II
Kiedy ma się sześć lat, wszystko, co się robi, jest najważniejsze i pochłania bez reszty. Jeśli jest to gra w piłkę na podwórzu, nie może dziać się nic innego, a kiedy przy tej okazji wybucha kłótnia, jest to najbardziej namiętna z kłótni świata.
- Bramka! Bramka!
- Wcale nie! Przeszła obok! Sam widziałem!
- Guzik widziałeś!
- Bramka!
- To ja się nie bawię!
- To się nie baw! Wielkie co! Wszyscy widzieli, że była bramka. Niech Krzysztof powie!
- Była bramka! - przyświadcza Krzysztof, przejęty, że nagle od niego jednego zależy potwierdzenie tak istotnego faktu.
Teraz chłopcy krzyczą jeden przez drugiego i gdy w oknie ukazuje się głowa Pauliny, jest to najmniej odpowiedni moment, aby Krzysztofa przywołać na obiad.
- Już idę! - odkrzykuje, ale od razu widać, że nie ma wcale zamiaru opuścić podwórza.
- Tylko zaraz! - dodaje niania groźnie.
- Zaraz - powtarza Krzysztof i nie rusza się z miejsca.
Bo oto przed dom zajeżdża taksówka, a to jest coś najbardziej ciekawego, co może się przydarzyć.
Chłopcy od razu zapominają o piłce i spornej bramce i już stoją wokół warszawy. Pytanie we wszystkich oczach:
- Po kogo?
- Pewnie po tatę Krzysztofa.
- Coś ty? Jego tata jeździ pogotowiem. Pogotowiem ze stoczni. No nie, Krzysztof?
- Pogotowiem - odpowiada Krzysztof z dumą.
- Widzisz? Mówiłem!
- To pewnie po tę panią z pierwszego piętra. Ona zawsze jeździ taksówką.
- A wcale nie, bo po Zośkę! Po Zośkę! Widzicie? I po tę panią z walizką! To pewnie jej babcia.
Chłopcy podbiegają do dziewczynki, która za starszą, obcą panią ukazuje się na progu.
- Dokąd jedziesz? Dokąd jedziesz? Zośka?
Starsza pani nie jest zadowolona z tego spotkania.
- Zosiu, nie odchodź, bo się spóźnimy.
Ale już nad podwórzem unosi się krzyk:
- Zośka jedzie taksówką!
- Dokąd jedziesz, Zośka?
- Do babci.
- Już na wakacje?
- Głupiś, jeszcze nie ma wakacji.
- Nie na wakacje. Na zawsze - mówi Zośka cicho.
- Jak to na zawsze? Dlaczego na zawsze?
- Bo oni się rozwodzą.
- Kto?
- Tata z mamą. A mnie zabiera babcia.
Starsza pani chwyta Zośkę za rękę.
- Chodźże wreszcie, zobaczysz, że się spóźnimy.
Samochód odjeżdża, a chłopcy wciąż nie ruszają się z miejsca.
- Co to znaczy: oni się rozwodzą? - pyta Krzysztof.
- Nie wiesz? To znaczy, że tata Zośki będzie miał nową żonę, a mama nowego męża.
- Jak ta pani z pierwszego piętra. Ona ma też nowego męża. I jeździ zawsze taksówką.
Znowu trzask otwieranego okna i głos niani w najmniej odpowiednim momencie:
- Krzysztof? Ile razy mam cię wołać?
- Już idę.
- Zaraz, bo powiem tatusiowi.
- Idę! - odwrzaskuje Krzysztof w stronę okna. A do kolegów cicho: - I dlatego Zośkę zabrała babcia?
- No pewnie.
Paulina wciąż czeka w oknie.
- Krzysztof, czy ja mam zejść po ciebie?
- Ojej, już idę - odpowiada Krzysztof ze zniecierpliwieniem. Bo już wie, że koledzy, których akurat nikt nie woła, którzy mogą się bawić, jak długo zechcą, zaraz będą mu dokuczać.
