Prolog
Kazik był mężczyzną średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Cytując klasyka komedii Stanisława Bareję: "Z twarzy podobny był zupełnie do nikogo". Skończył czterdzieści lat i nie narzekał na swój los, choć od wczesnego dzieciństwa życie go nie rozpieszczało. Pomimo ogólnej biedy i niedostatku miał w sobie dużo humoru i witalności. Jego partnerka, Celina, miała około pięćdziesięciu lat. Zostali parą i zamieszkali razem dziesięć lat temu. Poznali się na spotkaniach klubu anonimowych alkoholików, gdzie Kazik trafił w okresie ciężkiej depresji. Alkohol wówczas pomagał mu choć na chwilę zapomnieć o szarości dnia codziennego, nędznej egzystencji i braku perspektyw. Wcześniej kilka razy podejmował próby samobójcze, po których trafiał do szpitala psychiatrycznego, gdzie przebywał kilka miesięcy.
Celina i Kazik chodzili właśnie po wysypisku śmieci, zbierając metalowy złom i puszki po piwie. Nagle Celina dostrzegła ludzką nogę wystającą spod góry śmieci. Krzyknęła głośno i przerażona odskoczyła na bok. Stojący kilkanaście metrów dalej Kazik poszedł w kierunku Celiny zaciekawiony powodem, który wywołał w niej strach. Wziął drewniany kij i z obrzydzeniem odgrzebał ludzkie zwłoki. Ciało gniło już od dobrych kilku dni, wydzielając potworny fetor. Oboje zasłonili rękawem nosy przed smrodem, jaki roznosił się wokół nich w powietrzu.
CELINA: Kazik, to chyba Stefan?
KAZIK: Czujesz?
CELINA: Aż trudno wytrzymać...
Cały czas zatykając nosy, przyglądali się zwłokom mężczyzny, a raczej temu, co po nich zostało. Zwłoki były w stanie rozkładu i wydawały przykry odór. Kazik podszedł bliżej, z trudem pokonując wstręt.
KAZIK: Masz rację, to Stefan.
CELINA: Pewny jesteś?
KAZIK: Tak, poznaję jego sweter i buty.
CELINA: Co on taki rozpruty?
KAZIK: Chwalił mi się, że ma kupca na swoją nerkę.
CELINA: Jakby ktoś go wypatroszył...
KAZIK: Tak się kończą interesy z szakalami...
CELINA: Szkoda chłopaka.
KAZIK: Zawsze był duszą towarzystwa.
CELINA: Dobry kumpel, choć naiwny jak dziecko.
KAZIK: Dlatego skończył w taki sposób.
CELINA: Dłużej nie wytrzymam...
Celina odeszła kilka kroków od zwłok, po czym odwróciła się plecami. Pochyliła się i zaczęła głośno wymiotować. Włócząc się po wysypiskach śmieci i zakamarkach stolicy, spotykali dziwne widoki. Przeważnie natykali się na trupy zwierząt: psów, kotów, ptaków. Znalezienie ludzkich zwłok, w dodatku starego znajomego, wprawiło ich oboje w nastrój przygnębienia i smutku. Szczególnie że to nie był pierwszy przypadek rozprutego, martwego ciała na przestrzeni ostatnich miesięcy.
Kazik wyjął swój telefon i wybrał numer policji. Po przyjeździe ekipy dochodzeniowej oboje z Celiną zostali zatrzymani w charakterze świadków. Następnie złożyli wyjaśnienia i mogli w końcu wrócić do domu. Kiedy dotarli do mieszkania, była prawie północ. Po powrocie do domu spędzili całą noc, rozmawiając o przypadkach wypatroszonych, martwych ciał. Niepokojące zjawisko dotykało ludzi bezdomnych, biednych i samotnych. Czyli właśnie takich jak oni.
Rozdział I
Pewnego ciepłego, majowego wieczoru Kazik szedł wolno chodnikiem. Nadchodzące lato czuło się już w kościach. Kwitnący bez zniewalał swoim zapachem ludzi wrażliwych na uroki budzącej się do życia przyrody. W powietrzu unosiło się coś takiego, co wyzwala szybsze krążenie soków w gałęziach drzew oraz krwi w ludzkich żyłach.
Kazik szedł w starych, znoszonych adidasach, szurając o ułożone nierówno płyty chodnika, i nucił pod nosem piosenkę zespołu Dżem. Powtarzał jak mantrę słowa refrenu: "W życiu piękne są tylko chwile". Zbliżał się powoli do miejscowego pubu o nazwie Sfinks. Zawsze podświadomie omijał to miejsce, nie wiedząc, z jakiego powodu to robi.
Jednak tym razem coś go ciągnęło w kierunku pubu. Może to był zew przygody, który wtargnął w duszę Kazika razem z cudowną letnią aurą. Może inna tajemnicza siła, która prowadzi nas przez życie i nazywa się przeznaczeniem. Tak czy inaczej, Kazik znalazł się nagle pod oknami pubu Sfinks owianego mroczną legendą. Czasami zastanawiał się, czy w opowieściach tych kryje się choćby ziarno prawdy. Niemniej była to knajpa kryjąca w sobie wiele tajemnic. Krótko mówiąc - miejsce magiczne, wabiące swoistym, dziwnym magnetyzmem.
