5
Była młoda i piękna. Drobną buzię okalały kasztanowe włosy. Miała na sobie jedynie białą suknię, cienkie pończochy i lekkie wieczorowe pantofle. Wyglądała w tym śniegu jak wielka porcelanowa lalka.
- Mam cię! Błagaj o litość! - usłyszałam za sobą głos Daniela. Dogonił mnie i od razu się zorientował, że nie jest mi do śmiechu.
- Co się stało?
W milczeniu wskazałam na ziemię.
- Rany boskie! - zawołał, chociaż zwykle nie pozwalał sobie na takie komentarze w moim towarzystwie. - Niczego nie dotykaj i odsuń się. Trzeba uważnie przyjrzeć się miejscu zbrodni. Muszą być jakieś ślady.
- Jakiemu miejscu zbrodni? - zapytałam.
- Młode panienki zazwyczaj nie spacerują w zimie bez ciepłego ubrania, a już na pewno nie w takich butach. Prawdopodobnie ktoś ją gdzieś ukatrupił, a następie tu przywiózł i porzucił ciało.
Ostrożnie podszedł do miejsca, w którym leżała dziewczyna, i zaczął oględziny.
- Dziwne - mruknął. - Nie widać żadnych śladów oprócz tych, które sama zrobiła. Jak to możliwe?
Kucnął w śniegu, wziął nadgarstek dziewczyny, po czym skoczył na równe nogi.
- Wyczuwam puls. Żyje! Szybko! Pomóż mi zdjąć płaszcz. Trzeba ją rozgrzać.
- Moja pelerynka jest grubsza - powiedziałam i zrzuciłam ją, zanim zdążył zaprotestować.
Pomogłam mu podnieść dziewczynę ze śniegu i owinąć szczelnie.
- Trzeba szybko działać - oznajmił. - Powinna dostać coś ciepłego do picia. Zostań z nią. Masz tu mój płaszcz, a ja co sił w nogach pobiegnę po Jonesa.
Kiedy zniknął, uklękłam w śniegu, kołysząc nieprzytomną dziewczynę w ramionach. Jej ciało było lodowate. Trudno uwierzyć, że nadal żyje - pomyślałam.
Nagle zamrugała i po chwili ze zdziwieniem rozejrzała się dookoła. Miała niesamowicie niebieskie, wielkie oczy, które jeszcze bardziej upodabniały ją do lalki.
- Już dobrze. Nic ci nie grozi - powiedziałam łagodnie. - Wezwałam pomoc. Jest w drodze.
Znów zamrugała oczami. Czułam się tak, jakbym trzymała w ramionach duże dziecko. Przyjrzałam się otoczeniu. Ponury, zimowy krajobraz! Nie do wiary, że jesteśmy w środku miasta i że tuż obok tłumy ludzi oddają się zimowym rozrywkom - pomyślałam.
Daniel dotrzymał słowa i wkrótce pojawił się na horyzoncie. Brnął przez zaspy, dzierżąc w ręku kubek gorącego kakao. Właśnie zaczynałam odczuwać brak swojej ciepłej pelerynki. Tuż za Danielem dreptał Jones, głośno sapiąc.
- Kto by się tego spodziewał! - zawołał.
- Odzyskała przytomność? - zapytał Daniel, kucając obok mnie.
- Na chwilę otworzyła oczy.
- Obudź się, moja droga - powiedział łagodnie Daniel. - Przyniosłem ci coś ciepłego do picia. Spróbuj.
Przytknął jej kubek do ust. Dziewczyna najpierw przestraszyła się, ale po chwili delikatnie oblizała wargi. Daniel ponowił próbę i tym razem wypiła łyk, a nawet dwa. Po kilku minutach opróżniła cały kubek, a następnie znów otworzyła oczy i w osłupieniu zaczęła się w nas wpatrywać.
- Powinniśmy cię zabrać do domu - stwierdził Daniel. - Powiesz nam, gdzie mieszkasz?
Patrzyła bez słowa.