- Przyjdziesz po południu?
- Nie wiem.
- On nigdy nie wie.
- Bo mu niania nie pozwala.
- On musi po obiedzie leżeć.
Krzysztof wybucha ze złością:
- A właśnie że przyjdę! Właśnie że przyjdę! Zobaczycie! - I zaraz ucieka, bo po pierwsze: wcale nie jest takie pewne, czy przyjdzie, a po drugie: jeśli niania zawoła znowu, oni będą jeszcze bardziej śmiać się z niego.
Niania czeka już w progu.
- Ile razy trzeba cię wołać? Zupa stygnie. Umyj ręce! Zgrzałeś się?
Krzysztof odwraca oczy, bo nie umie kłamać, gdy ktoś na niego patrzy.
- Nie. Wcale!
- Pokaż! Jezus Maria! Cały mokry! Co ci mówiłam, jak wychodziłeś? Dlaczego tak biegałeś?
- Wszyscy biegają!
- Ale wszyscy tak się nie grzeją.
- Wszyscy się grzeją!
- Poczekaj, wytrę ci plecy. Zawiń rękawy! Jak myjesz ręce? Całe mydło w ręcznik. Boże, z Tereską połowy tego kłopotu nie było.
Tego Krzysztof najbardziej nie lubi, tych bezustannych porównań, które zawsze wypadają na jego niekorzyść.
-
Z Tereską! Mama jest duża.
Niania natomiast z upodobaniem wraca do tych wspomnień. Zaraz się roztkliwia, zaraz cała jest w uśmiechu.
- Ale była kiedyś mała. Zupełnie mała. Jak ty! No, siadaj! Już! Niedługo przyjdzie mama, tatuś, pan Antoni. Musisz szybko zjeść.
Ale Krzysztof coraz wolniej porusza łyżką.
- Nad czym ty medytujesz?
Dziecko podnosi znad talerza zamyślone oczy.
- Nianiu, a oni nie mogą się rozwieść.
- Jezus Maria! Kto? O czym ty mówisz?
- No, tata z mamą. Oni nie mogą się rozwieść, bo ja nie mam babci!
- Kto ci znowu jakichś bzdur naopowiadał?
- To nie bzdury. Po Zośkę z trzeciego piętra przyjechała babcia. Bo oni się rozwodzą.
- Jedz! Dobrze? I przestań gadać głupstwa.
Krzysztof jednak tym razem nie boi się groźnego tonu niani. Wybija takt łyżką o brzeg talerza i podśpiewuje olśniony swoim odkryciem.
- A ja nie mam babci! Nie mam babci!
- Cicho!
- Nie mam babci! Nie mam babci!
Hałas jest tak wielki, że nie słychać zgrzytu klucza w zamku i lekkich kroków przez korytarz. Cisza zalega dopiero wtedy, gdy na progu kuchni zjawia się trochę zdyszana, zaróżowiona od pośpiechu Teresa.
- Co się tu dzieje? Co to za hałasy? Krzysztof znowu grymasi przy jedzeniu.
- To nic nowego - mówi niania.
Ale Teresa nie ma dziś ochoty się gniewać.
- Pocałuj mamę i jedz. Poczekamy na tatusia i zaraz po obiedzie jedziemy do Oliwy, do parku. Go za dzień! Powietrze aż pachnie. Niania dziś wychodziła?
- Tylko do rzeźnika i po pieczywo. Przepierkę musiałam zrobić. Te pralki elektryczne to dobry wynalazek, ale się przy nich też trzeba narobić. A to wody nagrzej, a to wlej, a to wylej, a stój przy tym...
- Nianiu, na litość boską! Kazała mi niania kupić pralkę...
- A ja nie mam babci!
- Cóż to znowu nowego?
- A to przez tych z trzeciego piętra. Dzisiaj po Zosię przyjechała babcia - Paulina ścisza głos: - Krzysztof to widział i teraz z głowy mu to wyjść nie chce.
- Więc jednak... Myślałam, że się pogodzili.