Kazik usłyszał kobiecy śpiew przez otwarte okno pubu i zastygł w bezruchu. Podświadomie pragnął chwili odpoczynku, a ten śpiew go hipnotyzował. Uderzał w sam środek duszy i przeszywał jego serce niczym strzała. Mężczyzna z ulgą postawił na ziemi dwie reklamówki pełne pustych puszek po piwie. Dzisiejszy dzień przyniósł mu miłą i cenną niespodziankę. Wiedział, że w skupie złomu zarobi więcej niż zwykle.
Wsłuchując się w czarujący, kobiecy śpiew dobiegający przez okno, Kazik masował dłonie przykurczone od niesienia ciężkich pakunków. Przeczesał ręką włosy, wytarł pot z czoła i stał dalej zasłuchany. Myślał, czy wejść do pubu i zobaczyć na własne oczy boską istotę, która wydawała z siebie ten anielski głos. Zaczął szukać w pobliżu miejsca, aby ukryć reklamówki z puszkami, gdy nagle oprzytomniał.
Zmrużył oczy, spoglądając na zegarek, i pokręcił głową z rezygnacją. Za pół godziny zamykali skup złomu i mógł zostać z całym majdanem. Na gwałt potrzebował pieniędzy. Nie pozostało mu nic innego, jak westchnąć głęboko, podnieść reklamówki i pomaszerować w kierunku źródła swoich marnych dochodów, mieszczącego się w skupie złomu.
Po drodze Kazik intensywnie rozmyślał i nie były to wesołe rozważania. Jego życie wypełnione było troską o codzienny byt i ciułaniem grosza, którego w efekcie i tak zawsze brakowało. Czy tak będzie aż do śmierci? - zadawał sobie w duchu pytanie. Czy zawsze będę niewolnikiem zakutym w kajdany własnej biedy? Przecież istnieją wyższe cele i wartości, które nadają sens życiu i do których warto dążyć. Na przekór wszystkiemu, wbrew przeciwnościom losu i prozie życia, walcząc z oporem materii całego wszechświata. W jego głowie panował ogromny zamęt. Był wściekły na siebie, że nie wszedł do pubu. W głębi duszy pragnął poznać właścicielkę tego aksamitnego głosu. Obiecał sobie, że następnym razem nic już go nie powstrzyma przed wyzwaniem, jakim było wkroczenie do wnętrza pubu Sfinks.
Kazik po wejściu w okres wieku średniego bezpowrotnie utracił resztki młodzieńczej naiwności. Nieraz nachodziły go czarne myśli, częściowo z powodu upływu czasu, a częściowo z racji dostrzegania miejsca, w którym się znajduje. Każdy człowiek dochodzi do momentu, kiedy zaczyna robić rachunek sumienia i podsumowywać swoje życie. Człowiek w średnim wieku może dostrzec wszystkie sukcesy oraz porażki z odpowiedniej perspektywy. Pewne rzeczy lepiej widać z dystansu, podobnie jak wtedy, gdy przez teleskop obserwujemy Drogę Mleczną.
Kazik od pewnego czasu zastanawiał się nad swoim związkiem z Celiną i popadał w coraz większe przygnębienie. Dawno stracił nadzieję, że prawdziwe uczucie między nimi wróci choćby w małym stopniu. Poznali się jakieś dziesięć lat temu w klubie anonimowych alkoholików i zostali parą. Nigdy nie łączyła ich wielka namiętność, ale pomogli sobie nawzajem wyjść z nałogu. Zmaganie się z własnymi słabościami łączy ludzi na całe życie pod każdą szerokością geograficzną. Dzięki temu zbliżyli się do siebie i nabrali zaufania, które stanowi podstawę prawdziwego związku. Jednak z czasem wzajemne relacje osłabły, a ostatecznie doszło do etapu, kiedy ich oparciem stały się wyłącznie rozsądek i przywiązanie. Może wynikało to z różnicy wieku, może z innych, bliżej nieokreślonych powodów. Jednak nieubłaganie gorejący niegdyś płomień ich związku z wolna wygasał.
Kazik rozumiał i przyzwyczajał się do tego stanu rzeczy. Ale im bardziej rozumiał, tym bardziej zapadał się w wewnętrzną pustkę. Nie mógł podzielić się swoimi obawami z Celiną, gdyż wiedział, jak bardzo przywiązała się do niego na przestrzeni ostatnich lat. Ponadto jej choroba wymagała stałej obecności drugiej osoby. Z czasem nabrał dużej wprawy w udzielaniu jej pierwszej pomocy, często ratując ją podczas ataku padaczki. Jednak to nie padaczka Celiny stanowiła główny problem Kazika. Nawet nie to, że była starsza od niego o ładnych kilka lat. Celina nie mogła mieć dzieci i fakt ten był powodem największej frustracji oraz przygnębienia Kazika. Podświadomie nie mógł pogodzić się z myślą, że nigdy nie będzie trzymał w rękach swojego potomka. Mógł wiele znieść, ale ta jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Nie był w stanie oswoić się z tym faktem, choć często próbował.