- Jesteśmy w Central Parku. Pamiętasz, jak się tu znalazłaś?
Znów brak reakcji.
- Nic ci z naszej strony nie grozi - zapewnił Daniel. - Jestem oficerem policji. Jak masz na imię?
Spojrzała na mnie z takim samym zdziwieniem jak poprzednio.
- Powiedz nam, jak się nazywasz, a bezpiecznie odstawimy cię do domu. - Uśmiechnęłam się, próbując ją ośmielić.
Cisza.
- Może ma przy sobie jakiś dokument - wtrącił posterunkowy.
- To chyba mało prawdopodobne - zauważyłam. - Ubrana jest tylko w cieniutką sukienkę.
- Bez kieszeni?
Potrząsnęłam głową.
- Bez kieszeni.
- Może było tak - odezwał się Jones. - Wyszła na poranny spacer, ktoś ją napadł w ustronnym miejscu w parku, ukradł wierzchnie ubranie i dokumenty.
- Możliwe - przyznał Daniel. - Czy ktoś cię poturbował? Pozwól, że zobaczę, czy masz jakieś ślady na głowie.
Dotknął jej włosów, ale dziewczyna wzdrygnęła się niespokojnie.
- Może ja spróbuję - zaproponowałam.
Uśmiechnęłam się łagodnie.
- Pozwól mi popatrzeć, czy nie masz jakiegoś paskudnego guza na głowie - poprosiłam. - Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
Wyciągnęłam rękę, ale rzuciła się jak źrebak.
- Chyba widzę guz tuż za prawą skronią - powiedziałam - ale nigdzie nie ma krwi. Na śniegu są ślady tylko jednej osoby. Gdyby ktoś mocno uderzył ją w głowę, przecież nie wstałaby i nie poszła do parku. I popatrzcie na te pantofelki. Nie mogła się wybrać w nich na spacer.
- Musiała jakoś sama tu dotrzeć, a potem padła z zimna - stwierdził Daniel z zafrasowaną miną.
- Na pewno nie ma innych śladów? - Posterunkowy wpatrywał się w śnieżnobiałą połać, na której widać było tylko ślady butów prowadzące na południowy wschód. - A może coś gorszego się tutaj wydarzyło? Czy sukienka nie jest porwana?
Ze spojrzeń, jakie wymienili mężczyźni, mogłam się łatwo domyślić, o co mu chodzi.
Daniel zakasłał dyskretnie.
- Trudno będzie to stwierdzić, dopóki nie zbada jej lekarz lub sama nam nie powie.
- Na sukni nie ma i nie było żadnych śladów - oświadczyłam. - Dziewczyna leżała spokojnie, jakby we śnie.
- To i tak nie ma teraz znaczenia. Musimy ją jak najszybciej odstawić w ciepłe miejsce - powiedział Daniel. - Skoro nie wiemy, gdzie mieszka, trzeba ją zawieźć do najbliższego szpitala.
- Najbliżej jest niemiecki szpital Lenox Hill na Siedemdziesiątej Siódmej Wschodniej - zauważył Jones.
- To niedaleko - stwierdził Daniel. - Gdybyśmy ją zanieśli do bramy, można by złapać powóz, zamiast czekać na pogotowie. Tak będzie szybciej. Myślisz, Jones, że damy radę?
- Bez problemu - odparł policjant. - Jest lekka jak piórko. Proszę na nią spojrzeć: skóra i kości. Wygląda, jakby od miesiąca nie jadła przyzwoicie.
Miał rację. Na ciele nieznajomej nie było ani grama tłuszczu. Z łatwością mogłam objąć chudy nadgarstek kciukiem i palcem wskazującym jednej ręki. Nie wyglądała jednak na zaniedbaną i wygłodzoną, a jej suknia i buty były dobrej jakości.
- Powiedz nam, jak się nazywasz - poprosiłam jeszcze raz. - Chyba lepiej wrócić do domu niż trafić do szpitala, prawda?
Dziewczyna wpatrywała się we mnie pozbawionym wyrazu wzrokiem.
