimmi się zawahała.

- Pytasz, czy nie chcę wziąć tego mieszkania. Lisbeth, nie stać mnie.

- To mieszkanie własnościowe, całkowicie spłacone. Czynsz dla spółdzielni mieszkaniowej wynosi tysiąc czterysta osiemdziesiąt koron miesięcznie, czyli pewnie mniej, niż ty płacisz za tę swoją klitkę. I jest opłacony na rok z góry.

- Ale czy zamierzasz je sprzedać? To znaczy, musi być warte grubo ponad milion.

- Ponad półtora, jeśli wierzyć ogłoszeniom.

- Nie stać mnie.

- Nie zamierzam sprzedawać. Możesz się tu wprowadzić już dzisiaj i mieszkać, jak długo będziesz chciała, i nie musisz płacić czynszu przez rok. Nie mogę ci go legalnie odnająć, ale dopiszę cię do umowy jako moją partnerkę, więc nie będziesz miała problemów ze spółdzielnią mieszkaniową.

- Lisbeth, oświadczasz mi się? - Mimmi się zaśmiała.

Lisbeth była śmiertelnie poważna.

- Nie przyda mi się teraz to mieszkanie, a nie chcę go sprzedawać.

- Czyli mówisz, że mogę tak jakby mieszkać tam za darmo. Serio?

- Tak.

- Jak długo?

- Jak długo chcesz. Interesuje cię to?

- Jasne. Nie co dzień ktoś mi proponuje darmowe mieszkanie w samym centrum Södermalmu.

- Jest jedno ale.

- Tak przypuszczałam.

- Możesz tu mieszkać, jak długo chcesz, ale nadal jestem tu zameldowana, więc listy przychodzą na ten adres. Wszystko, co musisz robić, to odbierać moją pocztę i dać znać, jeśli przyjdzie coś ważnego.

- Lisbeth, jesteś najbardziej stukniętą dziewczyną, jaką znam. Czym ty się w ogóle zajmujesz? Gdzie będziesz mieszkać?

- Później o tym pogadamy - odpowiedziała Lisbeth wymijająco.

Ustaliły, że spotkają się po południu, żeby Mimmi mogła dokładnie obejrzeć mieszkanie. Gdy Lisbeth zakończyła rozmowę, od razu poczuła się lepiej. Spojrzawszy na zegarek, stwierdziła, że ma jeszcze mnóstwo czasu, zanim przyjdzie Mimmi. Wyszła z mieszkania i przeszła się do banku na Hornsgatan, gdzie wzięła numerek i cierpliwie czekała na swoją kolej.

Okazała dowód tożsamości, wyjaśniła, że przebywała jakiś czas za granicą i chciałaby sprawdzić saldo na swoim koncie oszczędnościowym. Jej oficjalnie zadeklarowany kapitał wynosił 82 670 koron. Przez ponad rok na koncie nie było żadnych operacji, z wyjątkiem wpłaty na sumę 9312 koron dokonanej jesienią. To spadek po jej matce.

Lisbeth podjęła kwotę odpowiadającą spadkowi. Zastanawiała się chwilę. Chciała użyć tych pieniędzy do czegoś, co ucieszyłoby jej matkę. Do czegoś stosownego. Poszła na pocztę na Rosenlundsgatan i anonimowo wpłaciła pieniądze na jeden ze sztokholmskich ośrodków kryzysowych dla kobiet. Nie wiedziała za bardzo, dlaczego tak postąpiła.

Była godzina ósma, piątkowy wieczór, gdy Erika Berger wyłączyła komputer i przeciągnęła się. Ostatnie dziewięć godzin spędziła, dopinając marcowe wydanie "Millennium", a ponieważ Malin Eriksson pracowała pełną parą nad numerem tematycznym Daga Svenssona, większą część prac redakcyjnych Erika musiała wykonać sama. Henry Cortez i Lottie Karim przyszli z pomocą, ale ponieważ zwykle zajmowali się pisaniem i researchem, nie byli doświadczonymi redaktorami.

Erika czuła się zmęczona i obolała od ciągłego siedzenia, ale w sumie była zadowolona z mijającego dnia i z życia w ogóle. Sytuacja finansowa gazety wyglądała na stabilną, krzywe na wykresach szły we właściwym kierunku, teksty wpływały w terminie albo przynajmniej bez dramatycznych opóźnień, pracownicy byli zadowoleni i - choć upłynął ponad rok - nadal pod działaniem adrenaliny, jakiej dostarczyła im afera Wennerströma.

Przez chwilę próbowała rozmasować kark i stwierdziwszy, że musi wziąć prysznic, zastanawiała się, czy nie skorzystać z małej kabiny w aneksie kuchennym. Jednak czuła się zbyt ociężała i tylko położyła nogi na biurku. Za trzy miesiące skończy czterdzieści pięć lat i szczyt kariery powoli zaczynała mieć już za sobą. Doczekała się siatki drobnych zmarszczek i rys wokół oczu i ust, ale wiedziała, że nadal dobrze wygląda. W tym tygodniu miała dwie wyczerpujące sesje na siłowni, jednak zauważyła, że jest jej coraz trudniej wspinać się na maszt podczas długich wypraw z mężem na żagle (w razie potrzeby to ona musiała się wdrapywać, bo Greger miał okropne zawroty głowy).

Erika stwierdziła również, że jej dotychczasowe życie, mimo różnych ups and downs, było w sumie szczęśliwe. Miała pieniądze, pozycję, wspaniały dom i pracę, którą lubi. Miała czułego męża, który ją kocha i w którym sama po piętnastu latach małżeństwa nadal była zakochana. A poza tym miała pociągającego i najwyraźniej niezmordowanego kochanka, który nie zaspokajał wprawdzie potrzeb jej duszy, ale ciało owszem tak, ilekroć tego potrzebowała.

Uśmiechnęła się, myśląc o Mikaelu Blomkviście. Zastanawiała się, kiedy zbierze się na odwagę i zdradzi jej swoją tajemnicę, a mianowicie, że coś go łączy z Harriet Vanger. Ani Mikael, ani Harriet nie pisnęli słowa o tym związku, ale Erika nie urodziła się wczoraj. Że coś jest na rzeczy, domyśliła się na sierpniowym zebraniu zarządu, widząc ich wymianę spojrzeń. Z przekory próbowała tego samego wieczora dodzwonić się na komórkę Harriet i Mikaela i bez szczególnego zdziwienia stwierdziła, że oboje wyłączyli telefony. Nie stanowiło to rzecz jasna ostatecznego dowodu, jednak przy okazji kolejnych zebrań zauważyła, że Mikael był wieczorami niedostępny. Rozbawiło ją niemal, gdy widziała, jak szybko Harriet ulotniła się z przyjęcia po zebraniu, używając pokrętnej wymówki, że musi jechać do hotelu i się położyć. Erika nie była wścibska ani zazdrosna. Za to zamierzała przy dogodnej okazji podroczyć się z obojgiem w tej sprawie.

W ogóle nie wtrącała się w związki Mikaela z innymi kobietami, lecz miała nadzieję, że jego romans z Harriet nie spowoduje w przyszłości jakichś problemów w zarządzie. Nie był to jednak poważny niepokój. Mikael miał za sobą wiele takich związków, gdy po rozstaniu nadal przyjaźnił się z dawną partnerką i niezmiernie rzadko popadał w kłopoty.

Dla Eriki Berger zażyła przyjaźń z Mikaelem była powodem do radości. W pewnych kwestiach nie był zbyt bystry, ale w innych wykazywał taką przenikliwość, że można by go uznać za wyrocznię. Za to nie pojmował jej miłości do męża. Po prostu nigdy nie rozumiał, dlaczego ona uważa Gregera za czarującego, ciepłego, intrygującego i wspaniałomyślnego człowieka, przede wszystkim pozbawionego wielu nawyków, jakich serdecznie nie znosiła u facetów. Greger to mężczyzna, u boku którego chciała się zestarzeć. Chciała mieć z nim dzieci, ale wcześniej nie było to możliwe, a teraz czas już minął. W roli życiowego partnera nie potrafiła sobie wyobrazić nikogo lepszego - to człowiek, na którym mogła całkowicie i bezwarunkowo polegać i który zawsze był przy niej, kiedy tego potrzebowała.

Mikael był inny. To mężczyzna o tak różnorodnych cechach charakteru, że czasem wydawało się, jakby miał podwójną naturę. W pracy zawodowej wykazywał upór i niemal chorobliwą koncentrację na zadaniu. Zabierał się za temat i dopracowywał go do poziomu bliskiego perfekcji, kiedy wszystkie elementy układanki są na miejscu. W swoich najlepszych chwilach był rewelacyjny, a w gorszych i tak wybijał się ponad przeciętność. Potrafił intuicyjnie odróżnić, który temat kryje w sobie drugie dno, a który będzie tylko mało interesującą masówką. Erika Berger nigdy nie żałowała podjęcia współpracy z Mikaelem.

Nigdy też nie żałowała, że została jego kochanką.

Jedyną osobą, która rozumiała, dlaczego Erikę tak ciągnie do seksu z Mikaelem, był jej mąż, a rozumiał to, ponieważ Erika odważyła się porozmawiać z nim o swoich potrzebach. Nie chodziło tu o niewierność, lecz o żądzę. Seks z Mikaelem dawał jej takiego kopa, jak z żadnym innym mężczyzną, nie wyłączając Gregera.

Seks był dla niej ważny. Straciła dziewictwo w wieku czternastu lat, a kilka kolejnych poświęciła na frustrujące poszukiwania zaspokojenia. W tamtym czasie spróbowała wszystkiego, poczynając od śmiałego pettingu z kolegami z klasy przez trudny romans ze starszym nauczycielem, a kończąc na sekstelefonie i miękkim seksie z pewnym neurotykiem. Przetestowała większość tego, co ją interesowało w sferze erotyki. Zabawiała się przy użyciu kajdanek i sznura, należała też do Club Xtreme, który organizował imprezy niezupełnie akceptowane społecznie. Wielokrotnie próbowała seksu z kobietami i z rozczarowaniem stwierdziła, że to nie to - kobieta nie była w stanie wywołać w niej nawet ułamka tego podniecenia, jakie Erika odczuwała, będąc z mężczyzną. Albo z dwoma. Razem z Gregerem testowała seks z dwoma mężczyznami - jeden z nich był znanym właścicielem galerii - i oboje odkryli, że on ma silne skłonności biseksualne, ona natomiast czuła niemal paraliżującą rozkosz, gdy pieściło ją i zaspokajało dwóch mężczyzn jednocześnie. Doświadczyła też niewytłumaczalnej przyjemności, widząc, jak inny mężczyzna pieści jej męża. Ona i Greger powtarzali tę zabawę, zawsze z taką samą satysfakcją, spotykając się z kilkoma stałymi partnerami.

Ich życie seksualne nie było więc nudne czy rutynowe. Po prostu Mikael Blomkvist dostarczał jej zupełnie innego rodzaju przeżyć.

Miał talent. Był po prostu świetny w łóżku.

Tak świetny, że wydawało się, iż Erika osiągnęła stan idealnej równowagi z Gregerem w roli męża i Mikaelem w roli kochanka, stosownie do potrzeb. Nie mogłaby obejść się bez żadnego z nich i nie zamierzała między nimi wybierać.

A Greger zrozumiał, że jej potrzeby wykraczały poza to, co on sam mógł zaoferować w postaci akrobatycznej gimnastyki w jacuzzi, choćby najbardziej wymyślnej.

W swoim związku z Mikaelem Erika najbardziej lubiła to, że nie odczuwał niemal w ogóle potrzeby, by ją kontrolować. Nie był ani trochę zazdrosny, a nawet jeśli ona sama miewała na początku - przed dwudziestu laty - wybuchy zazdrości, z czasem odkryła, że o Mikaela nie musi być zazdrosna. Ich związek opierał się na przyjaźni, a on w przyjaźni wykazywał bezgraniczną lojalność. Taki związek mógł przetrwać najcięższe próby.

Erika Berger miała świadomość, że należy do grona ludzi, których styl życia byłby nie do zaakceptowania dla Chrześcijańskiego Koła Gospodyń Domowych w takiej na przykład prowincjonalnej mieścinie jak Skövde. Nie martwiło jej to. Już jako nastolatka postanowiła, że to, co robi w łóżku i jakie wybrała życie, nie powinno obchodzić nikogo poza nią samą. Jednak irytowało ją, że tylu jej znajomych szeptało między sobą o jej związku z Mikaelem, i to zawsze za jej plecami.

Mikael był mężczyzną. Mógł spokojnie zaliczać kolejne łóżka i nikogo by to nie dziwiło. Ona była kobietą, a fakt, że miała jednego kochanka, w dodatku za zgodą męża - i, co więcej, była temu kochankowi wierna przez dwadzieścia lat - stanowił temat najbardziej interesujących rozmów przy kolacji.

Fuck you all. Rozmyślała jeszcze przez chwilę, po czym podniosła słuchawkę, żeby zadzwonić do męża.

- Cześć, kochanie. Co robisz?

- Piszę.

Greger Backman był nie tylko artystą; był przede wszystkim docentem historii sztuki i autorem wielu książek z tej dziedziny. Często wypowiadał się w debatach publicznych, a duże firmy architektoniczne angażowały go do swoich przedsięwzięć. Przez ostatni rok pracował nad książką o znaczeniu artystycznego wystroju budynków oraz o tym, dlaczego ludzie w pewnych budynkach lubią przebywać, a w innych - nie. Książka zaczęła się przeradzać w nienawistny atak na funkcjonalizm, co (jak podejrzewała Erika) wywoła pewien ferment na rynku debat o estetyce.

- I jak ci idzie?

- Dobrze. Jak po maśle. A co u ciebie?

- Właśnie skończyłam następny numer. W czwartek wysyłamy do drukarni.

- Gratulacje.

- Jestem zupełnie wypalona.

- Brzmi to tak, jakbyś miała coś na myśli.

- Planowałeś coś na wieczór? Będziesz strasznie niezadowolony, jeśli nie wrócę dzisiaj na noc?

- Przekaż Blomkvistowi, że kusi los - powiedział Greger.

- Nie sądzę, żeby się tym przejmował.

- No, dobra. Przekaż mu, że jesteś wiedźmą, której nie można zaspokoić i że zestarzeje się przedwcześnie.

- To już wie.

- W takim razie jedyne, co mi zostaje, to popełnić samobójstwo. Będę pisał, póki nie zasnę. Baw się dobrze.

Pożegnali się, a potem Erika zadzwoniła do Mikaela. Był w Enskede, u Daga Svenssona i Mii Bergman, i właśnie zamierzał podsumować dyskusję na temat pewnych drażliwych szczegółów w książce Daga. Erika zapytała, czy jest zajęty tego wieczora, czy może byłby skłonny wymasować komuś obolałe plecy.

- Masz klucze - powiedział Mikael. - Czuj się jak u siebie.

- Oczywiście. Widzimy się za jakąś godzinę.

Spacer na Bellmansgatan zajął jej dziesięć minut. Rozebrała się, wzięła prysznic i zrobiła espresso. Potem wślizgnęła się do łóżka Mikaela i naga czekała na niego w niecierpliwym napięciu.

Idealne zaspokojenie dałby jej najprawdopodobniej seks we trójkę z jej mężem i Mikaelem, co jednak z niemal stuprocentową pewnością nie wchodziło w grę. Problem polegał na tym, że Mikael był tak bardzo hetero, że Erika droczyła się z nim, nazywając go homofobem. Jego zainteresowanie mężczyznami równało się zeru. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego na tym świecie.

Marszcząc brwi, zirytowany blond olbrzym jechał ostrożnie z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę po tak kiepsko utrzymanej leśnej drodze, że przez chwilę myślał, iż źle zrozumiał opis dojazdu. Właśnie zaczęło się ściemniać, gdy droga rozszerzyła się nieco i dojrzał wreszcie budynek. Zaparkował jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, wyłączył silnik i rozejrzał się dookoła.

Znajdował się w pobliżu Stallarholmen, niedaleko Mariefred. Był to prosty domek z lat pięćdziesiątych, postawiony w samym środku lasu. Między drzewami dostrzegł jaśniejszą smugę lodu na jeziorze Mälaren.

Za nic nie mógł pojąć, dlaczego ktokolwiek chciałby spędzać wolny czas w jakimś odludnym lesie. Gdy zamknął za sobą drzwi samochodu, nagle poczuł się nieswojo. Las wydał mu się złowieszczy i przytłaczający. Miał wrażenie, że jest obserwowany. Ruszył powoli w stronę podwórka, lecz naraz usłyszał szelest i stanął jak wryty.

Gapił się w las. Zmierzch był cichy i bezwietrzny. Olbrzym stał tak dwie minuty, w największym napięciu, aż kątem oka dostrzegł postać przemieszczającą się ostrożnie między drzewami. Gdy skoncentrował wzrok, postać stanęła w bezruchu, jakieś trzydzieści metrów w głąb lasu, i wpatrywała się w niego.

Blond olbrzym poczuł się nieswojo. Starał się dojrzeć szczegóły. Widział ciemną, kościstą twarz. Postać zdawała się karłem, wysokim mniej więcej na metr, i była ubrana w coś, co przypominało kamuflaż ze świerkowych gałęzi i mchu. Bawarski leśny skrzat? Irlandzki leprechaun? Jest groźny?

Blond olbrzym wstrzymał oddech. Czuł, jak jeżą mu się włosy na karku.

Potem zaczął gwałtownie mrugać i potrząsnął głową. Kiedy znów spojrzał w tamtą stronę, istota przemieściła się jakieś dziesięć metrów na prawo. Tam nic nie ma. Wiedział, że to tylko jego wyobraźnia. A jednak całkiem wyraźnie dostrzegał kształt wśród drzew. Nagle zjawa przesunęła się i podeszła bliżej. Poruszała się szybko, gwałtownymi ruchami, zataczając półkole i przymierzając się do ataku.

Blond olbrzym śpiesznie pokonał ostatnie metry dzielące go od domku. Zapukał odrobinę za głośno i odrobinę zbyt niecierpliwie. Gdy tylko usłyszał odgłos ludzkich kroków dobiegający zza drzwi, strach ustąpił. Zerknął przez ramię. Tam nic nie ma.

Jednak odetchnął dopiero, gdy drzwi się otworzyły. Adwokat Nils Bjurman powitał go uprzejmie i zaprosił do środka.

Miriam Wu odsapnęła z ulgą, wyniósłszy do śmietnika w piwnicy ostatni worek z pozostawionym dobytkiem Lisbeth Salander. Sterylnie czyste mieszkanie pachniało mydłem, farbą i świeżo parzoną kawą. To ostatnie było dziełem Lisbeth. Siedziała na taborecie, przyglądając się w zamyśleniu ogołoconemu mieszkaniu, z którego w jakiś magiczny sposób zniknęły zasłonki, dywany, kupony rabatowe z lodówki i jej podręczne rupiecie z przedpokoju. Dziwiła się, jak duże wydaje się teraz to miejsce.

Miriam Wu i Lisbeth Salander miały różne gusta w kwestii ubrań, wystroju wnętrz i zainteresowań intelektualnych. Poprawka: Miriam Wu miała swój styl i zdecydowany pogląd na to, jak jej mieszkanie powinno wyglądać, jakich mebli tam chce i jakie ciuchy się nosi. Lisbeth Salander w ogóle nie miała gustu, jak twierdziła Mimmi.

Gdy Mimmi weszła do mieszkania na Lundagatan i zlustrowała je okiem kupca, po przedyskutowaniu sprawy stwierdziła, że większość rzeczy musi zniknąć. Zwłaszcza nędzna, zszarzała z brudu sofa w pokoju dziennym. Czy Lisbeth chciałaby coś zatrzymać? Nie. Przez następne dwa tygodnie Mimmi spędzała po kilka godzin każdego wieczora oraz weekendy, wyrzucając stare meble, czyszcząc szafki, pucując, szorując wannę, malując ściany w kuchni, przedpokoju, sypialni i pokoju dziennym, w którym dodatkowo polakierowała parkiet.

Lisbeth nie interesowały takie zajęcia, jednak wpadała tam przy okazji i z zafascynowaniem obserwowała przyjaciółkę. Po zakończeniu prac mieszkanie było puste, z wyjątkiem wytartego stolika z litego drewna, który Mimmi zamierzała oszlifować i polakierować, dwóch porządnych taboretów, które Lisbeth zarekwirowała przy okazji porządkowania strychu, oraz solidnego regału w pokoju dziennym, który zdaniem Mimmi jeszcze się do czegoś nadawał.

- Wprowadzam się w ten weekend. Jesteś pewna, że nie żałujesz tej decyzji?

- Nie potrzebuję tego mieszkania.

- Ależ jest świetne! To znaczy, są większe i lepsze, ale to znajduje się w samym centrum Södermalmu, a czynsz właściwie żaden. Lisbeth, stracisz majątek, jeśli go nie sprzedasz.

- Mam tyle pieniędzy, że dam sobie radę.

Mimmi zamilkła, niepewna, jak zinterpretować zwięzłe komentarze Lisbeth.

- Gdzie będziesz mieszkać?

Lisbeth nie odpowiedziała.

- Można cię odwiedzić?

- Nie teraz.

Lisbeth otworzyła swoją torbę, wyciągnęła papiery i podała je Mimmi.

- Załatwiłam umowę z tutejszą spółdzielnią mieszkaniową. Najprościej było wpisać cię jako moją partnerkę i sprzedać ci połowę lokalu. Kwota sprzedaży wynosi jedną koronę. Musisz podpisać umowę.

Mimmi wzięła długopis i podpisała się, uzupełniając datę urodzenia.

- To wszystko?

- Wszystko.

- Lisbeth, właściwie zawsze uważałam cię za trochę stukniętą, ale czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie sprezentowałaś mi połowę tego mieszkania? Chętnie je wezmę, ale nie chciałabym znaleźć się w sytuacji, kiedy ty nagle zmienisz zdanie i zrobi się między nami nieprzyjemnie.

- Nie zrobi się. Chcę, żebyś tu mieszkała. To mi odpowiada.

- Ale za darmo? Bez żadnej rekompensaty? To bez sensu.

- Zajmiesz się moją pocztą. Taki jest warunek.

- Poświęcę na to zapewne jakieś cztery sekundy tygodniowo. Zamierzasz wpaść do mnie kiedyś na seks?

Lisbeth utkwiła wzrok w Mimmi. Przez chwilę milczała.

- Bardzo chętnie. Ale to nie wchodzi w zakres kontraktu. Zawsze możesz odmówić.

Mimmi westchnęła.

- A już się zaczęłam cieszyć, że będę kept woman. Wiesz, ktoś zapewnia mi mieszkanie, płaci mój czynsz, a od czasu do czasu zakrada się, żeby trochę ze mną pohulać w łóżku.

Przez chwilę siedziały w ciszy. Potem Mimmi wstała zdecydowanie, poszła do dużego pokoju i zgasiła gołą żarówkę wiszącą u sufitu.

- Chodź tutaj.

Lisbeth poszła za nią.

- Nigdy nie uprawiałam seksu na podłodze w świeżo malowanym mieszkaniu bez mebli. Widziałam kiedyś taki film z Marlonem Brando, o mężczyźnie i kobiecie w Paryżu, którzy tak to właśnie robili.

Lisbeth zerknęła na podłogę.

- Chcę się zabawić. Masz ochotę?

- Prawie zawsze mam ochotę.

- Dzisiaj będę dominującą suką. Ja decyduję. Rozbieraj się.

Lisbeth zaśmiała się krzywo. Rozebrała się. Zajęło jej to jakieś dziesięć sekund.

- Kładź się na podłogę. Na brzuchu.

Lisbeth zrobiła, jak Mimmi rozkazała. Parkiet był chłodny i od razu dostała gęsiej skórki. Mimmi użyła T-shirtu Lisbeth z napisem You Have the Right to Remain Silent, żeby związać jej ręce na plecach.

Lisbeth nasunęła się refleksja, że w podobny sposób adwokat Nils Pieprzony Gnój Bjurman związał ją dwa lata temu.

Na tym kończyły się podobieństwa.

Będąc z Mimmi, Lisbeth czuła tylko przyjemne oczekiwanie. Ochoczo się poddała, a Mimmi przewróciła ją na plecy i rozsunęła jej nogi. Gdy zdejmowała swoją koszulkę, Lisbeth w ciemnościach dostrzegła jej miękkie piersi. Potem Mimmi przewiązała jej oczy swoją koszulką. Lisbeth słyszała szelest ubrań. Kilka sekund później poczuła na brzuchu język Mimmi, a jej palce po wewnętrznej stronie ud. Już od dawna nie była tak podniecona. Zacisnęła oczy pod przepaską i pozwoliła Mimmi narzucić tempo.

Rozdział 8

Poniedziałek 14 lutego - sobota 19 lutego

Słysząc delikatne pukanie w futrynę, Dragan Armanski podniósł wzrok i zobaczył w drzwiach Lisbeth Salander. Starała się utrzymać dwa kubki kawy z automatu. Powoli odłożył długopis i odsunął raport.

- Cześć - powiedziała.

- Cześć.

- To przyjacielska wizyta. Mogę wejść?

Dragan Armanski na sekundę zamknął oczy, po czym wskazał jej krzesło dla gości. Zerknął na zegarek. Było wpół do siódmej wieczorem. Lisbeth podała mu kubek i usiadła. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Ponad rok - powiedział Dragan.

Lisbeth kiwnęła głową.

- Jesteś zły?

- A powinienem być?

- Nie pożegnałam się.

Dragan wydął wargi, był w szoku, a jednocześnie czuł ulgę, wiedząc, że Lisbeth przynajmniej żyje. Nagle ogarnęły go gwałtowna irytacja i zmęczenie.

- Nie wiem, co powiedzieć. Nie masz obowiązku informować mnie, czym się zajmujesz. Czego chcesz?

Odezwał się chłodniejszym tonem, niż zamierzał.

- Sama za bardzo nie wiem. Przede wszystkim chyba się przywitać.

- Potrzebujesz pracy? Nie zamierzam cię więcej zatrudniać.

Potrząsnęła głową.

- Pracujesz gdzieś indziej?

Znów potrząsnęła głową. Zdawało się, że usiłuje znaleźć słowa. Dragan czekał.

- Podróżowałam - powiedziała wreszcie. - Niedawno wróciłam do Szwecji.

Armanski z zadumą pokiwał głową i przyjrzał się Lisbeth. Zmieniła się. Jakaś nowa... dojrzałość przejawiała się w doborze stroju i zachowaniu. I wypchała sobie czymś biustonosz.

- Zmieniłaś się. Gdzie byłaś?

- Trochę tu, trochę tam... - odpowiedziała wymijająco, dokończyła jednak, widząc jego zirytowane spojrzenie. - Pojechałam do Włoch, potem na Bliski Wschód i przez Bangkok do Hongkongu. Jakiś czas byłam w Australii i Nowej Zelandii, i podróżowałam po wyspach Pacyfiku. Miesiąc siedziałam na Tahiti. Potem przejechałam przez Stany, a ostatnie miesiące spędziłam na Karaibach.

Armanski kiwnął głową.

- Nie wiem, dlaczego się nie pożegnałam.

- Dlatego, że mówiąc szczerze, inni gówno cię obchodzą - powiedział rzeczowo Armanski.

Lisbeth zagryzła wargę. Zastanawiała się chwilę. Jego słowa może były prawdą, ale i tak odczuła to oskarżenie jako niesprawiedliwe.

- Zazwyczaj jest tak, że to ja innych w ogóle nie obchodzę.

- Gówno prawda - odpowiedział Armanski. - Twój problem to nastawienie, masz w dupie ludzi, którzy chcą być twoimi przyjaciółmi. To proste.

Cisza.

- Chcesz, żebym sobie poszła?

- Rób, jak chcesz. Zawsze tak robiłaś. Ale jeśli teraz pójdziesz, to nie chcę cię więcej widzieć.

Lisbeth nagle się przestraszyła. Człowiek, którego szanowała, był skłonny ją odrzucić. Nie wiedziała, co powiedzieć.

- Już dwa lata minęły, odkąd Holger Palmgren miał wylew. Nie odwiedziłaś go ani razu - mówił Armanski niewzruszony.

Lisbeth gapiła się na niego zszokowana.

- Żyje?

- Więc nawet nie wiesz, czy żyje, czy umarł?

- Lekarze powiedzieli, że...

- Lekarze dużo o nim mówili - przerwał Armanski. - Było z nim bardzo źle i nie mógł komunikować się z otoczeniem, ale przez ostatni rok jego stan znacznie się poprawił. Trudno mu mówić i trzeba uważnie słuchać, żeby go zrozumieć. W dużym stopniu jest zdany na pomoc innych, choć chodzi już sam do toalety. Ludzie, którym na nim zależy, odwiedzają go.

Lisbeth zaniemówiła. To ona znalazła Palmgrena, gdy przed dwoma laty dostał wylewu. Wezwała pogotowie, a lekarze, potrząsając głowami, stwierdzili, że prognozy nie są zachęcające. Zamieszkała na tydzień w szpitalu, aż jeden z lekarzy powiedział, że Palmgren leży w śpiączce i mało prawdopodobne, by miał się obudzić. W tamtej chwili przestała się martwić i wykreśliła go ze swojego życia. Wstała i wyszła, nie oglądając się za siebie. I najwyraźniej nie sprawdzając później jego stanu zdrowia.

Zmarszczyła brwi. W tamtym czasie zwalił się jej na kark adwokat Nils Bjurman, absorbując sporą część jej uwagi. Ale nikt, nawet Armanski, nie powiedział jej, że Palmgren żyje, i co więcej, że być może powraca do zdrowia. Sama w ogóle nie zastanawiała się nad taką możliwością.

Nagle łzy napłynęły jej do oczu. Nigdy wcześniej nie czuła się nędznym egoistycznym gównem. I nigdy wcześniej nie dostała od nikogo tak spokojnie wypowiedzianej, a zarazem wściekłej reprymendy. Spuściła głowę.

Przez chwilę siedzieli w ciszy. Milczenie przerwał Armanski.

- Jak ci się wiedzie?

Lisbeth wzruszyła ramionami.

- Z czego się utrzymujesz? Masz pracę?

- Nie, nie mam pracy i nie wiem, czym chcę się zajmować. Ale mam tyle pieniędzy, że radzę sobie.

Armanski zlustrował ją badawczym wzrokiem.

- Wpadłam tu tylko z wizytą... nie szukam pracy. Nie wiem... może i chciałabym zrobić dla ciebie jakieś zlecenie, gdybyś mnie kiedyś potrzebował, ale musi to być coś, co mnie zainteresuje.

- Zakładam, że nie chcesz powiedzieć, co się wydarzyło w Hedestad zeszłego roku.

Lisbeth siedziała w milczeniu.

- Coś się jednak wydarzyło. Martin Vanger zabił się w wypadku samochodowym, po tym jak wzięłaś stąd sprzęt obserwacyjny i ktoś groził wam śmiercią. A siostra Vangera powstała z grobu. Była to, delikatnie mówiąc, sensacja.

- Nie obiecywałam, że wszystko opowiem.

Armanski kiwnął głową.

- I zakładam, że nie chcesz mi również opowiedzieć, jaką rolę odegrałaś w aferze Wennerströma.

- Pomagałam Kallemu Blomkvistowi robić research. - Nagle jej głos stał się znacznie chłodniejszy. - To wszystko. Nie chcę być w to zamieszana.

- Mikael Blomkvist szukał cię wszędzie. Odzywał się co najmniej raz na miesiąc, pytając, czy mam od ciebie wieści. On też się przejmuje.

Lisbeth milczała, jednak Armanski zauważył, że jej usta zmieniły się w wąską kreskę.

- Nie wiem, czy go lubię - mówił dalej Armanski - ale jemu też naprawdę na tobie zależy. Spotkałem się z nim raz zeszłej jesieni. On również nie chce rozmawiać o Hedestad.

Lisbeth nie chciała dyskutować o Mikaelu Blomkviście.

- Wpadłam tylko się przywitać i powiedzieć, że znów jestem w mieście. Nie wiem, czy zostanę. To numer mojej komórki i nowy adres mailowy, gdybyś potrzebował się ze mną skontaktować.

Wręczyła Armanskiemu karteczkę i wstała. Gdy była już przy drzwiach, zawołał za nią.

- Poczekaj chwilę. Co zamierzasz?

- Pójdę odwiedzić Holgera Palmgrena.

- Dobra. Ale chodziło mi o to... czym będziesz się zajmować?

Spojrzała na niego zamyślona.

- Nie wiem.

- Musisz mieć z czego żyć.

- Mówiłam przecież, mam tyle, że daję sobie radę.

Armanski odchylił się na krześle i zamyślił. Nigdy nie miał pewności, jak interpretować jej słowa.

- Tak mnie zirytowało twoje zniknięcie, że niemal postanowiłem nigdy więcej cię nie zatrudniać. - Skrzywił się. - Nie można na tobie polegać. Ale jesteś świetną researcherką. Może mam robotę, która będzie ci pasować.

Potrząsnęła głową. Podeszła do jego biurka.

- Nie chcę od ciebie pracy. To znaczy, nie potrzebuję pieniędzy. Mówię poważnie. Jestem niezależna finansowo.

Dragan Armanski zmarszczył brwi z powątpiewaniem. W końcu kiwnął głową.

- Dobra, jesteś niezależna finansowo, cokolwiek to znaczy. Wierzę ci na słowo. Ale gdybyś potrzebowała roboty...

- Dragan, jesteś drugą osobą, jaką odwiedziłam od mojego powrotu. Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Jednak od wielu lat należysz do niewielkiego grona ludzi, których szanuję.

- Dobra. Ale wszyscy muszą jakoś się utrzymać.

- Sorry, nie interesuje mnie już zdobywanie dla ciebie informacji. Odezwij się, gdy naprawdę natkniesz się na jakiś problem.

- Jakiego rodzaju problem?

- Taki problem, z którym nie będziesz mógł dojść do ładu. Utkniesz i nie będziesz wiedział, co robić. Jeśli mam dla ciebie pracować, musisz zaproponować coś, co mnie zainteresuje. Może jakieś działania operacyjne.

- Działania operacyjne? Ty? Która znikasz bez śladu, kiedy tylko chcesz?

- Gówno prawda. Nigdy nie zawaliłam roboty, którą przyjęłam.

Dragan Armanski spoglądał na nią bezradnie. Pojęcie "działania operacyjne" to żargon, ale chodziło o robotę w terenie. Mogło to oznaczać wszystko, od ochrony osobistej po specjalistyczny nadzór ekspozycji sztuki. Jego zespół operacyjny to niezawodni i pewni weterani, często z doświadczeniem w policji. Poza tym w dziewięćdziesięciu procentach to mężczyźni. Lisbeth Salander stanowiła jaskrawy wyjątek od kryteriów, które stosował dla ludzi z jednostek operacyjnych Milton Security.

- No więc... - odezwał się z powątpiewaniem.

- Nie musisz się wysilać. Biorę tylko taką robotę, która mnie zainteresuje, tak więc są duże szanse, że odmówię. Odezwij się, gdy będziesz miał naprawdę trudny problem. Jestem niezła w rozwiązywaniu zagadek.

Odwróciła się na pięcie i wyszła. Dragan Armanski potrząsnął głową. Jest stuknięta. Naprawdę stuknięta.

Po sekundzie Lisbeth znów stała w drzwiach.

- A tak w ogóle... Dwóch twoich ludzi od miesiąca ochrania tę aktorkę, Christine Ruterford, przed jakimś wariatem, który wypisuje anonimowe groźby. Myślicie, że to robota kogoś z wewnątrz, bo zna tyle szczegółów z jej życia.

Dragan Armanski wpatrywał się w Lisbeth. Przeszedł go prąd. Znowu to zrobiła. Rzuciła uwagę na temat, o którym nie mogła nic a nic wiedzieć. Nie mogła wiedzieć.

- Tak...?

- Zapomnij. To lipa. Ona i jej chłopak napisali te listy, żeby wzbudzić zainteresowanie. W najbliższych dniach dostanie kolejny list, w przyszłym tygodniu będzie przeciek do mediów. Jest spore ryzyko, że oskarży o to Milton Security. Skreśl ją z listy klientów.

Zanim Dragan Armanski zdążył otworzyć usta, Lisbeth zniknęła. Gapił się na puste wejście. Na zdrowy rozum nie mogła nic wiedzieć o tej sprawie. Musi mieć wtyczkę w Milton, kogoś, kto wynosi dane i informuje ją na bieżąco. Ale tylko czterech-pięciu ludzi znało tę sprawę: sam Armanski, szef operacyjny i tych kilka osób, które zajmowały się groźbami... doświadczeni i pewni zawodowcy. Armanski potarł brodę.

Spojrzał na biurko. Teczka ze sprawą Ruterford leżała w szufladzie zamkniętej na klucz. W biurze była instalacja alarmowa. Zerkając znów na zegarek, stwierdził, że Harry Fransson, szef działu technicznego, poszedł już do domu. Otworzył pocztę i wysłał do Franssona mail z prośbą, by zjawił się w jego biurze następnego dnia i zainstalował ukrytą kamerę.

Lisbeth Salander poszła prosto do domu na Mosebacke. Przyspieszyła kroku z poczuciem, że musi szybko coś zrobić.

Zadzwoniła do södermalmskiego szpitala i przedarłszy się przez najróżniejsze centrale, zdołała po chwili zlokalizować Holgera Palmgrena. Od czternastu miesięcy przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym Erstaviken w Älta. Nagle stanęło jej przed oczami Äppelviken. Dodzwoniwszy się, uzyskała informację, że Palmgren śpi, ale można go odwiedzić następnego dnia.

Spędziła wieczór, chodząc tam i z powrotem po mieszkaniu. Czuła się nieswojo. Położyła się wcześnie i niemal od razu zasnęła. Obudziła się o siódmej, wzięła prysznic i zjadła śniadanie w 7-Eleven. Około ósmej przeszła się do wypożyczalni samochodów przy Ringvägen. Muszę sprawić sobie własny samochód. Wypożyczyła tego samego nissana micrę, którym pojechała do Äppelviken kilka tygodni wcześniej.

Parkując przed ośrodkiem, poczuła nagły niepokój, ale zebrała się na odwagę i weszła do recepcji, gdzie poprosiła o spotkanie z Holgerem Palmgrenem.

Recepcjonistka z widniejącym na identyfikatorze imieniem Margit, sprawdziwszy w dokumentach, że Palmgren jest właśnie na rehabilitacji, wytłumaczyła, że nie będzie dostępny wcześniej niż po jedenastej. Lisbeth może posiedzieć w poczekalni albo przyjść później. Wróciła więc na parking i wsiadła do samochodu; czekając, wypaliła trzy papierosy. O jedenastej znów poszła do recepcji. Wskazano jej jadalnię, korytarzem na prawo, a potem w lewo.

Gdy stanęła w drzwiach pustawej jadalni, zobaczyła Holgera Palmgrena. Siedział zwrócony twarzą w jej stronę, lecz uwagę skupiał na swoim talerzu. Trzymał niezgrabnie widelec całą dłonią i skoncentrowany kierował jedzenie do ust. Mniej więcej jedna próba na trzy kończyła się fiaskiem i jedzenie spadało z widelca.

Zapadł się w sobie i zestarzał. Wyglądał, jakby miał koło setki. Jego twarz była dziwnie drętwa. Siedział na wózku. Dopiero w tym momencie Lisbeth zrozumiała, że Holger Palmgren naprawdę żyje i że Armanski jej nie okłamał.

Holger Palmgren przeklinał cicho, po raz trzeci próbując nabrać na widelec kęs zapiekanego makaronu. Akceptował fakt, iż nie potrafi normalnie chodzić i nie może robić wielu rzeczy. Jednak nie znosił tego, że nie może sprawnie jeść, a chwilami ślini się jak dziecko.

Jego umysł pracował doskonale. Umiał ustawić widelec pod odpowiednim kątem, zgarnąć jedzenie, podnieść i skierować do ust. Problem tkwił w koordynacji. Ręka zdawała się żyć własnym życiem. Gdy nakazywał jej podnieść widelec, powoli przesuwała się w bok. Gdy prowadził ją do ust, w ostatniej chwili zmieniała kierunek, sunąc w stronę policzka albo brody.

Jednak wiedział też, że rehabilitacja przynosi efekty. Jeszcze sześć miesięcy wcześniej jego ręka trzęsła się tak mocno, iż nie mógł donieść do ust nawet jednego kęsa. Teraz spożywanie posiłków szło mu wprawdzie wolno, lecz przynajmniej jadł samodzielnie. Nie zamierzał się poddawać, póki nie odzyska pełnej kontroli nad swoimi kończynami.