Poza tym jednym cierniem, który nosił w sercu, był człowiekiem o pogodnym usposobieniu. Nie miał pretensji do losu z powodu swojej marnej egzystencji, choć w głębi duszy uważał ją za gównianą. Lata wczesnego dzieciństwa Kazik spędził w domu dziecka. Od najmłodszych lat musiał zarabiać na swoje utrzymanie. Pomimo tego jego litość wzbudzali ludzie mający w życiu gorzej niż on. Dzięki wrodzonej empatii potrafił pocieszać innych w trudnych chwilach, dodając im otuchy.
Doświadczając niedostatku i biedy, z nadzieją patrzył w przyszłość, stosując w praktyce zasadę Horacego carpe diem[1]. Starał się żyć chwilą obecną, czerpiąc z życia tyle, ile się da. Kazik, choć nie posiadał wykształcenia, uwielbiał czytać książki. Od najmłodszych lat każdą wolną chwilę spędzał w bibliotece. Z czasem biblioteka stała się jego azylem i ucieczką od trudnej rzeczywistości. Czytając podróżnicze i historyczne powieści, dosłownie odpływał do krainy bohaterów lub przenosił się w czasie. Podczas lektury Moby Dicka stawał się członkiem załogi Kapitana Ahaba. Wtedy jako harpunnik tropił białego wieloryba na pokładzie statku Pequod w towarzystwie jego szalonego dowódcy. Pochłaniając oczami rozdziały Dywizjonu 303, latał na myśliwcach Spitfire. Wtedy walczył razem z dzielnymi polskimi lotnikami podczas bitwy o Anglię w przestworzach swojej wyobraźni. Czasami zastanawiał się nad współistnieniem światów równoległych. W jakim stopniu świat wirtualny, czyli stworzony przez wyobraźnię, przenika do świata rzeczywistego. Często zadawał sobie pytanie, w jaki sposób oba te światy wzajemnie na siebie wpływają i zależą od siebie. Nurtowała go kwestia, do jakiego świata należy Celina: tego wirtualnego czy tego realnego? Może to sen, że w ogóle tu jest? Może obudzi się zaraz na odległej planecie?
Snując w głowie rozważania na temat swojego związku z Celiną, Kazik dotarł w końcu do ziemi obiecanej, czyli skupu złomu. Wspominał ich wspólne wzloty i upadki, przeżywając je w pamięci. Jednak teraz musiał wrócić do rzeczywistości. Postawił na ziemi dwie ciężkie reklamówki wypełnione po brzegi puszkami i rozluźnił ręce. "Dzięki Bogu, zdążyłem" - westchnął z ulgą. Spojrzał w niebo i promyk nadziei rozjaśnił jego duszę. "Sezamie, otwórz się" - pomyślał z drżącym sercem. W ten wieczór Kazik zarobił dużo więcej niż zwykle. Na szczęście spotkał grupę młodzieży świętującą przy piwie urodziny nad Wisłą. Kazik trafił na prawdziwą gratkę w postaci aluminiowego złomu osiągającego wysoką cenę za kilogram.
Rozdział II
Minęło kilka dni i Kazik prawie już zapomniał o anielskim głosie, który usłyszał w pubie Sfinks. Pochłaniała go szara codzienność wypełniona walką o byt, którą odbywali z Celiną każdego dnia. Właśnie dotarli do skupu złomu, gdzie oddali swój towar do ważenia. Maciek - młody, sympatyczny pracownik skupu złomu - ważył oddzielnie każdy rodzaj metalu z dużą precyzją. Celina i Kazik stali obok wagi towarowej, prowadząc z nim wesołą konwersację. Maciek lubił żartować ze swoimi stałymi klientami. Miał około trzydziestu pięciu lat i dobrze wiedział, ile wysiłku kosztuje zbieranie i targanie żelastwa przez całe miasto. Kazik opowiadał właśnie swój sen z ostatniej nocy, którym postanowił podzielić się z innymi. Dotychczas nie wspominał o nim Celinie. Można by go określić zarazem jako straszny, śmieszny i groteskowy. Celina reagowała bardzo emocjonalnie na opowiadane sny, przywiązując do nich dużą wagę. Wierzyła, że sny mogą być prorocze i zwiastować rzeczy mające się wydarzyć w przyszłości.
ZŁOMIARZ: Witam patrol ekologiczny, he, he.
KAZIK: Dbamy o czystość i porządek w mieście.
CELINA: Dużo tego wyszło?
ZŁOMIARZ: Chwila, zaraz policzę.
KAZIK: Miałem dziwny sen... płynąłem na statku jako marynarz.
ZŁOMIARZ: Co było dalej?
KAZIK: Spotkałem piękne dziewczyny, ale miały ogony pokryte łuskami.
ZŁOMIARZ: A, już wiem... Te, te... jak im tam... syreny?
KAZIK: Dokładnie. Jak z herbu Warszawy.
ZŁOMIARZ: Kiedyś złapałem suma i też miał wielki ogon.
KAZIK: Niestety mój Titanic za chwilę uderzył w górę lodową.
ZŁOMIARZ: Senny koszmar?
KAZIK: Potem wrak statku poszedł na żyletki i zostałem milionerem.
ZŁOMIARZ: Taki wrak to złoty interes.
KAZIK: Jakby go pociąć na kawałki...
CELINA: Bujda na resorach...
ZŁOMIARZ: Opowiem szefowi, to się uśmieje.
Celina odebrała z kasy należność i liczyła w skupieniu pieniądze. Po chwili wróciła do Kazika i Maćka stojących przy wadze towarowej.
CELINA: Może powinniśmy dostać kartę VIP?
ZŁOMIARZ: Tutaj przychodzą same VIP-y.
KAZIK: Ile to już lat?
ZŁOMIARZ: Pracuję tu siedem lat i pamiętam was od początku.
CELINA: Pierwszy raz tu byłam jakieś dziesięć lat temu.
ZŁOMIARZ: To karta VIP się należy. Pogadam z szefem.
KAZIK: Tylko platynowa?
ZŁOMIARZ: Zobaczymy, co się da zrobić.
Wszyscy się uśmiali, po czym Celina i Kazik opuścili skup złomu. Kazik takie momenty lubił najbardziej. Krótkie chwile radości, kiedy żartował i zapominał na chwilę o codziennych troskach. Zapominał o nędznej egzystencji, wspólnych wieczorach z Celiną przeplatanych zbieraniem puszek i czekaniem do wspólnego kibla w budynku socjalnym.
Słowo "wspólnych" wymaga tutaj podkreślenia i specjalnej uwagi, gdyż nabiera nowego, niezwykle złowieszczego i przykrego znaczenia. Oznacza bowiem połączenie mdlącego zapachu wydzielin w postaci wymiocin, uryny i szamba. Czy życie Kazika faktycznie przypominało szambo? Wiele razy się nad tym zastanawiał i nie znalazł odpowiedzi. Może wrodzony optymizm nie pozwalał mu na to? Tak drastyczne określenie relacji z Celiną było grubą przesadą. Jednak czuł, że powoli brakuje mu powietrza i zaczyna się dusić. Jego głowę wypełniał gęsty strumień myśli i skojarzeń: duszny związek, duchota, duszności, brak tlenu, stagnacja, skamielina, reanimacja, resuscytacja, intubacja, improwizacja, elektrowstrząsy, agonia, zapaść, ostatnie tchnienie, ulga, nicość, wolność, radość. Teraz już wieczna radość lub radość po wieki wieków. Amen.
W jego głowie pojawiły się słowa meksykańskiej surrealistki Fridy Kahlo, uwięzionej w metalowym gorsecie do końca swojego życia: "I hope the exit is joyful and I hope never to return"[2]. Nauki ojców kościoła, żeby pamiętać o śmierci, memento mori[3] etc. Biblijne Drzewo Życia jako prefiguracja ukrzyżowanego Mesjasza. Jego owoce miały zapewniać nieśmiertelność. Drzewo Krzyża jako symbol przemijania ludzkiego losu, w którym śmierć staje się początkiem życia. Wiecznie żywa idea mesjanizmu i prometeizmu. Cierpienie za grzechy popełnione i niepopełnione. Czyli żyje się po to, by cierpieć? Cierpienie jako główny sens życia? Kurwa, to jakiś wielki żart Pana Boga albo klątwa pierworodna. Nigdy nie wierzył w oczyszczający sens cierpienia. Opowieści w stylu "cierpienie uszlachetnia" zbywał lekceważeniem. Katharsis? Dla kogo? Po co? Dlaczego? Jedyne, w co wierzył zawsze, to boskie poczucie humoru.
Nagle doznał wielkiego olśnienia! Eureka! Przecież tam na górze Oni też muszą mieć jakąś rozrywkę! Muszą mieć powód do żartów, kpin i opowiadania dowcipów. Zgodnie z powiedzeniem: "Człowiek robi plany, a Pan Bóg się śmieje". "Człowiek" - to brzmi dumnie? Człowiek to wdzięczny temat do żartów. Taka upośledzona, niedoskonała, krucha, śmieszna istota. Marna, bezbronna, pełna błędów i wypaczeń karykatura Pana Boga.
Poczuł prawdziwą ulgę i satysfakcję z toku swojego rozumowania. Wrócił na właściwe tory, znajdując wyjaśnienie na nurtujące go kwestie. Może właśnie w książkach szukał odpowiedzi na takie pytania? Problem polegał na tym, że nie był żadnym filozofem. Mimo to jego dylematy miały charakter czysto filozoficzny. Krótko mówiąc - kwadratura koła. Jednak potrzeba takich rozważań okazała się silniejsza od niego. Zawsze mógł się wykręcić, mówiąc, że coś jest transcendentalne. To słowo naprawdę wali na kolana. Słowo wytrych, słowo klucz, słowo niczym wyjście awaryjne. Słowa "transcendentalne", "transcendencja" już samym brzmieniem budzą szacunek, respekt i podziw. Jeśli coś nas przerasta lub zwyczajnie nie daje się wytłumaczyć w ludzki sposób, zawsze pozostaje słowo "transcendentalne". Jedno zajebiste słowo i wszystko staje się jasne. Można spokojnie iść do łóżka, łamigłówka rozwiązana. Proste, bezpieczne i komfortowe wytłumaczenie dla wszystkiego. Nie ma lipy, Immanuel doskonale wiedział, jak to wszystko zagmatwać. Wielki szacun dla obywatela Kanta. Wielki Kant.