- Ale gdzie tam! Najgorzej jak się w małżeństwo ktoś trzeci wda. Tak długo jest dobrze, jak tego trzeciego nie ma.
- Ach, nianiu, jak się ludzie kochają...
- A tam, kochają, kochają... To zależy na jaką porę kochania takie coś trafi. Bo miłość też ma swoje pory jak przyroda...
- Co też niania mówi?
- Już ja wiem, co ja mówię. A te kwiaty wczoraj to były od kogo?
- A czy to coś złego, że mi ktoś czasem kwiaty przyniesie? To mechanik z "Nowotki". Łączyłam go kilka razy z domem, więc kiedy wrócił...
- No, no, ty tylko uważaj, tak się zwykle zaczyna.
Teresa czuje się naprawdę urażona.
- Ależ, nianiu, co też niania mówi? Ja bym miała... - i spostrzega, że Krzysztof przysłuchuje się rozmowie. - Jedz! Słyszałeś, że po obiedzie wychodzimy, a musisz jeszcze poleżeć.
- Nie chcę leżeć!
- Co to znaczy nie chcę?
- Nie chcę! Chłopaki się śmieją!
- Oni się śmieją, ale też na pewno leżą, kiedy ich mamusia o to prosi.
- Akurat! Leżą! Zaraz po obiedzie są na podwórzu.
- No i czy ja nie mam racji, kiedy mówię, że on się zrobił niemożliwy? Kiedy ty byłaś... kiedy pani doktorowa była mała...
Krzysztof zaczyna znowu walić łyżką o talerz i podśpiewywać:
- A ja nie mam babci! Nie mam babci!
I choć bardzo zasługuje na to, żeby się na niego gniewać, Teresa i niania wybuchają śmiechem.
- I gadaj z nim!
Ale zaraz cichną i nadsłuchują, ponieważ ktoś idzie po schodach i otwiera drzwi. Teresa wybiega do przedpokoju.
- Ach, myślałam, że to Adaś, a to pan Antoni.
W jej głosie jest trochę rozczarowania, które nie da się ukryć. Za to Krzysztof i Paulina promienieją na widok pana Antoniego.
- Zrobi mi pan łódkę?
- Uspokój się, daj panu odetchnąć.
Pan Antoni, tak samo jak Teresa przed chwilą, jest cały odurzony wiosną, jej pierwszym atakiem na miasto i ludzi.
- Co za dzień! Aż się człowiekowi do mieszkania nie chce wchodzić.
Paulina już dzwoni talerzami.
- Nareszcie ciepło! Najwyższy czas! - odpowiada znad kuchni.
- Zrobi mi pan łódkę?
- Krzysztof! Pan Antoni jeszcze nie usiadł, a już ma ci łódkę robić?
-
Ale jak odpocznie, to mi zrobi?
-
Zrobię ci, zrobię.
-
Jaką?
-
Nie nudź! Widzisz, że niania daje panu Antoniemu obiad.
-
Czy pani będzie jadła w pokoju razem z panem doktorem?
-
Aha! To znaczy, że teraz mam ustąpić miejsca panu Antoniemu?
- Ale cóż znowu? Niech pani siedzi.
- Och, wiem, wiem, Paulina w gruncie rzeczy dba więcej o pana Antoniego niż o nas. Proszę, cóż to takiego dobrego dostaje pan na obiad?
- Botwinkę na wieprzowinie.
- No, nie mówiłam? A my mamy rosół! Nie przyszło niani na myśl, że my wolelibyśmy też botwinkę?
- Boże święty! Przecież pan doktór tak lubi rosół, a za wieprzowiną nie przepada.
Pan Antoni jest gotów się zamienić.
- Proszę, jeśli pani doktorowa ma ochotę.
- Ona taka była od dziecka. Zawsze jej lepiej smakowało u sąsiadów.
- Ja też chcę botwinki! - woła Krzysztof.
-
O, jeszcze jeden się znalazł!