Opuścił dłoń, żeby nabrać kolejny kęs, gdy zza jego pleców wyłoniła się ręka i delikatnie wzięła od niego widelec. Zobaczył, jak dłoń nabiera makaron i podnosi widelec do jego ust. Od razu poznał tę wąską jak u lalki piąstkę. Przekręcił głowę i napotkał wzrok Lisbeth Salander mniej niż dziesięć centymetrów od swoich oczu. Patrzyła wyczekująco. Wyglądała na przestraszoną.

Przez dłuższą chwilę Palmgren siedział w bezruchu, gapiąc się na jej twarz. Jego serce zupełnie bez sensu zaczęło nagle walić. Otworzył usta i przyjął podane mu jedzenie.

Karmiła go kęs po kęsie. Zazwyczaj Palmgren nie znosił, gdy ktoś mu pomagał przy posiłku, jednak rozumiał potrzebę Lisbeth. Nie chodziło o to, że jest niesprawny. Karmiła go w geście pokory - w jej przypadku nader niezwykłe zachowanie. Wydzielała kęsy w sam raz i czekała, aż skończy przeżuwać. Gdy wskazał na szklankę mleka ze słomką, podała mu ją spokojnie, żeby mógł się napić.

Nie zamienili ze sobą ani słowa w trakcie całego posiłku. Kiedy przełknął ostatni kęs, odłożyła widelec i spojrzała na niego pytająco. Potrząsnął głową. Nie, nie chcę dokładki.

Holger Palmgren odchylił się na wózku i odetchnął głęboko. Lisbeth wzięła serwetkę i wytarła mu usta. Nagle poczuł się jak ojciec chrzestny z amerykańskiego filmu, capo di tutti capi, któremu okazuje się szacunek. Przed oczami pojawił mu się obraz Lisbeth całującej jego rękę, uśmiechnął się na myśl o tej niedorzecznej fantazji.

- Myślisz, że można tu dostać jakąś kawę? - spytała.

Zamamrotał. Wargi i język nie chciały prawidłowo artykułować dźwięków.

- Buf zarg. Bufet za rogiem.

- Chcesz też? Z mlekiem i bez cukru, jak zawsze?

Kiwnął głową. Uprzątnęła tacę i wróciła po chwili z dwoma kubkami kawy. Zauważył, że pije czarną, co było rzeczą niezwyczajną. Uśmiechnął się, widząc, że zachowała jego słomkę ze szklanki z mlekiem, by mógł pić kawę. Siedzieli w milczeniu. Holger Palmgren chciał poruszyć tysiąc spraw, ale nie potrafił wyartykułować nawet jednej sylaby. Za to ich spojrzenia spotykały się nieustannie. Lisbeth wyglądała na straszliwie świadomą swojej winy. Wreszcie przerwała ciszę.

- Myślałam, że umarłeś - powiedziała. - Nie wiedziałam, że żyjesz. Gdybym wiedziała, nigdy bym nie... odwiedziłabym cię już dawno.

Kiwnął głową.

- Wybacz mi.

Znów kiwnął. Uśmiechnął się. Miał grymas na ustach.

- Leżałeś w śpiączce, a lekarze mówili, że nie przeżyjesz. Myśleli, że umrzesz w ciągu doby, więc po prostu sobie poszłam. Przykro mi. Wybacz.

Uniósł dłoń i położył ją na małej pięści Lisbeth. Chwyciła go mocno za rękę i odetchnęła.

- Znikś. Zniknęłaś.

- Rozmawiałeś z Draganem Armanskim?

Kiwnął głową.

- Podróżowałam. Musiałam uciec. Bez pożegnania, po prostu wyjechałam. Martwiłeś się?

Potrząsnął głową.

- Nigdy, przenigdy nie musisz się o mnie martwić.

- Nigdyś niemartw. Zawsz da sobirad. Alarmanski si martw. Nigdy się nie martwiłem. Zawsze dasz sobie radę. Ale Armanski się martwił.

Uśmiechnęła się pierwszy raz i Palmgren się rozluźnił. Ten jej zwyczajny krzywy uśmiech. Przyjrzał się jej, porównał jej obraz w swojej pamięci z dziewczyną, która siedziała przed nim. Zmieniła się. Była schludna i dobrze ubrana. Usunęła kolczyk z wargi i hm... wytatuowana osa również zniknęła z jej szyi. Wyglądała dorośle. Roześmiał się po raz pierwszy od kilku tygodni. Zabrzmiało to jak atak kaszlu.

Lisbeth uśmiechnęła się jeszcze bardziej krzywym uśmiechem i nagle poczuła, że jej serce przepełniło ciepło, jakiego nie doświadczyła od dawna.

- Dobrz sobi radzi. Dobrze sobie radzisz. - Wskazał na jej ubranie. Kiwnęła głową.

- Świetnie sobie radzę.

- Jaknow opiekn praw? Jak nowy opiekun prawny?

Holger Palmgren zobaczył, że twarz Lisbeth pociemniała. Nagle jej usta napięły się nieco. Popatrzyła na niego ufnym wzrokiem.

- Jest w porządku... umiem się z nim obchodzić.

Palmgren pytająco zmarszczył brwi. Rozejrzawszy się po jadalni, Lisbeth zmieniła temat.

- Jak długo tu jesteś?

Palmgren nie był w ciemię bity. Przeżył wylew i miał trudności z mówieniem i koordynacją ruchową, ale jego zdolności umysłowe pozostały nietknięte, jego radar od razu wykrył fałszywy ton w głosie Lisbeth. Uświadomił sobie, że odkąd ją znał, nigdy nie okłamała go wprost, ale też nie zawsze była całkiem szczera. Jej sposób na to, by go okłamać, polegał na odwracaniu uwagi. Najwyraźniej miała jakieś problemy z nowym opiekunem. Co wcale Palmgrena nie dziwiło.

Nagle poczuł ogromny żal. Ile to razy zamierzał skontaktować się ze swoim kolegą po fachu Nilsem Bjurmanem, żeby sprawdzić, jak się wiedzie Lisbeth, ale tego nie zrobił? I dlaczego nie zajął się kwestią jej ubezwłasnowolnienia, póki jeszcze mógł? Wiedział dlaczego - z egoistycznych pobudek chciał utrzymać z nią kontakt. Kochał tego cholernego, wkurzającego dzieciaka, jakby była córką, której nigdy nie miał, i chciał mieć powód, by tak to zostawić. W dodatku powrót do pracy jest zbyt kłopotliwy i trudny dla rośliny przebywającej w domu opieki, skoro doczłapawszy do toalety, ledwie rozpina rozporek. Czuł, jak gdyby to on w istocie zawiódł Lisbeth. Ale ona zawsze przeżyje... Jest najbardziej kompetentnym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.

- Sss.

- Nie rozumiem.

- Ssąd.

- Sąd? Co masz na myśli?

- Msze uchlć... twojbezwłasn...

Twarz Holgera Palmgrena czerwieniała i wykrzywiała się, gdy nie mógł sformułować słów. Lisbeth położyła rękę na jego ramieniu i uścisnęła go ostrożnie.

- Holger... nie martw się o mnie. Planuję zająć się moim ubezwłasnowolnieniem w najbliższym czasie. Troska o mnie nie jest już twoim obowiązkiem, ale może się zdarzyć, że będę potrzebować pomocy. W porządku? Byłbyś moim adwokatem, gdybym cię potrzebowała?

Potrzasnął głową.

- Zast... - Uderzył knykciem o blat stołu. - Głupi... starch.

- Tak, pieprzony, głupi staruch z ciebie, skoro takie masz nastawienie. Potrzebuję adwokata. Chcę ciebie. Może i nie wygłosisz mowy końcowej w sądzie, ale będziesz mógł mi doradzić, gdy nadejdzie pora. Dobra?

Znów potrząsnął głową. Potem kiwnął.

- Pr?

- Nie rozumiem.

- Dzipracjesz? Ni u rmanskie. Gdzie pracujesz? Nie u Armanskiego.

Lisbeth zawahała się chwilkę, rozważając w tym czasie, jak powinna wytłumaczyć swoją sytuację życiową. Pokomplikowało się.

- Holger, nie pracuję już dla Armanskiego. Nie muszę już dla niego pracować, żeby się utrzymać. Mam własne pieniądze i czuję się świetnie.

Palmgren znów zmarszczył brwi.

- Od teraz będę cię często odwiedzać. Opowiem ci... ale nie spieszmy się. W tej chwili chcę robić coś zupełnie innego.

Schyliła się po torbę, położyła ją na stole i wyjęła szachownicę.

- Dwa lata nie miałam okazji porządnie cię ograć.

Poddał się. Planowała jakąś zagrywkę, której szczegółów nie chciała zdradzić. Był przekonany, że wzbudziłaby jego zastrzeżenia, ale ufał Lisbeth na tyle, by wiedzieć, iż czymkolwiek się zajmowała, mogło to być Wątpliwe z Prawnego Punktu Widzenia, ale nie wbrew Prawom Bożym. W odróżnieniu od innych Holger Palmgren miał bowiem pewność, że Lisbeth Salander jest prawdziwie moralnym człowiekiem. Problem w tym, iż jej moralność nie zawsze pokrywała się z tym, co stanowiło prawo.

Położyła przed nim szachownicę. Zdał sobie sprawę, że to jego własna. Musiała ją ukraść z mieszkania po tym, jak zachorował. Na pamiątkę? Dała mu białe. Nagle poczuł się szczęśliwy jak dziecko.

Lisbeth została u Holgera Palmgrena dwie godziny. Zdążyła pobić go trzy razy, zanim pielęgniarka nie przerwała ich przekomarzań nad szachami, tłumacząc, że pora na popołudniową sesję rehabilitacji. Lisbeth zebrała figury i złożyła szachownicę.

- Może pani powiedzieć, na czym polega ta rehabilitacja? - zapytała pielęgniarkę.

- To trening siłowy i koordynacji ruchu. I robimy postępy, prawda?

Ostatnie pytanie było skierowane do Holgera Palmgrena. Ten kiwnął głową.

- Już teraz możesz przejść kilka kroków. Do lata będziesz sam spacerował po parku. To twoja córka?

Spojrzenia Lisbeth i Palmgrena spotkały się.

- Przybr cór. Przybrana córka.

- Jak miło, że przyszłaś z wizytą. - Tłumaczenie: Gdzie się, do cholery, podziewałaś przez cały ten czas? Lisbeth zignorowała ton wypowiedzi. Pochyliła się i pocałowała Palmgrena w policzek.

- Przyjdę cię odwiedzić w piątek.

Palmgren z trudem wstał z wózka. Poszła z nim powoli do windy i tam się rozstali. Jak tylko zamknęły się drzwi, udała się do recepcji i zapytała, z kim rozmawiać w sprawach dotyczących pacjentów. Odesłano ją do doktora o nazwisku A. Sivarnandan, którego znalazła w biurze na końcu korytarza. Przedstawiwszy się, wyjaśniła, że jest przybraną córką Holgera Palmgrena.

- Chcę wiedzieć, jaki jest jego stan i co z nim będzie.

Doktor A. Sivarnandan otworzył kartę pacjenta i przeczytał wstępne strony. Miał ospowatą cerę i rzadki wąsik, który irytował Lisbeth. Wreszcie podniósł wzrok. Ku jej zaskoczeniu mówił z wyraźnym fińskim akcentem.

- Nie mam tu żadnej notatki o tym, że pan Palmgren ma córkę, rodzoną czy przybraną. W istocie zdaje się, że jego najbliższą krewną jest osiemdziesięciosześcioletnia kuzynka z Jämtlandii.

- Opiekował się mną od trzynastego roku życia do momentu, gdy dostał wylewu. Wtedy miałam dwadzieścia cztery lata.

Poszperała w wewnętrznej kieszeni kurtki i rzuciła doktorowi A. Sivarnandanowi długopis na biurko.

- Nazywam się Lisbeth Salander. Niech pan wpisze moje nazwisko do jego kartoteki. Jestem dla niego najbliższą osobą na tym świecie.

- Możliwe - odpowiedział nieprzekonany doktor A. Sivarnandan. - Ale skoro jest pani dla niego najbliższą osobą, to naprawdę nieprędko się pani odezwała. O ile wiem, ktoś go odwiedzał kilka razy; nie jest to krewny, ale ma zostać powiadomiony, jeśli stan się pogorszy albo nastąpi zgon.

- Powinien to być Dragan Armanski.

Doktor A. Sivarnandan uniósł brwi i przytaknął.

- Zgadza się. Pani go zna.

- Może pan do niego zadzwonić i potwierdzić, kim jestem.

- Nie potrzeba. Wierzę pani. Otrzymałem informację, że siedziała pani z panem Palmgrenem dwie godziny, grając w szachy. Ale i tak nie mogę rozmawiać z panią o stanie zdrowia pacjenta bez jego zgody.

- A takiej zgody nigdy pan nie uzyska od tego upartego durnia. Jego przypadłością jest fałszywe wyobrażenie, że nie powinien mnie obciążać swoim cierpieniem i że to on jest nadal odpowiedzialny za mnie, a nie na odwrót - tak to wygląda. Przez dwa lata myślałam, że Palmgren zmarł. Wczoraj dowiedziałam się, że żyje. Gdybym wiedziała, że on... to skomplikowane, ale chcę wiedzieć, jakie są prognozy i czy wyzdrowieje.

Doktor A. Sivarnandan wziął długopis i starannie wpisał nazwisko Lisbeth do kartoteki Palmgrena. Poprosił o PESEL i numer telefonu.

- Okej. Teraz jest pani formalnie jego przybraną córką. Może to niezupełnie według regulaminu, ale biorąc pod uwagę fakt, że jest pani pierwszą osobą, która odwiedza go od Bożego Narodzenia, kiedy to pan Armanski tu zajrzał... Spotkała się pani z nim dzisiaj i sama mogła stwierdzić, że ma trudności z koordynacją i mówieniem. Przeżył wylew.

- Wiem, to ja go znalazłam i zadzwoniłam po karetkę.

- Aha. Więc powinna pani wiedzieć, że przez trzy miesiące leżał na intensywnej terapii. Długi czas był nieprzytomny. Najczęściej pacjenci nie wybudzają się z takiej śpiączki, jednak czasem tak się zdarza. Najwyraźniej nie był jeszcze gotów, by umrzeć. Przeniesiono go najpierw na oddział dla przewlekle chorych z demencją, całkowicie niesamodzielnych. Wbrew wszelkim prognozom zaczął wykazywać oznaki poprawy i dziewięć miesięcy temu umieściliśmy go tutaj.

- Co go czeka?

Doktor A. Sivarnandan rozłożył ręce.

- Ma pani kryształową kulę, lepszą niż moja? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Może umrzeć z powodu krwotoku dziś w nocy. Albo żyć względnie normalnie jeszcze dwadzieścia lat. Nie wiem. Chyba można powiedzieć, że wszystko w rękach Boga.

- A jeśli będzie żył te dwadzieścia lat?

- To była dla niego żmudna rehabilitacja i dopiero podczas ostatnich kilku miesięcy mogliśmy tak naprawdę zauważyć wyraźną poprawę. Pół roku temu nie mógł jeść bez pomocy. Jeszcze przed miesiącem ledwie wstawał z wózka, co było związane między innymi z zanikiem mięśni od długotrwałego leżenia. W każdym razie teraz może jako tako przejść niewielką odległość.

- Będzie lepiej?

- Tak, nawet znacznie lepiej. Początki były trudne, ale teraz widzimy postępy każdego dnia. Stracił niemal dwa lata życia. Mam nadzieję że za kilka miesięcy, do lata, będzie mógł spacerować po naszym parku.

- A mowa?

- Problem polega na tym, że zarówno jego ośrodek mowy, jak i zdolność poruszania się przestały funkcjonować. Naprawdę przez długi czas był rośliną. Od tamtej pory musiał znowu nauczyć się kontrolować swoje ciało i mówić. Trudno mu przypomnieć sobie, jakich słów ma użyć, musi uczyć się ich od nowa. Lecz nie tak jak dziecko, które uczy się mówić - on rozumie znaczenie słów, ale nie potrafi ich formułować. Niech mu pani da jeszcze kilka miesięcy, zobaczy pani, że jego zdolność mówienia będzie lepsza niż dzisiaj. To samo dotyczy orientacji. Dziewięć miesięcy temu nie mógł rozróżnić strony prawej od lewej ani kierunku jazdy w windzie.

Zadumana Lisbeth pokiwała głową. Zastanawiała się dwie minuty. Poczuła, że lubi doktora A. Sivarnandana o hinduskim wyglądzie i fińskim akcencie.

- Co kryje się pod A? - zapytała nagle.

Spojrzał na nią rozbawiony.

- Anders.

- Anders?

- Urodziłem się na Sri Lance, ale zostałem adoptowany przez rodzinę z Finlandii, z ?bo, gdy miałem zaledwie kilka miesięcy.

- No dobra, Anders, jak mogę pomóc?

- Niech pani go odwiedza. Pobudza intelektualnie.

- Mogę przychodzić codziennie.

- Nie chcę, żeby przychodziła tu pani codziennie. Skoro panią lubi, chcę, żeby wyczekiwał tych wizyt i nie znudził się nimi.

- Czy jakaś forma specjalistycznej terapii może zwiększyć jego szanse? Zapłacę, ile będzie trzeba.

Doktor uśmiechnął się nagle do Lisbeth, lecz zaraz znów przybrał poważny wyraz twarzy.

- Obawiam się, iż to my jesteśmy ową specjalistyczną terapią. Życzyłbym sobie oczywiście, żebyśmy mieli większe środki i mogli uniknąć tych wszystkich cięć, jednak zapewniam panią, że pan Palmgren ma tu kompetentną opiekę.

- A gdyby nie musiał się pan martwić o cięcia w budżecie, co mógłby pan mu zaproponować?

- Dla pacjentów takich jak Holger Palmgren ideałem byłby osobisty trener w pełnym wymiarze godzin. Ale w Szwecji od dawna już nie mamy takich możliwości.

- To niech pan go zatrudni.

- Słucham?

- Niech pan zatrudni osobistego trenera dla Holgera Palmgrena. Niech pan znajdzie najlepszego, jakiego się tylko da. Zajmie się pan tym od jutra i dopilnuje, by wszelki potrzebny sprzęt był na miejscu. Ja dopilnuję, by pieniądze na opłacenie pensji i potrzebnego sprzętu zostały złożone w funduszu pod koniec tego tygodnia.

- Pani żartuje?

Lisbeth popatrzyła na doktora Andersa Sivarnandana twardym, nieugiętym spojrzeniem.

Mia Bergman zwolniła i podjechała swoim fiatem do chodnika przy stacji metra Stare Miasto. Dag Svensson otworzył drzwiczki i w biegu wsiadł do samochodu. Przysunął się i pocałował ją w policzek, podczas gdy Mia wmanewrowała fiata za autobus komunikacji miejskiej.

- Cześć - powiedziała, nie odrywając wzroku od jezdni. - Poważnie wyglądasz, stało się coś?

Dag Svensson westchnął i zapiął pas.

- Nie, nic takiego. Tylko małe zamieszanie z tekstem.

- O co chodzi?

- Deadline za miesiąc. Zrobiłem dziewięć z dwudziestu dwóch zaplanowanych wywiadów. Mam problem z Björckiem ze służb specjalnych. Ten cholerny typ jest na długim zwolnieniu lekarskim i nie odbiera domowego telefonu.

- Leży w szpitalu?

- Nie wiem. Próbowałaś kiedyś wyciągnąć ze służb specjalnych jakieś informacje? Nie przyznają się nawet, że u nich pracuje.

- Sprawdzałeś jego rodziców?

- Oboje nie żyją. Facet nie jest żonaty. Ma brata, który mieszka w Hiszpanii. Po prostu nie wiem, jak go złapać.

Mia Bergman zerknęła na swojego chłopaka, kierując samochód przez Slussen do tunelu na Nynäsvägen.

- W najgorszym razie musimy wyciąć fragment dotyczący Björcka. Blomkvist żąda, by każdy, kogo oskarżamy, miał szansę to skomentować, zanim go ujawnimy.

- A szkoda byłoby pominąć przedstawiciela służb specjalnych, który chodzi na dziwki. Co zamierzasz zrobić?

- Odszukać go, rzecz jasna. A ty jak się czujesz? Żadnych stresów?

Skubnął ją ostrożnie w bok.

- Naprawdę nie. Obrona w przyszłym miesiącu i już będę doktorem, ale jestem spokojna.

- Znasz się na tym. Dlaczego miałabyś się denerwować?

- Spójrz na tylne siedzenie.

Dag Svensson odwrócił się i zobaczył torbę.

- Mia, już wydrukowana! - wykrzyknął.

Wyciągnął egzemplarz rozprawy.

From Russia with Love

Trafficking, przestępczość zorganizowana oraz środki zaradcze podejmowane przez społeczeństwo.

Mia Bergman

- Myślałem, że będzie gotowa dopiero w przyszłym tygodniu. O cholera... musimy to oblać, gdy wrócimy do domu. Gratulacje, pani doktor.

Przysunął się i znów pocałował ją w policzek.

- Spokojnie, doktorem zostanę nie wcześniej niż za trzy tygodnie. I trzymaj ręce przy sobie, kiedy prowadzę.

Dag Svensson roześmiał się. Po chwili znów przybrał poważną minę.

- A tak w ogóle, muszę zepsuć nastrój... robiłaś wywiad z dziewczyną o imieniu Irina P. jakiś rok temu.

- Irina P., dwadzieścia dwa lata, z Sankt Petersburga, pierwszy raz przyjechała tu w 1999 roku, obróciła kilka razy. A co?

- Spotkałem się dzisiaj z Gulbrandsenem. Tym policjantem, który zajmował się sprawą burdelu w Södertälje. Czytałaś w zeszłym tygodniu, że znaleźli tam dziewczynę w kanale? Było na pierwszych stronach popołudniówek. To właśnie Irina P.

- Nie, to straszne.

W ciszy minęli Skanstull.

- Pisałam o niej w mojej pracy - powiedziała wreszcie Mia. - Ma tam pseudonim Tamara.

Dag Svensson otworzył From Russia with Love na części zawierającej wywiady i wyszukał Tamarę. Gdy czytał w skupieniu, minęli Gullmarsplan i halę widowiskową Globen.

- Ściągnął ją tu człowiek, którego nazywasz Anton.

- Nie posługuję się prawdziwymi nazwiskami. Ostrzegano mnie, że mogą mi za to obniżyć stopień na obronie, ale nie ujawnię nazwisk tych dziewczyn. Ryzykowałyby wtedy życiem. Dlatego nie ujawniam klientów. Łatwo rozszyfrowaliby, z którą dziewczyną rozmawiałam. Tak więc w każdym przypadku mam jedynie pseudonimy i osoby, których nie da się zidentyfikować, czyli żadnych charakterystycznych szczegółów.

- Kim jest Anton?

- Prawdopodobnie nazywa się Zala. Nigdy nie mogłam go do końca zidentyfikować, ale myślę, że jest Polakiem albo Jugosłowianinem i w rzeczywistości nazywa się inaczej. Rozmawiałam z Iriną P. jakieś cztery-pięć razy i dopiero na ostatnim spotkaniu podała jego nazwisko. Właśnie porządkowała swoje życie, zamierzała z tym skończyć, ale naprawdę strasznie się go bała.

- Hm... - odezwał się Dag.

- No co?

- Właśnie się zastanawiam... Trafiłem na nazwisko Zala jakiś tydzień temu.

- Ale gdzie?

- Przeprowadzałem konfrontację z Sandströmem. Pieprzony dziennikarz i klient w jednym. Kurwa mać. Skończony łajdak.

- Jak to?

- Właściwie nie jest prawdziwym dziennikarzem. Projektuje broszury reklamowe dla firm. Ale ma naprawdę chore fantazje na temat gwałtu, które urzeczywistniał z tamtą dziewczyną...

- Wiem. To ja z nią rozmawiałam.

- A zwróciłaś uwagę, że robił layout do ulotki informacyjnej Instytutu Zdrowia Publicznego o chorobach przenoszonych drogą płciową?

- Nie wiedziałam.

- Odbyłem z nim konfrontację w zeszłym tygodniu. Rzecz jasna załamał się zupełnie, gdy przedstawiłem zebrane materiały na jego temat i zapytałem, dlaczego to robi, dlaczego chodzi na nastoletnie dziwki ze Wschodu i folguje swoim fantazjom o gwałcie. Powoli dostałem od niego jakby wyjaśnienie.

- Ach tak?

- Sandström znalazł się w takiej sytuacji, że nie tylko był klientem, ale i załatwiał interesy dla seksmafii. Podał mi nazwiska, między innymi Zala. Nie powiedział o nim nic szczególnego, ale to dość niespotykane nazwisko.

Mia Bergman zerknęła na niego.

- Nie wiesz, kim on jest? - zapytał Dag.

- Nie. Nigdy nie mogłam go zidentyfikować. Jest tylko nazwiskiem, które pojawia się od czasu do czasu. Zdaje się, że dziewczyny cholernie się go boją i żadna nie chciała nic więcej powiedzieć.

Rozdział 9

Niedziela 6 marca - piątek 11 marca

Doktor A. Sivarnandan zatrzymał się po drodze do jadalni, zobaczywszy Holgera Palmgrena i Lisbeth Salander. Siedzieli pochyleni nad szachownicą. Zwyczajem stało się, że Lisbeth przychodziła z wizytą raz w tygodniu, najczęściej w niedzielę. Zjawiała się zawsze około trzeciej i spędzała kilka godzin, grając z Palmgrenem w szachy. Opuszczała ośrodek mniej więcej o ósmej wieczorem, kiedy nadchodził czas, by Palmgren położył się spać. Doktor A. Sivarnandan zauważył, że Lisbeth nie traktowała Palmgrena ze szczególną powagą ani jak chorego - przeciwnie, zdawali się ciągle przekomarzać, a ona z chęcią pozwalała, by jej usługiwał, przynosząc kawę.

Doktor A. Sivarnandan zmarszczył brwi. Nie potrafił rozgryźć tej niesamowitej dziewczyny, która uważała się za przybraną córkę Holgera Palmgrena. Miała charakterystyczny wygląd i wydawało się, że obserwuje otoczenie z największą podejrzliwością. Żartować z niej było rzeczą wprost niedopuszczalną.

Prawie niemożliwa wydawała się też zwyczajna rozmowa z Lisbeth. Gdy przy jakiejś okazji zapytał ją, czym się zajmuje, odpowiedziała wymijająco.

Kilka dni po pierwszej wizycie wróciła z plikiem papierów, które były dowodem na utworzenie fundacji non profit i mówiły o jej określonym celu: wspierania rehabilitacji Holgera Palmgrena w domu opieki. Przewodniczącym fundacji był adwokat zamieszkały na Gibraltarze. W zarządzie zasiadała jedna osoba, również adwokat z Gibraltaru, a do tego rewident o nazwisku Hugo Svensson, zamieszkały w Sztokholmie. Fundacja dysponowała sumą dwóch i pół miliona koron, którą doktor A. Sivarnandan mógł rozporządzać według własnego zamysłu, jednak zgodnie z celem, który stanowił, że pieniądze mają służyć zapewnieniu Holgerowi Palmgrenowi wszelkiej możliwej opieki. Aby korzystać z funduszu, Sivarnandan musiał zgłosić zapotrzebowanie, a następnie rewident dokonywał wypłaty.

Było to niecodzienne, by nie powiedzieć nadzwyczajne przedsięwzięcie.

Sivarnandan zastanawiał się przez kilka dni, czy nie ma w tym systemie czegoś nieetycznego. Nie doszukał się niczego i dlatego postanowił zatrudnić Johannę Karolinę Oskarsson, lat trzydzieści dziewięć, jako osobistą asystentkę i trenerkę Holgera Palmgrena. Była dyplomowaną rehabilitantką po dodatkowych kursach z psychologii i miała spore doświadczenie w zakresie opieki rehabilitacyjnej. Została formalnie zatrudniona przez fundację, a ku ogromnemu zaskoczeniu Sivarnandana pierwszą pensję wypłacono jej z góry, zaraz po podpisaniu umowy o pracę. Wcześniej bowiem przychodziły mu do głowy podejrzenia, czy to nie jest blef.

Przedsięwzięcie zdawało się również przynosić efekty. Przez miniony miesiąc zdolność koordynacji i ogólny stan Holgera Palmgrena znacznie się poprawiły, co potwierdzały cotygodniowe badania. Sivarnandan zastanawiał się, ile z tego jest zasługą treningu, a ile samej Lisbeth Salander. Bez wątpienia Holger Palmgren starał się niemal ponad swoje siły i oczekiwał jej wizyt niczym niecierpliwe dziecko. Zdawało się go cieszyć, że regularnie obrywa od niej w szachy.

Doktor Sivarnandan towarzyszył im w jednym ze spotkań. Była to zadziwiająca partia. Holger Palmgren grał białymi i w odpowiedzi na obronę sycylijską robił wszystko, jak należy.

Długo i porządnie zastanawiał się nad każdym ruchem. Bez względu na to, jak dużą niesprawność fizyczną spowodował wylew, bystrość jego umysłu była bez zarzutu.

Lisbeth Salander czytała książkę na osobliwy temat - regulacji frekwencji radioteleskopu w stanie nieważkości. Siedziała na poduszce, żeby mieć blat stołu na odpowiedniej wysokości. Gdy Palmgren wykonał swój ruch, podnosiła wzrok i przesuwała którąś z figur, na pozór bez zastanowienia, po czym wracała do książki. Palmgren skapitulował po dwudziestym siódmym ruchu. Salander znów podniosła wzrok i przez kilka sekund przyglądała się szachownicy ze zmarszczonym czołem.

- Nie - powiedziała. - Masz jeszcze szansę na remis.

Palmgren, westchnąwszy, poświęcił pięć minut na obserwację szachownicy. Wreszcie utkwił wzrok w Lisbeth.

- Udowodnij.

Obróciła szachownicę i przejęła jego pionki. Doszła do remisu w trzydziestym dziewiątym ruchu.

- Mój Boże - odezwał się Sivarnandan.

- Ona po prostu taka jest. Niech pan nigdy nie gra z nią na pieniądze - powiedział Palmgren.

Sivarnandan sam grał w szachy od dziecka, a jako nastolatek wziął udział w międzyszkolnym turnieju w ?bo, w którym zajął drugie miejsce. Uważał się za kompetentnego amatora. Zrozumiał, że Lisbeth Salander to nietypowy szachista. Najwyraźniej nigdy nie grała w klubie, a gdy wspomniał, że rozgrywka zdaje się wariantem klasycznej partii Laskera, odniósł wrażenie, że zupełnie nie pojmowała jego słów. Wyglądało na to, że nigdy nie słyszała o Emanuelu Laskerze. Zaintrygowała go i zastanawiał się, czy jej talent jest wrodzony i czy w takim razie ma też inne zdolności, które mogłyby zainteresować psychologa.

Jednak o nic nie pytał. Stwierdził, że odkąd Lisbeth Salander przybyła do Ersta, Holger Palmgren zdaje się czuć lepiej niż kiedykolwiek.

Adwokat Nils Bjurman wrócił do domu późnym wieczorem. Spędził cztery tygodnie w domku letniskowym pod Stallarhomen. Był przybity. Nie wydarzyło się nic, co istotnie zmieniłoby jego nędzną sytuację życiową. Tyle tylko, że blond olbrzym przekazał mu wiadomość, iż są zainteresowani propozycją - będzie go to kosztować sto tysięcy koron.

Na podłodze pod wrzutką na listy urosła sterta przesyłek. Pozbierał je i położył na stole w kuchni. Zobojętniał na wszystko, co miało związek z pracą i otoczeniem, dlatego dopiero po dłuższym czasie rzucił okiem na plik listów. Przejrzał je z roztargnieniem.

Jeden przysłano z Handelsbanken. Rozerwał kopertę i doznał szoku, widząc, że jest to kopia dowodu wypłaty na sumę dziewięć tysięcy trzysta dwanaście koron z konta Lisbeth Salander.

Wróciła.

Wszedł do gabinetu i położył dokument na biurku. Jakąś minutę patrzył na niego nienawistnym wzrokiem i zbierał myśli. Musiał odszukać potrzebny numer telefonu. Następnie chwycił słuchawkę i połączył się z komórką na kartę. Blond olbrzym odezwał się z lekkim akcentem.

- Tak?

- Tu Nils Bjurman.

- Czego chcesz?

- Wróciła do Szwecji.

Po drugiej stronie zaległa na krótko cisza.

- To dobrze. Nie dzwoń więcej na ten numer.

- Ale...

- Wkrótce dostaniesz wiadomość.

Zdenerwował się, gdy rozmowa została przerwana. Bjurman zaklął w duchu. Podszedł do barku i nalał sobie setkę burbonu z Kentucky. Wypił ją dwoma łykami. "Muszę ograniczyć picie" - pomyślał. Następnie nalał jeszcze odrobinę i wrócił z kieliszkiem do biurka, gdzie znów przyjrzał się dokumentowi z Handelsbanken.

Miriam Mu masowała plecy i kark Lisbeth Salander. Jej dłonie pracowały intensywnie od dwudziestu minut; Lisbeth ograniczyła się do paru pomruków zadowolenia. Być masowanym przez Mimmi to ogromna przyjemność i Lisbeth czuła się jak kociak, który mruczy i macha łapkami z rozkoszy.

Zdusiła w sobie westchnienie niezadowolenia, gdy Mimmi dała jej klapsa w tyłek, mówiąc, że już starczy. Chwilę leżała nieruchomo, żywiąc próżną nadzieję, iż Mimmi zmieni zdanie, ale gdy zobaczyła, że wyciąga rękę po kieliszek wina, przekręciła się na plecy.

- Dzięki - powiedziała.

- Myślę, że przesiadujesz całymi dniami przed komputerem. To dlatego bolą cię plecy.

- Tylko naciągnęłam sobie mięsień.

Leżały nago w łóżku Mimmi. Pijąc czerwone wino, chichotały. Po odnowieniu znajomości Lisbeth wciąż jeszcze nie mogła się nacieszyć Mimmi. Nabrała fatalnego zwyczaju dzwonienia do niej prawie codziennie - zdecydowanie za często. Patrząc na Mimmi, napominała samą siebie, by za bardzo się nie przywiązywać. Mogło to skończyć się tym, że któraś z nich zostanie zraniona.

Nagle Miriam Wu, przechylając się przez brzeg łóżka, otworzyła szufladę nocnego stolika. Wyciągnęła małą, płaską paczuszkę, zapakowaną w kwiecisty papier z rozetką i złotym sznurkiem, i rzuciła ją w stronę Lisbeth.

- Co to takiego?

- Twój prezent urodzinowy.

- Urodziny mam dopiero za miesiąc i trochę.

- To twój prezent urodzinowy z zeszłego roku. Wtedy nie można było cię złapać. Znalazłam go, gdy pakowałam rzeczy przed przeprowadzką.

Lisbeth przez chwilę siedziała w milczeniu.

- Mam go otworzyć?

- No, jeśli masz ochotę.

Odstawiła kieliszek z winem, potrząsnęła paczuszką i otworzyła ją ostrożnie. Wyjęła piękną papierośnicę z wieczkiem z czarno-niebieskiej emalii, ozdobioną kilkoma małymi chińskimi znakami.

- Powinnaś rzucić palenie - powiedziała Miriam Wu. - Ale jeśli już masz palić, to możesz przynajmniej trzymać papierosy w estetycznym opakowaniu.

- Dzięki. Jesteś jedyną osobą, która daje mi prezenty na urodziny. Co oznaczają te znaki?

- A skąd mam wiedzieć? Nie znam chińskiego. To tylko drobiazg, który znalazłam na pchlim targu.

- To piękna papierośnica.

- Taki tam tani szajs. Ale wyglądała, jakby była zrobiona dla ciebie. Wino się skończyło. Idziemy na piwo?

- Czy to znaczy, że musimy wstać z łóżka i się ubrać?

- Tego się obawiam. Co to za frajda mieszkać na Södermalmie, jeśli nie chodzi się raz na jakiś czas do knajpy.

Lisbeth westchnęła.

- No, chodź - powiedziała Miriam Wu, skubiąc kolczyk w pępku Lisbeth. - Możemy tu później wrócić.

Lisbeth znów westchnęła, postawiła jedną stopę na podłodze i sięgnęła po majtki.

Dag Svensson siedział przy swoim tymczasowym biurku w kącie redakcji "Millennium", gdy nagle usłyszał szczęk zamka w drzwiach wejściowych. Spojrzał na zegarek, zdał sobie sprawę, że jest już dziewiąta wieczorem. Mikael Blomkvist również zdawał się zdziwiony odkryciem, że ktoś jeszcze siedzi w redakcji.

- Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Cześć, Micke. Siedziałem nad książką i straciłem poczucie czasu. Co tu robisz?

- Zostawiłem tu jedną książkę. Wszystko w porządku?

- Tak, to znaczy, nie... Poświęciłem trzy tygodnie, żeby wytropić tego cholernego Björcka ze służb specjalnych. Tak jakby uprowadził go jakiś obcy wywiad. Po prostu zapadł się pod ziemię.

Dag opowiedział o swoich męczarniach. Mikael przystawił krzesło, usiadł i zastanowił się chwilę.

- Próbowałeś sztuczki z loterią?

- Czego?

- Zmyśl jakąś nazwę i napisz list informujący, że facet wygrał komórkę z GPS-em czy coś tam innego. Wydrukuj, żeby wyglądało ładnie i porządnie, i wyślij na jego adres - w tym przypadku na skrytkę pocztową. Tak więc wygrał już telefon. Poza tym jest jedną z dwudziestu osób, które mogą przejść do kolejnego etapu i wygrać sto tysięcy koron. Musi tylko wziąć udział w badaniu rynkowym kilku produktów. Badanie zajmie godzinę i zostanie przeprowadzone przez profesjonalnego ankietera. A potem... no, tak.

Dag Svensson z otwartymi ustami gapił się na Mikaela.

- Mówisz serio?

- Dlaczego nie? Próbowałeś wszystkiego, a nawet tajniak ze służb specjalnych powinien umieć wyliczyć, że ma spore szanse wygrania stu tysięcy, skoro jest jednym z dwudziestu wybrańców.

Dag Svensson roześmiał się w głos.

- Oszalałeś. To legalne?

- Trudno mi uwierzyć, że sprezentowanie telefonu jest nielegalne.

- Niech mnie szlag, naprawdę oszalałeś.

Dag Svensson nie przestawał się śmiać. Mikael zawahał się chwilę. Właściwie był już w drodze do domu. Rzadko chodził do knajpy, ale lubił towarzystwo Daga.

- Masz ochotę wyskoczyć na piwo? - zapytał spontanicznie.

Dag Svensson spojrzał na zegarek.

- Pewnie - odpowiedział. - Szybkie piwo, jak najbardziej. Tylko przekręcę do Mii. Wyszła gdzieś z dziewczynami i ma mnie zgarnąć do domu.

Poszli do Kvarnen, głównie dlatego, że było blisko. Dag Svensson śmiał się pod nosem, układając w myślach list do Björcka ze służb specjalnych. Mikael zerkał lekko powątpiewającym wzrokiem na swojego rozbawionego towarzysza. Mieli szczęście i dostali stolik tuż przy wyjściu, zamówili po dużym piwie. Zaczęli dyskutować na temat, któremu Dag Svensson poświęcał obecnie cały swój czas.

Mikael nie widział, że przy barze stoi Lisbeth Salander w towarzystwie Miriam Wu. Lisbeth cofnęła się o krok, tak że Mimmi znalazła się między nią a Mikaelem Blomkvistem, i obserwowała go przez ramię przyjaciółki.

Pierwszy raz od powrotu wyszła do knajpy i oczywiście musiała się na niego natknąć. Pieprzony Kalle Blomkvist.

I pierwszy raz od ponad roku miała okazję go zobaczyć.

- Coś nie tak? - zapytała Mimmi.

- Nie, nic.

Wróciły do rozmowy. A właściwie to Mimmi dalej ciągnęła opowieść o pewnej lesbijce spotkanej w Londynie kilka lat wcześniej. Chodziło o zwiedzanie galerii sztuki i coraz bardziej komiczną sytuację, kiedy to Mimmi usiłowała ową lesbijkę poderwać. Lisbeth kiwała raz po raz głową i jak zwykle przegapiła puentę całej historii.

Stwierdziła, że Mikael Blomkvist zasadniczo się nie zmienił. Wyglądał nieprzyzwoicie dobrze; odprężony, na luzie, ale z poważnym wyrazem twarzy. Słuchał swojego towarzysza i co chwilę potakiwał. Miała wrażenie, że to poważna rozmowa.