Abstrahując od rozważań czysto filozoficznych, z biegiem lat wesołych chwil w życiu Kazika było coraz mniej. Natomiast perspektywa spędzania jesieni życia z Celiną stawała się coraz bardziej realna.
Następnego dnia Kazik jak zwykle stał w kolejce pod drzwiami do wspólnej ubikacji na korytarzu. Przenosił nerwowo ciężar z nogi na nogę, z trudem wytrzymując parcie na przeziębiony pęcherz. Potrzeba oddania moczu urosła do rozmiarów łańcucha górskiego Karakorum. Fizjologia okrutnie ciążyła Kazikowi, naciskając pęcherz z siłą młota pneumatycznego. Kazik stał jako drugi w kolejce i gorączkowo myślał, czy uda mu się wytrzymać. W ostateczności mógł szybko wybiec z budynku i skorzystać z dobrodziejstwa pobliskiego parku. Nieraz tak robił w sytuacjach kryzysowych, lecz tym razem postanowił zaczekać. Lokator 1 w wieku lat około trzydziestu pierwszy nie wytrzymał, podszedł do drzwi ubikacji i zapukał nerwowo. Lokator 2 siedział wewnątrz, blokując ubikację już dobre pół godziny. Kazik dla wygody nadawał numery swoim sąsiadom, nie pamiętając dokładnie ich imion. Nigdy nie przywiązywał do tego specjalnej wagi i raczej starał się utrzymywać dystans.
LOKATOR 1: Halo, inni też chcą skorzystać!
KAZIK: Siedzi, jakby miał jeża urodzić...
LOKATOR 2: Jak skończę, to wyjdę.
LOKATOR 1: Tu nie ma abonamentu.
LOKATOR 2: Mamy wspólny kibel.
LOKATOR 1: Kolego, pomóc ci wyjść?
LOKATOR 2: Nie strasz, nie strasz, bo się...
Kazik przysłuchiwał się tej wymianie zdań i zaczął tracić cierpliwość. Już miał się oddalić, gdy wpadł na pewien pomysł. Przypomniał sobie o paru petardach w kieszeni, których nie wykorzystał podczas sylwestra i które teraz mogły stać się wybawieniem dla jego przeziębionego pęcherza. Wyjął z kieszeni kilka niepozornie wyglądających wałeczków zakończonych lontem w postaci cienkiej nitki. Przyłożył wskazujący palec do ust, co miało oznaczać "milczenie".
KAZIK: Zostały jeszcze z sylwestra.
LOKATOR 1: Zobaczymy, jaki z niego macho...
Kazik odpalił petardy i wrzucił do środka przez szparę pod drzwiami. Słychać było głośne syczenie i charakterystyczny odgłos wystrzałów. Po chwili dobiegły wszystkich głośne obelgi oraz nerwowe szuranie butów. Drzwi kabiny otwarły się gwałtownie i z wnętrza wybiegł Lokator 2. Otyły mężczyzna nosił rozciągnięty, żółty podkoszulek, który dawno stracił pierwotną śnieżnobiałą barwę. Spod bielizny wyłoniły się luźne fałdy zwisającego brzucha. Łyse kolano na głowie dopełniało wygląd podtatusiałego, obleśnego jegomościa. Bezczelny typ miał około sześćdziesięciu lat i właśnie wciągał w biegu kalesony. Jego twarz przybrała ze wściekłości kolor purpury. Z trudem łapiąc oddech, wydusił kilka słów w bezsilnej złości.
LOKATOR 2: Pod jednym dachem z takim chamstwem...
LOKATOR 1: I kto to mówi?
Pozostałe osoby stojące w kolejce pod drzwiami ubikacji z niesmakiem obserwowały żenującą scenę. Widok groteskowej postaci Lokatora 2 wywołał śmiech z wolna przechodzący w szyderczy rechot.
LOKATOR 2: Jeszcze będzie wam do śmiechu...
LOKATOR 1: Nie strasz, nie strasz, bo się...
W budynku socjalnym mieszkały całe zastępy podobnych oryginałów żyjących poza społecznym nawiasem. Wśród nich dość często zdarzały się jednostki niezdolne do asymilacji i życia w grupie. Mieszkańcy stanowili barwny kalejdoskop dziwaków wszelkiej maści, ekscentryków, egocentryków, ludzi cierpiących na różnego rodzaju urojenia, depresje, dysfunkcje, fobie, natręctwa czy też paranoje. Krótko mówiąc, kolaż osobowości tworzący ludzki zwierzyniec. Niektórzy z nich próbowali narzucać swoje zwyczaje, zachowując się niczym kosmici przybyli z odległych galaktyk. Tak wyglądały uroki mieszkania w budynku socjalnym, gdzie panował folklor będący połączeniem domu wariatów z ulicznym cyrkiem.
Rozdział III
W mieszkaniu Kazika przy stole siedział Józef. Pracownik opieki społecznej, lat około sześćdziesięciu pięciu, z namaszczeniem wypełniał dokumenty. Pracownik socjalny przychodził, żeby pomóc Celinie i Kazikowi w opłacaniu bieżących rachunków za media i czynsz. Odwiedzał ich regularnie co miesiąc, dobrze znając panującą sytuację materialną.
JÓZEF: Wpisuję do wniosku: "rachunki za energię i gaz". Coś jeszcze?
KAZIK: Tak jak zwykle.
JÓZEF: Talony do baru? Bilet miesięczny?
KAZIK: Tak jak zwykle.
JÓZEF: Jak odpiszą z sanatorium, proszę o sygnał.
Józef skrupulatnie notował we wniosku do OPS kolejne pozycje. Kazik wziął do ręki swoje okulary i pokiwał nimi przed Józefem.
KAZIK: Może OPS by się dorzucił?
JÓZEF: Pogadam z kierownikiem. Jeszcze oświadczenie do podpisu.
Józef uroczyście wręczył Kazikowi druk formatu A4 do podpisania. Był przygotowany na reakcję Kazika i ze spokojem jej oczekiwał. Wiedział, że teraz nastąpi chwila drwin podszytych nutą sarkazmu. Znał dobrze Kazika i wiedział, że musi dać upust swojej ekspresji. Dlatego co miesiąc pozwalał mu na standardowe przedstawienie w postaci prywatnego, domowego występu.
KAZIK: Co miesiąc ten sam cyrk!
JÓZEF: Co miesiąc ta sama rozmowa.
KAZIK: Mam pisać, że wujek z Ameryki nie zapisał mi kopalni złota?
JÓZEF: Taka procedura. Nic nie poradzę.
KAZIK: Chwila! Może jestem nieślubnym dzieckiem królowej Elżbiety?
JÓZEF: Chce pan dostać pomoc?
KAZIK: Tak czy inaczej, zrobię badania DNA.
JÓZEF: Tego OPS nie refunduje...
Kazik w końcu podpisał oświadczenie i oddał Józefowi. Stanął w przedpokoju przed lustrem i spojrzał na swój profil.
KAZIK: Czuję w żyłach błękitną krew.
JÓZEF: Słucham?
KAZIK: Ten mój profil.
JÓZEF: Skąd to nagłe poczucie wyższości?
KAZIK: Zupełnie jak książę Karol...
JÓZEF: Niezły cyrk!
KAZIK: Czy to grzech być wysoko urodzonym?
JÓZEF: Panie Boże, litości...
Józef zmierzył Kazika takim wzrokiem, jakim lekarz psychiatra ocenia stan zdrowia swojego pacjenta. Kazik celowo prowokował Józefa, wkręcając go w swoje absurdalne żarty. Osiągnął swój cel, wykorzystując wrodzony brak poczucia humoru pracownika socjalnego oraz jego urzędową sztywność. Przy okazji miał świetną zabawę.
Mierzyli się wzrokiem przez dobrych kilka chwil, po czym Józef zaśmiał się nerwowo i wrócił do pakowania dokumentów. Wychodząc z mieszkania Kazika, pokręcił głową z politowaniem. Kiedy Józef opuścił mieszkanie, Kazik usłyszał, jak idąc po schodach, wyraża się głośno w niewybrednych słowach. "Jak zwykle zupełny brak poczucia humoru" - pomyślał. Urzędowa sztywność Józefa irytowała go i zarazem śmieszyła. W gruncie rzeczy lubił go jako człowieka. Sympatia bynajmniej nie przeszkadzała Kazikowi żartować przy nim w krępujący sposób i wprawiać go w zakłopotanie. Kazik lubił absurdalny humor podszyty sarkazmem i ironią do otaczającego świata. Potrafił zachować dystans do samego siebie i swojego życia, śmiejąc się z własnych wad i niedoskonałości.
Tego samego dnia Kazik stał w kolejce pod drzwiami do wspólnej ubikacji na korytarzu. Znajomy Lokator 1 wychodził właśnie z kabiny. Często żartowali i pomagali sobie w różnych sprawach. Mieli podobne poczucie humoru, dzięki czemu łączyła ich niewidzialna nić porozumienia.
LOKATOR 1: Nie chcę martwić nikogo, ale papier się skończył...
KAZIK: Nic tak nie łączy ludzi jak wspólne wydalanie.
LOKATOR 1: Na szczęście mam gazetę.
KAZIK: Witajcie w raju. Można prosić dwie strony?
LOKATOR 1: Ogłoszenia, sport czy nekrologi?
KAZIK: Nekrologi.
LOKATOR 1: Dobrze się komponuje z miejscem.
Puścili do siebie oczko jak dwaj wytrawni znawcy tematu, mający niewątpliwie bogatą wiedzę z zakresu przemiany materii.
Następnego dnia Kazik szedł, ciągnąc wózek z torbą pełną żelastwa. Przez uchylone okno w pubie Sfinks znowu usłyszał kobiecy śpiew. Od razu rozpoznał głos, który urzekł go jakiś czas temu. Schował wózek w pobliskich zaroślach i wszedł do środka pubu. Jego oczom ukazał się widok, który wprawił go w drżenie serca. Młoda, czarująca kobieta w błyszczącym kostiumie śpiewała na kameralnej scenie w formie podestu zbitego z drewnianych desek. Pieśniarką była Alicja, lat około dwudziestu pięciu, a jej repertuarem stare, przedwojenne szlagiery w stylu Eugeniusza Bodo i Hanki Ordonówny. Kazik zamarł w bezruchu i przyglądał się Alicji jak zaczarowany. Kobieta nosiła kostium przetykany srebrnymi i złotymi cekinami. Na szyi miała elegancki szal boa z piór w kolorze fioletowym. Właśnie śpiewała znany przebój Miłość ci wszystko wybaczy.