- Ależ to żarty! Dziękuję panu, panie Antoni. Poczekam na Adasia, tak rzadko jemy razem, albo on, albo ja mam dyżur. Ja tylko lubię od czasu do czasu podroczyć się z Pauliną. Niech pan zobaczy, jaka czerwona!
- Ale gdzie tam, to od kuchni.
- Od tego gazu, co ledwie błyszczy? Moja nianiu?
- No, już dobrze, dobrze. Niech sobie będę czerwona. Krzysztof, a marchewkę kto zje?
- Nie chcę marchewki! Kiedy pan Antoni zrobi mi łódkę?
- Słyszałeś, że pan Antoni musi najpierw odpocząć. Mało się narobi na tankowcu?
- Co to tankowiec?
- To taki duży statek, który będzie woził ropę.
- A co to ropa?
Niania wznosi oczy do nieba.
- Teraz zaczną się pytania.
- Z ropy robi się naftę i benzynę.
- Dla tatusia do zapalniczki?
Pan Antoni się śmieje.
- Do zapalniczki także.
I nagle odzywa się głos:
- Kto tu mówi o mojej zapalniczce?
- Tatuś! Tatuś!
Nikt nie słyszał, jak wszedł. Umyślnie skradał się na palcach przez przedpokój, żeby zrobić niespodziankę, bo naprawdę rzadko się zdarza, żeby mogli razem zjeść obiad. I oto obydwoje wiszą już na nim: Krzysztof i Teresa.
- Adasiu, jak to dobrze, że jesteś! Nianiu, prędko obiad!
Pauliny nie trzeba przynaglać, lubi, kiedy wszyscy są w domu, kiedy jest ruch, gwar, życie. Wymachując białym obrusem pędzi do pokoju.
Teresa promienieje.
- Zjemy obiad i jedziemy do Oliwy. Takiego dnia nie można zmarnować w domu.
- Do Oliwy? Po cóż, u licha, do Oliwy?
- Jak to po co? W parku musi być dzisiaj cudownie! Nie byliśmy jeszcze tego roku.
- Przyznam się, że marzę o prysznicu i o wyciągnięciu się na tapczanie.
Krzysztof patrzy z nadzieją na ojca.
- Dobrze, będzie jak zechcesz - mówi Teresa.
I choć głos jej brzmi zwyczajnie, Adam już wie, że sprawił jej przykrość.
- Och, Biedroneczko, co ja dzisiaj miałem za dzień!
Nareszcie są sami, na stole dymi rosół, a z kuchni dochodzi głos Pauliny, namawiający Krzysztofa do zjedzenia marchewki. Teraz można się poskarżyć, ta chwila należy do nich.
- Biedaku! - mówi Teresa i już jej wcale nie zależy na tym, żeby pojechać do Oliwy.
- Stocznia to nie fabryka zabawek. Taka piękna wiosna, a ludziom przytrafia się tyle nieszczęść. W dodatku przed samą stocznią ciężarówka przejechała jakiegoś chłopca.
- Tylko mi nie opowiadaj!
- Muszę ci opowiedzieć. Wszystkim matkom trzeba opowiadać! Jak ja zastanę kiedyś Krzysztofa na ulicy, to wszyscy dostaniecie lanie - on, Paulina i ty na dokładkę, bo mu na wszystko pozwalasz. Wpadł prosto pod koła, kierowca nie zdążył nawet zahamować. Przynieśli go do nas, żeby prędzej...
- Nie żyje?
- Nie wiem. Przy mnie jeszcze żył. Odwiozłem go do Akademii. Mieli zaraz robić trepanację. A wszystko dlatego, że dzieci wychodzą same na ulicę. Krzysztof? Chodź no tutaj!
- Ale jeszcze nie zjadłem.
- Później zjesz. Chodź no do tatusia. Pamiętaj, żebyś nigdy nie wychodził sam na ulicę. Auto cię może przejechać.
- A Zosia pojechała taksówką...
- Co to ma do rzeczy? Mówię ci, żebyś się nie bawił na ulicy.