- Może nas nie rozumie - powiedział Daniel. - Może niedawno przybyła do miasta i nie zna angielskiego?
Przypomniałam sobie parę podstawowych zwrotów po francusku, a Daniel spróbował się z nią porozumieć po niemiecku, ale nic to nie dało. Nie zareagowała też, gdy mężczyźni podnieśli ją i zaczęli iść w stronę wyjścia. Znaleźliśmy ścieżkę przecinającą East Drive i ruszyliśmy po śliskiej nawierzchni. Zamoczyłam spódnicę i pończochy w śniegu, więc szczękałam z zimna zębami, mimo że miałam na sobie płaszcz Daniela.
Wkrótce znaleźliśmy się na Piątej Alei i zatrzymaliśmy powóz, który zabrał nas do szpitala na Siedemdziesiątą Siódmą. Dopiero kiedy Daniel wniósł ją na izbę przyjęć i ruszył szybko korytarzem wyłożonym białą glazurą, dziewczyna zaniepokoiła się i próbowała wyrwać. Była jednak tak słaba, że Daniel z łatwością utrzymał ją w ramionach. Wkrótce leżała w szpitalnym łóżku, owinięta w ciepłe koce i otoczona wianuszkiem pielęgniarek.
Właśnie zakładałam na siebie pożyczoną od Sid i Gus aksamitną narzutkę, gdy do sali wszedł brodaty lekarz i musieliśmy jeszcze raz opowiedzieć całą historię.
- W takim stroju na śnieg? - zdziwił się. - Co za głupota! - dodał z silnym niemieckim akcentem.
- Podejrzewamy, że znalazła się w parku wbrew swojej woli. Pewnie uciekła przed prześladowcą albo napastnikiem - powiedział Daniel.
- Ach, tak. Muszę ją zbadać. Proszę się odsunąć.
Pielęgniarki rozstawiły wokół łóżka parawan, ale lekarz nie zabawił za nim długo. Wyszedł prawie natychmiast, ocierając pot z czoła.
- Musiała przeżyć silny wstrząs. Nie pozwala się dotknąć.
- W takim razie może rzeczywiście została zaatakowana w parku?
- Raczej nie, sądząc po tym, co jednak udało mi się zobaczyć - odrzekł lekarz. - Ma na sobie bieliznę wiązaną troczkami. Przypuszczam, że każdy napastnik albo by je rozerwał, albo nie zawracał sobie głowy ich zawiązywaniem. Śmiem twierdzić, że żadna napaść tego rodzaju nie miała miejsca.
- To może napaść na innym tle - zasugerował Daniel. - Ktoś uderzył ją w głowę, przewróciła się i straciła przytomność.
- Nie sądzę. Poczekajmy jednak. Wpada w panikę, gdy tylko próbuję jej dotknąć. Będzie lepiej, jeśli damy biedaczce odpocząć przed kolejnym badaniem. Naprawdę nie macie pojęcia, kim ona jest?
- Nie odpowiedziała na żadne z naszych pytań, nie dała nam żadnych wskazówek - odparłam. - Według kapitana Sullivana powodem może być to, że nie zna angielskiego.
- Kapitana Sullivana? Jest pan żołnierzem, mein Herr?
- Policjantem - odrzekł cicho Daniel.
- Das ist gut. Czyli nie musimy składać raportu.
- Nie, proszę się tym nie przejmować. Rozumiem, że zostawiamy ją pod troskliwą opieką.
- Oczywiście.
- Oto moja wizytówka, doktorze. - Daniel sięgnął do kieszeni. - A jutro przyjdziemy ją odwiedzić.
- Mam nadzieję, że wkrótce poczuje się lepiej i do czasu waszej wizyty uda się nam skontaktować z rodziną. - Lekarz uśmiechnął się szeroko.
Zanim podążyłam do wyjścia, rzuciłam jeszcze okiem w jej stronę. Parawan odsunięto. Dziewczyna leżała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami. Wyglądała jak rzeźba wyciosana z białego marmuru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki