Rozdział 1. Cesarzowa urody
Rozdział 1
Cesarzowa urody
Ona to sobie [wszystko] wymyśliła - twierdził jeden z byłych
współpracowników Heleny Rubinstein. - Niemal każda osoba pochodząca z egzotycznych rejonów świata rozgłasza opowieści o produkcji cudownego
eliksiru wedle rodzinnej receptury, powołując się na jakiegoś dziadka z Transylwanii. Proszę mi wierzyć, ta kobieta w Polsce nie miała pojęcia o niczym. Umiała jedynie robić pieniądze i barwnie o tym opowiadała.
Równie dobrze mogłaby zajmować się sprzedażą tokarek i też by na tym
świetnie wyszła"1.
Z upływem lat życie Heleny Rubinstein obrastało w mity, a najbardziej
przyczyniła się do tego sama zainteresowana. Z rozmysłem konfabulowała i opowiadała nieprawdziwe historie na temat swojego życia, przez co
dzisiaj tak trudno jest odróżnić prawdę od legendy. Helena wypierała się
swojego pochodzenia i pod żadnym pozorem nie chciała przyznać się do
tego, że przyszła na świat w ubogiej rodzinie. Była pierwszą kobietą,
która samodzielnie zbudowała imperium finansowe, ale nigdy nie
zrozumiała, że gdyby mówiła o sobie prawdę, jej kariera byłaby jeszcze
bardziej godna podziwu.
Chaja, córka Hercla
"Zanim dorosłam - wspominała Helena - byłam najstarszą z ośmiu sióstr.
Nasz jedyny brat zmarł w dzieciństwie. Kraków był i wciąż jest
średniowiecznie wyglądającym miastem, ośrodkiem intelektualnym i kulturalnym. Tutaj wszyscy dorastaliśmy. Żyliśmy w obszernej, starej
kamienicy niedaleko Rynku, blisko uniwersytetu. To był dom zapełniony do
granic możliwości pięknymi XIX-wiecznymi meblami i różnymi zbiorami
ojca, który miał zamiłowanie do archiwaliów i książek. Do oświetlania
pokojów używaliśmy lamp naftowych, a w zimie utrzymywaliśmy ciepło
dzięki wysokim kaflowym piecom, w których dniami i nocami palił się
ogień"2.
Rzeczywistość nie wyglądała jednak tak różowo, bo przyszła królowa
kosmetyków nigdy nie mieszkała w pobliżu krakowskiego Rynku. Prawdą
jest, że urodziła się w Krakowie, ale jej rodzina żyła na Kazimierzu,
czyli w żydowskiej dzielnicy miasta. Nie było też żadnej "obszernej,
starej kamienicy", tylko bardzo skromne mieszkanie w jednopiętrowym domu
przy ulicy Szerokiej. Natomiast rzeczywiście mogły tam jasno płonąć
lampy, gdyż ojciec panny Rubinstein zajmował się handlem naftą.
Helena tak bardzo przywykła do upiększania swojej młodości, że z czasem
przestała zwracać uwagę na to, że sama sobie zaprzecza. W notce na
okładce książki Food for Beauty z 1938 roku twierdziła, że "pochodzi z Krakowa, z rodziny lekarskiej od pokoleń", natomiast we wstępie do The
Art of Feminine Beauty jej fantazja podążyła w całkiem innym kierunku.
"Urodziłam się w Krakowie jako pierworodne dziecko zamożnych rodziców.
Rodziny mojej matki [Gitel - S.K.] i ojca były szanowane w środowisku,
bowiem cechowały je przedsiębiorczość, dobre maniery i poczucie własnej
wartości. Moi dwaj dziadkowie mieli znaczne udziały w kopalnictwie i bankowości w Polsce, mój ojciec zajmował się eksportem. Dzieciństwo i młodość spędziłam w szczęśliwej atmosferze w wielkim, starym domostwie.
Pokoje były zapełnione zbiorami ojca, który kolekcjonował bibeloty,
antyki i książki"3.
W rzeczywistości jeden z dziadków handlował bydłem, a drugi był
lichwiarzem. Ojciec Heleny, Hercel (Herzel, Herschel?) Rubinstein,
prowadził na Kazimierzu niewielki sklep, w którym obok nafty oferował
produkty żywnościowe. Uzyskiwane dochody z trudem wystarczały na
utrzymanie licznej rodziny, a dodatkową zgryzotą pana domu było to, że
zgodnie z ówczesnymi obyczajami każda z ośmiu córek powinna otrzymać
posag. Tymczasem rodzina Rubinsteinów nie posiadała ani oszczędności,
ani żadnej kolekcji antyków.
Żydzi osiedlali się w podkrakowskim Kazimierzu od końca XV wieku i z upływem lat miasto to stało się ważnym ośrodkiem judaizmu. U schyłku
Rzeczypospolitej Obojga Narodów zostało włączone w granice Krakowa, ale
przez dziesiątki lat zachowywało odrębność, a miejscowi Żydzi nie
asymilowali się z polskim otoczeniem. Na Kazimierzu znajdowały się
liczne synagogi i szkoły religijne, dzielnica miała typową dla miast
żydowskich zabudowę z mykwami i rytualnymi jatkami. I właśnie taki obraz
utrwalił się w pamięci Heleny, co zapewne skłaniało ją do fałszowania
swojego życiorysu.