Kiedy skończyła swój występ, ukłoniła się nisko, po czym rozległy się głośne oklaski. Zeszła ze sceny i skierowała się w stronę służbowego stolika. Kazik walczył ze sobą przez dłuższą chwilę, ale w końcu zdobył się na śmiałość i podszedł do niej. Przy stoliku siedziała Alicja oraz dwóch łysych goryli pracujących jako ochrona lokalu. Kazik przysiadł się bez pytania, nie zważając na groźny wygląd drabów. Wśród siedzących przy stoliku zapanowała konsternacja. Wyczuwało się groźne napięcie połączone z wyczekiwaniem.
KAZIK: Nie przeszkadzam?
GORYL 1: To zależy.
KAZIK: Wspaniały występ.
ALICJA: Cieszę się.
KAZIK: Mógłbym panią bliżej poznać?
Kazik dopiero teraz uświadomił sobie, że usiadł przy służbowym stoliku dla obsługi lokalu, nie zapytawszy nikogo o pozwolenie.
ŁYSY GORYL 2: To służbowy stolik.
KAZIK: Mogę liczyć na autograf?
ŁYSY GORYL 1: Raczej na wpierdol.
ŁYSY GORYL 2: Jak zaraz nie znikniesz.
Alicja siedziała naprzeciwko Kazika i poprawiała biust w bluzce z mocno wyciętym dekoltem. Kazik wpatrywał się z pożądaniem w dekolt Alicji. Dwóch łysych goryli wstało od stołu i stanęło tuż nad nim.
ŁYSY GORYL 1: Głuchy jesteś?
ŁYSY GORYL 2: Spierdalaj.
KAZIK: Piszę wiersze i teksty piosenek...
W tym momencie Alicja podniosła rękę i dała znak Łysym Gorylom, żeby zostawili Kazika w spokoju. Obaj usiedli grzecznie przy stole na swoich miejscach.
ALICJA: Proszę mówić dalej.
KAZIK: Mam dla pani utwór o miłości i rozstaniu.
ALICJA: Szukam nowych i zdolnych autorów.
KAZIK: Szczęśliwy traf.
ALICJA: Tak pan sądzi?
KAZIK: Właśnie pani znalazła.
ALICJA: Proszę o telefon jutro w południe.
Alicja spojrzała wymownie na jednego z Goryli, który potulnie wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki długopis i podał jej. Wzięła go do ręki, by zapisać numer swojego telefonu na papierowej serwetce. Kazik był wniebowzięty. Od początku rozmowy gorączkowo szukał w myślach pretekstu, żeby zdobyć bezpośredni kontakt do Alicji. Jedyne, co wpadło mu do głowy, to twórczość literacka, będąca dość atrakcyjnym i wiarygodnym powodem kontynuowania znajomości. Pomysł ten zrodził się w głowie Kazika na poczekaniu, pod wpływem nagłego impulsu wywołanego atmosferą chwili. Stan euforii powoli wypełniał jego ciało, umysł i duszę.
Patrzył, jak Alicja zapisuje swój numer, choć nie mógł w to uwierzyć. W głowie Kazika rozległ się szum wjeżdżającej na peron olbrzymiej lokomotywy parowej, wypuszczającej z głośnym świstem kłęby pary. Miał wrażenie, że sufit nad nim zaczął wirować i za chwilę odleci w kierunku gwiazdy Alfa Centauri. Patrząc na serwetkę z numerem Alicji, próbował z dużym wysiłkiem opanować podniecenie. Zebrał w sobie wszystkie siły, aby powstrzymać okrzyk radości.
Nagle za plecami usłyszał metaliczny odgłos. Dźwięk wydał mu się dziwnie znajomy. Kazik powoli obrócił głowę w jego kierunku. Z tyłu, zza jego pleców wyłoniła się Celina. Trzymała w rękach dwie reklamówki pełne pustych puszek po piwie. W triumfalnym geście uniosła je do góry i potrząsnęła mocno, pobrzękując żelastwem. Kazik opuścił głowę i zamknął oczy. Poczuł się jednocześnie upokorzony i załamany. Zupełnie jakby ktoś okradł go z marzeń lub pozbawił prezentów w noc wigilijną. Patrząc na podłogę, ujrzał pod nogami rozwartą otchłań gorejącą ogniem piekielnym, którego płomienie czuł na skórze. Obleśny, wielki robal pokryty śluzem wypełzał prosto w niego. Wzdrygnął się cały i odruchowo odsunął nogę z obrzydzeniem. Z koszmarnego przywidzenia wyrwał go chropowaty głos Celiny.
CELINA: Zobacz, jaki obfity połów.
KAZIK: Chryste Panie...
CELINA: Myślałam, że się ucieszysz...
KAZIK: Możesz poczekać na zewnątrz?
CELINA: Przeszkadzam ci?
KAZIK: Zaraz skończę.
CELINA: Zrobiło się późno...
ALICJA: Chyba czas na powrót do rzeczywistości?