Lisbeth przeniosła wzrok na znajomego Mikaela. Krótko przystrzyżony blondyn, kilka lat od niego młodszy mówił w skupieniu, jakby coś tłumaczył. Nigdy wcześniej go nie widziała i nie miała pojęcia, kim jest.

Nagle do stolika Mikaela podeszło większe towarzystwo, nastąpiła wymiana uścisków dłoni. Jakaś kobieta pogładziła go po policzku i powiedziała coś, z czego wszyscy zaczęli się śmiać. Mikael również, choć sprawiał wrażenie zakłopotanego.

Lisbeth Salander zmarszczyła brwi.

- Nie słuchasz, co do ciebie mówię - powiedziała Mimmi.

- Ależ słucham.

- W knajpie marne z ciebie towarzystwo. Poddaję się. Idziemy do domu się pobzykać?

- Za chwilę - odpowiedziała Lisbeth.

Przysunęła się trochę bliżej i położyła rękę na biodrze Mimmi, która popatrzyła na nią i powiedziała:

- Mam ochotę cię pocałować.

- Nie rób tego.

- Boisz się, że ludzie wezmą cię za lesbijkę?

- Nie chcę teraz zwracać na siebie uwagi.

- No to chodźmy do domu.

- Jeszcze nie. Poczekaj chwilę.

Nie musiały długo czekać. Minęło zaledwie dwadzieścia minut, odkąd Mikael i jego znajomy pojawili się w barze, gdy do znajomego Mikaela ktoś zadzwonił. Dopijając piwo, wstali od stolika.

- Patrz - powiedziała Mimmi. - To Mikael Blomkvist. Po aferze Wennerströma jest bardziej popularny niż gwiazda rocka.

- Ach tak?

- Przegapiłaś tę sprawę? To było mniej więcej wtedy, gdy wyjechałaś za granicę.

- Słyszałam o tym.

Lisbeth odczekała jeszcze pięć minut, po czym spojrzała na Mimmi.

- Chciałaś mnie pocałować.

Mimmi popatrzyła na nią zdumiona.

- Tak się tylko droczyłam.

Lisbeth stanęła na palcach, przysunęła twarz Mimmi do swojej i pocałowała ją namiętnie. Kiedy przestały, wokoło rozległy się brawa.

- Jesteś stuknięta.

Lisbeth Salander wróciła do domu dopiero o siódmej rano. Przyciągnęła brzeg dekoltu koszulki do nosa i powąchała. Zastanawiała się, czy wziąć prysznic, ale machnęła na to ręką. Rzuciła ubrania na stertę na podłogę i poszła do łóżka. Obudziła się o czwartej po południu, wstała i poszła do centrum handlowego Söderhallarna, gdzie zjadła śniadanie.

Rozmyślała o Mikaelu Blomkviście i swojej reakcji na fakt, że nagle znalazła się w tym samym lokalu co on. Zirytowała ją jego obecność, ale stwierdziła, że widok Mikaela nie sprawia jej bólu. Był już tylko odległym wspomnieniem, niewielkim zakłóceniem jej codzienności.

W życiu były większe problemy.

Nagle jednak zapragnęła mieć dość odwagi, by do niego podejść i się przywitać.

Albo może połamać mu kości, sama nie wiedziała za bardzo, co wybrać.

Tak czy inaczej była ciekawa, czym się zajmuje Mikael Blomkvist. Po południu załatwiła kilka spraw i wróciwszy do domu około siódmej, włączyła swojego PowerBooka, a potem program Asphyxia 1.3. Ikonka MikBlom/laptop nadal znajdowała się na serwerze w Holandii. Lisbeth kliknęła i otworzyła dokładną kopię twardego dysku Mikaela. Odwiedzała jego komputer po raz pierwszy od czasu, gdy ponad rok temu wyjechała ze Szwecji. Zauważyła z zadowoleniem, że jeszcze nie ma najnowszej wersji systemu operacyjnego dla maca, co oznaczałoby wyeliminowanie Asphyxii i przerwanie transferu danych. Stwierdziła również, że musi poprawić program, tak aby żadne aktualizacje nie mogły zakłócić jego działania.

Od jej poprzedniej wizyty zawartość twardego dysku powiększyła się o prawie 6,9 gigabajta. Spora część to dokumenty PDF i Quark. Te pliki nie zajmowały dużo miejsca, w przeciwieństwie do folderów ze zdjęciami, choć te były skompresowane. Odkąd powrócił na stanowisko wydawcy odpowiedzialnego, Mikael Blomkvist najwyraźniej rozpoczął archiwizację kopii kolejnych numerów "Millennium".

Uporządkowała zawartość dysku chronologicznie, rozpoczynając listę od najstarszych plików, i stwierdziła, że Mikael ostatnie miesiące poświęcił w dużej mierze materiałom z folderu o nazwie "Dag Svensson", które wyglądały na projekt książki. Następnie otworzyła jego pocztę elektroniczną i przejrzała ją dokładnie.

Na widok jednego z maili drgnęła. Dwudziestego szóstego stycznia Mikael dostał maila od Pieprzonej Harriet Vanger. Otworzywszy go, przeczytała kilka zwięzłych linijek o zbliżającym się rocznym posiedzeniu zarządu "Millennium". Mail kończył się wiadomością, że Harriet zarezerwowała w hotelu ten sam pokój.

Lisbeth chwilę przyswajała tę informację. Potem wzruszyła ramionami i ściągnęła pocztę Mikaela Blomkvista oraz tekst książki Daga Svenssona o roboczym tytule Pijawki i podtytule Społeczne filary seksbiznesu. Znalazła także kopię rozprawy From Russia with Love autorstwa kobiety o nazwisku Mia Bergman.

Rozłączyła się, poszła do kuchni i nastawiła ekspres do kawy. Następnie usiadła z PowerBookiem na swojej nowej sofie. Otworzyła papierośnicę od Mimmi i zapaliła marlboro lighta. Resztę wieczoru spędziła na czytaniu.

Około dziewiątej skończyła rozprawę Mii Bergman. Z zadumą przygryzła wargę.

Do wpół do jedenastej przeczytała książkę Daga Svenssona. Zdała sobie sprawę, że wkrótce "Millennium" znów znajdzie się na czołówkach gazet.

Kiedy o wpół do dwunastej kończyła przeglądać pocztę Mikaela Blomkvista, nagle podniosła się na sofie i wytrzeszczyła oczy.

Poczuła na plecach chłodny dreszcz.

To był mail od Daga Svenssona do Mikaela Blomkvista.

Mimochodem Svensson wspominał, że zastanawia się nad pewnym gangsterem ze Wschodu o nazwisku Zala, któremu można by ewentualnie poświęcić osobny rozdział - stwierdzał jednak, że jest już niewiele czasu. Mikael nie odpowiedział na tę wiadomość.

Zala.

Lisbeth Salander, siedząc w bezruchu, rozmyślała tak długo, aż włączył się wygaszacz ekranu.

Dag Svensson odłożył notes i podrapał się w głowę. Zamyślony spoglądał na otwartą stronę i napisane u góry jedyne słowo. Cztery litery.

Zala.

W skupieniu przez trzy minuty rysował okrągłe labirynty wokół nazwiska. Wstał i z aneksu kuchennego przyniósł kubek kawy. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że powinien iść do domu położyć się spać, odkrył jednak, że lubi siedzieć w redakcji "Millennium" i pracować właśnie nocą, kiedy jest tam cicho i spokojnie. Deadline zbliżał się nieubłaganie. Dag Svensson miał już prawie cały tekst, lecz po raz pierwszy od rozpoczęcia projektu miał wątpliwości. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie umknął mu jakiś istotny szczegół.

Zala.

Dotąd niecierpliwił się, chcąc jak najszybciej skończyć manuskrypt i opublikować książkę. Nagle zapragnął mieć na to więcej czasu.

Rozmyślał nad protokołem z obdukcji, który inspektor Gulbrandsen dał mu do przeczytania. Irinę P. znaleziono w kanale Södertälje. Użyto wobec niej brutalnej przemocy, miała zmiażdżoną twarz i klatkę piersiową. Przyczyną śmierci było skręcenie karku, ale przynajmniej dwa z pozostałych obrażeń oceniono również jako śmiertelne. Złamano jej sześć żeber i przebito lewe płuco. Z powodu ciężkiego pobicia pękła śledziona. Trudno było ustalić, czym było narzędzie zbrodni. Patolog wysunął teorię, że użyto pałki owiniętej w materiał. Nie potrafiono wytłumaczyć, dlaczego morderca miałby owijać narzędzie zbrodni, jednak rany nie nosiły śladów charakterystycznych dla zwyczajnych przedmiotów.

Sprawy jeszcze nie rozwiązano, a Gulbrandsen stwierdził, że nie ma na to zbyt dużych szans.

Nazwisko Zala cztery razy przewinęło się w materiałach zebranych w ciągu ostatnich lat przez Mię Bergman, jednak zawsze gdzieś na marginesie, ulotne jak widmo. Nikt nie wiedział, kim jest Zala ani czy w ogóle istnieje. Część dziewczyn przedstawiała go jako nieokreślone zagrożenie, karę za nieposłuszeństwo. Dag Svensson poświęcił tydzień, by go rozszyfrować, wypytywał policję, dziennikarzy i różne źródła związane z sekshandlem, do których sam dotarł.

Znów skontaktował się z dziennikarzem, Perem-?ke Sandströmem, którego zamierzał bez litości zdemaskować w swojej książce. Sandström powoli zaczął zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Błagał, żeby okazać mu litość. Oferował pieniądze. Svensson nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić. Za to wykorzystał swoją przewagę, aby wycisnąć z niego informacje o Zali.

Efekt był przygnębiający. Sandström to skorumpowany łajdak, który załatwiał interesy dla seksmafii. Nigdy nie spotkał Zali, ale rozmawiał z nim przez telefon i wiedział, że Zala istnieje. Być może. Nie - nie miał do niego numeru. I nie - nie może też powiedzieć, przez kogo nawiązał z nim kontakt.

Daga Svenssona uderzyło odkrycie, że Per-?ke Sandström się boi. Ten strach wykraczał poza groźbę zdemaskowania. Sandström był śmiertelnie przerażony. Dlaczego?

Rozdział 10

Poniedziałek 14 marca - niedziela 20 marca

Przyjazd do Holgera Palmgrena, przebywającego w domu opieki Erstaviken, był czasochłonny w przypadku korzystania z komunikacji miejskiej, a wypożyczanie za każdym razem samochodu zdawało się równie kłopotliwe. W połowie marca Lisbeth Salander postanowiła kupić samochód. Zaczęła od załatwienia miejsca parkingowego, co okazało się znacznie bardziej skomplikowane.

Miała miejsce parkingowe w garażu pod swoim domem na Mosebacke, ale nie chciała, aby samochód powiązano z jej nowym adresem. Natomiast już wiele lat wcześniej ustawiła się w kolejce oczekujących na garaż w dawnej wspólnocie mieszkaniowej przy Lundagatan. Gdy zadzwoniła tam, by się dowiedzieć, które miejsce zajmuje na liście, powiedziano jej, że jest pierwsza. Co więcej, od następnego miesiąca zwolni się jedno miejsce. I wszystko gra. Zadzwoniła do Mimmi i poprosiła ją, by od razu podpisała umowę ze spółdzielnią. Dzień później zaczęła polować na samochód.

Miała dość pieniędzy, żeby kupić rolls-royce'a czy ferrari w ekskluzywnym mandarynkowym kolorze - co tylko chciała - jednak nie była zainteresowana posiadaniem samochodu przyciągającego uwagę. Odwiedziła dwóch dilerów w Nacka i wybrała czteroletnią bordową hondę z automatyczną skrzynią biegów. Ku rozpaczy dilera upierała się, by sprawdzić każdy element silnika - zajęło jej to godzinę. Dla zasady stargowała cenę o kilka tysięcy i zapłaciła gotówką.

Potem odprowadziła samochód na Lundagatan, zajrzała do Mimmi i zostawiła zapasowe kluczyki. Mimmi może oczywiście korzystać z samochodu, musi tylko wcześniej zapytać. Ponieważ miejsce w garażu miało się zwolnić dopiero od nowego miesiąca, zaparkowały samochód na ulicy.

Mimmi właśnie wybierała się na randkę do kina z przyjaciółką, o której Lisbeth nigdy wcześniej nie słyszała. Miała wulgarny makijaż i paskudne ciuchy, a na szyi coś, co przypominało psią obrożę, więc Lisbeth przypuszczała, że chodzi o którąś z jej partnerek, a gdy Mimmi zapytała, czy Lisbeth nie chce się przyłączyć, odmówiła. Absolutnie nie chciała znaleźć się w trójkącie z jakąś długonogą przyjaciółką Mimmi, z pewnością niezwykle seksowną, przy której ona sama poczułaby się jak idiotka. Za to miała coś do załatwienia w mieście, więc pojechały razem metrem do placu Hötorget i tam się rozstały.

Lisbeth poszła do OnOff przy Sveavägen i zdążyła przekroczyć próg na dwie minuty przed zamknięciem. Kupiła toner do drukarki, przy czym poprosiła o wyjęcie go z kartonu, tak by zmieścił się do jej plecaka.

Gdy wyszła ze sklepu, była głodna i spragniona. Przeszła się na Stureplan i przypadkiem wybrała Café Hedon, miejsce, o którym nigdy nawet nie słyszała. Zawróciła w drzwiach natychmiast po rozpoznaniu adwokata Nilsa Bjurmana - siedział po skosie, tyłem do niej. Stanąwszy przy witrynie kawiarni, wyciągała szyję, by móc obserwować swojego opiekuna, sama zasłonięta przez kontuar.

Widok Bjurmana nie budził w Lisbeth Salander dramatycznych emocji, nie czuła gniewu, nienawiści ani strachu. Jeśli o nią chodzi, świat byłby niewątpliwie lepszy bez niego, jednak Bjurman żył, ponieważ zdecydowała, że w ten sposób będzie dla niej bardziej użyteczny. Przeniosła wzrok na mężczyznę siedzącego naprzeciw Bjurmana. Na jego widok oczy Lisbeth rozszerzyły się. Pstryk.

Był to nadzwyczaj rosły mężczyzna, co najmniej dwa metry wzrostu, i dobrze zbudowany. Wręcz wyjątkowo dobrze. Miał łagodny wyraz twarzy i krótko obcięte blond włosy, jednak ogólnie rzecz biorąc, sprawiał wrażenie bardzo silnego.

Lisbeth zobaczyła, jak blond olbrzym przysuwa się do Bjurmana i cicho wypowiada kilka słów, a ten kiwa głową. Gdy podali sobie dłonie, zauważyła, że Bjurman szybko cofnął swoją.

Co z ciebie za typ i co cię łączy z Bjurmanem?

Lisbeth Salander szybko się oddaliła i stanęła przy wejściu do kiosku. Oglądała afisze z czołówkami gazet, gdy blondyn wyszedł z Café Hedon i, nie rozglądając się, skręcił w lewo. Minął odwróconą tyłem Lisbeth w odległości mniejszej niż trzydzieści centymetrów. Dała mu piętnaście metrów przewagi, po czym ruszyła za nim.

Nie był to długi spacer. Na Birger Jarlsgatan blond olbrzym od razu zszedł do metra i kupił bilet przy bramce. Stanął na peronie w kierunku południowym - dokąd Lisbeth i tak zmierzała - i wsiadł do pociągu na Norsborg. Dojechał do Slussen, przesiadł się na zieloną linię na Farstę, ale wysiadł już przy Skanstull i udał się do Blombergs Kafé na Götgatan.

Lisbeth przystanęła na zewnątrz. Z zadumą obserwowała mężczyznę, z którym usiadł blond olbrzym. Pstryk. Lisbeth szybko stwierdziła, że szykuje się coś podejrzanego. Mężczyzna miał nadwagę, pociągłą twarz i potężny piwny brzuch, włosy związane w kitkę i jasny wąsik. Ubrany był w czarne dżinsy, dżinsową kurtkę i wysokie buty na obcasie. Na grzbiecie prawej dłoni widniał tatuaż, ale Lisbeth nie mogła rozpoznać motywu. Na ręku miał też złotą bransoletę, palił lucky strike'i. Oczy miał wytrzeszczone jak ktoś, kto jest dość często na haju. Lisbeth zauważyła również, że pod kurtką nosi kamizelkę. Nie widziała jej dokładnie, ale domyśliła się, że mężczyzna jest bikersem.

Blond olbrzym nic nie zamówił. Zdawał się coś tłumaczyć. Mężczyzna w dżinsowej kurtce kiwał co chwilę głową, ale nie wyglądało na to, by brał czynny udział w rozmowie. Lisbeth przypomniała sobie, że musi w końcu kupić mikrofon kierunkowy.

Już po pięciu minutach blond olbrzym wstał i wyszedł z kawiarni. Lisbeth cofnęła się o kilka kroków, ale mężczyzna nawet nie spojrzał w jej stronę. Po czterdziestu metrach skręcił i wszedł po schodach na Allhelgonagatan, zbliżył się do białego volvo i otworzył drzwi. Włączył silnik i ostrożnie wyjechał na ulicę. Zdążyła jeszcze zapamiętać numer rejestracyjny, zanim zniknął za rogiem na następnym skrzyżowaniu.

Lisbeth pospiesznie zawróciła do Blombergs Kafé. Minęły może ze trzy minuty, ale stolik był już pusty. Wycofała się, podniosła wzrok i rozejrzała się po ulicy, lecz nigdzie nie mogła wypatrzeć mężczyzny z kitką. Potem spojrzała na drugą stronę i dostrzegła go w chwili, gdy otwierał drzwi do Macdonalda.

Musiała wejść do środka, żeby go znaleźć. Siedział w głębi lokalu w towarzystwie mężczyzny ubranego podobnie jak on. Tamten nosił kamizelkę na dżinsowej kurtce. Lisbeth przeczytała napis. "Svavelsjö MC". Poniżej widniało logo - wystylizowane koło motocyklowe przypominające krzyż celtycki z toporem.

Wyszła z restauracji i niezdecydowana stała minutę na Götgatan, po czym ruszyła w kierunku północnym. Miała poczucie, że jej wewnętrzny system ostrzegawczy przeszedł w stan najwyższej gotowości.

Lisbeth zatrzymała się w 7-Eleven i zrobiła tygodniowe zakupy: duże opakowanie Billy's Pan Pizzy, trzy mrożone zapiekanki rybne, trzy tarty z bekonem, kilogram jabłek, dwa bochenki chleba, pół kilograma żółtego sera, mleko, kawa, karton marlboro light i popołudniówki. Ulicą Svartensgatan doszła do Mosebacke i rozejrzała się uważnie, zanim wstukała kod do swojego mieszkania. Włożyła jedną tartę z bekonem do mikrofalówki i napiła się mleka prosto z kartonu. Włączyła ekspres do kawy, po czym usiadła przy komputerze, otworzyła program Asphyxia 1.3 i zalogowała się na kopii twardego dysku adwokata Nilsa Bjurmana. Kolejne pół godziny poświęciła na sprawdzanie zawartości jego komputera.

Nie odkryła zupełnie nic wartego zainteresowania. Bjurman zdawał się rzadko korzystać z poczty elektronicznej. W skrzynce było tylko kilkanaście krótkich prywatnych maili do albo od jego znajomych. Żadna z wiadomości nie miała z nią związku.

Znalazła nowy folder z twardą pornografią, co oznaczało, że Bjurmana nadal kręciły poniżane kobiety w sadystycznej scenerii. Technicznie rzecz biorąc, nie wykraczało to poza ustaloną przez Lisbeth zasadę, że nie wolno mu się zadawać z kobietami.

Otworzyła folder z dokumentami dotyczącymi pełnionej przez niego funkcji opiekuna prawnego i uważnie przeczytała każdy miesięczny raport. Dokładnie odpowiadały kopiom, które wysyłał regularnie na wskazany przez nią adres mailowy.

Wszystko wyglądało całkiem normalnie.

Może z jednym odstępstwem... Przeglądając właściwości poszczególnych raportów w Wordzie, mogła stwierdzić, że Bjurman zazwyczaj tworzył je w pierwszych dniach miesiąca. Na edycję każdego poświęcał przeciętnie cztery godziny i wysyłał go do Komisji Nadzoru Kuratorskiego dokładnie dwudziestego każdego miesiąca. Był już środek marca, a Bjurman nie zaczął jeszcze pracować nad bieżącym raportem. Zaniedbanie? Opóźnienie? Jest zajęty czymś innym? Szykuje coś podejrzanego? Na czole Lisbeth Salander pojawiła się zmarszczka.

Wyłączyła komputer, usiadła we wnęce okiennej i otworzyła papierośnicę od Mimmi. Zapaliła papierosa i popatrzyła w ciemność. Zaniedbała kontrolę Bjurmana. Jest śliski jak węgorz.

Poczuła silny niepokój. Najpierw Pieprzony Kalle Blomkvist, potem Zala, teraz Pieprzony Gnój Nils Bjurman, a razem z nim jakiś napakowany samiec powiązany z gangiem motocyklowym. W ciągu tych kilku dni wiele spraw zakłóciło uporządkowaną codzienność, jaką Lisbeth Salander usiłowała sobie stworzyć.

O wpół do trzeciej tej samej nocy Lisbeth Salander otworzyła kluczem drzwi wejściowe do budynku przy Upplandsgatan niedaleko Odenplan, gdzie mieszkał adwokat Nils Bjurman. Przystanęła pod jego mieszkaniem, ostrożnie odsunęła klapkę wrzutki na listy i włożyła przez nią niezwykle czuły mikrofon, który nabyła w Counterspy Shop w londyńskim Mayfair. Nigdy wcześniej nie słyszała o Ebbe Carlssonie, ale w tym właśnie sklepie kupił on osławione urządzenia do podsłuchu, które pod koniec lat osiemdziesiątych spowodowały pospieszną dymisję szwedzkiego ministra sprawiedliwości. Lisbeth umieściła słuchawkę na właściwym miejscu i podregulowała głośność.

Usłyszała głuche pomrukiwanie lodówki i przenikliwe tykanie co najmniej dwóch zegarów, z których jeden wisiał na ścianie w pokoju dziennym na lewo od drzwi wejściowych. Znów podkręciła głośność i nasłuchiwała, wstrzymując oddech. Słyszała wszelkie możliwe trzaski i szumy w mieszkaniu, ale żadnych odgłosów ludzkiej aktywności. Dopiero po minucie udało jej się usłyszeć słaby odgłos ciężkiego, regularnego oddechu.

Nils Bjurman spał.

Wyciągnęła mikrofon i schowała go do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki. Miała na sobie ciemne dżinsy i tenisówki z gumową podeszwą. Bezszelestnie włożyła klucz do zamka i lekko uchyliła drzwi. Zanim otworzyła je całkowicie, wyjęła z kieszeni paralizator. Nie wzięła żadnej innej broni. Nie uważała, że potrzebuje lepszego zabezpieczenia, aby poradzić sobie z Bjurmanem.

Weszła do środka, zamknęła drzwi wejściowe i bezgłośnie zakradła się do przedpokoju, tuż przy jego sypialni. Stanęła jak wryta, widząc światło, ale w tym samym momencie dotarło do niej chrapanie Bjurmana. Od razu wślizgnęła się do pokoju. W oknie stała zapalona lampa. Co się stało, Bjurman? Boisz się ciemności?

Stanęła przy łóżku i patrzyła na niego kilka minut. Postarzał się i sprawiał wrażenie zaniedbanego. Zapach w pokoju wskazywał, że nie dbał o higienę osobistą.

Nie miała dla niego ani odrobiny współczucia. Na sekundę w jej oczach błysnęła bezlitosna nienawiść. Zauważyła kieliszek na stoliku nocnym. Schyliła się i powąchała. Alkohol.

W końcu wyszła z sypialni. Rozejrzała się po kuchni, lecz nie znalazła nic godnego uwagi. Udała się do salonu i stanęła w drzwiach gabinetu. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła garść pokruszonego chrupkiego pieczywa, które po ciemku ostrożnie rozrzuciła na parkiecie. Gdyby ktoś przemykał się przez salon, chrzęst okruchów ją ostrzeże.

Usiadła za biurkiem Nilsa Bjurmana i położyła przed sobą paralizator w odpowiedniej odległości. Rozpoczęła metodyczne przeszukiwanie szuflad. Przejrzała korespondencję adwokata dotyczącą bilansów jego prywatnych kont i zestawień finansowych. Zauważyła, że coraz bardziej sporadycznie i niedbale kontroluje swoje sprawy, jednak nie znalazła nic interesującego.

Najniższa szuflada biurka była zamknięta na klucz. Lisbeth Salander zmarszczyła brwi. Podczas jej ostatniej wizyty rok wcześniej wszystkie dało się otworzyć. Zdezorientowana przywołała w pamięci jej zawartość. Znajdowały się tam aparat fotograficzny, teleobiektyw, mały dyktafon Olympus, oprawny w skórę album na zdjęcia i pudełeczko z łańcuszkami, biżuterią i złotą obrączką, na której wygrawerowano napis "Tilda i Jacob Bjurman - 23 kwietnia 1951". Lisbeth wiedziała, że to imiona jego rodziców i że oboje już nie żyją. Założyła więc, iż zachował na pamiątkę ich obrączkę ślubną.

Tak więc Bjurman trzyma pod kluczem to, co uważa za cenne.

Zajęła się szafką z żaluzją, która stała za biurkiem, i wyjęła stamtąd dwa segregatory dokumentujące obowiązki Bjurmana jako jej opiekuna prawnego. Przez piętnaście minut przeglądała wszystko dokładnie, strona po stronie. Raporty były bez zarzutu i dawały do zrozumienia, że Lisbeth Salander to grzeczna i porządna dziewczynka. Cztery miesiące wcześniej Bjurman sformułował przypuszczenie, iż Lisbeth wydaje się tak racjonalną i kompetentną osobą, że istnieją przesłanki, by podczas przyszłorocznej kontroli podjąć dyskusję, czy jej ubezwłasnowolnienie rzeczywiście jest nadal uzasadnione. Było to elegancko ujęte i stanowiło pierwszy krok na drodze do uchylenia decyzji sądu.

Segregator zawierał również odręczne notatki, z których wynikało, że z Bjurmanem skontaktowała się niejaka Ulrika von Liebenstaahl z Komisji Nadzoru Kuratorskiego, by przeprowadzić rozmowę o ogólnym stanie Lisbeth. Słowa "konieczna opinia psychiatryczna" zostały podkreślone.

Lisbeth wydęła wargi, odłożyła segregatory na miejsce i rozejrzała się.

Na pierwszy rzut oka nie znajdowała nic, do czego można by się przyczepić. Wyglądało na to, że Bjurman postępuje zgodnie z jej instrukcjami. Lisbeth przygryzła dolną wargę. Zdawało się jednak, że coś jest nie w porządku.

Podniosła się z krzesła i już miała zgasić lampę na biurku, lecz się powstrzymała. Znów wyjęła segregatory i przejrzawszy je jeszcze raz, osłupiała ze zdumienia.

Powinny zawierać więcej dokumentów. Rok wcześniej było tu podsumowanie jej rozwoju, od dzieciństwa poczynając, sporządzone przez Komisję Nadzoru Kuratorskiego. Teraz go brakowało. Po co Bjurman miałby wyjmować materiały z bieżącej dokumentacji? Zmarszczyła brwi. Nie przychodził jej do głowy żaden naprawdę dobry powód. Może trzymał dodatkową dokumentację gdzie indziej. Jej wzrok prześlizgnął się po szafce z żaluzją i najniższej szufladzie biurka.

Nie miała przy sobie wytrycha, więc wślizgnęła się z powrotem do sypialni Bjurmana i wydobyła klucze z jego marynarki wiszącej na drewnianym wieszaku. W szufladzie znalazła te same przedmioty co rok wcześniej. Jednak zbiór uzupełniono o płaskie pudełko ze zdjęciem przedstawiającym colta 45 magnum.

W myślach przebiegła dane, które zgromadziła na temat Bjurmana niemal dwa lata wcześniej. Zajmował się strzelectwem i należał do klubu. Według publicznego rejestru broni miał licencję na colta 45 magnum.

Niechętnie doszła do wniosku, że zamknięcie szuflady na klucz nie było czymś nienaturalnym.

Nie podobało jej się to, ale nie mogła się doszukać bezpośredniego pretekstu, by go obudzić i skopać mu dupę.

Mia Bergman obudziła się o wpół do siódmej. Słyszała ściszone odgłosy telewizora w dużym pokoju i czuła zapach świeżo zaparzonej kawy. Dobiegł ją też stukot klawiatury iBooka. Uśmiechnęła się.

Nigdy wcześniej nie widziała, żeby Dag tak ciężko pracował nad jakimś tematem. "Millennium" było dobrym wyborem. Zazwyczaj Dag niemożliwie zadzierał nosa i zdawało się, że towarzystwo Blomkvista, Berger i całej reszty miało na niego dobroczynny wpływ. Coraz częściej wracał do domu przybity, kiedy Blomkvist wytykał mu braki i roznosił w pył jego argumentację. Po czymś takim pracował dwa razy więcej.

Zastanawiała się, czy to właściwy moment, by zakłócić jego skupienie. Okres spóźniał jej się trzy tygodnie. Nie była pewna i nie zrobiła jeszcze testu ciążowego.

Zastanawiała się, czy to już czas.

Niedługo skończy trzydziestkę. Za niecały miesiąc ma obronę. Doktor Bergman. Znów się uśmiechnęła i postanowiła nic nie mówić Dagowi, dopóki sama nie będzie pewna, a może nawet poczeka, aż on skończy swoją książkę, a ona zasiądzie na przyjęciu, świętując obronę.

Przeciągała się dziesięć minut, potem wstała i poszła do dużego pokoju owinięta prześcieradłem. Dag podniósł wzrok.

- Nie ma jeszcze siódmej - powiedziała.

- Blomkvist znów się stawia.

- Był dla ciebie ostry? Dobrze ci tak. Lubisz go, co?

Dag Svensson odchylił się na oparcie sofy i popatrzył Mii w oczy. Po chwili kiwnął głową.

- "Millennium" to niezłe miejsce pracy. Rozmawiałem z Mikaelem w Kvarnen, wtedy gdy po mnie przyjechałaś. Pytał, co zamierzam robić, gdy skończę ten projekt.

- Aha. I co odpowiedziałeś?

- Że nie wiem. Jako wolny strzelec snułem się tu i tam przez tyle lat. Chciałbym mieć coś stabilnego.

- "Millennium".

Kiwnął głową.

- Micke badał teren, pytał, czy byłbym zainteresowany pracą na pół etatu. Na taką samą umowę jak Henry Cortez i Lottie Karim. Dostałbym swoje biurko i stałą pensję z "Millennium", a resztę dorobię na własną rękę.

- Chcesz tego?

- Jeśli przedstawią konkretną ofertę, zgodzę się.

- Dobra, ale wciąż jeszcze nie ma siódmej, a dzisiaj jest sobota.

- E tam. Chciałem tylko trochę pomajstrować przy tekście.

- Sądzę, że powinieneś wrócić do łóżka i pomajstrować przy czym innym.

Uśmiechając się do niego, odsunęła kawałek prześcieradła. Dag przełączył komputer na standby.

Przez kilka następnych dni Lisbeth Salander robiła research, spędzając sporo czasu przed komputerem. Poszukiwania prowadziły ją w wielu różnych kierunkach, a ona sama nie zawsze miała jasność, czego tak naprawdę szuka.

Zebranie pewnych faktów było łatwe. Korzystając z Archiwum Mediów, sporządziła wyciąg z działalności Svavelsjö MC. Po raz pierwszy klub pojawił się pod nazwą Tälje Hog Riders w notce prasowej z 1991 roku, w związku z obławą policyjną na jego siedzibę, znajdującą się wówczas w dawnym budynku szkolnym pod Södertälje. Akcję zorganizowano, ponieważ zaniepokojeni sąsiedzi donieśli o strzelaninie przed budynkiem. Zaangażowane w obławę znaczne siły policyjne przerwały mocno zakrapianą piwem imprezę, która zamieniła się w zawody strzeleckie przy użyciu karabinu AK4, skradzionego - jak się później okazało - na początku lat osiemdziesiątych z nieistniejącego już oddziału Västerbotten I 20.

Według śledztwa przeprowadzonego przez pewną popołudniówkę Svavelsjö MC miał sześciu albo siedmiu członków i kilkunastu hangarounds. Wszyscy pełnoprawni członkowie byli przy różnych okazjach karani za dość amatorskie przestępstwa, które czasem bywały jednak brutalne. W grupie wyróżniały się dwie osoby. Szefem Svavelsjö MC był niejaki Carl-Magnus "Magge" Lundin, opisany w internetowym wydaniu dziennika "Aftonbladet" w związku z obławą policji na siedzibę klubu w 2001 roku. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych skazywano Lundina pięć razy. W trzech procesach chodziło o kradzieże, paserstwo i drobne przestępstwa narkotykowe. Jeden wyrok był związany z poważną przestępczością, między innymi z ciężkim pobiciem, za co Lundin dostał osiemnaście miesięcy. Zwolniono go w 1995 roku, a niedługo po tym awansował na prezydenta Tälje Hog Riders, który to klub nosił obecnie nazwę Svavelsjö MC.

Numerem dwa w grupie był - według wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej - niejaki Sonny Nieminen, lat trzydzieści siedem, któremu w rejestrze karnym poświęcono co najmniej dwadzieścia trzy akapity. Swoją karierę rozpoczął jako szesnastolatek, kiedy to za pobicie i kradzież zasądzono mu opiekę oraz dozór kuratorski zgodnie z prawem o pomocy społecznej. W ciągu kolejnych dziesięciu lat Sonny Nieminen był skazywany pięć razy za kradzież, raz za rozbój, po dwa razy za groźby karalne i przestępstwa narkotykowe, za wymuszenie oraz za użycie przemocy wobec urzędnika. Na swoim koncie miał również dwa lżejsze przestępstwa związane z nielegalnym posiadaniem broni i jedno poważne. Do tego prowadzenie w stanie nietrzeźwości i co najmniej sześć przypadków pobicia. W sposób dla Lisbeth Salander niepojęty skazywano go na dozór kuratorski, grzywnę oraz wielokrotnie na miesiąc albo dwa pozbawienia wolności, aż nagle, w 1989 roku, dostał wyrok dziesięciu miesięcy więzienia za ciężkie pobicie i napad rabunkowy. Wyszedł po kilku miesiącach i trzymał się w ryzach do października 1990 roku, gdy będąc w knajpie w Södertälje, wdał się w bijatykę, która zakończyła się zabójstwem i sześcioletnim wyrokiem. W 1995 roku Nieminen wyszedł znów na wolność, tym razem jako najbliższy przyjaciel Magge Lundina.

W 1996 roku został zatrzymany za udział w napadzie zbrojnym na konwój pieniędzy. Sam w nim nie uczestniczył, ale zaopatrzył trzech młodych mężczyzn w broń, która posłużyła do napadu. Wtedy nastąpił drugi z jego dłuższych pobytów w więzieniu. Skazano go na cztery lata i wypuszczono w 1999 roku. Potem Nieminen w jakiś cudowny sposób unikał kolejnych zatrzymań. Według pewnego artykułu prasowego z 2001 roku - gdzie nie wymieniono go z nazwiska, jednak przedstawiono jego przeszłość tak dokładnie, iż nietrudno było rozszyfrować, o kogo chodziło - był podejrzany o współudział w zabójstwie co najmniej jednego członka konkurencyjnego gangu motocyklowego.

Lisbeth zamówiła zdjęcia paszportowe Nieminena i Lundina do wglądu. Nieminen miał twarz jak z obrazka, ciemne, kręcone włosy i groźne oczy. Magge Lundin wyglądał jak kompletny idiota. Bez żadnych trudności zidentyfikowała mężczyznę, z którym blond olbrzym spotkał się w Blombergs Kafé, jako Lundina, a mężczyznę czekającego w Macdonaldzie jako Nieminena.

Przez rejestr pojazdów Lisbeth wytropiła właściciela białego volvo, którym odjechał blond olbrzym. Okazała się nim wypożyczalnia Auto-Expert z Eskilstuny. Lisbeth wykręciła numer, a w słuchawce odezwał się niejaki Refik Alba z owej firmy.

- Nazywam się Gunilla Hansson. Wczoraj jakiś sukinsyn potrącił mojego psa i uciekł. Numery rejestracyjne wskazują, że samochód był od was. Białe volvo.

Podała numery.

- Przykro mi.

- Tylko tyle? Chcę nazwisko tego sukinsyna, żeby zażądać odszkodowania.

- Zgłosiła pani sprawę na policję?

- Nie, chcę to załatwić polubownie.

- Przykro mi, ale nie mogę podawać nazwisk klientów, jeśli nie ma doniesienia.

Barwa głosu Lisbeth Salander stała się ciemniejsza. Zapytała, czy do dobrych obyczajów firmy należy praktyka, by zmuszać ludzi do składania doniesień na jej klientów, zamiast umożliwiać załatwianie spraw polubownie. Refik Alba znów stwierdził, że mu przykro i że niestety nic nie może w tej kwestii zrobić. Przekonywała go jeszcze kilka minut, lecz nie otrzymała nazwiska blond olbrzyma.

Nazwisko Zala to kolejna ślepa uliczka. Z dwoma przerwami na Billy's Pan Pizzę Lisbeth Salander spędziła większą część doby przed komputerem. Jej jedynym towarzyszem była półtoralitrowa butelka coca-coli.

Trafiła na setki osób o nazwisku Zala - począwszy od włoskiego sportowca, a skończywszy na kompozytorze z Argentyny. Nie znalazła tego, którego szukała.

Próbowała z nazwiskiem Zalachenko, ale też nie znalazła nic interesującego.

Sfrustrowana dowlokła się wreszcie do sypialni i przespała dwanaście godzin. Gdy się obudziła, była jedenasta przed południem. Włączyła ekspres do kawy i przygotowała kąpiel w jacuzzi. Dolała płynu do kąpieli, przyniosła kawę i kanapki i zjadła śniadanie w wannie. Nagle zapragnęła, żeby Mimmi była przy niej. Ale przecież nie powiedziała jej dotąd, gdzie mieszka.

Około dwunastej wyszła z wanny, wytarła się i włożyła szlafrok. Znów włączyła komputer.

Z nazwiskami Dag Svensson i Mia Bergman poszło jej lepiej. Dzięki wyszukiwarce Google szybko sporządziła krótkie zestawienie tego, co oboje robili w ciągu minionych lat. Ściągnęła kilka artykułów Daga, a przy jednym z nich znalazła jego zdjęcie. Bez większego zdziwienia stwierdziła, że to ten sam mężczyzna, którego widziała w towarzystwie Mikaela Blomkvista w Kvarnen kilka dni wcześniej. Nazwisko zyskało twarz i odwrotnie.

Znalazła też wiele tekstów o Mii Bergman albo jej autorstwa. Kilka lat wcześniej zwróciła uwagę raportem o nierównym traktowaniu kobiet i mężczyzn w sądach. Z tego powodu napisano zarówno sporo wstępniaków, jak i komentarzy na portalach dyskusyjnych różnych organizacji kobiecych; Mia Bergman sama zamieściła ich wiele. Lisbeth Salander czytała uważnie. Niektóre feministki uznały wnioski Bergman za istotne, z kolei inne krytykowały ją za rozpowszechnianie "mieszczańskich mrzonek". Z ich wypowiedzi nie wynikało jednak, na czym dokładnie owe mrzonki miałyby polegać.

Około drugiej po południu Lisbeth otworzyła Asphyxię 1.3, lecz zamiast MikBlom/laptop wybrała MikBlom/office, komputer na biurku Mikaela Blomkvista w redakcji "Millennium". Z doświadczenia wiedziała, że redakcyjny komputer Mikaela nie zawiera niczego przydatnego. Pomijając fakt, że czasem wykorzystywał go do surfowania po internecie, pracował niemal wyłącznie na swoim iBooku. Za to miał uprawnienia administratora w całej redakcji. Szybko znalazła potrzebną informację z hasłem do wewnętrznej sieci "Millennium".

Aby dostać się do innych komputerów, nie wystarczyło wejść na kopię twardego dysku na serwerze w Holandii; również sam oryginał MikBlom/office musiał być włączony i zalogowany w wewnętrznej sieci. Miała szczęście. Mikael Blomkvist najwyraźniej siedział przy komputerze w redakcji. Odczekała dziesięć minut, ale nie zauważyła śladów jakiejkolwiek aktywności, co zinterpretowała tak, że Mikael włączył komputer po przyjściu do pracy, być może korzystał z niego, surfując po internecie, po czym zajął się czymś innym albo używał laptopa.