"Kiedy skończyła się moja nauka w gimnazjum - konfabulowała po latach -
ojciec pragnął, bym studiowała medycynę. Choć traktowałam naukę
poważnie, zaskoczyło mnie, że ojciec wybrał taką karierę dla jednej ze
swoich córek. Kobiety w szkołach medycznych i szpitalach należały
wówczas do rzadkości i nie były mile widziane przez środowisko
lekarskie, wciąż uważane za wyłącznie męskie. Chciałabym móc powiedzieć,
że czas spędzony na studiach medycznych był udany. Nie był. Choć
podobała mi się praca w laboratorium, to jednak źle się poczułam na
widok sali operacyjnej i zemdlałam. Niezależnie od tego, że byłam bardzo
pilna, przezwyciężenie własnej słabości okazało się niemożliwe. Groziło
mi wyrzucenie z uniwersytetu, bałam się o tym powiedzieć rodzicom, ale
matka odgadła, dlaczego stałam się chuda i nieszczęśliwa"4.
Kobiety dopuszczono do studiowania medycyny w Krakowie dopiero w 1900
roku, a wtedy Helena już od kilku lat przebywała w Australii. Nie mogła
zatem uczęszczać na zajęcia uniwersyteckie, nie miała zresztą zdanej
matury. Nie uczyła się też w gimnazjum, tylko w szkole dla dziewcząt na
Kazimierzu, a naukę przerwała w wieku 16 lat. Na ogół właśnie tak
postępowano w jej środowisku, w którym przeznaczeniem kobiety było
zamążpójście, opieka nad domem i rodzenie jak największej liczby dzieci.
O emancypacji jeszcze tam wtedy nie słyszano, a jeśli nawet, to zapewne
uznawano ją za pomysł z piekła rodem.
Helena (a właściwie Chaja), jako najstarsza z rodzeństwa, pomagała matce
w prowadzeniu domu, przeszła też praktyczny kurs buchalterii w sklepie
ojca. Po latach wspominała, że to właśnie wtedy nastąpił jej debiut w dziedzinie biznesu:
"Dokładnie pamiętam jedną ze swoich pierwszych inicjatyw. Dopiero co
ukończyłam szesnasty rok życia. Mój ojciec był zbyt chory, by wziąć
udział w ważnym biznesowym spotkaniu i nie miał czasu, żeby je odwołać.
Postanowiłam go zastąpić, co wymagało ode mnie odbycia podróży koleją. W tamtych czasach była to poważna eskapada! Wzięłam sobie na wspólnika
starego służącego, który towarzyszył mi na spotkaniu z biznesmenem,
któremu śmiało przedstawiłam punkt widzenia mojego ojca. Załatwiwszy tę
sprawę, wróciłam do Krakowa"5.
Rodzice pragnęli jak najszybciej wydać ją za mąż, więc gdy tylko trafił
się kandydat, który zgodził się poślubić pannę bez posagu, postanowili
natychmiast sfinalizować ten związek.
"Ojciec wybrał bogatego 35-letniego wdowca jako idealnego męża dla mnie
- wspominała Helena. - Bardzo go lubiłam, ale miałam 18 lat i byłam
romantyczką, i nigdy nie zaakceptowałabym go jako małżonka. Zakochałam
się bowiem w przystojnym, młodym studencie medycyny. Nosił imię
Stanisław i pamiętam, że miał kręcone włosy i uderzająco niebieskie
oczy. Gdy zgodnie ze zwyczajami tamtej epoki poprosił Ojca o moją rękę,
ten wpadł we wściekłość. Były krzyki, łzy i złość. To było dla mnie zbyt
wiele. Czułam się rozbita; miałam zostać starą panną. Nic mi w Polsce
nie zostało"6.
Małżeństwo z gojem oczywiście nie wchodziło w rachubę, przy czym w ogóle
wydaje się wątpliwe, czy ów Stanisław naprawdę istniał. Prawdopodobnie
była to kolejna legenda, gdyż Helena nie miała raczej możliwości
poznania polskiego studenta medycyny. Nie bywała na Uniwersytecie
Jagiellońskim, nie odwiedzała kawiarń, w których spotykała się młodzież
z uczelni. Świat żydowskiego Kazimierza był hermetycznie zamknięty, a dziewczyny nie było stać na rozrywki.
Poza tym dość trudno uwierzyć w to, że Helena straciła głowę dla
jakiegoś młodzieńca. W późniejszych latach sprawy uczuć i erotyki
traktowała w sposób marginalny, całkowicie podporządkowując życie
prywatne swojej karierze zawodowej. Wprawdzie zawsze chciała podobać się
mężczyznom, ale uważała, że to tylko sposób na sprawdzenie skuteczności
zabiegów kosmetycznych. Z nikim też nie flirtowała, nie interesowały jej
romanse niemające przełożenia na sprawy zawodowe.
Wiedziała na pewno, że nie chce być podobna do swojej matki i jej
przyjaciółek. Ze zgrozą obserwowała, jak Gitel co rok zachodzi w ciążę,
a kolejne porody niszczą jej urodę. Nie zamierzała zmarnować życia,
pragnęła za wszelką cenę wyrwać się z dusznego świata krakowskiego
Kazimierza.