KAZIK: Moja propozycja jest aktualna.
CELINA: Lepiej rusz dupę, bo skup złomu zamkną!
ALICJA: Proszę posłuchać swojej muzy.
KAZIK: Mam dla pani wspaniały utwór...
CELINA: Idziesz czy nie?!
ALICJA: Pan wybaczy, ale jestem zmęczona.
KAZIK: To może być wielki przebój...
ALICJA: Powodzenia, drogi poeto, na skupie złomu czy gdzie indziej.
Alicja, mówiąc ostatnie słowa, zabrała serwetkę z numerem swojego telefonu i podarła na drobne kawałki. Wstała od stolika, zachowując kamienną twarz i zamglony wzrok. Patrzyła na Kazika, jakby był ze szkła lub w ogóle nie istniał. Kazik zrozumiał, że stracił jedyną na świecie okazję do nawiązania kontaktu z kobietą cudownej urody, śpiewającą anielskim głosem. Być może z kobietą swojego życia, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział. Ta myśl ścięła go lodowatym chłodem. Kazik miał wrażenie, że spada w przepaść. Leciał właśnie z ogromną prędkością w dół skalnego urwiska, oczekując na zderzenie z podłożem.
Tymczasem Alicja skierowała się w stronę zaplecza lokalu. Odprowadzał ją wzrokiem zbitego psa, któremu zabrano ulubioną kość. Nawet nie zauważył, kiedy dwa łyse goryle podniosły się od stolika. Stanęły nad nim niczym kamienne posągi, przyjmując groźną postawę.
ŁYSY GORYL 1: Nie słyszałeś, co pani powiedziała?
ŁYSY GORYL 2: Spierdalaj.
ŁYSY GORYL 1: Ale już, już...
Kazik miał wrażenie, jakby cały wszechświat zwalił mu się na głowę. Rozmawiając z Alicją, przeniósł się na kilka chwil z ziemi do raju. Natomiast teraz czuł, że odbywa drogę z nieba do piekła. Nie bolało go samo upokorzenie, lecz totalna klęska w oczach kobiety, na której pragnął zrobić jak najlepsze wrażenie. Wejście Celiny do lokalu odbyło się w najgorszym możliwym momencie. Swoim pojawieniem przypomniała boleśnie o jego nędznej egzystencji. "Czy mogę mieć pretensje do Celiny?" - pytał siebie w duchu. Celina zachowała się w gruncie rzeczy całkiem naturalnie. Natomiast on na chwilę przeskoczył mur, za którym zostawił ich związek pełen emocjonalnej pustki i wspólnej biedy. W głowie Kazika kłębił się ocean czarnych myśli. Wychodzili z lokalu razem z Celiną, taszcząc reklamówki z puszkami.
W tym samym czasie na zapleczu pubu Czarny Roman, lat sześćdziesiąt pięć, z ciekawością przyglądał im się na ekranie monitoringu. Był dobrze utrzymanym, przystojnym mężczyzną, który mógł się podobać niejednej młodszej kobiecie. Pomimo dojrzałego wieku dbał o swój wygląd i kondycję fizyczną. Można by go określić mianem pedanta o mocno narcystycznym usposobieniu. Uwielbiał czarny kolor i wszystko, co nosił, było tej właśnie barwy. Jego czarny strój wieńczył niedbale założony na głowę czarny kapelusz z szerokim rondem. Wyglądem przypominał Yula Brynnera z filmu Siedmiu wspaniałych, na którym lekko się wzorował.
Czarny Roman został właścicielem pubu Sfinks, gdy przejął go od jednego ze swoich dłużników, który stał się niewypłacalny. Dłużnik ten zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, zostawiając swój interes w rozliczeniu Czarnemu Romanowi. Lokal był połączeniem knajpy i klubu muzycznego, z małą sceną w formie drewnianego podestu do występów na żywo. W ten sposób Czarny Roman stał się mecenasem artystów i zaczął działać w branży show-biznesu.
Jego perłą w koronie była Alicja - młoda dziewczyna w wieku około dwudziestu pięciu lat, którą przygarnął z ulicy. Pochodziła z rozbitej rodziny, jako nastolatka spędziła dwa lata w poprawczaku. Alicja była uzdolniona artystycznie, umiała grać i śpiewać. Występowała na ulicy i w knajpach, i to właśnie w jednym z lokali Czarny Roman zobaczył kiedyś jej występ. Od razu wpadła mu w oko, więc zaproponował współpracę, intuicyjnie wyczuwając jej wrodzony talent do różnych rzeczy niekoniecznie zgodnych z prawem. Odtąd Alicja, pracując dla Czarnego Romana, stała się poniekąd jego własnością. Z czasem przyzwyczaiła się do tego, wybierając mniejsze zło. Porzuciła niepewną przyszłość, zrezygnowała z dorywczej pracy pod gołym niebem i życia z dnia na dzień. Zamieszkała na piętrze pubu Sfinks i pomagała Czarnemu Romanowi. Nie mylił się co do niej. Miała wybitne zdolności do szemranych interesów i ciemnych machinacji. Od samego początku ich znajomości widać było, że znaleźli wspólny język. Jednak trudno jednoznacznie ocenić, czy swój wyczuł swego, czy kosa trafiła na kamień.