Trzeba to zrobić ostrożnie. W ciągu kolejnej godziny Lisbeth Salander włamywała się do każdego komputera po kolei i ściągała pocztę elektroniczną Eriki Berger, Christera Malma i nieznanej jej pracownicy "Millennium" o nazwisku Malin Eriksson. W końcu trafiła na komputer Daga Svensona, według informacji systemowych starszego Macintosha PowerPC z twardym dyskiem o pojemności zaledwie 750 megabajtów, czyli zalegający w redakcji złom, z dużym prawdopodobieństwem używany jedynie do pisania. Był włączony, co oznaczało, że Dag Svensson w tym momencie siedzi w redakcji. Ściągnęła jego pocztę i przeszukała twardy dysk. Znalazła folder opatrzony zwięzłą nazwą "Zala".

Blond olbrzym był niezadowolony i nie czuł się zbyt raźnie. Właś nie odebrał dwieście trzy tysiące koron w gotówce, co stanowiło nieoczekiwanie dużą zapłatę za owe trzy kilogramy metamfetaminy, które dostarczył Magge Lundinowi pod koniec stycznia. Był to również niezły zarobek za kilka godzin prawdziwej roboty - przywieźć towar od kuriera, krótko przechować, dostarczyć do Magge Lundina, a potem zainkasować pięćdziesiąt procent zysku. Bez wątpienia Svavelsjö MC mogło wypracować miesięczny obrót tej wysokości, a grupa Lundina dokonywała jednej z trzech takich operacji - dwie pozostałe przeprowadzano w okolicy Göteborga i Malmö. Wszystkie gangi mogły wyciągnąć razem dobre pół miliona koron czystego zysku na miesiąc.

Mimo to czuł się tak niewyraźnie, że zjechał na pobocze, zaparkował i wyłączył silnik. Nie spał od ponad trzydziestu godzin i był półprzytomny. Otworzył drzwi, rozprostował kości i wysikał się na poboczu. Chłodna, gwiaździsta noc. Stał na polu niedaleko Järny.

Konflikt był niemal nierozwiązywalny. Źródło metamfetaminy znajdowało się niecałe czterysta kilometrów od Sztokholmu. Popyt na szwedzkim rynku był bezdyskusyjnie duży. Cała reszta to kwestia logistyki - jak przetransportować chodliwy towar z punktu A do punktu B, czyli, mówiąc dokładniej, z biura w tallińskiej piwnicy do sztokholmskiego portu Frihamnen?

Wciąż powracający problem - jak zagwarantować regularne dostawy z Estonii do Szwecji? To było sedno sprawy, a jednocześnie najsłabsze ogniwo, ponieważ wszystko, co udało im się osiągnąć po wielu latach wysiłków, to ciągłe improwizacje i tymczasowe rozwiązania.

Kłopot stanowiły coraz częstsze w ostatnim czasie wpadki. Blond olbrzym był dumny ze swoich zdolności organizacyjnych. W ciągu kilku lat stworzył sprawnie działającą siatkę kontaktów, które pielęgnował, posługując się w wyważonych proporcjach batem i marchewką. To on wykonał czarną robotę, znalazł partnerów, wynegocjował układy i dopilnował, by dostawy trafiały w odpowiednie miejsca.

Marchewką była zachęta, jaką otrzymywali podwykonawcy w rodzaju Magge Lundina - dobry i sensowny zysk bez ryzyka. System działał bez zarzutu. Magge Lundin nie musiał nawet kiwnąć palcem, by trafiła do niego dostawa, bez kłopotliwych wyjazdów po towar czy niepewnych negocjacji z ludźmi, którzy mogli się okazać policjantami z wydziału narkotykowego albo rosyjską mafią, a co gorsza - dmuchnąć mu wszystko. Lundin wiedział, że blond olbrzym dostarcza towar, a potem inkasuje swoje pięćdziesiąt procent.

Bat był potrzebny, gdy - coraz częściej w ostatnim czasie - pojawiały się komplikacje. Mało brakowało, a gadatliwy diler, który dowiedział się stanowczo za dużo o sieci dystrybucji, wsypałby całe Svavelsjö MC. Blond olbrzym musiał ingerować i wymierzyć karę.

Był w tym dobry.

Westchnął.

Czuł, że coraz trudniej ogarnąć całą tę działalność. Była po prostu zbyt skomplikowana.

Zapalił papierosa i rozprostował kości.

Metamfetamina to wspaniałe, dyskretne i łatwe w obsłudze źródło dochodu - duży zysk i stosunkowo małe ryzyko. Handel bronią był w pewnej mierze uzasadniony, jeśli dało się zidentyfikować różne niebezpieczeństwa i ich uniknąć. I tak, biorąc pod uwagę ryzyko, po prostu nie opłacało się dostarczać dwóch sztuk broni za kilka tysięcy jakimś durnym smarkaczom, którzy zamierzali obrabować kiosk w sąsiedztwie.

Pojedyncze przypadki szpiegostwa przemysłowego czy szmuglowania na Wschód komponentów elektronicznych - nawet jeśli rynek skurczył się dramatycznie w ostatnich latach - miały pewne uzasadnienie.

Za to sprowadzania dziwek z krajów bałtyckich w ogóle nie dało się obronić z finansowego punktu widzenia. Dziwki to niewielkie pieniądze, a właściwie tylko komplikacja, co jednak mogło w każdej chwili wywołać obłudną pisaninę w prasie i debaty w owej dziwacznej instytucji politycznej zwanej w Szwecji Riksdagiem, której reguły działania blond olbrzym w najlepszym razie uważał za niejasne. Zaletą seksbiznesu było to, że z punktu widzenia odpowiedzialności prawnej niemal nie stanowił ryzyka. Każdy chętnie skorzysta z dziwki - prokurator, sędzia, pieprzony glina i jeden czy drugi parlamentarzysta. Nikt nie będzie za bardzo węszył, żeby ukrócić ten proceder.

Nawet śmierć dziwki niekoniecznie musi odbić się echem w życiu politycznym. Jeśli policji uda się po kilku godzinach zatrzymać osobę podejrzaną, a ta osoba nadal ma na ubraniu krew, skutkiem będzie oczywiście wyrok skazujący i kilka lat więzienia albo terapii w jakimś obskurnym zakładzie. Gdy jednak w ciągu czterdziestu ośmiu godzin nie znajdzie się żaden podejrzany, to blond olbrzym wiedział z doświadczenia, że policja wkrótce zajmie się ważniejszymi sprawami.

Nie podobał mu się jednak ten biznes. Nie podobały mu się dziwki, te ich wytapetowane twarze i przeraźliwe pijackie śmiechy. Dziwki były nieczyste. Stanowiły zasoby ludzkie, które tyle samo kosztują, co przynoszą zysku. A w kwestii zasobów ludzkich zawsze istniało ryzyko, że jakiejś dziwce odbije i wmówi taka sobie, że może się wycofać albo wygadać policji czy dziennikarzom, czy komuś z zewnątrz. Tym samym on będzie zmuszony ingerować i wymierzyć karę. A jeśli na jaw wyjdzie zbyt wiele, uruchomi się łańcuszek prokuratorów i policjantów albo zrobi się piekielny hałas w tym przeklętym parlamencie. Seksbiznes to kłopoty.

Bracia Atho i Harry Ranta to typowy przykład takich kłopotów. Dwa bezużyteczne pasożyty, które dowiedziały się stanowczo za dużo o całym procederze. Najchętniej obwiązałby ich łańcuchem i wrzucił do morza. Ale odwiózł ich na prom do Estonii i czekał cierpliwie, aż wsiądą na pokład. Powodem urlopu było to, że jakiś pieprzony dziennikarz zaczął węszyć w ich interesach, zdecydowano więc, że pozostaną w ukryciu, póki sprawa nie przycichnie.

Blond olbrzym znów westchnął.

Przede wszystkim nie podobały mu się takie zlecenia jak to na Lisbeth Salander. Jeśli o niego chodzi, była zupełnie bez wartości. Nie stanowiła żadnego zysku.

Nie podobał mu się adwokat Bjurman i nie mógł pojąć, dlaczego postanowiono pójść mu na rękę. Jednak sprawa była już w toku. Rozkaz został wydany, zlecenie przydzielono Svavelsjö MC.

Wcale nie podobała mu się ta sytuacja. Miał złe przeczucia.

Podniósł wzrok, rozejrzał się po ciemnym polu i rzucił peta do rowu. Nagle kącikiem oka dostrzegł jakiś ruch i zamarł. Skoncentrował wzrok. Poza bladym sierpem księżyca nie było innego źródła światła, ale i tak zdołał rozróżnić zarys czarnej postaci skradającej się ku niemu jakieś trzydzieści metrów od drogi. Istota poruszała się wolno, robiąc krótkie przerwy.

Blond olbrzym nagle poczuł na czole krople zimnego potu.

Nienawidził tej postaci na polu.

Ponad minutę stał tak niemal sparaliżowany, gapiąc się jak zaklęty na powolne, lecz uparte podchody postaci. Gdy była już na tyle blisko, że mógł dostrzec jej oczy połyskujące w ciemności, odwrócił się na pięcie i rzucił biegiem do samochodu. Szarpnął drzwi i zaczął niezdarnie manipulować kluczykami. Jego panika wzmagała się aż do momentu, gdy w końcu uruchomił silnik i włączył długie światła. Istota była już na drodze, więc mógł wreszcie rozróżnić szczegóły w świetle reflektorów. Wyglądała niczym ogromna płaszczka. Miała kolec jadowy jak skorpion.

Jedno było jasne. Istota nie pochodziła z tego świata. To potwór z podziemi.

Blond olbrzym przełożył bieg i ruszył z piskiem opon. Mijając postać, widział, jak rzuca się do ataku, lecz nie zdołała dosięgnąć samochodu. Dopiero po kilku kilometrach blond olbrzym przestał się trząść.

Lisbeth Salander poświęciła całą noc, by przestudiować research, który Dag Svensson i redakcja "Millennium" przygotowali na temat traffickingu. Po pewnym czasie miała dość dobry ogląd tej sprawy, nawet jeśli opierał się on tylko na tajemniczych fragmentach, które złożyła w całość, czytając pocztę elektroniczną.

Erika Berger wysłała do Mikaela Blomkvista maila z pytaniem, jak przebiegają konfrontacje; odpowiedział zwięźle, że mają problemy ze znalezieniem pewnego czekisty. Lisbeth zinterpretowała to tak, że jedna z osób ujawnianych w reportażu pracuje w służbach specjalnych. Malin Eriksson przesłała Dagowi Svenssonowi podsumowanie swojego dodatkowego researchu, z kopiami do Mikaela Blomkvista i Eriki Berger. Zarówno Svensson, jak i Blomkvist przesłali w odpowiedzi komentarze i propozycje uzupełnień. Mikael i Dag wymieniali maile kilka razy na dobę. Svensson relacjonował też konfrontację, jaką przeprowadził z dziennikarzem o nazwisku Per-?ke Sandström.

Czytając pocztę Svenssona, mogła również stwierdzić, że kontaktował się on z pewnym Gulbrandsenem, który korzystał z adresu na Yahoo. Chwilę to trwało, zanim zrozumiała, że Gulbrandsen musi być policjantem, a wymiana danych odbywa się poza oficjalnym kanałem, przy użyciu prywatnego maila, a nie tego, którym Gulbrandsen posługuje się w policji. Tak więc musiał on być informatorem.

Folder nazwany Zala miał frustrująco niewielką zawartość - jedynie trzy dokumenty Word. Najdłuższy z tekstów, sto dwadzieścia osiem kilobajtów, nosił nazwę Irina P i stanowił częściowy opis życia jakiejś prostytutki. Z treści wynikało, że kobieta nie żyje. Lisbeth z uwagą przeczytała sporządzone przez Daga Svenssona podsumowanie protokołu obdukcji.

Jak zrozumiała, wobec Iriny P. użyto tak niezwykle brutalnej przemocy, że każde z trzech obrażeń, jakich doznała, mogło spowodować śmierć.

Lisbeth rozpoznała w tekście sformułowanie będące dokładnym cytatem z rozprawy Mii Bergman. Chodziło o kobietę o imieniu Tamara. Założywszy, że Irina P. i Tamara to ta sama osoba, uważnie przeczytała fragment rozprawy zawierający wywiad z prostytutką.

Drugi dokument, o nazwie Sandström, był znacznie krótszy. Zawierał to samo podsumowanie, które Svensson przesłał do Blomkvista, a wskazywało ono, że dziennikarz Per-?ke Sandström to jeden z klientów, którzy wykorzystywali dziewczynę sprowadzoną z któregoś z krajów nadbałtyckich. Załatwiał również interesy dla seksmafii w zamian za narkotyki albo seks. Lisbeth zaintrygował fakt, że Sandström, poza produkcją biuletynów firmowych, jako wolny strzelec napisał również sporo artykułów do pewnego dziennika, w których z oburzeniem potępiał sekshandel i ujawnił między innymi, że pewien niepodany z nazwiska szwedzki biznesmen odwiedził burdel w Tallinie.

Nazwisko Zala nie padło ani w dokumencie Sandström, ani w dokumencie Irina P, lecz Lisbeth doszła do wniosku, że skoro oba znajdowały się w folderze Zala, musiał istnieć jakiś związek. Natomiast trzeci, a zarazem ostatni dokument nosił właśnie nazwę Zala. Był zwięzły i skomponowany w punktach.

Według Daga Svenssona nazwisko Zala od połowy lat dziewięćdziesiątych pojawiło się w dziewięciu śledztwach związanych z narkotykami, bronią albo prostytucją. Zdawało się, że nikt nie wie, kim jest Zala, jednak różni informatorzy określali go jako Jugosłowianina, Polaka albo ewentualnie Czecha. Wszystkie dane pochodziły z drugiej ręki; nie wyglądało na to, by ktokolwiek, z kim Dag Svensson rozmawiał, w ogóle spotkał Zalę.

Svensson dokładnie przedyskutował kwestię Zali z informatorem G (Gulbrandsen?) i przedstawił teorię, że to Zala może być odpowiedzialny za zabójstwo Iriny P. Z materiałów nie wynikało, co informator G sądzi o tej teorii, jednak Zala rok wcześniej był jednym z tematów spotkania specjalnej grupy dochodzeniowej do spraw przestępczości zorganizowanej. Nazwisko to przewijało się tak często, że policja zaczęła zadawać pytania i starała się ustalić, czy Zala w ogóle istnieje.

Z tego, co Dag Svensson zdołał sprawdzić, nazwisko Zala po raz pierwszy pojawiło się w związku z napadem na konwój pieniędzy w miejscowości Örkelljunga w 1996 roku. Rabusie ukradli trzy i pół miliona koron, jednak wygłupili się tak idiotycznie, że policja już po upływie doby mogła zidentyfikować i zatrzymać członków gangu. Po kolejnych dwudziestu czterech godzinach złapano jeszcze jedną osobę. Był to zawodowy przestępca należący do Svavelsjö MC, Sonny Nieminen, który według danych policji dostarczył broń użytą podczas napadu, za co został później skazany na cztery lata pozbawienia wolności.

W ciągu kolejnego tygodnia aresztowano jeszcze trzy osoby podejrzane o współudział. Ta zawiła sprawa objęła tym samym osiem osób, z których siedem uporczywie odmawiało zeznań. Tylko dziewiętnastoletni chłopak, Birger Nordman, złamał się i rozgadał na przesłuchaniach. Proces okazał się więc dla prokuratora łatwym zwycięstwem, a skutkiem tego (jak podejrzewał informator Daga Svenssona) dwa lata później znaleziono Birgera Nordmana w värmlandzkiej piaskarni, po tym, jak zniknął, wyszedłszy na przepustkę z więzienia.

Według informatora G policja podejrzewała, iż Sonny Nieminen był szefem gangu. Podejrzewano również, że Nordman został zamordowany na jego zlecenie, lecz brakowało na to dowodów. Nieminena uznano jednak za niezwykle niebezpiecznego i bezwzględnego. Siedząc w pace, zwrócił na siebie uwagę, wiążąc się z Bractwem Aryjskim, nazistowską organizacją więzienną, która miała z kolei powiązania z Bractwem Wolfpack, a w dalszej kolejności zarówno z gangami motocyklowymi, jak i groźnymi organizacjami tępogłowych nazistów w rodzaju Szwedzkiego Ruchu Oporu.

Lisbeth Salander interesowało jednak coś zupełnie innego. Jedną z informacji, jakich w trakcie przesłuchań udzielił nieżyjący już Birger Nordman, było stwierdzenie, iż broni użytej podczas napadu dostarczył Nieminen, który z kolei dostał ją od nieznanego mu Jugosłowianina o nazwisku Sala.

Dag Svensson wyciągnął wniosek, że to jakaś szycha w świecie przestępczym, która woli pozostawać w cieniu. Ponieważ nikt o nazwisku Zala nie figurował w ewidencji ludności, Dag domyślił się, że to przydomek albo fałszywe nazwisko jakiegoś niezwykle przebiegłego łotra.

Ostatni punkt zawierał krótki przegląd informacji, jakich dziennikarz Sandström dostarczył na temat Zali. Nie było tego zbyt wiele. Według Daga Svenssona Sandström rozmawiał raz przez telefon z osobą o takim nazwisku. Z notatek nie wynikało jednak, o czym mówili.

Około czwartej nad ranem Lisbeth Salander zamknęła swojego PowerBooka. Usiadłszy we wnęce okiennej, spoglądała na Saltsjön. Dwie godziny siedziała bez ruchu, paląc w zamyśleniu jednego papierosa za drugim. Musiała podjąć pewne strategiczne decyzje oraz przeanalizować konsekwencje.

Zdała sobie również sprawę, że musi wytropić Zalę, by raz na zawsze załatwić z nim porachunki.

W sobotni wieczór, na tydzień przed Wielkanocą, Mikael Blomkvist odwiedził swoją dawną dziewczynę na Slipgatan przy Hornstull. Dla odmiany przyjął zaproszenie na przyjęcie. Kobieta, obecnie mężatka, nawet w najmniejszym stopniu nie była zainteresowana intymnymi kontaktami z Mikaelem Blomkvistem, lecz pracowała w mediach i zawsze, gdy gdzieś się przypadkiem spotykali, mówili sobie "cześć". Właśnie ukończyła książkę, którą pisała przez ostatnie dziesięć lat i która traktowała o czymś tak wydumanym jak sytuacja kobiet w mass mediach. Kiedyś Mikael pomógł jej w zbieraniu materiałów do książki, co było powodem zaproszenia.

Blomkvist miał wówczas zbadać prostą kwestię. Dotarł do strategii na rzecz równouprawnienia2, jakimi chwaliły się szwedzka agencja prasowa TT, dziennik "Dagens Nyheter", program informacyjny "Rapport" i inne media, po czym wskazał, ilu jest mężczyzn, a ile kobiet na stanowiskach kierowniczych wyższych niż sekretarz redakcji. Efekt był żenujący. Dyrektor wykonawczy - mężczyzna. Przewodniczący zarządu - mężczyzna. Redaktor naczelny - mężczyzna. Redaktor działu zagranicznego - mężczyzna. Kierownik redakcji - mężczyzna... i tak dalej, aż wreszcie w tej wyliczance pojawiała się pierwsza kobieta, w rodzaju Christiny Jutterström czy Amelii Adamo, najczęściej jako wyjątek.

Przyjęcie było prywatne, a gośćmi były osoby, które w ten czy inny sposób pomogły w powstaniu książki.

Wieczór miał rozrywkowy charakter - dobre jedzenie i rozmowy na luzie. Mikael zamierzał wcześnie wrócić do domu, ale wielu spośród gości okazało się jego starymi znajomymi, których rzadko spotykał. Poza tym nikt w towarzystwie zbyt śmiało nie żonglował faktami z afery Wennerströma. Przyjęcie przeciągnęło się, tak więc większość gości wyruszyła do domu dopiero około drugiej nad ranem w niedzielę. Podążyli razem do L?ngolmsgatan, a potem każdy w swoją stronę.

Zanim Mikael zdążył dojść do przystanku, zobaczył mijający go autobus nocny, ponieważ jednak było ciepło, postanowił przespacerować się do domu, zamiast czekać na następny. Szedł Högalidsgatan aż do kościoła i skręcił w Lundagatan, co momentalnie przywołało wspomnienia.

Mikael dotrzymał złożonej w grudniu obietnicy, że przestanie przychodzić na Lundagatan w daremnej nadziei, iż Lisbeth Salander znów pojawi się na horyzoncie. Jednak tej nocy zatrzymał się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko jej bramy. Przez ułamek sekundy chciał podejść i zadzwonić do jej drzwi, lecz zdał sobie sprawę, jak niedorzeczne są jego nadzieje, by nagle miała się pojawić, a jeszcze mniej prawdopodobne wydawało się, by znów chciała z nim rozmawiać.

Wreszcie wzruszył ramionami i poszedł w kierunku Zinkensdamm. Zdążył przejść prawie sześćdziesiąt metrów, gdy usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił się, a jego serce zaczęło bić dwa razy szybciej. Trudno było nie rozpoznać tej wychudzonej sylwetki. Lisbeth Salander właśnie wyszła na ulicę i oddalała się w przeciwnym kierunku. Stanęła przy zaparkowanym samochodzie.

Mikael otworzył usta, żeby ją zawołać, ale głos uwiązł mu w gardle. Nagle zobaczył postać, która odsunęła się od jednego z samochodów stojących wzdłuż chodnika. Mężczyzna wyłonił się za plecami Lisbeth. Mikael opisałby go jako wysokiego i z wyraźnie wystającym brzuchem. Miał włosy związane w kitkę.

Lisbeth Salander już wkładała kluczyk do drzwi swojej bordowej hondy, gdy usłyszała jakiś dźwięk, a kątem oka dostrzegła ruch. Mężczyzna zbliżał się do niej ukosem od tyłu, odwróciła się sekundę wcześniej, zanim podszedł. Natychmiast zidentyfikowała go jako trzydziestosześcioletniego Carla-Magnusa "Magge" Lundina ze Svavelsjö MC, który kilka dni wcześniej spotkał się z blond olbrzymem w Blombergs Kafé.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Czwartek 16 grudnia - piątek 17 grudnia

Lisbeth Salander zsunęła okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa i spoglądała spod ronda kapelusza. Widziała, jak kobieta z pokoju 32 wychodzi bocznym wyjściem z hotelu i spacerowym krokiem zbliża się do jednego z biało-zielonych leżaków przy basenie. W skupieniu wbijała wzrok w ziemię i zdawało się, że idzie na niepewnych nogach.

Salander widziała ją wcześniej jedynie z daleka. Wiek kobiety oszacowała na jakieś trzydzieści pięć lat, lecz mogła być równie dobrze dwudziestopięcio-, jak i pięćdziesięciolatką. Miała brązowe włosy do ramion, pociągłą twarz i dojrzałe ciało, jakby wyjęte z katalogu bielizny domu wysyłkowego. Miała na sobie sandały, czarne bikini i okulary przeciwsłoneczne o fioletowym zabarwieniu. Była Amerykanką i mówiła z południowym akcentem. Żółty kapelusz upuściła na ziemię obok leżaka i dała znak barmanowi z baru Elli Carmichael.

Lisbeth Salander odłożyła książkę na kolana, upiła łyk kawy i wyciągnęła rękę po papierosy. Nie odwracając głowy, przeniosła wzrok na horyzont. Ze swojego miejsca na tarasie przy basenie, między rododendronem a palmami, rosnącymi pod hotelowym murem, widziała w oddali Morze Karaibskie. Kawałek od brzegu płynęła z wiatrem żaglówka, na północ, ku Saint Lucii albo Dominice. Dalej na morzu zauważyła szarą sylwetkę masowca w drodze na południe, do Gujany lub któregoś z sąsiednich krajów. Delikatna bryza walczyła z przedpołudniowym upałem, jednak Lisbeth Salander czuła, jak kropla potu powoli spływa jej na brew. Nie lubiła smażyć się na słońcu. Każdy dzień spędzała, o ile to było możliwe, w cieniu, dlatego wciąż przesiadywała pod markizą. Mimo to jej skóra zrobiła się brązowa jak orzech. Nosiła szorty w kolorze khaki i czarną koszulkę.

Słuchała dźwięków steel pan płynących z głośnika przy barze. Nigdy, nawet w najmniejszym stopniu, nie interesowała się muzyką i nie potrafiła odróżnić szwedzkiej kapeli Sven-Ingvars od Nicka Cave'a, ale muzyka steel pan fascynowała ją. Nieprawdopodobne wydawało się, że ktoś mógł nastroić beczkę po ropie, a jeszcze bardziej to, iż można było z niej wydobyć kontrolowane dźwięki, niepodobne do niczego innego. Miała wrażenie, że to magiczne dźwięki.

Poczuła nagle irytację i przeniosła wzrok z powrotem na kobietę, która właśnie dostała drinka w kolorze pomarańczy.

Nie był to problem Lisbeth Salander. Nie potrafiła po prostu pojąć, dlaczego kobieta nie wyjechała. Przez cztery noce, odkąd tylko para przyjechała do hotelu, Lisbeth słuchała odgłosów przemocy dochodzących z sąsiedniego pokoju. Dobiegały ją ciche, ale wzburzone głosy, płacz, a czasem echo wymierzanych razów. Mężczyzna, który zadawał owe ciosy - Lisbeth podejrzewała, iż to mąż kobiety - miał około czterdziestki. Ciemne, proste włosy staromodnym sposobem czesał z przedziałkiem na środku i zdawało się, że przebywa na Grenadzie w celach zawodowych. Jaki był jego zawód, Lisbeth Salander nie miała pojęcia, jednak każdego ranka mężczyzna w eleganckiej marynarce i pod krawatem pił kawę w hotelowym barze, po czym z aktówką w ręce wsiadał do taksówki.

Wracał do hotelu późnym wieczorem, kąpał się i siedział z żoną przy basenie. Mieli w zwyczaju jadać razem kolację, sprawiając wrażenie cichego i czułego małżeństwa. Kobieta czasem wypijała kieliszek lub dwa za dużo, ale jej stan nikomu nie przeszkadzał ani nie zwracał niczyjej uwagi.

Awantury w sąsiednim pokoju zaczynały się zwykle między dziesiątą a jedenastą wieczorem, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Lisbeth kładła się do łóżka z książką o tajemnicach matematyki. Nie było tu mowy o brutalnym maltretowaniu. Na ile dało się to ocenić przez ścianę, obok toczyła się nieprzerwana, jednostajna kłótnia. Poprzedniej nocy Lisbeth nie mogła opanować ciekawości i wyszła na balkon - mieli otwarte drzwi - aby posłuchać, o co w tym wszystkim chodzi. Ponad godzinę mężczyzna spacerował tam i z powrotem po pokoju, wyznając, że jest łajdakiem i na nią nie zasługuje. Raz za razem powtarzał, iż w jej opinii zapewne jest fałszywym człowiekiem. Ona po każdym takim stwierdzeniu odpowiadała, że wcale tak nie uważa i próbowała go uspokoić. Jednak on był coraz bardziej gwałtowny, aż w końcu zaczął nią tarmosić. Wreszcie odpowiedziała, jak chciał... tak, jesteś fałszywy. On potraktował wymuszone wyznanie kobiety jako pretekst, by natychmiast zaatakować jej prowadzenie się, charakter. Nazwał ją kurwą. Lisbeth Salander bez wahania podjęłaby działanie, gdyby chodziło o nią, jednak tak nie było i ogólnie rzecz biorąc, to nie jej problem, nie mogła więc rozstrzygnąć, czy powinna w jakiś sposób zareagować.

Lisbeth ze zdziwieniem słuchała jednostajnego gadania mężczyzny, zakończonego nagle odgłosem brzmiącym jak uderzenie w twarz. Już postanowiła wyjść na korytarz i kopniakiem otworzyć sąsiednie drzwi, gdy w pokoju zrobiło się cicho.

Przyglądała się teraz uważnie kobiecie przy basenie i zauważyła blady siniak na ramieniu oraz zadrapanie na biodrze, słowem - żadnych poważniejszych obrażeń.

Dziewięć miesięcy wcześniej przeczytała pewien artykuł w magazynie "Popular Science", pozostawionym przez kogoś na rzymskim lotnisku Leonarda da Vinci, i nagle zrodziła się w niej niewyjaśniona fascynacja tajemniczą dziedziną, jaką jest astronomia sferyczna. Pod wpływem impulsu wstąpiła do księgarni uniwersyteckiej w Rzymie i kupiła kilka najważniejszych rozpraw na ten temat. Jednak aby pojąć astronomię sferyczną, musiała zgłębić arkana matematyki. Podróżując przez kilka ostatnich miesięcy, zaglądała do księgarń naukowych, by kupić kolejne pozycje z tej dziedziny.

Książki zazwyczaj leżały spakowane w walizce, a studia były niesystematyczne i właściwie bez określonego celu, póki nie zajrzała do księgarni w Miami, skąd wyszła z książką doktora L.C. Parnaulta Dimensions in Mathematics (Harvard University, 1999). Znalazła ją tuż przed podróżą na archipelag Florida Keys, skąd miała zacząć zwiedzanie Karaibów.

Zaliczyła już Gwadelupę (dwa dni w niewyobrażalnej dziurze) i Dominikę (przyjemnie, pełny relaks, pięć dni), Barbados (doba w amerykańskim hotelu, gdzie czuła się bardzo niemile widzianym gościem) i Saint Lucia (dziewięć dni). Na tej ostatniej mogłaby nawet zostać dłużej, gdyby nie zadarła z ciężko myślącym miejscowym chuliganem, stałym bywalcem baru w jej położonym na uboczu hotelu. W końcu straciła cierpliwość i walnęła go cegłą w głowę, wymeldowała się z hotelu i popłynęła promem zmierzającym do Saint George's, stolicy Grenady, kraju, o którego istnieniu nie wiedziała, póki nie wsiadła na pokład statku.

Zeszła na ląd na Grenadzie w tropikalnej ulewie o godzinie dziesiątej pewnego listopadowego poranka. W "The Caribbean Traveller" znalazła informację, że Grenadę nazywano "Spice Island", wyspą przypraw, oraz że jest największym producentem gałki muszkatołowej na świecie. Wyspa ma 120 tysięcy mieszkańców, ale ponad 200 tysięcy obywateli tego kraju mieszka w USA, Kanadzie albo Anglii, co dawało pewne pojęcie o tutejszym rynku pracy. Wokół wygasłego wulkanu Grand Etang rozciągał się górzysty krajobraz.

Z perspektywy historii Grenada to jedna z wielu niewielkich byłych kolonii brytyjskich. W 1795 roku wywołała poruszenie wśród polityków, gdy pewien wyzwoleniec o nazwisku Julian Fedon, zainspirowany rewolucją francuską, wzniecił powstanie, co zmusiło koronę do wysłania tam wojsk, by ćwiartowały, rozstrzeliwały, wieszały i okaleczały zastępy rebeliantów. Tym, co oburzyło kolonialny reżim, był fakt, że do powstania Fedona przyłączyła się nawet grupa białych biedaków, nie licząc się w najmniejszym stopniu z etykietą czy względami rasowymi. Rebelię stłumiono, jednak sam Fedon nigdy nie został ujęty, zaszył się w masywie Grand Etang, a jego wyczyny obrosły legendą na miarę Robin Hooda.

Trochę ponad dwieście lat później, w 1979 roku, adwokat Maurice Bishop wzniecił nową rewolucję, zainspirowaną - według przewodnika - przez the communist dictatorships in Cuba and Nicaragua. Jednak Lisbeth ujrzała tamte wydarzenia w zupełnie innym świetle, kiedy spotkała Philipa Cambella, nauczyciela, bibliotekarza i kaznodzieję w Kościele baptystów, u którego wynajęła pokój na pierwszych kilka dni. Całą historię można by streścić następująco: Bishop to ludowy przywódca o autentycznej popularności, który obalił szalonego dyktatora i entuzjastę UFO w jednej osobie, poświęcającego część skromnego budżetu narodowego na to, by polować na latające spodki. Bishop agitował za demokracją ekonomiczną oraz wprowadził pierwsze w tym kraju ustawodawstwo dotyczące równości płci, nim został zamordowany w 1983 roku.

Po zamachu - masakrze, w której zginęło sto dwadzieścia osób, w tym minister spraw zagranicznych, minister do spraw kobiet oraz kilku ważnych przywódców związków zawodowych - Stany Zjednoczone najechały kraj i wprowadziły demokrację. Dla Grenady oznaczało to wzrost bezrobocia z ponad sześciu procent do niemal pięćdziesięciu, co spowodowało, iż handel kokainą stał się znów najważniejszym źródłem dochodów. Philip Cambell pokiwał tylko głową, czytając opis z przewodnika Lisbeth i udzielił jej kilku dobrych rad, jakich ludzi i dzielnic powinna unikać po zmroku.

W przypadku Lisbeth Salander takie rady właściwie na nic by się zdały. Jednak udało jej się całkowicie uniknąć kontaktów ze światem przestępczym Grenady, a to dzięki temu, że zakochała się w Grand Anse Beach, położonej na południe od Saint George's, odludnej, ciągnącej się przez wiele mil plaży, na której mogła godzinami spacerować, nie będąc zmuszona rozmawiać ani spotykać się z kimkolwiek. Przeniosła się do Keys, jednego z nielicznych amerykańskich hoteli przy Grand Anse, gdzie spędziła siedem tygodni, nie zajmując się niczym innym oprócz wędrówek po plaży i zajadania się miejscowym owocem chinups, który w smaku przypominał gorzki szwedzki agrest i niezmiernie przypadł jej do gustu.

Nie był to szczyt sezonu, więc Keys Hotel wynajmował ledwie jedną trzecią pokoi. Jedyny problem polegał na tym, że zarówno spokój Lisbeth Salander, jak i jej wyrywkowe studia matematyczne zakłócił nagle cichy dramat rozgrywający się w sąsiednim pokoju.

Mikael Blomkvist nacisnął dzwonek do drzwi mieszkania Lisbeth Salander przy Lundagatan. Nie oczekiwał, że otworzy, jednak nabrał zwyczaju przejeżdżania obok jej domu mniej więcej raz w miesiącu, aby sprawdzić, czy coś się zmieniło. Kiedy podniósł klapkę w drzwiach i zajrzał przez otwór na listy, dostrzegł stos ulotek. Było tuż po dziesiątej wieczorem, zbyt ciemno, by mógł stwierdzić, jak bardzo ów stos urósł od ostatniego razu.

Chwilę stał niezdecydowany na korytarzu, po czym niezadowolony odwrócił się i wyszedł z budynku. Bez pośpiechu dotarł do domu na Bellmansgatan, włączył ekspres do kawy i rozłożył wieczorne wydania gazet, oglądając jednocześnie późne wydanie wiadomości, Rapport. Był w ponurym nastroju i zastanawiał się, gdzie przebywa Lisbeth Salander. Czuł lekki niepokój i po raz tysięczny zadawał sobie pytanie, co tak właściwie się stało.

Na poprzednie Boże Narodzenie zaprosił Lisbeth do domku w Sandhamn. Chodzili razem na długie spacery i dyskutowali półgłosem o następstwach dramatycznych wydarzeń, jakie stały się ich udziałem w trakcie minionego roku, kiedy Mikael przechodził coś, co z perspektywy czasu oceniał jako życiowy kryzys. Został skazany za zniesławienie i spędził kilka miesięcy w więzieniu, jego dziennikarska kariera utknęła w martwym punkcie, a on sam, uciekając z podkulonym ogonem, zrezygnował ze stanowiska wydawcy odpowiedzialnego1 w czasopiśmie "Millennium". Lecz nagle wszystko się zmieniło. Zlecenie napisania biografii potentata przemysłowego Henrika Vangera, które wydawało mu się niedorzecznie zyskownym rodzajem terapii, nieoczekiwanie stało się desperackim pościgiem za niezidentyfikowanym, przebiegłym seryjnym mordercą.

W trakcie tego pościgu spotkał Lisbeth Salander. Mikael z roztargnieniem dotknął ledwie wyczuwalnej blizny, jaką pozostawiła pętla tuż pod jego lewym uchem. Lisbeth nie tylko pomogła mu odnaleźć mordercę - dosłownie uratowała mu życie.

Raz za razem wprawiała go w zdumienie swoimi zadziwiającymi zdolnościami - fotograficzną pamięcią i fenomenalnymi umiejętnościami w dziedzinie informatyki. Mikael Blomkvist uważał się za obeznanego z obsługą komputera, ale Lisbeth Salander radziła sobie ze sprzętem, jakby weszła w konszachty z diabłem. Z czasem zrozumiał, że jest hakerką światowej klasy, a w ekskluzywnym międzynarodowym kręgu zajmującym się włamaniami do systemów na najwyższym poziomie jest lagendarną postacią, znaną jedynie pod pseudonimem Wasp.

To właśnie jej umiejętność włamywania się do cudzych komputerów dała mu materiał potrzebny do obrócenia własnej dziennikarskiej klęski w tak zwaną aferę Wennerströma - gorący temat, który po upływie dwunastu miesięcy nadal był przedmiotem międzynarodowych śledztw dotyczących przestępczości gospodarczej, a Mikaelowi dał okazję do regularnego przesiadywania w studiach telewizyjnych.

Przed rokiem sprawiało mu to kolosalną satysfakcję - jako zemsta, a także możliwość wydostania się z dziennikarskiego rynsztoka. Jednak poczucie zadowolenia dawno go opuściło. Po upływie kilku tygodni był już znużony odpowiadaniem na wciąż te same pytania dziennikarzy i policji podatkowej. "Przykro mi, ale nie mogę ujawniać moich źródeł". Kiedy pewien dziennikarz z anglojęzycznego "Azerbaijan Times" zadał sobie trud i przyjechał do Sztokholmu jedynie po to, aby zadać mu te same naiwne pytania, miarka się przebrała. Mikael ograniczył do minimum udzielanie wywiadów i przez kilka ostatnich miesięcy właściwie zgadzał się jedynie wtedy, gdy dzwoniła Ta z TV4 i osobiście go namawiała, a robiła to tylko, jeśli dochodzenie wyraźnie wkraczało w nową fazę.

Współpraca Mikaela z Tą z TV4 miała jeszcze jeden, całkiem inny wymiar. Jako pierwsza z dziennikarzy podchwyciła całą tę aferę i gdyby nie jej wsparcie tamtego wieczora, kiedy "Milennium" opublikowało newsa, wątpliwe, by temat odbił się tak szerokim echem. Dopiero później Mikael dowiedział się, że musiała walczyć w redakcji zębami i pazurami, aby uzyskać czas na antenie. Opór wobec mówienia o oszuście z "Millennium" był ogromny i aż do momentu, gdy weszła na antenę, nie miała pewności, czy redakcyjna armia prawników nie zablokuje sprawy. Wielu starszych kolegów wydało już na nią wyrok, twierdząc, że jeśli się pomyliła, będzie to koniec jej kariery. Jednak nie ustąpiła, a afera okazała się tematem roku.

Relacjonowała sprawę przez pierwszy tydzień - jako jedyna z reporterów rzeczywiście zagłębiła się w temat - ale na krótko przed Bożym Narodzeniem Mikael zauważył, że wszystkie komentarze i nowe wątki w sprawie zostały przekazane jej kolegom - mężczyznom. Około Nowego Roku okrężnymi drogami dowiedział się, że odsunięto ją od sprawy, uzasadniając, iż tak ważnym tematem powinni zajmować się uznani reporterzy, a nie jakieś dziewczę z Gotlandii czy Bergslagen, czy skąd ona tam, u licha, pochodzi. Kiedy znów zadzwonili z TV4, Mikael stwierdził wprost, że udzieli wywiadu tylko wtedy, gdy Ta będzie zadawać pytania. Po kilku dniach posępnej ciszy chłopcy z TV4 skapitulowali.

Zainteresowanie Mikaela aferą Wennerströma zbiegło się ze zniknięciem z jego życia również Lisbeth Salander. Nadal nie pojmował, co się stało.

Rozstali się w drugi dzień świąt i nie widzieli się przez kilka następnych dni. W przeddzień sylwestra zadzwonił do niej późnym wieczorem, ale nie odebrała.

W sylwestra poszedł do niej dwa razy. Gdy za pierwszym razem dzwonił do drzwi, w oknach paliło się światło, ale nie otworzyła. Za drugim razem w mieszkaniu było ciemno. W Nowy Rok znów próbował się do niej bez skutku dodzwonić. Później odpowiadał mu już tylko komunikat, że abonent jest niedostępny.