Wiedeń
W notce z książki Food for Beauty Helena napisała, że po nieudanej
przygodzie z medycyną zaczęła specjalizować się w chemii, a następnie
studiowała w Wiedniu. To kolejna konfabulacja. Nie miała na to
pieniędzy, a poza tym uczelnia nie przyjmowała osób, które nie miały
matury i nie znały biegle niemieckiego. Tymczasem panna Rubinstein
przejawiała całkowity brak talentu do języków obcych. Wprawdzie w ciągu
długiego życia udało się jej opanować kilka z nich, ale w stopniu
dalekim od doskonałości. Zawsze mówiła z silnym akcentem, a co gorsza -
w jednym zdaniu zdarzało się jej mieszać wyrazy pochodzące z różnych
języków. Tak naprawdę dobrze znała tylko polski i jidysz.
Prawdziwą przyczyną jej wyjazdu z Krakowa był konflikt z rodzicami,
który narastał od chwili odmowy zamążpójścia. Wreszcie Hercel wyrzucił
córkę z domu, a ona pojechała do Wiednia, w którym siostra matki i jej
małżonek mieli sklep z futrami.
W stolicy Austrii prowadziła dom wujostwa i pracowała w ich sklepie. To
właśnie wtedy pojawiło się u niej zamiłowanie do eleganckich futer -
pasja, której pozostała wierna do końca swego życia. Przy okazji uczyła
się niemieckiego i poznawała zasady handlu ekskluzywnymi towarami.
Obserwując zamożną klientelę, zauważyła, że kobiety gotowe są bardzo
dużo zapłacić za poprawienie swojego wyglądu. Zrozumiała też, że
elegancki towar musi mieć odpowiednio wysoką cenę, bo tylko wtedy
zapewnia nabywcy poczucie wyjątkowości. Tę lekcję miała zapamiętać na
całe życie.
Helena spędziła w Wiedniu trzy lata. Podobno odrzuciła tam kilku
kolejnych kandydatów na męża, co doprowadziło jej matkę do rozpaczy. Nie
wiemy, czy odwiedzała Kraków, wiadomo jednak, że z ojcem nie pogodziła
się już nigdy. W 1896 roku wujostwo postanowili zlikwidować swoje
interesy nad Dunajem i przenieść się do Antwerpii, przy czym w ich
planach nie było miejsca dla siostrzenicy. Zapadła decyzja, że Helena
wyjedzie do braci matki, którzy wyemigrowali do Australii. Ta decyzja
miała zaważyć na całym życiu panny Rubinstein.
Na antypodach
"Ojciec napisał do wujka Louisa - wspominała Helena - że jeśli chce, to
mogę do niego przyjechać na tak długo, jak będzie sobie życzył. Wujek
odpisał serdecznie, a ja byłam tak podekscytowana jego zaproszeniem, że
zignorowałam zawarte w liście ostrzeżenie: "Życie tutaj jest naprawdę
inne, a klimat jest gorący". Inne życie to było dokładnie to, czego
chciałam. Uznałam, że jeżeli jest gorąco, to będę miała okazję nosić
moje wszystkie plisowane, białe sukienki, słomkowe kapelusze i parasole.
(Zawsze interesowałam się modą i uwielbiałam mieć piękne stroje, w większości z nich chodziłam po domu). Byłam młoda, [...] chciałam zerwać
z przeszłością i odnaleźć prawdziwą siebie"7.
Wuj naprawdę miał na imię Bernard (Louis był jego młodszym bratem) i wyemigrował do Australii po śmierci żony w połogu. Jego córka Ewa
pozostała w Krakowie, przez kilkanaście lat wychowywali ją rodzice
Heleny, z którą zresztą bardzo się zaprzyjaźniła. Potem Ewa wyjechała do
ojca i korespondowała z Heleną, przekonując ją, że życie w Australii
jest znacznie bardziej interesujące niż w Krakowie. Rodziny żydowskie
rozsiane po świecie utrzymywały dość bliskie kontakty, więc zaproszenie
kuzynki nie było niczym szczególnym. Poza tym Bernard Silberfeld miał
dług wdzięczności wobec siostry i szwagra, a w Australii nie powodziło
mu się najlepiej. W tej sytuacji darmowy pracownik był tym bardziej mile
widziany.
Bernard osiadł w Coleraine leżącym około 350 kilometrów na zachód od
Melbourne. Była to mieścina zamieszkała przez hodowców owiec, działały
tam urząd pocztowy, kilka sklepów, rzeźnik, kuźnia i warsztaty
rymarskie. Wuj Heleny wcale nie był właścicielem "rozległego rancha",
jak wspominała po latach, tylko marnego sklepu oferującego wszystkiego
po trochu: od spodni po olej rycynowy. Nie wiadomo, czy wyjeżdżając z Wiednia, zdawała sobie z tego sprawę, ale jeśli nawet, to w gruncie
rzeczy nie miała wyboru i musiała udać się do Australii.
Na statek zaokrętowała się w Genui, choć jednostka zaczynała rejs w Bremie. Jej wiedeńscy opiekunowie potrafili liczyć pieniądze: bilet
kolejowy z Wiednia do Genui był znacznie tańszy niż do Bremy, a poza tym
odpadał koszt podróży statkiem dookoła Europy. Dzięki tym oszczędnościom
Helena dostała miejsce w przyzwoitej klasie, a dwa miesiące rejsu do
Australii miały się okazać jedynym urlopem w całym jej dorosłym życiu.