- Po Zosię przyjechała babcia. A ja nie mam babci!
- O czym on mówi, Biedroneczko?
- Ja nie mam babci! Nie możecie się rozwieść, bo ja nie mam babci!
- Cicho bądź, Krzysztof? Wracaj do jedzenia! Pomyśl tylko, czym on sobie głowę nabił. Widzisz, ci z trzeciego piętra... Zosię dzisiaj zabrała babcia...
- Mówiłaś, że się pogodzili.
- Widzisz, jak się pogodzili.
- O co im właściwie poszło?
- A bo to wiadomo, o co ludziom chodzi w takich wypadkach? Krzysztof, umyj ręce!
- Już myłem.
- Myłeś przed obiadem, a teraz trzeba umyć po obiedzie. Wszystkie grzeczne dzieci tak robią.
- A jak już urosnę, to nie będę musiał się wciąż myć?
- Chyba że nie zostaniesz lekarzem, tak jak tatuś. Nianiu, czy Krzysztof dostał witaminy?
- Zaraz mu dam.
- Przecież mówiłem tyle razy, żeby witaminy podawać podczas jedzenia.
- Ojej, wielkie co! Rzodkiewki dzisiaj jadł, szczypiorek, marchewkę, to już ma swoje. Za moich czasów nie było żadnych witaminów, a chwalić Boga wyrosłam jak trzeba.
- No, nianiu! A ja jednak proszę, żeby Krzysztof dostawał wszystko, co mu przepisuję.
- Dostanie, dostanie, biedne dziecko!
- Więc o co im właściwie poszło?
- Komu?
- No, tym z góry.
- Ach, tym z góry. Czy ja wiem? Może po prostu przestali się kochać?
- I myślisz, że to takie proste przestać się kochać?
- Wcale nie myślę, że to proste. Ale tak często zdarza się teraz między ludźmi. Wiesz, czasem to aż się boję...
- Cicho sza! Nie gadaj głupstw! Daj tu nos do pocałowania. Mój brzydki, piegowaty nos! No więc co? Musimy jechać do tej Oliwy?
- A ty bardzo nie chcesz?
- To nieważne. Jeśli tobie sprawi to przyjemność...
- Ale chcę wiedzieć, czy ty masz ochotę.
- Ja mam ochotę, jeśli ty masz ochotę.
- Ale ja chcę wiedzieć, czy ty naprawdę chcesz tam pojechać?
- Jeśli ty chcesz...
- Ale czy ty chcesz?
- Biedroneczko, bo się pokłócimy z tej miłości. Powiedz krótko: uplanowałaś sobie, że dziś pojedziemy do parku? Zależy ci na tym?
- Bardzo! Wiesz, tam jest ta nasza ławeczka...
- No to nie ma o czym mówić, prześpię się innym razem. Innym razem, kiedy będę miał sześćdziesiąt lat...
- Włożę kostium.
- Włóż, co chcesz, kochanie.
- A może on już jest niemodny?
- Dlaczego ma być niemodny?
- Nie widziałeś w "Przekroju"? Teraz znowu modne są dłuższe żakiety.
-
Ale tobie w tym krótkim jest tak ładnie!
-
Naprawdę tak mówisz, czy jesteś taki chytry?
-
Dlaczego chytry?
-
Nie wiesz? Jeśli mąż nie chce, żeby żona wydawała pieniądze na nowe stroje, zapewnia ją, że najlepiej podoba mu się w starej sukience.
-
Nie, daję słowo, że powiedziałem to bez żadnych ubocznych względów.
-
Ach, Adasiu, widziałam w Gdyni taki piękny sweterek! Teraz jest tyle wystaw, że nie mogę spokojnie przejść przez Świętojańską.
-
Zawsze twierdziłem, że ludzie jeżdżący samochodami mają mniej pokus.
- Ty żartujesz, a ten sweterek jest naprawdę cudowny. Niebieski i z dekoltem...
- No to kup sobie, kochanie... Nad czym się zastanawiasz?