W ciągu kilku następnych dni widział ją dwa razy. Ponieważ nie mógł skontaktować się z nią przez telefon, w pierwszym tygodniu stycznia poszedł do jej mieszkania, usiadł przed drzwiami na klatce schodowej i czekał. Miał ze sobą książkę i siedział tak cztery godziny, aż wreszcie przyszła, tuż przed jedenastą wieczorem, niosąc brązowy karton. Widząc go, stanęła jak wryta.

- Cześć, Lisbeth - przywitał się i zamknął książkę.

Zlustrowała go obojętnym wzrokiem, który nie wyrażał nawet odrobiny ciepła czy przyjaźni. Potem przecisnęła się obok niego i włożyła klucz do zamka.

- Zaprosisz mnie na kawę? - zapytał.

Odwróciła się do niego i powiedziała cicho:

- Idź stąd. Nie chcę cię więcej widzieć.

Po czym zatrzasnęła niezmiernie zdumionemu Mikaelowi Blomkvistowi drzwi przed nosem, a on usłyszał jeszcze, jak Lisbeth zamyka drzwi na klucz.

Drugi raz widział ją zaledwie trzy dni później. Jechał metrem ze Slussen do stacji Centrum, a kiedy pociąg stanął na Starym Mieście, wyjrzał przez okno i zobaczył ją na peronie mniej niż dwa metry od siebie. Zauważył ją dopiero w momencie, gdy zamknęły się drzwi. Przez pięć sekund patrzyła przez niego na wskroś, jakby był powietrzem, po czym odwróciła się na pięcie i gdy pociąg ruszył, zniknęła z jego pola widzenia.

Sygnał był oczywisty. Lisbeth Salander nie chciała mieć z Mikaelem Blomkvistem nic wspólnego. Usunęła go ze swojego życia równie skutecznie, jak usuwa się plik z komputera, bez żadnych wyjaśnień. Zmieniła numer komórki i nie odpowiadała na maile.

Mikael westchnął, wyłączył telewizor, podszedł do okna i spojrzał na ratusz.

Zastanawiał się, czy nie popełnia błędu, tak uparcie raz za razem ją odwiedzając. Miał taką zasadę - gdy kobieta dawała mu wyraźnie do zrozumienia, że nie chce o nim słyszeć, szedł swoją drogą. Ignorowanie tego sygnału byłoby w jego oczach równoznaczne z brakiem szacunku dla niej.

Mikael i Lisbeth sypiali ze sobą. Ale doszło do tego z jej inicjatywy, a ich związek trwał pół roku. Gdyby postanowiła zakończyć całą sprawę równie nieoczekiwanie, jak ją zaczęła, Mikael by to zaakceptował. Decyzja należała do niej. Bez problemu odnalazłby się w roli eks - jeśli rzeczywiście nim był - jednak fakt, że Lisbeth Salander zupełnie się od niego odcięła, budził w nim zdumienie.

Nie zakochał się w niej - różnili się od siebie tak bardzo, jak tylko dwie osoby mogą się różnić - ale lubił ją i naprawdę brakowało mu tego cholernie irytującego człowieka. Myślał, że przyjaźń była wzajemna. Krótko mówiąc, czuł się jak idiota.

Stał przy oknie dłuższą chwilę.

Wreszcie podjął ostateczną decyzję.

Jeśli Lisbeth tak bardzo go nienawidziła, że nie mogła się nawet zdobyć na słowo "cześć", gdy spotkali się w metrze, to prawdopodobnie był to koniec ich przyjaźni, a szkoda nie do naprawienia. W przyszłości nie będzie już próbował się z nią skontaktować.

Lisbeth Salander spojrzała na zegarek i stwierdziła, że chociaż siedziała bez ruchu w cieniu, jest cała spocona. Wpół do jedenastej rano. Zapamiętała długi na trzy linijki wzór matematyczny i zamknęła Dimensions in Mathematics. Po chwili zabrała ze stołu klucz do pokoju i papierosy.

Mieszkała na drugim, ostatnim piętrze w tym hotelu. Rozebrała się i poszła pod prysznic.

Dwudziestocentymetrowa zielona jaszczurka gapiła się na nią ze ściany tuż pod sufitem. Lisbeth popatrzyła na nią, ale nie próbowała jej przepędzić. Na wyspie roiło się od jaszczurek, wkradały się do pokoi przez żaluzje w otwartych oknach, przez szpary w drzwiach albo otwór wentylacyjny w łazience. Lubiła towarzystwo, które niczego od niej nie wymagało. Woda była zimna, ale nie lodowata. Lisbeth stała pod prysznicem pięć minut, żeby się ochłodzić.

Gdy weszła do pokoju, stanęła naga przed lustrem i ze zdziwieniem oglądała swoje ciało. Nadal ważyła tylko czterdzieści kilogramów i miała trochę ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Na to raczej nie mogła nic poradzić. Była drobna jak lalka, małe dłonie, wąskie biodra.

Jednak teraz miała piersi.

Całe życie była płaska, tak jakby nie weszła jeszcze w okres dojrzewania. Wyglądało to po prostu żenująco, więc czuła niechęć przed pokazywaniem się nago.

I nagle miała piersi. Nie były wielkie (takich nie chciała, zresztą wyglądałyby żałośnie w zestawieniu z jej chudym ciałem), lecz jędrne i okrągłe, średniej wielkości. Zmiana została przeprowadzona ostrożnie, a proporcje w dużym stopniu zachowane. Jednak różnica była ogromna, zarówno w jej wyglądzie, jak i samopoczuciu.

Spędziła pięć tygodni w klinice pod Genuą, gdzie wszczepiono jej implanty. Wybrała klinikę i specjalistów, którzy cieszyli się największym uznaniem w Europie. Lekarz prowadzący, czarująco oschła kobieta, Allessandra Perrini, stwierdziła, że jej piersi są niedorozwinięte i dlatego operację ich powiększenia można wykonać ze wskazań medycznych.

Zabieg nie był bezbolesny, ale piersi wyglądały zupełnie naturalnie i takie też były w dotyku, w dodatku blizny stały się już prawie niewidoczne. Ani przez sekundę nie żałowała swojej decyzji. Była zadowolona. Wciąż jeszcze, po sześciu miesiącach od zabiegu, nie potrafiła przejść z obnażonymi piersiami obok lustra, nie stwierdzając jednocześnie z zadowoleniem, że poprawiła się jakość jej życia.

Podczas pobytu w klinice usunęła również jeden z dziewięciu tatuaży, dwucentymetrową osę po prawej stronie szyi. Lubiła swoje tatuaże, a najbardziej wielkiego smoka sięgającego od łopatki do pośladków, lecz osy postanowiła się pozbyć. Powód: tak widoczny i charakterystyczny tatuaż sprawiał, że łatwo było ją zapamiętać i zidentyfikować. Lisbeth Salander nie chciała, by ją zapamiętywano i identyfikowano. Tatuaż został usunięty laserowo i kiedy przesuwała palcem wskazującym po szyi, mogła wyczuć delikatną bliznę. Z bliska dało się zauważyć, że jej opalona skóra miała w tym miejscu jaśniejszy odcień, ale patrząc pobieżnie, nie można było niczego dostrzec. W sumie jej pobyt w Genui kosztował w przeliczeniu sto dziewięćdziesiąt tysięcy koron.

Było ją na to stać.

Przerwała marzenia przed lustrem i włożyła majtki i biustonosz. Dwa dni po opuszczeniu kliniki po raz pierwszy w swoim dwudziestopięcioletnim życiu weszła do sklepu z damską bielizną i kupiła coś, czego nigdy wcześniej nie potrzebowała. Teraz miała lat dwadzieścia sześć i nosiła biustonosz z pewnym zadowoleniem.

Włożyła dżinsy i czarną koszulkę z napisem Consider This a Fair Warning. Odszukała sandały i kapelusz przeciwsłoneczny, a przez ramię przewiesiła czarną nylonową torbę.

W drodze do wyjścia zwróciła uwagę na rozmowę gości hotelowych przy recepcji. Zwolniła kroku i nadstawiła uszu.

- Just how dangerous is she? - zapytała czarnoskóra kobieta o wysokim głosie i europejskim akcencie. Lisbeth pamiętała ją - dziesięć dni wcześniej przyleciała z grupą turystów czarterem z Londynu.

Freddie McBain, siwiejący recepcjonista, który zawsze witał Lisbeth przyjaznym uśmiechem, wyglądał na zmartwionego. Wyjaśniał, że gościom zostaną przekazane odpowiednie instrukcje i nie ma żadnych powodów do niepokoju - jeśli tylko wszyscy będą się ich ściśle trzymać. Po tej odpowiedzi został zasypany pytaniami.

Lisbeth zmarszczyła brwi i poszła do baru, gdzie za kontuarem zastała Ellę Carmichael.

- O co chodzi? - zapytała, wskazując kciukiem na grupę przy recepcji.

- Grozi nam wizyta Matyldy.

- Matyldy?

- To huragan, który powstał u wybrzeży Brazylii kilka tygodni temu, rano przeszedł nad stolicą Surinamu, Paramaribo. Nie wiadomo, w jakim zmierza kierunku - prawdopodobnie dalej na północ, do USA. Ale jeśli podąży wzdłuż brzegu na zachód, Trynidad i Grenada znajdą się na jego drodze. Może więc powiać.

- Myślałam, że pora huraganów już minęła.

- Bo minęła. Ostrzeżenia o huraganach pojawiają się zazwyczaj we wrześniu i październiku, ale teraz wszystko tak się pogmatwało przez ten efekt cieplarniany i w ogóle, że nigdy nic nie wiadomo.

- Okej, a kiedy mamy się spodziewać tej Matyldy?

- Niedługo.

- Powinnam coś zrobić?

- Lisbeth, huragan to nie zabawa. W latach siedemdziesiątych jeden z nich spowodował ogromne spustoszenia na Grenadzie. Miałam jedenaście lat, mieszkałam w wiosce nad jeziorem Grand Etang, przy drodze do Grenville, nigdy nie zapomnę tamtej nocy.

- Hm.

- Ale nie musisz się niepokoić. W sobotę trzymaj się w pobliżu hotelu. Spakuj do walizki rzeczy, których nie chcesz stracić, na przykład ten komputer, którym zazwyczaj się bawisz, i przygotuj się, by ją zabrać, kiedy usłyszysz polecenie zejścia do schronu. To wszystko.

- Okej.

- Chcesz się czegoś napić?

- Nie.

Lisbeth wyszła bez pożegnania. Ella Carmichael uśmiechnęła się za nią zrezygnowana. Minęło kilka tygodni, zanim przyzwyczaiła się do osobliwego sposobu bycia tej dziwnej dziewczyny i zrozumiała, że Lisbeth nie zadziera nosa - po prostu jest zupełnie inna. Ale płaci za drinki bez gadania, zawsze jest w miarę trzeźwa, zajmuje się swoimi sprawami i nie robi awantur.

Komunikacja publiczna na Grenadzie to przede wszystkim fantazyjnie ozdobione minibusy kursujące bez przejmowania się rozkładem jazdy czy innymi formalnościami. Za to jeździły wahadłowo od świtu do zmroku. Natomiast po zapadnięciu ciemności właściwie nie można było się przemieszczać, nie mając własnego samochodu.

Lisbeth nie czekała dłużej niż minutę przy drodze do Saint George's, gdy zatrzymał się minibus. Kierowcą był rastafarianin i w samochodzie na cały regulator rozlegało się No Woman, No Cry. Lisbeth nie słuchała muzyki, zapłaciła dolara i wcisnęła się między korpulentną posiwiałą damę a dwóch chłopców w szkolnych mundurkach.

Saint George's leży w półkolistej zatoce tworzącej The Carenage, wewnętrzny port. Wokół piętrzą się strome wzgórza, na których wznoszą się domy, stare kolonialne budynki i Fort Rupert, umocnienia zbudowane na urwistej skale wieńczącej cypel.

Saint George's to miasto niezwykle zwarte i ciasno zabudowane, z wąskimi uliczkami i mnóstwem zaułków. Domy wtulają się w zbocza i nie ma tu żadnej poziomej powierzchni, z wyjątkiem boiska do krykieta połączonego z bieżnią na północnych krańcach miasta.

Wysiadła w centrum portu i poszła spacerem do MacIntyre's Electronics na szczycie niewielkiego stromego wzniesienia. Właściwie wszystkie produkty sprzedawane na Grenadzie importowano z USA albo z Wielkiej Brytanii, w związku z czym kosztowały dwa razy tyle co gdzie indziej, za to sklep oferował klimatyzację.

Dostarczono wreszcie baterię, którą zamówiła do swojego PowerBooka Apple (G4 titanium z siedemnastocalowym monitorem). W Miami zaopatrzyła się w palmtopa ze składaną klawiaturą, na którym mogła odczytywać maile i który z łatwością mieścił się w jej nylonowej torbie, więc nie musiała dźwigać wszędzie PowerBooka, ale był to jednak marny substytut siedemnastocalowego ekranu. Jakość oryginalnych baterii pogorszyła się z czasem i wymagały ponownego ładowania po trzydziestu minutach pracy, co było sporym problemem, gdy chciała siedzieć na tarasie przy basenie, a także dlatego, że dostawy prądu na Grenadzie pozostawiały wiele do życzenia. W czasie jej pobytu na wyspie dwa razy wyłączono prąd na dłużej. Zapłaciła kartą kredytową należącą do Wasp Enterprises, schowała baterię do torby i znów wyszła na południowy upał.

Wstąpiła do Barclays Bank, podjęła trzysta dolarów gotówką, potem kupiła na targu pęczek marchewek, kilka mango i półtoralitrową butelkę wody mineralnej. Nylonowa torba zrobiła się wyraźnie cięższa, a gdy Lisbeth zeszła do portu, była już głodna i chciało jej się pić. Zastanawiała się, czy nie zajrzeć do The Nutmeg, ale wejście do restauracji zdawało się zupełnie zablokowane przez gości. Poszła do mniej popularnej knajpy Turtleback na skraju portu, usiadła na werandzie, zamówiła kalmary ze smażonymi ziemniakami i miejscowe piwo Carib. Sięgnęła po porzucony egzemplarz lokalnej gazety "Grenadian Voice" i przejrzała go w dwie minuty. Jedynym ciekawym artykułem było dramatyczne ostrzeżenie o prawdopodobnym nadejściu Matyldy. Tekst ilustrowało zdjęcie zniszczonego domu i przypomnienie spustoszeń, jakich w tym kraju dokonał poprzedni wielki huragan.

Złożyła gazetę, pociągnęła łyk piwa prosto z butelki i gdy odchyliła się na krześle, dostrzegła, że z baru na werandę wyszedł mężczyzna mieszkający w pokoju 32. W jednej ręce trzymał swoją brązową teczkę, a w drugiej dużą szklankę coca-coli. Spojrzał przelotnie na Lisbeth, nie rozpoznając jej, usiadł po przeciwnej stronie werandy i utkwił wzrok w wodach zatoki.

Lisbeth zlustrowała jego profil. Zdawał się zupełnie nieobecny, siedem minut siedział tak w bezruchu, po czym nagle chwycił szklankę i pociągnął trzy spore łyki. Odstawił colę i dalej się gapił przed siebie. Po chwili Lisbeth wyjęła z torby Dimensions in Mathematics.

Przez całe życie Lisbeth bawiły zagadki i łamigłówki. Kiedy miała dziewięć lat, dostała od mamy kostkę Rubika. Była to frustrująca próba dla jej zdolności logicznego myślenia - niemal czterdzieści minut minęło, zanim wreszcie pojęła, jak to działa. Nigdy nie popełniła błędu w testach na inteligencję drukowanych w dziennikach; pięć dziwacznych figur i pytanie, jak powinna wyglądać szósta w tej serii. Odpowiedź zawsze była dla niej oczywista.

W podstawówce nauczyła się dodawania i odejmowania. Mnożenie, dzielenie i geometria stanowiły naturalną kontynuację. Umiała zsumować pozycje na rachunku w restauracji, obliczyć kwotę faktury i trajektorię pocisku artyleryjskiego wystrzelonego z daną prędkością i pod danym kątem. Nic nadzwyczajnego. Póki nie przeczytała artykułu w "Popular Science", matematyka ani przez sekundę nie stanowiła przedmiotu jej fascynacji. Lisbeth nawet nie myślała o tym, że tabliczka mnożenia to matematyka, było to coś, czego nauczyła się na pamięć w jedno popołudnie i nie rozumiała, dlaczego nauczyciel przez cały rok wciąż o tym marudził.

Nagle zdała sobie sprawę z nieubłaganej logiki, jaka musiała stać za każdym prezentowanym sposobem myślenia czy wzorem, co zaprowadziło ją do działów matematycznych księgarń naukowych. Jednak dopiero gdy sięgnęła po Dimensions in Mathematics, otworzył się przed nią całkiem nowy świat. Matematyka była właściwie logiczną łamigłówką z nieskończoną liczbą wariantów - zagadek do rozwiązania. Rzecz nie w tym, by rozwiązać konkretne zadania. Pięć razy pięć zawsze będzie dwadzieścia pięć. Rzecz w tym, by zrozumieć kombinację różnych reguł, które umożliwiłyby rozwiązanie dowolnego problemu matematycznego.

Dimensions in Mathematics nie były suchym podręcznikiem matematyki, lecz tomiskiem na tysiąc dwieście stron, traktującym o historii tej nauki od starożytnych Greków do współczesnych prób zgłębienia astronomii sferycznej. Traktowano je niczym Biblię, dzieło o znaczeniu, jakie dla poważnych matematyków miała kiedyś (i nadal ma) Arytmetyka Diofantosa. Kiedy po raz pierwszy otworzyła Dimensions in Mathematics na tarasie hotelu przy Grand Anse Beach, znalazła się nagle w zaczarowanym świecie liczb. Autor książki potrafił uczyć, a jednocześnie rozbawić czytelnika anegdotą czy zaskakującym problemem. Mogła śledzić rozwój matematyki od Archimedesa do współczesnego Jet Propulsion Laboratory, centrum badawczego NASA w Kalifornii. Odkrywała metody rozwiązywania problemów.

Twierdzenie Pitagorasa (x2 + y2 = z2), sformułowane około 500 roku p.n.e., stało się dla niej objawieniem. Nagle zrozumiała treść tego, czego nauczyła się na pamięć już w gimnazjum, na jednej z tych niewielu lekcji, na których była obecna. W trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów przyprostokątnych. Zafascynowało ją odkrycie Euklidesa (300 lat p.n.e.), że liczba doskonała zawsze jest iloczynem dwóch liczb, z których jedna to 2 podniesione do dowolnej potęgi, a druga to różnica 2 podniesionego do kolejnej potęgi i 1. Było to doprecyzowanie twierdzenia Pitagorasa i Lisbeth zdała sobie sprawę z nieskończonej liczby kombinacji.

6 = 21 × (22 - 1)

28 = 22 × (23 - 1)

496 = 24 × (25 - 1)

8128 = 26 × (27 - 1)

Mogła tak w nieskończoność, nie znajdując liczby, która przeczyłaby regule. Owa logika przemawiała do jej poczucia doskonałości. Z przyjemnością czytała o Archimedesie, Newtonie, Martinie Gardnerze i tuzinie innych klasyków matematyki.

Następnie doszła do rozdziału o Pierze de Fermacie, którego zagadka matematyczna, wielkie twierdzenie Fermata, zadziwiało ją przez siedem tygodni. To jednak nie było długo, biorąc pod uwagę fakt, iż owo twierdzenie doprowadzało matematyków do szaleństwa przez blisko czterysta lat, zanim pewien Anglik, Andrew Wiles, zdołał rozwiązać zagadkę, i to dopiero w 1995 roku.

Twierdzenie Fermata było pozornie prostym zadaniem.

Pierre de Fermat urodził się w 1601 roku w Beaumont-de-Lomagne, w południowo-zachodniej Francji. Znamienne, że nie był nawet matematykiem, lecz urzędnikiem państwowym, który poświęcał wolny czas matematyce w ramach osobliwego hobby. A jednak jest uważany za jednego z najzdolniejszych matematyków samouków wszech czasów. Tak jak Lisbeth Salander, bawiło go rozwiązywanie łamigłówek i zagadek. Zdawało się, że szczególnie lubił droczyć się z innymi matematykami, stawiając problemy, lecz nie zadając sobie trudu, by dołączyć rozwiązanie. Kartezjusz obrzucił go szeregiem poniżających epitetów, a angielski kolega po fachu, John Wallis, nazywał go "tym przeklętym Francuzem".

W latach trzydziestych XVII wieku ukazało się francuskie tłumaczenie Arytmetyki Diofantosa, zawierające kompletne zestawienie twierdzeń z teorii liczb sformułowanych przez Pitagorasa, Euklidesa i innych starożytnych matematyków. I właśnie gdy Fermat badał twierdzenie Pitagorasa, w przypływie czystego geniuszu stworzył ów nieśmiertelny problem. Sformułował wariant tego twierdzenia. Zamienił kwadrat, (x2 + y2 = z2), na sześcian, (x3 + y3 = z3).

Problem w tym, że nowe równanie zdawało się nie mieć rozwiązania w postaci liczb całkowitych. Tym samym Fermat, poprzez małą akademicką zmianę, ze wzoru posiadającego nieskończoną liczbę idealnych rozwiązań uczynił ślepą uliczkę bez rozwiązania. Na tym polegało jego twierdzenie - Fermat utrzymywał, że w nieskończonym uniwersum liczb nie istniała taka liczba całkowita, której sześcian można by wyrazić jako sumę sześcianów dwóch innych liczb, odnosiło się to bez wyjątku do wszystkich liczb podnoszonych do potęgi wyższej niż 2, która występuje w twierdzeniu Pitagorasa.

Co do tego, że tak było w istocie, zgodzili się wkrótce i inni matematycy. Metodą prób i błędów stwierdzili, iż nie mogą znaleźć liczby, która przeczyłaby twierdzeniu Fermata. Problem w tym, że nawet gdyby liczyli do końca świata, i tak nie zdołaliby sprawdzić wszystkich istniejących liczb - jest ich przecież nieskończenie wiele - a tym samym nie mogli być stuprocentowo pewni, że któraś z kolejnych liczb nie obali twierdzenia Fermata. W matematyce twierdzenia trzeba udowodnić, wyrazić je uniwersalnym i naukowo poprawnym wzorem. Matematyk powinien stanąć na podium i powiedzieć: "Jest tak a tak, ponieważ...".

Fermat, zgodnie ze swoim zwyczajem, pokazał kolegom po fachu środkowy palec. Na marginesie swojego egzemplarza Arytmetyki ów geniusz nagryzmolił równanie, dopisując na końcu kilka linijek. Cuius rei demonstrationem mirabilem sane detexi hanc marginis exiquitas non caperet. Dopisek zyskał nieśmiertelną sławę w historii matematyki: "Mam w istocie cudowny dowód na prawdziwość tego twierdzenia, lecz margines jest zbyt wąski, by go pomieścić".

Jeśli jego zamiarem było doprowadzenie kolegów do szału, to odniósł niebywały sukces. Od 1637 roku, ogólnie rzecz biorąc, każdy szanujący się matematyk poświęcał czas, nierzadko dużo czasu, by udowodnić twierdzenie Fermata. Pokolenia myślicieli ponosiły porażkę aż do chwili, gdy Andrew Wiles dostarczył zbawienny dowód w roku 1995. Rozmyślał nad tą zagadką dwadzieścia pięć lat, z czego ostatnich dziesięć na pełny etat.

Lisbeth Salander była bezgranicznie zdumiona.

Właściwie nie interesowała jej odpowiedź. Zabawa polegała na samym rozwiązywaniu. Gdy ktoś dał jej do rozwiązania zagadkę, rozwiązywała ją. Zanim pojęła zasady rządzące danym tokiem rozumowania, wyjaśnienie tajemnic liczb zajmowało sporo czasu, jednak zawsze znajdowała poprawną odpowiedź bez zaglądania do klucza.

Tak więc po przeczytaniu twierdzenia Fermata wyciągnęła kartkę papieru i zaczęła gryzmolić jakieś liczby. Nie zdołała jednak udowodnić wzoru.

Nie chciała zaglądać do klucza i dlatego ominęła fragment, gdzie prezentowano rozwiązanie Andrew Wilesa. Za to doczytała Dimensions in Mathematics do końca i stwierdziła, że żaden z kolejnych problemów sformułowanych w książce nie przysporzył jej większych trudności. Później dzień po dniu wracała do zagadki Fermata z coraz większą irytacją i zastanawiała się, jaki to "cudowny dowód" Fermat mógł mieć na myśli. Trafiała z jednej ślepej uliczki w drugą.

Podniosła wzrok, gdy mężczyzna z pokoju 32 nagle wstał i udał się w stronę wyjścia. Rzuciła okiem na zegarek i stwierdziła, że siedział tak bez ruchu dwie godziny i dziesięć minut.

Ella Carmichael postawiła przed Lisbeth Salander szklankę na kontuarze, myśląc, że w jej przypadku nie było mowy o różowych drinkach czy idiotycznych parasolkach. Lisbeth zawsze zamawiała tego samego drinka - rum z colą. Z wyjątkiem jednego wieczoru, kiedy będąc w niezwykłym humorze, tak się upiła, że Ella musiała skorzystać z pomocy swojego pracownika, by zanieść ją do pokoju. Przeciętna konsumpcja Lisbeth składała się z caff? latte i jednego drinka albo lokalnego piwa Carib. Jak zwykle usadowiła się po prawej stronie, przy samym końcu kontuaru i otworzyła książkę z zagadkowymi wzorami matematycznymi, co według Elli Carmichael było zastanawiającym wyborem dla dziewczyny w jej wieku.

Stwierdziła również, że Lisbeth Salander nie wykazuje najmniejszej ochoty, by ją podrywano. Nielicznym samotnym mężczyznom, którzy podjęli inicjatywę, grzecznie, lecz zdecydowanie podziękowała, a w jednym przypadku nawet niezbyt grzecznie. Z drugiej strony Chris MacAllen, któremu podziękowała obcesowo, był miejscowym zawadiaką i należały mu się niezłe baty. Ella nie była zbyt poruszona faktem, że dziwnym sposobem potknął się i wpadł do basenu, po tym jak cały wieczór naprzykrzał się Lisbeth Salander. Na jego korzyść przemawiało to, że nie był pamiętliwy. Wrócił następnego wieczoru, trzeźwy, i postawił Lisbeth piwo, które ona po krótkim wahaniu przyjęła. Później, spotykając się przypadkowo w barze, wymieniali grzeczne pozdrowienia.

- Wszystko w porządku? - zapytała Ella.

Lisbeth Salander kiwnęła głową i wzięła szklankę.

- Jakieś wieści o Matyldzie?

- Wciąż zmierza w naszym kierunku. To może być naprawdę paskudny weekend.

- Kiedy będzie wiadomo?

- Właściwie dopiero jak przejdzie. Może iść prosto na Grenadę, a gdy już tu dotrze, postanowi skręcić na północ.

- Często macie tu huragany?

- Przychodzą i odchodzą. Najczęściej nas omijają - w przeciwnym razie wyspy już by nie było. Ale nie musisz się martwić.

- Nie martwię się.

Usłyszawszy nagle trochę za głośny śmiech, obejrzały się za kobietą z pokoju 32, najwyraźniej rozbawioną tym, co opowiadał jej mąż.

- Kim oni są?

- Doktor Forbes? To Amerykanie z Austin, z Teksasu.

Ella Carmichael wypowiedziała słowo "Amerykanie" z pewnym niesmakiem.

- Wiem, że to Amerykanie. Co tu robią? To lekarz?

- Nie, to nie taki doktor. Jest tutaj w związku z Fundacją Santa Maria.

- A co to?

- Opłacają edukację zdolnym dzieciom. To wspaniały człowiek. Negocjuje z ministerstwem edukacji budowę nowego gimnazjum w Saint George's.

- Wspaniały człowiek, który bije żonę - powiedziała Lisbeth Salander.

Ella Carmichael zamilkła, posłała Lisbeth ostre spojrzenie, po czym odeszła na drugi koniec kontuaru podać piwo gościom.

Lisbeth siedziała przy barze kolejne dziesięć minut, nie odrywając wzroku od swojej książki. Jeszcze zanim weszła w okres dojrzewania, zdała sobie sprawę, że ma fotograficzną pamięć, przez co odróżnia się od kolegów i koleżanek z klasy. Nigdy nikomu się do tego nie przyznała - z wyjątkiem Mikaela Blomkvista, w chwili słabości. Treść Dimensions in Mathematics znała już na pamięć, a książkę nosiła ze sobą głównie dlatego, że stanowiła dla niej widomy łącznik z Fermatem, jakby stała się talizmanem.

Lecz tego wieczoru nie mogła skupić myśli ani na Fermacie, ani na jego twierdzeniu. Za to miała przed sobą obraz doktora Forbesa, siedzącego bez ruchu, ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie na wodzie The Carenage.

Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego nagle poczuła, że coś jest nie tak.

W końcu zamknęła książkę, poszła do swojego pokoju i włączyła PowerBooka. O surfowaniu w internecie nie było mowy. Hotel nie dysponował łączem szerokopasmowym, jednak Lisbeth miała w laptopie wbudowany modem, który podłączała do swojej komórki Panasonic, dzięki czemu mogła wysyłać i odbierać pocztę. Szybko zredagowała maila na adres plague_xyz_666@hotmail.com.

Brak łącza. Potrzebuję informacji: dr Forbes z Fundacji Santa Maria i jego żona, mieszkają w Austin, Teksas. 500 dolców dla tego, kto zrobi research. Wasp.

Załączyła swój publiczny klucz PGP, zaszyfrowała maila kluczem Plague i nacisnęła "Wyślij". Potem, spojrzawszy na zegarek, stwierdziła, że jest chwilę po wpół do ósmej wieczorem.

Wyłączyła komputer, zamknęła drzwi na klucz i bez pośpiechu przeszła plażą czterysta metrów, minęła drogę do Saint George's i zapukała do drzwi baraku za The Coconut. George Bland miał szesnaście lat i był uczniem. Zamierzał zostać lekarzem albo adwokatem, albo może astronautą, był niemal tak samo chudy jak Lisbeth Salander i równie niski.

Lisbeth poznała George'a Blanda w pierwszym tygodniu swojego pobytu na Grenadzie, w dzień po przeprowadzce na Grand Anse. Spacerowała po plaży, potem usiadła w cieniu palm i obserwowała dzieci grające w piłkę nożną nad samą wodą. Otworzywszy Dimensions in Mathematics, pogrążyła się w lekturze, gdy nadszedł i usiadł zaledwie kilka metrów dalej, najwyraźniej nie zauważając jej obecności. Przyglądała mu się w ciszy. Chudy czarny chłopak w sandałach, czarnych spodniach i białej koszuli.

Tak jak ona otworzył książkę i pogrążył się w lekturze. Tak jak ona studiował książkę o matematyce - Basics 4. Czytał w skupieniu, a potem zaczął gryzmolić coś w zeszycie ćwiczeń. Dopiero gdy po pięciu minutach Lisbeth chrząknęła, zauważył jej obecność i zerwał się z miejsca, jakby w panice. Przeprosił za to, że jej przeszkodził, i już miał odejść, gdy zapytała, czy to skomplikowane zadania.

Algebra. Po dwóch minutach wskazała zasadniczy błąd w jego wyliczeniu. Po trzydziestu minutach rozwiązała jego zadania domowe. Po godzinie przerobili cały kolejny rozdział ćwiczeń, a Lisbeth przystępnie wytłumaczyła mu tajniki opisanych tam operacji matematycznych. Patrzył na nią z nabożnym szacunkiem. Po dwóch godzinach powiedział, że jego matka mieszka w Toronto, ojciec w Grenville po drugiej stronie wyspy, a on sam w baraku, dalej na plaży. Był najmłodszym z czworga rodzeństwa - miał trzy starsze siostry.

Lisbeth Salander uważała jego towarzystwo za przedziwnie relaksujące. Nie była to zwyczajna sytuacja. Rzadko nawiązywała rozmowy z innymi ludźmi dla samego tylko rozmawiania. Nie chodziło tu o nieśmiałość. Dla niej rozmowa miała znaczenie praktyczne; gdzie znajdę aptekę albo ile kosztuje pokój. Konwersacja miała również znaczenie zawodowe. Pracując jako researcherka dla Dragana Armanskiego z Milton Security, bez problemu wdawała się w długie rozmowy, by zdobyć informacje.

Za to nie znosiła rozmów prywatnych, które zawsze prowadziły do jednego: grzebania w jej, jak twierdziła, osobistych sprawach. "Ile masz lat?" "Zgadnij". "Lubisz Britney Spears?" "Kogo?" "Podobają ci się obrazy Carla Larssona?" "Nigdy się nad tym nie zastanawiałam". "Jesteś lesbijką?" "A co cię to obchodzi?"

George Bland był niezgrabny i niepewny siebie, ale uprzejmy i starał się prowadzić inteligentną konwersację, nie konkurując z Lisbeth ani nie szperając w jej życiu prywatnym. Tak jak ona sprawiał wrażenie samotnego. Co dziwne, zdawał się akceptować fakt, że bogini matematyki zstąpiła na Grand Anse Beach i był najwyraźniej zadowolony, że zechciała z nim posiedzieć i dotrzymać mu towarzystwa. Po kilku godzinach na plaży, gdy słońce zbliżało się do linii horyzontu, ruszyli w drogę. Szli bez pośpiechu w stronę hotelu, a on wskazał jej chatę, która stanowiła jego mieszkanie studenckie, i spytał zakłopotany, czy mógłby ją zaprosić na herbatę. Lisbeth przyjęła zaproszenie, czym wydawał się zaskoczony.

Jego mieszkanie było bardzo skromne; chata mieściła rozklekotany stół, dwa krzesła, łóżko, szafkę na ubrania i pościel. Jedyne oświetlenie stanowiła lampa biurowa z kablem pociągniętym do The Coconut. Funkcję kuchenki pełnił palnik turystyczny. George Bland zaprosił Lisbeth na kolację, składającą się z ryżu i warzyw podanych na plastikowych talerzach. Odważnie zaproponował jej nawet skręta z miejscowym narkotykiem, na co również się zgodziła.

Lisbeth nie musiała się wysilać, by zauważyć, że jej obecność wywarła na nim wrażenie i nie wiedział za bardzo, jak się zachować. Pod wpływem impulsu postanowiła, że pozwoli mu się uwieść. Dało to początek męczącym podchodom - on bez wątpienia rozumiał jej sygnały, lecz nie miał pojęcia, jak zabrać się do dzieła. Czaił się i czaił, aż wreszcie straciła cierpliwość, zdecydowanym ruchem pchnęła go na łóżko i rozebrała się.

Był to pierwszy raz, kiedy pokazała się komuś nago po operacji w Genui. Opuściła szpital z uczuciem lekkiej paniki. Dłuższą chwilę trwało, zanim zdała sobie sprawę, że absolutnie nikt się na nią nie gapi. Zazwyczaj w ogóle nie przejmowała się tym, co myślą o niej inni, i zaczęła się zastanawiać, dlaczego nagle poczuła się tak niepewnie.

George Bland był doskonałym debiutem dla jej nowego ja. Gdy wreszcie (po pewnych zachętach) zdołał rozpiąć jej stanik, natychmiast zgasił lampkę przy łóżku i dopiero potem sam się rozebrał. Lisbeth zrozumiała, że jest nieśmiały, i zapaliła lampę. Uważnie śledziła jego reakcje, gdy nieporadnie zaczął ją dotykać. Dopiero dużo później tego wieczora odprężyła się i stwierdziła, że jej piersi wydały mu się zupełnie naturalne. Z drugiej strony nie wyglądał na takiego, który by miał możliwość porównania.

Nie planowała, że znajdzie sobie na Grenadzie nastoletniego kochanka. To był impuls i gdy wychodziła od niego tamtej nocy, nie zamierzała wracać. Ale już następnego dnia znów spotkała go na plaży i naprawdę poczuła, że ten niezdarny chłopak stanowi przyjemne towarzystwo. Podczas siedmiu tygodni spędzonych na Grenadzie George Bland był stałym punktem jej rzeczywistości. Nie spotykali się za dnia, on spędzał popołudnia aż do zachodu słońca na plaży, a wieczorami siedział sam w swojej chacie.

Lisbeth stwierdziła, że gdy tak razem spacerują, wyglądają jak para nastolatków. Sweet sixteen.

On prawdopodobnie uważał, że życie stało się bardziej interesujące. Spotkał kobietę, która uczyła go matematyki i erotyki.

Otworzył drzwi i uśmiechnął się do niej zachwycony.

- Masz ochotę na towarzystwo? - zapytała.

Lisbeth Salander wyszła od George'a Blanda chwilę po drugiej w nocy. Czuła w sobie ciepło i spacerowała wzdłuż plaży, zamiast obrać drogę do Keys Hotel. Szła sama, w ciemności, świadoma, że George Bland podąża jakieś sto metrów za nią.

Zawsze tak robił. Nigdy nie została u niego na noc, a on często stanowczo się sprzeciwiał, by ona - kobieta, i to całkiem sama - szła po ciemku do hotelu, i upierał się, że jego obowiązkiem jest ją odprowadzić. Zwłaszcza że przeważnie było już bardzo późno. Lisbeth Salander zazwyczaj wysłuchiwała jego wywodów, po czym ucinała dyskusję zwięzłym "nie". "Chodzę tam, dokąd chcę i kiedy chcę. End of discussion. I nie, nie potrzebuję eskorty". Za pierwszym razem, gdy zdała sobie sprawę, że idzie za nią, strasznie się zdenerwowała. Jednak teraz skłonna była przyznać, że jego instynkt obrońcy miał pewien urok, dlatego udawała, iż nie widzi, jak za nią podąża, by zawrócić, dopiero gdy ona wejdzie do hotelu.

Zastanawiała się, co by zrobił, gdyby nagle została napadnięta.

Sama zamierzała zrobić użytek z młotka, który zakupiła w sklepie żelaznym MacIntyre'a i trzymała w zewnętrznej kieszeni torebki. Lisbeth Salander uważała, że niewiele można sobie wyobrazić zagrożeń, którym porządny młotek nie mógłby zaradzić.

Była pełnia, a niebo skrzyło się gwiazdami. Lisbeth spojrzała w górę i tuż nad horyzontem rozpoznała Regulusa w gwiazdozbiorze Lwa. Prawie dotarła do hotelu, gdy nagle stanęła jak wryta. W pewnej odległości, tuż przy linii wody, zobaczyła na plaży niewyraźną sylwetkę. Pierwszy raz widziała tu człowieka po zapadnięciu zmroku. Mimo że dzieliło ich co najmniej sto metrów, Lisbeth w świetle księżyca bez trudu rozpoznała mężczyznę.

Był to czcigodny doktor Forbes z pokoju 32.

Kilkoma krokami przeszła szybko na bok i stanęła bez ruchu pod drzewami.

Gdy odwróciła głowę, George'a Blanda również nie było nigdzie widać. Mężczyzna nad wodą chodził powoli tam i z powrotem. Palił papierosa. Co jakiś czas przystawał i pochylał się, jakby badał piasek. Cała ta pantomima trwała dwadzieścia minut, po czym mężczyzna nagle się odwrócił i żwawym krokiem podążył do hotelowego wejścia od strony plaży i zniknął.

Lisbeth odczekała kilka minut, nim zeszła na miejsce, gdzie spacerował doktor Forbes. Powoli zatoczyła półkole, obserwując podłoże. Widziała tylko piasek, jakieś kamienie i muszelki. Po dwóch minutach przerwała obserwację i wróciła do hotelu.

Wyszła na balkon, wychyliła się za balustradę i zerknęła na balkon swojego sąsiada. Było cicho i spokojnie. Tego wieczora awantury najwyraźniej już się skończyły. Po chwili wzięła torebkę, wyciągnęła bibułkę i skręciła jointa z zapasów, w które zaopatrzył ją George Bland. Usiadła w fotelu na balkonie i patrzyła na ciemne wody Morza Karaibskiego, paląc i rozmyślając.

Jej umysł pracował na najwyższych obrotach.

Rozdział 2

Piątek 17 grudnia

Nils Erik Bjurman, adwokat, lat pięćdziesiąt pięć, odstawił kubek z kawą i spoglądał na przechodniów po drugiej stronie witryny Café Hedon przy Stureplan. Patrzył, jak mijają kawiarnię zwartym strumieniem, lecz nie obserwował nikogo z osobna.

Pomyślał o Lisbeth Salander. Często o niej myślał.

Te myśli doprowadzały go do wrzenia.

Lisbeth Salander go zmiażdżyła. Nigdy nie zapomni tej chwili. Przejęła władzę i upokorzyła go. Okaleczyła w sposób, który pozostawił na jego ciele niedające się wymazać ślady. A dokładniej, na ponad dwustucentymetrowym płacie skóry na brzuchu, tuż nad genitaliami. Skuła go w jego własnym łóżku, pobiła i wytatuowała przesłanie, którego nie sposób źle zrozumieć ani łatwo się pozbyć: "JESTEM SADYSTYCZNĄ ŚWINIĄ, DUPKIEM I GWAŁCICIELEM".