Wyjeżdżając na drugi kraniec świata, panna Rubinstein zmieniła swoje
dane personalne - przestała być Chają i od tej pory zaczęła używać
imienia Helena. Podczas rejsu bawiła się znakomicie i nie narzekała na
brak adoratorów, albowiem pomimo niskiego wzrostu (147 cm) zawsze
cieszyła się zainteresowaniem mężczyzn. Znajomości, jakie wtedy zawarła,
miały jej się przydać w przyszłości. Zgodnie ze swoją maksymą życiową
niewiele mówiła, ale bardzo pilnie obserwowała swoich towarzyszy
podróży.
Zderzenie z australijską rzeczywistością okazało się bardzo bolesne.
Coleraine było zapomnianą przez Boga i ludzi mieściną, zamieszkiwaną
przez dwa tysiące barbarzyńców. Tamtejsi mężczyźni nie dbali ani o kulturę, ani o higienę osobistą, a ich główną rozrywkę stanowiło
nadużywanie alkoholu w obskurnych barach. Poza trunkami interesowały ich
tylko wyścigi konne i licytacje miejscowych bankrutów.
Kobiety z Coleraine w niczym nie przypominały wiedeńskich elegantek
robiących zakupy w sklepie z drogimi futrami. Ubierały się kompletnie
bez gustu, nie nosiły przeciwsłonecznych parasolek i nie używały żadnych
kosmetyków. Helena od razu zwróciła uwagę na ich wysuszone, pomarszczone
twarze, w których już wkrótce dostrzegła szansę na swoją życiową
karierę.
Początkowo miała obok siebie Ewę, której australijskie dzieje dalekie
były od sielanki. Kuzynka wyszła bowiem za mąż za niejakiego Louisa
Levy'ego - alkoholika i damskiego boksera, któremu urodziła dwoje
dzieci. Gdy była po raz kolejny w ciąży, małżonek dwa razy pobił ją do
nieprzytomności i wyprzedał niemal cały majątek rodzinny. Umieszczono go
w zakładzie psychiatrycznym, skąd wkrótce zbiegł i zniknął bez śladu.
Tymczasem według ówcześnie obowiązujących przepisów kobieta nie miała
praw rodzicielskich. Fakt, że małżonek wylądował w zakładzie zamkniętym,
a następnie przepadł bez wieści, w niczym nie zmieniał prawnej sytuacji
Ewy. Wobec tego złożyła ona pozew rozwodowy, domagając się również
przyznania opieki nad dziećmi. Był to bardzo odważny czyn, albowiem
żądanie rozwodu przez kobietę uchodziło za skandal, a w rodzinach
ortodoksyjnych Żydów w ogóle było czymś nie do pomyślenia.
Gdy Helena przybyła do Australii, Ewa mieszkała razem ze swym ojcem,
jednak po pomyślnym wyroku sądowym wyjechała do Melbourne. Panna
Rubinstein została więc sama z wujem, który okazał się człowiekiem
trudnym we współżyciu. Był wyjątkowym skąpcem, oczekiwał od niej
prowadzenia domu (dziewczyna nie potrafiła gotować) i pracy w sklepie.
Nie płacił jej jednak pensji, uważając, że dach nad głową i wyżywienie
stanowią wystarczające wynagrodzenie. Na domiar złego w Coleraine
pojawiał się często inny z braci matki, Louis, który prowadził sklep w pobliskim Merino. Ten z kolei w brutalny sposób dobierał się do swojej
siostrzenicy, która z najwyższym trudem powstrzymywała jego zapędy. Jej
opór skutkował zaś tym, że była przez niego wyzywana od ladacznic i sodomitek.
Helena nie zamierzała do końca życia pozostawać w tej mieścinie,
wiedziała jednak, że bez znajomości języka nigdy nie zdoła się
usamodzielnić. Dlatego zapisała się do miejscowej szkoły, niespecjalnie
zważając na to, że musi uczęszczać na zajęcia z dziećmi młodszymi od
niej o wiele lat. Uważała, że cel uświęca środki, a miała przecież swoje
ambicje i za wszelką cenę starała się je zrealizować.
Cudowny krem
Twierdziła, że przywiozła do Australii 12 słoiczków kremu do twarzy,
który wyrabiała jej matka. Nie jest to wykluczone, bo w tamtych czasach
w wielu rodzinach z pokolenia na pokolenie przekazywano sobie tajemnicze
receptury różnych specyfików, w tym również kosmetycznych. Możliwe też,
że przed wyjazdem do Australii dostała od matki większą partię tego
kremu. Być może właśnie dzięki niemu w Coleraine wyróżniała się piękną
cerą, na co zwróciły uwagę miejscowe panie.
"Moja skóra pozostała miękka i gładka nawet w tym okropnym klimacie -
opowiadała po latach. - [...] Najpierw jedna z kobiet poprosiła, by
mogła wypróbować mój krem, potem kolejna, aż wieść rozeszła się lotem
błyskawicy i musiałam sprowadzić większy zapas pierwszym możliwym
statkiem"8.
Historia ta brzmi dość interesująco, ale wydaje się mało prawdopodobna.
Przesyłka z Europy do Australii wędrowała w tamtych czasach około 80
dni, a w przypadku kremu dochodziło jeszcze oczekiwanie na zgodę władz
na wwiezienie go do kraju. Do tego należałoby doliczyć czas transportu z Krakowa do jednego z europejskich portów, a następnie z Melbourne do
Coleraine. Można zatem przypuszczać, że od złożenia zamówienia do
otrzymania przesyłki musiałoby upłynąć co najmniej pół roku. Helena na
pewno od razu zdała sobie sprawę z tego, że krem musi produkować na
miejscu, gdyż nie może liczyć na szybkie i regularne dostawy od matki.