- A jak nam nie wystarczy pieniędzy do pierwszego?
- Jakoś sobie poradzimy.
- Ostatecznie mogę pożyczyć od niani.
- Ani się waż! Wiesz, że tego nie lubię.
- Niania i tak nie ma co zrobić z pieniędzmi.
- To nas nie powinno obchodzić. Niech sobie kupi motocykl albo skuter.
-
Już przestań na mnie krzyczeć. Nic sobie nie kupię.
-
Musisz sobie kupić. Wezmę kilka dyżurów w pogotowiu.
-
Mam pozwolić, żebyś zapracowywał się dla mnie? Akurat teraz, kiedy możemy być na powietrzu, pojechać do lasu czy nad morze. Krzysztof! Umyłeś ręce?
-
Tak.
-
Wkładaj białe skarpetki. A niania by z nami nie pojechała?
- A kto w domu co porobi? Garnków mam mało do zmywania? A bieliznę wynieść na strych? A koszulę dla pana doktora na jutro wyprasować?
- Oj, wyprasuje niania wieczorem.
- Może w nocy? W nocy to ja chcę spać.
- Chodźmy, Biedroneczko, bo niania w złym humorze.
- W złym, nie złym, ale jak robota na człowieka czeka, to co tu myśleć o spacerowaniu?
- Jak niania chce.
Przez to, że niania zostaje w domu w taki piękny dzień, upragniony spacer nie jest już tym, czym miał być, stał się jakby małym przestępstwem wobec tych, którzy nie biorą w nim udziału. I Paulina smutnieje, gdy zamykają się drzwi za Danielewiczami. Tylko pan Antoni podśpiewuje, szukając czegoś po kątach.
- A gdzie to moje nasiona? Położyłem tu wczoraj torebkę rzodkiewki i fasolki.
- Przecież leżą na oknie. A pan Antoni na działkę?
- A gdzie by? Doczekać się nie mogłem popołudnia. Przez cały czas myślałem sobie, czy przez noc otworzyły się pączki tulipanów.
- A już kwitną?
- Myślę, że właśnie dziś powinny zakwitnąć. Panno Paulino!
- Co? Jeszcze pan tych nasion nie znalazł?
- Nie to. Panno Paulino, a nie poszłaby pani ze mną na działkę?
- Jezus Maria! Ja? A co też pan, panie Antoni? Robota w domu...
- Robota nie zając, zdąży pani jeszcze wszystko porobić. A pani doktorowa na pewno się ucieszy, jak się dowie, że wyciągnąłem panią z domu. A na działce tak ładnie! Ziemia pachnie! Nie ma pani pojęcia, jak ziemia pachnie, panno Paulino!
Paulina odpowiada nie od razu. Ręce jej trochę drżą, gdy odpina fartuch.
- Dlaczego nie mam pojęcia? Przeciem ze wsi i wciąż tę wieś czuję koło nosa, jakbym wczoraj na miedzy stała i patrzała, jak ojciec orze. Wie pan co, panie Antoni, pójdę z panem!
- To rozumiem! Wstąpimy na dół po Drążków i całą paczką pojedziemy na działkę.
- A pan musi z tymi Drążkami? Nie ma pan Drążka dosyć na stoczni?
- Przecież kolega.
- Ale Drążkowa dla mnie nie koleżanka. Taka dama się z niej teraz zrobiła, że bez kija nie przystępuj.
- No, już dobrze, możemy jechać bez Drążków, szkoda czasu. Niech się pani pośpieszy, panno Paulino. Człowiek sobie przez całe życie wszystkiego skąpi, a potem nagle ni stąd, ni zowąd okazuje się, że już za późno...
- Cóż też pan, panie Antoni! Jak to za późno? Przecież dopiero piąta!
- Piąta? Gdzie tam piąta. Na naszych zegarkach jest już dalej. Chodźmy! Spieszmy się! Prędzej! Prędzej, panno Paulino! Taki wieczór majowy mija szybciej niż te, któreśmy dawniej przeżyli.