Lisbeth Salander została uznana za niepoczytalną przez sąd rejonowy w Sztokholmie. Nilsowi Bjurmanowi przydzielono obowiązki opiekuna prawnego, co stawiało ją w sytuacji bezpośredniej zależności od niego. Już gdy spotkał ją pierwszy raz, zaczął o niej fantazjować. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale ona aż się o to prosiła.

Z racjonalnego punktu widzenia mecenas Nils Bjurman wiedział, że zrobił coś, co w społeczeństwie nie było ani akceptowane, ani dozwolone. Wiedział, że zrobił źle. Wiedział również, że jego postępowania nie dałoby się usprawiedliwić na gruncie prawnym.

Z emocjonalnego punktu widzenia powyższa wiedza była bez znaczenia. Od chwili, gdy ujrzał Lisbeth Salander po raz pierwszy, w grudniu przed dwoma laty, nie potrafił się jej oprzeć. Prawo, zasady, moralność i poczucie odpowiedzialności nie miały absolutnie żadnego znaczenia.

Przedziwna dziewczyna - w pełni dojrzała, ale o wyglądzie dziecka. Miał kontrolę nad jej życiem - mógł nią dysponować. Temu nie można się oprzeć.

Była ubezwłasnowolniona, a jej życiorys czynił ją osobą całkowicie niewiarygodną, gdyby przyszło jej do głowy protestować. Nie był to też gwałt na niewinnym dziecku - według akt miała wiele doświadczeń seksualnych, mogła wręcz zostać uznana za rozwiązłą. Pracownik socjalny napisał w raporcie, że Lisbeth Salander w wieku siedemnastu lat prawdopodobnie świadczyła płatne usługi seksualne. Ów raport powstał, gdy jeden z patroli policyjnych zauważył znanego w okolicy zboczeńca w towarzystwie młodej dziewczyny, siedzących na ławce w parku Tantolunden. Policjanci zatrzymali radiowóz i przeszukali parę: dziewczyna nie chciała odpowiadać na pytania, a zboczeniec był zbyt pijany, by udzielić jakichkolwiek sensownych wyjaśnień.

W opinii mecenasa Bjurmana wniosek był jasny: Lisbeth Salander to dziwka z nizin społecznych. Miał nad nią władzę. Nie było żadnego ryzyka. Nawet gdyby złożyła skargę w Komisji Nadzoru Kuratorskiego, on i tak z racji swojej wiarygodności i pozycji mógłby twierdzić, że jest oszustką.

Była idealną zabawką - dorosła, rozwiązła, społecznie nieprzystosowana, wydana na jego łaskę.

Pierwszy raz wykorzystał własną klientkę. Wcześniej nawet nie brał pod uwagę możliwości zbliżenia się do kogokolwiek, z kim łączyły go stosunki zawodowe. By dać ujście swoim szczególnym upodobaniom seksualnym, korzystał z usług prostytutek. Był dyskretny i ostrożny, i dobrze płacił; problem w tym, że kupował usługę od kobiety, która stękała i jęczała, odgrywała rolę, było to jednak równie nieautentyczne jak "dzieła sztuki" sprzedawane na targowisku Hötorget.

Uprawiając seks z żoną, w czasach kiedy jeszcze był żonaty, starał się nad nią dominować, na co ona się godziła, więc i to było tylko zabawą.

Lisbeth Salander była idealna. Pozbawiona ochrony. Nie miała rodziny ani przyjaciół. Była prawdziwą ofiarą, zupełnie bezbronną. Okazja czyni złodzieja.

Aż ni stąd, ni zowąd zniszczyła go.

Zaatakowała z taką siłą i stanowczością, o jakie jej nie podejrzewał. Upokorzyła go. Zadała mu cierpienie. Nieomal unicestwiła.

W trakcie minionych prawie dwóch lat życie Nilsa Bjurmana zmieniło się diametralnie. Po nocnej wizycie Lisbeth Salander przez pewien czas był jak sparaliżowany - niezdolny myśleć ani działać. Zamknął się w domu na klucz, nie odpowiadał na telefony i nie chciał się kontaktować ze stałymi klientami. Dopiero po dwóch tygodniach załatwił sobie zwolnienie lekarskie. Jego asystent musiał zająć się bieżącą korespondencją, odwoływaniem spotkań i odpowiadaniem na pytania zirytowanych klientów.

Każdego dnia był zmuszony oglądać swoje ciało w lustrze na drzwiach od łazienki. W końcu je usunął.

Dopiero gdy nastało lato, wrócił do biura. Zrobił selekcję klientów i większość z nich przekazał swoim kolegom po fachu. Zachował jedynie kilka przedsiębiorstw, w których odpowiadał za finansowo-prawną część korespondencji, lecz nie musiał się angażować osobiście. Jedyną klientką, jaka mu pozostała, była Lisbeth Salander - co miesiąc sporządzał bilans jej finansów i raport dla Komisji Nadzoru Kuratorskiego. Robił to, czego zażądała - każdy raport był najczystszą fikcją, dokumentującą, że Lisbeth absolutnie nie potrzebuje opiekuna prawnego.

Każdy raport drażnił i przypominał mu o jej istnieniu. Jednak nie miał wyboru.

Bjurman spędził lato i jesień na bezproduktywnym rozmyślaniu. W grudniu wziął się wreszcie w garść i zaplanował wakacje we Francji. Umówił się na wizytę w klinice chirurgii plastycznej pod Marsylią, gdzie zasięgnął opinii lekarza co do najlepszej metody usunięcia tatuażu.

Lekarz ze zdumieniem zbadał jego oszpecone podbrzusze i zaproponował terapię. Tatuaż był duży, a igły wprowadzane zbyt głęboko, by go usunąć za pomocą zabiegów laserowych. Lekarz uznał więc, że skuteczne byłoby jedynie kilka przeszczepów skóry. Terapia droga i długotrwała.

Podczas minionych dwóch lat spotkał Lisbeth Salander tylko raz.

Tamtej nocy, gdy go napadła i zawładnęła jego życiem, zabrała również zapasowe klucze do biura i mieszkania. Powiedziała, że go obserwuje i złoży mu wizytę, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał. Przez dziesięć następnych miesięcy niemal zaczął wierzyć, że były to czcze pogróżki, lecz nie odważył się wymienić zamków. Jej groźba była jednoznaczna - jeśli kiedykolwiek zastanie go w łóżku z kobietą, ujawni półtoragodzinny film, dokumentujący, jak ją gwałcił.

Pewnej nocy w połowie stycznia, blisko rok temu, obudził się nagle o trzeciej bez wyraźnej przyczyny. Zapalił lampę na nocnym stoliku i prawie zawył z przerażenia, widząc, że Lisbeth Salander stoi w nogach łóżka. Była jak duch, który nagle zmaterializował się w jego sypialni. Twarz miała bladą i bez wyrazu. W ręku trzymała ten swój przeklęty paralizator.

- Dzień dobry, mecenasie Bjurman - powiedziała wreszcie. - Przepraszam, że tym razem cię obudziłam.

Dobry Boże, to była tu już wcześniej? Kiedy spałem?

Nie mógł stwierdzić, czy blefuje. Chrząknął i otworzył usta. Przerwała mu gestem.

- Obudziłam cię z jednego tylko powodu. Wkrótce wyjadę na dłuższy czas. A ty dalej będziesz pisał co miesiąc raporty o tym, jak dobrze się czuję, ale zamiast przesyłać kopie do mnie do domu, będziesz je przesyłał na adres na hotmailu.

Wyjęła z kieszeni kurtki kartkę złożoną na pół i rzuciła ją na brzeg łóżka.

- Jeśli Komisja Nadzoru Kuratorskiego będzie chciała się ze mną skontaktować albo z jakiegoś powodu moja obecność będzie konieczna, napisz do mnie na ten adres. Zrozumiałeś?

Kiwnął głową.

- Zrozumiałem.

- Milcz. Nie chcę słuchać twojego głosu.

Zacisnął zęby. Nigdy nie odważył się z nią skontaktować, bo zagroziła, że przekaże film władzom. Za to przez wiele miesięcy planował, co jej powie, gdy ona się pojawi. Zdał sobie sprawę, że w istocie nie ma nic na swoją obronę. Jedyne, co mógł zrobić, to odwołać się do jej wspaniałomyślności. Gdyby tylko pozwoliła mu mówić, spróbowałby ją przekonać, że działał w stanie chwilowej niepoczytalności, że żałuje i chce zadośćuczynić za to, co zrobił. Był gotów się poniżyć, by ją poruszyć, a tym samym odsunąć od siebie niebezpieczeństwo, jakie dla niego stanowiła.

- Muszę coś powiedzieć - odezwał się słabym głosem. - Chcę cię prosić o wybaczenie...

Słuchała wyczekująco jego niespodziewanego błagania. Wreszcie pochyliła się nad ramą łóżka, posyłając mu złowrogie spojrzenie.

- Słuchaj uważnie: jesteś szują. Nigdy ci nie wybaczę. Ale jeśli będziesz grzeczny, zostawię cię w spokoju tego dnia, kiedy decyzja o moim ubezwłasnowolnieniu zostanie cofnięta.

Czekała, póki nie spuścił wzroku. Zmusza mnie, bym się przed nią czołgał.

- To, co powiedziałam rok temu, wciąż cię obowiązuje. Jeśli popełnisz błąd, ujawnię film. Jeśli spróbujesz się ze mną skontaktować w jakikolwiek inny sposób niż ten, który ustaliłam, ujawnię film. W przypadku mojej nagłej śmierci film i tak zostanie ujawniony. Jeśli znowu mnie tkniesz, zabiję cię.

Wierzył jej. Nie było tu miejsca na wątpliwości czy negocjacje.

- I jeszcze jedno. Od tego dnia, gdy zostawię cię w spokoju, będziesz mógł robić, co ci się podoba. Ale póki co twoja noga nie postanie więcej w tej klinice w Marsylii. Jeśli tam pojedziesz i rozpoczniesz terapię, zrobię ci nowy tatuaż. Ale tym razem na czole.

Kurwa mać. Jak się dowiedziała, że...

W następnej sekundzie już jej nie było. Usłyszał tylko zgrzyt drzwi wejściowych, gdy przekręcała klucz. Tak jakby nawiedził go duch.

To właśnie w tym momencie zaczął nienawidzić Lisbeth Salander z mocą, która zapłonęła w jego duszy niczym rozżarzona do czerwoności stal i zmieniła jego życie w obsesyjną żądzę zniszczenia tej dziewczyny. Wyobrażał sobie jej śmierć. Wyobrażał sobie, że zmusi ją, by na kolanach błagała o łaskę. Będzie bezlitosny. Marzył o tym, że położy dłonie na jej szyi i będzie dusił, aż zabraknie jej tchu. Chciał wyrwać jej oczy z oczodołów, a serce z piersi. Chciał ją zmieść z powierzchni ziemi.

Paradoksalnie w tym właśnie momencie poczuł również, że znów zaczyna funkcjonować, że odnalazł stan przedziwnej równowagi duchowej. Wciąż miał obsesję na punkcie Lisbeth Salander i w każdej nieprzespanej minucie koncentrował się na jej istnieniu. Jednak odkrył, że znów zaczął racjonalnie myśleć. Jeśli miał ją zniszczyć, musiał przejąć władzę nad swoim umysłem. Jego życie zyskało nowy cel.

Tego dnia przestał wyobrażać sobie jej śmierć - tego dnia zaczął ją planować.

Mikael Blomkvist minął w odległości niecałych dwóch metrów odwróconego tyłem mecenasa Bjurmana, niosąc dwie filiżanki z gorącą caff? latte do stolika redaktorki naczelnej, Eriki Berger, w Café Hedon. Ani on, ani Erika nigdy nie słyszeli o Nilsie Bjurmanie i nie zwrócili na niego uwagi.

Erika zmarszczyła nos i przesunęła na bok popielniczkę, żeby zrobić miejsce na kawę. Mikael powiesił kurtkę na oparciu krzesła, przesunął popielniczkę na swoją stronę stołu i zapalił papierosa. Erika nie znosiła dymu tytoniowego i spojrzała na niego umęczonym wzrokiem. Mikael wydmuchiwał dym z dala od niej.

- Myślałam, że rzuciłeś.

- Chwilowy powrót.

- Przestanę uprawiać seks z facetami, od których czuć papierosy - powiedziała, uśmiechając się uroczo.

- No problem. Są inne dziewczyny, mniej wymagające - stwierdził Mikael, odwzajemniając uśmiech.

Erika Berger przewróciła oczami.

- Więc o co chodzi? Za dwadzieścia minut spotykam się z Charlie. Idziemy do teatru.

Charlie to Charlotta Rosenberg, przyjaciółka Eriki z dzieciństwa.

- Przeszkadza mi nasza praktykantka. To córka którejś z twoich przyjaciółek. Jest w redakcji od dwóch tygodni, a zostało jej osiem. Jeszcze trochę, a z nią nie wytrzymam.

- Zauważyłam, że wodzi za tobą pożądliwym wzrokiem. Rzecz jasna oczekuję, że zachowasz się jak dżentelmen.

- Dziewczyna ma siedemnaście lat, a intelekt dziesięciolatki, delikatnie mówiąc.

- Po prostu imponuje jej fakt, że może cię poznać. To coś w rodzaju kultu idola.

- Wczoraj o wpół do jedenastej wieczorem zadzwoniła do mnie domofonem i chciała wpaść z butelką wina.

- No ładnie!

- Też mi ładnie - odpowiedział Mikael. - Gdybym był dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie zwlekałbym ani sekundy. Ale daj spokój, ona ma siedemnaście lat. Ja niedługo skończę czterdzieści pięć.

- Nie przypominaj mi. Jesteśmy w tym samym wieku.

Mikael Blomkvist odchylił się na krześle i strzepnął popiół z papierosa.

Mikael Blomkvist nie przeoczył faktu, że dzięki aferze Wennerströma zyskał osobliwy status gwiazdy. W zeszłym roku otrzymywał zaproszenia na przyjęcia i imprezy od najbardziej nieprawdopodobnych osób.

Było jasne, że ludzie ci wysyłali zaproszenia, ponieważ chcieli go wciągnąć do kręgu swoich znajomych; całus na powitanie od osób, z którymi wcześniej nie witał się nawet uściskiem dłoni, a które teraz chciały, by postrzegano je jako jego zaufanych i bliskich przyjaciół. Nie byli to jego koledzy z branży medialnej - ich już znał i łączyły go z nimi albo dobre, albo złe stosunki - lecz tak zwani ludzie kultury, aktorzy, przeciętni felietoniści i drugorzędne gwiazdy. Mikael Blomkvist jako gość na releaseparty czy na prywatnej kolacji oznaczał dla gospodarza prestiż. Zaproszenia i zapytania w związku z taką czy inną imprezą zasypywały go przez cały miniony rok. Weszło mu już w nawyk udzielanie odpowiedzi w rodzaju: "Bardzo mi przyjemnie, ale niestety mam inne zobowiązania".

Do ciemnych stron gwiazdorstwa należała również narastająca fala plotek. Pewien znajomy skontaktował się z nim zaniepokojony, usłyszawszy pogłoskę, że Mikael szukał pomocy w klinice odwykowej. W rzeczywistości jego doświadczenia z narkotykami od wczesnej młodości obejmowały w sumie kilka jointów i ten raz, kiedy przed ponad piętnastoma laty spróbował kokainy razem z pewną dziewczyną z Holandii, która śpiewała w zespole rockowym. Alkoholu używał częściej, choć upijanie się zdarzało mu się sporadycznie w związku z jakąś kolacją czy imprezą. W pubie rzadko pił więcej niż jedno mocne piwo, a równie chętnie zamawiał piwo o niskiej zawartości alkoholu. Barek w jego mieszkaniu zawierał wódkę i kilka butelek single malt, które dostał w prezencie i otwierał bardzo rzadko.

O tym, że Mikael był singlem i miewał krótkotrwałe związki i romanse, wiedziano zarówno w kręgu jego znajomych, jak i poza nim, co powodowało kolejne plotki. Jego wieloletni romans z Eriką Berger zawsze był przedmiotem najróżniejszych spekulacji. Przez ostatni rok uzupełniono je o stwierdzenia, że przeskakiwał z łóżka do łóżka, podrywał bez opamiętania i wykorzystywał popularność, żeby przelecieć po kolei wszystkie klientki sztokholmskich pubów. Pewien dziennikarz, którego ledwie znał, zapytał wręcz przy jakiejś okazji, czy nie powinien poszukać pomocy w związku ze swoim uzależnieniem od seksu. Pytanie to spowodowała wiadomość, że jakiś sławny aktor amerykański trafił do kliniki z powodu tego typu przypadłości.

Mikael rzeczywiście miał wiele przelotnych związków i zdarzało się, że utrzymywał je jednocześnie. Sam nie był pewien, od czego to zależało. Wiedział, że nieźle wygląda, ale nigdy nie uważał się za bardzo atrakcyjnego. Za to często słyszał, że ma w sobie coś, co wzbudza zainteresowanie kobiet. Erika Berger mówiła mu, że emanuje z niego pewność siebie, a jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa i potrafi sprawić, by w jego towarzystwie kobiety czuły się swobodnie. Pójście z nim do łóżka nie było kłopotliwe, niebezpieczne ani skomplikowane - przeciwnie: erotyczna przyjemność bez zobowiązań. Czyli tak, jak (według Mikaela) powinno być.

Wbrew temu, co sądziło wielu spośród jego znajomych, Mikael nigdy nie był podrywaczem. W najlepszym razie dawał znać, że jest chętny, ale zawsze pozwalał kobiecie przejąć inicjatywę. Seks był często naturalnym następstwem. Kobiety, z którymi lądował w łóżku, rzadko były anonimowymi one night stands - choć i takie się zdarzały, co jednak najczęściej nie dawało mu satysfakcji. Najlepsze związki miał z osobami, które dobrze znał i lubił. Nieprzypadkowo więc nawiązał przed dwudziestu laty romans z Eriką Berger - byli przyjaciółmi i ciągnęło ich do siebie.

Ta późna sława zwiększyła jego powodzenie u kobiet w sposób, który wydał mu się dziwaczny i niepojęty. Największym zaskoczeniem był fakt, że młode kobiety pod wpływem impulsu składały mu propozycje w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach.

Fascynowały go kobiety zupełnie innego rodzaju niż pełne entuzjazmu nastoletnie panny w coraz krótszych minispódniczkach i o pięknie wymodelowanych sylwetkach. W młodości często miewał starsze partnerki, a w kilku przypadkach znacznie starsze i bardziej doświadczone. Jednak w miarę jak sam się starzał, różnice wieku zaczęły się wyrównywać. Romans z dwudziestopięcioletnią Lisbeth Salander oznaczał wyraźną zmianę.

Między innymi to było powodem pospiesznie umówionego spotkania z Eriką Berger.

Redakcja "Millennium" przyjęła praktykantkę z liceum o profilu medioznawczym w ramach przysługi dla jednej ze znajomych Eriki. W sumie nic nadzwyczajnego; co roku mieli wielu praktykantów. Mikael przywitał się grzecznie z siedemnastolatką i niemal od razu stwierdził, iż jej zainteresowanie dziennikarstwem było raczej nikłe poza tym, że "chciała pokazać się w telewizji" i że (jak podejrzewał Mikael) praktyka w "Millennium" najwyraźniej wiązała się z kwestią prestiżu.

Szybko sobie uświadomił, iż nie przegapiła żadnej okazji do bliższego z nim kontaktu. Udawał, że nie zauważa aż nadto widocznych zalotów, co jednak zaowocowało tylko tym, że zdwoiła swoje wysiłki. Było to po prostu męczące.

Erika Berger roześmiała się nagle.

- Mój drogi, jesteś molestowany w miejscu pracy.

- Ricky, to naprawdę męczące. Za nic w świecie nie chcę jej zranić ani zawstydzić. Ale ona jest tak subtelna jak klacz w okresie rui. Zaczynam się niepokoić, co jeszcze może wywinąć.

- Mikael, zakochała się w tobie, a jest po prostu za młoda, by wiedzieć, jak to się okazuje.

- Sorry, ale jesteś w błędzie. Ona jest cholernie świadoma, jak to się okazuje. Jej zachowanie wydaje się jakieś skrzywione i dziewczyna chyba jest już zirytowana, że nie daję się złapać na jej przynętę. A ja nie potrzebuję nowych plotek, które zrobią ze mnie obleśnego dziada w rodzaju Micka Jaggera uganiającego się za świeżyzną.

- Okej, rozumiem twój problem. Więc przyszła do ciebie wczoraj wieczorem.

- Z butelką wina. Powiedziała, że była na imprezie u znajomego w pobliżu i starała się, żeby jej wizyta wyglądała na przypadek.

- Co jej powiedziałeś?

- Nie wpuściłem jej. Skłamałem, że przyszła nie w porę i że jest u mnie kobieta.

- Jak to przyjęła?

- Cholernie się wkurzyła, ale poszła.

- Czy chcesz, żebym coś z tym zrobiła?

- Get her off my back. W poniedziałek zamierzam przeprowadzić z nią poważną rozmowę. Albo z tym skończy, albo wywalę ją z redakcji.

Erika Berger zastanawiała się przez chwilę.

- Nie - powiedziała. - Nic nie mów. Ja z nią porozmawiam.

- Nie mam wyboru.

- Ona szuka przyjaciela, a nie kochanka.

- Nie wiem, czego szuka, ale...

- Mikael, też to kiedyś przeżyłam. Porozmawiam z nią.

Nils Bjurman, podobnie jak wszyscy, którzy oglądali telewizję albo czytali popołudniówki przez ostatni rok, słyszał o Mikaelu Blomkviście. Nie rozpoznałby go jednak, a nawet gdyby, to i tak by nie zareagował. Był zupełnie nieświadomy, że istnieje jakiś związek między redakcją "Millennium" a Lisbeth Salander.

Poza tym za bardzo zajmowały go własne myśli, by zwracał uwagę na otoczenie.

Gdy jego paraliż intelektualny wreszcie ustąpił, Bjurman zaczął powoli analizować swoje położenie i rozmyślał, co zrobić, żeby unicestwić Lisbeth Salander.

Problem sprowadzał się wciąż do jednej i tej samej przeszkody.

Lisbeth Salander nagrała ukrytą kamerą półtoragodzinny film, który szczegółowo ukazywał, jak ją zgwałcił. Widział ten film. Nie pozostawiał on miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Gdyby prokuratura kiedykolwiek się o nim dowiedziała albo, co gorsza, gdyby znalazł się w szponach mediów, byłby to koniec jego życia, kariery i wolności. Znając wyroki za brutalny gwałt, wykorzystanie osoby pozostającej w stosunku zależności i brutalne pobicie, oszacował, że powinien dostać jakieś sześć lat więzienia. Gorliwy prokurator mógłby wręcz zrobić użytek z pewnego fragmentu filmu, żeby postawić zarzut usiłowania zabójstwa.

Mało brakowało, a by ją udusił, gdy w podnieceniu przycisnął jej poduszkę do twarzy. Żałował, że nie dokończył wtedy dzieła.

Nie zrozumieliby, że ona cały czas prowadziła grę. Prowokowała go, grała tymi swoimi słodkimi dziecięcymi oczkami i uwiodła go ciałem, które mogłoby należeć do dwunastolatki. Pozwoliła mu się zgwałcić. To jej wina. Nigdy by nie zrozumieli, że ona w rzeczywistości wyreżyserowała przedstawienie. Zaplanowała...

Cokolwiek chciałby zrobić, warunkiem było, iż odzyska film i upewni się, że nie ma żadnych kopii. W tym tkwiło sedno problemu.

Nie ulegało wątpliwości, że taka wiedźma jak Lisbeth Salander z biegiem lat zdążyła narobić sobie wielu wrogów. Bjurman miał jednak przewagę. W odróżnieniu od wszystkich, którzy wściekali się na nią z tego czy innego powodu, miał nieograniczony dostęp do jej kartotek medycznych, wywiadów środowiskowych i opinii psychiatrów. Był jedną z niewielu osób w Szwecji, które znały jej najgłębsze tajemnice.

Kartoteka, w jaką zaopatrzyła go Komisja Nadzoru Kuratorskiego, gdy zgodził się pełnić funkcję opiekuna prawnego Lisbeth Salander, była krótka i przeglądowa - dobre piętnaście stron, które dawały obraz jej dorosłego życia, podsumowanie ekspertyzy sądowo-lekarskiej, decyzja sądu rejonowego o ubezwłasnowolnieniu i sprawozdanie finansowe za poprzedni rok.

Czytał kartotekę raz za razem. Potem zaczął systematycznie zbierać informacje o przeszłości Lisbeth Salander.

Jako adwokat dobrze wiedział, co zrobić, aby zdobyć dane z rejestrów prowadzonych przez urzędy. Jako jej prawny opiekun nie miał żadnych problemów z przebrnięciem przez tajemnicę lekarską chroniącą jej dane. Był jedną z niewielu osób, które mogły dostać każdy wskazany przez siebie papier dotyczący Lisbeth Salander.

A jednak minęły miesiące, zanim poskładał jej życie, szczegół po szczególe, od najwcześniejszych notatek ze szkoły podstawowej przez wywiady środowiskowe po akta policji i protokoły sądowe. Osobiście odszukał doktora Jespera H. Lödermana - psychiatrę, który po osiemnastych urodzinach Lisbeth Salander zalecał hospitalizację - i skonsultował z nim jej stan. Otrzymał gruntowną analizę przypadku Lisbeth Salander. Wszyscy byli pomocni. Pewna kobieta w ośrodku pomocy społecznej wręcz pochwaliła go za tak nieprzeciętne zaangażowanie w dążeniu do zapoznania się z wszelkimi aspektami życia Lisbeth Salander.

Prawdziwą kopalnią informacji były jednak dwa oprawione zeszyty znalezione w zakurzonym kartonie u pewnego urzędnika z Komisji Nadzoru Kuratorskiego. Zostały zapisane przez poprzednika Bjurmana, adwokata Holgera Palmgrena, który najwyraźniej poznał Lisbeth Salander lepiej niż ktokolwiek inny. Palmgren sumiennie składał Komisji co roku krótki raport, lecz Bjurman zakładał, że Lisbeth Salander nie była świadoma, iż jej opiekun gorliwie notował również własne przemyślenia w postaci dziennika. Wyglądało to na jego własne materiały robocze, które - gdy Palmgren miał wylew przed dwu laty - wylądowały w Komisji, gdzie nikt ich nawet nie otworzył.

To był oryginał. Nie istniała żadna kopia.

Idealnie.

Palmgren przedstawiał zupełnie inny obraz Lisbeth Salander niż to, co można było wyczytać ze sprawozdań pomocy społecznej. Bjurman mógł prześledzić jej trudną wędrówkę od nieokiełznanej nastolatki do młodej kobiety zatrudnionej w przedsiębiorstwie świadczącym usługi w zakresie ochrony i zabezpieczeń, Milton Security - dostała tę pracę dzięki kontaktom Palmgrena. Bjurman z rosnącym zdziwieniem zdał sobie sprawę, że Lisbeth Salander absolutnie nie jest opóźnioną umysłowo pomocą biurową, która obsługuje kopiarkę i robi kawę. Przeciwnie, miała wysoko wyspecjalizowaną pracę polegającą na zdobywaniu informacji osobowych dla dyrektora Milton, Dragana Armanskiego. Równie jasne było, że Armanski i Palmgren znali się i wymieniali informacjami na temat swojej podopiecznej.

Nils Bjurman zapamiętał sobie nazwisko Dragan Armanski. Ze wszystkich ludzi obecnych w życiu Lisbeth Salander tylko dwóch można było w jakimś sensie uznać za jej przyjaciół i obaj zdawali się traktować ją jak swoją podopieczną. Palmgren wypadł już z gry. Armanski był jedyną osobą, która mogła stanowić niebezpieczeństwo. Bjurman postanowił trzymać się od niego z dala.

Teczki wiele wyjaśniły. Nagle zrozumiał, skąd Lisbeth Salander tyle o nim wie. Nadal nie mógł pojąć, jak się dowiedziała, że w największej dyskrecji odwiedził klinikę chirurgii plastycznej we Francji, jednak straciła sporo ze swojej tajemniczości. Zajmowała się węszeniem w prywatnym życiu innych. Od razu stał się ostrożniejszy w swoich poszukiwaniach i zdał sobie sprawę, że skoro ona ma dostęp do jego mieszkania, absolutnie wykluczone jest przechowywanie tam papierów, które jej dotyczą. Zebrał całą dokumentację i przewiózł karton do domku letniego pod Stallarholmen, gdzie coraz więcej czasu spędzał na samotnych rozmyślaniach.

Im więcej czytał o Lisbeth Salander, tym bardziej był przekonany, że jest ona typem patologicznym. Aż drżał na myśl, że trzymała go skutego kajdankami w jego własnym łóżku. Był całkowicie zdany na jej łaskę i nie wątpił, że urzeczywistniłaby swoje groźby i zabiła go, gdyby ją sprowokował.

Nie miała zahamowań. To pieprzona, chora i niebezpieczna wariatka. Odbezpieczony granat. Kurwa jedna.

Dzienniki Holgera Palmgrena pomogły mu również znaleźć ostatni brakujący element układanki. Wielokrotnie sporządzał on w najwyższym stopniu osobiste notatki na temat rozmów, jakie przeprowadził z Lisbeth Salander. Pokręcony stary dziad. Przy dwóch rozmowach nawiązał do wyrażenia "gdy wydarzyło się Całe Zło". Palmgren najwyraźniej zapożyczył je od Lisbeth, ale z tekstu nie wynikało, do czego ono się odnosi.

Zdumiony Bjurman zanotował słowa "gdy wydarzyło się Całe Zło". Lata spędzone w rodzinach zastępczych? Jakiś szczególny akt przemocy? Wszystko powinno znajdować się w obszernej dokumentacji, do której miał już dostęp.

Uważnie przeczytał po raz piąty czy siódmy diagnozę postawioną przez lekarza sądowego, gdy Lisbeth Salander skończyła osiemnaście lat. W tym momencie zdał sobie sprawę, że jego wiedza na temat Lisbeth Salander ma luki.

Posiadał wyciąg z notatek z okresu szkoły podstawowej, zaświadczenie stwierdzające, że matka Lisbeth Salander nie mogła się nią opiekować, raporty najróżniejszych rodzin zastępczych z czasów, gdy była nastolatką, i badanie psychiatryczne wykonane w dniu osiemnastych urodzin.

Coś wywołało jej szaleństwo, gdy miała dwanaście lat.

Istniały też inne luki w jej życiorysie.

Najpierw, ku wielkiemu zaskoczeniu, odkrył, że Lisbeth Salander ma siostrę bliźniaczkę, o której nie wspominano w materiałach, jakie otrzymał wcześniej. Mój Boże, jest ich dwie. Jednak nie mógł znaleźć żadnych notatek mówiących, co się z nią stało.

Ojciec był nieznany, brakowało też wyjaśnienia, dlaczego jej matka nie mogła już się nią opiekować. Bjurman zakładał wcześniej, że Lisbeth Salander zachorowała i to właśnie zapoczątkowało całą serię wizyt na oddziale psychiatrii dziecięcej. Teraz jednak był przekonany, że coś jej się przydarzyło, gdy miała dwanaście albo trzynaście lat. Całe Zło. Jakiegoś rodzaju trauma. Ale znikąd nie można było wywnioskować, na czym to Całe Zło polegało.

W ekspertyzie lekarsko-sądowej znalazł wreszcie odniesienie do jakiegoś brakującego załącznika - sygnatura dochodzenia policyjnego datowanego na 12 marca 1991 roku. Numer dopisano ręcznie na marginesie kopii, którą znalazł w aktach ośrodka pomocy społecznej. Jednak gdy chciał zamówić te dokumenty, natrafił na przeszkodę. Dochodzenie było opatrzone klauzulą "ściśle tajne" z upoważnienia Jej Królewskiej Mości. Bjurman mógł odwoływać się na szczeblu rządowym.

Ogarnęło go zdumienie. Fakt, że utajniono dochodzenie prowadzone w związku z dwunastoletnią dziewczynką sam w sobie nie był zaskakujący - normalna procedura ochrony prywatności. Jednak on, jako opiekun prawny Lisbeth Salander, miał prawo zażądać każdego dokumentu, który jej dotyczył. Nie mógł pojąć, dlaczego dochodzenie miało taką klauzulę tajności, żeby musiał ubiegać się o zgodę rządu, by otrzymać do niego dostęp.

Bez namysłu złożył podanie. Minęły dwa miesiące, nim zostało rozpatrzone. Ku jego szczeremu zdziwieniu - odmownie. Nie pojmował, cóż tak dramatycznego mogło być w dochodzeniu dotyczącym dwunastolatki sprzed niemal piętnastu lat, że podejmowano takie środki bezpieczeństwa, jakby chodziło o klucze do siedziby rządu.

Wrócił do dziennika Holgera Palmgrena i czytając linijka po linijce, usiłował zrozumieć, do czego odnosiło się Całe Zło. Jednak tekst nie dawał żadnych wskazówek. Najwyraźniej była to kwestia, o której Lisbeth Salander i Palmgren dyskutowali, lecz nie została spisana. W dodatku zapiski o Całym Złu znajdowały się na końcu tej długiej dokumentacji. Możliwe, że Palmgren po prostu nie zdążył zrobić porządnych notatek, gdyż dostał wylewu.

Skierowało to myśli Bjurmana w innym kierunku. Holger Palmgren był kuratorem Lisbeth Salander, odkąd skończyła trzynaście lat, a od jej osiemnastych urodzin opiekunem prawnym. Innymi słowy, Palmgren był przy niej krótko po tym, jak wydarzyło się Całe Zło i umieszczono ją na oddziale psychiatrii dziecięcej. Tak więc z dużym prawdopodobieństwem wiedział, co się stało.

Bjurman wrócił do archiwum Komisji Nadzoru Kuratorskiego. Tym razem nie prosił o akta dotyczące Lisbeth Salander, lecz o dokumenty opisujące zakres obowiązków Palmgrena w decyzji podjętej przez Ośrodek Pomocy Społecznej. Otrzymał dokumentację, która na pierwszy rzut oka wydała się bezwartościowa. Dwie strony zwięzłych informacji. Matka Lisbeth Salander nie była już zdolna do sprawowania opieki nad swoimi córkami. Ze względu na szczególne okoliczności siostry należało rozdzielić. Camillę Salander opieka społeczna umieściła w rodzinie zastępczej. Lisbeth Salander - w dziecięcej klinice psychiatrycznej św. Stefana. Nie brano pod uwagę innych możliwości.

Dlaczego? Istniało jedynie zagadkowe sformułowanie: "W związku z wydarzeniami 910312 Ośrodek Pomocy Społecznej podjął decyzję o...". Następnie znów odwołanie do numeru owego tajemniczego, utajnionego dochodzenia. Jednak tym razem pojawia się kolejny szczegół - nazwisko policjanta, który je prowadził.

Mecenas Nils Bjurman wpatrywał się w nie zdumiony. Znał je. Bardzo dobrze je znał.

Stawiało to sprawy w nowym świetle.

Następne dwa miesiące zajęło mu zdobycie akt dochodzenia zupełnie innymi drogami - czterdzieści siedem stron formatu A4 krótkiego i treściwego raportu oraz ponad sześćdziesiąt stron notatek dołączanych w ciągu sześciu lat.

Początkowo nie rozumiał związku.

Później znalazł zdjęcia zrobione przez lekarzy sądowych i ponownie sprawdził nazwisko.

Mój Boże... to nie może być prawda.

Nagle uświadomił sobie, dlaczego sprawa została utajniona. Bingo.

Gdy potem, linijka po linijce, uważnie czytał raport z dochodzenia, zrozumiał, że na tym świecie jest jeszcze jeden człowiek, który ma powód, by nienawidzić Lisbeth Salander równie zawzięcie jak on.

Bjurman nie był jedyny.

Miał sprzymierzeńca. Najbardziej nieprawdopodobnego sprzymierzeńca, jakiego tylko mógł sobie wyobrazić.

Powoli zaczął nakreślać plan.

Nils Bjurman wyrwał się ze swoich rozmyślań, gdy na jego stolik w Café Hedon padł cień. Podniósł wzrok i zobaczył jasnowłosego... olbrzyma, bo tak go ostatecznie nazwał. Na ułamek sekundy aż się cofnął, zaraz jednak odzyskał panowanie nad sobą.

Mężczyzna, który mu się przyglądał, miał ponad dwa metry wzrostu i był potężnie zbudowany. Nadzwyczaj potężnie. Bez wątpienia kulturysta. Bjurman nie mógł się dopatrzyć ani grama tłuszczu albo zwiotczenia. Ogólnie rzecz biorąc, olbrzym sprawiał wrażenie zatrważająco silnego.

Miał jasne włosy wystrzyżone po bokach i krótką grzywkę. Owalna twarz o zadziwiająco łagodnym wyrazie zdawała się niemal dziecinna. Natomiast w jego lodowato błękitnych oczach nie dostrzegało się tej łagodności. Był ubrany w krótką czarną skórzaną kurtkę, niebieską koszulę, czarny krawat i czarne spodnie. Nawet jak na swój wzrost ręce miał ogromne.

- Mecenas Bjurman?

Mówił z wyraźnym akcentem, ale jego głos był tak zadziwiająco wysoki, że Bjurman na sekundę niemal się uśmiechnął. Kiwnął głową.

- Otrzymaliśmy pański list.

- Kim pan jest? Chciałem rozmawiać z...

Mężczyzna o ogromnych dłoniach zignorował pytanie i usiadłszy naprzeciwko, przerwał mu w pół zdania.

- Ale porozmawia pan ze mną. Czego pan chce?

Nils Bjurman wahał się przez chwilę. Odrazą przepełniała go myśl, że musi się zwierzać zupełnie obcej osobie. Jednak było to konieczne. Przypomniał sobie, że nie jest jedynym, który nienawidzi Lisbeth Salander. Chciał znaleźć sprzymierzeńca. Ściszonym głosem zaczął wyjaśniać swoją sprawę.

Rozdział 3

Piątek 17 grudnia - sobota 18 grudnia

Lisbeth Salander obudziła się o siódmej rano, wzięła prysznic, zeszła do Freddy'ego McBaina z recepcji i zapytała, czy jest jakiś wolny Beach Buggy do wynajęcia na cały dzień. Dziesięć minut później zdążyła już zapłacić kaucję, wyregulować siedzenie i lusterko wsteczne, uruchomić na próbę silnik i sprawdzić, czy w baku nie brakuje benzyny. Poszła do baru i zamówiła caff? latte, kanapkę z serem i butelkę wody mineralnej na wynos. Jedząc śniadanie, zajęła się bazgraniem liczb na serwetce i rozmyślaniem o wzorze Pierre'a de Fermata (x3 + y3 = z3).

Tuż po ósmej do baru wszedł doktor Forbes. Był świeżo ogolony, miał na sobie ciemny garnitur, białą koszulę i niebieski krawat. Zamówił jajka, tost, sok pomarańczowy i czarną kawę. Wpół do dziewiątej wstał i wyszedł do czekającej na niego taksówki.

Lisbeth podążała za nim, zachowując bezpieczną odległość. Doktor Forbes wysiadł przy Seascape, tam, gdzie zaczyna się The Carenage, i ruszył bez pośpiechu wzdłuż brzegu. Minęła go, zaparkowała przy środku promenady i czekała cierpliwie, aż doktor Forbes przejdzie obok, a wtedy ruszyła za nim.

O pierwszej Lisbeth była zlana potem i miała spuchnięte stopy. Cztery godziny wędrowała w górę i w dół ulicami Saint George's. Szła niezbyt szybko, lecz nie zatrzymując się, a liczne strome podejścia nadwyrężyły jej mięśnie. Podziwiając energię Forbesa, dopiła ostatnie krople wody mineralnej. Właśnie zaczęła się zastanawiać, czy nie porzucić całego przedsięwzięcia, gdy Forbes nagle skierował się ku The Turtleback. Odczekała dziesięć minut, po czym weszła do restauracji i usadowiła się na tarasie. Siedzieli dokładnie na tych samych miejscach co poprzedniego dnia, a on, tak jak wtedy, pił coca-colę i gapił się na wody zatoki.

Forbes był jednym z nielicznych mężczyzn na Grenadzie noszących krawat i marynarkę. Lisbeth zauważyła, że upał zdaje się mu nie przeszkadzać.