Jednak, jak to ona, czarowała swoje klientki barwną historią na temat
pochodzenia specyfiku:
"Goszcząca często u nas w domu przyjaciółka, aktorka Modrzejewska,
zaprezentowała krem mojej matce. Krem zrobił dla niej węgierski chemik,
doktor Jakub Lykusky, osiadły w Krakowie. Modrzejewska powiedziała, że
zrobiony został z mieszanki ziół i wyciągu z migdałów, plus ekstrakt z kory drzewa iglastego. Moja matka była oczarowana, nalegała, by poznać
doktora Lykusky'ego, i od tamtej pory dom Rubinsteinów miał stały zapas
kremu. Chociaż bowiem moja matka była nieco staromodna, to odwiedzała
przed snem swoje córki i delikatnie wcierała odrobinę kremu w nasze
policzki. "Uczyni cię to piękną", szeptała, całując nas na
dobranoc"9.
Jak można się domyślić, Helena Modrzejewska nigdy nawet nie słyszała o rodzinie Rubinsteinów. Badacze ustalili również, że w tamtym czasie pod
Wawelem nie mieszkał żaden człowiek o nazwisku Lykusky. Ale Helena
Rubinstein bardzo wcześnie odkryła, że reklama jest dźwignią handlu, a nazwisko światowej sławy aktorki oraz autorytet naukowy tajemniczego
profesora robią o wiele większe wrażenie niż powoływanie się na jakąś
domową recepturę.
Bez względu na to, skąd pochodził przepis na specyfik, Helena wiedziała,
że jest on dla niej jedyną szansą na wyrwanie się z Coleraine. Do
rozpoczęcia eksperymentów nad wytwarzaniem kremu potrzebne były jednak
pieniądze, a tych przecież nie miała. W tej sytuacji zwróciła się o pomoc do jednej z zaprzyjaźnionych nauczycielek.
"Opowiedziała mi, że Helena sugerowała jej wyjazd do Melbourne i założenie tam salonu kosmetycznego - wspominał wnuk tej nauczycielki,
profesor John Poynter z Uniwersytetu w Melbourne. - Moja babka odrzuciła
jednak tę propozycję. Nie sądziła, że można się dorobić na produkcji
kremu do twarzy"10.
Panna Rubinstein nie należała jednak do osób łatwo rezygnujących ze
swoich planów. Opuściła dom wuja i ruszyła do Queensland, gdzie
mieszkała pewna Angielka, którą poznała podczas podróży do Australii.
Dzięki jej protekcji została opiekunką dzieci gubernatora stanu, lorda
Lamingtona, po latach jednak wstydziła się etatu niani i twierdziła, że
była guwernantką uczącą francuskiego i niemieckiego. To oczywista
nieprawda, gdyż dzieci gubernatora były wówczas zbyt małe (jedno miało
pół roku, a drugie trzy lata), a sama "guwernantka" nie znała jeszcze
francuskiego. Nie jest też prawdą, że zanim dotarła do Queensland,
pracowała u starego aptekarza o nazwisku Henderson, który miał ją
wprowadzać w tajniki swojego zawodu. Biografowie "królowej kosmetyków"
nie odnaleźli w Coleraine żadnego właściciela apteki o tym nazwisku...
Melbourne i lanolina
Helena nigdy nie zapomniała lat spędzonych na australijskiej prowincji.
Nie były to wspomnienia przyjemne, toteż nawet pół wieku później, gdy
była już sławna i bogata, nie chciała odwiedzić Coleraine. Nie
obchodziło jej również to, że w miasteczku chlubiono się tym, iż kiedyś
w nim mieszkała.
"Nie, nie chcę tam wracać - tłumaczyła swojemu asystentowi. - Po co? W tym okropnym miejscu byłam głodna, samotna i biedna"11.
Rok spędzony w Queensland pozwolił jej dojść do siebie. Pilnie
obserwowała gości swojego pracodawcy i po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu, że eleganckie kobiety gotowe są wiele zapłacić, aby
poprawić swoją urodę.
Po kilkunastu miesiącach lord Lamington zakończył jednak swoją kadencję
i panna Rubinstein straciła posadę. Wówczas uznała, że nadszedł właściwy
czas, i przeniosła się do Melbourne. Wiedziała już, że Australia jest
idealnym miejscem do realizacji jej planów.
Były to bowiem czasy bujnego rozwoju ruchu emancypacyjnego (nazwy
feminizm jeszcze wtedy nie znano), a kobiety coraz głośniej domagały się
równouprawnienia. Wprawdzie w Europie nowe prądy przyjmowano z oporami
(w Zjednoczonym Królestwie nadal obwiązywała uchwała Izby Gmin z 1866
roku, która głosiła, że przedstawicielki płci pięknej nie potrafią pojąć
reguł rządzących polityką!), ale na antypodach panowały zupełnie inne
nastroje. Już w 1893 roku przyznano paniom prawa wyborcze na Nowej
Zelandii, a dziewięć lat później to samo zrobiono w Australii. Na
południowej półkuli niepotrzebne okazały się akcje sufrażystek spod
znaku Emmeline Pankhurst.