O trzeciej Forbes wyrwał ją z rozmyślań, gdy zapłacił i wyszedł z restauracji. Pospacerował brzegiem The Carenage, a potem wskoczył do minibusa zmierzającego do Grand Anse. Lisbeth zaparkowała pod Keys Hotel pięć minut wcześniej, zanim i on tam dotarł. Poszła do swojego pokoju, odkręciła zimną wodę i wyciągnęła się w wannie. Miała obolałe stopy.

Zmarszczyła czoło. Dzisiejsza wycieczka dostarczyła jej jasnych informacji. Doktor Forbes każdego ranka wychodził z hotelu świeżo ogolony, w rynsztunku bojowym biznesmena i z teczką. Spędzał dzień nie inaczej, jak tylko zabijając czas. Cokolwiek robił na Grenadzie, nie wiązało się to z planowaniem budowy nowej szkoły, jednak z jakiegoś powodu chciał sprawiać wrażenie, że przybył na wyspę w interesach.

Po co ten teatr?

Jedyna osoba, przed którą miał powód coś ukrywać, to jego własna żona - powinna utwierdzić się w przekonaniu, że Forbes jest za dnia ogromnie zajęty. Ale dlaczego? Nie powiodły mu się interesy i duma nie pozwala mu się do tego przyznać? Jego pobyt na Grenadzie ma zupełnie inny cel? Czeka na coś albo na kogoś?

Lisbeth Salander sprawdziła pocztę - miała cztery nowe wiadomości. Pierwsza była od Plague, wysłana dobrą godzinę po tym, jak do niego napisała. Mail był zaszyfrowany i zawierał dwa słowa: "żyjesz jeszcze?". Plague nigdy nie przepadał za pisaniem długich maili. Zresztą Lisbeth też nie.

Dwie kolejne wiadomości zostały wysłane około drugiej nad ranem. Jedna była od Plague, który przekazywał jej zaszyfrowaną informację, że znajomy z sieci o nicku Bilbo, który akurat mieszka w Teksasie, zareagował na jej pytanie. Plague załączył adres Bilbo i klucz PGP. Kilka minut później użytkownik Bilbo napisał do niej z adresu na hotmailu. Zwięzła wiadomość zawierała jedynie informację, że Bilbo zamierza przekazać jej dane o doktorze Forbesie w ciągu najbliższej doby.

Czwarty mail, wysłany późnym popołudniem, był również od Bilbo. Zawierał zaszyfrowany numer konta bankowego i adres FTP. Lisbeth wpisała adres i znalazła tam zzipowany folder o rozmiarze 390 kB, który zapisała i rozpakowała. Składały się na niego cztery zdjęcia o niskiej rozdzielczości w formacie jpg i pięć dokumentów w Wordzie.

Dwa zdjęcia to portrety doktora Forbesa, jedno zrobione na premierze teatralnej przedstawiało Forbesa i jego żonę, a na ostatnim Forbes stał na mównicy w kościele.

Pierwszy z dokumentów miał jedenaście stron - był to raport Bilbo. Drugi to osiem stron tekstu ściągniętego z internetu. Dwa kolejne dokumenty to wycinki z lokalnej gazety "Austin American-Statesman", zeskanowane z użyciem funkcji OCR, a ostatni to informacje o zgromadzeniu doktora Forbesa - The Presbyterian Church of Austin South.

Oprócz tego, że Lisbeth Salander znała na pamięć Trzecią Księgę Mojżeszową - rok wcześniej miała powód, by studiować biblijne prawo karne - jej wiedza o historii religii była skromna. Miała słabe pojęcie, na czym polega różnica między judaizmem, prezbiterianizmem a katolicyzmem, poza jednym - że świątynia żydowska to synagoga. Przez krótką chwilę obawiała się, iż będzie zmuszona zgłębiać szczegóły teologiczne. Później zdała sobie sprawę, że ma w nosie, do jakiego zgromadzenia należy doktor Forbes.

Doktor Richard Forbes, czasem nazywany też wielebnym Richardem Forbesem, miał czterdzieści dwa lata. Według prezentacji na stronie internetowej Kościół Austin South zatrudniał siedem osób. Listę otwierał wielebny Duncan Clegg, co sugerowało, że w kwestiach teologicznych był czołową postacią tego Kościoła. Zdjęcie ukazywało energicznego faceta o bujnych siwych włosach i wypielęgnowanej siwej brodzie.

Richard Forbes był trzeci na liście i odpowiadał za nauczanie. Przy jego nazwisku w nawiasie widniał również napis "Holy Water Foundation".

Lisbeth przeczytała wstęp do przesłania Kościoła.

"Modlitwą i dziękczynieniem będziemy służyć społeczności Austin South, ofiarujemy stabilność, teologię i niosącą nadzieję ideologię - wartości, których broni Kościół Prezbiteriański Ameryki. Jako słudzy Chrystusa dajemy schronienie ludziom w potrzebie oraz obietnicę pokuty poprzez modlitwę i baptystyczne błogosławieństwo. Cieszmy się miłością Boga. Nasz obowiązek to obalać mury dzielące ludzi i usuwać przeszkody na drodze do zrozumienia przesłania Bożej miłości".

Tuż pod tekstem widniał numer konta bankowego Kościoła i wezwanie, by miłość do Boga wcielić w czyn.

Bilbo dostarczył znakomity krótki życiorys Richarda Forbesa. Lisbeth mogła z niego wyczytać, że urodził się w Cedar's Bluff w Nevadzie, a zanim w wieku trzydziestu jeden lat przystąpił do Kościoła Austin South, pracował jako farmer, biznesmen, wychowawca szkolny, korespondent prasowy w Nowym Meksyku i menedżer chrześcijańskiego zespołu rockowego. Z wykształcenia był rewidentem, studiował też archeologię. Bilbo nie zdołał jednak znaleźć oficjalnego potwierdzenia tytułu doktorskiego.

W swoim zgromadzeniu Forbes poznał Geraldine Knight, jedyną córkę ranczera Williama F. Knighta, również wpływowej postaci w Austin South. Richard i Geraldine pobrali się w 1997 roku, po czym jego kariera w Kościele nabrała tempa. Został szefem Fundacji Santa Maria, której zadanie polegało na "inwestowaniu pieniędzy Boga w projekty edukacyjne dla najbardziej potrzebujących".

Forbes był dwukrotnie aresztowany. Jako dwudziestopięciolatek, w 1987 roku, został oskarżony o spowodowanie ciężkich obrażeń ciała w związku z wypadkiem samochodowym. Został uniewinniony przez sąd. Z wycinków prasowych Lisbeth wywnioskowała, że faktycznie był niewinny. W 1995 roku został pozwany za zdefraudowanie pieniędzy zespołu rockowego, którego był menedżerem. I tym razem go uniewinniono.

Richard Forbes to znana postać w Austin, był członkiem komisji edukacji we władzach miasta. Należał do demokratów, skwapliwie brał udział w imprezach charytatywnych i zbierał środki na edukację dzieci z mniej zamożnych rodzin. Kościół Austin South w dużej mierze skupiał swoją działalność misyjną na rodzinach hiszpańskojęzycznych.

W roku 2001 wysuwano wobec niego oskarżenia o malwersacje w związku z działalnością Fundacji Santa Maria. Według jednego z artykułów prasowych Forbesa podejrzewano o ulokowanie w funduszach powierniczych większej części majątku fundacji, niż dopuszczał statut. Kościół odrzucił te oskarżenia, a w debacie, która rozgorzała po doniesieniach prasy, pastor Clegg wyraźnie wziął stronę Forbesa. Nie postawiono formalnego zarzutu, a kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości.

Lisbeth z zainteresowaniem i uwagą prześledziła sprawozdanie dotyczące prywatnych finansów doktora Forbesa. Miał sześćdziesiąt tysięcy dolarów rocznego przychodu, co należało traktować jako przyzwoitą pensję, jednak nie posiadał żadnego majątku. W jego rodzinie za finansową stabilizację odpowiadała Geraldine Forbes. W 2002 roku zmarł jej ojciec, a córka była jedyną spadkobierczynią majątku wartego ponad czterdzieści milionów dolarów. Nie mieli dzieci.

Tym samym Richard Forbes był uzależniony od swojej małżonki. Lisbeth zmarszczyła brwi. Nie był to dobry powód, by się nad nią znęcać.

Podłączyła się do internetu i wysłała szyfrem lakoniczną wiadomość do Bilbo z podziękowaniem za raport. Wpłaciła też pięćset dolarów na podane przez niego konto.

Wyszła na balkon i wychyliła się przez balustradę. Słońce właśnie zachodziło. Coraz silniejszy wiatr szarpał liście palm wzdłuż muru przy plaży. Grenada znalazła się już w zasięgu Matyldy. Lisbeth zastosowała się do rady Elli Carmichael i spakowała komputer, Dimensions in Mathematics, jakieś rzeczy osobiste i ubranie na zmianę do nylonowej torby, którą postawiła na podłodze przy łóżku. Potem zeszła do baru i zamówiła na kolację rybę i butelkę Cariba.

Jedynym wydarzeniem godnym uwagi było to, że doktor Forbes, w adidasach, jasnej koszulce polo i krótkich spodenkach, z zaciekawieniem wypytywał przy barze Ellę Carmichael o postępy Matyldy. Nie wydawał się zaniepokojony. Na szyi miał krzyżyk na złotym łańcuszku, wyglądał rześko i atrakcyjnie.

Lisbeth Salander była wyczerpana po całodziennej wędrówce po Saint George's. Po kolacji poszła na krótki spacer, ale mocno wiało i temperatura wyraźnie spadła. Wróciła więc do swojego pokoju i już około dziewiątej położyła się do łóżka. Wiatr szumiał za oknem. Lisbeth zamierzała trochę poczytać, lecz natychmiast zasnęła.

Obudził ją nagle potężny łoskot. Zerknęła na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Wstała z łóżka i otworzyła drzwi na balkon. Uderzyły w nią porywy wiatru tak silne, że musiała cofnąć się o krok. Wsparła się o futrynę, ostrożnie wychyliła na balkon i rozejrzała wokoło.

Kilka lamp wiszących wokół basenu kołysało się na wietrze, tworząc dramatyczny teatr cieni na dziedzińcu. Lisbeth widziała, że obudziło się wielu gości - stali na zewnątrz, wpatrując się w plażę. Inni trzymali się w pobliżu baru. Spojrzawszy na północ, widziała światła Saint George's. Chmury zakryły niebo, ale nie padało. W ciemności Lisbeth nie mogła dostrzec morza, lecz szum fal był o wiele głośniejszy niż zazwyczaj. Temperatura spadła jeszcze bardziej. Po raz pierwszy, odkąd tu przyjechała, Lisbeth poczuła nagle, że drży z zimna.

Gdy tak stała na balkonie, dobiegło ją głośne walenie do drzwi. Owinęła się prześcieradłem i otworzyła. Na twarzy Freddy'ego McBaina malowało się napięcie.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale zdaje się, że nadchodzi huragan.

- Matylda.

- Matylda - potwierdził McBain. - Szalała dziś wieczorem w pobliżu Tobago, otrzymaliśmy informacje o dużych spustoszeniach.

Lisbeth przywołała swoją wiedzę z geografii i meteorologii. Trynidad i Tobago leżą mniej więcej dwieście kilometrów na południowy wschód od Grenady. Tropikalna wichura mogła bez przeszkód objąć obszar o promieniu stu kilometrów, jej centrum będzie się przesuwać z prędkością trzydziestu-czterdziestu kilometrów na godzinę. A to oznaczało, że Matylda właśnie puka do drzwi Grenady. Wszystko zależało od tego, jaki obierze kierunek.

- Nie ma bezpośredniego zagrożenia - kontynuował McBain. - Ale ostrożności nigdy za wiele. Chciałbym, żebyś spakowała wartościowe rzeczy do torby i zeszła ze mną do recepcji. Hotel zaprasza na kawę i kanapki.

Lisbeth posłuchała jego rady. Przemyła twarz, aby się dobudzić, włożyła dżinsy, trapery, flanelową koszulę i zarzuciła na ramię nylonową torbę. Już miała wyjść, ale cofnęła się, otworzyła drzwi do łazienki i zapaliła światło. Zielonej jaszczurki nie było widać, musiała zniknąć w jakiejś dziurze. Mądra dziewczynka.

W barze nieśpiesznie zajęła swoje stałe miejsce i patrzyła, jak Ella Carmichael dyryguje pracownikami rozlewającymi gorące napoje do termosów. Po chwili Ella podeszła do niej.

- Cześć. Wyglądasz, jakbyś dopiero co się obudziła.

- Zdążyłam już zasnąć. Co się dzieje?

- Czekamy. Na morzu jest silny sztorm, a z Trynidadu otrzymaliśmy ostrzeżenie o huraganie. Jeśli sytuacja się pogorszy i Matylda przesunie się w naszym kierunku, zejdziemy do piwnicy. Możesz nam pomóc?

- Co mam robić?

- Mamy sto sześćdziesiąt koców, trzeba je znieść do piwnicy. Jest też masa rzeczy, które musimy pochować.

Przez jakiś czas Lisbeth pomagała znosić koce i chować donice, stoły, krzesła i inne ruchome przedmioty znajdujące się wokół basenu. Gdy zadowolona z jej pomocy Ella powiedziała, że już dosyć, Lisbeth podążyła tam, gdzie mur otwierał się na plażę, i zrobiła kilka kroków w ciemność. Morze dudniło złowieszczo, a podmuchy wiatru szarpały nią tak mocno, że musiała z całej siły zaprzeć się nogami, aby nie stracić równowagi. Palmy wzdłuż muru kołysały się niepokojąco.

Wróciła do hotelu, zamówiła caff? latte i usiadła przy barze. Było tuż po północy. Wśród gości i personelu panowała atmosfera wyraźnego niepokoju. Przy stolikach toczyły się ściszone rozmowy i wszyscy co chwilę spoglądali na niebo. W Keys Hotel znajdowało się w sumie trzydziestu dwóch gości i około dziesięciu osób personelu. Lisbeth nagle zauważyła Geraldine Forbes przy stoliku niedaleko recepcji. Na jej twarzy malowało się napięcie, w dłoni trzymała drinka. Jej męża nie było nigdzie widać.

Gdy Lisbeth, pijąc kawę, znów zaczęła medytować nad twierdzeniem Fermata, Freddy McBain wyszedł z biura i stanął przy recepcji.

- Proszę państwa o uwagę. Właśnie otrzymałem wiadomość, że wiatr o sile huraganu dosięgnął Małą Martynikę. Chciałbym prosić, by wszyscy natychmiast zeszli do piwnicy.

Freddy McBain nie pozwolił na pytania ani rozmowy i pokierował gości ku schodom do piwnicy, znajdującym się za recepcją. Mała Martynika, która należy do Grenady, to wysepka kilka mil morskich na północ od głównej wyspy tego kraju. Lisbeth podsłuchała rozmowę Elli Carmichael z Freddym McBainem.

- Jest bardzo źle?

- Nie wiem. Telefon przestał działać - odpowiedział cicho McBain.

Lisbeth zeszła do piwnicy i umieściła torbę na kocu w rogu. Zastanawiała się chwilę, po czym idąc pod prąd, wróciła do recepcji. Złapała Ellę i spytała, czy może jeszcze w czymś pomóc. Ella z zaniepokojoną miną potrząsnęła głową.

- Zobaczymy, co się wydarzy. Matylda to bitch.

Lisbeth zauważyła grupę pięciorga dorosłych, którzy z dziesiątką dzieci weszli pośpiesznie do hotelu. Freddy McBain przyjął ich i skierował ku schodom do piwnicy.

Lisbeth dopadła nagle niepokojąca myśl.

- Zakładam, że w tej chwili wszyscy uciekają do piwnicy? - zapytała cicho.

Ella Carmichael popatrzyła na rodzinę przy schodach.

- Niestety jest to jedna z niewielu piwnic wzdłuż Grand Anse. Pewnie jeszcze więcej osób przyjdzie szukać tu schronienia.

Lisbeth spojrzała przenikliwie na Ellę.

- Co z innymi?

- Z tymi, którzy nie mają piwnicy? - Gorzko się zaśmiała. - Kulą się ze strachu w domach albo szukają schronienia w jakiejś chacie. Muszą zdać się na Boską opiekę.

Lisbeth odwróciła się na pięcie, minęła recepcję i wybiegła z hotelu.

George Bland.

Słyszała, jak Ella za nią woła, ale się nie zatrzymała.

Mieszka w gównianej chacie, która zawali się przy pierwszym podmuchu wiatru.

Jak tylko znalazła się na drodze wyjazdowej z Saint George's, zachwiała się na wietrze. Zaczęła zawzięcie biec. Poruszała się pod wiatr, a silne podmuchy sprawiały, że słaniała się na nogach. Prawie dziesięć minut zajęło jej pokonanie około czterystu metrów do domu George'a Blanda. Po drodze nie widziała żywej duszy.

Deszcz nadszedł nie wiadomo skąd, jak lodowaty prysznic z gumowego węża, lecz w tym samym momencie Lisbeth skręciła w stronę chaty George'a i przez szparę w oknie zobaczyła blask jego lampy naftowej. W kilka sekund była przemoczona do suchej nitki, a widoczność zmniejszyła się do kilku metrów. Lisbeth załomotała do drzwi. George Bland otworzył i wybałuszył oczy.

- Co tu robisz? - wrzasnął, by przekrzyczeć wiatr.

- Chodź. Musisz iść do hotelu. Tam jest piwnica.

George Bland wyglądał na zdumionego. Nagle wiatr zatrzasnął drzwi i dopiero po kilku sekundach George zdołał wypchnąć je na zewnątrz. Lisbeth chwyciła go za koszulkę i wyciągnęła z chaty. Otarła wodę z twarzy i trzymając go za rękę, ruszyła biegiem.

Wybrali drogę wzdłuż plaży, dobre dwieście metrów krótszą od szosy, która zataczała łuk w głąb lądu. W połowie drogi Lisbeth zdała sobie sprawę, że to był chyba błąd. Na plaży nie mieli żadnej ochrony. Wiatr i deszcz miotały nimi tak mocno, że wiele razy musieli się zatrzymywać. Piasek i gałęzie unosiły się w powietrzu. Dudniło straszliwie. Po czasie, który zdawał się wiecznością, Lisbeth ujrzała wreszcie mur hotelowy, przyspieszyła więc kroku. Gdy dotarli do bramy obiecującej bezpieczeństwo, Lisbeth przez ramię zerknęła na plażę i stanęła jak wryta.

Nagle przez ulewę zobaczyła na plaży dwie jasne postacie jakieś pięćdziesiąt metrów od siebie. George Bland szarpał ją za rękę, wciągając za bramę. Puściła jego dłoń i oparła się o mur, usiłując skupić wzrok. Na kilka sekund straciła z oczu sylwetki majaczące w deszczu, potem całe niebo rozjaśniła błyskawica.

Już wiedziała, że to Richard i Geraldine Forbesowie. Stali mniej więcej w tym samym miejscu, gdzie poprzedniego wieczora widziała Forbesa chodzącego tam i z powrotem.

Gdy rozbłysła kolejna błyskawica, Lisbeth zobaczyła, że Richard Forbes wlecze swoją żonę, a ona opiera się z całych sił.

Nagle elementy układanki zaczęły do siebie pasować. Uzależnienie finansowe. Oskarżenia o malwersacje w Austin. Jego wczorajsze nerwowe spacery i rozmyślania na tarasie The Turtleback.

Zamierza ją zabić. Stawką w grze jest czterdzieści milionów. Huragan to jego kamuflaż. Teraz Forbes ma swoją szansę.

Lisbeth Salander wepchnęła George'a za bramę i rozejrzawszy się, znalazła chybotliwe krzesło - zazwyczaj siedział na nim nocny stróż - którego nie uprzątnięto przed huraganem. Chwyciła je, roztrzaskała, uderzając z całej siły o mur, i uzbroiła się w nogę od krzesła. Gdy ruszyła na plażę, George Bland krzyczał za nią zdumiony.

Podmuchy wiatru niemal przewróciły ją na ziemię, ale zacisnęła zęby i krok po kroku przedzierała się naprzód. Dotarła już prawie do Forbesów, gdy błyskawica rozświetliła plażę i Lisbeth ujrzała Geraldine na kolanach tuż nad wodą. Forbes pochylał się nad nią, a we wzniesionej dłoni trzymał coś, co wyglądało na żelazną rurę. Lisbeth zobaczyła, jak jego ręka opada łukiem ku głowie żony. Kobieta przestała się szamotać.

Richard Forbes nie zdążył nawet zobaczyć Lisbeth Salander.

Noga od krzesła roztrzaskała się na jego karku, zanim padł na twarz.

Lisbeth schyliła się i chwyciła Geraldine. W zacinającym deszczu odwróciła ją, a jej dłonie nagle zrobiły się czerwone. Geraldine miała głęboką ranę na głowie. Była ciężka jak odlana z ołowiu i Lisbeth zdesperowana rozglądała się dokoła, zastanawiając się, jak przenieść kobietę pod mur hotelu. W następnej chwili pojawił się przy niej George Bland. Krzyczał coś, ale Lisbeth nic nie rozumiała w łoskocie huraganu.

Zerknęła na Richarda Forbesa. Był odwrócony do niej plecami, ale stał już na czworakach. Lisbeth chwyciła lewą rękę Geraldine, oparła sobie jej ramię na karku i dała znak George'owi, by podparł jej drugie ramię. Z wysiłkiem zaczęli wlec kobietę przez plażę.

W połowie drogi do hotelu Lisbeth była całkowicie wyczerpana, jakby opuściły ją wszystkie siły. Jej serce biło dwa razy szybciej, nagle poczuła, że czyjaś dłoń chwyta ją za ramię. Puściła Geraldine, odwróciła się i kopnęła Richarda Forbesa w krocze. Osunął się na kolana. Lisbeth zamachnęła się i kopnęła go w twarz. Spojrzawszy na George'a Blanda, napotkała jego przerażony wzrok. Poświęciła mu pół sekundy, po czym chwyciła Geraldine i powlokła ją dalej.

Po chwili znów odwróciła głowę. Richard Forbes szedł, zataczając się, dziesięć kroków za nimi, ale od podmuchów wiatru chwiał się na wszystkie strony jak pijany.

Kolejna błyskawica przecięła niebo i Lisbeth Salander wybałuszyła oczy.

Pierwszy raz poczuła paraliżujący strach.

Jakieś sto metrów za Richardem Forbesem, w wodzie, zobaczyła palec Boży.

Kadr zamrożony w blasku błyskawicy - smolistoczarny słup, który piętrzy się, znikając gdzieś w przestworzach.

Matylda.

To niemożliwe.

Huragan - tak.

Tornado - niemożliwe.

Na Grenadzie nie występują tornada.

Trąba powietrzna na obszarze, gdzie tornada nie mogą powstawać.

Tornada nie tworzą się nad powierzchnią wody.

To pomyłka natury.

To coś niespotykanego.

To coś przyszło po mnie.

George Bland również widział tornado. Pospieszali się nawzajem, krzycząc do siebie, choć nie mogli się usłyszeć.

Jeszcze dwadzieścia metrów do muru. Dziesięć. Lisbeth potknęła się i upadła na kolana. Pięć. Przy bramie ostatni raz zerknęła za siebie. Zdążyła dojrzeć Richarda Forbesa, gdy coś wciągało go w wodę, jakby niewidzialna ręka, a potem zniknął. Razem z George'em przewlokła nieprzytomną przez bramę. Chwiejnym krokiem przeszli przez tylne podwórze, a w odgłosach wichury Lisbeth słyszała dźwięk rozbijanych szyb i rozdzierające skargi giętej blachy. Drewniana płyta przeleciała w powietrzu tuż przed jej nosem. W następnej sekundzie poczuła ból, gdy coś uderzyło ją w plecy. Napór wiatru zmniejszył się, gdy dotarli do recepcji.

Lisbeth zatrzymała George'a, chwytając go za kołnierz. Przyciągnęła jego głowę do swoich ust i krzyknęła mu do ucha.

- Znaleźliśmy ją na plaży. Jej męża nie widzieliśmy. Zrozumiałeś?

Kiwnął głową.

Zwlekli Geraldine Forbes po schodach, Lisbeth kopnęła kilka razy w drzwi do piwnicy. Freddy McBain otworzył i wytrzeszczył oczy. Przejął od nich Geraldine, wciągnął oboje do środka i zamknął drzwi.

W jednej chwili huk wichury zmienił się w trzaski i hałas słyszane w tle. Lisbeth wzięła głęboki oddech.

Ella Carmichael nalała do kubka gorącą kawę i podała Lisbeth, która była tak wycieńczona, że ledwie zdołała unieść rękę. Oparta o ścianę, siedziała na podłodze całkiem nieruchomo. Ktoś okrył kocem ją i George'a Blanda. Lisbeth była przemoczona i mocno krwawiła z rany tuż pod rzepką kolanową. Na jej dżinsach widniało długie na dziesięć centymetrów rozcięcie, jednak zupełnie nie pamiętała, skąd je ma. Bez zainteresowania patrzyła, jak Freddy McBain wraz z kilkorgiem hotelowych gości zajmuje się Gerladine Forbes i owija jej głowę bandażem. Usłyszawszy jakieś pojedyncze słowa, zrozumiała, że ktoś wśród obecnych jest lekarzem. Zauważyła, że piwnica jest przepełniona i że oprócz gości hotelowych także ludzie z zewnątrz znaleźli tu schronienie.

W końcu Freddy podszedł do Lisbeth i usiadł przed nią w kucki.

- Żyje.

Lisbeth nie odpowiedziała.

- Co się stało?

- Znaleźliśmy ją na plaży, za murem.

- Brakowało mi trzech osób, kiedy liczyłem gości w piwnicy. Ciebie i Forbesów. Ella powiedziała, że wybiegłaś jak szalona, gdy nadszedł huragan.

- Pobiegłam po mojego przyjaciela George'a. - Lisbeth kiwnęła w stronę swojego towarzysza. - Mieszka dalej przy drodze, w chacie, której pewnie już nie ma.

- Głupio postąpiłaś, ale i bardzo odważnie - powiedział Freddy McBain, spoglądając na George'a Blanda. - Widzieliście jej męża, Richarda Forbesa?

- Nie - odpowiedziała Lisbeth, patrząc wzrokiem bez wyrazu. George Bland zerknął na nią i potrząsnął głową.

Ella Carmichael przekrzywiła głowę i posłała Lisbeth ostre spojrzenie. Ta popatrzyła na nią beznamiętnym wzrokiem.

Geraldine Forbes doszła do siebie około trzeciej nad ranem. Lisbeth Salander zdążyła wcześniej zasnąć z głową opartą na ramieniu George'a.

W jakiś cudowny sposób Grenada przetrwała tę noc. Nad ranem huragan ucichł, za to nadciągnęła najgorsza ulewa, jaką Lisbeth kiedykolwiek przeżyła. Freddy McBain wypuścił gości z piwnicy.

Keys Hotel czekał poważny remont. Zniszczenia w jego obrębie, podobnie jak na całej plaży, były znaczne. Bar Elli Carmichael przy basenie zniknął zupełnie, a jedna z werand została doszczętnie zdemolowana. Wzdłuż całej fasady wiatr pozrywał okiennice i powyginał dach na wysuniętej części hotelu. Recepcja zmieniła się w stos rupieci.

Lisbeth chwiejnym krokiem poszła do swojego pokoju, zabierając George'a. Prowizorycznie zasłoniła kocem pusty otwór okienny, by deszcz nie wpadał do środka. George napotkał jej wzrok.

- Będzie mniej wyjaśniania, jeśli nie widzieliśmy jej męża - powiedziała Lisbeth, nim zdążył o cokolwiek zapytać.

Kiwnął głową. Ściągnęła ubranie, rzuciła je na podłogę i poklepała brzeg łóżka tuż obok siebie. George znów kiwnął głową, rozebrał się i położył przy niej. Zasnęli niemal natychmiast.

Gdy Lisbeth obudziła się w środku dnia, słońce świeciło przez szczeliny w chmurach. Bolał ją każdy mięsień, a kolano spuchło tak bardzo, że trudno jej było zgiąć nogę. Wymknęła się z łóżka, stanęła pod prysznicem i popatrzyła na zieloną jaszczurkę, która wróciła na ścianę. Lisbeth włożyła szorty i koszulkę i, utykając, wyszła cicho z pokoju, nie budząc George'a.

Ella Carmichael wciąż była na nogach. Wyglądała na zmęczoną, ale zdążyła już otworzyć bar w recepcji. Lisbeth zajęła stolik przy kontuarze, zamówiła kawę i poprosiła o kanapkę. Wyjrzała przez puste otwory okienne obok wejścia i zobaczyła zaparkowany radiowóz. Właśnie dostała kawę, gdy Freddy McBain wyszedł ze swego biura przy recepcji, prowadząc policjanta w mundurze. McBain zauważył Lisbeth, powiedział coś do policjanta, po czym podeszli do jej stolika.

- To jest posterunkowy Ferguson. Chce zadać kilka pytań.

Lisbeth skinęła grzecznie głową. Posterunkowy Ferguson wyglądał na zmęczonego. Wyciągnął notes i długopis i zanotował nazwisko Lisbeth.

- Panno Salander, dowiedziałem się, że razem z przyjacielem znaleźliście panią Forbes podczas huraganu wczorajszej nocy.

Lisbeth kiwnęła głową.

- Gdzie ją państwo znaleźli?

- Na plaży, tuż przy bramie - odpowiedziała. - Praktycznie niemal się o nią potknęliśmy.

Ferguson zanotował.

- Mówiła coś?

Lisbeth pokręciła głową.

- Była nieprzytomna?

Lisbeth skinęła rozsądnie.

- Miała paskudną ranę na głowie.

Znów skinęła.

- Nie wie pani, jak się zraniła?

Lisbeth potrząsnęła głową. Ferguson zdawał się odrobinę zirytowany jej milczeniem.

- Sporo rupieci latało w powietrzu - podpowiedziała usłużnie. - Sama prawie dostałam drewnianą płytą w łeb.

Ferguson z powagą pokiwał głową.

- Zraniła się pani w nogę? - Wskazał na jej bandaż. - Co się stało?

- Nie wiem. Zobaczyłam ranę, dopiero gdy zeszłam do piwnicy.

- Była pani z młodym mężczyzną.

- To George Bland.

- Gdzie mieszka?

- W chacie za The Coconut, kawałek w stronę lotniska. Jeśli chata wciąż stoi, znaczy się.

Lisbeth nie pokwapiła się, by wyjaśnić, że George Bland obecnie śpi w jej łóżku piętro wyżej.

- Widzieli państwo jej męża, Richarda Forbesa?

Lisbeth potrząsnęła głową.

Posterunkowemu Fergusonowi najwyraźniej nie przychodziło na myśl kolejne pytanie, więc zamknął notes.

- Dziękuję, panno Salander. Przypadek śmiertelny, muszę spisać raport.

- Zmarła?

- Pani Forbes? Nie, jest w szpitalu w Saint George's. Chyba może podziękować pani i pani koledze za to, że żyje. Ale jej mąż zginął. Znaleziono go na lotniskowym parkingu dwie godziny temu.

Dobre sześćset metrów dalej na południe.

- Był bardzo pokiereszowany - powiedział Ferguson.

- To smutne - odrzekła Lisbeth, nie okazując większego zainteresowania.

Gdy McBain i posterunkowy Ferguson się oddalili, nadeszła Ella Carmichael i usiadła przy stoliku Lisbeth. Postawiła dwa kieliszki rumu. Lisbeth spojrzała na nią pytającym wzrokiem.

- Po takiej nocy trzeba się czymś wzmocnić. Stawiam. Stawiam całe śniadanie.

Popatrzyły na siebie. Następnie stuknęły się kieliszkami.

Jeszcze przez długi czas Matylda była przedmiotem badań naukowych i dociekań instytutów meteorologicznych na Karaibach i w USA. Tornada o skali Matyldy były niemal nieznane w tym regionie. Teoretycznie uważano za niemożliwe, by tworzyły się nad powierzchnią wody. Z czasem eksperci zgodzili się co do tego, że jakiś przedziwny układ frontów atmosferycznych stworzył "pseudotornado" - coś, co właściwie tornadem nie było, ale zdawało się nim być. Ekolodzy przedstawiali teorie o efekcie cieplarnianym i zakłóceniu równowagi ekologicznej.

Lisbeth Salander nie obchodziły te spory. Była pewna tego, co widziała, i postanowiła, że w przyszłości zawsze już będzie schodzić z drogi wszystkim siostrom Matyldy.

Wielu ludzi tej nocy zostało rannych. Na cud zakrawał fakt, że zginęła tylko jedna osoba.

Nikt nie mógł pojąć, co zmusiło Richarda Forbesa do wyjścia w taki huragan, pewnie brak rozsądku, jaki zwykle cechuje amerykańskich turystów. Geraldine Forbes nie mogła pomóc tego wyjaśnić. Miała ciężki wstrząs mózgu i bezładne wspomnienia z wydarzeń owej nocy.

Natomiast zasmucił ją fakt, że została wdową.

Rozdział 4

Poniedziałek 10 stycznia - wtorek 11 stycznia

Lisbeth Salander wylądowała na Arlandzie o wpół do siódmej rano. Spędziła w podróży dwadzieścia sześć godzin, z czego bite dziewięć na Grantley Adams Airport na Barbadosie. British Airways nie chciały wypuścić samolotu, póki groźba ewentualnego ataku terrorystycznego nie została zażegnana, a pasażer o arabskim wyglądzie zabrany na przesłuchanie. Gdy wylądowała na Gatwick w Londynie, spóźniła się na ostatni samolot do Szwecji i musiała długo czekać na przebukowanie rezerwacji na następny dzień.

Lisbeth czuła się jak worek bananów, który za długo leżał na słońcu. Miała jedynie bagaż podręczny, do którego upchnęła swojego PowerBooka, Dimensions in Mathematics i ubranie na zmianę. Bez przeszkód przeszła przez stanowisko Nothing to Declare przy odprawie celnej. Kiedy wyszła na terminal autobusowy, powitała ją śnieżna chlapa przy temperaturze zero stopni.

Przez krótką chwilę się zawahała. Całe życie musiała wybierać najtańszą możliwość i wciąż trudno było jej się przyzwyczaić do myśli, że dysponuje prawie trzema miliardami koron, które ukradła, łącząc internetowy przekręt ze starym dobrym oszustwem. Po kilku minutach machnęła ręką na zasady i przywołała taksówkę. Podała adres przy Lundagatan i niemal natychmiast zasnęła na tylnym siedzeniu.

Dopiero gdy samochód zatrzymał się na Lundagatan, a taksówkarz szturchnął Lisbeth, zdała sobie sprawę, że podała mu zły adres. Poprosiła, by jechał dalej na Götgatsbacken. Dała porządny napiwek w dolarach i zaklęła, postawiwszy stopę w kałuży. Miała na sobie dżinsy, T-shirt i lekką kurtkę. Na nogach sandały i cienkie, krótkie skarpetki. Dowlokła się do 7-Eleven, gdzie kupiła szampon, pastę do zębów, mydło, kefir, mleko, żółty ser, jajka, chleb, mrożone bułki cynamonowe, kawę, herbatę ekspresową Lipton, ogórki konserwowe, jabłka, duże opakowanie Billy's Pan Pizzy i karton marlboro light. Zapłaciła kartą Visa.

Gdy wyszła na ulicę, znów zawahała się, którą drogę obrać. Mogła pójść w górę Svartensgatan albo też Hökens gata, kawałek w dół ku Slussen. Wybór Hökens gata miał tę wadę, że musiałaby przejść obok wejścia do redakcji "Millennium", a tym samym zaryzykować, iż natknie się na Mikaela Blomkvista. W końcu postanowiła, że nie będzie chodzić okrężnymi drogami, aby go unikać. Poszła więc spacerem ku Slussen, choć właściwie była to dłuższa droga, i skręciła w prawo przez Hökens gata w górę do placu Mosebacke. Przeszła na ukos przy pomniku Sióstr pod teatrem Södra i wspięła się po schodach na Fiskargatan. Zatrzymała się i popatrzyła z zadumą na budynek. Nie bardzo czuła się tu "jak w domu".

Lisbeth rozejrzała się. To odosobniony zakątek w samym środku dzielnicy Södermalm. Nie było tamtędy przejazdu, co doskonale jej odpowiadało. Łatwo dało się obserwować, kto się kręci po okolicy. Latem pewnie była to popularna trasa spacerowa, lecz zimą przechodziły tędy jedynie osoby mające coś do załatwienia w pobliżu. Ani żywej duszy - nikogo, kogo Lisbeth by rozpoznała i kto tym samym mógłby ją rozpoznać. Postawiła siatkę w śniegowej brei, żeby wyszperać klucz. Wjechała na najwyższe piętro i otworzyła drzwi z wizytówką V. Kulla.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie Lisbeth zrobiła, gdy nagle weszła w posiadanie ogromnej sumy pieniędzy i tym samym stała się finansowo niezależna do końca życia (albo tak długo, na ile mogą wystarczyć niecałe trzy miliardy koron), było znalezienie nowego mieszkania. Kupno mieszkania było dla niej nowym doświadczeniem. Nigdy wcześniej nie inwestowała pieniędzy w nic bardziej wartościowego niż przedmioty codziennego użytku, za które mogła zapłacić przy zakupie albo w rozsądnych ratach. Dotychczas najpokaźniejsze wydatki w jej budżecie to różnego rodzaju komputery i lekki motocykl kawasaki. Kupiła go za siedem tysięcy koron - właściwie za bezcen. Do tego jeszcze części zapasowe za mniej więcej tyle samo. Poświęciła wiele miesięcy, aby własnoręcznie rozkręcić maszynę i doprowadzić ją do porządku. Chciała mieć samochód, ale nie zdecydowała się na kupno, bo nie bardzo wiedziała, jak wtedy zwiąże koniec z końcem.

Miała świadomość, że zakup mieszkania to odrobinę większe przedsięwzięcie. Zaczęła od czytania ogłoszeń w internetowym wydaniu dziennika "Dagens Nyheter", co, jak odkryła, było odrębną dziedziną wiedzy.

"2pok z kuch + jadalnia, pięknie położ. przy stacji Södra, licytac. od 2,7mln. Czynsz 5510/mies".

"3pok z kuch, widok na park, Högalid, 2,9mln".

"2,5pok z kuch, 47mkw, łazienka remont, 1998 wymiana rur, Gotlandsgatan, 1,8mln, czynsz/mies 2200".

Podrapała się w głowę i zadzwoniła na chybił trafił pod kilka numerów, nie wiedząc jednak, o co pytać. Wkrótce poczuła się tak głupio, że przerwała te próby. Za to pierwszej niedzieli stycznia wybrała się obejrzeć dwa mieszkania. Jedno z nich znajdowało się przy Vindragarvägen na Reimersholme, a drugie na Heleneborgsgatan przy Hornstull. Pierwsze było jasnym czteropokojowym mieszkaniem w wieżowcu z widokiem na wyspy L?ngholmen i Essingen. Tam Lisbeth mogłoby się podobać. Mieszkanie na Heleneborgsgatan okazało się norą z widokiem na sąsiedni budynek.

Problem w tym, że właściwie nie wiedziała, gdzie chce mieszkać, jak jej mieszkanie powinno wyglądać i jakie powinna mieć wobec niego wymagania. Nigdy wcześniej nie brała pod uwagę innej możliwości niż te czterdzieści siedem metrów kwadratowych na Lundagatan, gdzie spędziła swoje dzieciństwo i które dzięki ówczesnemu opiekunowi prawnemu Holgerowi Palmgrenowi uzyskała na własność, gdy ukończyła osiemnaście lat. Usiadła na zmechaconej sofie w pomieszczeniu będącym jednocześnie pokojem dziennym i gabinetem i zaczęła się zastanawiać.

Mieszkanie na Lundagatan było położone od podwórza, ciasne i nieprzytulne. Z sypialni miała widok na wyjście przeciwpożarowe na szczytowej ścianie budynku, z kuchni - na tyły domu stojącego od ulicy i piwnicę. Z pokoju dziennego widziała latarnię i kilka gałęzi brzozy.

Pierwszy warunek będzie więc taki, by z jej nowego mieszkania roztaczał się ładny widok.

Nie miała balkonu i zawsze zazdrościła bardziej zamożnym sąsiadom mieszkającym na wyższych piętrach, którzy spędzali ciepłe letnie dni przy zimnym piwie pod balkonową markizą. Drugi warunek będzie taki, by jej nowe mieszkanie miało balkon.

Jak powinno wyglądać? Pomyślała o mieszkaniu Mikaela Blomkvista - sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych jako jeden duży pokój na przerobionym strychu przy Bellmansgatan, z widokiem na ratusz i Slussen. Dobrze się tam czuła. Chciała mieć przytulne mieszkanie, łatwe w umeblowaniu i utrzymaniu. To trzeci punkt na liście jej wymagań.

Latami mieszkała w ciasnocie. Ponad dziesięciometrowa kuchnia mieściła stolik i dwa krzesła. Pokój dzienny miał dwadzieścia metrów. Sypialnia - dwanaście. Jej czwarty warunek, to aby jej nowe mieszkanie było przestronne, z wieloma szafami na ubrania. Chciała mieć prawdziwy gabinet i dużą sypialnię, w której mogłaby się wygodnie rozłożyć.

Jej łazienka to klitka bez okien, z kwadratowym szarym gresem na podłodze, niepraktyczną wanną do siedzenia i plastikową tapetą, która, ile by nie szorować, nigdy nie była naprawdę czysta. Lisbeth chciała mieć kafelki i dużą wannę. Chciała mieć pralkę w mieszkaniu, a nie we wspólnej pralni w jakiejś zatęchłej piwnicy. Chciała, żeby w łazience pachniało świeżością i chciała móc ją wietrzyć.

Potem odpaliła komputer i poszukała pośredników. Następnego ranka wstała wcześnie i odwiedziła Nobelmäklarna, firmę pośredniczącą w handlu nieruchomościami, która według niektórych cieszy się największym uznaniem w Sztokholmie. Włożyła wytarte czarne dżinsy, trapery i czarną skórzaną kurtkę. Podeszła do kontuaru i z roztargnieniem patrzyła na trzydziestopięcioletnią blondynkę, która właśnie zalogowała się na stronie firmy i zaczęła umieszczać na niej zdjęcia mieszkań. Wreszcie do Lisbeth podszedł mężczyzna około czterdziestki, krągły i o rzadkich rudych włosach. Zapytała o dostępne oferty. Przyglądał się jej zdumiony przez krótką chwilę, a następnie przybrał rozbawiony, rubaszny ton.

- No tak, młoda damo, a rodzice wiedzą, że zamierzasz wyprowadzić się z domu?

Lisbeth Salander w ciszy patrzyła na niego zimnym wzrokiem, póki nie przestał się podśmiewać.

- Potrzebuję mieszkania - wyraziła się jaśniej.

Mężczyzna chrząknął i zerknął na swojego kolegę.

- Rozumiem. Myślałaś już o czymś konkretnym?

- Chcę mieszkanie na Södermalmie. Musi mieć balkon i widok na wodę, co najmniej cztery pokoje i widną łazienkę z miejscem na pralkę. Oprócz tego zamykane pomieszczenie, gdzie mogłabym trzymać motocykl.

Kobieta przy komputerze przerwała pracę i zaciekawiona odwróciła głowę, by przyjrzeć się Lisbeth.

- Motocykl? - zapytał łysawy mężczyzna.

Lisbeth Salander przytaknęła.

- A można spytać... eee, jak się nazywasz?

Lisbeth przedstawiła się. Zapytała mężczyznę, jak on się nazywa, a ten przedstawił się jako Joakim Persson.

- No więc mieszkanie własnościowe w Sztokholmie trochę jednak kosztuje...

Lisbeth nie odpowiedziała. Pytała przecież, jakie mieszkania są w ofercie, natomiast informacja, że to trochę kosztuje, była zbędna i bez znaczenia.

- Czym się zajmujesz?

Lisbeth zastanawiała się chwilę. Formalnie miała swoją firmę. W praktyce pracowała jedynie dla Milton Security, ale przez ostatni rok robiła to bardzo nieregularnie, a od trzech miesięcy nie wykonała dla nich żadnego zlecenia.

- Obecnie niczym konkretnym - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Ach nie... zakładam, że chodzisz do szkoły.

- Nie, nie chodzę do szkoły.

Joakim Persson obszedł kontuar, przyjaźnie położył rękę na ramieniu Lisbeth i ostrożnie poprowadził ją do drzwi wyjściowych.

- No więc, młoda damo, zapraszamy serdecznie za kilka lat, ale przynieś wtedy trochę więcej pieniędzy niż to, co masz w śwince-skarbonce. Rozumiesz chyba, że kieszonkowe ci raczej nie wystarczy.

Uszczypnął ją dobrodusznie w policzek.

- Wróć koniecznie, to z pewnością i dla ciebie znajdziemy mały kącik.

Lisbeth Salander kilka minut stała na ulicy pod siedzibą Nobelmäklarna. Myślała, jak zareagowałby Joakim Persson, gdyby tak wrzucić mu koktajl Mołotowa przez witrynę. Potem wróciła do domu i włączyła PowerBooka.

Dziesięć minut zajęło jej włamanie się do wewnętrznej sieci Nobelmäklarna za pomocą haseł, które - jak Lisbeth mimochodem zauważyła - kobieta przy stanowisku wklepała do komputera przed umieszczeniem zdjęć w internecie. Po jakichś trzech minutach stwierdziła, że komputer, przy którym pracowała kobieta, był również serwerem tej firmy - czy można być aż tak tępym? - a w ciągu trzech kolejnych uzyskała dostęp do wszystkich czternastu komputerów podłączonych do sieci. W ciągu około dwóch godzin zdążyła przejrzeć księgowość Joakima Perssona i odkryła, że przez ostatnie dwa lata zataił przed fiskusem niemal siedemset pięćdziesiąt tysięcy koron zarobionych na czarno.

Ściągnęła wszystkie potrzebne pliki i przesłała je mailem do urzędu skarbowego z anonimowego konta na serwerze w USA. Następnie wyrzuciła Joakima Perssona ze swoich myśli.

Przez resztę dnia przeglądała oferty Nobelmäklarna o najwyższych cenach. Najdroższy był nieduży zamek pod Mariefred, gdzie nie miała najmniejszego zamiaru się osiedlać. Z przekory wybrała wspaniałe mieszkanie przy Mosebacke, które pod względem ceny plasowało się na drugim miejscu.

Dłuższą chwilę poświęciła na oglądanie zdjęć i planów mieszkania. W końcu stwierdziła, że mieszkanie przy Mosebacke spełnia wszystkie jej warunki. Wcześniej było własnością jednego z dyrektorów ABB, który usunął się w cień po tym, jak, gwarantując sobie rozgłos i krytykę, postarał się o odprawę w kwocie około miliarda koron.

Wieczorem zadzwoniła do Jeremy'ego MacMillana, wspólnika w kancelarii adwokackiej MacMillan&Marks na Gibraltarze. Już wcześniej robiła z nim interesy. Za hojnym wynagrodzeniem pozakładał firmy krzaki figurujące jako właściciele kont, na których Lisbeth zdeponowała majątek ukradziony rok wcześniej finansiście Hansowi-Erikowi Wennerströmowi.

Znów skorzystała z usług MacMillana. Tym razem poinstruowała go, by jako przedstawiciel jej firmy, Wasp Enterprises, rozpoczął negocjacje z Nobelmäklarna w sprawie nabycia upragnionego mieszkania przy Fiskargatan w pobliżu Mosebacke. Negocjacje trwały cztery dni, a na widok sumy, na jakiej ostatecznie stanęło, Lisbeth aż uniosła brwi. Plus pięć procent wynagrodzenia dla MacMillana. Przed końcem tygodnia przeniosła dwa kartony ubrań, pościel, materac i trochę drobiazgów do wyposażenia kuchni. Ponad trzy tygodnie spała na materacu i w tym czasie posprawdzała kliniki chirurgii plastycznej, zakończyła pewne niewyjaśnione sprawy natury biurokratycznej (między innymi przeprowadziła nocną rozmowę z niejakim Nilsem Bjurmanen) oraz uregulowała z góry bieżące opłaty.

Następnie zarezerwowała bilety na podróż do kliniki we Włoszech. Po zakończeniu terapii i wypisaniu ze szpitala siedziała w pokoju hotelowym w Rzymie i rozmyślała, co dalej robić. Powinna wrócić do Szwecji i wziąć się za swoje życie, jednak z wielu powodów nie miała ochoty nawet myśleć o Sztokholmie.

Nie miała konkretnego zawodu. Nie widziała dla siebie przyszłości w Milton Security. Jednak nie była to wina Dragana Armanskiego. On chciałby pewnie, żeby Lisbeth pracowała na etacie jako sprawny trybik w jego firmie, jednak w wieku dwudziestu pięciu lat nie miała wykształcenia, a skończywszy pięćdziesiątkę, nie chciała odkryć, iż nadal chałturzy, szukając danych o łobuzach z dyrektorskiego światka. Było to zabawne hobby, lecz nie powołanie życiowe.

Inny powód tego, że ociągała się z powrotem do Sztokholmu, to Mikael Blomkvist. Bez wątpienia narażałaby się na ryzyko przypadkowego spotkania - Pieprzony Kalle Blomkvist - a w chwili obecnej to ostatnia rzecz, jakiej pragnęła. Zranił ją. Musiała szczerze przyznać, iż nie było to jego zamiarem. Zachował się w porządku. To jej wina, że się w nim "zakochała". Już samo słowo nie pasowało do postrzelonej kozy Lisbeth Salander.

Mikael Blomkvist był znanym kobieciarzem. A ona - w najlepszym razie zabawką, nad którą zlitował się w chwili słabości, gdy niczego innego nie miał pod ręką, a którą szybko porzucił na rzecz bardziej rozrywkowego towarzystwa. Przeklinała się za to, że opuściła gardę i pozwoliła się zranić do żywego.

Gdy się opamiętała, zerwała z nim wszelkie kontakty. Nie było to łatwe, ale się zawzięła. Kiedy ostatni raz go widziała, stała na peronie stacji metra Stare Miasto, a on siedział w wagonie pociągu do centrum. Obserwowała go przez całą minutę i postanowiła, że nie ma już w sobie ani odrobiny uczucia, bo inaczej musiałaby wykrwawić się na śmierć. Fuck you. On dostrzegł ją w tym samym momencie, gdy zatrzasnęły się drzwi, i zdążył popatrzeć na nią badawczym wzrokiem, nim odwróciła się na pięcie i odeszła, a pociąg ruszył.

Nie pojmowała, dlaczego nadal tak uparcie starał się, by pozostać z nią w kontakcie, jakby stanowiła dla niego jakiś pieprzony projekt społeczny. Irytowało ją, że był taki niedomyślny. Za każdym razem, gdy przysyłał jej maila, musiała walczyć ze sobą, by go usunąć bez czytania.

Sztokholm nie wydawał jej się ani odrobinę atrakcyjny. Oprócz ludzi z Milton Security, jakichś łóżkowych partnerów, odstawionych na bok, i dziewczyn z nieistniejącego zespołu rockowego Evil Fingers nie znała już chyba nikogo w swoim rodzinnym mieście.

Jedyna osoba, którą w pewien sposób szanowała, to Dragan Armanski. Trudno jej było określić, jakie żywiła wobec niego uczucia. Delikatne zdziwienie budził w niej zawsze fakt, że trochę ją pociągał. Gdyby nie był tak oczywiście żonaty, tak oczywiście starszy i tak oczywiście konserwatywny w swoim podejściu do życia, mogłaby nawet pomyśleć o tym, by go poderwać.

W końcu wyjęła kalendarz i otworzyła go na części z mapami. Nigdy nie była w Australii ani w Afryce. Czytała o piramidach i Angkor Wat, ale nigdy ich nie widziała. Nigdy nie płynęła linią Star Ferry między Koulun a Victorią w Hongkongu. Nigdy też nie nurkowała na Karaibach ani nie siedziała na plaży w Tajlandii. Z wyjątkiem nielicznych krótkich podróży służbowych, gdy kilkakrotnie odwiedziła kraje nadbałtyckie i skandynawskich sąsiadów oraz oczywiście Zurych i Londyn, nigdy nie wyjeżdżała ze Szwecji. Tak właściwie to rzadko wyjeżdżała z samego Sztokholmu.

Nigdy nie było jej na to stać.

Podeszła do okna i wyjrzała na via Garibaldi. Rzym to miasto, które wygląda jak zbiorowisko ruin. Potem podjęła decyzję. Włożyła kurtkę, zeszła do recepcji i zapytała, czy w pobliżu jest jakieś biuro podróży. Zarezerwowała bilet w jedną stronę do Tel Awiwu i kilka kolejnych dni spędziła na spacerach po jerozolimskim Starym Mieście, oglądając meczet Al-Aksa i Ścianę Płaczu i podejrzliwie zerkając na uzbrojonych żołnierzy na rogach ulic. Następnie wyruszyła do Bangkoku i do końca roku podróżowała.

Musiała załatwić jeszcze tylko jedno. Dwa razy poleciała na Gibraltar. Pierwszy raz, by zrobić dokładny wywiad na temat człowieka, któremu zamierzała powierzyć zarządzanie swoimi pieniędzmi. Drugi raz - dopilnować, by dobrze się sprawował.

Czuła się obco, przekręcając klucz w zamku drzwi swojego mieszkania na Fiskargatan po tak długim czasie.

Postawiła w przedpokoju siatkę i torbę i wystukała czterocyfrowy kod wyłączający alarm. Następnie ściągnęła mokre ubranie i rzuciła je na podłogę. Naga poszła do kuchni, włączyła lodówkę i włożyła do niej jedzenie, po czym kolejne dziesięć minut spędziła pod prysznicem w łazience. Zjadła posiłek złożony z pokrojonego jabłka i całej Billy's Pan Pizzy, odgrzanej w mikrofalówce. Otworzyła jeden z kartonów i znalazła poduszkę, prześcieradło i koc, który pachniał dość podejrzanie, przeleżawszy tu cały rok. Pościeliła materac w pokoju przy kuchni.

Zasnęła w ciągu dziesięciu sekund, ledwie przyłożyła głowę do poduszki, i spała niemal dwanaście godzin, prawie do północy. Wstała, nastawiła ekspres do kawy, okryła się kocem i usiadła z poduszką i papierosem we wnęce okiennej, skąd patrzyła na wyspę Djurg?rden i wody Saltsjön. Fascynowały ją światła. Siedziała tak w ciemności, rozmyślając nad swoim życiem.

Następnego dnia Lisbeth Salander miała bardzo napięty rozkład zajęć. O siódmej rano zamknęła za sobą drzwi do mieszkania. Zanim zeszła po schodach, otworzyła okno na klatce i zawiesiła zapasowy klucz na cienkim miedzianym drucie, który wcześniej przymocowała pod rynną. Z doświadczenia wiedziała, jak korzystny jest ciągły i wygodny dostęp do zapasowego klucza.

W powietrzu czuć było lodowaty chłód. Lisbeth miała na sobie stare, wytarte dżinsy z rozdarciem pod tylną kieszenią, spod którego wystawały niebieskie majtki. Do tego włożyła T-shirt i ciepły sweter z nadprutym golfem. Znalazła jeszcze swoją starą zniszczoną skórzaną kurtkę z ćwiekami na ramionach. Stwierdziła, że powinna oddać ją do krawca, by naprawić porozrywaną i niemal nieistniejącą już podszewkę kieszeni. Miała grube skarpetki i trapery. Ogólnie rzecz biorąc, było jej całkiem ciepło.

Przeszła spacerem ulicę S:t Paulsgatan do Zinkensdamm i dalej pod górę w kierunku swojego dawnego mieszkania na Lundagatan. Na miejscu najpierw sprawdziła, czy jej kawasaki nadal stoi w piwnicy. Pogładziła siodełko, po czym udała się do starego mieszkania; żeby wejść, musiała pokonać potężny stos broszur reklamowych.

Nie była pewna, co zrobić z mieszkaniem. Zanim rok wcześniej wyjechała ze Szwecji, najprostszym rozwiązaniem okazały się stałe zlecenia płatności bieżących rachunków. Wciąż miała tam meble, z trudem zbierane w najróżniejszych śmietnikach, obtłuczone kubki, dwa stare komputery i sporo papierów. Jednak nic, co przedstawiałoby jakąś wartość.

Przyniosła z kuchni czarny worek na śmieci i przez pięć minut oddzielała pocztę od reklam. Większa część papierów od razu wylądowała w worku. Lisbeth dostała niewiele listów na swoje nazwisko - okazały się wyciągami z konta, PIT-ami z Milton Security i różnego rodzaju kryptoreklamą. Zaletą posiadania opiekuna prawnego było to, że nigdy nie musiała nawet oglądać deklaracji podatkowych. Poza tym przez cały rok uzbierały się tylko trzy przesyłki.

Pierwsza była od Grety Molander, która sprawowała kuratelę nad matką Lisbeth. List zawierał zwięzłą informację, że sporządzono inwentarz spadku po śmierci pani Salander oraz że Lisbeth Salander i jej siostra Camilla Salander otrzymały po dziewięć tysięcy trzysta dwanaście koron. Wymieniona wyżej suma została wpłacona na konto panny Salander; czy mogłaby potwierdzić otrzymanie niniejszej kwoty. Lisbeth schowała list do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Drugi list był od pani Mikaelsson, dyrektorki domu opieki w Äppelviken, która uprzejmie przypominała jej, iż wciąż przechowują karton z rzeczami jej mamy - czy Lisbeth Salander byłaby uprzejma skontaktować się z Äppelviken i udzielić instrukcji co do dalszego postępowania z odziedziczonym przez nią mieniem. Kończyła uwagą, że jeśli nie otrzymają jakichkolwiek wiadomości od Lisbeth albo jej siostry (której adresu nie miała) przed końcem roku, owe rzeczy zostaną wyrzucone. Lisbeth popatrzyła na nagłówek listu - nosił datę czerwcową - i wzięła do ręki komórkę. Po dwóch minutach ustaliła, że jeszcze nie wyrzucili kartonu. Przeprosiła, że nie odezwała się wcześniej, i obiecała odebrać rzeczy następnego dnia.

Ostatni list był od Mikaela Blomkvista. Zastanawiała się chwilę, po czym postanowiła bez otwierania wyrzucić go do śmieci.

Zapakowała do kartonu kilka przedmiotów i jakieś drobiazgi, które chciała zatrzymać, i wzięła taksówkę z powrotem na Mosebacke. Umalowała się, założyła okulary i blond perukę do ramion, a do torebki schowała norweski paszport na nazwisko Irene Nesser. Obejrzała się w lustrze i stwierdziła, że Irene Nesser bardzo przypomina Lisbeth Salander, jest jednak innym człowiekiem.

Po szybkim lunchu składającym się z bagietki z serem brie i caff? latte w Café Eden na Götgatan poszła spacerkiem do wypożyczalni samochodów przy Ringvägen, gdzie jako Irene Nesser wypożyczyła nissana micrę. Pojechała do Ikei w centrum handlowym Kungens Kurva i spędziła tam trzy godziny, przeglądając cały asortyment i notując numery towarów, których potrzebowała. Podejmowała szybkie decyzje.

Kupiła dwie sofy, model Karlanda z piaskowym obiciem, pięć foteli Poäng o sprężystej ramie, dwa okrągłe stoliki do kawy z lakierowanej brzozy, ławę Svansbo i kilka nietypowych stolików z serii Lack. W dziale z półkami na książki i systemami przechowywania zamówiła dwa komplety Ivar i dwa regały Bonde, stolik pod telewizor i regał z drzwiczkami, model Magiker. Do tego dołożyła trzydrzwiową garderobę Pax Nexus i dwie małe komody Malm.

Dłuższą chwilę poświęciła na wybór łóżka, wreszcie zdecydowała się na ramę Hemnes z materacem i dodatkami. Na wszelki wypadek kupiła też łóżko Lillehammer do pokoju gościnnego. Nie liczyła na to, że kiedykolwiek będzie miała gości, ponieważ jednak posiadała pokój gościnny, mogła go równie dobrze umeblować.

Łazienka w jej nowym mieszkaniu była już w pełni wyposażona w szafki, półki na ręczniki i pozostawioną przez poprzedniego właściciela pralkę. Lisbeth kupiła tylko tani kosz na brudną bieliznę.

Potrzebowała jednak mebli do kuchni. Po chwili wahania zdecydowała się na stół Rosfors z masywnego buku ze szklanym blatem oraz cztery kolorowe krzesła.

Musiała mieć też meble do gabinetu. Ze zdumieniem oglądała nieprawdopodobne "zestawy do pracy", z przemyślnymi szafkami na komputery i klawiatury. Wreszcie potrząsnęła głową i zamówiła zwyczajne biurko Galant w okleinie bukowej z narożnym blatem i zaokrąglonymi krawędziami oraz dużą szafką. Nie spieszyła się z wyborem krzesła - na którym prawdopodobnie będzie przesiadywać godzinami - i zdecydowała się na jedno z najdroższych, model Verksam.

W końcu obeszła sklep i wybrała pokaźną liczbę kompletów pościeli, ręczników, kołder, koców, poduszek, zestawów sztućców, porcelany kuchennej, patelni oraz deskę do krojenia, trzy duże dywany, wiele praktycznych lamp i sporą ilość wyposażenia biurowego w postaci segregatorów, kosza na śmieci, pudeł do przechowywania i tym podobnych.

Gdy zakończyła obchód, podeszła ze swoją listą do kasy. Zapłaciła kartą wystawioną na Wasp Enterprises, legitymując się jako Irene Nesser. Zapłaciła również za transport do domu i montaż. Rachunek wyniósł niewiele ponad dziewięćdziesiąt tysięcy koron.

Wróciła na Södermalm około piątej po południu i zdążyła jeszcze wpaść do Axelssons Hemelektronik, gdzie kupiła osiemnastocalowy telewizor i radio. Tuż przed zamknięciem wpadła jeszcze do sklepu ze sprzętem AGD na Hornsgatan i sprawiła sobie odkurzacz. W Mariahallen kupiła mopa do podłóg, płyn czyszczący, wiadro, proszek do prania, mydło, szczoteczki do zębów i wielkie opakowanie papieru toaletowego.

Była wyczerpana, ale zadowolona z tego szaleństwa zakupów. Upchnęła wszystko do wypożyczonego nissana i ledwie żywa padła na piętrze Café Java na Hornsgatan. Z sąsiedniego stolika pożyczyła popołudniówkę i stwierdziła, że socjaldemokraci nadal rządzą, a podczas jej nieobecności w kraju raczej nie wydarzyło się nic wielkiej wagi.

Do domu dotarła o ósmej. Pod osłoną ciemności wyładowała zakupy z samochodu i wniosła je do mieszkania. Rzuciła wszystko na stertę w przedpokoju i spędziła pół godziny w poszukiwaniu miejsca parkingowego na jednej z bocznych ulic. Potem napuściła wody do jacuzzi, w którym swobodnie zmieściłyby się przynajmniej trzy osoby. Chwilę rozmyślała o Mikaelu Blomkviście. Nie myślała o nim od miesięcy, dopóki tego ranka nie zobaczyła listu od niego. Zastanawiała się, czy jest u siebie w domu w towarzystwie Eriki Berger.

Po chwili odetchnęła głęboko, nachyliła się twarzą do powierzchni wody i zanurkowała. Położyła dłonie na piersiach, ścisnęła mocno brodawki i wstrzymywała oddech przez trzy minuty, aż poczuła nieznośny ból w płucach.

Redaktorka naczelna Erika Berger zerkała na zegarek, gdy Mikael Blomkvist, spóźniony prawie piętnaście minut, wszedł na zebranie, które - zawsze o dziesiątej w drugi wtorek miesiąca - było rzeczą świętą. Właśnie na tych spotkaniach planowano z grubsza kolejny numer i podejmowano decyzje co do zawartości magazynu "Millennium" na kilka miesięcy naprzód.

Mikael Blomkvist przeprosił za późne przybycie, mamrocząc wyjaśnienie, którego nikt nie usłyszał, a na pewno nie zapamiętał. Uczestnicy spotkania to, poza Eriką Berger, sekretarz redakcji Malin Eriksson, wspólnik i szef działu foto Christer Malm, reporterka Monika Nilsson oraz Lottie Karim i Henry Cortez, oboje pracujący na pół etatu. Mikael Blomkvist od razu stwierdził, że brakuje siedemnastoletniej praktykantki. W towarzystwie, przy niewielkim konferencyjnym stole w pokoju Eriki, odnotował za to zupełnie nową twarz. Niezwykle rzadko zdarzało się, by Erika dopuszczała kogoś z zewnątrz do planowania kolejnych numerów "Millennium".

- To jest Dag Svensson - powiedziała. - Wolny strzelec. Kupujemy jego tekst.

Mikael Blomkvist kiwnął głową i wymienili uścisk dłoni. Dag Svensson miał niebieskie oczy, krótko obcięte jasne włosy i trzydniowy zarost. Na oko trzydziestolatek, wydawał się nieprzyzwoicie wysportowany.

- Zazwyczaj robimy jeden albo dwa numery tematyczne w roku - kontynuowała Erika. - Ten temat chcę zamieścić w numerze majowym. Drukarnię mamy zamówioną do dwudziestego siódmego kwietnia. Daje nam to dobre trzy miesiące na zrobienie tekstów.

- Jaki temat? - zapytał Mikael, nalewając sobie jednocześnie kawy z termosu na stole.

- Dag Svensson przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu z wersją roboczą. Poprosiłam go, by uczestniczył w tym spotkaniu. Możesz to omówić? - Erika zwróciła się do Daga.

- Trafficking. Czyli handel kobietami. W tym przypadku głównie z krajów bałtyckich i Europy Wschodniej. Aby zacząć od początku, powiem, że piszę na ten temat książkę i dlatego właśnie skontaktowałem się z Eriką - macie obecnie niewielką ofertę książkową.

Wszyscy wyglądali na rozbawionych. Wydawnictwo "Millennium" opublikowało dotychczas jedną książkę i było to tomiszcze sprzed roku, autorstwa Mikaela Blomkvista, na temat imperium finansowego miliardera Hansa-Erika Wennerströma. W Szwecji sprzedawano już siódme jej wydanie, poza tym została opublikowana w Norwegii, Niemczech i Anglii i właśnie tłumaczono ją na francuski. Sukces książki wydawał się niezrozumiały, ponieważ historia ta była ogólnie znana i nagłaśniana w niezliczonych gazetach.

- Jeśli chodzi o książki, to nie publikujemy znowu aż tak dużo - powiedział ostrożnie Mikael. Nawet Dag musiał się uśmiechnąć.

- Rozumiem. Ale macie wydawnictwo.

- Są większe - stwierdził Mikael.

- Bez wątpienia - powiedziała Erika. - Jednak już od roku dyskutujemy, czy nie wystartować z niszową serią na marginesie naszej stałej działalności. Podjęliśmy temat na dwóch zebraniach zarządu i wszyscy byli za. Wyobrażamy to sobie jako niewielką serię wydawniczą - trzy, cztery książki na rok - na którą, ogólnie rzecz biorąc, będą się składać reportaże z różnych dziedzin. Innymi słowy, typowe dziennikarskie produkty. To dobra książka na początek.

- Trafficking - podjął Mikael. - Powiedz coś więcej.

- Siedzę w temacie od czterech lat. Zająłem się tym przez moją dziewczynę. Nazywa się Mia Bergman, jest kryminolożką i badaczką gender. Wcześniej pracowała w Radzie do spraw Zapobiegania Przestępczości i robiła analizy dotyczące prawnego zakazu kupowania usług seksualnych.

- Poznałam ją - przytomnie zauważyła Malin Eriksson. - Robiłam z nią wywiad dwa lata temu, kiedy przedstawiła raport porównujący traktowanie mężczyzn i kobiet przez sądy.

Dag Svensson kiwnął głową i uśmiechnął się.

- Raport wywołał spore poruszenie - powiedział. - Mia bada trafficking od jakichś pięciu, sześciu lat. Tak się poznaliśmy. Pracowałem nad tekstem o sekshandlu w internecie i dostałem cynk, że ona coś o tym wie. I wiedziała. Aby nie przedłużać, powiem tylko, że zaczęliśmy też razem pracować, ja jako dziennikarz, ona jako naukowiec, i w trakcie całej tej historii zaczęliśmy się spotykać, a od roku mieszkamy razem. Mia pisze doktorat i będzie się bronić na wiosnę.

- Więc ona pisze doktorat, a ty...?

- Ja piszę wersję popularną tego doktoratu uzupełnioną o mój własny research. Oraz wersję skróconą w postaci artykułu, który otrzymała Erika.

- Okej, więc pracujecie razem. Co to za temat?

- Mamy rząd, który wprowadził ostry zakaz kupowania usług seksualnych, mamy policję, która powinna dopilnować, by to prawo było przestrzegane, i mamy sądy, które powinny skazywać przestępców seksualnych. Nazywamy klientów przestępcami, bo kupowanie usług seksualnych jest nielegalne. Mamy też media, które dają wyraz moralnemu oburzeniu w swoich materiałach. Jednocześnie Szwecja jest w czołówce krajów, w których handluje się prostytutkami z Rosji i krajów bałtyckich.

- Potwierdzisz to faktami?

- Sprawa nie jest żadną tajemnicą. To nie jest nawet news. Nowość polega na tym, że rozmawialiśmy z ponad dziesiątką dziewczyn, takich jak ta z Lilja 4-ever. Najczęściej mają piętnaście-dwadzieścia lat, wywodzą się z biednych środowisk dawnego bloku wschodniego, zostały zwabione do Szwecji obietnicą takiej czy innej pracy, a dostały się w szpony seksmafii nieznającej żadnych skrupułów. Przy niektórych przeżyciach tych dziewczyn Lilja 4-ever wydaje się zwykłym filmem familijnym. Mam na myśli, że te dziewczyny przeżyły coś, czego w ogóle nie da się pokazać w filmie.

- Dobra, kontynuuj.

- Na tym wątku koncentruje się doktorat Mii. Ale nie książka.

Wszyscy słuchali z uwagą.

- Mia przeprowadziła wywiady z dziewczynami. Ja natomiast zbadałem dostawców i klientów.

Mikael się uśmiechnął. Nigdy wcześniej nie spotkał Daga Svenssona, lecz nagle poczuł, że jest on właśnie takim dziennikarzem, jakich lubił - skupiał się na istocie tematu. Według Mikaela złota zasada dziennikarstwa stanowiła, że zawsze ktoś jest odpowiedzialny. The bad guys.

- I znalazłeś jakieś interesujące fakty?

- Mogę na przykład udokumentować, że pewien urzędnik z Ministerstwa Sprawiedliwości, współpracujący przy tworzeniu zakazu kupowania usług seksualnych, wykorzystał co najmniej dwie dziewczyny, które przybyły tu za pośrednictwem seksmafii. Jedna z nich miała piętnaście lat.

- A to dopiero!

- Od trzech lat pracuję nad tym tematem na pół etatu. Książka będzie zawierać przykładowe profile klientów. Są wśród nich trzej funkcjonariusze służb specjalnych i jeden policjant z obyczajówki. Pięciu adwokatów, prokurator i sędzia. A także trzej dziennikarze, z których jeden napisał wiele artykułów o sekshandlu. W wolnym czasie realizuje swoje fantazje o gwałcie na nastoletniej prostytutce z Tallina... i nie chodzi w tym przypadku o zabawy łóżkowe, na które obie strony wyraziły zgodę. Zamierzam podać ich nazwiska. Mam niepodważalną dokumentację.

Mikael Blomkvist aż zagwizdał. Po chwili przestał się śmiać.

- Ponieważ to ja znów objąłem stanowisko wydawcy odpowiedzialnego, przeanalizuję tę dokumentację z lupą w ręku - powiedział. - Ostatnim razem, gdy niedbale sprawdziłem źródła, dostałem trzy miesiące paki.

- Jeśli zdecydujecie się to wydać, dostaniesz całą dokumentację, jakiej zażądasz. Ale jest jeden warunek, jeśli mam sprzedać "Millennium" ten temat.

- Dag chce, żebyśmy wydali również książkę - powiedziała Erika.

- Dokładnie. Chcę, żeby uderzyła jak grom z jasnego nieba, a obecnie "Millennium" jest najbardziej wiarygodną i odważną gazetą w tym kraju. Nie sądzę, by wiele innych wydawnictw ośmieliło się wydać tego rodzaju książkę.

- Więc bez książki nie ma artykułu - podsumował Mikael.

- Moim zdaniem brzmi to naprawdę nieźle - powiedziała Malin Eriksson. Henry Cortez przytaknął jej mruknięciem.

- Artykuł i książka to dwie osobne sprawy - kontynuowała Erika. - W pierwszym przypadku to Mikael odpowiada za tekst. Co do książki, autor sam ponosi odpowiedzialność.

- Wiem - odpowiedział Dag. - O to się nie martwię. Gdy książka zostanie opublikowana, Mia złoży jednocześnie zawiadomienie o przestępstwach popełnionych przez wszystkie te osoby, których nazwiska podaję.

- Rozpęta się istne piekło - zauważył Henry.

- To dopiero połowa tej historii. Starałem się też prześwietlić siatki kilku organizacji zarabiających na sekshandlu. Bo chodzi tu o zorganizowaną przestępczość.

- I kogo tam znalazłeś?

- Właśnie to jest najbardziej tragiczne. Seksmafia to paskudna zgraja najgorszych mętów. Sam nie bardzo wiem, czego się spodziewałem, rozpoczynając poszukiwania, jednak w jakiś sposób daliśmy - a przynajmniej ja dałem - się zwieść, że mafia to banda snobów z wyżyn społecznych, jeżdżących w eleganckich, luksusowych brykach. Przypuszczam, że do takiego obrazu przyczyniło się sporo amerykańskich filmów. Twoja historia o Wennerströmie - Dag zerknął na Mikaela - pokazuje, że tak właśnie może być. Jednak Wennerström zdaje się należeć do wyjątków. Ja znalazłem gromadę brutalnych, sadystycznych nieudaczników, którzy ledwo umieją czytać i pisać i są kompletnymi idiotami w kwestii organizacji czy strategicznego myślenia. Mają powiązania z bikersami - członkami gangów motocyklowych - i trochę lepiej zorganizowanymi grupami, jednak ogólnie rzecz biorąc, sekshandlem zajmuje się stado osłów.

- Bardzo wyraźnie widać to w twoim artykule - powiedziała Erika. - Mamy prawodawstwo, służby policyjne i sądownictwo, które co roku finansujemy milionami koron z naszych podatków, żeby ukrócili sekshandel... a oni nie potrafią rozprawić się ze zgrają kompletnych idiotów.

- To permanentne łamanie praw człowieka, a dziewczyny, o które tu chodzi, stoją na najniższym szczeblu drabiny społecznej, więc tym samym są nieinteresujące z prawnego punktu widzenia. Nie głosują. Nie znają szwedzkiego, z wyjątkiem słownictwa potrzebnego do złapania klienta. Niemal sto procent wszystkich przestępstw związanych z sekshandlem nie zostaje nigdy zgłoszonych na policję, a jeszcze rzadziej zdarza się wniesienie oskarżenia. Dla szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości jest to jak ogromna góra lodowa, której tylko czubek wystaje z wody. A gdyby równie nonszalancko traktowano napady na banki? Nie do pomyślenia. Mój wniosek jest niestety taki, że owa nonszalancja nie trwałaby nawet jednego dnia, gdyby władze po prostu zechciały temu zaradzić. Ściganie przestępców wykorzystujących nastoletnie dziewczęta z Tallina i Rygi nie jest priorytetem. Dziwka to dziwka. Stanowi to część systemu.

- I każdy łajdak o tym wie - powiedziała Monika Nilsson.

- No więc, co wy na to? - spytała Erika.

- Podoba mi się ten pomysł - odezwał się Mikael. - Z tym tematem wyjdziemy przed szereg, a po to właśnie założyliśmy kiedyś "Millennium".

- Dlatego wciąż jeszcze pracuję w tej gazecie. Wydawca odpowiedzialny musi dać się przymknąć od czasu do czasu - powiedziała Monika.

Wszyscy oprócz Mikaela roześmiali się.

- On jako jedyny był na tyle stuknięty, żeby przyjąć to stanowisko - odpowiedziała Erika Berger. - Dajemy to na maj. Jednocześnie wyjdzie też twoja książka.

- Jest już gotowa? - zapytał Mikael.

- Nie. Mam cały plan, ale napisałem trochę ponad połowę. Jeśli zgodzicie się na publikację i wypłatę zaliczki, będę pracować nad książką na pełen etat. Research jest już zrobiony niemal w całości. Zostało jeszcze kilka uzupełniających spraw, tak na marginesie. Właściwie tylko potwierdzenie czegoś, co już wiem, i konfrontacja z klientami, których zdemaskuję.

- Zrobimy tak samo jak w książce o Wennerströmie. Layout zajmie tydzień - przytaknął Christer Malm - a druk dwa tygodnie. Konfrontacje przeprowadzimy w marcu i kwietniu i podsumujemy je na piętnastu stronach, to będzie ostatni tekst. Chcemy więc dostać wersję roboczą piętnastego kwietnia, żebyśmy zdążyli sprawdzić wszystkie źródła.

- A jak robimy z umową?

- Nigdy nie sporządzałam umowy na napisanie książki, muszę więc pogadać z naszym radcą prawnym. - Erika zmarszczyła brwi. - Ale proponuję zatrudnienie na czteromiesięczną umowę o dzieło, od lutego do maja. Nie wypłacamy żadnych premii.

- Dla mnie OK. Potrzebuję pieniędzy, żeby całkowicie skoncentrować się na pisaniu.

- Poza tym mamy prostą zasadę: po opłaceniu kosztów dochodami z książki dzielimy się pół na pół. Co ty na to?

- Brzmi całkiem nieźle - odpowiedział Dag.

- Przejdźmy do obowiązków. Malin, chcę, żebyś zaplanowała numer tematyczny. To będzie twoim głównym zadaniem od nowego miesiąca; pracujesz z Dagiem i redagujesz teksty. A to oznacza, Lottie, że zostajesz tymczasowym sekretarzem redakcji na okres od marca do końca maja. Przejdziesz na pełny etat, a Malin albo Mikael będą ci pomagać w wolnej chwili.

Malin kiwnęła głową.

- Mikael, chcę, żebyś był redaktorem książki.

Spojrzała na Daga Svenssona.

- Mikael może i na takiego nie wygląda, ale naprawdę jest cholernie dobrym redaktorem, a poza tym zna się na researchu. Każde słowo w twojej książce obejrzy pod mikroskopem i jak jastrząb rzuci się na każdy szczegół. Schlebia mi, że chcesz wydać to u nas, ale mamy w "Millennium" szczególne problemy. Mamy pewnych wrogów, którzy tylko czekają, byśmy się ośmieszyli. Skoro wychodzimy przed szereg i publikujemy, musi to być bezbłędne w stu procentach. Nie stać nas na pomyłkę.

- To zrozumiałe.

- Dobrze. Jak zniesiesz to, że ktoś całą wiosnę będzie patrzył ci przez ramię i krytykował aż do bólu?

Dag wyszczerzył zęby i spojrzał na Mikaela.

- Bierz się do dzieła.

Mikael kiwnął głową.

- Skoro to numer tematyczny, musimy mieć więcej artykułów. Mikael, napiszesz o finansach w sekshandlu. O jakie sumy w skali roku chodzi? Kto na tym zarabia i dokąd trafiają pieniądze? Czy można znaleźć dowody na to, że część tych pieniędzy ląduje w państwowej kasie? Moniko, sprawdzisz przestępstwa na tle seksualnym w ogóle. Porozmawiaj z centrami pomocy kryzysowej dla kobiet, ze specjalistami, lekarzami i władzami. Wy dwoje i Dag piszecie teksty, na których oprze się cały numer. Henry, chcę mieć wywiad z dziewczyną Daga, Mią Bergman, a nie może go przeprowadzić Dag. Sylwetka: kim ona jest, jakie robi badania i jakie wyciągnęła wnioski. Potem zrobisz analizy kilku przypadków na podstawie dochodzeń policyjnych. Christer zdjęcia. Nie wiem, jak to zilustrować. Przemyśl sprawę.

- Ze wszystkich możliwych tematów ten wydaje się najłatwiejszy do zilustrowania. Nie będzie problemu.

- Pozwólcie, że jeszcze coś dodam - powiedział Dag. - Są też nieliczni policjanci, którzy odwalają kawał naprawdę dobrej roboty. Wywiad z jednym z nich nie byłby złym pomysłem.

- Masz jakieś nazwiska? - zapytał Henry Cortez.

- I numery telefonów - przytaknął Dag.

- Dobrze - odezwała się Erika. - Temat majowego numeru: seksbiznes. Ma z niego wynikać, że trafficking to proceder łamania praw człowieka, a tych przestępców powinno się ujawnić i traktować jak zwykłych zbrodniarzy wojennych, szwadrony śmierci czy katów. Bierzemy się do dzieła.