Przyznanie praw wyborczych było usankcjonowaniem istniejącego już stanu
rzeczy, gdyż Australia zdecydowanie różniła się od państw Starego
Kontynentu oraz Stanów Zjednoczonych. W liczącym ponad dwa miliony
mieszkańców Melbourne blisko 40 procent ogółu zatrudnionych stanowiły
kobiety, gorzej wprawdzie wynagradzane od mężczyzn, ale pomimo to
aspirujące do niezależności finansowej. Panna Rubinstein szybko
zrozumiała, że były one jej potencjalnymi klientkami.
Początki nie okazały się jednak łatwe, bo Helena miała wprawdzie pomysł,
ale nie dysponowała środkami finansowymi na jego realizację. Właściwie
to brakowało jej pieniędzy nawet na swoje utrzymanie, więc początkowo
znowu została opiekunką do dzieci. Następnie zatrudniła się jako
kelnerka i rano pracowała w kawiarni La Maison Dorée, a popołudniami i wieczorami - w herbaciarni Winters Garden. Okazało się to znakomitym
posunięciem, bo właśnie tam poznała ludzi, którzy później mieli jej
pomóc w zrobieniu kariery.
Na razie jednak nic tego nie zapowiadało. Helena wynajmowała skromny
pokój i próbowała odtworzyć formułę "kremu z Krakowa". Zapewne dostała
od matki dokładną recepturę, ale musiała dopasować do niej miejscowe
składniki. Przy okazji wpadła na genialny pomysł, aby swojemu produktowi
nadać zapach zachęcający kobiety do jego stosowania. Dotychczas bowiem
woń specyfików do cery (łącznie z matczynym produktem) kojarzyła się
raczej z salą szpitalną albo pralnią chemiczną. Natomiast jej produkty
miały się stać synonimem świeżości, piękna i elegancji.
"Kiedy na kilka miesięcy przed śmiercią Madame przeglądała stertę
papierów odnalezionych w piwnicy swojej paryskiej rezydencji - wspominał
jej sekretarz Patrick O'Higgins - wręczyła mi oryginalną formułę kremu
Valaze.
- Oto ona - powiedziała. - Może kiedyś się panu przyda...
Ponieważ wiedziałem, że zawsze strzegła tej formuły z pieczołowitością
lwicy chroniącej swoje lwiątka, wahałem się, czy przyjąć tę pożółkłą i zniszczoną kartkę.
- Niech pan weźmie! Ona należy do historii...
Nie było tam wzmianki o niezwykłych ziołach, orientalnych migdałach ani
o korze drzewa iglastego. Formuła była po prostu listą zwykłych,
naturalnych artykułów, takich jak wosk roślinny, olej mineralny i sezamowy. Brakowało tylko sposobu użycia, bez którego ta formuła nie
miała żadnej wartości"12.
Helena spędziła wiele godzin w swojej kuchni zamienionej w domowe
laboratorium. Podstawowym składnikiem kremu stała się lanolina - wosk
otrzymywany przy czyszczeniu wełny owczej. Zawierała ona wiele
wartościowych substancji, miała jednak wyjątkowo nieprzyjemny zapach.
Początkowo Helena usiłowała maskować go olejkiem różanym, później
zaczęła stosować ekstrakt z kory australijskiej sosny i lawendę. Chociaż
z pracy wracała do domu bardzo zmęczona, to długie godziny spędzała na
mieszaniu, ucieraniu i ubijaniu różnych składników. I chyba to
najbardziej lubiła...
Kontrowersje
Panna Rubinstein nie zamierzała ograniczyć się wyłącznie do produkcji i dystrybucji kremu. Marzyła o własnym salonie kosmetycznym, to jednak
znacznie podnosiło koszty i stawiało całe przedsięwzięcie pod dużym
znakiem zapytania. Z pomocą przyszedł jej przypadek, albowiem w kawiarni
poznała czwórkę przyjaciół, stałych bywalców lokalu. Byli to: malarz
Cyril Dillon, handlarz winem Abel Isaacson, właściciel drukarni Herbert
Farrow i dyrektor Robur Tea Company John Thompson. Wszyscy czterej
oddali jej nieocenione zasługi, a mimo to Helena całkowicie wymazała ich
z pamięci.
"[...] moja szczęśliwa gwiazda musiała być w zenicie - wspominała po
latach. - Od razu po przybyciu do Melbourne odszukałam jedną z moich
znajomych poznanych na statku, panią Helen McDonald. Powiedziałam jej o swoim planie, a ona zachęcała mnie, powtarzając w kółko: "Musisz
uwierzyć w siebie, tak jak ja wierzę w ciebie". Zrobiła zresztą jeszcze
więcej. Była daleka od bycia zamożną, ale nalegała, by pożyczyć mi swoje
oszczędności życia, 250 funtów (wtedy około 1500 dolarów). Musiałam
zacząć moje przedsięwzięcie. To była jedyna suma, którą kiedykolwiek
pożyczyłam, ale nigdy tego nie żałowałam. W ciągu kilku miesięcy została
spłacona wraz z odsetkami.
Za połowę tej sumy zamówiłam hurtową partię kremu, prosto z Polski od
doktora Lykusky'ego. W miejscowych sklepach kupiłam niezbędne słoiki i etykiety. Opisałam je własnoręcznie. Resztę pieniędzy wydałam na czynsz
i wyposażenie dużego pokoju na drugim piętrze budynku przy Collins
Street 274, w samym sercu Melbourne"13.
Niestety żadna Helen McDonald nie była pasażerką statku, którym panna
Rubinstein przybyła do Australii, zatem 250 funtów (równowartość 27
tysięcy euro) musiał pożyczyć jej ktoś inny. Prawdopodobnie był to John
Thompson.
"Kiedy w 1958 roku pojechałem z Madame do Melbourne - wspominał
sekretarz Heleny, Patrick O'Higgins - zamieszkaliśmy w hotelu Menzies.
Pewnego razu do apartamentu Madame niespodziewanie wszedł starszy,
nędznie wyglądający człowiek. Tam, podobnie jak w biurze i wszędzie,
gdzie ona przebywała, drzwi pozostawały uchylone. Lubiła nieoczekiwane
wizyty.
- Nazywam się Abel Isaacson - przedstawił się.
Madame bardzo dobrze to usłyszała, a mimo to, przyłożywszy do ucha
zwiniętą dłoń, zwracając się do mnie ściszonym głosem, zapytała: "Czegóż
on chce, do diabła? Pieniędzy... jak sądzę?".
- Spotkaliśmy się przed sześćdziesięcioma laty! Podawała pani w kawiarni
Doré - oświadczył pan Isaacson bez zbędnych wstępów.
- To jakiś wariat... Niech pan każe mu wyjść! - krzyknęła Madame.
Wyglądała na zaniepokojoną i trzasnąwszy drzwiami, zamknęła się w swoim
pokoju. Pan Isaacson usiadł na krześle, które Madame przed chwilą
opuściła.
- Ani trochę się nie zmieniła! Zawsze nerwowa... Pan jest jej synem? -
zapytał, zwijając papierosa.
Jako że trudno było szybko wyjaśnić, jakie są moje obowiązki, dałem mu
jakiś niejasny znak głową.
- Jestem w Australii od 1898 roku. Początkowo mieszkałem w rodzinnym
pensjonacie pod Melbourne - w Saint Kilda przy Grey Street. Pensjonatem
tym kierowała kobieta, pani Stern. "Madame" - powiedział, wskazując na
drzwi pokoju - mieszkała tam w 1904 roku. Wchodziła w skład zespołu
Senseberg's girls w kawiarni Doré. Miała nawet zwyczaj podawania mi
dwóch porcji napoju w cenie jednej. To było na długo przed tym, jak
wynajęła mieszkanie przy Collins Street i zaczęła sprzedawać kremy do
twarzy. Wtedy była zwykłą pracownicą! [...] Bez pana Thompsona,
dyrektora Robur Tea Company, "Madame" nie mogłaby osiągnąć tego, co
osiągnęła. On jej pomógł. On ją nauczył... On ją stworzył! Niech pan
dobrze słucha tego, co mówię - on był mózgiem, który kierował tą
kobietką!
Następnie, zgasiwszy papierosa i włożywszy niedopałek do kieszeni,
wyszedł"14.
John Thompson został kochankiem Heleny, której wcale nie przeszkadzał
fakt, że jej partner był żonaty. Bardziej liczyło się dla niej to, że
miał dużo pieniędzy i doskonale znał się na prowadzeniu interesów.
Helena zresztą nie zamierzała wychodzić za mąż, Thompson ze swoimi
pieniędzmi był jej potrzebny do rozpoczęcia działalności. Trzej
pozostali znajomi również okazali się użyteczni - Dillon zaprojektował
logo firmy i foldery reklamowe, które wydrukował Farrow. W tyle nie
pozostawał też Isaacson - ten z kolei zajął się logistyką.
Firma Helena Rubinstein Company została zarejestrowana w 1903 roku.
Zapewne początkowo Helena nie była jej oficjalną właścicielką, gdyż nie
posiadała jeszcze australijskiego obywatelstwa. Potwierdzają to dalsze
wspomnienia Patricka O'Higginsa:
"[...] kilka dni później pojawiła się pewna wiekowa, starsza od pana
Isaacsona dama. Jej kapelusz zdobiły pióra rajskiego ptaka. Z szyi
zwisała jej kamea, a ona kręciła białą, przeciwsłoneczną parasolką,
pomimo że mieliśmy środek zimy.
- Jestem pani Dedman, moja droga.
Madame bez mrugnięcia okiem oglądała wszystkie jej błyskotki.
- Niech pani sobie przypomni! Byłam pani sąsiadką w budynku Glen przy
Collins Street, kiedy pani zaczynała.
Następnie zwróciła się do mnie. Jej głos był łagodny, ale zdecydowany.
- My dwie byłyśmy jedynymi prawdziwymi damami w tym interesie. W sąsiednim mieszkaniu było dwudziestu czterech profesorów śpiewu. Ciężkie
doświadczenie... To dlatego słynna śpiewaczka Nellie Melba została jedną z naszych klientek. Po jednej próbie regularnie wracała, by kazać sobie
robić maseczkę. Twierdziła, że to pomagało jej osiągnąć wysokie c.
Bardzo chciałem posłuchać jej dłużej, ale pani Dedman nie osiągnęła
więcej niż pan Isaacson. Madame wyrzuciła ją za drzwi, a kiedy
zostaliśmy sami, powiedziała do mnie: "Następna stuknięta... Kogo może
obchodzić przeszłość?".
Podobne sceny powtarzały się w większości stolic świata. Zauważywszy
wagę, jaką do nich przykładam, Madame podsunęła mi pod nos zaciśniętą
pięść i powiedziała:
- Niech pan nie traci swojego... i mojego czasu z tymi nieciekawymi
postaciami"15.
Helena dostała obywatelstwo australijskie w 1907 roku, gdy jej firma
odnosiła już ogromne sukcesy. W naturalizacji pomógł jej Frederick
Grimwade, prezes wielkiej firmy farmaceutycznej Felton, Grimwade &
Co. Osobiście poręczył za Helenę na piśmie, podejrzewano zresztą, że
również był jej kochankiem. Nie można tego wykluczyć, wiadomo jednak, że
firma Grimwade'a w tym czasie była monopolistą w destylacji kluczowego
dla kremu Heleny ekstraktu z kory sosny australijskiej...
Sukces
Receptura kremu była wreszcie gotowa, wybrano również odpowiednie
miejsce na salon kosmetyczny. Helena wyprowadziła się z wynajmowanego
dotychczas pokoju i przeniosła do trzypokojowego mieszkania w dobrej
dzielnicy. Właścicielka ekskluzywnego salonu musiała być żywą reklamą
swojej firmy, więc nie mogła mieszkać w podłych warunkach.
Helena i jej doradcy nie zaniedbali żadnego szczegółu. Krem miał mieć
status towaru luksusowego i dlatego musiał być oferowany w eleganckich
słoiczkach z logo firmy. Wtedy też narodziła się ostateczna nazwa
specyfiku - krem panny Rubinstein miał się nazywać Valaze.
Nie wiadomo, skąd wzięła się ta nazwa. W języku węgierskim oznacza ona
buforowanie (wyrównywanie szans) i możliwe, że była aluzją do mitycznego
doktora Lykusky'ego. Prawdopodobnie jednak słowo to nic nie znaczyło, a Helenie spodobało się tylko jego brzmienie. Dobrze kojarząca się nazwa
była przecież jedną z kluczowych kwestii w promocji towaru.
Koszt produkcji słoiczka kremu wynosił zaledwie kilka pensów, tymczasem
Thompson zasugerował cenę detaliczną w wysokości 2 szylingów i 10 pensów
(czyli 34 pensy, bo szyling składał się z 12 pensów). Oznaczało to
bardzo wysoki zysk, jednak Helena miała inne zdanie na ten temat.
Wykazała się niezwykłym instynktem handlowym i znajomością kobiecej
psychiki. Oświadczyła zdumionemu Thompsonowi, że klientki nie będą
kupowały zbyt taniego kosmetyku, w związku z czym ustaliła cenę na 3,5
szylinga za mniejszy i 5,5 szylinga za większy słoiczek. Stanowiło to
równowartość 17 i 26 euro, podczas gdy przeciętne miesięczne zarobki
kobiet w Australii odpowiadały wtedy mniej więcej 220 euro.
Krem nie był więc tani, ale panna Rubinstein doskonale wiedziała, co
robi. Wysoka cena miała stanowić dodatkową atrakcję produktu i tej
zasadzie Helena pozostała wierna w przyszłości. Gdy któraś linia jej
kosmetyków słabo się sprzedawała... ona podnosiła jej cenę, co natychmiast
zwiększało zainteresowanie klientek.
Jednakże dobry produkt i efektowne opakowanie to tylko połowa sukcesu i dlatego panna Rubinstein oraz jej doradcy starannie zaprojektowali
wnętrze salonu przy 138 Elizabeth Street. Jego wystrój był odważny, ale
też bardzo kobiecy. Znakomicie dobrano tu kolory, meble i zasłony. Salon
kojarzył się z iście paryską elegancją, dzięki czemu klientki mogły się
tam poczuć prawdziwymi wybrankami losu.
"Poleciłam pomalować ściany mojego pierwszego salonu na biało -
wspominała Helena. - Zasłony zrobiłam z moich pięknych, białych
sukienek, które przywiozłam z Polski. Bambusowe i rattanowe krzesła były
używane w australijskich oranżeriach i wiedziałam, że są niedrogie.
Wypełniłam trzy małe pokoje tymi krzesłami, pomalowałam je na biało, by
pasowały do ścian i zasłon, przykryłam siedzenia jasnym perkalem [...].
W chwili, gdy otwierałam swój pierwszy salon, trzy pokoje były tak
bardzo jasne, przyjazne i atrakcyjne, jak tylko mogłam to osiągnąć.
Osobiście namalowałam szyld po raz pierwszy oznajmiający światu moje
imię: Helena Rubinstein, Salon Piękności"16.
Thompson bardzo dbał o odpowiednią reklamę na łamach prasy, a jego firma
wykupywała w celach promocyjnych całe szpalty w najpoczytniejszych
dziennikach. Heleny nie było stać na podobne ekstrawagancje, lecz mimo
to nie zaniedbywała tego tematu.
"Valaze doktora Lykusky'ego, najsławniejszego europejskiego specjalisty
w dziedzinie pielęgnacji cery, najlepiej odżywi skórę - głosił anons
reklamowy w jednym z miejscowych pism. - Valaze w miesiąc poprawi
kondycję każdej skóry. Słoiczki po 3 i pół oraz 5 i pół szylinga,
przesyłka dodatkowo 6 szylingów. Dostępny w firmie Heleny
Rubinstein"17.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki